1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szczęśliwe dziecko - spełniony dorosły

Szczęśliwe dziecko - spełniony dorosły

Szczęście to nie tylko beztroskie chwile i uśmiech na twarzy. To coś znacznie głębszego. (Fot. iStock)
Szczęście to nie tylko beztroskie chwile i uśmiech na twarzy. To coś znacznie głębszego. (Fot. iStock)
Jako rodzic masz za zadanie wyposażyć swoje dziecko w plecak, z którym pójdzie w świat. Od tego, co do niego włożysz, zależy, czy odnajdzie spełnienie. Poznaj dziewięć zasad wychowania szczęśliwego człowieka!

Zacznijmy od zadania: wyobraź sobie, że masz wybrać zdjęcie ilustrujące hasło: „szczęśliwe dziecko”. Pomyśl, co by przedstawiała taka fotografia. Podrzucanego przez ojca brzdąca, który się śmieje, puszcza bańki albo odpakowuje nową zabawkę? Właśnie taki wizerunek dziecięcego szczęścia jest najczęściej lansowany w mediach. A dlaczego ta fotografia nie może przedstawiać dziecka, które płacze, przytulone do mamy, bo zwierza jej się ze swoich problemów? Szczęście to nie tylko beztroskie chwile i uśmiech na twarzy. To coś znacznie głębszego. Oto zasady, którymi powinnaś się kierować w wychowaniu, by twoje dziecko jako dorosły człowiek było autentyczne i spełnione.

1. Kochaj je bezwarunkowo

Jeśli dziecko czuje bezwarunkową miłość rodziców, bez względu na to, co zrobiło, nie będzie bało się do tego przyznać, bo wie, że otrzyma wsparcie, a nie karę. Bezwarunkowa miłość, okazywana wprost – słowami, gestami i zachowaniem – to najskuteczniejsza droga do uczynienia dziecka szczęśliwym. Dlatego nigdy nie daj się zniechęcić do zachwycania się swoim dzieckiem.

2. Pozwól mu być sobą

Na każdym kroku pamiętaj, że twoje dziecko NIE JEST tobą. Inaczej myśli, inaczej czuje, ma inne potrzeby. Zapisywanie dzieci na zajęcia, które tak naprawdę są zgodne z zainteresowaniami i pasjami rodziców, a nie ich samych, to najlepszy przykład na to, jak nie szanujemy potrzeb psychicznych naszych pociech i jak nie pozwalamy im iść własną drogą. Twoje dziecko ma w sobie wiele predyspozycji, a do niektórych aktywności nie ma wrodzonego talentu. To nie jest biała karta, którą ty zapiszesz, jak chcesz. Uszczęśliwianie dziecka polega na tym, żeby dać mu możliwość robienia tego, co ono chce.

3. Zaakceptuj jego negatywne emocje

Wielu rodziców nie toleruje takich uczuć, jak złość, zazdrość czy smutek u swojego dziecka. Nie pozwala na to, aby miało zły humor albo gorszy dzień. Zachowuje się tak, jakby za tymi odczuciami natychmiast szły poważne problemy wychowawcze lub emocjonalne. W rezultacie dzieci czują się winne własnych reakcji. Dlatego daj swojemu maluchowi prawo do bycia złym, wściekłym, rozczarowanym (również twoim zachowaniem). Twoja zgoda na jego emocje pomoże mu zaakceptować, a potem pokonać frustrację. Dobrze, by dziecko uczyło się od małego nazywania swoich stanów emocjonalnych. To pomoże mu zaakceptować siebie w całości, ze wszystkimi swoimi myślami. Nie da się być szczęśliwym, jeśli nie wolno nam czuć nic złego.

4. Zapewnij mu poczucie bezpieczeństwa

Dziecko szczęśliwe to takie, które wie, według jakich reguł ma postępować, żeby było dobrze. Chce wiedzieć, jakie zasady je obowiązują. Dzieci mają silną potrzebę bezpieczeństwa i jednym z jej wymogów jest wiedza „na czym się stoi”. Jeśli zawsze przed snem trzeba myć zęby, a tu nagle jednego wieczora mama jest na tyle pochłonięta rozmową przez Skype’a, że zapomina dopilnować szczotkowania, to po chwili radości z łamania zasad dziecko przeżywa frustrację. Nie rozumie, dlaczego do tej pory było to takie ważne, a teraz już nie jest. Dlatego zanim wprowadzisz w swoim domu jakąkolwiek zasadę, dobrze się zastanów, czy dasz radę jej przestrzegać.

5. Nie wyręczaj go we wszystkim

Wyręczanie dzieci to stosunkowo nowy grzech rodziców. Jeszcze 50 lat temu żadnemu rodzicowi nie przyszło do głowy, żeby ubierać 10-latka, 8-latkowi wiązać buty, a za 5-latka spuszczać wodę w toalecie. Dziś jesteśmy naznaczeni poczuciem winy wobec naszych dzieci – że poświęcamy za mało czasu na zabawę z nimi, że na nie krzyczymy, że im nie zapewniamy rozrywek albo takiego dzieciństwa, jakie my mieliśmy. W nadskakiwaniu dzieciom szukamy rozgrzeszenia. Tymczasem człowiek szczęśliwy chce być samodzielny, chce mieć poczucie, że sobie poradzi, że umie, że „moc” jest z nim. Bez pozwalania na samodzielność, nawet tę zakończoną niepowodzeniem, uzależniamy dziecko od naszej obecności.

6. Ucz je optymistycznego patrzenia na świat

Rzeczywistość nie jest obiektywna. Zawsze mamy wybór, jak zinterpretować dane wydarzenie. Na wszystko można spojrzeć optymistycznie albo pesymistycznie. To ty pokazujesz dziecku, jaki stosunek powinno mieć do ulicznego korka, butelki, która się zbiła, rozlanego mleka czy zgubionych pieniędzy. Maluch od ciebie uczy się, czy to jest wielki, obezwładniający problem, czy tylko zwyczajna niedogodność, którą można znieść z humorem. Nie skazuj dziecka na widzenie świata jako nieprzyjaznego, złego miejsca, gdzie wszyscy tylko chcą mu zrobić na złość. W ten sposób wyrabiasz w nim nawyk pesymistycznej interpretacji zdarzeń. A nie ma szczęśliwych pesymistów.

7. Dopuszczaj je do głosu

Wielu mamom wydaje się, że rozmawiają ze swoimi dziećmi, a nawet, że mają z nimi świetny kontakt. Tymczasem niejednokrotnie okazuje się, że to, co postrzegają jako rozmowę, jest ich monologiem, blokującym w dodatku ekspresję dziecka. Po takiej „rozmowie” maluch ma poczucie absolutnej samotności i niezrozumienia.

„Czy ty mnie słuchasz? O co ci znów chodzi? Nie przejmuj się tak. Dasz sobie radę” – to typowe zamykanie komunikacji. Dlatego gdy dziecko coś do ciebie mówi, chwilę pomyśl, jaka jest treść jego wypowiedzi, a nie koncentruj się na tym, żeby szybko się uspokoiło czy nie mówiło niemiłych rzeczy o innych. Szczęśliwe dziecko ma poczucie, że jego rodzice z nim rozmawiają, a nie tylko mówią do niego.

8. Nie każ mu myśleć tak, jak ty chcesz

Każdy dorosły chce wychować swoje dziecko w poszanowaniu wyznawanych przez siebie wartości, ale czy to na pewno jest dobre dla dziecka? Ortodoksja w poglądach jest dla rodzica wygodna, bo daje mu wytyczne, jak reagować na zachowanie dziecka. Wdrukowywanie żelaznych życiowych zasad brzmi dobrze, ale jest bardzo obciążające. Trzeba być oszczędnym? Dlaczego, jeśli ktoś nie musi? Trzeba mieć w życiu jakiś cel? Jest wielu ludzi, którzy żyją chwilą bieżącą i nie są nieszczęśliwi. Dlatego raczej pokazuj dziecku, jak wiele jest różnych możliwości przejścia przez życie, a nie, że twoja droga jest najlepsza. Nie obciążaj dziecka swoimi wartościami, tylko mu je pokaż. To wystarczy.

9. Zapewnij mu towarzystwo

Samotność jest w okresie dzieciństwa szczególnie dotkliwa. Każde dziecko potrzebuje swobodnych (czyli: także pozaszkolnych i niemonitorowanych przez dorosłych) kontaktów z innymi dziećmi, nie tylko z rówieśnikami. Musi zajmować w grupie raz miejsce lidera, a raz uczniaka. To wspaniale, że masz dla niego dużo czasu, bawisz się z nim, rozmawiasz, razem wypełniacie domowe obowiązki, ale, niestety, dorośli nie mogą być jedynymi kompanami dziecka. Żadna, nawet najcudowniejsza mama, nie zastąpi zabaw, a nawet konfliktów z rówieśnikami. Bez innych dzieci twoja pociecha ma raczej małe szanse na szczęśliwe dzieciństwo.

Jeśli czytając te postulaty, zobaczyłaś jakiś odnośnik do swoich relacji z dzieckiem, nie zadręczaj się poczuciem winy, że je unieszczęśliwiasz. Wszystko między wami możesz naprawić. Wystarczy zmiana jednego twojego zachowania, żeby wasze stosunki uległy całkowitej transformacji. Dlatego zamiast obsypywać dziecko prezentami, podaruj mu prawo do szczęścia, które przez pierwsze lata życia zapewniają właśnie rodzice.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Leniwa mama", czyli jak stworzyć warunki do rozwoju samodzielności dziecka

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka - pisze w swojej książce Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny. (Fot. iStock)
„Gdyby mamy nie robiły wszystkiego za dzieci, to dzieci musiałyby się stać bardziej samodzielne” – twierdzi psycholog dziecięca Anna Bykova. Jej książka „Jak wychować samodzielne dziecko” to najlepszy prezent, jaki można sobie sprawić na Dzień Matki.

Fragment książki „Jak wychować samodzielne dziecko”, w tłum. Agnieszki Sowińskiej, wyboru i skrótu dokonała redakcja.

W określeniu „leniwa mama” chodzi nie tyle o prawdziwe lenistwo, co o stworzenie warunków do rozwoju samodzielności dziecka. Nie mam na myśli wymuszonej zbyt wcześnie samodzielności, która pojawia się wskutek „tumiwisizmu” rodzica, obojętności wobec dziecka. Nie chcę też, aby moje przesłanie było odbierane jako usprawiedliwienie. To dobrze, gdy dziecko potrafi się samo sobą zająć i samo się obsłużyć, niedobrze jednak, gdy zawsze jest pozostawione samo sobie. Gdy tak się dzieje, dziecko traci. „Lenistwo” mamy u swoich podstaw powinno mieć troskę o dzieci, a nie obojętność. Dlatego wybrałam dla siebie drogę „leniwej mamy”, której – owszem – nie chce się wszystkiego robić za dzieci, nie chce się też robić wszystkiego od razu, gdy tego zażądają. Jej się nie chce – i dlatego uczy dzieci robić wszystko samodzielnie.

Uwierzcie mi, to nie jest łatwa droga, i prawdopodobnie jest także o wiele bardziej energochłonna. Prawdziwe lenistwo nie ma z tym nic wspólnego… Oczywiście, że prościej byłoby samej szybko pozmywać naczynia, niż wycierać wodę z podłogi po tym, jak pomaga ci pięcioletnie dziecko. Jeśli pozwolisz trzylatkowi podlewać kwiaty, to też nie od razu wszystko się uda. Dziecko może wywrócić kwiat, wysypać ziemię, woda może się przelać i wypłynąć z doniczki. Ale właśnie tak, poprzez działanie, dziecko uczy się koordynować ruchy, rozumieć przyczynowość i naprawiać błędy. Rodzice często muszą w procesie wychowania dokonywać wyboru: czy szybko sami coś zrobią, czy też wykorzystają sytuację i nauczą czegoś dziecko. Korzyści drugiego podejścia są następujące: a) rozwój dziecka, b) uwolnienie czasu rodziców w przyszłości. A pewnego dnia, gdy dziecko będzie już dużo wiedzieć i umieć, mama będzie mogła pozwolić sobie na lenistwo. Teraz już we właściwym sensie tego słowa.

Wygodna niesamodzielność

Dlaczego niesamodzielność dzieci miałaby być wygodna dla dorosłych? Co jest wygodnego w niesamodzielności dziecka? Odpowiedź jest bardzo prosta: dorośli w takiej sytuacji otrzymują zewnętrzne potwierdzenie tego, jak bardzo są wartościowi, ważni, niezastąpieni. A to bywa niezbędne, gdy nie ma się wewnętrznej wiary we własną wartość. Wówczas zdanie: „On beze mnie niczego nie potrafi” można przetłumaczyć następująco: „Ja bez niego nie istnieję, ponieważ tylko on potwierdza moją wartość”.

Zależność od dziecka wymusza robienie z dziecka kogoś zależnego. Podświadomość buduje swój związek przyczynowo-skutkowy: „Jeśli on nie może niczego zrobić sam, to znaczy, że nigdy ode mnie nie odejdzie, już zawsze będzie ze mną, i gdy będzie miał lat dwadzieścia, i gdy będzie miał lat czterdzieści… Zawsze będę mu potrzebna, a to znaczy, że nigdy nie będę samotna”. Na świadomym poziomie mama może szczerze przeżywać, że dziecku nie układa się w życiu. Ale na poziomie podświadomym sama modeluje taki scenariusz.

Spotykałam ludzi, którzy choć fizycznie dorośli, nie stali się samodzielnymi i dorosłymi ludźmi. Nie wypracowali nawyku samokontroli ani zdolności podejmowania decyzji, brania na siebie odpowiedzialności. Znałam uczniów, których prace domowe aż do końca szkoły sprawdzali rodzice. Pracowałam ze studentami, którzy nie wiedzieli, po co się uczą i czego chcą od życia. Decyzje zawsze podejmowali za nich rodzice. Widziałam dorosłych mężczyzn, których na wizytę do lekarza przyprowadzały mamy, ponieważ oni sami gubili się, nie wiedzieli, gdzie należy wziąć numerek do lekarza i przed którym gabinetem stanąć w kolejce. Znam kobietę, która w wieku trzydziestu sześciu lat sama, bez mamy, nie kupuje sobie ubrań.

„Dorosnąć” a „stać się dorosłym” to nie synonimy. Jeśli chcę, aby moje dzieci były samodzielne, odpowiedzialne i wykazywały inicjatywę, muszę im dać szansę na przejawienie tych cech. Nie trzeba nawet wytężać wyobraźni i sztucznie stwarzać sytuacje wymagające od dziecka samodzielności, jeśli mama, tata czy inny opiekun dziecka (na przykład babcia) będą mieli jeszcze inne zainteresowania niż tylko dziecko.

Na swoim miejscu

Powiem teraz coś wywrotowego z punktu widzenia większości: dziecko nie powinno znajdować się na pierwszym miejscu. W moim życiu na pierwszym miejscu stawiam siebie samą. Jeśli teraz poświęcę się dzieciom i zacznę żyć wyłącznie ich zainteresowaniami, to za dziesięć, piętnaście lat będzie mi bardzo trudno pozwolić im odejść. Bo jak mogę żyć bez dzieci? Czym wypełnię powstałą pustkę? Jak powstrzymam się od pokusy mieszania się do ich życia, aby je „uszczęśliwiać”? I jak one poradzą sobie beze mnie, jeśli przywykną do tego, że to mama za nich myśli, robi, podejmuje decyzje? Dlatego oprócz dzieci mam siebie, mam ukochanego mężczyznę, mam pracę, mam imprezy ze znajomymi z pracy, rodziców, przyjaciół, pasje – w takim zestawie nie wszystkie życzenia dziecka są spełniane natychmiastowo.

– Mamo, chcę pić! Nalej mi wody!
– Zaraz, słoneczko, skończę pisać list i ci naleję.
– Mamo, podaj mi nożyczki!
– Nie mogę teraz odejść od kuchenki, bo kasza się przypali. Poczekaj chwilę.

Dziecko może chwilę poczekać. A może też samo wziąć szklankę i nalać sobie wody. Może podsunąć taboret do szafki i samo wyjąć nożyczki. Mój syn najczęściej wybiera wariant drugi. Nie lubi czekać – szuka więc sposobu, dzięki któremu zdobędzie to, czego potrzebuje. Oczywiście to nie znaczy, że tak należy postępować z każdą prośbą dziecka. Są rzeczy, które dziecku naprawdę trudno jest zrobić samemu. Są też rzeczy, które mama może zrobić w tej samej chwili, nie przerywając innych czynności. Jeśli na przykład mama nalewa sobie akurat wody, byłoby dziwne, gdyby odmówiła wówczas nalania wody także swojemu dziecku. Tylko bez fanatyzmu, bardzo proszę.

Być samodzielnym to znaczy:

  • samodzielnie myśleć;
  • samodzielnie podejmować decyzje;
  • samodzielnie zaspokajać swoje potrzeby;
  • samodzielnie planować i działać;
  • samodzielnie oceniać swoje działania.

Anna Bykova, psycholog dziecięcy i rodzinny, pedagog, nauczyciel arteterapii. Mieszka w Jekaterynburgu w Rosji. Ma dwóch synów. Autorka artykułu „Dlaczego jestem leniwą mamą”, opublikowanego kilka lat temu w Internecie. Post wywołał wiele kontrowersji i burzliwą dyskusję.

  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Psychologia

Tylko nie mów, że ma odejść. Jak pomóc kobiecie doświadczającej przemocy

Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?” wywołał na naszym FB ożywioną dyskusję. Jedna z naszych Czytelniczek, socjolożka Iwona Zielińska-Poćwiardowska, która osobiście doświadczyła przemocy w związku, a dziś zawodowo zajmuje się tym tematem, wie jak bardzo złożony i trudny jest proces wychodzenia z takiej relacji. To nierówna walka. Trzeba mieć dużo siły i wsparcia, by wyrwać się z toksycznego związku. Napisała o tym artykuł, który publikujemy.

Niedawno na Facebooku czasopisma „Zwierciadło” ukazał się artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?”.

Pod tekstem lakoniczny komentarz Pauliny Młynarskiej: Odejść. Wiele lat temu, kiedy byłam uwikłana w trudny związek przemocowy, taka rada, rzucona z irytacją przez moją ówczesną przyjaciółkę, wywołała we mnie falę wstydu i upokarzających siebie samą myśli. Z przemocowym partnerem wtedy jeszcze się nie rozstałam, ale z przyjaciółką tak. Do dziś nie mamy kontaktu, choć minęło prawie 13 lat. Inni znajomi, którym powiedziałam o przemocy, słuchali w milczeniu, unikając kontaktu wzrokowego. Nie winię ich. Ludzie naprawdę nie wiedzą, jak reagować. Mi pomogła wizyta w Poradni Rodzinnej, do której udałam się w poszukiwaniu pomocy dla mojego przemocowego partnera... A jakże! To typowe zachowanie w związku współuzależnieniowym. Mądrej terapeutce z poradni udało się jednak stopniowo i delikatnie przekierować moją uwagę i troskę z partnera na siebie. I tak, pół roku później, wzmocniona terapią, ostatecznie zakończyłam tę relację. Teraz jestem w zdrowym i szczęśliwym związku, ale od kilku lat zajmuję się badaniem przemocy w rodzinie i związkach intymnych i wiem, że rada „odejdź” jest cały czas tak samo nieskuteczna i tak samo krzywdząca. Dlaczego? Kobieta dokładnie wie i bez takich rad, że powinna odejść. Może nie po pierwszym incydencie i może nie po drugim – wtedy jeszcze wierzy, że to tylko tak wyjątkowo, sporadycznie, bo „on ma trudny czas w pracy”. Po trzecim i czwartym już podejrzewa, że sprawa jest poważniejsza, a po kolejnych wie, że tak będzie stale, że nie jest w stanie go zmienić, więc albo to zaakceptuje, albo powinna odejść. Pojawia się wewnętrzny konflikt, romantycznie nazywany konfliktem serca i rozumu. Kobieta wie, że to, co się dzieje, nie jest „normalne”, czuje się poniżona i skrzywdzona, wstydzi się przed innymi i sama przed sobą, że na to pozwala. Ale jest jeszcze druga strona związku przemocowego – pełna czułości i obietnic, ta, która powoduje, że krzywdy idą w niepamięć.

Chemia przemocy

Każdy przemocowy epizod powoduje wyrzut kortyzolu i adrenaliny, zwanych hormonami stresu. Po nim następuje zwykle okres miodowy, a wraz z nim tak silne działanie oksytocyny i dopaminy (hormony przywiązania i szczęścia) jak w początkowym okresie zakochania. To doprowadza do uzależnienia mózgu od tej chemicznej huśtawki hormonów. U obojga partnerów. W rezultacie, nawet jeśli kobieta raz za razem doświadcza złego traktowania, jej mózg nie będzie chciał odejść, ponieważ czuł się cudownie, kiedy partner był dobry i miły. Tworzy się tzw. przywiązanie przez traumę. Do tego mogą jeszcze dochodzić trudne doświadczenia z dzieciństwa, które wzmagają i tendencje do stosowania przemocy, i do bycia ofiarą. Mieszanka hormonów i przeszłych doświadczeń doprowadza do wytworzenia się silnych mechanizmów współuzależnienia, które powodują zaburzenie poczucia własnej wartości i realistycznej oceny partnera i związku. Kobieta umniejsza doświadczane krzywdy, a momenty euforii w okresie miodowym wynagradzają jej momenty podłego traktowania (które nierzadko usprawiedliwia). Ta intensywność emocji wytwarza przekonanie o wyjątkowości relacji, czego inni jej zdaniem nie są w stanie zrozumieć, oraz ogromny strach przed jej utratą. Dlatego poradzić kobiecie będącej w związku przemocowym, żeby odeszła, to trochę tak, jakby poradzić osobie uzależnionej od alkoholu, żeby przestała pić. Oczywiście, że powinna odejść, żeby ratować siebie i dzieci, jeśli je ma. Może nawet jej się to uda za siódmym razem (tyle średnio prób podejmuje kobieta, zanim skutecznie odejdzie), ale na pewno lakoniczna i pozbawiona empatii porada „to od niego odejdź” jej w tym nie pomoże. Wbije tylko mocniej w poczucie winy. Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. Będzie się czuła zawstydzona swoim współuzależnieniem i słabością. Wstyd to zresztą jedna z najsilniejszych barier w sięganiu po pomoc. Żeby ją dostać, najpierw trzeba zgłosić i ujawnić problem, a to bardzo trudne. W Polsce wciąż panuje przekonanie, że przemoc domowa to sprawa dwojga ludzi, ewentualnie rodziny, a nie problem społeczny. To utrudnia mówienie o doświadczanej przemocy oraz utrwala niską społeczną świadomość na ten temat. Dodatkowo media, pokazując dramat jakiejś rodziny, często podkreślają nieskuteczność policji i innych instytucji, wzmacniając przekonanie kobiety o bezsensownym wysiłku i zdaniu na siebie samą. Bywa też tak, że sięganie po pomoc może eskalować zachowanie przemocowe sprawcy, jeśli się o tym dowie. I kobieta najnormalniej w świecie się boi.

Jak pomagać?

W jaki sposób możemy więc wspierać kobietę, która doznaje przemocy w związku? Jeśli mówi o tym sama, jest to sygnał, że poszukuje wsparcia, nawet jeśli wprost nie prosi o pomoc. Najpewniej oznacza to, że sytuacja jest już na tyle kiepska, że potrzeba uzyskania pomocy jest silniejsza od wstydu. Najważniejsza jest wtedy empatyczna reakcja, w stylu: „To musi być bardzo trudne. Jak mogę ci pomóc?”. Można podzielić się swoją historią przemocową, jeśli taką mamy, i tym, jak sobie z tym poradziliśmy, co nam pomogło. Stosować takie zasady, jak w grupie wsparcia: słuchać, nie radzić, nie krytykować. Jeśli kobieta nie mówi o przemocy, ale wiemy, że jej doświadcza, warto powiedzieć: „Widzę, że coś niepokojącego się u was dzieje. Widzę, że on cię źle traktuje i martwię się o ciebie”, „Wiem, że może trudno ci o tym mówić, ale jak będziesz chciała porozmawiać, to jestem”. Można też dać coś do przeczytania na temat przemocy albo podesłać test online dla ofiar przemocy. Czasem taka dawka wiedzy może zadziałać motywująco.

A co z tym odejściem? Jeśli kobieta jest na tym etapie, że rozważa rozstanie, dobrze będzie wówczas pomóc jej zaplanować to od strony praktycznej. Kobiety często odwlekają decyzję o rozstaniu z powodów finansowych lub braku możliwości wyprowadzki. Bywa oczywiście, że są to realne przeszkody, ale znacznie częściej jej bezsilność i poważnie osłabiona wiara w siebie powodują, że perspektywa wyprowadzki po prostu ją przerasta. Dobrze, jeśli obok znajdzie się ktoś, kto pokaże, że da się to zrobić. Jeśli kobieta ma taką możliwość, zaproponować jej udział w grupie wsparcia dla kobiet – to daje potężną siłę. Pandemia spowodowała, że wiele z takich grup działa online, dzięki czemu nawet kobiety mieszkające na wsi lub w małych miejscowościach mogą w nich uczestniczyć.

W końcu, w sytuacji kiedy kobieta jest już zdecydowana by odejść, należy wspierać ją w tej decyzji i zaoferować praktyczną pomoc, np. spakować i przewieźć rzeczy, popilnować dzieci, pomóc uzyskać poradę prawną (m.in. w Centrum Praw Kobiet), pomóc znaleźć nowe miejsce zamieszkania. Co prawda zmienione kilka miesięcy temu przepisy pozwalają policji na natychmiastowe usunięcie sprawcy z domu, ale w praktyce trudno to wyegzekwować, więc by uwolnić się od przemocy, często łatwiej samej się wyprowadzić, niż zmusić do tego partnera. To smutne, ale tak niestety to wygląda. Ogromnie ważne jest wsparcie w pierwszych kilku tygodniach po wyprowadzce. Przemocowy partner będzie robił wszystko, by przekonać kobietę do powrotu, a ona najpewniej będzie szarpana sprzecznymi emocjami, bo huśtawka hormonów i wieloletnie współuzależnienie nie ustają z dniem wyprowadzki. Dlatego najlepiej by było w tym okresie otoczyć kobietę systemem wsparcia złożonym z przyjaciół, rodziny i psychologa. To pomoże jej przejść przez ten okres „odstawienia” i wytrwać w decyzji o odejściu.

Na koniec ważna uwaga – choć tekst ten dotyczy głównie ofiar-kobiet w związkach heteroseksualnych, opisane w nim mechanizmy podobnie działają w sytuacji przemocy w związkach jednopłciowych oraz w sytuacji mężczyzn doświadczających przemocy ze strony partnerek. Podobne też są zasady udzielania pomocy.

Gdzie uzyskać pomoc:

Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie: 800 120 002 – numer bezpłatny, czynny całą dobę

mail: niebieskalinia@niebieskalinia.info

Centrum Praw Kobiet, telefon interwencyjny: 600 070 717 – całodobowa

Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)

  1. Moda i uroda

Buty to podstawa – kolekcja dziecięca CCC na sezon wiosna-lato 2021

(Fot. materiały prasowe CCC)
(Fot. materiały prasowe CCC)
Dobrze dobrane buty to zdrowie naszych dzieci. Pierwsze lata życia naszych pociech to najważniejszy okres kształtowania się ich sylwetki, dlatego buty muszą być nie tylko ładne i wygodne, ale przede wszystkim zdrowe dla stóp.

W tym sezonie w sklepie CCC dla najmłodszych klientów czeka pełna kolekcja fasonów: sneakersy z popularnych marek sportowych, skórzane sandały Lasocki i dziewczęce baleriny Nelli Blue. Niektóre modele otrzymały znak Zdrowej Stopy* potwierdzający, że obuwie zabezpiecza prawidłowy rozwój stopy dziecka. Buty z tym znakiem zostały dokładnie przebadane pod kątem konstrukcji, technologii i doboru materiałów. Dlaczego to takie ważne?

Stopa dziecka składa się z malutkich 26 kości, 32 mięśni oraz ścięgien, a także ponad 100 wiązadeł. To wszystko razem musi ze sobą idealnie współpracować. Tymczasem małe dzieci bardzo często nie stawiają prawidłowych kroków - koślawią i wyginają stopy, bo dopiero uczą się chodzenia. Prawidłowo dobrane buty, przez swoją stabilizującą konstrukcję, „uczą” małe stópki prawidłowego chodzenia.

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

Nie mniej ważną cechą butów dziecięcych jest wygoda - dla maluchów, które większość swojego czasu spędzają w ruchu, to naprawdę istotne. Buty dla dziecka powinny być łatwe do włożenia. Zapinanie na rzepy umożliwia indywidualne dopasowanie obuwia do stopy maluszka.
Dobre buty powinny być elastyczne, powinny się łatwo "wyginać" i współpracować ze stopą. Nie mogą być zbyt sztywne ani masywne, aby nie okazały się obciążeniem w trakcie ruchu. Najlepiej jeśli buciki mają miękką wyściółkę, i "oddychającą" cholewę.

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

Najnowsza kolekcja CCC pokazuje, że funkcjonalność może iść w parze z modą. W kolekcji dziecięcej nie brakuje modeli lekkich, miękkich, elastycznych i wygodnych. W sportowej kolekcji Sprandi dominują sneakersy. Wygodne i zdrowe dla stopy, ale też niezwykle oryginalne – ze świecącymi podeszwami, odblaskowe albo monochromatyczne na masywnej podeszwie.

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

W kolekcji Lasocki, której rodzinna kampania zabiera do słonecznej Hiszpanii, znalazły się przede wszystkim skórzane sandały na stabilnej podeszwie oraz sneakersy utrzymane w estetyce vintage. Wybrano odcienie, które spodobają się najmłodszym – pastelową zieleń, sorbet cytrynowy i soczyste jabłko. Nie zapomniano także o uroczych detalach, takich jak frędzle.

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

(Fot. materiały prasowe CCC)(Fot. materiały prasowe CCC)

Dziewczęca linia Nelli Blue słynie z balerinek w odcieniach gumy balonowej, sandałów z kokardkami oraz trampek w motyw serduszek. Action Boy dla chłopców to wielobarwne sneakersy na rzepy, klapki na ortopedycznej podeszwie i kalosze do zadań specjalnych, np. we wzór moro.

Kolekcje dziecięce są dostępne w sklepach stacjonarnych CCC, na ccc.eu oraz w aplikacji.

*Zdrowa Stopa przyznawana jest przez Komisję Specjalistów ds. Obuwia Dziecięcego Sieci Badawczej Łukasiewicz – Instytutu Przemysłu Skórzanego.

  1. Styl Życia

Skrzywdzeni, ale silni – o wychowankach domów dziecka w rozmowie z Moniką Krzyżanowską z Fundacji OneDay

Monika Krzyżanowska, założycielka i prezeska Fundacji OneDay wspierającej dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych i domów dziecka w całej Polsce (fot. archiwum prywatne)
Monika Krzyżanowska, założycielka i prezeska Fundacji OneDay wspierającej dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych i domów dziecka w całej Polsce (fot. archiwum prywatne)
Pomóc może każdy z nas, na różne sposoby, choćby zmieniając sposób myślenia i patrzenia na wychowanków placówek opiekuńczo-wychowawczych. Fundacja One Day opłaca dzieciom kursy zawodowe, studia, testy Gallupa, szkolenia, psychoterapie, ale przede wszystkim pomaga się usamodzielnić i uwierzyć w siebie. Fundację tworzą wychowankowie „domów dziecka”, znający i rozumiejący potrzeby swoich podopiecznych.

Ile w Polsce jest dzieci w placówkach opiekuńczo-wychowawczych? Według oficjalnych statystyk jest 1150 placówek instytucjonalnej opieki zastępczej. Przebywa w nich ponad 16 i pół tys. dzieci, z czego największą grupę stanowią osoby dorastające i stojące u progu dorosłości (14-18 lat). Rocznie usamodzielnia się około 6 tys. dzieci. To są dane w przybliżeniu, bo na skutek rotacji sytuacja wciąż się zmienia. Dzieci najczęściej trafiają z interwencji. Bardzo rzadko jest tak, że ktoś w „domu dziecka” nie ma rodziców. Dzieci bez rodziców, szczególnie małe, zostają adoptowane, chyba, że sytuacja prawna na to nie pozwala (czyli rodzice biologiczni mają prawa rodzicielskie). Zwykle jest tak, że rodzice wychowanków gdzieś są i albo z tymi rodzicami nie można żyć, albo oni nie chcą żyć ze swoimi dziećmi. Zdarza się też, że w danym miejscu nie ma odpowiednich warunków dla dziecka lub jest po prostu niebezpiecznie.

Robicie wiele dobrego. Do tej pory prowadziliście projekty „usamodzielnieni”, „gwiazdka One Day”. Wspieraliście młodzież startującą w dorosłe życie. Czego dzieci najbardziej teraz potrzebują? Nasze działania cały czas trwają. Nie zmieniło się przecież to, że czas płynie mimo pandemii, mimo, że świat się w pewnym sensie zatrzymał. Młodzież musi się usamodzielnić. Przychodzi 18. lub 25. rok życia i trzeba podjąć decyzję. My cały czas uczestniczymy w tym procesie. Jest nam teraz trudniej, bo kursy zawodowe są wstrzymywane przez organizatorów (na prawo jazdy, na wózki widłowe, czy inne specjalizacje) a warsztaty prowadzimy zdalnie. W zeszłym roku zrobiliśmy około 50 kursów zawodowych.

Na szczęście miałam intuicję i dwa lata temu wymyśliłam projekt usamodzielnieni.pl – stronę z aplikacją posiadającą bardzo wiele funkcji dla młodzieży, która się usamodzielnia. Teraz możemy z nimi pracować zdalnie. Pokazujemy jakie możliwości daje im ta strona/ aplikacja. Mogą np. zgłosić się do prawnika, jeśli nie wiedzą jak napisać pismo do urzędu, mogą skonsultować się z ekspertem od usamodzielnienia. Znajdą tam nie tylko kontakty, ale również wszystkie prawa i obowiązki, które będą ich czekać na tej nowej drodze. Proces usamodzielniania zaczyna się teoretycznie od 17 roku życia, ale tak naprawdę rozpoczyna się od momentu, gdy dziecko wchodzi do placówki. Już wtedy powinno się tego młodego człowieka przygotowywać na to, że będzie kiedyś prowadził samodzielne życie. Dlatego cieszę się, że zrobiliśmy tą aplikację, bo możemy dotrzeć do szerszej grupy. Staramy się mieć ciekawy, przydatny kontent już dla 16-latków.

Dziecko osiąga pewien wiek i wychodzi z ośrodka opiekuńczo-wychowawczego. Z czym się musi zmierzyć? Jak to wygląda praktycznie? Osoby opuszczające rodzinny dom zwykle mogą liczyć na jakieś wsparcie, a bywa i tak, że w ogóle się nie usamodzielniają… Tutaj takiej możliwości nie ma. Ja myślę, że największa różnica jest taka, że jakichkolwiek rodziców byśmy nie mieli (bo oczywiście sytuacje bywają różne), to zawsze mamy z tyłu głowy, że jak powinie nam się noga, podejmiemy złą decyzję to zawsze możemy wrócić, choć na chwilę i znaleźć kawałek miejsca lub ciepłą zupę. Wychodząc z placówki nie mamy takiego miejsca. Nie możemy wrócić już do placówki, gdy podejmiemy decyzję o odejściu. Możemy ją opuścić mając 18 lat, choć mamy prawo pozostać do 25. roku życia, pod warunkiem, że nadal się uczymy i spełniamy różne wymagania. My zajmujemy się też edukowaniem i wspieraniem dzieci w placówkach, żeby znały swoje prawa i obowiązki. Dzieci mają prawo być pod opieką państwa w trakcie studiów. Często jednak brakuje miejsc w placówkach, bo czekają inne dzieci, więc tworzy się swego rodzaju presja.

W praktyce wygląda to tak, że większość osób, które ukończyły 18 lat wychodzi „w dorosłe życie”. Mają wówczas różne możliwości. Mogą zadecydować, że wynajmą sobie pokój, pójdą mieszkać do cioci, babci (jeśli taką mają) lub do kogoś znajomego – wychodzą i na własną rękę robią wszystko sami. Mogą też skorzystać z pomocy PCPR (powiatowego centrum pomocy rodzinie) i w zależności od tego, jaką mają sytuację i jak długo przebywały w placówce, mają możliwość ubiegania się o różne świadczenia, np. (co zdarza się bardzo rzadko) o mieszkanie socjalne lub chronione (gdzie też są pod pewnym nadzorem, ale nie takim jak w placówce). Jednak na takie decyzje mieszkaniowe czeka się nieraz przez wiele lat, więc ta młodzież i tak jest zmuszona coś wynająć.

Zdarza się, że zgłaszają się do nas osoby, które potrzebują pomocy finansowej przy remontach, bo sprowadziły się do starego, zaniedbanego mieszkania. Niektórzy robią zrzutki na potrzebne rzeczy codziennego użytku (jak czajnik, sztućce, talerze).

W ośrodkach wychowawczych robimy też warsztaty z robienia zakupów i wybierania produktów spożywczych. Taki podstawowy świat (jak zrobić pranie, jak założyć konto w banku, jak wyrobić dowód osobisty) często jest dla tych dzieci nieznany. Posiłki zwykle są wydawane i dzieci nie zawsze wiedzą jak przygotować jedzenie. Żyją trochę jak na koloniach, w wieloosobowych salach. Cieszę się, gdy widzę miejsca w których gotuje się razem.

Jak radzą sobie z codziennością po wyjściu z ośrodka? Na początku mają dużo lęku przed nieznanym. Chyba, że ich sytuacja jest pewna (co się zdarza rzadko) i wiedzą, co będą robić, gdzie będą mieszkać.

My staramy się być z boku i też nie narzucać niczego. Oni wiedzą, że mogą się do nas zgłosić. Jesteśmy dla nich takim supportem. W sytuacjach kryzysowych mogą na nas liczyć.

Czy pomagają im wychowawcy? To tez zależy od miejsca, od pracujących osób, trochę tak jak w domu: jedne rodziny pomagają, inne nie. Są wychowawcy i dyrektorzy z ogromna misją, bardzo zaangażowani, również w edukację tych dzieci, a są miejsca, gdzie nie podejmuje się większych aktywności.

Z czego te osoby się utrzymują? Kieszonkowe to od 20 do 80 pln miesięcznie, do tego często same zaczynają pierwsze prace. Jeśli zostają w placówce, żeby kontynuować edukację, mogą otrzymać miesięczne dofinansowanie (w wysokości 500 pln). Warunkiem przyznania pomocy na kontynuowanie nauki jest złożenie wniosku oraz posiadanie zatwierdzonego indywidualnego programu usamodzielnienia. Mają też prawo prosić o dofinansowanie studiów.

Na czym tutaj polega wasza pomoc? My również wspieramy finansowo edukację podopiecznych. Jeśli np. taka młoda osoba chce zrobić kurs zawodowy lub iść na studia to może się do nas zgłosić i my taką naukę finansujemy. To duże odciążenie dla palcówki.

To wszystko wzięło się z naszych osobistych doświadczeń. Ja sama pamiętam jak zbierałam na prawo jazdy roznosząc ulotki i jak ciężko było mi uzbierać te pieniądze. Dla młodej osoby, która ma taką perspektywę, że może np. zacząć jeździć samochodem, zarabiać robiąc paznokcie (co nie wymaga wielu lat nauki) – to jest naprawdę duża pomoc. Namawiamy ich również do dalszej edukacji kiedy już się trochę usamodzielnią.

Robicie też testy Gallupa.Tak, robimy je na warsztatach, gdy jeździmy po różnych miejscowościach w Polsce. Szkolimy wówczas około 200 osób z pisania CV, rozmowy kwalifikacyjnej, a przede wszystkim podnosimy wiarę w siebie. Właściwie głównym celem tych warsztatów jest to, żeby taka młoda osoba wiedziała, że wszystko jest możliwe. I aby miała takie poczucie, że to, iż jesteśmy z placówki opiekuńczo-wychowawczej nie oznacza, że jesteśmy gorsi od innych. Chcemy tym dzieciom pokazać, że każdy z nas jest równym człowiekiem i każdy z nas ma wiele talentów. Ten test talentów zawodowych daje certyfikat, który namacalnie pokazuje, ile ktoś ma w sobie pięknych rzeczy. Reakcja jest zwykle taka sama „O Boże, ja ma w sobie jakieś talenty!”… Młode osoby mogą potem dołączyć go do CV i to jest dla nich bardzo istotne. Pracodawca wie wówczas, gdzie jest ich mocna strona.

W wielu wywiadach podkreślała Pani, że dzieci z takich placówek często mierzą się z problemem akceptacji i wiary w siebie. Poczucie wartości nigdy nie jest u tych dzieci zawyżone. Rzadko można spotkać osobę, która powie „wierzę, że mi się uda, wierzę w siebie, bo mam w sobie wiele fajnych cech”. Dlatego właśnie nad tym pracujemy.

Brakuje im też wzorców? Zdarzają się fajni psycholodzy, czy opiekunowie w placówce, którzy dobrze z nimi pracują. W tej pracy cały czas chodzi o pokazywanie tym dzieciom pozytywnych aspektów życia i pozytywnych aspektów w nich samych. Jak ma się odpowiednie poczucie własnej wartości to jest się szczęśliwym człowiekiem. Wtedy umiemy o siebie zadbać sami, samodzielność to nie dowód a sposób myślenia. To nasze wewnętrzne dziecko, skrzywdzone przez przykre doświadczenia, nawet jeśli trafi do fajnej grupy ludzi, potrzebuje czasu, żeby zacząć normalnie funkcjonować, przerobić w sobie te sytuacje. Są to tak naprawdę skrzywdzone osoby, które teraz muszą zrozumieć, że te przykre doświadczenia dały im siłę. Dały im moc, żeby przekuć je w coś dobrego.

To są naprawdę wspaniałe, wrażliwe dzieci.

Bardzo wzruszająca historia, którą pamiętam dotyczyła np. chłopca, który w „tabelce marzeń” wpisał, że chce dostać na gwiazdkę legginsy i kucyka pony. Tabelka marzeń, którą publikujemy w październiku/ listopadzie to część naszej akcji świątecznej. Tam dzieci mogą wpisać różne kursy zawodowe oraz wymarzone prezenty od Mikołaja. Myśleliśmy, że to jakaś pomyłka i wrzuciliśmy mu do paczki też inne zabawki. Jednak ten chłopiec, kiedy dostał prezent, zawołał swoją siostrę i dał jej tego kucyka pony i legginsy. Powiedział, że właśnie jego marzeniem było to, aby dać siostrze prezent. Bardzo często dzieci w tabelce marzeń prosiły o prezenty dla swojej rodziny, dla mamy (nawet jeśli nie utrzymywały z nią kontaktu).

To jest charakterystyczne u tych dzieci, że nawet jeśli nie otrzymują wsparcia z zewnątrz to cały czas o tych bliskich osobach pamiętają, licząc, że kiedyś się pojawią. Niestety, doprowadza to do takich sytuacji (mamy czasem takie przypadki), że w momencie usamodzielnienia ci rodzice zaczynają dzieci znowu „kochać”, ale jest to często związane z tym, że te dzieci po prostu same już zarabiają pieniądze i mogą coś sfinansować, stać się podporą.

Co wówczas robicie? To już bardziej zadanie dla psychologa/ psychoterapeuty. Na pewno potrzebne jest wtedy wsparcie polegające na uświadomieniu tym dzieciom, że może nie zawsze warto wchodzić w toksyczną relację, która była bardzo przykra. To niekoniecznie dobre rozwiązanie na pierwszy krok samodzielności.

Chyba we wszystkich ludziach jest takie poczucie, że chcemy być kochani, chcemy być potrzebni, akceptowani. Dlatego niektórzy racjonalizują sobie te sytuacje: to nie było tak, że ten rodzic nas nie chciał, tylko po prostu nie mógł się nami zająć, miał trudne warunki itp.

To oczywiście jest kwestia indywidualna, bo czasem ktoś naprawdę nie miał warunków finansowych, a chciał wychować dziecko. Przypadki są różne. Staramy się, poprzez specjalistów, tłumaczyć tym dzieciom, że wchodzenie na nowo w te relacje nie jest do końca szczere z obydwu stron. Zdarza się zresztą, że rodzice wytaczają dorosłym dzieciom sprawy o alimenty. Na szczęście te sprawy są przegrywane. Nie znam przypadku, żeby jakiś rodzic wygrał. Jednak sam fakt, że trzeba iść do sądu, zeznawać, wziąć prawnika – to nie jest fajne na start.

Wygląda na to, że wsparcie psychologiczne jest tym dzieciom po prostu niezbędne. Mamy osoby, które korzystają z opłacanej przez nas psychoterapii i zachęcamy do tego wielu wychowanków. Psycholog jednak nie kojarzy się dobrze. Staramy się to odczarować. Opowiadam im o wielu sprawach na swoim przykładzie i myślę, że to do nich trafia, więc przekonują się czasem do psychoterapii.

Mamy również psychologa w swojej aplikacji i bardzo zachęcam dzieci, żeby korzystały z pomocy, zapisywały się na psychoterapię. Osobiście uważam, że takie wsparcie i przepracowanie swoich doświadczeń jest potrzebna każdemu kto przeżył coś trudnego.

W jakiej kondycji jest obecnie Fundacja? Czy bardzo odczuwacie skutki pandemii? Mam wrażenie, że po tej pierwszej fali pomocy dla lekarzy, osób starszych, samotnych, przyszedł czas na innych potrzebujących. Pomogła nam niewątpliwie akcja społeczna marki Mary Kay „Dłonie pełne dobra” – zebrali dla nas kilkadziesiąt tysięcy, dodatkowo nasz projekt USAMODZIELNIENI jest wspierany przez Kulczyk Foundation. Nie ukrywam jednak, że mocno odczuliśmy ten okres pod względem finansowym. Na pewno kuleje kwestia naszych cegiełek. Prawie każdy, przez zaistniałą sytuację, dostał „po kieszeni” i na pewno trudniej teraz wspierać innych, jeśli samemu ma się problemy.

Placówki mimo wszystko działają. Podstawowe potrzeby dzieci są zaspokajane. Bardziej zależy nam, żeby wspierać podopiecznych edukacyjnie i psychicznie. Próbujemy sobie jakoś radzić i robić dla dzieci, które są zamknięte w placówkach to, co możemy. Nie można do nich przyjechać, odwiedzić osobiście. Staramy się robić im warsztaty online. Taki kontakt jest dla nich ważny szczególnie, gdy mieszka się w pokoju z kilkoma osobami i czasem nie można wyjść z tego pokoju, bo ktoś inny ma kwarantannę w pokoju obok.

Na początku pandemii zgłosiły się do nas placówki z prośbą o pomoc w pozyskaniu laptopów, żeby dzieci mogły uczestniczyć w zdalnym nauczaniu. Zdarzały się miejsca, gdzie w placówce było 35 uczniów i tylko 2 stacjonarne komputery. Udało nam się zebrać bardzo dużo laptopów. Były też akcje rządowe oraz innych organizacji. Można powiedzieć, że dzięki pandemii te dzieci wreszcie mają dostęp do tego, żeby zdobywać wiedzę poprzez technologię. Możemy teraz robić dużo warsztatów online i dotrzeć do większej grupy. Także są tez plusy tej nowej rzeczywistości.

Jak można wam pomóc? Jeśli chciałabym was wesprzeć jako osoba z zewnątrz to co mogę zrobić (oprócz zakupu „cegiełek”)? Cegiełki od darczyńców są oczywiście dla nas ważne, jako stałe zabezpieczenie, ale taką przestrzenią, gdzie każdy mógłby coś dać od siebie, jest nasza aplikacja. Tam mamy miejsce poświęcone stażom i wiedzy związanej z pracą. Jeżeli ktoś z nas posiada jakiś zawód to może podzielić się informacjami o tym zawodzie (jakie są jego plusy i minusy, na czym dokładnie polega) lub jakąś ciekawą historią ze swojego życia. Mamy też miejsce na filmy instruktarzowe oraz takie, które pokazują różne zawody czy perspektywy. Dzieciaki chętnie to oglądają, bo znajdują dla siebie inspiracje. Jest też zakładka, która zawiera ogłoszenia o pracę czy staże. Jeśli ktoś chciałby zatrudnić takiego młodego człowieka, może zamieścić tam ogłoszenie. Będziemy teraz robić kurs dotyczący pracy online. Wartością są więc dla nas oferty pracy, szczególnie zdalnej, i ciekawie podana wiedza.

Czy jest duża różnica pomiędzy usamodzielnianiem się w dużym mieście, a w małej miejscowości? Z pewnością w dużym mieście łatwiej jest o pracę. Teraz np. mamy taką sytuację, że szukamy już od miesiąca pracy dla wychowanki z Elbląga i naprawdę ciężko jest znaleźć cokolwiek. Poza tym duże miasto daje więcej możliwości pod względem mieszkaniowym.

Małe miejscowości wiążą się też mocno z historią tych dzieci i wiele z nich chce te miejsca opuścić.

Jakie zawody najczęściej wykonują wychowankowie ośrodków? Mogę powiedzieć na podstawie naszej „tabelki marzeń” o jakie kursy najczęściej proszą. Poza kursami językowymi czy na prawo jazdy, zwykle pojawiają się prośby o kursy na wózki widłowe, fryzjerstwo, kursy kosmetyczne – czyli zawody, których można szybko się nauczyć, zdobyć certyfikat i zacząć pracę. Zdarzają się oczywiście prośby o inne szkolenia. Mieliśmy ratowników wodnych, tatuażystkę, która teraz, po kursie, robi tatuaże. Większość młodzieży myśli o tym, żeby jak najszybciej mieć zawód, który umożliwi im zarabianie pieniędzy.

Czyli myślą praktycznie, ale krótkoterminowo. Nie na zasadzie: pójdę na studia, zdobędę wykształcenie w danej dziedzinie… Ja mogę powiedzieć na swoim przykładzie: nigdy nie sądziłam, że mogłabym pójść na studia. Na początek również zrobiłam kurs fryzjerski. Później ta droga tak się potoczyła, że uwierzyłam, iż mogę pójść na studia i zrobiłam to, choć dość późno. W każdym razie to jest ten sam schemat: chcę szybko mieć kompetencje i zarabiać, a też wydaje mi się, że na wyższej uczelni sobie nie poradzę. Nie miałam w ogóle takich myśli, że mogłabym iść na studia. Większość tych dzieci ma właśnie takie przeświadczenie. Choć oczywiście zdarzają się osoby które marzą o studiach - to dla nas duża radość.

Rozumiem, że bez pomocy i motywowania marnują się setki talentów? No właśnie ten test talentów robi cuda. Wiele dzieci zmienia swoje ścieżki zawodowe. Mieliśmy np. podopieczną, która była w liceum chemicznym i chociaż była dobrą uczennicą, w te przedmioty ścisłe musiała wkładać wiele wysiłku, żeby je przyswoić. Po wykonaniu testów Gallupa i rozmowie z coachem okazało się, że ma ona wiele talentów psychologicznych. Postanowiła więc zmienić profil na humanistyczny i teraz szczęśliwie się realizuje studiując psychologię. Opłacamy jej te studia. To jest świetny przykład na to, że poznając swoje mocne strony można nie męczyć się w tym, co robimy.

Warto też przytoczyć historię pewnego chłopca z Fundacji, który miał niepełnosprawność ruchową i lekarze nie dawali mu większych szans, że będzie kiedyś sprawny. On sobie jednak wymarzył, że będzie ćwiczył i przez ćwiczenia ruszy te mięśnie, które pozwolą mu uzyskać sprawność. Bardzo w to wierzył. Przez ileś lat, co roku, zamawiał sobie w tabelce marzeń kolejne elementy do siłowni: najpierw ciężarki, potem ławkę. W ten sposób budował w placówce własną siłownię, nie tylko dla siebie. Namawiał też innych, żeby ćwiczyli. Po wielu latach ćwiczeń ten chłopak normalnie funkcjonuje. Nikt by nie uwierzył, że miał tak poważne problemy. Ma teraz 17 lat i poprosił w ostatnim roku o kurs trenera personalnego. Interesuje się też odżywianiem. Występuje zresztą w naszej aplikacji jako przykład. Nagrał dla dzieci film motywacyjny.

To pokazuje niezłomność wielu podopiecznych. Tak, ale często pojawia się kłopot w mniejszych miejscowościach. Jest tu pewna tendencja, którą zauważam. Otóż wszyscy idą często do jednej szkoły, bo nie mają wyjścia i przykładowo, gdy jedyną szkołą jest szkoła gastronomiczna, wszystkie dzieci w danej miejscowości wybierają te same zawody: kelnerów, kucharzy itp. Dlatego te testy Gallupa pokazują, że możemy nie zatrzymywać się na jakimś etapie, bo mamy inne talenty do wykorzystania.

Jaka panuje atmosfera w placówkach opiekuńczo-wychowawczych? Jak te dzieci się w nich odnajdują? Mam wrażenie, że to jest jak w dużej rodzinie. Oni bardzo mocno się ze sobą trzymają i jeśli nawet są jakieś kłótnie to tak jak między bratem a siostrą. Mogą też na siebie liczyć. Są przyjaciółmi i pomagają sobie nawzajem. Często starsze dzieci opiekują się tymi młodszymi i te relacje są naprawdę ciepłe. Przynajmniej tak to wyglądało w większości miejsc, które odwiedzałam.

Z tego, co Pani mówi, cechuje ich duże współczucie. Jest w nich dużo miłości i ciepła, choć są dość zamknięte, szczególnie na nowe osoby. Wiele z tych dzieci nie mówi w szkole, że są z placówki i tu się pojawia pewien kłopot. Izolują się czasem, bo nie chcą zdradzić tej „tajemnicy”. Nie wchodzą więc w głębokie relacje, bo boją się, że ktoś będzie chciał przyjść do nich do domu. Rówieśnicy często nie wiedzą, że te osoby mieszkają w „domu dziecka”.

Z czego to wynika? Czy dzieci wstydzą się tego? Myślę, że tak. Na swoim przykładzie pamiętam, że nie było mowy (np. w szkole podstawowej), żeby powiedzieć innym dzieciom, że jest się z domu dziecka. To zależy pewnie od miejsca zamieszkania. Ja się wychowałam w mniejszej miejscowości koło Warszawy i tak właśnie było. O tego czasu wiele się zmieniło, ale jak rozmawiam z dziećmi to one jednak cały czas czują, że nie powinny o tym mówić. Obawiają się reakcji i tego, że będą miały jakiś stygmat, zostaną zaszufladkowane.

Co chciałaby Pani od siebie jeszcze przekazać? Chcę powiedzieć, że jest nas wszystkich dużo. Czasem warto być uważnym i wrażliwym, pamiętać, że istniejemy wokół. Niestety w Polsce ten temat nie jest do końca przepracowany. Chciałabym walczyć z takim poczuciem, że jak ktoś jest z „domu dziecka” to jest z nim coś „nie tak”, a często się z tym spotykam. Słynne: „Ty jesteś adoptowany” oznacza że nie pasujesz - dzieci się tym straszą w szkole, domu. Potrzebna jest nam wszystkim akceptacja i zrozumienie. Jesteśmy super! Jesteśmy bardzo wrażliwi, umiemy kochać, wspierać. Wszyscy, których spotykam chcą pomagać. Chcą pracować w schroniskach, w fundacjach. Przez to pragną też pomagać sobie. Zawsze tak jest, że jak pomagamy innym to pomagamy też sobie i to jest piękne. Liczą się dobre intencję - a tych nam nie brakuje!

Fundacja One Day powstała po to, by wspierać młodzież i dzieci z domów dziecka i placówek opiekuńczo-wychowawczych poprzez dwie niezależne inicjatywy: #GWIAZDKĘ ONE DAY organizowaną raz w roku oraz całoroczny projekt #USAMODZIELNIENI. Powstała z własnych doświadczeń i jest tworzona wspólnie z dziećmi.