1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zarządzanie czasem - jak dobrze planować?

Zarządzanie czasem - jak dobrze planować?

Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Jakie zastosować strategie, aby zacząć panować nad swoim czasem? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Skarżymy się, że mamy go mało. Zdecydowanie za mało! Narzekamy na pracę wykonywaną po godzinach, na zmęczenie. Gdzie przepada nasz czas? Jak go pochwycić, wydłużyć, obłaskawić? Jest na to sposób, a nawet kilka.

Kiedy chcesz na nowo zawładnąć czasem, musisz zacząć od zmiany nawyków. Czyli tak naprawdę stylu życia. Do tego nie wystarczy presja z zewnątrz. Potrzebujesz motywacji! Anna Kupisz-Cichosz, coach i trener rozwoju przedsiębiorczości, powołuje się na książkę rodzeństwa Heathów „Pstryk. Jak zmieniać, żeby zmienić”. Autorzy twierdzą, że każdy z nas ma w sobie jeźdźca i słonia. Jeździec to rozsądek, który mówi na przykład, że trzeba się inaczej zorganizować, wprowadzić zmianę, ulepszenie. Ale jest jeszcze słoń, któremu często zwyczajnie się nie chce.

– Oczywiście, jeździec może się z nim siłować, zmuszać do wykonywania pewnych czynności. W końcu jednak opadnie z sił, gdyż słoń ciągnie w swoją stronę, zgodnie z nawykiem. Bo nie został zmotywowany do wprowadzenia zmiany – mówi Anna Kupisz-Cichosz.

Jeździec kontra słoń

Chcenie lub niechcenie ma ścisły związek z emocjami. A emocje – z priorytetami. I to właśnie priorytety odgrywają kluczową rolę, jeśli chodzi o wykorzystanie czasu. – Pytanie, na ile są one zgodne z naszym systemem wartości, z filozofią życiową. Bo jeśli nie są, będziemy mieli ogromny problem z tym, żeby efektywnie zaplanować dzień, realizować powierzone zadania – ostrzega Anna Kupisz-Cichosz. Emocje to drogowskazy, podpowiedzi: to tak, a to nie, to lubię, w to nie wierzę. Mogą osłabiać nasze działania. Albo wzmacniać. Dzięki nim jesteśmy w stanie porywać się na najtrudniejsze zadania.

– Kultura zachodnia oddzieliła emocje od procesów myślowych, zepchnęła je w kąt. Wielu z nas żyje w przekonaniu, że w miejscu pracy nie można być sobą, okazywać emocji – że to słabość. Niezależnie od tego, czy w grę wchodzi złość, smutek czy radość... Przez lata byliśmy uczeni tłumienia emocji, aż straciliśmy z nimi kontakt. One wciąż są, tyle że w podświadomości, i nie jest to dla nich najlepsze miejsce. Dużo lepiej byłoby przeżywać je świadomie. Kiedy podczas sesji coachingowych pytam klienta „co czujesz?”, często nie potrafi odpowiedzieć. Mówi: „Myślę, że...” albo: „Generalnie rzecz biorąc, czuję się dobrze”. Czyli skupia się na intelektualizowaniu albo ocenie stanu. „Dobrze” to nie emocja! – zauważa Kupisz-Cichosz.

Wracając do słonia: żeby mógł porozumieć się z jeźdźcem, musi wiedzieć, co czuje, czego potrzebuje, na co ma ochotę.

– Powiedzmy, że jeździec ocenił, że dobrze byłoby wcześniej wstawać, ale jeśli nie mam wyznaczonych godzin pracy, nie mam szefa, a rano chce mi się spać – sam pomysł to trochę mało – mówi coach. – Na początku zmuszamy się, potem rezygnujemy. Może nie wzięliśmy pod uwagę, że potrzebujemy ośmiu godzin snu i żeby wcześniej wstać, trzeba się wcześniej położyć? To typowy problem osób wykonujących wolne zawody. Wiele z nich wpada w nawyk realizowania zleceń w ostatniej chwili. Trudno się zorganizować, tyle ciekawych rzeczy można robić... Jednocześnie zdają sobie sprawę, że taki sposób działania jest bardzo wyczerpujący i stresujący. Owszem, stres może wpływać mobilizująco, wręcz wywoływać ekscytację, ale po przekroczeniu pewnego progu staje się obciążeniem nie do zniesienia. Co więcej, spada jakość wykonania.

Ponieważ przyzwyczajenia bywają niezwykle silne, lepiej nie skakać na głęboką wodę, nie zmieniać wszystkiego od razu. Anna Kupisz-Cichosz zaleca taktykę małych kroków. Jeśli zwykłaś wylegiwać się do dziesiątej, trudno, żebyś z dnia na dzień zadecydowała, że będziesz wstawać o piątej. – Przy gwałtownych skokach słoń przestraszy się, zwątpi. Pojawia się lęk przed porażką, przekonanie, że to nie ma sensu, za dużo. Władzę przejmuje podświadomość, zaczyna się szarpanina, frustracja... Tymczasem małe kroki to szansa na małe sukcesy. A każdy sukces – zauważony, doceniony – pozwala wzmocnić siebie, uwierzyć, że się uda.

Jak się odnaleźć w wielu rolach?

A w firmie, korporacji, biurze? Pewne rzeczy wymusza system, choćby godziny urzędowania, ale nie ma co się oszukiwać – i w tym wypadku organizacja czasu jest niezmiernie ważna. Chcesz przecież optymalnie wykorzystać dzień, a o godzinie „0” z czystym sumieniem wyłączyć komputer.

– Zwykle w firmie w godzinach pracy sporo się jednak dzieje – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zadania merytoryczne, spotkania „odgórne”, „oddolne”, e-maile, telefony. Trzeba nad wszystkim zapanować, nie zapomnieć przy tym o posiłku i chwili odprężenia. Ustalić priorytety. W przypadku menedżerów dochodzą jeszcze zajęcia związane z oceną okresową, planami na przyszłość, koncepcją firmy, rzeczy stricte operacyjne...

Anna Kupisz-Cichosz poleca proste narzędzia do zarządzania projektowego. Na przykład to, które opisuje (w książce „7 nawyków skutecznego działania”) Stephen R. Covey. – Zaczynamy od tego, że wypisujemy wszystkie role, jakie pełnimy w danej firmie. Z jednej strony pracownik i członek zespołu, z drugiej podwładny, z trzeciej często przełożony. W każdej z tych ról mamy pewne priorytety, rezultaty, jakie chcemy osiągnąć. Należy rozpisać je na cele tygodniowe, a następnie rozbić na mniejsze zadania i umieścić w kalendarzu pod konkretną datą. Zwracam na to uwagę, bo często wykonujemy prace związane tylko z byciem członkiem zespołu, zapominając o podwładnych, którzy potrzebują naszej pomocy, czekają na wskazówki.

Z doświadczenia Anny Kupisz-Cichosz wynika, że najtrudniej jest zapanować nad czasem przedsiębiorcom. I to oni najczęściej odwołują się do narzędzi zarządzania projektowego, do specjalnych programów. – Właściciel firmy ma, zwłaszcza na początku, mnóstwo obowiązków: pozyskiwanie klienta, obsługa, nawiązanie relacji z potencjalnymi partnerami biznesowymi, prowadzenie działań marketingowych, koncepcyjne myślenie nad rozwojem przedsięwzięcia, czynności administracyjne. Zawsze radzę korzystać z usług księgowej i jak najszybciej zatrudnić asystenta. To zmniejsza ryzyko, że firma „wejdzie na głowę”. Każdy musi wygospodarować przestrzeń dla siebie, na spotkania z bliskimi, na książkę, film, zadbanie o kondycję, zdrowie, sferę duchowości. Jeśli brakuje na to czasu, życie zaczyna przypominać kierat.

Jaką przyjąć strategię?

Niektóre zadania sprawiają nam przyjemność, inne nie. Próbujemy sobie z tym radzić za pomocą różnych strategii i z różną skutecznością. Jedni zaczynają dzień od wyzwań. Mają więcej energii, żeby wziąć byka za rogi, no i chcą to mieć jak najszybciej z głowy. Inni wolą rozpocząć od czegoś łatwiejszego – rozkręcić się.

– Jeżeli jakieś strategie się sprawdzają, nie ma powodu, by je zmieniać – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zalecam jednak nie odkładać nielubianych czynności, które zajmują niewiele czasu. Być może wywołują opór, niechęć – na przykład musimy do kogoś zadzwonić. Ale jeśli to kwestia trzech minut, zrób to natychmiast! Odbębnij to, miej za sobą, inaczej zmarnujesz dzień.

Ogromne znaczenie przy zarządzaniu czasem odgrywa koncentracja – przy nadmiarze otaczających bodźców łatwo ją tracimy, a wtedy wszystko rozłazi się, rozpada... Jednym ze sposobów na to jest technika Pomodoro. Innym – robienie tego, co się lubi. – Kiedy jakaś czynność sprawia nam dużą przyjemność albo mocno się w nią zaangażujemy, potrafimy się zatracić – zauważa coach. – Wpadamy w trans. W przepływ. W szał twórczy. Tracimy poczucie czasu, jesteśmy w stanie pracować tak długo, aż ta energia się wyczerpie. Nawet kilkanaście godzin. Pasja zapewnia inną jakość pracy, inny wymiar.

Matryca Eisenhowera

Cennym przewodnikiem po dniu pracy jest matryca Eisenhowera. Dzieli ona zadania na cztery ćwiartki: ważne i pilne, ważne i niepilne, nieważne i pilne, nieważne i niepilne. Pierwsza ćwiartka (ważne i pilne) to tzw. pożary. – Nie ma o czym dyskutować, trzeba to zrobić – mówi Anna Kupisz-Cichosz. – Zwykle zdecydowanie za mało czasu poświęca się na drugą ćwiartkę – „ważne, niepilne” – a szkoda, bo to działania prewencyjne, pozwalające uniknąć sytuacji kryzysowych. W rezultacie liczba pożarów wzrasta i wciąż jesteśmy w tzw. bieżączce. Rzeczy nieważne, ale pilne najlepiej od razu delegować, a nieważne i niepilne – odpuścić sobie. Te ostatnie to pożeracze czasu – strony w sieci, na które wchodzimy na chwilę i ani się spostrzeżemy, jak mija godzina. Matryca Eisenhowera zwraca uwagę na drugą ćwiartkę – żeby jak najczęściej do niej zaglądać, nie tylko w pracy. Na przykład w kwestii profilaktyki zdrowotnej – w tym wypadku „pożarem” jest choroba.

– Matrycę Eisenhowera dobrze jest połączyć z zarządzaniem przez role – podpowiada coach. – Przefiltrować przez nią priorytety związane z pełnionymi rolami. Być może, patrząc na drugą ćwiartkę, menedżer przypomni sobie, jak istotny jest rozwój podwładnych. Albo analiza skończonego projektu.

Wreszcie planowanie. Bardzo ważne! Zwłaszcza że – jak twierdzi Anna Kupisz-Cichosz – ludzie mają tendencję do planowania „na styk” i do niedoceniania pracochłonności poszczególnych zadań. – Ich terminarze są przeładowane, spotkanie po spotkaniu. A potem spóźniają się, bo nie wzięli poprawki na poślizg. Albo wysiada im głowa. Zawsze mówię przedsiębiorcom: „Pod żadnym pozorem nie planuj sobie 12-godzinnego dnia pracy! Po pierwsze, nie dasz rady, po drugie, rodzina ci na to nie pozwoli”. W zarządzaniu projektami trzeba pamiętać, żeby do planowanego czasu realizacji doliczyć 20 proc. To margines na rozmaite niespodzianki, na ryzyko, którego nie dostrzegliśmy.

Przy długoterminowych projektach ustanawia się dodatkowo tak zwane kamienie milowe, czyli cele pośrednie. Na przykład co kwartał. – Ustal swoje cele na poszczególne miesiące. Potem skup się na pierwszym miesiącu – zapisz, jakie zadania mają zostać zrealizowane w danych tygodniach – sugeruje coach. – Wreszcie najbliższy tydzień: wpisz zadania przy konkretnych dniach. Postępuj tak samo z kolejnymi tygodniami, a kiedy dotrzesz do kamienia milowego, zobacz, gdzie jesteś. Kamienie milowe to niezwykle istotny element weryfikujący, taki przystanek na drodze. Zatrzymujesz się, oglądasz na nowo sytuację... Ale też okazja do świętowania. Spory kawał roboty za tobą, coś już osiągnęłaś, pora na nagrodę. Może to być urlop, zakupy, kolacja... Najważniejsze jednak jest poczucie dumy, radości, wiary w siebie.

Anna Kupisz-Cichosz, coach, trener rozwoju przedsiębiorczości, właścicielka firmy Softway, wspierającej przedsiębiorców w rozwoju.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Praca i partnerstwo – jak sobie radzić, gdy oboje pracujemy z domu? Co pokazują badania?

Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Wspólna praca pod jednym dachem wymaga nowych rozwiązań. (fot. iStock)
Kwarantanna, społeczny dystans, praca zdalna – nowa, zwykle dość trudna rzeczywistość dla większości z nas to skutek epidemii Covid-19. Jedyne, co nam pozostaje, to najczęściej przebywanie w towarzystwie najbliższej rodziny, partnera i domowników. Nigdy wcześniej nie byliśmy zmuszeni do tak intensywnego łączenia pracy z życiem rodzinnym. Dla wielu par to prawdziwe wyzwanie, aby na niewielkiej wspólnej przestrzeni połączyć swoje życia zawodowe z rodzinnymi i domowymi obowiązkami.

Niegdyś praca zdalna traktowana była jako benefit. Jednak, upragnione przez niektórych, przeniesienie życia zawodowego do domu może obfitować w wiele negatywnych skutków. Trudności z rozdzieleniem domowych i zawodowych czynności, które się obecnie pojawiają nie dotyczą nas indywidualnie (chyba, że mówimy o singlach). Przekładają się one coraz bardziej na nasz związek i rodzinę.

Jak w czasie pandemii radzą sobie pary w Polsce? Jak zareagowały na nagłą konieczność pracy zdalnej? Jak radzić sobie skutecznie z tymi nowymi wyzwaniami? – Zjawisku przyjrzał się dokładniej zespół badaczek z Uniwersytetu SWPS. Pierwszą część badań zrealizowano w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego.”

- Okazało się, że z tą nagłą i wymuszoną pracą zdalną wiąże się cały wachlarz psychospołecznych konsekwencji. Z jednej strony badani podkreślali jej korzystne aspekty, jak oszczędzanie czasu związanego z dojazdami do firmy, poczucie mniejszego pośpiechu w ciągu dnia, czy pogłębienie relacji z partnerem lub partnerką. Z drugiej strony okazało się, że praca w firmie ma też sporo korzyści. Naszym rozmówcom brakowało codziennych rytuałów (jak ubieranie i malowanie się do pracy), czy kontaktów „na żywo” ze współpracownikami. Częstym problemem było poczucie ciągłego bycia w pracy i trudności w „odłączeniu się” od niej – podsumowuje dr Anna Studzińska.

Nigdy nie wychodzę z pracy… Konflikty praca-dom

Czego możemy się spodziewać przy połączeniu tych dwóch różnych światów? Otóż, jak zaznaczają autorzy badania „połączenie strefy zawodowej i domowej może prowadzić do pojawienia się lub nasilenia dwóch konfliktów: praca-dom i dom-praca.
  1. Konflikt praca-dom zachodzi, gdy wymagania i napięcia związane z pracą oddziałują na zdolność pracownika do wywiązywania się z obowiązków rodzinnych.
  2. Natomiast konflikt dom-praca odzwierciedla sytuację, w której wymagania związane z życiem rodzinnym ograniczają możliwość wykonywania obowiązków zawodowych.”
W obecnej sytuacji epidemicznej oba te konflikty zwykle się przenikają i jedno zadanie odbywa się kosztem innego. W sytuacji, gdy do obowiązków domowych dodamy jeszcze opiekę nad dziećmi, siłą rzeczy przeważał będzie konflikt dom-praca. W tej grupie badanych stosowanie różnych strategii wymaga albo dużej elastyczności, albo jest zwyczajnie niemożliwe. Rodzice, zamiast zajmować się planowaniem czasu i przestrzeni, po prostu reagują na sytuację na bieżąco.

Z kolei wiele par, nie obarczonych opieką nad dziećmi, wypracowało sobie konkretne modele działania. Ekspertki wskazały tutaj na dwie strategie radzenia sobie z konfliktem między pracą a domem: separacja oraz integracja. W pierwszej grupie badani wyznaczali ostre granice między pracą a domem, co dotyczyło zarówno fizycznego oddzielenia przestrzeni (zaadoptowanie nowej przestrzeni z przeznaczeniem na biuro) jak i psychologicznego rozdzielenia tych obszarów (przykłady? – wyznaczenie stałych godzin pracy i nieprzekraczanie wyznaczonego czasu, czy nawet nierozmawianie na tematy służbowe po zakończeniu służbowych obowiązków). Tymczasem w drugiej grupie, tak zwanych integratorów, oba światy dość płynnie przeplatały się ze sobą. Nie tylko nie przeszkadzał im taki stan rzeczy. Integratorzy doceniali nawet, że mogą planować działania zawodowe w czasie wykonywania obowiązków domowych (np. w trakcie sprzątania, gotowania) lub zrobić sobie przerwę w pracy kiedy tego potrzebują i poświęcić ją na chwilę odpoczynku.

- Wymagania, z którymi musimy radzić sobie na co dzień – zarówno te zawodowe, jak i związane z obowiązkami domowymi – wymagają od nas wysiłku, dlatego wyczerpują nas fizycznie i psychicznie. Wypracowane przez pary strategie to sposoby na redukowanie obciążeń, zarówno wprost, przez zmniejszanie ich natężenia, jak i pośrednio – poprzez dostarczenie zasobów do lepszego radzenia sobie z nimi – tłumaczy dr Ewelina Smoktunowicz.

Jak wygląda domowa „pandemiczna” regeneracja?

Część strategii, które wypracowało sobie wiele par, dotyczyło tego, w jaki sposób skutecznie odpoczywać i regenerować siły. Jak wymieniają psycholożki „sport, kontakt z naturą (gdy pozwalały na to obostrzenia epidemiologiczne) czy hobby były sposobem na relaks, ale również odreagowaniem niepewności wywołanych zmieniającą się rzeczywistością. Podobną funkcję spełniało poszukiwanie wsparcia bliskich lub specjalistów, a także pogłębianie i rozwijanie relacji z partnerem lub partnerką. Częstą praktyką było także redukowanie nadmiaru obowiązków, np.: poprzez robienie zakupów przez Internet, ograniczanie liczby spotkań czy nawet zmniejszenie wymiaru etatu.”

- Kobiety są bardziej obciążone zadaniami w domu niż mężczyźni. Dodatkowo rola pracy w ich życiu jest postrzegana jako mniej centralna. W naszym kolejnym badaniu przyjrzymy się temu, w jaki sposób strategie podziału obowiązków pomagają parom w radzeniu sobie z konfliktami ról, gdy obie osoby pracują z domu. (…) – przewiduje dr Marta Roczniewska.

Źródło: mat. pras. SWPS. na podstawie badań zrealizowanych, w ramach projektu „Pary w pandemii: radzenie sobie z konfliktami praca-dom i dom-praca w warunkach dystansu społecznego. Intensywne badanie podłużne w diadach”, przez dr Martę Roczniewską, dr Ewelinę Smoktunowicz, Ewę Makowską-Tlomak  z Uniwersytetu SWPS oraz dr Annę Studzińską z Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie.

  1. Psychologia

Sztuka ogarniania. Jak nauczyć nastolatka zarządzania czasem?

Rodzice starają się wyrabiać w dzieciach różne nawyki, tymczasem ważne jest, aby uczyli ich również zarządzania czasem oraz radzenia sobie z nadmiarem bodźców. (Fot. Getty Images)
Rodzice starają się wyrabiać w dzieciach różne nawyki, tymczasem ważne jest, aby uczyli ich również zarządzania czasem oraz radzenia sobie z nadmiarem bodźców. (Fot. Getty Images)
Rodzice skupiają się na tym, by wyrobić w dzieciach nawyk mycia zębów, zdrowego odżywiania i systematycznej nauki. Pedagożka i autorka książek dla młodzieży Ewa Nowak przekonuje jednak, że równie istotne – a może nawet ważniejsze – jest uczyć nastolatka, jak zarządzać czasem, radzić sobie z nadmiarem bodźców i cieszyć się życiem.

Na studiach uczyłam się, że przeciętnie podejmujemy 70–100 decyzji dziennie. Laureat Nagrody Nobla Daniel Kahneman − psycholog i ekonomista, który podważył model racjonalnego podejmowania decyzji − wyliczył, że najróżniejszych wyborów dokonujemy każdego dnia od dwóch do dziesięciu tysięcy! A nastolatki muszą ich dokonać więcej, gdyż nie mają jeszcze wykształconego automatyzmu wykonywania wielu czynności.

Dorastająca młodzież funkcjonuje dosłownie w huraganie bodźców: życie towarzyskie, wymagania szkolne i pozaszkolne, oczekiwania rodziców, społeczny przymus wyróżnienia się, a do tego obowiązkowo sport, jakieś wyszukane hobby, sympatia… Wszystkie te obszary generują mnóstwo bodźców, a każda decyzja w jednej sekundzie może odmienić nastrój nastolatka. Jutrzejszy sukces życiowy twojego dziecka będzie polegał na tym, że raz na zawsze wyrobi w sobie nawyk rozróżniania tego, co jest ważne, a co nie.

Skoro dziennie człowiek podejmuje aż tyle decyzji, dobrze postawić na to, żeby podejmować je mądrze. Bez względu na to, jak długo potrwa pandemia (na szkolnym krześle czy przed monitorem) twój nastolatek dokładnie teraz nabiera nawyków co do podejmowania decyzji. Warto go w tym dyskretnie wesprzeć. Już samo zaszczepienie wiedzy na ten temat bardzo mu w życiu pomoże.

Mniejsza dawka rodzica

Zacznijmy od najtrudniejszego, czyli od usunięcia się dorosłych na drugi plan. Kiedy twoje dziecko było dzieckiem, czyli do około 12. roku życia, byłeś w 100 proc. odpowiedzialny za to, jak ono radzi sobie z wyzwaniami. Miało prawo całkowicie polegać na tobie. Ten czas właśnie mija. Między 12. a 18. rokiem życia nastolatek musi płynnie przejść od całkowitego polegania na rodzicach i na podejmowanych przez nich decyzjach do całkowitego polegania wyłącznie na sobie. Jeśli to się nie uda, zdarzy się katastrofa. Wypuścisz z domu (albo wręcz nie wypuścisz) niesamodzielnego, nieumiejącego zadbać o siebie i swoje sprawy człowieka. Co to znaczy „zadbać”? Wiedzieć, na czym się skupić, co robić, w jakiej kolejności, kogo i kiedy poprosić o pomoc, jak nie zamęczyć samego siebie i najważniejsze: mieć długoterminową wizję swojego życia.

Nastolatek na pewno nauczy się po sobie sprzątać, nie umrze  z głodu i zorientuje się, jak zrobić pranie. Nawet jeśli nie wyniesie tego z domu, nic strasznego się nie stanie, bo „na swoim” opanuje te umiejętności w trzy dni. Dużo ważniejsze jest wyposażenie dziecka w narzędzia, które ułatwią mu życie, czyli umiejętność zarządzania sobą.

W książce „7 nawyków skutecznego nastolatka” Seana Coveya (syna autora bestsellerowych „Siedmiu nawyków skutecznego działania”) znalazłam zdanie:

„Jedną z podwalin mojej kariery były nawyki, które wyrobiłem w sobie jako nastolatek”
Kochany rodzicu, spójrz za siebie. Pomyśl, jakie są skutki twoich pozornie drobnych, jednostkowych decyzji, które podjąłeś w przeszłości. Wcale nie edukacja, ale kształtowanie charakteru jest najważniejszym zadaniem, jakie staje dziś przed młodym człowiekiem, a także przed jego rodzicami.

7 zasad Coveya

Nawet jeśli ty sam – dorosły rodzic młodego człowieka – masz problemy z zarządzaniem czasem, nic nie szkodzi. To świetna okazja, żeby wraz kształtowaniem nawyków u nastolatka wykształcić je w sobie. Popatrz na swoje dziecko – jak zabiera się do rozpoczęcia lekcji online lub odrobienia zadań na jutro. Czy ono wie, co robi, po co robi, co mu to da i jaki to ma sens? Zastanów się, czy na pewno udało ci się przekazać swojemu nastolatkowi, że – jak twierdzi Covey junior – fundamentem sukcesu w życiu jest siedem prostych zasad zarządzania czasem, decyzjami, czyli… sobą samym. Oto one:

1. Człowiek odpowiada za swoje decyzje. Dla ciebie to oznacza: uwolnić nastolatka od siebie. Pozwól mu być kowalem swojego losu. Nie pilnuj go stale, nie wypytuj, nie uprawiaj helikopterowego rodzicielstwa. Mówiąc krótko: zostaw go w spokoju. Niech popełni kilka drobnych błędów. Bez tego nie zrozumie, jak działa związek przyczynowo-skutkowy.

2. Zapisywanie celów pozwala utrzymać życiowy kurs. Zaproponuj, żeby zapisywał cele i to, jak zamierza je realizować. Zapisanie konkretów (po czym poznam, że to mi się udało, do kiedy itd.) daje ogromną siłę. Dlaczego nie uczymy się tego w szkołach, wciąż pozostaje dla mnie zagadką. Pamiętaj jednak, że cele to coś niezwykle intymnego. Nigdy nie zrozumiemy, dlaczego ktoś chce przebiec maraton, jeśli sami nie biegamy. Nie komentuj więc celów swojego nastolatka, a nawet nie staraj się dowiedzieć, jakie one są. Naucz go tylko, by je określał, zapisywał, czytał sobie od czasu do czasu. Samo to uruchomi w nim pokłady energii, o jakie siebie nie podejrzewał. A tak na marginesie – jakie cele ty, rodzicu, masz aktualnie zapisane?

3. Na początku najważniejsze. Jeśli twój nastolatek będzie robił to, co najważniejsze, z miejsca zdeklasuje rówieśników. Jeśli rano zrobi to, co najważniejsze, czyli nie przeglądanie fejsa, ale na przykład poćwiczenie na gitarze, narysowanie trzech stron komiksu, przebiegnięcie kilku kilometrów, wkucie tego, co zamierzał – to reszta pójdzie sama. Wielkie kamienie zrzucamy z barków na początku. Piasek dnia codziennego sypiemy potem. To dla dorosłych oczywiste, ale czy dla twojego nastolatka również?

4. Mentalność obfitości. Przekaż swojemu dziecku, że można mieć mentalność braku lub mentalność obfitości (charakterystyczną dla ludzi sukcesu). Nie ma pracy, wszystkie dobre stanowiska są już zajęte, liczą się znajomości, jest tylu poetów, po co nam kolejny, wygrany może być tylko jeden, nie wolno ci nigdy niczego stracić, bo już tego nie odzyskasz – to typowa mentalność braku. Przeciwieństwo to myślenie w stylu: starczy dla wszystkich. Jest wystarczająco dużo radości, miłości, pracy, klientów, ludzi. Nie musimy się o nic ścigać i koniecznie wygrywać, pokonywać wszystkich wokół i traktować ich jak wrogów. Strategia win-win (wygrany-wygrany) polega na tym, żeby życiowym paradygmatem nie był przymus zwyciężania, tylko kroczenia swoją własną drogą.

5. Słuchanie jest ważniejsze niż mówienie. Jeśli nastolatek nauczy się słuchać, będzie miał nawyk, żeby najpierw zrozumieć innych. Erudycja, ładna narracja, bogate słownictwo to ważne umiejętności, ale nic nie zastąpi umiejętności słuchania. Pokaż swojemu dziecku, jak utrzymywać kontakt wzrokowy, jak słuchać bez przerywania i zadawania denerwujących pytań. To nie idealizm. Wciąż istnieją ludzie sukcesu, którzy żyją lepiej niż inni tylko dlatego, że w młodości nauczyli się uważnie słuchać.

6. Doceniaj synergię. Człowiek to istota społeczna – powiedział Arystoteles, a powtórzył za nim Elliot Aronson. XXI wiek to wiek pracy zespołowej. Czas pandemii pokazał, jak bardzo potrzebujemy siebie nawzajem, co się dzieje z energią bez szerokiego kręgu ludzi blisko siebie. Synergia to potęga. Ze szkoły twój nastolatek wyniósł doświadczenie, że współpraca z innymi to porażka. Tymczasem nawyk korzystania z synergii ma ogromne znaczenie dla przyszłości, gdyż obejmuje umiejętność rezygnowania z kontaktów z osobami, które nas osłabiają, odbierają wiarę w siebie lub sprowadzają na manowce. Jeśli twoje dziecko będzie umiało dobierać sobie ludzi, którzy je wesprą i wydobędą z niego wszystko, co najlepsze – wygrasz walkę o jego szczęście.

7. Pokaż mu, jak i kiedy „ostrzyć piłę”. Chodzi o czas na zbieranie sił. Czy twój nastolatek umie wyjść na rower, poczytać powieść, ugotować coś wyłącznie dla przyjemności? Sposób spędzania czasu wolnego to też nawyk, który notabene często decyduje o naszym życiowym sukcesie lub problemach (zdrowie psychiczne i fizyczne). Nawyk dotyczący regenerowania sił to zwykła, najczęściej wyniesiona z domu umiejętność.

Jeśli przeraziła cię ta lista – nie martw się. Po pierwsze, bez względu na to, co sądzisz o swoim dorastającym dziecku, ono takie nie jest. Obraz, jaki mają rodzice, zasadniczo odbiega od rzeczywistości, i to zarówno in plus, jak i in minus. A po drugie, cytuję za Seanem Coveyem:

„Człowiek jest silniejszy od wszystkich swoich nawyków”

Getting Things Done, czyli ogarnianie

W innej, także przeznaczonej dla nastolatków książce („Jak ogarnąć wiele spraw i zyskać mnóstwo czasu. Dla nastolatków”) autorzy – David Allen, Mike Williams i Mark Wallace – twórcy metody Getting Things Done piszą o nastolatkach tak: „W ciągu zaledwie paru lat będą musieli zdobyć podstawy samodzielnego radzenia sobie z wolnością, rosnącą złożonością spraw i nieokiełznaną naturą życia”. Podoba mi się, że autorzy dużą wagę przykładają do „bycia przygotowanym”, bo to bolączka pokolenia dzisiejszych nastolatków, którym wmówiliśmy, że każdy ma jakiś talent i każdemu należy się wszystko, o czym tylko zamarzy. Zastanów się, co dokładnie masz zrobić, jak chcesz to zrobić, kogo poprosić o pomoc, jakie pułapki czekają na ciebie po drodze. Kto lub co ci przeszkodzi? Kto lub co zazwyczaj ci pomaga i czy masz do tego teraz dostęp?

Poza siedmioma nawykami, które wyszczególnia Sean Covey, pomóż swojemu nastolatkowi wykształcić trwale także inne ważne umiejętności, radzenia sobie z nadmiarem napływających bodźców.

Na co zwracają uwagę Allen, Williams i Wallace?

Rejestrowanie. Jak mówił Albert Einstein, mózg jest od wymyślania, a nie do przechowywania danych. Warto kierować się nawykami geniuszy, dlatego pokaż swojemu nastolatkowi, że robienie list pomaga w życiu, odciąża głowę i daje poczucie kontroli. Kalendarz w telefonie w przypadku nastolatka nie musi być wypełniony spotkaniami, ale zadaniami na każdy dzień. Warto dla przyszłego życia zawodowego i osobistego nauczyć dziecko odruchu sprawdzania listy rzeczy na dziś. Rano, żeby wiedzieć, co jest najważniejsze, i wieczorem, żeby zastanowić się, dlaczego tego nie zrobił, skoro było na liście.

Umiejętność zamykania spraw. Sprawy otwarte, wiszące nad człowiekiem są źródłem ogromnego stresu i napięcia, ponieważ człowiek ma ograniczone zapasy dziennej energii umysłowej. Autorzy „Getting Things Done” podpowiadają, jak tworzyć listy kontrolne spraw i jak te sprawy zamykać.

Albo się czymś zajmujesz, albo nie. Yoda z „Gwiezdnych wojen” uczył: „Robisz albo nie robisz, nie ma prób”. Chodzi o to, żebyś przekazał swojemu dziecku, że odwalanie zadań to droga donikąd.

Prokrastynacja. Sama jestem klasycznym typem Smerfa Pracusia. Wszystko mam zawsze zrobione przed wymaganym terminem i nie rozumiem, jak można gotować sobie piekło udręki, jaką jest prokrastynacja. Jednak z obserwacji młodych ludzi wynika, że niemal wszyscy mają nawyk odkładania spraw, które i tak trzeba będzie wykonać – na ostatni moment lub po terminie. Gen masochizmu przybiera najróżniejsze formy, a jego konsekwencją, jak mówi teoria totalnej biologii, może być nawet choroba nowotworowa. Czy twój nastolatek wie, jak destrukcyjnym nawykiem jest odkładalnictwo?

Dorastający człowiek lubi zatracić się w tym, co robi. Kiedy już złapie za gryf gitary, to wióry lecą! Zapał jest cudowny, ale tylko ukierunkowany prawidłowo, czyli na cel. Warto wyrobić w nastolatku nawyk analizowania. Chwila przerwy, rozejrzenie się po własnym życiu, po metodach, jakie stosuję, i przypomnienie sobie, co w zasadzie chcę osiągnąć – to właśnie analizowanie. Nie chodzi o to, żeby cały czas być zajętym, co wielu ludzi lubi, ale o refleksję nad tym, dokąd moje działania prowadzą i czy na pewno to właśnie w tym miejscu zamierzam się znaleźć.

Praca domowa dla rodziców

Wyposażenie nastolatka w mocne, wiodące do sukcesu życiowego nawyki jest możliwe, ale na drodze na pewno stanie ci „falochron”, czyli psychiczna zapora, którą wielu nastolatków ma w głowie (właściwie w uszach) przeciw... wszystkiemu, co mówią rodzice. Najskuteczniej przyjmuje się umiejętności i wiedzę, do których doszło się samodzielnie (lub ma się takie przekonanie). Twój nastolatek chce być lepszy, bo człowiek pragnie się zmienić i stawać lepszym. Mamy w sobie takie pragnienie i ono wesprze cię w projekcie wyrobienia w nastolatku nawyków „zarządzania swoim życiem”, ale przygotuj się na to, że będzie stawiać opór, jeśli ty nachalnie będziesz tego wymagać. Dlatego:
  • Namów kogoś z rodziny, żeby podarował mu jedną (albo najlepiej od razu obie, bo nie da się z góry przewidzieć, która w nim znajdzie odbicie) z książek wspomnianych w tym tekście.
  • Opowiadaj nastolatkowi historie z drugiej ręki, czyli nie mówisz o tym, że taki leń jak on..., tylko że syn znajomej leżał godzinami i grał, aż nagle bach…
  • Szukaj okazji, żeby pogadać ze swoim dzieckiem, jaki wpływ mają twoje dawne, drobne decyzje na waszą teraźniejszość.
  • Pomyśl, co jest twoim słabym punktem w obszarze nawyków. Któreś zdanie tego tekstu znalazło w tobie silne odbicie? To znaczy, że ty też masz problem i nawet mimo woli przekazujesz go swojemu dziecku. Synergia kształcenia nawyków (w sobie i swoim dziecku) na pewno zadziała, a w każdym razie nic nie ryzykujesz, próbując.
Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Zdrowie

Zmiana czasu wpływa na nasze samopoczucie. Co mówi nauka?

W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W 2020 roku czas z letniego na zimowy przestawimy w nocy z soboty na niedzielę, z 24 na 25 października. (fot. iStock)
W ten weekend czeka nas przestawienie zegarków o godzinę do tyłu. Śpimy więc godzinę dłużej. Chociaż Komisja Europejska zapowiadała już koniec zmiany czasu, nadal trwają dyskusje na ten temat i nie do końca wiadomo, kiedy przestaniemy zmieniać czas. Jakie konsekwencje dla naszego zdrowia i psychiki ma ta "operacja"? Na ile rozregulowuje nasz zegar biologiczny? Jak poradzić sobie ze zmianą czasu? – tłumaczy dr Magdalena Łużniak-Piecha, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Zaburzenia trawienia, zaburzenia nastroju, zaburzenia rytmu życia, zaburzenia orientacji (ogólna dezorientacja) – takie skutki zmiany czasu dla organizmu wymienia dr Magdalena Łużniak-Piecha. Przy czym stany lekkiej dezorientacji i dyskomfortu można porównać do tych, jakie mamy po wypiciu zbyt dużej ilości kawy.

Dlaczego zmiana czasu nas dezorientuje?

- Tak naprawdę rozmawiając o zmianie czasu musimy porozmawiać o zjawisku zwanym zmienionymi stanami świadomości. Jednym z czynników silnie zmieniających stan świadomości jest światło, ilość światła. – podkreśla dr Magdalena Łużniak-Piecha.

Światło padając na siatkówkę oka, wpływa na czynność zegara biologicznego, który z kolei synchronizuje wszystkie układy organizmu. Ilość światła wpływa na wydzielanie się kortyzolu (hormonu pobudzającego) i melatoniny (hormonu wyciszającego). Gdy przestawiamy zegarek o godzinę to nasz organizm, przyzwyczajony do regularnego trybu funkcjonowania, musi się przestawić. Jak wyjaśnia psycholog: Kortyzol, który wydziela się mniej więcej godzinę przed naszym obudzeniem zaczyna trochę „wariować”. Nie zgadza się zegarek z tym, do czego organizm się przyzwyczaił.

Pamiętajmy też, że kortyzol to hormon odpowiedzialny za nasz metabolizm (wpływa więc na tycie). Jest to również hormon walki, pobudzenia dla organizmu, co przekłada się, w związku z tym, na odczuwanie stresu.

Drugi ważny czynnik wpływający na świadomość to tzw. Zeitgeber („dawca czasu”) – i jest to, jak podaje definicja, egzogenne źródło synchronizacji zegara biologicznego organizmu do rytmu 24-godzinnego. W uproszczeniu: nasz rytm okołodobowy musimy zsynchronizować z czasem. Tu wchodzą w grę wszystkie czynniki, które obserwujemy w codziennym życiu. Gdy np. patrzymy na zegarek i widzimy, że jest godzina siódma - to skąd wiemy, że jest 7 rano? Otóż zwykle słyszymy i widzimy aktywność innych ludzi, wiemy, że coś się dzieje dookoła. Ludzie biegną do pracy, nawet jeśli jest jeszcze ciemno. Wiemy, że to poranek. Z kolei siódma wieczorem to czas, gdy ludzie zwalniają, siadają do kolacji… Chociaż światło jest najważniejszym wyznacznikiem czasu dla człowieka, to nie jest jedynym. Do innych wyznaczników zalicza się m.in. aktywność społeczną i umysłową, związaną z pracą i nauką, a także rytm posiłków, czy wysiłek fizyczny (ludzie żyjący za kołem podbiegunowym, gdzie jest noc polarna, też mają swój rytm dobowy)

Te Zeitgebers są dla nas bardzo ważne. Dlatego np. bolesne jest wstawanie w niedzielę rano i jechanie na uczelnię. Studenci studiów niestacjonarnych dobrze wiedzą, że cały świat śpi. Jest godzina 9, tak samo jak w tygodniu, ale 9 rano w niedzielę jest dla nas trudniejsza, żeby wstać. – tłumaczy psycholożka i podsumowuje: Co dzieje się, gdy zmieniamy czas o godzinę? Zeitgebers się przesuwają, ilość światła się przesuwa. Fundujemy sobie, w dużym skrócie, zmieniony stan świadomości.

Jak długo przyzwyczajamy się do funkcjonowania w zmienionym trybie? Ile zajmuje nam ta adaptacja do zmiany czasu?Jest taka popularna koncepcja mówiąca o tym, że to zajmuje mniej więcej tydzień. To trochę tak jak z jetlagiem, bo w zasadzie mamy taki lekki jetlag. I mówi się, że tydzień jest nam potrzebny, żeby jetlag minął.

Jak poradzić sobie ze zmianą czasu?

- Pytanie, co robimy, gdy wiemy, że będziemy mieli jetlag. – mówi dr Magdalena Łużniak-Piecha. Dobrze by było, gdybyśmy jeszcze przed wylotem próbowali przestawić się na nowy rytm funkcjonowania.  Jak to się ma do naszej codzienności przy zmianie czasu? – Latem można wcześniej położyć się spać. Zimą dobrze jest np. przedłużyć aktywność wieczorną, żeby ta poranna nastąpiła później. Jest zasada mówiąca o tym, że im wolniej, im łagodniej wprowadzimy zmiany, tym lepiej dla naszego samopoczucia. Zmiany czasu przypadają na weekend, więc w sobotę można się do tego przygotować i później pójść spać. Najtrudniej mają osoby, które muszą iść do pracy następnego dnia. Mają one mało przestrzeni na to, żeby się przygotować. W takiej sytuacji pozostaje duża kawa, zamiast kortyzolu.

Która zmiana czasu jest dla nas bardziej obciążająca? Na czas letni, czy na czas zimowy?

- W psychologii są dwie szkoły i zdania są podzielone. Każda z tych zmian ma swoje wady i zalety. Zimą mamy większy problem z dostosowaniem tego porannego poziomu kortyzolu. Mogą więc wystąpić objawy depresyjno – dezorientacyjne. – tłumaczy psycholożka.

Z kolei latem musimy dłużej przyzwyczajać się do tego, że już przyszedł moment zakończenia dziennej aktywności. Powinniśmy więc inaczej postępować wieczorem. I tu najczęściej ulegamy złudnym odczuciom - Więcej błędów robią ludzie po letniej zmianie czasu, bo wydaje im się, że mogą dłużej posiedzieć wieczorem, a tymczasem następnego dnia muszą wstać o danej godzinie. Pod kątem strategicznym gorzej działamy więc latem. Jednak z punktu widzenia orientacji w przestrzeni i w terenie – trudniej funkcjonuje nam się zimą.

Dr Magdalena Łużniak-Piecha: psycholog, zajmuje się badaniami z obszaru zarządzania, przywództwa, komunikacji i kultury organizacyjnej. Źrodło: materiały prasowe SWPS.

Co jeszcze warto wiedzieć o zmianie czasu?

Pierwszym pomysłodawcą zmiany czasu był Benjamin Franklin – amerykański uczony i polityk, jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych. Jednak za głównego pomysłodawcę sezonowej zmiany czasu uważa się Nowozelandczyka George’a Vernona Hudsona. Pionierami we wprowadzeniu czasu letniego byli Niemcy w czasie I Wojny Światowej. Polska pierwszy raz zastosowała zmianę czasu w dwudziestoleciu międzywojennym. Obecnie czas zmienia około 70 krajów na całym świecie. W Europie czasu nie zmieniają tylko Islandia, Rosja i Białoruś.

Czas zimowy zmieniamy w ostatnią niedzielę października. Przestawiamy wówczas wskazówkę z godziny 3 na 2 i śpimy dłużej. Czas letni ustawiamy zawsze w ostatnią niedzielę marca. Przestawiamy wówczas wskazówki zegarów o godzinę do przodu i śpimy krócej.

  1. Psychologia

Jak uwolnić się od terroru czasu? Odpowiedzi szuka Katarzyna Miller

Przemijanie to ruch, bez przemijania nie byłoby życia. (fot. iStock)
Przemijanie to ruch, bez przemijania nie byłoby życia. (fot. iStock)
Ludzie najczęściej narzekają na czas, że mają go za mało, że już się skończył, że znowu coś trzeba, a ja go lubię. Według mnie nie ma czegoś takiego jak „muszę”. Możesz sobie powiedzieć: ja wolę albo chcę, albo wybieram. Wtedy to już nie jest przymus, tylko to jest moje życie.

Czas jest niewiarygodnie relatywną sprawą. Dziesięć minut spędzone na solarium to dużo, można sobie wyobrazić, że jest się na plaży, czas płynie wolno. Te same dziesięć minut podczas zajmującej rozmowy albo oglądania ciekawego filmu upływa bardzo szybko. A gdy pytają cię na egzaminie o coś, czego nie wiesz, to czas jakby staje w miejscu. Bo czas może stanąć w miejscu z powodu czegoś bardzo trudnego albo cudownego, jak np. chwila miłosna. Trwa zaledwie pięć minut, a wydaje się, że to wieczność, pozostaje jako wspomnienie czegoś bardzo długiego i istotnego.

Kiedy byliśmy mali, czas istniał jako taka ogromna kopuła nad światem, bezpieczna, stała i trwała. Wydarzenia odbywały się w innym tempie, wakacje odczuwało się tak, jakby trwały rok. Wszystko, co się działo, działo się pierwszy raz, było szalenie pasjonujące, jakby wieczne. Wraca to do mnie w takich przebłyskach – spacery wzdłuż morza, łowienie ryb, pływanie nocą, ogniska. To trwa, to jest, czuję to. Czas jest taki tylko wtedy, kiedy żyje w nas nasze wewnętrzne dziecko. A ono ma być żywe i w człowieku dorosłym, i starym. Teraz chodzę oglądać kuchnię, którą urządzam w moim nowym mieszkaniu, gdzie niedługo będę się przeprowadzać, i jestem podekscytowana, jakbym miała siedem lat. Urządzałam już sporo mieszkań w swoim życiu, ale dla mnie to jest zawsze taka atrakcja, że odchodzi całe zmęczenie.

Mówi się, że wszystko wokół pędzi. Zdałam sobie sprawę, że jeśli tego wewnętrznie nie zatrzymam, to się będę męczyła i będę sobie robić krzywdę. Wróciłam więc do dziecięcego sposobu traktowania czasu. Nie wolno robić tego, co robią dorośli, i mówić np. „Mam tylko tydzień urlopu, za chwilę się skończy”. Jeszcze nie wyjechałam, a już wracam. Więc nie. Jadę na urlop, on jest bardzo długi i leży jeszcze przede mną, rozciąga się. Dzisiejszy dzień też jest przede mną.

Są ludzie, którzy za bardzo żyją do tyłu (przeszłością), i tacy, którzy żyją za bardzo do przodu (przyszłością), a także ci, którzy żyją teraz. Jak żyć bardziej w teraźniejszości, nie rozpamiętywać przeszłości i nie wymyślać przyszłości? Wystarczy być zainteresowanym tym, co dzieje się w tej chwili, albo jak się inaczej mówi – uważnym, obecnym. Zaciekawionym sobą, swoimi reakcjami, odczuciami, ale też otoczeniem, innymi ludźmi.

Poczułam ogromną ulgę, gdy doszło do mnie, że jedyne, co mam zrobić, to przyjmować to, co się dzieje. Ludziom się wydaje, że to jest niezgodne z ich własnymi planami. Nieprawda, bo ja mogę wiedzieć, co ja wolę, żeby mnie spotkało, a jednocześnie wiedzieć, że może być tak, że to, co wolę, się nie zdarzy. Planować trzeba, bo to daje człowiekowi jakiś kierunek w jego wyborach i możliwościach. Chociaż jest takie powiedzenie, że planując, rozśmieszamy Boga. Mam też takie powiedzonko: chcesz mieć rozczarowanie, snuj sobie scenariusze.

Ludzie najczęściej narzekają na czas, że mają go za mało, że już się skończył, że znowu coś trzeba, a ja go lubię. Według mnie nie ma czegoś takiego jak „muszę”. Możesz sobie powiedzieć: ja wolę albo chcę, albo wybieram. Wtedy to już nie jest przymus, tylko to jest moje życie, a więc nie terror czasu, tylko nasz własny terror. A możemy naszego wewnętrznego rodzica zmienić tak, żebyśmy działali nie pod przymusem, tylko dlatego, że czegoś chcemy. Narzekających na to, że mają za mało czasu, a za dużo do zrobienia, najpierw proszę, żeby mnie prze- konali, że to wszystko, co niby muszą zrobić, jest konieczne. Moje pierwsze podejrzenie jest takie, że te osoby nie lubią być ze sobą – chcą mieć dużo zajęć, żeby o sobie nie myśleć, nie czuć siebie. Gdy to zauważą, można się zastanowić, które z tych zajęć są naprawdę niezbędne, bo ich nie jest dużo. To od nas zależy, w którym momencie idziemy spać, ile sprzątamy, czy w szafie ubrania są ułożone kolorami itp.

Czas to też przemijanie, a bez przemijania nie byłoby życia, byłby bezruch i martwota. Przemijanie to ruch, a śmierć to wybawienie, zakończenie czegoś, co nie może być wieczne, bo byłoby straszne. Boimy się śmierci i przemijania, ponieważ nie żyjemy pełnią siebie, nie przeżywamy wszystkich uczuć. Niektórych się boimy, uciekamy od nich, staramy się manipulować życiem, np. wybieramy to, co wydaje nam się najbardziej bezpieczne, i to bezpieczeństwo staje się przymusem, pułapką.

Bardzo się cieszę, że czas zaczął być mi znowu przyjacielski. Dotarło do mnie, że kiedy idę robić coś, co lubię, wewnętrznie czuję się tak fajnie jak kiedyś. Nieważne, że teraz jestem dwa razy cięższa, mniej sprawna, starsza. Tak samo w coś wchodzę, tak samo się śmieję, może nawet bardziej, bo jestem bardziej otwarta, szczera, już nie muszę nikogo przekonywać, uwodzić. Czasem wewnątrz czujemy się młodo, ale ludzie chcą od nas tego, żebyśmy się zachowywali zgodnie z metryką, bo wiek zobowiązuje. Ale ja mam to gdzieś. Zwyczajnie im na to nie pozwalam. Mam taką znajomą, która mnie upomina: „Kasiu, a co ty się zachowujesz jak dziecko, a to podskoczysz, a to się tak głupio zaśmiejesz, przecież jesteś inteligentna, dorosła kobieta”. Nie, ja jestem głupie dziecko i jednocześnie mądre dziecko, to jest we mnie wszystko naraz. A jak ci się nie podoba, to się wypchaj.

Mam obowiązek i prawo wykorzystać czas, który mi pozostał, najlepiej jak chcę i potrafię dla siebie, świata i ludzi, cieszyć się nim, robić z nim coś pożytecznego. Więc najważniejszym ostatnio odkryciem, które mi daje poczucie bezpieczeństwa i radość, jest to, że istnieje bardzo dużo czasu i że wszystko się w nim zmieści. Ja mam chyba już dziewiąte życie. Bo co jakiś czas przychodzą takie fale zmęczenia, znużenia i wydaje mi się wtedy, że już się nażyłam. Że mogłabym już umrzeć, bo ja się nie boję śmierci. I wtedy zaczynam się zastanawiać, co jeszcze mogłabym zrobić, i zabieram się do czegoś nowego.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller  dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.