1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy jesteśmy lubiani? - Co wpływa na dobre relacje z ludźmi?

Czy jesteśmy lubiani? - Co wpływa na dobre relacje z ludźmi?

Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. (fot. iStock)
Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. (fot. iStock)
Większość z nas ma potrzebę kontaktów towarzyskich, udanych relacji, dobrych związków. Nie wszystkim jednak ta sztuka jednakowo się udaje. Co sprawia, że jedni ludzie są lubiani, akceptowani i szybko adaptują się w otoczeniu, a innym przychodzi to z trudnością?

Jak budować dobre relacje? - Poniżej znajdziesz kilka zasad, które pomogą ci zrozumieć, na czym polega sztuka obcowania z ludźmi.

1. Stwórz dobry nastrój

- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Iwonę – mówi Jacek, 34-letni barman – oczarował mnie jej uśmiech. Usiadła przy barze i zanim jeszcze złożyła zamówienie, prześlicznie się do mnie uśmiechnęła. Tak po prostu. To sprawiło, że choć obsługiwałem tego wieczora wiele pięknych kobiet, wciąż zerkałem w jej stronę i byłem gotów biec na każde jej skinienie. Iwona taka właśnie jest. Uśmiecha się do ludzi, jest bardzo lubiana, ma wielu serdecznych przyjaciół. Poznaliśmy się kilka tygodni później. Sympatyczne wrażenie, które stworzyła pozostało na zawsze.

Pamiętaj o tym, że ludzie instynktownie dostosowują się do twojego nastroju, wyrazu twarzy, który nosisz. Chmura gradowa ściąga pioruny, a piękne, pogodne niebo zachęca do okazywania sympatii. Dlatego, kiedy poznajesz ludzi, wchodzisz do pomieszczenia, w którym ktoś jest – uśmiechnij się.

2. Zamiast krytykować, mów miłe rzeczy

- Moja przyjaciółka przyprowadziła swojego nowego chłopaka, który jest projektantem – opowiada Berta, 31-letnia rehabilitantka. - Rozejrzał się po moim mieszkaniu i po chwili skrytykował wazon, który dostałam w prezencie. Może i nie był dziełem sztuki, ale poczułam się urażona i nigdy już tego faceta nie polubiłam.

No właśnie. Zawsze można znaleźć coś pozytywnego w drugiej osobie i jej otoczeniu lub też skupić się na negatywach. Nie masz obowiązku prawić pustych komplementów. Pochwała powinna być szczera i płynąć z serca. Jeśli jednak kusi cię krytyka, to wiedz, że w ten sposób tracisz punkty już na początku znajomości.

3. Dla twojego rozmówcy najważniejszy jest… on sam

- Kiedy spotkałam się z Robertem – opowiada Małgosia, 33-letnia lekarka - na początku byłam pod wrażeniem. Przystojny, wykształcony, elokwentny. Jednak szybko poczułam się przytłoczona, ponieważ Robert mówił wyłącznie o sobie. Cóż z tego, że całkiem ciekawie (o podróżach, książkach, o wyzwaniach zawodowych), kiedy miałam wrażenie, że w ogóle się mną nie interesuje. Kiedy ja coś mówiłam, nie zadawał pytań, tylko szukał pretekstu, żeby wtrącić jakąś anegdotę na swój temat. W końcu w ogóle przestałam się odzywać.

Jeśli idziesz na spotkanie z zamiarem olśnienia swojego rozmówcy i pokazania jaki/a jesteś mądry/a i obyty/a – nie sprawisz, by ta osoba cię polubiła. Zamiast mówić o sobie – pytaj i dbaj o to, by wymiana informacji między wami pozostawała w równowadze. Nie zatracaj się w tematach, które nie są interesujące dla innych.

4. Spraw, by druga osoba czuła się w twoim towarzystwie ważna

- To był pierwszy raz, kiedy Beata zaprosiła mnie na spotkanie ze swoimi przyjaciółmi – relacjonuje Bartek, 27-letni manager. - Przez cały czas miałem wrażenie, że nie zwraca na mnie uwagi. Nie jestem przeczulony i nie chodziło mi o to, aby mnie adorowała, jednak byłem jedyną osobą spoza kręgu i czułem się trochę obco. Beata mi nie pomagała. Kiedy na przykład coś opowiadałem, odwracała się do koleżanki, wymieniały po cichu jakieś opinie. Potem znowu zaczęła temat, na który nie miałem nic do powiedzenia, bo dotyczył ich dawnych wspólnych wakacji. Czułem się jak piąte koło u wozu.

Osoba, której sympatię chcesz pozyskać, nie powinna mieć wrażenia, że ją lekceważysz. Niestety, brak zainteresowania dla jej/jego wypowiedzi lub też wykluczenie z grupy poprzez temat, który jej/jego nie dotyczy, właśnie taki efekt daje.

Podobnie działa: - spóźnianie się - zapominanie imienia - przerywanie komuś lub odpowiadanie bez zastanowienia tak, jakbyś miał/a gotową odpowiedź.

5. Bądź dobrym słuchaczem - skup uwagę na swoim rozmówcy

- Randka z Piotrkiem byłaby udana, gdyby nie robił wrażenia roztargnionego – mówi Marta, 23-letnia asystentka. - Ciągle prześlizgiwał się wzrokiem po otoczeniu, bawił się łyżeczką. Miałam wrażenie, że go nudzę albo, że jego myśli zaprząta coś o wiele ważniejszego niż nasze spotkanie.

Nic tak nie deprymuje w kontakcie, jak uczucie, że on/ona w ogóle nas nie słucha. Jeśli chcesz być dobrym słuchaczem (co jest naprawdę bardzo cenną umiejętnością), pamiętaj o kilku prostych zasadach: - utrzymuj kontakt wzrokowy, nie uciekaj oczami - nie baw się niczym, a jeśli robisz to nieświadomie - pozbądź się tego - patrz w kierunku osoby mówiącej i po prostu słuchaj tego, co mówi - zadawaj pytania, aby pokazać, że interesujesz się tematem - nie przerywaj ani też nie wyskakuj z dygresjami, zanim twój rozmówca nie wyczerpie tematu.

6. Zaprezentuj się w dobrym świetle

- Przyglądałem się Renacie przez cały wieczór – mówi Jurek, 40-letni inżynier. - Wydawała się spokojna, ale nie znudzona, wesoła, ale nie hałaśliwa, pewna siebie, ale nie nadęta. Pomyślałem, że chciałbym nawiązać z nią znajomość.

Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. Jeśli ktoś np. pyta cię o pracę – możesz powiedzieć, że tworzysz małą jednoosobową firmę, która nic nie znaczy w porównaniu z korporacyjnym gigantem lub też, że jesteś sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Czy czujesz różnicę?

Na duży plus działa szczerość, naturalność, zadowolenie z życia. Na minus: przepraszanie za to, że żyjesz, bufonada, nadgorliwość, obmawianie innych.

7. Używaj słowa "dziękuję", wyrażaj swoją wdzięczność

- To zabawne, ale przez cały pierwszy wieczór z spędzony Maćkiem byłam nim umiarkowanie zainteresowana – opowiada Ewa, 42-letnia kosmetolog. - Gadało się nam nieźle, było całkiem miło, jednak zachowywałam jakiś dystans. Dopiero, kiedy na koniec Maciek spojrzał mi w oczy, wziął moje ręce w swoje i powiedział: "Ewo, bardzo ci dziękuję za ten wieczór" – poruszył moje serce. Poczułam się doceniona i z chęcią umówiłam się z nim na kolejną randkę.

Wyrażając wdzięczność bądź szczery/a, ponieważ zdawkowe podziękowania z pewnością zabrzmią fałszywą nutą. Jeśli dziękujesz – nawiąż kontakt wzrokowy z osobą, której wyrażasz wdzięczność. Takie słowa mają o wiele większą moc, gdy kierujesz je wprost do serca twojego rozmówcy.

To tylko garstka porad, które pomogą wam łatwiej i efektywniej nawiązywać dobre kontakty. Mam nadzieję, że okażą się pomocne.

Zainteresowanym polecam książkę Les Giblin – Umiejętność obcowania z ludźmi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pokora. Na czym polega? Jak się jej nauczyć? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Pokora, czyli
Pokora, czyli "nie wiem" (fot. iStock)
Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener i doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pierwszym etapem Questu jest pokora.

Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener, doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pokora jest pierwszym etapem.

Czym więc jest pokora, jeśli nie uległością wobec innych?
To pokora wobec własnego doświadczenia, intuicji, wizji i marzeń pochodzących z najgłębszych, najbardziej prywatnych przestrzeni naszych serc i umysłów. Te doświadczenia podważają nawykowe, odziedziczone przekonania – również te uznane za fundamentalne. Pokora drąży nasze ograniczone „wiem”, niepokoi, każe pytać i sprawdzać, aż uwalnia nas, przenosi w przestrzeń „nie wiem” – i każe ruszać w dalszą drogę. Gdy pokora ujawni iluzoryczność jakiegoś przekonania, w tym momencie rozpoczyna się w nas cudowny, acz niełatwy, twórczy proces poszukiwania nowej prawdy. Jeśli uda się ją znaleźć, to znak, że zakończył się kolejny cykl Questu. Ale mądrzejąc po drodze, wiemy, że następny jest nieuchronny i że spoczywanie na laurach czyni z nas głupców i dogmatyków.

Jeśli więc jestem przekonana, że nie umiem zbudować domu, blokuję siebie w skutecznym działaniu.
Pokora to też zdolność do zakwestionowania ulubionych przekonań na własny temat: to mogę, a tamtego nie mogę, tego nigdy się nie nauczę, niczego już nie zmienię. Z pokorą pozbywajmy się starych przekonań, bo to nieodzowny warunek, żeby proces poznawania, kreowania rzeczywistości mógł się rozpocząć. To brak pokory – czyli pycha – nie pozwala nam dostrzec rzeczywistości i odkrywać jej niepoliczalnych manifestacji. Pycha sprawia, że ignorując rzeczywistość, żyjemy w swoim filmie.

Czyli pokora to odrzucenie projekcji, nawyków, lęków.
Pokora przejawia się na wiele sposobów, ale wyrażające ją „nie wiem” jest pierwszym, koniecznym krokiem do wszelkiej wiedzy i zmiany. Jeśli uznamy, że coś wiemy raz na zawsze, to przestaniemy zadawać sobie i światu pytania, a więc zatrzymamy się w rozwoju i przestaniemy nadążać za zmianami. A przecież poznawanie rzeczywistego to proces, który nigdy się nie kończy. Nauka od niepamiętnych czasów usiłuje poznać rzeczywistość, a miliony naukowców pracujących w różnych krajach świata nadal mają co robić, ciągle zadają nowe pytania.

Czyli pokorny człowiek to ten, który wobec życia przyjmuje postawę naukowca, badacza?
W pewnym sensie tak. Moim ulubionym przykładem człowieka, który miał wielką pokorę, czyli ufał swoim zmysłom, rozumowi i intuicji, jest Giordano Bruno. Jeszcze przed Kopernikiem bez przyrządów i obliczeń zobaczył, że uświęcone przekonanie o Słońcu krążącym wokół Ziemi jest iluzją. I mimo więzienia, tortur i groźby kary śmierci bronił swojego doświadczenia do końca. Tuż przed zapaleniem stosu nakłaniano go raz jeszcze do odwołania uznanych za bluźniercze poglądów, jednak nie wyparł się ich i zginął w płomieniach.

Trudno Giordana Bruna nazwać pokornym, skoro wszyscy, w tym wielkie autorytety jego czasów, głosili coś odwrotnego niż on.
Giordano Bruno był pokorny – powtórzmy – wobec świadectwa swoich zmysłów i rozumu. Nie mógł czuć pokory wobec tych, którzy kazali mu wierzyć w coś, co się kłóciło z jego doświadczeniem. Uległość wobec dogmatyków nie ma nic wspólnego z pokorą. Jest hipokryzją lub żałosnym konformizmem. I to właśnie paradoks pokory, która z punktu widzenia zastanego porządku zdaje się zmieniać w swoje przeciwieństwo. Kiedy jednak mimo wszystko i wbrew wszystkim dochowujemy wierności sobie, to pokora rodzi autonomię, kolejną cnotę Questu.

Doszliśmy więc do tego, dlaczego św. Teresa z Ávila mówiła, że pokora jest prawdą.
Pokora polega na tym, żeby umieć przyznać się przed sobą: „nie wiem”. Jezus był uosobieniem tak rozumianej pokory. W rezultacie zobaczył rzeczywistość tak dalece inaczej niż pozostali członkowie korporacji religijnej, w której wyrósł, że najbardziej pokorny z pokornych został uznany za buntownika i zabity, choć podobnie jak wszyscy pokorni nie szukał rozgłosu, nikogo nie namawiał do zmiany poglądów – i miał zaledwie 12 uczniów i jedną uczennicę.

Jak pokora przekłada się na codzienne życie zwykłego człowieka z korporacji, dziennikarza czy nawet psychoterapeuty?
Przekonania, których pełno w naszych umysłach, przesłaniają nam cudowność tego, co rzeczywiste. Potrafią być tak ugruntowane i trwałe, że same się potwierdzają i rozmnażają. Ilustruje to dowcip o panu Brownie i sekatorze. Pan Brown był tak przekonany, że Smith nie pożyczy mu sekatora, że gdy zapukał do drzwi sąsiada, a ten otworzył mu z uśmiechem, pytając: „Witaj, Brown, co mogę dla ciebie zrobić?”, tak odpowiedział: „Mam gdzieś twój sekator, Smith!”.

W starciu z naszymi przekonaniami rzeczywistość nie ma szans. Źródłem naszych cierpień – czyli wypędzenia z mitycznego raju – są wyłącznie przekonania. Stąd zapewne konstatacja św. Teresy, że pokora – czytaj: brak przekonań – jest prawdą.

Ale przyznanie się do niewiedzy nawet przed samym sobą jest trudne, budzi lęk. Jeszcze gorzej, gdy mamy to powiedzieć innym.
Gdy za Sokratesem przyznam, że „wiem, że nic nie wiem”, to w tym samym momencie otwieram się całkowicie na to, żeby się czegoś nowego dowiedzieć, przesunąć granicę poznania. Wtedy niczego z góry nie zakładam, po prostu patrzę, słucham, jestem coraz bardziej zadziwiony cudem istnienia. Tak więc pokora to uświadomiona niekompetencja i to dzięki niej my sami i nasza cywilizacja – na zasadzie dwa kroki do przodu, krok do tyłu – jakoś się rozwijamy.

Pokora to też przyznanie się do błędu, a to bywa niebezpieczne, zwłaszcza w pracy. Łatwo wtedy stać się kozłem ofiarnym.
Przyznanie się do niewiedzy często wyzwala w innych ochotę, by nas upokorzyć. Ale pokorni nie doświadczają upokorzenia, nie są przywiązani do konkretnego obrazu samych siebie, którego musieliby bronić. Gdy na życiowym zakręcie postępujemy w zgodzie z naszą wewnętrzną prawdą, to nikt nie jest w stanie nas upokorzyć.

Quest to przede wszystkim program dla biznesmenów, ale mówienie o nich jako ludziach pokornego serca, którzy walczą o prawdę, wydaje się fikcją.
Wcale nie. Szczególnie w biznesie – w tej błyskawicznie i nieustannie zmieniającej się grze – trzeba i warto wiedzieć, czego się nie wie. Tylko wtedy jesteśmy skłonni się tego dowiedzieć albo powołać zespół ekspertów czy wybrać trudną drogę przekształceń. Popatrzmy na toczący się spór klimatyczny. Jedni mówią: „Jakie ocieplenie? My nie mamy z tym nic wspólnego. To normalne fluktuacje klimatyczne”. Drudzy: „Zmiany klimatu są skutkiem nadmiaru konsumujących wszystko ludzi, rozwoju motoryzacji, przerostu miejskich aglomeracji itd.”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ci pierwsi są pokorni. Ale ich przekonanie jest podejrzanie wygodne, nie zmusza do refleksji i nie każe brać odpowiedzialności. Ci, którzy twierdzą, że to my, ludzie, jesteśmy winni ociepleniu, nie próbują zaprzeczać temu, co widać gołym okiem, choć jest to dla wszystkich niewygodne, wymagające zmian i wyrzeczeń. Pokora wybiera trudniejszą drogę i każe brać odpowiedzialność na siebie.

  1. Styl Życia

Samotna gwiazda to za mało. Rozmowa z prof. Ireną Sarosiek

Prof. Irena Sarosiek (Fot. Tommie Morelos/Texas Tech University Health Sciences Center El Paso)
Prof. Irena Sarosiek (Fot. Tommie Morelos/Texas Tech University Health Sciences Center El Paso)
– To nie brak wiedzy przeszkadza młodym badaczkom konkurować z kolegami, a ich przekonania – twierdzi prof. Irena Sarosiek, naukowczyni z uniwersytetu medycznego w El Paso w Teksasie.

Trzy lata temu odebrała pani nagrodę „Inspirational Women of the Year”. Co to za nagroda?
To była zabawna historia. Mieszkam w El Paso w Teksasie i odkąd przyjechałam, działam dla Polonii, którą zresztą aktywizują tutaj głównie kobiety. Amerykanki nie obchodzą Dnia Kobiet, my – Polki na emigracji – doszłyśmy więc do wniosku, że same sobie go zorganizujemy: poszłyśmy do restauracji i podarowałyśmy sobie goździki i prezenty. Rozmawiałyśmy o tym, które kobiety wywarły największy wpływ na nasze życie. To było piękne, bo wszystkie znalazłyśmy w swoim życiorysie taką silną, pomocną, wspaniałą postać. Uznałyśmy, że trzeba powiedzieć innym kobietom, jakie są ważne. W następnym roku zorganizowałyśmy święto dla całego El Paso. Przyszło ze 130 osób, mężczyźni również. I podczas tych obchodów zostałam wybrana „Inspirational Women of the Year”. Na uroczystość przyszła też moja córka Ola, która była wtedy w ciąży. Wiedziałyśmy już, że to będzie dziewczynka, i kiedy dostałam nagrodę, zadedykowałam ją swojej wnuczce, która dopiero miała przyjść na świat. Natalka urodziła się dwa dni po moich urodzinach, jest tak jak ja zodiakalnym Lwem, i jest do mnie podobna, przynajmniej z charakteru. Jeśli sobie z czymś nie radzi, to szuka innej drogi, aby osiągnąć, co chce, i ją znajduje.

Może w Stanach Zjednoczonych będzie jej łatwiej osiągać cele niż w Polsce?
Wcale nie. Kobiety tam nie mają łatwo – wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni, na przykład w branży medycznej różnica wynosi ok. 30 proc. Ostatnio jest nieco lepiej, bo zwracamy uwagę władz na to, jakie kobiety są wspaniałe, na wielu płaszczyznach: w nauce, medycynie. Działamy też w środowisku Polonii. Jestem z tych, co zawsze zadają pytania, więc na zebraniach wstaję i drążę temat. Potem nieraz słyszę od młodych kobiet z uczelni: „Jak ja chciałabym być taka jak ty, masz tyle zapału, żeby zmieniać świat”. To bardzo miłe, ale dla mnie zaskakujące, bo myślałam, że ze mnie to taka myszka imigrantka…

…która zrobiła za granicą karierę w nauce i medycynie po dziesięcioletniej przerwie zawodowej! Jak to możliwe?
Sama czasem się szczypię, czy to aby nie sen. Kiedy mój mąż wyjechał na kolejne stypendium naukowe do Stanów, na początku zostałam z trójką dzieci w Białymstoku, pracowałam jako ginekolog dziecięcy. Mimo stanu wojennego nie chciałam wyjeżdżać, ale po wybuchu w Czarnobylu mąż mnie przekonał. Przyjechałam do Stanów w 1986 roku, miałam 32 lata. Było ciężko, nie znałam języka, uczyły mnie moje dzieci, bo one złapały angielski w mig. Mieszkaliśmy w akademiku, nie mieliśmy pieniędzy, bo młodzi pracownicy naukowi w Stanach Zjednoczonych zarabiają bardzo mało. Szyłam firany z białej gazy ze szpitala, gotowałam posiłki w domu, bo tak było dużo taniej, ale nie pracowałam zawodowo prawie 10 lat, bo nie miałam pozwolenia na pracę.

Kiedy dostaliśmy zieloną kartę, szef męża zaproponował mi pracę na internie. I tak karierę naukowca zaczęłam po czterdziestce. Musiałam podwoić siły, żeby nadgonić stracony czas. Wpadłam w wir nieznanych mi wyzwań, klinicznych badań naukowych. Pracując nad rozrusznikami i stymulatorami do żołądka i mózgu, szukaliśmy rozwiązań dla cukrzyków z gastroparezą, podjęliśmy walkę z globalnym problemem otyłości. Nowoczesne urządzenia, bezprzewodowe kapsułki diagnostyczne, akupunktura, bezigłowa farmakologia – otworzyły mi drogę do prowadzenia federalnych i międzynarodowych projektów. I teraz właśnie przyjechałam do Polski z misją połączenia sił: uczelnie w Białymstoku i El Paso będą ze sobą współpracować. Rektor Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku poprosił mnie o wykład inaugurujący rok akademicki.

Podczas tego wykładu zachęcała pani polskie studentki, by bez obaw szły w świat nauki i medycyny.
Przekonuję je, że absolutnie nie mają czego się bać. Pokazuję im na slajdach zdjęcie, na którym przed dużym lustrem siedzi pomarańczowy kot, ale w lustrze widać lwa. Dlaczego to jest dla nas, kobiet, ważne? Bo musimy zobaczyć w sobie spokojną, ale zdecydowaną lwicę, a nie płochliwą kotkę. Zapytać: czy ja jestem gorsza niż inni? Przecież jeśli o czymś nie wiem dzisiaj, jutro będę wiedzieć więcej. Kobiety nie muszą walczyć z mężczyznami czy być agresywne. Muszą uwierzyć w siebie, co bywa trudne. Trzeba nauczyć się całować samą siebie w ramię i mówić: „I love myself”. Po wykładzie studentki podchodziły do mnie, żeby porozmawiać – wiele powiedziało, że od tego wykładu mają odwagę myśleć inaczej.

Wciąż musimy udowadniać, że jesteśmy lepsze?
To tkwi w naszej podświadomości. Na uczelni w El Paso kobiet jest bardzo mało, mniej niż jedna czwarta całego personelu, a ja jestem jedynym profesorem zwyczajnym w Internal Medicine Department, chociaż pracują ze mną rodowite Amerykanki. Dlaczego one nie przeszły tej drogi, a ja tak? Bo pomyślałam sobie: „Skoro mężczyźni mogą, to dlaczego ja nie?”. Tytuł tenure (prestiżowy status stałego pracownika uczelni – przyp. red.) ma pięć procent kobiet na uniwersytecie, wśród nich ja. Kolega zapytał, po co mi to, a ja odpowiedziałam: „A po co tobie ten tytuł?”. „Bo ja do końca życia będę pracował” – powiedział. „Ja też!”. Mam własny test: dopóki mogę umalować sobie rzęsy i założyć szpilki, dopóty będę pracować.

I swoją misję?
Lubię pracować, jeżdżę na uczelnię nawet w weekendy, chociaż nie muszę. Wracając z pracy do domu, często późno w nocy, robię sobie w samochodzie taki rachunek: co zrobiłam w tym dniu ważnego – coś, czego nie robiłam wcześniej i czego nie zrobię jutro? Ilu ludziom dałam nadzieję, ilu pomogłam? Każdy dzień przynosi coś nowego do zbadania, wyleczenia, do pomocy chorym.

I pani za tym stoi?
Tak, ale nie sama. Mam zespół fantastycznych współpracowników, w tym kobiety. Człowiek, który chce być samotną gwiazdą, będzie naprawdę bardzo słabo widoczny. Dopiero wiele gwiazd może razem stworzyć piękne niebo! Podam przykład: przyjechała do nas z Harvardu młoda lekarka. Opowiadała, jaką ma aparaturę i co może robić w swoim laboratorium. Po spotkaniu podeszłam do niej i zaproponowałam, że skoro ma świetny sprzęt, a ja mam bardzo dobre materiały, bo zajmuję się klinicznymi badaniami na pacjentach – to możemy połączyć siły! I tak się stało: wystąpiłyśmy o grant, dostałyśmy pieniądze i zrobiłyśmy bardzo potrzebne badania. Dlatego namawiam młode kobiety do pracy zespołowej, dzielenia się talentami i doświadczeniem. Kiedy potem dzwonią i mówią: „Zobacz, jak owocuje to, czego się nauczyłam pod twoimi skrzydłami”, to są piękne momenty!

Co jest najtrudniejsze dla młodych kobiet, gdy wchodzą w świat nauki?
Na pewno nie wiedza, bo są równie kompetentne co mężczyźni. Najtrudniejsze jest połączenie macierzyństwa z pracą, ponieważ Ameryka ma surowe zasady. W wielu stanach kobiety nie mają klasycznych urlopów macierzyńskich, dostają dwa tygodnie, a jeśli chcą więcej, muszą wypracować urlopy wcześniej, a i tak oczekuje się, że bardzo szybko wrócą do pracy. Nie ma mowy o wolnym roku. Kiedy kobiety mają dzieci, zwalniają kroku, zmieniają plany, aby utrzymać zdrowy balans między życiem rodzinnym a wymaganiami pracy, więc pozostają z tyłu za mężczyznami, którzy nie mają takich obciążeń. Poza tym w środowisku amerykańskim również bywa tak, że kobiety depczą sobie po obcasach, panuje wśród nich cicha zazdrość.

I tu przydaje się mentoring.
Tak, mentoring jest bardzo potrzebny. Byłam jedną z założycielek grupy WIMS (Women in Medicine and Science) na naszym uniwersytecie, potem zorganizowałam rezydentkom interny małą grupę tylko dla kobiet. Zaczęłyśmy spotykać się po pracy, rozmawiać. Okazało się, że każda ma jakieś problemy, więc dzieliłyśmy się doświadczeniem, organizowałyśmy warsztaty. Na jednych z nich poproszono, żebym opowiedziała o sobie. Wstaję i mówię: „Dzień dobry, jestem Irena Sarosiek, matka trójki dzieci i babcia – wtedy – pięciorga wnuków”. Oczywiście prowadzące od razu to podchwyciły i zapytały, czemu przedstawiam się jako matka i babcia, a nie profesor i dyrektor. Każda z nas tak robi. Bo czy wypada chwalić się tytułami? W Stanach Zjednoczonych nazywamy to zespołem niedowartościowania, niepewności, który bardzo ogranicza możliwości rozwoju i awansu. A ja chcę, żeby kobiety uwierzyły w siebie i współpracowały nie tylko ze sobą, ale również z mężczyznami, bo takie zespoły są zdrowe i mądre.

Czego jeszcze je pani uczy?
Młode kobiety z interny, pediatrii, chirurgii, psychiatrii nie potrafią chwalić się swoimi dokonaniami. Na przykład chcą otrzymać jakiś grant czy pracę i przynoszą mi do przeczytania 100 stron aplikacji. Czytam to i pytam: „Co ty tu napisałaś? Jakieś skróty bez wyjaśnień, nic nie rozumiem”. A okazuje się, że ta kobieta była w Waszyngtonie i prezentowała wyniki z chirurgii przed samym prezydentem! Radzę jej, żeby napisała to wprost, bo kto będzie szukał, kto będzie to sprawdzał, jeśli sama nie przedstawi się z najlepszej strony? Na naszej uczelni jest zasada, że w każdej komisji jedną trzecią muszą stanowić kobiety, i to jest bardzo fajne. Pomijając wiedzę i doświadczenie, kobiety mają zdrowy rozsądek. Patrzą trzeźwo i naprowadzają na praktyczne rozwiązania.

I zbierają sukcesy w pudełka od butów?
Tego akurat nauczyłam się od córki, która jest prawnikiem. Pewnego dnia doszła do wniosku, że już dosyć długo pracuje i poprosiła o podwyżkę. Szefowa powiedziała, żeby Ola spisała, co zrobiła w tym czasie. Ona usiadła przy komputerze i wydrukowała listę przeprowadzonych spraw, spotkań oraz wszystkie listy z podziękowaniami, jakie dostała. Zaniosła całą teczkę szefowej i dostała podwyżkę. Stąd wniosek, że trzeba na bieżąco gromadzić swoje sukcesy. Ja zrobiłam prostą rzecz: wykorzystałam pudełka po butach. Stoją na półce w moim biurze, każde na inny rok, gromadzę w nich informacje o nagrodach, roczne ewaluacje, kartki od pacjentów, podziękowania i miłe słowa. I jako mentorka pokazuję zdjęcia swoich pudełek młodym kobietom na uniwersytecie. Myślę, że wiele z nich już ma takie albo podobne pudełka sukcesów, pełne istotnych informacji, które zwykle umykają pamięci.

A kto był pani najważniejszą mentorką?
Mama. Zawsze pozwalała mi iść własną drogą. Kiedy chciałam studiować, tata miał wątpliwości: „Po co ci medycyna? Idź do szkoły pielęgniarskiej, szybciej skończysz i pójdziesz do pracy”. Mama inaczej do tego podeszła: „Chcesz studiować medycynę? To będziesz”. Bardzo mi pomogła, gdy została babcią. A teraz ja nią jestem i mam nadzieję, że swoim wnuczkom przekażę tę naszą siłę. Pewnego razu moja najstarsza wnuczka Ania czytała książkę „Sam and Sara”, zapytałam ją, czemu wszędzie Sam jest wymieniany jako pierwszy. Czy jest starszy, czy jest jej opiekunem, co zrobił takiego, że nie może być „Sara and Sam”? Ania odpowiedziała: „Nie wiem, babciu, ale będę nad tym myślała”.

Prof. Irena Sarosiek, absolwentka Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, obecnie na Texas Tech University Health Sciences Center w El Paso, dyrektor badań klinicznych dotyczących neurogastroenterologii. Laureatka wielu prestiżowych nagród, wykładowczyni i mentorka młodych lekarek. Gościła w Polsce z okazji nawiązania współpracy między uczelniami medycznymi w El Paso i w Białymstoku.

  1. Psychologia

Dorosły, rodzic, czy dziecko? - Którą z tych ról „zabierasz” ze sobą do pracy?

Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz,  tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz, tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Dorosły, rodzic i dziecko to trzy stany naszego ja, którymi posługujemy się w kontaktach z innymi ludźmi. Wydaje ci się logiczne, że do pracy „zabierasz” ze sobą właśnie dorosłego. Niestety! Znacznie częściej jesteś w firmie rodzicem lub dzieckiem.

Twórca analizy transakcyjnej Eric Berne uważa, że każdy kontakt między ludźmi to tzw. transakcja: akcja i reakcja, bodziec i odpowiedź na niego. Transakcje przebiegają między stanami naszego Ja. Każdy dysponuje trzema stanami Ja: są to Dorosły, Rodzic i Dziecko. Podczas jednej transakcji do głosu mogą dojść wszystkie te stany, czasem kolejno, a czasem np. dwa naraz. Efekt? Podczas jednej rozmowy może się spotkać – i próbować dogadać – aż sześć „osób”…

– Jeśli chcesz, aby twój przekaz naprawdę trafił do słuchacza, musisz zdecydować, z którego poziomu i do jakiego stanu Ja słuchacza się zwrócisz; który stan Ja słuchacza i własny najlepiej się sprawdzi w danej sytuacji – mówi Katarzyna Platowska, psycholożka i socjoterapeutka. - Kiedy przeżywamy emocje i mamy z nimi problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność. Ja Dziecko wyraża też złość, lęk i domaga się szybkiego zaspokojenia swoich potrzeb.

Transakcje między ludźmi można podzielić na równoległe i skrzyżowane. Z równoległymi mamy do czynienia wtedy, gdy odpowiedź na bodziec pochodzi od tego stanu Ja rozmówcy, do którego ten bodziec skierowaliśmy. Przykład: ty jako Rodzic przemawiasz do Dziecka rozmówcy; on z poziomu Dziecka odpowiada twojemu Rodzicowi. Może też być tak, że ty z poziomu Dorosłego komunikujesz coś Dorosłemu i odpowiedź uzyskujesz od Dorosłego.

Najlepiej spotkać się na tym samym poziomie, np. w komunikacji Dorosły–Dorosły albo Rodzic–Rodzic – uważa Platowska. – Wtedy kontakt daje najwięcej satysfakcji, jest najbardziej owocny. Podkreśla podobieństwa, zbliżone opinie, to, że podobnie postrzegamy sytuację. Takie transakcje dają poczucie bezpieczeństwa, potęgują identyfikację z grupą i ułatwiają współpracę.

Nieoczekiwana zmiana ról

Może się jednak zdarzyć, że przemawiasz do rozmówcy z poziomu Dorosłego do Dorosłego, a on odpowiada nam z poziomu Rodzica lub Dziecka (to chyba najczęstsza konfiguracja). Np. zwracasz jako Dorosły uwagę koleżance: „Na spotkanie przychodzimy punktualnie”, a ona odpowiada na to z poziomu Rodzica: „Pouczanie mnie to nie twoja rola”.

– Taka wymiana może zakończyć się kłótnią, robieniem sobie wyrzutów lub rywalizacją potrzeb i emocji (rywalizują Dzieci) albo opinii i wartości (rywalizują dwaj Rodzice) – przestrzega psycholożka. – W efekcie transakcja ulegnie zerwaniu. Może być kontynuowana tylko wtedy, gdy stany Ja rozmówców się „spotkają” na jednym poziomie (np. Dziecko–Dziecko) lub w układzie równoległym (np. Dziecko–Rodzic, Rodzic–Dziecko). Przemawianie do Dorosłego, kiedy osoba jest w stanie Dziecka, to rzucanie grochem o ścianę. Dorosły jest w tej chwili nieobecny. Trzeba doprowadzić do komplementarnej relacji.

Wszystkie te stany Ja bywają trochę jak nieproszeni goście: pojawiają się i przejmują kontrolę nad naszym zachowaniem, a odbywa się to poza naszą świadomością. Wiele codziennych zdarzeń w firmie może przypomnieć coś z przeszłości i wywołać automatyczną reakcję. Ten spadek, ten bagaż z przeszłości może się w każdej chwili uaktywnić. Ale jak rozpoznać, w jakim stanie Ja jesteśmy?

– Obserwuj siebie i innych. Analizuj, jaki wzorzec najczęściej powtarza się w twoim zachowaniu. Ale patrz także na zachowanie ludzi. Działają jak zwierciadło w odpowiedzi na twoje zachowanie – tłumaczy Platowska. – Jeśli ktoś się przeciw tobie nieracjonalnie buntuje, to prawdopodobnie działasz z pozycji Rodzica, a on odgrywa rolę Dziecka. A gdy to ty czujesz bunt, pewnie „włączyło się” twoje krnąbrne Dziecko itd.

Wyobraź sobie: powierzono ci kierowanie projektem. Co myślisz? Gdy przychodzi ci do głowy: „O, super, coś nowego, nie będę się nudzić” – reagujesz stanem Ja Dziecko (podobnie, gdy myślisz: „Nie dam sobie rady”). Gdy mówisz: „Muszę zobaczyć, co mnie czeka, poznać warunki, może pogadać z kimś, kto już coś takiego robił” – odzywa się Dorosły. A Rodzic powie: „Jak się nie zmobilizuję, to nic nie osiągnę”.

Rodzic najczęściej odzywa się, kiedy jesteśmy w konflikcie, w stanie niepewności – uważa Platowska. – W tym stanie zgromadzone są normy, zakazy, nakazy, reguły, przekonania i opinie. Wszystkie zostały przez nas przejęte „żywcem” w dzieciństwie od osób dla nas ważnych, np. rodziców, dziadków, w okresie, kiedy dziecko nie kwestionuje tego, co mówią dorośli, tylko to „nagrywa” i uwewnętrznia – czyli do około szóstego roku życia. W stanie Rodzic myślimy i zachowujemy się tak, jak zachowywały się ważne dla nas osoby, kiedy byliśmy dziećmi.

Rodzic - normatywny lub opiekuńczy

Stan Rodzic występuje w dwóch wariantach: opiekuńczym i normatywnym. Opiekuńczy niesie pomoc, troszczy się o innych, wspiera ich, motywuje i radzi. Kładzie rękę na ramieniu, uśmiecha się, jego głos jest ciepły, postawa otwarta. Normatywny ustanawia granice, strzeże norm, określa hierarchię wartości, nakazuje, zakazuje i ustala reguły. Marszczy brwi, używa palca wskazującego, krzyżuje ręce na piersiach i ma przenikliwy wzrok.

Negatywnym aspektem Rodzica Opiekuńczego jest Ratownik. On nie tyle pomaga, ile wciska pomoc. Nie pyta, czy jest potrzebna, czy jej chcemy. Pomaga i już. Wyręcza też w trudnych obowiązkach, zamiast udzielić wskazówki i pozwolić uczyć się na błędach. Odbiera odwagę do samodzielności, wzmacnia bierność i poczucie braku kompetencji. I czuje się niedoceniany, bo oczekuje wdzięczności, a jej nie dostaje. To plus przemęczenie często prowadzi do agresji i złości wobec otoczenia.

Negatywny aspekt Rodzica Normatywnego to Oprawca. Jego celem jest trzymanie norm dla samych norm, a nie dlatego, że są potrzebne; a także mówienie, co wolno, a czego nie wolno, bez tłumaczenia, czemu to służy. Jego komunikaty to: „Masz to zrobić i koniec”, „Zrób to, bo ja tak mówię”. Czasami są to normy niemożliwe do zastosowania. Celem Oprawcy jest krytyka, karanie, poniżenie i pomniejszenie innych.

 
– Obie postaci Rodzica są potrzebne i w swych pozytywnych aspektach przykładają się do naszego funkcjonowania między ludźmi. Aspekty negatywne, gdy poświęcimy im energię i uwagę, mogą być raniące, stresujące i prowadzić do sytuacji, w których źle się czujemy – ostrzega psycholożka.

W większości firm jest najwięcej Rodziców – tych mówiących, co i jak powinno być wykonane. Ale uwaga: wiecznie pouczający Rodzic, który zawsze wie lepiej, jest dla otoczenia niestrawny. Jeśli mamy tendencje, by występować w roli Rodzica, lepiej wybrać wariant Opiekuna, czasem przechodząc do postaci Normatywnej – by współpracownicy nie weszli nam na głowę.

Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania sie ze światem. Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonuje z pozycji Dorosłego

Dziecko - spontaniczne, przystosowane lub zbuntowane

Kiedy przeżywamy emocje i to z nimi mamy problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność, emocje i odczucia. Dziecko jest otwarte, autentyczne, pełne zaangażowania, obdarzone twórczym umysłem, wykracza poza schematy. W sposób nieskrępowany wyraża swoje emocje, potrzeby i myśli, ze światem kontaktuje się na poziomie wrażeń. Ale wyraża też złość, gniew, strach i domaga się niezwłocznego zaspokojenia swoich potrzeb. Taki stan nazywany jest Dzieckiem Spontanicznym.

– Potrafi i kocha się bawić, podczas burzy mózgów jest niezastąpione, ale nie jest dobrym partnerem w interesach, bo jest samolubne, skoncentrowane na sobie. Źle podejmuje decyzje zawodowe, bo ma skłonności do ryzyka, nie bierze odpowiedzialności i nie potrafi ocenić, jakie będą skutki. Inni często postrzegają je jako aroganckie, impulsywne – dodaje psycholożka.

Kiedy zaczynamy szukać sposobu na zaspokojenie naszych potrzeb, tak, by współdziałać z otoczeniem, brać pod uwagę potrzeby innych ludzi, stajemy się Dzieckiem Przystosowanym. To właśnie ten stan sprawia, że się nie spóźniamy do pracy, bo nie chcemy się narazić na naganę szefa. Dostosowujemy się do reguł i zasad grzecznościowych, przestrzeganych norm. To ten rodzaj stanu Dziecka pozwalający nam na funkcjonowanie w różnych warunkach, np. służbowych właśnie, i pozostanie sobą.

Kiedy jednak przesadzimy, stajemy się Dzieckiem Podporządkowanym. Jego sposobem na życie jest uleganie. Taka osoba w dzieciństwie była nagradzana za to, że się podporządkowywała. I dalej to robi. Nie będzie kwestionować poleceń szefa, nawet jeśli zobaczy w nich błąd. Nie musi rozumieć otrzymanych poleceń. I tak je wykona. Jeśli coś się nie uda, bierze winę na siebie, ale nie bierze odpowiedzialności. Jest wpływowa, powtarza opinie innych, nie zdradzając własnej. W działaniu nie kieruje się własnymi potrzebami, ale oczekiwaniami otoczenia. Ma poczucie winy i jest przesadnie skrupulatna w wypełnianiu obowiązków. Często w pracy przyjmujemy postawę Dziecka Podporządkowanego – to wszystkie szare myszki, osoby, które przepraszają, że żyją, są perfekcjoinistami i nie potrafią odmawiać, to Podporządkowane Dzieci.

Drugim negatywnym przejawem tego stanu jest Dziecko Zbuntowane. Jest zawsze na „nie” – a im bardziej się naciska, tym większy opór stawia. Trzaska drzwiami, bywa agresywne i prowokacyjne, niezadowolone, szuka zaczepki i ma problem z zaakceptowaniem autorytetów. – Taka osoba na złość mamie odmrozi sobie uszy – mówi Platowska. – Odmówi wzięcia udziału w obozie integracyjnym, choć jest ciekawa, co będzie się działo. I wbrew pozorom wcale nie jest taka niezależna – konieczny jest jej ktoś, komu będzie mogła się przeciwstawić.

Dorosły jako przewodnik

– Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania się ze światem – mówi psycholożka. – Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji, bez zakładania z góry, że coś ma być jakieś. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonujemy z pozycji Dorosłego.

Dorosły potrafi oddzielić fakty od opinii. Zadaje jasne pytania i jasno się wyraża. Jest rzeczowy i konkretny. Nastawiony na dowiadywanie się weryfikuje to, co widzi i słyszy. Zbiera dane, analizuje je i przetwarza spokojnie, na chłodno. I to nie tylko dane ze świata zewnętrznego: – Dorosły to ktoś w rodzaju przewodnika, tłumacza pomiędzy innymi formami. Łączy potrzeby Dziecka i normy Rodzica. I robi z nich użytek.

– Decyzje podjęte przez Dorosłego mają największe szanse powodzenia – uważa psycholożka. – Ale niestety nie ma idealnych Dorosłych, zawsze występuje Dorosły z domieszką Dziecka lub Rodzica. W towarzystwie tego ostatniego czujemy się najbezpieczniej. W towarzystwie pierwszego lepiej się bawimy. A najdoskonalszy, najbardziej efektywny dialog prowadzimy wtedy, kiedy kontaktuje się ze sobą dwóch Dorosłych.

Dorosły nie ma negatywnego aspektu. Jednak gdy Dorosły nie ma w sobie odrobiny Dziecka, jest sztywny, nie umie wypoczywać, przedkłada obowiązki nad przyjemności, jest rzeczowy do bólu i nie jest przyjemnie z nim przebywać. – Dorosły to platforma, z której powinniśmy wybierać „reprezentację” do kontaktów z innymi – radzi psycholożka. – Kiedy chcemy porozmawiać o normach, ale rozmówca jest np. w stanie Dziecka i odpowiada z poziomu emocji, przemawianie do Dorosłego mija się z celem. Świadomie, a więc z pozycji Dorosłego wybieram kontakt przy użyciu stanu Ja Rodzic. W ten sposób mam szansę dotrzeć do rozmówcy, bo najprawdopodobniej odpowie z poziomu Dziecka i w ten sposób stworzymy transakcję równoległą.

Dorosłemu prezentuj się jako Dorosły, komuś w stanie dziecka jako Rodzic Normatywny (kiedy trzeba je przywołać do porządku) lub Opiekuńczy (gdy trzeba dać mu poczucie bezpieczeństwa). Zbuntowanemu Dziecku lepiej odpowiedzieć jako drugie Dziecko, a następnie przenieść ciężar kontaktu na inną płaszczyznę (zacząć od rozmowy o uczuciach i przejść do rozmowy o faktach). Z Rodzicem najlepiej dogada się drugi Rodzic lub Dorosły, choć często, gdy ktoś przemawia do nas z pozycji Rodzica, „włącza się” nasze Dziecko.

  1. Psychologia

Toksyczny szef. Czy wiesz, jak go rozpoznać?

Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Co to znaczy, że ktoś jest toksyczny? - Można mówić o toksycznym zachowaniu czy sposobie wypowiadania się, ale nie o człowieku. Jest to ważne rozróżnienie, bo toksyczne słowa i działania można zmienić – zauważa Benedykt Peczko.

Ja i toksyczny szef - jak układają się te relacje?
Co to znaczy, że ktoś jest toksyczny? Unikałbym oceniania szefów w taki sposób, w ogóle kogokolwiek. Można mówić o toksycznym sposobie zachowania, wypowiadania się. Nie osoba jest toksyczna, tylko to, co robi. To ważne rozróżnienie, ponieważ toksyczne słowa, zachowania i działania można zmienić. Dobrze jest zacząć od rozróżnienia, co toksycznego my sami wnosimy do relacji służbowych, a co wnosi szef.

Przenosimy ambiwalentne emocje i niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa do relacji służbowych. Szef przypomina ojca albo matkę, albo i ojca, i matkę.
Znam mężczyzn, którzy przychodzą do pracy i od razu mają problemy z szefem, niezależnie od tego, co on zrobi czy powie. Już sam kontakt z nim powoduje napięcie i wycofanie. Po raz kolejny zmieniają pracę, bo „głupek nie będzie mną rządził”. Gdy przyglądamy się temu bliżej, jasno widać, że te wyuczone reakcje dotyczą jakiejś osoby z przeszłości. Jeden z mężczyzn, menedżer wysokiego szczebla, reagował w ten sposób na szefową, zanim odkrył, że przenosi na nią emocje związane z nauczycielką ze szkoły podstawowej. Ta nauczycielka zarządzała klasą – 30 lat temu – poprzez strach i poniżanie uczniów. Teraz ten mężczyzna w obecności szefowej – która nie poniża i nie atakuje, a jedynie w sposób zdecydowany wygłasza opinie i oceny – traci dostęp do własnych kompetencji i umiejętności. Niejednokrotnie ma ochotę zabrać głos, podzielić się jakimś pomysłem, coś poprzeć czy skorygować, jednak nie może wydobyć z siebie głosu.

Szef nie chwali, nie docenia. Rodzice też nie chwalili…
Nie akceptowali nas takimi, jacy jesteśmy. Oczywiście, bardzo dobrze byłoby, gdyby szefowie doceniali nasze starania i dawali temu wyraz. Tak postępują liderzy. Jednak nie wszyscy znają zasady dobrego zarządzania ludźmi, zdrowego motywowania. Nie możemy oczekiwać, że szefowie będą skupiali się na potrzebach pozamerytorycznych pracowników.

Dlaczego nie?
Dlatego że nie mamy na to wpływu. Mamy wpływ na siebie. Jeśli więc szef pochwali, to wspaniale. Jeśli jednak nie doceni, to z tego powodu nie musimy przekreślać relacji z nim.

I walczyć.
Tak, wielu mężczyzn buduje swoją relację z szefem, walcząc z nim. To mocny wzorzec wyniesiony z domu albo z podwórka. Chłopiec musiał podkreślać swoją indywidualność właśnie w taki sposób. Być może rodzice narzucali ograniczenia, wpajali synowi „właściwe” style i wartości, wymuszali określony sposób ubierania się, jedzenia, życia. W dorosłym życiu mężczyzna napotyka autorytet i natychmiast spina się do walki.

Gdybyśmy wykluczyli te osobiste czynniki, po czym możemy poznać, że zachowania szefa są toksyczne?
Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Na przykład wybuchają wściekłością, gdy pracownik spóźnia się pięć minut albo gdy w bardzo dobrze przygotowanym raporcie znajdują kilka literówek. Odreagowują własny stres. Albo preferują styl zarządzania poprzez wytwarzanie traumy u pracowników. Mówią na przykład: „Ja nie mogę chwalić, bo im się w głowie poprzewraca, stracą motywację. Jak robią dobrze, powinni sami to wiedzieć. Jak zrobią źle, to natychmiast się o tym dowiedzą!”.

Toksyna widoczna gołym okiem.
Ci szefowie nie zdają sobie sprawy, że pracownicy odbierają taką sytuację jako permanentne niedocenianie ich pracy, eksploatowanie ich. Gdy jedyne komunikaty dotyczą tego, co zrobili źle, to ich przytłacza, przestają sobie ufać. Potrzebna jest zrównoważona informacja zwrotna, która obejmuje wszystko – to, co już jest dobrze robione, i to, co trzeba poprawić. Informacja zwrotna kojarzy się z krytyką. A krytyka jest rozumiana jako to, co robię nie tak. Słownikowo krytyka to ocena sytuacji czy działania, która zwraca uwagę zarówno na mocne, jak i na słabe strony. Gdy szef mówi: „Jestem bardzo krytyczny”, to powinno znaczyć „Jestem bardzo wspierający”. Wspieram to, co było dobrze zrobione, i bardzo uważam na to, co było niewłaściwe. Koryguję błędy, koncentrując się na mocnych stronach pracowników.

Toksyczne jest również komunikowanie się w sposób nieprecyzyjny, zbyt emocjonalny. Toksyczne bywają także – standardowe w korporacjach – okresowe oceny pracowników.

Ludzie boją się tych ocen jak ognia.
Odczuwają ogromny stres z ich powodu, ponieważ to są oceny dotyczące również osoby, a nie tylko umiejętności, które przecież można poprawić, rozwinąć. Jeden z moich klientów dowiedział się, że nie nadaje się do ludzi, do zespołu. Oczywiście, taka ocena natychmiast aktywuje starą traumę, na przykład ze szkoły, ponieważ cały system edukacji opiera się na ocenach. W domu dzieci także są oceniane – grzeczna, niegrzeczna, zdolny, niezdolny. Wiele takich ocen wsiąka w naszą podświadomość i żyje potem własnym życiem. Gdy spotykamy się z czymś podobnym w pracy, to dramat: znowu się nie sprawdzam, do niczego się nie nadaję, znowu to mnie przerasta. Zagrożona jest cała nasza tożsamość.

Toksyczne zachowania szefów wynikają też często z braku kompetencji, umiejętności, wiedzy.
Nierzadko próbują kompensować te braki krzykiem, brutalnością. Na przykład szef wchodzi do firmy, a wszyscy drętwieją, ponieważ wiedzą, że za chwilę będzie awantura. Bo zawsze jest. Jeśli wszystko jest w porządku, szef przyczepi się, że okno jest otwarte (bo przeciągi) albo zamknięte (bo duszno). Poprzez awantury podkreśla, że jest szefem, bo nie może tego potwierdzić w inny sposób. Zachowuje się toksycznie, gdyż nie radzi sobie z niskim poczuciem własnych kompetencji i prawdopodobnie z niskim poczuciem wartości.

Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że poszedł do szefa na rozmowę zatroskany, że jego dział niewłaściwie funkcjonuje, zrodził się chaos. A szef na to: „Bardzo dobrze, o to mi chodzi, pogrążajcie się bardziej, może wreszcie to was zmobilizuje”.
To obrazuje poziom bezradności tego szefa.

Co wtedy? Co robić?
Pójść do szefa z pomysłem na usprawnienie komunikacji. Kolejny krok to kontakt ze współpracownikami, działanie w zakresie swojego wpływu, wprowadzenie nowych procedur. Gdyby się okazało, że zawodzą wszystkie sposoby, a zachowanie szefa narusza nasze poczucie szacunku do siebie, a nawet zakrawa na mobbing, czas rozważyć inne sposoby, które byłyby wyrazem troski o siebie. Może przeniesienie na inne stanowisko. A może zmiana pracy. Miałem ostatnio klienta, który skarżył się na senior managera, człowieka agresywnego i wulgarnego. Menedżerowie wystosowali pismo do właściciela zagranicznego tej firmy z prośbą o jego odwołanie. A ten odpisał: „Słuchajcie, musicie się dogadać, bo on jest ważną osobą, zna ludzi, musimy się z nim liczyć, zaciśnijcie zęby i wytrzymajcie to jakoś”. Mój klient był na granicy: odejść czy zostać. Gdyby odszedł, dostałby roczną odprawę. Zdecydował jednak, że zostanie i zadba o siebie.

W jaki sposób?
Pracowaliśmy nad tym, aby nauczył się dystansować, a więc dbać o odpowiednią postawę ciała, głębszy oddech, dążyć do większego poczucia pewności siebie, rozluźnienia, kreatywności. Ważna okazała się także świadomość, że ten szef nie jest w stanie postępować inaczej, ponieważ ma głębokie problemy, jest uzależniony od narkotyków. Tacy ludzie nie radzą sobie z wysokim poziomem lęku, który rozładowują w kontakcie z innymi.

Szef niechętnie rozmawia, niechętnie się kontaktuje.
Jak kapitan, który nie schodzi ze swojego mostka, a co najwyżej rozmawia z nawigatorem, z pierwszym oficerem, z drugim. Z pozostałymi niechętnie. Dobrzy kapitanowie, którzy widzą kryzys w załodze, schodzą z mostka, rozmawiają z ludźmi. Bez tego Kolumb nie dopłynąłby do Ameryki. Tamta załoga miała okresy bezwietrzne, statki dryfowały, nie posuwały się naprzód, nie było widać lądu. Kolumb schodził do załogi, rozmawiał, sprawdzał, co dzieje się z ludźmi. Brak komunikacji też może być toksycznością.

Jak w takiej sytuacji sobie radzić?
Nie narzucać się, nie dążyć do kontaktu za wszelką cenę, bo wtedy efekt może być odwrotny od zamierzonego. Jest jeszcze głębszy poziom toksyczności. Mówiliśmy, że pracownicy przenoszą wzorce relacji ze swoich domów rodzinnych. Może się zdarzyć tak, że szefowie również to robią. Niektórzy pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których była przemoc, alkohol, nieobecność któregoś z rodziców. Jako dzieci wyrastali w klimacie deficytu emocjonalnego. Zdrowe więzi nie mogły się w pełni rozwinąć. Teraz w pracy funkcjonują w oparciu o procedury, sztywne reguły, technologie. Działają jak roboty, jak maszyny – trudno spotkać się z nimi jak z ludźmi, co także może być odbierane jako toksyczne.

Świadomość, z czego wynikają toksyczne zachowania, wiele zmienia, jednak nie rozwiązuje problemów.
Dlatego należy zadać sobie pytania: co sam mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej? Co może mi pomóc? Kogo mogę poprosić o wsparcie? Trzeba koniecznie zadbać o siebie.

Benedykt Peczko psycholog, psychoterapeuta, trener. 

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.