1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Życie w biegu, wieczny pośpiech. Jak się zatrzymać?

Życie w biegu, wieczny pośpiech. Jak się zatrzymać?

Biegniemy, bo boimy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i zobaczyć, jak naprawdę wygląda nasze życie, uciszyć myśli, poczuć ciało…(Fot. iStock)
Biegniemy, bo boimy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i zobaczyć, jak naprawdę wygląda nasze życie, uciszyć myśli, poczuć ciało…(Fot. iStock)
Z jednej strony wyznajemy szczytną ideologię slow, z drugiej nie umiemy zwolnić nawet na chwilę. Czasami dopiero jakieś przykre wydarzenie uzmysławia nam, że przez ten bieg coś zgubiliśmy po drodze, straciliśmy bezpowrotnie. Co się musi stać, żebyśmy się zatrzymali?

"Współczesny świat biegnie w szalonym tempie” – zgadzasz się z tym zdaniem? OK. A teraz podejdź do okna i wyjrzyj przez nie. Popatrz na drzewa, niebo, słońce albo deszcz (jeśli aura akurat jest kapryśna). Widzisz, świat się nie zmienił. Funkcjonuje w swoim rytmie: zmiany pór roku, dni, tygodni. A w jego tle: pędzące samochody, nerwowi kierowcy w ulicznych korkach, sąsiadka głośno poganiająca psa, jakaś matka nawołująca rozbrykanego malca: „Szybko, bo się spóźnimy”. Gdzie jesteś w tym szalonym pędzie?

W pogoni ,,za”, w ucieczce ,,od”

Nie tłumacz, że wszyscy jesteśmy zabiegani, że takie czasy, że może kiedyś, na emeryturze zwolnisz tempo. Przecież sama w to nie wierzysz. Pomyśl, dlaczego dziś ciągle jesteś w biegu. A może to ucieczka „od”: problemów, codziennych kłopotów, porażek czy nawyków? Albo pogoń „za”: iluzją lepszego jutra?

Moi pacjenci to ludzie bardzo zabiegani. Mam gabinet w małym, przytulnym mieszkanku, zawsze proponuję herbatę, zdarza się, że pytam, czy pacjent nie jest głodny albo zmęczony, bo w ciele człowieka siedzącego przede mną wyraźnie widzę pośpiech. Niektórzy mówią tak szybko, że z trudem nadążam za ich narracją. Inni często wzdychają – to skutek hiperwentylacji: oddychania górnymi partiami klatki piersiowej. Stąd się biorą bóle i zawroty głowy, ucisk w klatce piersiowej, gula w gardle. „Pierwszorazowi” pacjenci zwykle siadają na brzegu kanapy czy fotela. Zupełnie jakby gotowi byli w każdej chwili zerwać się i wybiec z pokoju.

– Mamy czas, nie spiesz się, odsapnij – tłumaczę. – Tak, wiem, ale jestem trochę zdenerwowana, to taka niecodzienna sytuacja.

Co jest niecodzienną sytuacją? To, że wreszcie po całym dniu biegania masz okazję spokojnie usiąść, w wygodnym fotelu, napić się dobrej herbaty, może nawet posiedzieć w milczeniu i poczuć, co się w tobie dzieje?

Niedawno przyjechała do mnie pacjentka z daleka. Widziałam, że jest zmęczona. Kiedy zaproponowałam, żeby położyła się na kanapie, najpierw uśmiechnęła się, ale zaraz dodała: – Lepiej nie, bo się odprężę i nie będę chciała od pani wyjść. Biegniemy, bo boimy się zatrzymać, rozejrzeć dookoła i zobaczyć, jak naprawdę wygląda nasze życie, uciszyć myśli, poczuć ciało…

Ciało wystawi nam rachunek

No dobrze, mnie także zdarzają się okresy totalnego zabiegania; kiedy wezmę sobie na głowę za dużo, kiedy nie dojem, nie dośpię, ulegnę prośbie kolejnego pacjenta, żeby przyjąć go jak najszybciej. Wtedy do akcji wkracza… mój samochód. Ostatnio byłam tak zakręcona, że dwa razy zostawiłam auto na włączonych światłach. Efekt? Akumulator rozładowany do zera i przymusowe zatrzymanie w oczekiwaniu na pomoc. Wyciągnęłam cenną lekcję i… zwolniłam, bo wiem, co by się stało dalej. Tak, tak, ciało upomniałoby się o zatrzymanie. Oto najczęstsze konsekwencje zabiegania:
  • tzw. syndrom pogorszenia pamięci i spadku koncentracji, tzn.: zgubione kluczyki do samochodu, zapomniane urodziny kogoś ważnego, przegapiona wizyta u kosmetyczki (a przecież to miał być relaks), zawieruszone okulary itp.;
  • drobne wypadki – choćby siniaki (nawet nie wiesz, kiedy i o co się uderzyłaś);
  • bezsenność – od wczesnego wieczora byłaś padnięta, a kiedy wreszcie się położyłaś – sen uleciał;
  • dolegliwości ze strony układu pokarmowego: bóle żołądka, zgaga, nadwrażliwe jelito: ciało wyraźnie daje ci do zrozumienia, że nie jesteś w stanie tego wszystkiego „strawić”;
  • sztywność kręgosłupa i napięciowe bóle głowy – twoje ciało próbuje dogonić głowę, ale nie daje rady.
Mogę wymieniać dalej, ale nie o to chodzi. Ważniejsze jest to, co robisz z tymi symptomami. Kolejna kawa, ziołowe tabletki na poprawę koncentracji albo nastroju. Drobna awanturka z kimś, z kim czujesz się bezpiecznie – jako cudowny podnośnik poziomu adrenaliny i sposób na obniżenie napięcia. Obietnice, że odpoczniesz w weekend albo na urlopie. Mam rację? To twoje życie i możesz zrobić z nim, co chcesz. Jeśli szczerze wierzysz w to, że nie da się inaczej, bo: kredyt, materialne apetyty, lęk przed tym, że przegapisz swoją szansę, no i przekonanie, że wszyscy tak żyją – OK. Odłóż magazyn, nie czytaj dalej, szkoda czasu. Przecież tyle masz jeszcze dziś do zrobienia.

Nie musisz żyć na pustelni

Nie musisz wywracać swojego życia do góry nogami, żeby zwolnić tempo. Nie musisz rzucać pracy, wyprowadzać się na bezludną wyspę ani nawet być w stu procentach slow. Pierwsze, co warto zrobić, to… zatrzymać się na chwilę, fizycznie – stanąć w bezruchu, zamknąć oczy, poczuć stopy oparte na podłożu, poczekać, aż ciało przybierze najbardziej wygodną postawę. Najpierw pojawi się delikatny ruch: zacznie cię bujać albo poczujesz drżenie w nogach. Spokojnie, to zupełnie naturalne. Następnie prawdopodobnie przyjdzie lęk: przed tym, że upadniesz albo rozpłyniesz się w powietrzu – znikniesz, przestaniesz istnieć. Jest duża szansa, że w tym momencie włączy się głowa: pojawią się obsesyjne myśli o tym, co jest do zrobienia, o kłopocie, który ostatnio spędza ci sen z powiek, itp. Przeczekaj to, spokojnie oddychaj, wszystko minie. Jeśli uda ci się wykonać to ćwiczenie raz dziennie, jesteś na dobrej drodze do uświadomienia sobie własnego zabiegania i podjęcia decyzji, czy i co chcesz z tym zrobić.

Większość znanych technik zwolnienia tempa życia koncentruje się na zatrzymaniu głowy: świadomym zmniejszeniu ilości zaplanowanych zadań czy medytacji. Jeśli metody te działają na ciebie, super. Jeśli nie, albo masz ochotę spróbować czegoś innego, znajdź swój sposób na zatrzymanie, spowolnienie ciała, a nie głowy.

1. Rano tuż po obudzeniu się zrób rytuał powitania poszczególnych części swojego ciała. Zacznij od brzucha, tam jest twoja moc; pomasuj go, pogłaszcz czule, kilka razy wciągnij i wypuść. Potem powitaj swoją twarz: wykonaj kilka ćwiczeń jogi twarzy (znajdziesz je w Internecie albo możesz opracować własne). Dalej kolej na porozciąganie kręgosłupa; wystarczy, że poprzeciągasz się jak kot. Teraz stopy i dłonie; możesz tupać, zaciskać pięści, stukać dłonią w podeszwę stopy albo je pomasować.

2. Wstawaj z łóżka dwa razy. Kiedy weźmiesz prysznic i zjesz śniadanie, wskocz pod kołdrę jeszcze na pięć minut, pokokoś się w pościeli, poprzeciągaj, pomrucz.

3. Kiedy dojedziesz do pracy albo do domu po pracy, wyłącz silnik samochodu, odepnij pasy, ustaw siedzenia tak, by było ci wygodnie, możesz zdjąć buty i włączyć sobie jakąś miłą muzyczkę. Posiedź tak pięć minut.

4. Rób przerwy w trakcie rozmowy. Kiedy kogoś słuchasz, to zanim się odezwiesz – policz w myślach do 10. W czasie mówienia też kontroluj oddech.

5. Przynajmniej raz dziennie wykonaj ćwiczenie rzeźby – stań przed lustrem i wyobraź sobie, że jesteś rzeźbą przedstawiającą np. spokój albo ciszę. Pokaż to ciałem.

6. Naucz się czuć swoje zmęczenie: co dzieje się wtedy z twoim ciałem? Czy odczuwasz je bardziej w głowie, czy w ciele? Trudniej ci się myśli czy raczej „padasz z nóg”?

7. Kiedy czujesz spadek energii, nie poganiaj się sztucznie. Usiądź spokojnie i poczekaj, aż energia się pojawi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odpowiedź przychodzi w ciszy

Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Zatrzymują nas choroby, wypadki, utrata pracy, ale to niebezpieczne przystanki. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma – mówi Małgorzata Jakubczak, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

Wszyscy dzisiaj nie mamy czasu, przynajmniej tak mówimy.
No właśnie – tak mówimy, bo tak myślimy. Ale też odwrotnie – tak myślimy, bo tak mówimy. Powtarzając jak mantrę: „nie mam czasu”, a tym samym wdrukowując w swój umysł takie przekonanie, z czasem zaczynamy wierzyć, że tak jest.

Lepiej nazywać konkretne czynności, jakie mamy do wykonania?
Zdecydowanie tak. Bo jeżeli określenie „nie mam czasu” zastąpimy innym, konstruktywnym własnego autorstwa, to zobaczymy, że tak naprawdę sami wybieramy sposób, w jaki swój czas wykorzystujemy. Dostrzegamy też, że powodem braku czasu jest pośpiech, przymus. To właśnie przymus czyni nas niewolnikami nie tylko swoich obowiązków, ale także tego, co lubimy. Raptem okazuje się, że wszystko jest przymusem. Alternatywą dla „nie mam czasu” może być powiedzenie „zajmuję się tym i tym, jestem zaangażowana w to i to”. Im bardziej precyzyjne określenie, tym większa jasność, co mamy zrobić i dlaczego.

Robimy jednak sto rzeczy naraz.
Taka strategia jest stresująca i nieproduktywna. Lepiej ustalić plan zajęć. Na przykład: przez godzinę bawię się z dzieckiem, przez kolejną sprzątam, a na koniec gotuję.

Dlaczego takie podejście bardziej się sprawdza?
Ponieważ poszczególne czynności wymagają innego rodzaju skupienia – jedne twórczego myślenia, inne mechanicznego powtarzania. Gdy robimy jednocześnie kilka rzeczy, nasz biedny mózg przeskakuje z aktywności na aktywność i nie nadąża. Bardzo trudno wtedy tak naprawdę na czymś się skupić.

Nawyki jednak trudno zmienić.
Jestem fanką „efektu aha”. Czyli doświadczenia, które weryfikuje myślenie. Aha! Jednak dzień, w którym do tego wszystkiego, co robię, dorzucam półgodzinny spacer, o paradoksie, okazuje się spokojniejszy, choć przybyło mi zajęć! Co tu zadziałało? To, że zrobiłam coś dla siebie. Każdy rodzaj aktywności nastawionej na siebie ma magiczną właściwość mnożenia czasu.

Pośpiech wynika z nadmiaru zajęć?
W ogóle nie. W jakimś sensie każdy z nas ma tyle obowiązków, ile lepiej lub gorzej jest w stanie wypełnić. Nawet ci, którzy biorą udział w wyścigu szczurów, są w stanie podołać swoim zadaniom, przynajmniej przez jakiś czas. Śpieszymy się, bo mamy wdrukowany od dziecka taki oto przekaz: człowiek, który nic nie robi, marnuje czas. Słyszymy: nie siedź tak, rusz się, weź się do czegoś. Czas jawi się w tych naukach jako wartość, którą trzeba w dwójnasób wykorzystać. To bardzo mocno uwewnętrznione przekonanie.

Co zrobić, żeby zwolnić?
Zwalniają ci, których zatrzymało życie: choroba, wypadek, utrata pracy, emerytura. To są jednocześnie bardzo niebezpieczne momenty, bo mogą nas załamać. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma.

Tak po prostu? Niewykonalne.
Dla człowieka smakującego życie jak najbardziej! Smakosz delektuje się tym, co robi, nie żałuje na to czasu, pieniędzy, pozwala sobie na zagłębienie się w coś, co go ciekawi, co sprawia mu radość. Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę.

Trzeba jeszcze wiedzieć, co z tym odzyskanym czasem zrobić? Założyć nogę na nogę i patrzeć w sufit?
Jeżeli to sprawia komuś frajdę, czemu nie? Ważne, żeby wiedzieć, co lubimy, co jest dla nas ważne. Żeby jednak to wiedzieć, trzeba siebie poznać. Z założenia wiele czasu poświęcamy innym, natomiast sobie – mało. Nie mamy takiego nawyku. Minęły czasy robienia rachunku sumienia, który był rodzajem dialogu ze sobą. Kiedyś ludzie pisali dzienniki, teraz piszą blogi, ale bardziej dla innych, świata.

Dlaczego nie lubimy posiedzieć sam na sam ze sobą?
Bo to tak, jakbyśmy siedzieli z nieznajomym. Ktoś, kto siebie zna, z przyjemnością pobędzie ze sobą, nie szuka wtedy panicznie zajęcia ani towarzystwa. W takich chwilach przychodzi refleksja, co mam dziś naprawdę do zrobienia. Wystarczy, że ze sobą pogadam, i już mam świadomość wyboru – czy zrobię coś powoli, czy będę pędzić bez trzymanki, na oślep. Nie chodzi jednak o to, żebyśmy zamieniali się w mędrców, zagłębiali w zakamarki duszy, tylko żebyśmy mieli nawyk kontaktowania się ze sobą.

Masz na to jakiś sposób?
Tak, zadawanie sobie prostego pytania: jak się mam? Jeżeli odpowiedź będzie brzmiała: mam się niefajnie, to spróbuję ten stan zmienić, bo pierwszym powodem do zmiany jest niewygoda. Ale to nie musi być rewolucyjna zmiana. Zacząć jednak trzeba od dialogu ze sobą: dlaczego jestem zdenerwowana? Nikt mi tego nie powie. Odpowiedzi są w nas, musimy tylko skontaktować się ze sobą. Namawiam ludzi na codzienny rytuał, wystarczy zatrzymać się na cztery minuty. Jak się mam? Odpowiedź przychodzi w ciszy, kiedy umysł i ciało są zintegrowane.

Dzisiaj nie wypada się nie śpieszyć…
To prawda. Śpieszymy się, bo wszyscy się śpieszą. Panuje moda na życie w pędzie, na próbowanie wszystkiego, co życie zsyła. Jeżeli mamy trzy propozycje na wieczór, to wydaje nam się, że jak z którejś zrezygnujemy, to dużo stracimy. Już samo słowo „rezygnacja” rodzi żal. Świat ma nam dużo do zaproponowania, a my musimy wybierać to, co dla nas najlepsze.

Pomocne lektury: Małgorzata Jakubczak „Rozwijanie uważności na co dzień”, Difin, Warszawa 2011, Dominique Loreau „Sztuka umiaru”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011, i „Sztuka prostoty”,  Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2008, Jon Kabat-Zinn „Gdziekolwiek jesteś, bądź”, IPSI Press, Warszawa 2007.

Małgorzata Jakubczak pedagożka, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

  1. Psychologia

Wolniej znaczy lepiej

Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Jeździmy coraz szybszymi samochodami, korzystamy z coraz szybszych komunikatorów i ekspresowych usług. Wszystko po to, żeby zaoszczędzić czas. A mamy go coraz mniej. To jeden z największych paradoksów współczesności. Skoro życie w tempie fast się nie sprawdziło, może pora przestawić się na slow?

Artykuł archiwalny. 

Twój dzień na ogół wygląda tak: zanim wyjdziesz z domu, gotujesz zupę, robisz śniadanie, pakujesz do tornistra dziecka kanapki, zbierasz myśli przed ważnym zebraniem. W pracy młyn. W drodze powrotnej zakupy, zebranie w szkole, lekarz, jakiś urząd. A potem jeszcze szybciej – obiad, sprzątanie, odrabianie z dziećmi lekcji. Co chwila dzwoni telefon, ktoś prosi cię o przysługę, z kimś ty musisz porozmawiać, odbierasz mejle, zerkasz w telewizor. Masz poczucie totalnego braku czasu. Mimo że wyręcza cię pralka, zmywarka, robot kuchenny. Mimo że płacisz rachunki przez Internet, a wiele usług możesz mieć na telefon. A pomyśleć, jak żyli nasi dziadkowie. Jeździli bryczkami, pisali papierowe listy, nie używali tych wszystkich dostępnych nam sprzętów, telefonów komórkowych i komputerów. I mieli na wszystko czas. Jak to możliwe?

Więcej i szybciej

Profesor antropologii kulturowej UAM Waldemar Kuligowski zauważa, że żyjemy dzisiaj w czasach rozproszonej uwagi. Jego studenci słuchają wykładu, jednocześnie odbierając i wysyłając SMS-y, najkrótsze jak się da: „jadę”, „już”, „pozdr.”. Większość z nas żyje w stanie nieustannej gotowości, ale do przekazania mamy niewiele.

– Dzisiaj sama technologia stała się przekazem – uważa profesor Kuligowski. – Ona nas uwodzi, zniewala, zaczarowuje, a w istocie jest komunikatorem banału, zbędności. Przez to, że jesteśmy stale dostępni, znika wydzielony, osobny, świąteczny czas wolny.

Według profesora innym znakiem naszych czasów jest niecierpliwość. Wpadamy w furię, gdy siedząc przed komputerem, czekamy na otwarcie się kolejnej strony. A ile to trwa? Parę mrugnięć okiem. Takie nagłe zatrzymanie w pędzie, który uznajemy za normalny rytm, odbieramy jako defekt systemu. Nie chcemy na nic czekać, czytać długich tekstów. Żądamy natychmiastowości: w polityce, biznesie, miłości, nawet skandowaliśmy: „santo subito”, domagając się natychmiastowej beatyfikacji Jana Pawła II.

– Kłopot polega na tym, że niecierpliwość nieuchronnie pociąga za sobą powierzchowność, i to we wszystkich wymiarach życia – uważa profesor.

Marzena Chełminiak, dziennikarka radiowa, zauważa jeszcze jedną cechę współczesnego życia: nadmiarowość.

– Jak wchodziłam kiedyś do księgarni, to właściwie każda książka była warta kupienia i przeczytania. Teraz trzeba dokładnie wiedzieć, czego się szuka, bo mogą nas skusić atrakcyjnie wydane gnioty. Nadmiar przytłacza nas we wszystkich dziedzinach życia, mamy strasznie dużo możliwości, dużo podobnych produktów, a tak naprawdę potrzebujemy tylko jednego. W korporacjach dorzuca się dobrym pracownikom jeszcze więcej pracy, bo są dobrzy. Wszędzie widać kult więcej i szybciej.

Bartek Topa, aktor, stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj wszystkiego mamy za dużo. Wmawia się nam nie tylko to, że coś musimy mieć, ale też to, że koniecznie musimy coś zobaczyć, poczuć, czegoś posłuchać, gdzieś być. Trudno się temu oprzeć, zwłaszcza młodym, którzy są zachłanni, więc łapią wiele srok za ogon. I miotają się od jednej propozycji do drugiej, z żadnej tak naprawdę w pełni nie korzystając.

 

Żyć swoim życiem codziennym

Marzena Chełminiak pędziła kiedyś tak jak wszyscy. Od zawsze pracując na najwyższych obrotach. Kilka lat temu poważnie zachorowała. Nagle musiała się zatrzymać. Po leczeniu nie wróciła do dawnego rytmu pracy. Prowadziła tylko jedną audycję w tygodniu, miała czas na książki, kino, podróże, spotkania z przyjaciółmi.

– Rezygnując z pełnego zaangażowania w radiu, zgodziłam się na to, żeby mieć mniej pieniędzy, ale w zamian dostałam czas. Wtedy on był dla mnie najcenniejszy.

Odrzucała propozycje powrotu do codziennych audycji. Nie chciała funkcjonować w kołowrotku: wstawanie o tej samej godzinie i codzienne wybieranie się tą samą drogą do tej samej redakcji. Za którymś razem zaczęła jednak ważyć zyski i straty. I wyszło jej, że dojrzała do pracy na pełnych obrotach. Teraz wstaje o wpół do piątej, żeby o szóstej być przy mikrofonie.

– Najpierw budzę siebie, potem świat – śmieje się. – Zgodziłam się na powrót, także ze względu na dwóch współprowadzących kolegów. Wiedziałam, że stworzymy zupełnie nową formułę, łączącą coś, co wydaje się nie do połączenia: moją filozofię slow life i ich energię, sarkazm, ironię. Nam jest ze sobą bardzo dobrze. Ja po prostu lubię przychodzić do pracy. Stałam się trochę egoistyczna i uważam, że powinno się robić to, co się lubi. Oczywiście przez tę decyzję straciłam możliwość swobodnego dysponowania czasem, nie mogę na przykład nagle gdzieś wyjechać. Ale z kolei taki rytm pracy szalenie mnie zdyscyplinował i już dokładnie wiem, jak spędzę wakacje.

Wróciła do pełnego zawodowego zaangażowania, ale nie do życia w pośpiechu. – Jak człowiek wycofa się z mainstreamu i przeżyje, to potem ma przekonanie, że nawet gdy dużo pracuje, jest panem czasu i decyzji. Nadal żyję w tempie slow, tylko inaczej rozłożyłam akcenty. I takie życie mnie cieszy.

Marzena uważa, że przestawienie się na filozofię slow life nie musi oznaczać życiowej rewolucji. Rzucania pracy w mieście, zrywania kontaktów ze światem, zaszycia się gdzieś w Toskanii z książką w ręku. Ludzie, słysząc o takich decyzjach, myślą: ja też bym tak chciał, ale się boję.

– I dobrze, że się boją, bo nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy, którzy marzą o zwolnieniu tempa, wyjechali na wieś, zostawili pracę, rodziny. Slow life według mnie to nie ucieczka od życia, tylko panowanie nad nim, intensywne przeżywanie go, zadawanie sobie pytania: po co to robię? Utwierdziłam się w przekonaniu, że najfajniej jest żyć swoim życiem, takim codziennym. Nie czekać na weekend, wakacje, że wtedy sobie pożyję, tylko żyć w każdej chwili. Kiedy słyszę, jak moi koledzy z radia mówią: do weekendu zostało tyle i tyle, to się buntuję. Ukuliśmy nawet takie powiedzenie, że jesteśmy radiem, które nie odlicza do weekendu. Życie jest fajne, jak toczy się tu i teraz.

Wybieram to, co dla mnie dobre

Bartek Topa zauważa, że slow life nie zależy od miejsca zamieszkania, tylko od stanu umysłu. Taką filozofię można odnaleźć, mieszkając wszędzie, także w centrum miasta. On zaczął żyć w tempie slow dopiero, kiedy przeprowadził się ze wsi do Warszawy. Wcześniej mieszkał 25 kilometrów od stolicy, w otoczeniu lasów, pól i łąk, w domu wybudowanym na kredyt.

– Za oknem śpiewały ptaki i szumiały drzewa, a moje myśli zaprzątała spłata kredytu. Większość czasu zajmowały mi dojazdy do pracy i powrót do domu. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam przyjemności z takiego życia. Więc sprzedałem dom. Teraz mieszkam w mieście, ale przy parku, mam czas dla przyjaciół, na codzienne bieganie, kino. Takie rozwiązanie jest dla mnie dobre dzisiaj. Co nie znaczy, że nie myślę o tym, żeby kiedyś wrócić na wieś i uprawiać grządki. Wszystko zależy od wyboru tego, co w danym momencie jest dla mnie dobre.

Marzena twierdzi, że w przestawieniu się na slow life pomogła jej choroba. Uważa, że ludzie chorzy, dotknięci tragediami, mają łatwiej. Nie muszą uczyć się slow life, to przychodzi automatycznie. Ona nie potrafi teraz emocjonować się sprawami, którymi kiedyś się emocjonowała. Już nie są dla niej istotne. Ten naturalny dystans do problemów dostała niejako w prezencie.

– Slow life to bardziej droga niż cel. Czasem musimy przebiec ileś ścieżek, żeby to zrozumieć. Swojej córce, która ma tendencję do wybiegania w przyszłość, powtarzam: nie rozmawiamy o wakacjach, bo teraz są ferie. Ludzie mówią: „chciałabym się cieszyć życiem tak jak ty”. Odpowiadam: co stoi na przeszkodzie? Tylko ty o tym decydujesz.

Jeden z mitów wokół slow life mówi, że powolnie żyć mogą tylko ludzie w pewnym wieku, którzy mają dużo czasu.

Marzena Chełminiak absolutnie się z tym nie zgadza: – Slow life to nie emerytura, tylko intensyfikowanie życia. Najmniej czasu mają ci, co nic nie robią, a najwięcej ludzie zapracowani, ale zorganizowani. Jeśli ktoś mówi, że nie ma czasu, to ja myślę: nie masz, bo nie chcesz. W ogóle wyrzuciłam ze swojego słownika to sformułowanie. Moja zmiana po chorobie polega też na tym, że sobie teraz mówię: mam czas. Dla przyjaciół, rodziny, na książki, kino, sen. Mam na to, na co chcę mieć. Z wielu rzeczy świadomie zrezygnowałam. Zanim pójdę do kina, poczytam o filmie. Jak chcę leżeć pod kocem, to leżę. Wszystkie decyzje podejmuję świadomie. Każdy ma tyle samo czasu, pytanie tylko, na co go przeznaczy. Jesteśmy wolnymi ludźmi, możemy wybierać.

Mniej, choć tak naprawdę więcej

Profesor Kuligowski zauważa, że życie w pędzie sprawia, że człowiek nie potrafi rozsmakować się w zapachu, smaku, spokojnej rozmowie, niespiesznej lekturze, upajającym widoku, wspólnym byciu. Większość czynności jest przez nas traktowana instrumentalnie: zwiedzamy pewne miejsca, bo wypada, idziemy na golfa wyłącznie ze względów towarzyskich, czytamy modne książki, by podnieść swój prestiż, działamy w organizacji charytatywnej, by wpisać ten fakt do CV. Profesor pyta: – Gdzie spacer dla samego spacerowania, lektura dla radości czytania?

Z drugiej jednak strony coraz więcej ludzi na świecie wycofuje się z życia w biegu. Jak grzyby po deszczu wyrastają organizacje, ruchy, szkoły propagujące slow life. Ba, w Europie powstają nawet slow cities, w których dba się o ekologię, rozwijanie infrastruktury przyjaznej mieszkańcom, takiej jak ścieżki rowerowe, deptaki, parki. Największy ruch Slow Food skupia się wokół jedzenia. Ludzie spod znaku ślimaka (to ich herb) powtarzają: jesteś tym, co jesz. Propagują małe ekologiczne gospodarstwa, proste nieprzetworzone produkty, nieśpieszne smakowanie.

Bartek Topa jest zagorzałym slowfoodowcem. Wraz z grupą przyjaciół dzielą się jajkami od zielononóżek, serami i warzywami z małych gospodarstw.

– Złapałem się na tym, że w ogóle nie wyrzucam jedzenia, idę do mojego ulubionego biosklepu, jak nic nie mam w lodówce. Slow life to przede wszystkim jakość życia, skupienie się na tym, co jemy, co robimy. Dla mnie to także osobisty, świadomy wysiłek w ważnej sprawie. W czerwcu startuję w triatlonie: pływanie (2 km), jazda na rowerze (90 km) i bieg (20 km). W ten sposób wspieram fundację Synapsis. To dla mnie duże wyzwanie, fizyczne i psychiczne. Na początku męczyłem się już po kilku kilometrach biegu. Po trzech miesiącach treningu mogę bez trudu przebiec 10 km. Co mi daje życie w takim rytmie? Rozszerza możliwości poznawania siebie i świata. Teraz więcej widzę, słyszę, czuję, smakuję. Myślę nawet o zorganizowaniu warsztatów rozszerzających zmysły, dla aktorów i osób opiniotwórczych. W tej filozofii widzę szansę dla świata.

Marzena Chełminiak zalety slow life wylicza jednym tchem: – Dostaję produkty z najwyższej półki, najlepszej jakości. Nie zadowalam się już śmieciami, wyrobami czekoladopodobnymi. Wszystkiego mam mniej, ale tak naprawdę więcej. Mniej przyjaźni w ogóle, ale więcej prawdziwych przyjaciół, mniej obejrzanych filmów, ale więcej dobrych, mniej kupionych książek, ale więcej znakomitych. Slow life to mój świadomy wybór. Teraz ja decyduję o swoim życiu. Nie towarzyszy mi napięcie, bo nic nie muszę. Nie ścigam się. Chcę być dobra w tym, co robię, ale nie mam parcia, żeby więcej zarabiać, być obecna we wszystkich mediach. Już wiem, że to nie uczyniłoby mnie szczęśliwszą. Cieszę się z tego, co mam. Przestałam się martwić i widzę, że problemy gdzieś same się rozwiązują. Slow life dał mi spokój. Już nie boję się, że życie upływa. Wiem, że na każdym etapie może być fajne.

  1. Psychologia

„Zacznę wszystko od nowa!” - Gdy chęć zmiany jest tylko ucieczką...

Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić (fot. iStock)
Kiedy tęsknota za nowym jest ucieczką od problemów, starych błędów i siebie? Wtedy właśnie, gdy czujemy, że chcemy zmienić wszystko. Bo to znaczy, że nie chcemy zmienić niczego. Zobacz, jak nie wpaść w pułapkę wiecznego zaczynania od nowa.

Kiedy słyszę: „Nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od nowa”, przypomina mi się mój mały wnuk, który, jak każde dziecko, nie umie przegrywać. Gdy kolejny raz ma w ręku Czarnego Piotrusia, rzuca karty i woła: „To się nie liczy, gramy od początku”.

„To się nie liczy”, „Nieważne, co było”, „Wymazujemy przeszłość” – każdy z nas czasami odczuwa taką pokusę. Chcemy wierzyć, że w dorosłym życiu także uda nam się wymazać stare błędy, wytrzeć gumką myszką porażki, zapomnieć o niepowodzeniach. Zacząć od nowa, z czystą kartą. Ja to pragnienie rozumiem, przestrzegam tylko przed wpadnięciem w pułapkę kompulsywnego resetowania starej wersji życia.

Życie na próbę

Przeciętny ośmiolatek co tydzień ma nową pasję: najpierw pływanie, potem konie, tenis, rower… Do dziś psychologowie rozwojowi nie są zgodni w kwestii, czy pozwalać na to, czy zabraniać. Zwolennicy uważają, że próbując, dziecko ma szansę lepiej poznać siebie, swoje talenty, predyspozycje. Obawiam się, że to próbowanie życia to jakaś epidemia. Ostatnio do mojego gabinetu trafia coraz więcej 30-, 40-latków, którzy ciągle są na etapie prób i błędów, i to w bardzo istotnych obszarach swojego życia. Jak Iza, 33 lata i 7 prac na koncie. – Będę zmieniać pracę dotąd, aż trafię na zajęcie mojego życia – mówi podczas pierwszej wizyty. Cel szczytny, ale… Iza wcale nie szuka pracy szytej na miarę, tylko dobrego szefa – ojca, bo swojego biologicznego nie zna, a żaden dotychczasowy szef nie był wystarczająco wspierający, motywujący i dbający.

Co roku w styczniu, w lutym, a nawet jeszcze w marcu pojawiają się u mnie pacjenci chcący pracować nad swoimi noworocznymi postanowieniami, które z roku na rok są coraz bardziej globalne: „Chcę zmienić wszystko w moim życiu”, a to „wszystko” to m.in. schudnięcie 30 kg, rzucenie palenia, zmiana pracy i partnera, zerwanie relacji z rodzicami… i to najlepiej wszystko naraz. Trafiają też do mnie tacy, którzy od progu mówią: „Słyszałam, że pani nie grzebie się w przeszłości. To mi pasuje. Poprzedni terapeuci ciągle wypytywali mnie o mamusię i tatusia, a je zerwałam z przeszłością i chcę zacząć wszystko od nowa. Dziś jestem zupełnie kimś innym”. Świetnie – mówię wtedy. Jeśli masz pełną świadomość tego, kim jesteś, jaki jest twój mit życiowy, masz rozliczoną i zamkniętą przeszłość i wiesz, co chcesz zrobić ze swoim życiem – będziemy pracować nad tym, co tu i teraz. Jeśli trafnie oceniasz swoje możliwości i czujesz, że jesteś gotowa do zmiany – to doskonale. Ale by zmiana była naprawdę zaczęciem wszystkiego od nowa, a nie jedynie ucieczką od starego, musisz wiedzieć, kto chce się zmienić, kto chce zacząć jeszcze raz. Nawet jednak wtedy nowe nie kasuje starego, nie wymazuje twoich genów, nie zmienia temperamentu, nie zwalnia cię z konsekwencji popełnionych błędów. Jeśli nowe ma być progresem, a nie regresem, musisz wejść w nie z rozliczonym osobistym posagiem, z pełną świadomością, co chcesz w sobie zmienić. Nowe bez bilansu starego bardzo szybko zacznie przypominać stare.

Pokolenie fast

„Czy jesteś gotowa do zmiany całego swojego życia?” – to jedno z ważniejszych pytań podczas rozmów kwalifikacyjnych. Chcesz być na topie, nie wypaść z obiegu – odetnij swoje korzenie, bądź jak wirtualna roślina, która wszędzie się przyjmie, na chwilę, a potem zobaczymy co dalej. Konsekwencje? Powszechnie panujący lęk przed bliskością, nieumiejętność budowania i podtrzymywania więzi. I przede wszystkim potworny stres, bo zaczynanie wszystkiego od nowa to dla organizmu konieczność ogromnej mobilizacji i wydatkowania energii, którą trudno rozładować, będąc w ciągłym biegu i czujności, czy za chwilę znowu nie trzeba będzie powtórzyć tego od początku.

Ilona ma wspaniałą pracę, nowoczesne mieszkanie i cudowną rodzinę. Pół roku temu jej mąż stracił zatrudnienie. Choć ma bardzo wysokie kwalifikacje, od miesięcy nie może znaleźć pracy na porównywalnym poziomie. Tydzień temu poinformował rodzinę, że wyjeżdżają z Polski, bo nie ma zamiaru tyrać za grosze. „Zaczniemy wszystko od początku gdzieś, gdzie ludzi nie traktuje się jak wyrobników” – powiedział Ilonie. – A co z twoją pracą, szkołami dzieci, przyjaciółmi, no i starzejącymi się rodzicami? – zapytałam. – Nie będę się teraz nad tym zastanawiać – odpowiedziała. – Takie jest życie, zmiany są jego nieodłącznym elementem. Cały świat emigruje za pracą.

Nowa praca, nowy związek, nowi przyjaciele, kolejna przeprowadzka do nowego mieszkania – proszę bardzo. A wszystko w zawrotnym tempie, żeby zdążyć, nie przegapić szansy życia. To nic, że bez namysłu, bez refleksji, czasami na wariackich papierach, byle do przodu, byle nie wypaść z rynku, nie dać się wyprzedzić.

Wszystko dookoła zmienia się jak w kalejdoskopie, a wewnętrzna odporność na zmiany została okrzyknięta największym gwarantem sukcesu.

Progres czy regres?

Niektórzy twierdzą, że jeśli w naszym życiu pojawia się propozycja nowego, to oznacza postęp, no i naszą gotowość do zmian. Jednak całkiem często zdarza się, że diabeł kusi nas w chwilach słabości, utknięcia w martwym punkcie. Pojawia się oferta nowej pracy, a ty… No cóż, nie myślałaś o zmianie miejsca zatrudnienia, ale ostatnio nie jesteś w najlepszej formie, brakuje ci energii, wszystko cię nudzi, czujesz się ogólnie zniechęcona – jednym słowem drobny kryzys. A tu taka propozycja – grzech nie skorzystać. Myślisz: a może tego mi właśnie potrzeba? Po co naprawiać stare, skoro pojawia się nowe?

Poczucie braku spełnienia i sensu życia rodzi pokusę, by zacząć wszystko od nowa. Łudzisz się, że trzeba koniecznie zmienić otoczenie, żeby życie zmieniło się na bardziej ekscytujące, rozwijające, odkrywcze. Czujesz, że zmiana zawsze oznacza jakiś progres, powiew świeżości, daje nową energię. Zgoda, to działa, dopóki nie straci statusu nowości. Ale zaczynanie od nowa, bez refleksji nad tym, co masz tu i teraz, oraz domknięcia przeszłości jest jak kupno nowych butów w starym (za małym) rozmiarze. Stare cię cisnęły, ale ty wierzysz, że nowe, przez sam fakt nowości, na pewno będą w sam raz.

Życie według scenariusza fast nakłania nas do szybkich zmian, ale te zmiany mają drugie, niezbyt chlubne dno. Młodych odciążają z poczucia odpowiedzialności: „Pobierzmy się, a jak nam się nie uda, to się najwyżej rozwiedziemy”. Starszym dają iluzję pozbycia się lęku przed śmiercią: „Dopóki mogę zacząć wszystko od początku, starość i śmierć mnie nie dotyczy”. Pokusa zaczynania wszystkiego od nowa w dowolnym momencie życia to często ucieczka od problemów, popełnianych błędów (stale tych samych) i od uczuć, czyli od samego siebie.

Zacznij od zmiany nawyków

Przyjrzyj się niemowlęciu, które leży na podłodze i próbuje sięgnąć po grzechotkę. Jest maksymalnie skupione, ale nie usztywnione w ruchach, konsekwentne, cierpliwe, gotowe do wielu prób. Gdy przyjrzysz się uważnie, odkryjesz dzięki niemu, że po grzechotkę można sięgnąć na bardzo wiele sposobów. To właśnie ten moment rozwojowy, kiedy spontanicznie, kierowani ciekawością, próbujemy życia. Obserwacja niemowlęcia jest bazą do metody Feldenkraisa, czyli poszerzania świadomości własnego ciała. Główną tezą metody jest: „Rób to samo inaczej i w konsekwencji odkryj najlepszą wersję siebie”.

Na początku może to brzmieć skomplikowanie. Chodzi o to, by wyjść ze swoich nawyków. Zamiast zaczynać stale od nowa całe swoje życie, prościej i bardziej bezpiecznie jest zacząć od zmiany drobiazgów: przez tydzień myć zęby inną ręką niż zwykle albo wracać z pracy do domu każdego dnia nową drogą, a po tygodniu wybrać tę, która najbardziej ci pasuje. To prawda, że mamy nieograniczoną ilość możliwości i to nie tylko w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim we własnych ciałach, a dokładnie w możliwościach ruchowych. Analizowanie sposobu, w jaki zwykle wstajesz z krzesła, i próba wykonania tej czynności powoli, tak by wydatkować jak najmniej energii – to w efekcie ogromna zmiana, na dodatek o wiele bardziej efektywna niż nagłe rzucenie wszystkiego i wyjechanie na drugi koniec świata.

Jesteśmy nawykowcami w ruchach, myślach i czuciu. To są właśnie te stare, niewygodne buty, które powodują, że tu strzyka, tam łamie, w pracy nudy, w relacji obojętność, a diabeł kusiciel tylko na to czeka.

Nie musisz zmieniać wszystkiego, zrób to samo tylko inaczej, a efekty będą niewyobrażalne. Nie satysfakcjonuje cię związek, w jakim jesteś? Zamiast oczekiwać, że partner się zmieni, albo zmienić partnera – zmień swoje zachowanie w relacji, a wcześniej przeanalizuj wasz skrypt relacyjny, który, choć nie działa, ty stale powtarzasz.

Moshe Feldenkrais, twórca metody, powiedział: „Jeśli wiesz (masz świadomość), co robisz, wszystko, co robisz, jest dobre”.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.

  1. Kultura

3 książki na dobry początek roku, które po prostu musisz przeczytać

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto z nas z początkiem roku nie robi sobie długiej listy postanowień? Nie snuje tysiąca planów na to, jak stać się lepszą wersją samego siebie? Czas zadać sobie inne niż zawsze pytania.

Czy przypadkiem nie oczekujemy od siebie zbyt dużo? A może stawiamy przed sobą nierealistyczne cele? Albo nasze głowy są tak przesiąknięte starym sposobem myślenia, że nie potrafimy spojrzeć na rzeczywistość inaczej? Zamiast tworzyć długie listy postanowień – zatrzymaj się na chwilę! Bądź tu i teraz. Odkryj, co tak naprawdę chcesz zmienić w swoim podejściu do życia. Przedstawiamy trzy wyjątkowe książki, które pomogą ci to osiągnąć.

Dla tych, którzy o 22:00 uparcie odpisują na służbowe maile

„Nie rób nic. Jak zerwać z przepracowaniem i zacząć żyć”, Celeste Headlee

Pijąc poranną kawę, odpisujesz na e-maile i przygotowujesz prezentację. W weekendy sprawdzasz służbową pocztę. Biegasz, zdrowo się odżywiasz, prowadzisz aktywne życie towarzyskie. Nerwowo sprawdzasz media społecznościowe, by być zawsze na bieżąco. Stop! Autorka książki „Nie rób nic” udowadnia, że nasza obsesja na punkcie produktywności to stosunkowo nowe zjawisko i zachęca do zmiany myślenia. Czy można mniej pracować, a w czasie wolnym nie myśleć o obowiązkach? Cenić odpoczynek tak samo, jak własną aktywność? Leżeć na kanapie i nie czuć poczucia winy? Okazuje się, że tak! Kluczem do sukcesu jest dostrzeżenie dobrych stron oczyszczającej umysł bezczynności.

Dla tych, którzy pragną czerpać mądrość z dalekich krajów

„Długo i szczęśliwie. Japońska sztuka akceptacji”, Scott Haas

Poznaj ukeireru – japońską sztukę akceptacji, która koi ciało i duszę, pisze amerykański psycholog Scott Haas, którego podróż do Japonii odmieniła myślenie o rzeczywistości. Akceptacja w życiu Japończyków towarzyszy nawet najprostszym czynnościom takim jak sen, kąpiel, jedzenie czy kontakt z naturą. Ukeireru pozwala radzić sobie z gniewem, lękiem i poczuciem straty, otworzyć się na drugiego człowieka, obserwować, słuchać i uczyć się uważności. Pomaga oczyścić ciało ze stresu. Zapewnia spokój umysłu. To właśnie połączenie mądrości Wschodu i Zachodu to według autora tej książki recepta na to, by żyć „długo i szczęśliwie”. Wystarczy otworzyć się na odmienną od naszej kulturę i odkryć w niej ogromne bogactwo.

Dla tych, którzy chcą nauczyć się doceniać proste rytuały

„Sztuka prostego życia”, Shunmyo Masuno

Ustaw buty równo obok siebie. Oddychaj głęboko. Zasadź kwiat. Kultywuj wdzięczność. Oto Shunmyo Masuno – buddyjski mistrz zen i jego zbiór stu bardzo prostych i krótkich wskazówek, które pozwolą osiągnąć szczęście i spokój. To doskonałe sposoby na dodanie energii swojemu ja, rozwijanie odwagi oraz radzenie sobie ze zmartwieniami. Porady buddyjskiego mnicha zachęcają do obecności, do nawiązywania głębokich więzi z innymi oraz doceniania prostoty. Dobra wiadomość: życie w wielkim mieście nie jest przeszkodą do kierowania się ideami tej wielowiekowej wschodniej filozofii. Ogrodem zen z powodzeniem może stać się zwykły balkon. Największa siła tkwi w prostocie.