1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zanim odejdę. Co warto rozważyć przed podjęciem decyzji o rozstaniu?

Zanim odejdę. Co warto rozważyć przed podjęciem decyzji o rozstaniu?

Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych. (Fot. Getty Images)
Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych. (Fot. Getty Images)
Wydaje nam się, że wiemy wszystko na temat rozwodów. Że lepiej się pożegnać niż męczyć. Dla dobra dzieci czasem lepiej zostać. A może przeciwnie? Czyli jak? Tak naprawdę nie wiemy nic, dopóki nie trafi na nas. Co rozważyć, zanim uznamy, że przeminęło z wiatrem?

Rozejść się jest bardzo łatwo. Wystarczy złożyć w sądzie dobrze uzasadniony wniosek. Nie spotyka nas za to, jak jeszcze 20 czy 30 lat temu, ostracyzm społeczny. Z reguły też jesteśmy samodzielne finansowo albo przynajmniej dysponujemy oszczędnościami lub możliwościami. Zależność ekonomiczna jest coraz rzadszym powodem pozostania, jeśli rozważamy odejście. Ale finanse to niejedyne koszty, jakie poniesiemy. Dochodzą inne straty – na przykład emocjonalne, bo mitem jest, że żałoba po rozwodzie trwa rok albo dwa.

Judith S. Wallerstein, psycholog, profesor uniwersytetu w Berkeley, przez 15 lat obserwowała rodziny po rozwodzie – dorosłych i dzieci. Połowa rozwiedzionych kobiet i 1/3 mężczyzn uznała, że żyje im się lepiej. Druga połowa kobiet i 2/3 mężczyzn jeszcze po 10 latach trwało w porozwodowej traumie. Dla co trzeciej kobiety i co czwartego mężczyzny życie po rozwodzie było pozbawione satysfakcji, niektórzy i 15 lat po nie potrafili się podnieść z osobistego dramatu. Z sondaży Instytutu Gallupa wynika, że 74 proc. kobiet i 60 proc. mężczyzn żałuje po latach, że nie walczyli o utrzymanie swojego pierwszego małżeństwa. Zwłaszcza że za decyzją o rozstaniu nie stały zwykle poważne zranienia, a niedojrzałość, ambicja czy emocjonalność. Bo kiedy powód rozstania jest naprawdę dużego kalibru – przemoc, alkohol, nieudzielanie wsparcia w chorobie, hazard czy zdrady – nie ma dylematu.

Cokolwiek byłoby powodem, rozstajemy się coraz chętniej i coraz łatwiej. Jak wykazują statystyki, wzrasta odsetek par rozwodzących się po roku małżeństwa. Młodzi pomylili się? A może nie przetrwali kryzysu? Rozwodzą się kulturalnie ludzie, którzy się... nie dogadują. Były chwile dobre, nadeszły złe – koniec. Może warto włożyć wysiłek w walkę o miłość. Jak? Podstawowa rada: w momentach złych nie zapominać o dobrych.

Uwaga – nadchodzi kryzys

Źródłem wielu konfliktów i rozstań jest idealistyczne i roszczeniowe spojrzenie na związki. „Żyli długo i szczęśliwie” – w bajce, w życiu kryzysy są normą w każdej relacji, nie tylko małżeńskiej.

Nawet parom, które na pierwszy rzut oka mają wszystko, co potrzebne do szczęścia – pracę, zdrowie, bliskich – nie żyje się lekko i przyjemnie. Ile jest niezadowolenia i cierpienia w „pospolitych” związkach, a co dopiero, gdy jedno z partnerów albo cała relacja przechodzi kryzys?! W dawnych czasach, a i dziś jeszcze w niektórych małych wioskach czy plemionach, w razie trudności wszyscy sobie pomagali, bo stanowili jeden organizm. Teraz częściej zostajemy sami z problemami, a miejsce współczujących bliskich czy sąsiadów zajęli psychoterapeuci.

Wchodząc w związek, kierujemy się głównie uczuciami, a te z natury są zmienne. Pomaga świadomość i akceptacja faktu, że nie ominą nas w życiu chwile trudne, że będziemy się zmieniać, my i związek. Kryzys informuje m.in. o tym, że:

  • Przestaliśmy się starać – ale znów możemy.
  • Dawna formuła się wyczerpała, ale gdy jest chęć z obu stron, można wymyślić nową.
  • Przekroczyliśmy czyjeś granice lub nasze zostały przekroczone – można umówić się na ich zacieśnienie lub rozszerzenie – wyjść poza strefę komfortu i sprawdzać, jak nam z tym jest.
  • Skupiamy się na złych emocjach, a zapominamy o dobrych – te złe, choć może być ich mniej, zawsze są silniej przez nas zapamiętane. Dlatego pamiętanie o dobrych wymaga włączenia świadomej decyzji.
Terapeuci doradzają niektórym parom powrót do miejsc, sytuacji czy rozmów z początku związku, fazy zakochania. Jedźcie śladami podróży poślubnej, wróćcie do kawiarenki, w której postanowiliście, że resztę życia spędzicie razem. Co szkodzi jeszcze raz zadać sobie to pytanie? Jeśli pamięć dobrych chwil i uczuć wciąż jest dla nas cenna – warto walczyć. Trudności, jeśli pokonujemy je wspólnie, wzmacniają związek. Jeżeli jednak pomimo starań, wprowadzanych zmian i terapii wciąż czujemy, że związek jest pusty, a bilans zysków i strat przechyla się na szalę strat, lub kiedy naprawdę jest źle, trzeba chronić siebie, nie związek.

Do rozważenia

Kiedy w domu pojawia się alkohol, agresja, przemoc – wówczas zastanawianie się, czy ratować małżeństwo, czy lepiej odejść i co będzie lepsze dla dzieci – jest jak najbardziej uzasadnione. Bo jeśli się nie poprawi (a samo, bez zaangażowania obojga zainteresowanych się nie poprawi), a my zdecydujemy się tkwić w relacji „dla dobra dzieci” albo po prostu ze strachu, że nie poradzimy sobie sami, to rozwód ma miejsce i tak – tyle że emocjonalny. A największe jego konsekwencje poniosą właśnie dzieci. Mogą brać na siebie odpowiedzialność za związek rodziców i robić wszystko, by poprawić atmosferę w domu. Albo będą starać się być wzorowymi uczniami, by w ten sposób zadowolić rodziców. Dom to dla nich oaza bezpieczeństwa, innej nie mają. Ale ich dzieciństwo nie przebiega szczęśliwie. Po latach mogą mieć żal, głównie do matki, że skazała ich na cierpienie, że trwała w krzywdzącym wszystkich związku. Tak jak 35-letnia Łucja z Krakowa. – Moi rodzice byli w beznadziejnym związku ponad 15 lat. Trwałby krócej, gdyby mama była odważniejsza, niestety, dwa razy wycofała wniosek o rozwód. W końcu rozwiedli się, ale bardzo burzliwie – było pranie brudów, gadanie do mnie i do siostry na siebie nawzajem. W końcu wykrzyczałam im, że to przeszłość, do której nie chcę wracać. Zafundowali siostrze i mnie horror, bo chcieli się zabawić w dom! Nie przewidzieli tego, że zapłacą za to ich córki.

Kiedy stajemy przed życiowymi trudnościami, pierwszym odruchem jest uniknąć konfrontacji. Zanim podejmiesz taką decyzję, spróbuj bez emocji rozważyć wszystkie za i przeciw, może z pomocą psychoterapeuty, by mieć pewność, że cokolwiek postanowisz, wybrałaś najlepsze rozwiązanie. Nie tylko w krótkiej perspektywie, ale na wiele lat. Dla dzieci i dla siebie, dla partnera, z którym coś cię przecież łączyło. Dlaczego to ważne?

  • Dynamika związków toczy się od kryzysu do kryzysu, dlatego czasem warto podjąć walkę.
  • Namiętność może wrócić do związku nawet po latach, dobrym przykładem są pary przeżywające drugą młodość, np. gdy dzieci opuszczą dom.
  • Trzeba pożegnać się z myślą, że są rozwiązania dobre dla wszystkich – zawsze można stracić lub zyskać na dwa sposoby: decydując się na coś i tego doświadczając lub nie decydując się i nie doświadczając.
  • Uczucia to jeden z wielu, ale nie jedyny element, który powinien towarzyszyć decyzji o małżeństwie, ale także o rozstaniu – emocje z natury są zmienne i gdy znikną – warto pomyśleć – co zostanie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Przystanek numer 2. Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację?

Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Było, minęło, walizki spakowane, tym razem się uda! Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację, co wyrzucić, a co zabrać ze sobą – radzą psychologowie Joanna Dulińska i Michał Duda.

Nowy związek – wszystko nowe?
Joanna Dulińska:
Nie zawsze. Często tak bardzo jesteśmy przywiązani do naszej wizji idealnego związku, że nie tylko rozstajemy się z kimś, kto do niej nie pasuje, ale też wchodzimy z nią w kolejną relację, już z kimś innym. Gdy nasze oczekiwania i niezaspokojone potrzeby pozostają te same, na następnego partnera wybieramy zwykle kogoś podobnego do poprzedniego.

Dlaczego tak się dzieje?
Michał Duda: Bo nadal jesteśmy tacy sami. Podam przykład: kobieta uważa, że jej wymarzony partner powinien być samodzielny. Gdy poznaje kogoś, kto jej się podoba, zaczyna na niego wpływać, by stał się dokładnie taki, jak ona chce. Tym samym, paradoksalnie, on przestaje być samodzielny, a ona wymienia go na kogoś bardziej niezależnego. Nie jest jednak w prawdziwej relacji z żadnym z tych mężczyzn, tylko próbuje dostosować ich do swojego wyobrażenia, żeby sama nie musiała się zmieniać.
J.D.: Zapominamy, że to, jakich mamy partnerów, mówi wiele o nas samych. Załóżmy, że każdy kolejny facet na mnie krzyczy. To znaczy, że potrzebuję nauczyć się stawiania granic, ale nie przez ucieczkę, tylko konfrontację. Kolejne związki pokazują, co musimy w sobie zmienić. Warto porzucić myślenie, że to od innych, a nie od nas, zależy jakość relacji. Jeżeli podejmę próbę stworzenia nowej siebie, a mój związek pozostanie taki sam, będzie mi łatwiej odejść.
M.D.: Kolejne związki mogą być do siebie podobne, bo zamiast z partnerem, jesteśmy w relacji z… rodzicem. Zdarza się, że kobiety szukają w mężczyźnie ojca. Pragną uwagi, której nigdy od niego nie dostały. Prędzej odnajdą ją relacji z jakimś nauczycielem, mentorem, ale nie w związku. Kiedy mężczyźni potrzebują, żeby się o nich troszczyć, dbać, często wynieśli to z domu albo właśnie tego im tam brakowało.

A gdy wiążemy się z kimś, kto jest odwrotnością byłego partnera?
M.D.: To wpadamy w pułapkę. Odwrotność starego to cały czas stare.

Ale przecież tamten siedział w domu, a ten zabiera mnie w ciekawe miejsca...
J.D.: Zazwyczaj sednem sprawy jest nasz wewnętrzny konflikt. Przypuśćmy, że jakaś kobieta rozstaje się z zasiedziałym domatorem, ponieważ ma ochotę zwiedzać świat. Spotyka kogoś, kto też lubi podróżować, i co się dzieje? Po trzech miesiącach jest niezadowolona, bo chciałaby więcej bywać w domu. To może oznaczać, że w sferze jej potrzeb zaistniał konflikt pomiędzy stabilnością, posiadaniem rodziny a wolnością, niezależnością. Zmieniając partnerów, próbuje rozwiązać go z pomocą innych ludzi, zamiast zajrzeć w siebie.
M.D.: Na początku związku z podróżnikiem nasza bohaterka może przez chwilę czuć dużą ulgę. Ale przecież był też jakiś powód, dla którego wybrała człowieka, który lubi siedzieć w domu.

Na przykład?
M.D.: Może to był idealny kandydat na męża, ktoś, z kim mogła założyć rodzinę, a do satysfakcjonującej relacji brakowało jej tylko częstszych podróży? Nie chodziło o to, żeby wywracać życie do góry nogami, tylko wprowadzić do niego więcej dynamiki. Niezależnie od tego, kto chce siedzieć w domu, a kto jeździć po świecie – bajka jest ta sama, zmieniają się tylko role.
J.D.: Chyba, że to siedzenie w domu było dla niej czymś nowym. Nasyciła się tym i zaczęła chcieć już czegoś innego. Wówczas będzie nadal myślała o kimś, kto będzie cenić domowe zacisze, ale też zaspokoi jej potrzebę kolejnego „nowego”. Jeśli nie ma wewnętrznego konfliktu, będzie szukać możliwości integracji obu tych jakości.

Jeśli więc rozwiąże swój wewnętrzny konflikt, jest szansa, że znajdzie kogoś, kto będzie zarówno domatorem, jak i podróżnikiem?
J.D.: Będzie jeszcze inaczej. Jeśli dojdzie do porozumienia sama ze sobą, w jej życiu może pojawić się ktoś, kto wniesie do niego zupełnie nową jakość. Stanie się tak pod jednym wszelako warunkiem, że będzie mieć w sobie zgodę na ciągły rozwój i przestanie dążyć do tego, by wszystko było dokładnie takie, jak ona chce.

Drugi związek wyznacza jednak jakiś nowy etap w życiu?
M.D.: Czasami związek się kończy, bo w tym układzie już nic się nie wydarzy i kolejny jest trochę przypadkowy, z kimś, kto przypuszczalnie nie wzbudziłby wcześniej mojego zainteresowania. Jednak może się okazać, że ta relacja nieoczekiwanie mnie „zaśsie”, chociaż nie pasuje do moich wcześniejszych wyobrażeń na temat związków ani nie jest ich odwrotnością. W takich właśnie przypadkach pojawia się nowa wizja, która w żaden sposób nie jest kontynuacją starej.
J.D.: Jest tylko jeden warunek: trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy.
M.D.: Drugi związek wynika czasami właśnie z tego, że ktoś wchodzi w nową fazę życia. Dzieje się tak, kiedy dotychczasowa relacja nie zmienia się razem z naszym rozwojem, a pojawia się ktoś, z kimś możemy wejść w nowy etap.

Ale chyba nie w każdej fazie życia potrzebujemy nowego partnera?
J.D.: To, co nas fascynuje w drugiej osobie, powinniśmy odnaleźć też w sobie. Jeśli podążą za tym obie strony, stworzą pewną całość, wtedy pojawi się „my”. Kiedy wspólnie przekraczamy własne ograniczenia, wchodzimy w kolejne etapy: podróże, budowę domu, zakładanie firmy, wychowywanie dzieci – stawiamy czoła nowym wyzwaniom i w ten sposób cementujemy nasz związek. Jak się zatrzymamy na tym, co już znamy, pojawią się w naszym życiu osoby z zewnątrz, które będą z nami flirtować tym „nowym”, na które mamy akurat zapotrzebowanie. I wtedy przed nami dwie drogi: możemy otrzymać to w starym związku albo pójść za flirtem.

A stąd prosta droga do romansu…
M.D.: Nowy związek często przychodzi wtedy, kiedy w starym pojawiają się przeszkody nie do przejścia. Wtedy ta druga relacja ma rzeczywiście raczej charakter romansu, który powinien być częścią gry w stałym związku. To moment, w którym nie ma już miejsca na kompromis, a negocjacje stają w martwym punkcie. Romanse mają to do siebie, że statystycznie rzadko przeradzają się w nowy związek. Najczęściej wracamy do tego, w którym byliśmy poprzednio.

Dlaczego?
M.D.: Bo musi się zmienić nasz punkt odniesienia. Kiedy ludzie są zakochani, stają się kimś innym. Potem powracają do tego, jacy byli, ale tęsknią do siebie z początku związku, fazy zauroczenia. Wtedy związek zatrzymuje się w rozwoju, coś zaczyna się psuć. Okazuje się, że tym brakującym elementem jest flirt. Jeśli da się go wskrzesić w obecnym związku, drugi nie będzie potrzebny. Może jednak się zdarzyć, że w nowej relacji powstanie wspólne „my”, nowa pełnia, która okaże się silniejsza od poprzedniej.
J.D.: Romans często zmienia związek. Ze strony osoby, która go nawiązuje, zwykle jest większa gotowość na zmiany, na pracę nad sobą. Jeśli w zdradzanej osobie też się uruchomi ten proces, więź się utrzyma.
M.D.: Niestety, ta druga osoba często zamyka się na zmiany, staje się konserwatywna.
J.D.: W takiej sytuacji raczej się rozstaną. Aby do tego nie dopuścić, obie osoby musiałyby znaleźć jakąś wspólną pasję, zainteresowanie.
M.D.: Bywa, że ktoś, kto ma romans, sam ma problem, żeby wejść w nowy związek i ze strachu przed niewiadomym chowa się do starego.
J.D.: Albo prowadzi podwójne życie. Romansuje dopóty, dopóki relacja nie zagraża stałemu związkowi, po czym kończy ją i zaczyna następną znajomość. Zawsze jest gdzieś pomiędzy. Próbuje mieć wszystko, a nie ma niczego.
M.D.: Romans może być szansą zarówno dla związku, jak i partnera, który jest zdradzany. Jeśli tę cechę, umiejętność, „nową jakość”, którą wnosi rywal, odnajdzie w sobie osoba zdradzana, i to nie tylko po to, żeby zatrzymać żonę czy męża – uratuje tę relację. Romans przestanie być bowiem atrakcyjną alternatywą. Musi to być jednak prawdziwa wewnętrzna przemiana.
J.D.: Ważne jest, by w takiej sytuacji przyjrzeć się sobie: jak się z tym czuję, na czym mi zależy i co mogę zmienić.

To trudne.
M.D.: Tylko na początku. Każdy lubi dowiedzieć o sobie czegoś nowego.
J.D.: Nie negujemy oczywiście negatywnych emocji, jakie towarzyszą zdradzie, chociażby zranienia.

Często, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego coś się skończyło, koniecznie chcemy znać winnego.
M.D.: Między ludźmi musi być element tajemnicy. Bez niego stajemy wobec niebezpiecznej inżynierii związku. Myślenia, że można go zaplanować od początku do końca. Godzimy się na to, by powstał z magii, ale do akceptacji jego zakończenia potrzebujemy konkretów – ktoś musi być odpowiedzialny za rozstanie. Warto przestawić swoje myślenie: coś się skończyło, bo się skończyło. I nikt nie jest winny.
J.D.: W takim momencie warto się zatrzymać i być wdzięcznym za to, co się wydarzyło. Ludzie, którzy się rozstają, mówią często: „Nigdy mnie nie kochałaś, to małżeństwo było życiowym błędem”. Jeżeli przyjmą, że kiedyś było inaczej, że była miłość, czułość, wspaniałe chwile – zostanie z nimi wszystko to, co było najlepsze w tym związku, czego on ich nauczył. Rozstaję się, ale szanuję poprzedniego partnera. Zaspokoił moje ówczesne potrzeby, a teraz chcę iść dalej. To bardzo ważne, bo wtedy nie będę porównywać z nim kolejnego.

A co wtedy, gdy kończymy stary związek, a nie możemy wejść w nowy? Kiedy pojawia się lęk, obawa, że nikogo nie spotkamy?
J.D.: Może ten czas jest nam potrzebny, żeby pobyć ze sobą sam na sam, lepiej się poznać, coś w sobie zmienić… – i to wcale nie tylko po to, by poznać kogoś nowego, lecz by wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Dokąd tego nie zrobimy, nic dobrego się nie wydarzy.
M.D.: Jest taki stereotyp, że życie jest udane tylko wtedy, kiedy upływa w związku z drugim człowiekiem. Tymczasem nie wszystko kręci się wokół tego tematu i nie na każdym etapie naszego rozwoju musimy być w zdeklarowanej relacji. Jeśli drugi związek się nie przydarza, to myślenie o tym, dlaczego tak się dzieje, jest marnowaniem czasu. Czy nie lepiej wykorzystać go na to, by coś stworzyć, pobyć wśród przyjaciół, zrobić coś dla siebie? Dobrze mieć chwilę przerwy, oddechu, zanim zacznie się pisać nową opowieść.

Joanna Dulińska - psycholog, dyplomowana psychoterapeutka i nauczycielka pracy z procesem.

Michał Duda - psycholog, zajmuje się psychologią procesu.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Zdrowie

Nadwaga a zamrożone w ciele emocje

Jeśli masz pomysł, by zadbać o siebie i zrzucić kilka, twoim zdaniem, zbędnych kilogramów, pamiętaj, że sama dieta to za mało. Odchudzanie to proces, który zachodzi dopiero wtedy, gdy odkryjesz język swojego ciała i przeżyjesz zamrożone w nim historie.

Stań przed lustrem, nago albo w samej bieliźnie i spójrz na siebie jak na kogoś widzianego pierwszy raz w życiu. Kim jest ten ktoś?

Ciało jest jak księga życia albo mapa. Sylwetka, mimika twarzy, sposób oddychania, kolor skóry – to wszystko jest twoją historią spisywaną od momentu narodzin, a nawet jeszcze wcześniej... Wygląd, sposób poruszania się to przede wszystkim opowieść o twoich uczuciach; zwłaszcza tych niezauważonych, zamrożonych, nieprzeżytych, niewypowiedzianych. Każdy lęk zatrzymuje oddech, napina przeponę; każdy wstyd zaciska pośladki, ciężar ciała przenosi ze śródstopia na pięty, co usztywnia uda; każdy zawód napina mięśnie kręgosłupa. Te reakcje napinania, zamykania, zaciskania, zachodzące dzień po dniu – usztywniają poszczególne partie ciała, tworząc bloki mięśniowe. Sprawiają, że ciało jest mniej ruchome, tkanka gorzej ukrwiona i dochodzi do gromadzenia się w tych obszarach tkanki tłuszczowej…

Jak zbroja

Z punktu widzenia totalnej biologii automatyczny mózg, czyli podświadomy umysł robi wszystko, aby zapewnić przetrwanie, czyli zachowanie ciała jak najdłużej przy życiu. Każda sytuacja, z której wyszłaś cało, zostaje zapisana na twoim „twardym dysku”, czyli w mózgu. I we wszystkich podobnych sytuacjach pokładowy komputer automatycznie odpala program: przetrwanie. Śmiało można powiedzieć, że owe wzorce zachowań (nie tylko twoje, ale także twoich przodków) tak naprawdę sterują twoim życiem. I tak np. wzorzec przybierania na wadze w sytuacji realnego bądź potencjalnego zagrożenia i konieczności walki – jest zgodny z założeniem, że zawsze wygrywa większy i silniejszy. Odkładanie się tkanki tłuszczowej w okolicach barków, ramion i karku ma na celu obronę przed atakiem, a umięśnione uda ułatwiają ci ucieczkę, kiedy robi się zbyt niebezpiecznie, albo zamarcie – z nadzieją, że agresor zrezygnuje. Tkanka tłuszczowa chroni również przed kontaktem, który może być niebezpieczny emocjonalnie: muszę być większa, żeby chronić się przed zranieniem. Bywa, że fałdki tłuszczu na brzuchu to komunikat: „Popatrz, nie jestem wcale atrakcyjna, nie zbliżaj się”.

Tłuszcz to pancerz, który ma chronić twoje podświadome obszary lęków, wstydu, bezsilności. Może dotyczyć traumatycznych historii z przeszłości, kiedy czułaś bezpośrednie zagrożenie życia, np. tonięcie – tłuszcz chroni przed podobnym incydentem w przyszłości, poronienie – kobieta emocjonalnie nadal nosi dziecko w postaci nadwagi, dotkliwe pobicie – muszę być większa, żeby się obronić.

Z biologicznego punktu widzenia nadwaga jest efektem konfliktu porzucenia – być może w twoim ciele zapisana jest opowieść o małym dziecku, które zostaje opuszczone i, aby przetrwać, jego mózg uruchamia odpowiedni program zwiększenia masy ciała: „muszę stać się bardziej widoczne, aby matka mogła mnie łatwiej zauważyć”. Ten sam mechanizm obrony włącza się, kiedy np. w relacji z mężczyzną czujesz się niezauważana przez niego.

Tłuszcz manifestuje także konflikt związany z niedostatkiem i brakiem – jesteś przekonana, że w życiu dostajesz zwykle to, czego nie chcesz i nie masz tego, czego chcesz najbardziej na świecie. A gdy czujesz się samotna, twój mózg włącza alarm, bo „sama” znaczy „mało bezpieczna”. Gromadzimy zapasy, żeby przeżyć.

Tkanka tłuszczowa jako ważna ochrona gromadzi się zwykle w miejscach, które coś oznaczają. Mózg wysyła sygnał, że dane miejsce jest szczególnie podatne na zranienie i trzeba je otoczyć ochroną. Umownie każda strefa na ciele jest przypisana konkretnym emocjom:

  • talia – może dotyczyć problemów z podejmowaniem decyzji,
  • biodra – być może czujesz się niepewnie w rodzinie,
  • uda – zachwiane poczucie bezpieczeństwa,
  • brzuch – problemy z odczuwaniem emocji,
  • pośladki – strach,
  • duże łydki – lęk przed upadkiem,
  • grube ramiona – chęć uderzenia albo obrony przed ciosem,
  • podwójny podbródek – niezgoda na to, jak wygląda życie, chęć ucieczki do świata marzeń,
  • cellulit – może symbolizować obawę przed utratą domu lub czyjejś ochrony.

Terapia

Tkanka tłuszczowa to efekt gorszego ukrwienia, a jeszcze wcześniej napinania i bezruchu. Owo napięcie i bezruch powstały w celu obrony przed czuciem, bo tak bardzo boli… Masaż, sauna, ćwiczenia fizyczne, leżenie na macie z kolcami czy techniki oddechowe stosowane regularnie – sprawią, że napięcie mięśniowe powoli zacznie puszczać a ty zaczniesz czuć. Prawdopodobnie na początku pojawią się trudne emocje: przestraszysz się, zaczniesz płakać, poczujesz ból i rozpacz. Będziesz miała ochotę wrócić do napięcia: zacisnąć pośladki, zatrzymać oddech, spiąć łopatki, schować brzuch. Jeśli do tego dojdzie, spróbuj pobujać się na boki, pomasować napięte mięśnie ramion, kilka razy delikatnie wciągnąć i wypuścić mięśnie brzucha. Cały czas spokojnie oddychaj, staraj się, by w trakcie oddechu pracował brzuch, a klatka piersiowa była mniej ruchoma. Przyjmij każde doznanie, które pojawi się w ciele.

Zaufaj mu!

O czym szumi ciało?

Wróć do lustra i jeszcze raz popatrz na swoje ciało, z miłością. Te wszystkie krągłości, pomarańczowe skórki, fałdki i oponki są jak ślady po zranieniach. Możesz w nieskończoność je rozdrapywać albo pielęgnować z czułością. Ale najpierw musisz je z uważnością odczytać. Poniżej znajdziesz kilka wskazówek, jak to zrobić, bo tłuszcz najczęściej odkłada się w sześciu obszarach. Pamiętaj jednak, że każde ciało ma indywidualny język, którego nikt poza tobą nie zna.

Cała górna część ciała, od pasa w górę:

  • zdaniem dietetyków takie tycie najczęściej nie jest związane z chorobami, ale błędami żywieniowymi, gdy w diecie pojawia się dużo słodyczy i nadmierna ilość kalorii oraz brakuje ćwiczeń;
  • z psychologicznego punktu widzenia mocniejsza górna połowa ciała może być konsekwencją braku miłości ze strony matki, zbyt wymagającego i zimnego emocjonalnie ojca;
  • mocne barki i ramiona z nadmiarem tkanki tłuszczowej mogą symbolizować zatrzymaną potrzebę wyciągnięcia rąk ,,po miłość”, chęć pokazania „poradzę sobie sama”, obawa przed zależnością i podporządkowaniem albo gotowość do walki.

Oponka na brzuchu:

  • w tej okolicy znajduje się ośrodek stresu (komórki reagujące w sytuacji walki lub ucieczki);
  • nadmiar tkanki tłuszczowej symbolizuje problemy z radzeniem sobie ze stresem;
  • zdarza się, że w zachowaniu dominuje zajadanie stresu i zagłuszanie problemów alkoholem;
  • oponce często towarzyszy podciągnięta przepona, która jest efektem zatrzymania oddechu z powodu lęku;
  • to także solidna ochrona wrażliwości i delikatności, które z pewnością nieraz były atakowane;

Cały brzuch:

  • prawdopodobnie otłuszczone są także narządy wewnętrzne – co może mieć negatywne konsekwencje dla zdrowia i wymaga konsultacji dietetyka i lekarza;
  • tłuszcz w tej okolicy może być konsekwencją zaburzonego poczucia bezpieczeństwa, czasami sięgającego czasów dzieciństwa;
  • nadwaga może być związana z zaniedbaniami w dzieciństwie – niedokarmienie (emocjonalne lub/i fizyczne), które utrwala przekonanie, że świat nie zaspokaja potrzeb i nigdy nie dostaje się tyle, ile się potrzebuje, i tego, czego się pragnie;
  • tłuszcz może być tu tarczą ochronną, na skutek pamięci ciosu zadanego w brzuch (fizycznego lub emocjonalnego) – stąd rodzą się wspomnienia: „kiedy powiedział mi, że odchodzi, poczułam się tak, jakby walnął mnie pięścią w brzuch”.

Biodra, pośladki, uda:

  • bywa, że nadwaga w tej okolicy jest pierwszym objawem zaburzeń hormonalnych albo skutkiem objadania się np. tuż przed miesiączką;
  • psychologicznie może symbolizować zniechęcenie – ciało zamiera i wydatkuje mało energii, tłumione impulsy seksualne, wstyd czy pamięć nadużycia seksualnego;
  • tłuszcz okolicy pośladków symbolicznie chroni przed upadkiem albo kopnięciem czy uderzeniem w pupę (pamięć przemocy w dzieciństwie – bicie, albo przemocy seksualnej czy odrzucenia).

Otyłość w dolnej części ciała, od pasa w dół:

  • duża, ociężała, mało ruchliwa miednica może być skutkiem traumy seksualnej;
  • brzuch, boczki i plecy – to często efekt nadmiaru kalorii i fizycznej bezczynności;
  • nadwaga w tej części ciała często towarzyszy obniżonemu nastrojowi – zajadanie smutku i złości;
  • ciężkie nogi – przekonanie, że życie jest tak mało satysfakcjonujące, że trudno je unieść, ogólna niechęć do jakichkolwiek działań, czasami skutek traumy – wydarzyło się coś strasznego, a ty nie byłaś w stanie uciec.

Zacznij nowe życie w nowym kształcie

Czym jest otyłość? Jakie są jej przyczyny? Jak ją leczyć? Czy otyłość jest chorobą ? Odpowiedzi na te pytania przynosi kampania społeczna „W nowym kształcie”.

Jeśli uważasz, że masz za dużo kilogramów i mimo prób nie jesteś w stanie się ich pozbyć – przestań działać samotnie i dołącz do kampanii. Dzięki pomocy specjalistów dowiesz się, na czym naprawdę polega twój problem, i zyskasz wsparcie na drodze do zdrowego życia. Znajdziesz pomoc w wyborze metody leczenia otyłości oraz certyfikowanego ośrodka, w którym możesz liczyć na fachowe leczenie. Częścią kampanii jest personalizowana aplikacja wspierająca proces leczenia otyłości oraz webinary live z ekspertami, m.in. na temat metod leczenia otyłości, wsparcia w procesie leczenia oraz emocji i roli psychoterapii. Kampanię współtworzą m.in. lekarze, naukowcy zajmujący się otyłością, dietetycy oraz psycholodzy.

Zapraszamy na stronę kampanii www.wnowymksztalcie.pl.

  1. Seks

Pierwszy seks po traumie. Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Czapczyńską

Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, nie pozostanie neutralny. Bo te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać. (Fot. iStock)
Rana po doświadczeniu przemocy seksualnej boli długo. Gdy uda się ją względnie opatrzyć, pojawia się potrzeba zbudowania bezpiecznego związku. O tym, jak (i czy w ogóle) rozmawiać o dawnej traumie z nowym partnerem, mówi psychoterapeutka Agnieszka Czapczyńska.

Gwałt potrafi na bardzo długo zamknąć nas na jakąkolwiek bliskość z drugim człowiekiem. Po czym poznać, że jest się już gotową?
U osób, które przeżyły traumę gwałtu, pojawia się pewien rodzaj ambiwalencji: z jednej strony jest potrzeba bliskości, chęć posiadania związku, z drugiej strony występuje lęk. Jeśli reakcja awersyjna jest bardzo silna, to poziom lęku związany ze zbudowaniem nowej relacji jest bardzo wysoki.

Od wielu lat pracuję w grupie wsparcia kobiet doświadczających różnych form przemocy, nie tylko seksualnej, ale to właśnie w tej grupie jest najwięcej singielek. Kiedy lęk wygrywa, wybieramy bycie samą.

Samotność wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, bo daje poczucie bezpieczeństwa. Jakie sygnały oprócz lęku i awersji mogą świadczyć o tym, że to wciąż otwarta rana?
Jeżeli po doświadczeniu przemocy seksualnej rozwinął się zespół stresu pourazowego, to rana zawsze jest otwarta i sama się nie zagoi. O PTSD możemy mówić jako o stałym rozregulowaniu układu nerwowego. Symptomami są: wspomniana reakcja awersyjna, stała reakcja czujności, autoagresywne myśli, których nie można zatrzymać, flashbacki, czyli wracające obrazy traumy, którym towarzyszą odczucia w ciele, jakby działo się to tu i teraz. Poza tym pojawia się dysregulacja cyklu snu, dysregulacja emocji – albo odcięcie od nich, albo zalewanie się nimi, oraz silnie obniżone poczucie własnej wartości. Kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej, często nawet nie wiedzą, że mają PTSD. Ich stan jest diagnozowany jako depresja czy zaburzenia osobowości. Tymczasem źródłem wszystkiego jest trauma i właśnie zespół stresu pourazowego.

Statystyki mówią, że przy przemocy fizycznej, zwłaszcza tak drastycznej jak gwałt, PTSD rozwija się u 70–90 proc. kobiet. Dla porównania, w wyniku wypadków samochodowych – u 30 proc.

Rozumiem, że przy odpowiednim wsparciu rana może się zagoić?
Wierzę, że można się wyleczyć. Po doświadczeniu traumatycznym przez kilka tygodni występuje reakcja adaptacyjna. Układ nerwowy usiłuje dojść do równowagi po drastycznym przeciążeniu. To jest normalne i należy dać mu szansę. U części osób te symptomy z każdym tygodniem zaczynają słabnąć i w miarę upływu czasu powraca równowaga psychiczna. Natomiast jeśli symptomy utrzymują się dłużej, to oznacza, że układ autoregulacji nie dał rady i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Nowoczesne metody terapii, takie jak EMDR, Somatic Experiencing, Brainspotting czy TRE rozładowują napięcie na poziomie układu nerwowego, czyli tam, gdzie nastąpiło główne zaburzenie. Stosuje się też pracę w nurcie behawioralno-poznawczym dopasowanym do pracy z traumą. Wszystkie te podejścia są skuteczne. To znaczy doprowadzają osobę do momentu, w którym zostaje pamięć doświadczenia, ale nie towarzyszy jej pobudzenie ani dyskomfort. Pozostaje wspomnienie, które nie wyrzuca z „tu i teraz”, nie powoduje silnych emocji i nie wpływa negatywnie na poczucie własnej wartości.

Warto pamiętać, że przy traumie na poziomie poznawczym budują się przekonania, które są bardzo negatywne i destrukcyjne, typu: „To moja wina”, „Mogłam się obronić”, „Jestem słaba”, „Świat nie jest bezpieczny”. Te przekonania były sposobem rozumienia sytuacji w momencie gwałtu, ale są w większości irracjonalne. Przez skuteczną terapię traumy rozumiem taką, która sprawia, że doświadczenie przestaje niszczyć i buduje potraumatyczną siłę. Kobieta wychodzi z poczuciem mocy i przekonaniem: „Przetrwałam, dałam radę”, „Zrobiłam wszystko, co mogłam, „Jestem OK taka, jaka jestem”.

Droga od „Mogłam się obronić” do „Zrobiłam wszystko, co mogłam” jest długa. Sam czas nigdy nie uleczy rany?
W przypadku traumy powiedzenie, że czas goi rany, jest mitem. Możemy się od niej odciąć, omijać szerokim łukiem, włączać różnego rodzaju mechanizmy obronne, które nas dysocjują, dzięki którym nie będziemy czuły jakiejś części siebie, ale prędzej czy później to się ujawni. Życie w zamrożeniu, odcięciu od swojego ciała jest dewastujące, ponieważ żyjemy kawałkiem siebie. Reszta jest odcięta. Nie mamy dostępu do emocji, czucia na głębokim poziomie, żyjemy jakby za szybą.

Czy w budowaniu nowej relacji ma znaczenie, kim dla ofiary był sprawca i kiedy doszło do przemocy seksualnej?
W mojej wieloletniej pracy tylko raz spotkałam się z przypadkiem gwałtu na ulicy. 99,9 procent przypadków przemocy seksualnej odbywa się w relacjach pozornie bezpiecznych. Sprawcami są znane ofiarom osoby, zaprzyjaźnione z nimi, które nawet jeśli znały je tylko kilka godzin, to zdążyły wzbudzić sympatię i zaufanie. Traumy seksualne, do których doszło w dzieciństwie, kiedy kształtowała się nasza tożsamość, mocniej wkraczają w całą strukturę osobowości, stają się bardziej wrośniętą, integralną częścią poczucia, kim jesteśmy. Jeżeli doświadczyłyśmy traumy w szóstym roku życia i od tego czasu lęk towarzyszy nam codziennie, to mając 35 lat, myślimy o sobie: „Jestem lękowa, taka się urodziłam”. Mamy taki obraz siebie, choć on nie jest prawdą.

Jak fałszywy obraz siebie wpływa na późniejsze budowanie relacji?
Jeśli dziewczynka wyrasta na kobietę, która ma poczucie bycia niewartościową, bo trauma zaniża poczucie własnej wartości – ma wysoki poziom lęku, silną reakcję unikania, nie jest w stanie być niezależna i samodzielna w różnych obszarach życia. Kobieta niewierząca w swoje siły łatwo znajdzie sobie opiekę partnera dominującego. Czasem to dobry wybór, czasem zwiększa ryzyko, że odtworzy sytuację przemocy w kolejnym związku. Może budować różne relacje zależnościowe i trudniej jej będzie się bronić.

Traumy różnią się nie tylko czasem powstania, ale też częstotliwością – czy były jednorazowe, czy wielorazowe. Z jednorazowym doświadczeniem traumatycznym, czyli na przykład gwałtem na randce, można uporać się szybciej. Terapie metodami, o których wspomniałam, polegają na rozładowaniu energetycznym w ciele trudnego doświadczenia i przynoszą bardzo szybko pożądane efekty na poziomie fizycznym i w sferze poznawczej, czyli w budowaniu pozytywnych przekonań na swój temat. Transformacja przez ciało jest dużo szybsza niż przez umysł i terapię narracyjną, może zamknąć się w 10–15 sesjach. Natomiast gwałt w małżeństwie nigdy nie jest jednorazowym doświadczeniem. To jest trauma złożona, proces leczenia jest długi, ponieważ doświadczenie miało czas wrosnąć w strukturę osobowości, myślenie o sobie, sposób funkcjonowania. Wzorzec utrwalał się przez lata.

Załóżmy, że kobieta po traumatycznych doświadczeniach jest gotowa na nowy związek. Czy powinna poinformować o nich nowego partnera?
Na pewno do niczego nie należy się zmuszać. Warto wyznać partnerowi prawdę z jednego powodu: jeśli nie będzie rozumiał pewnych naszych reakcji, może pomyśleć, że są one skierowane przeciwko niemu, co nie będzie służyło budowaniu więzi. Przypuśćmy, że w trakcie intymnego zbliżenia nagle wróci mi pamięć trudnego doświadczenia i zacznę płakać, stanę się agresywna albo cała zesztywnieję – dobrze by było, by partner, z którym jestem, rozumiał, co się ze mną dzieje. W przeciwnym razie może się przestraszyć i zachowywać obronnie. Z drugiej strony dzielenie się tak intymną i bardzo delikatną częścią siebie wymaga zaufania. Powinnyśmy mieć poczucie, że osoba, której to mówimy, nie wyśmieje nas, nie odwróci się na pięcie, nie przestraszy się, nie zminimalizuje problemu. W relacji potrzebujemy czuć się bezpiecznie, musimy wiedzieć, czy ta osoba jest godna zaufania i czy to jest właściwy moment. Uważam, że warto mówić o trudnej przeszłości, tylko trzeba to robić w bezpieczny dla siebie sposób.

Bezpieczny, czyli jaki? Jakich użyć słów? Jak rozpocząć rozmowę?
Każdy trudny temat w relacji warto jest poruszać w spokojnej atmosferze. Gdy jesteśmy w silnych emocjach, nie panujemy nad słowami, więc łatwo o zranienie. Poważne rozmowy wymagają maksymalnie bezpiecznej przestrzeni, warunków i czasu. Nie oczekiwałabym, że w trakcie jednej rozmowy powie się wszystko. Można dać znać, że miało się trudne doświadczenie i ono wpływa teraz na relację z partnerem. Można zacząć od ogólników. Jeśli poczujemy się bezpiecznie, zobaczymy, że to jest przyjęte we właściwy sposób, to możemy otworzyć się bardziej.

Co znaczy właściwy? Jakiej reakcji można się spodziewać?
Właściwa reakcja partnera to reakcja empatyczna. Może on doświadczyć mnóstwa emocji: smutku, żalu, poczucia winy, chociażby dlatego, że przynależy do gatunku sprawców. Może pojawić się poczucie wściekłości na sprawcę. Te reakcje są bardzo OK.

Niepokojącym sygnałem są oskarżenia typu: „To była twoja wina, po co tam szłaś”, deprecjonowanie: „Daj spokój, co tam będziesz wspominać, skoro to było lata temu”, wyśmiewanie: „Jesteś histeryczna, chodź, przytulimy się, to wszystko minie, ja cię uleczę”. Te reakcje nie są empatyczne. Ale nie oznaczają, że mężczyzna jest złym człowiekiem, możliwe, że nie ma pojęcia, jak wspierać partnerkę. Uważam, że partnerzy, którzy tworzą lub chcą stworzyć związek z kobietą, która przeżyła przemoc seksualną, mogliby o tym trochę poczytać. Polecam zwłaszcza książki „Obudźcie tygrysa” Petera Levine'a oraz „Strach ucieleśniony” Bessela van der Kolka. Albo jednorazową konsultację, żeby dowiedzieć się, jak mają wspierać swoją partnerkę.

Może pani w kilku zdaniach wypunktować, jak wspierać kogoś po takim wyznaniu?
Po pierwsze, empatycznie słuchać, nie komentować, nie podważać. Po drugie, spytać, w jaki sposób można jej towarzyszyć, czego od nas potrzebuje, zapewnić ją, że jesteśmy po jej stronie, mówiąc na przykład: „To nie była twoja wina”. Po trzecie, motywować ją do terapii.

Ile czasu partner może potrzebować na oswojenie się z informacją o takim kalibrze?
Nie wiem. Nie wiem, czy w ogóle jest w stanie pogodzić się do końca z tym doświadczeniem. Nie spodziewam się, że partnerowi będzie łatwo z tym żyć. Nieuleczona trauma ma taką właściwość, że przypomina nierozbrojoną bombę. Jest w nas, ciągle tyka i co jakiś czas wybucha w postaci intruzywnych myśli, przerażających wspomnień, zalewających uczuć lęku, smutku, złości. Kobieta po doświadczeniu gwałtu staje się emocjonalną bombą. Więc nawet jeśli partner poukłada to sobie w głowie, przyjmie do wiadomości i zrozumie, nie sądzę, by był w stanie stać się neutralny, ponieważ te wybuchy będą się powtarzać i go dotykać.

A jeśli ucieknie po samym wyznaniu – warto walczyć o taki związek?
Zarówno zamrożenie i brak emocji, jak i silna reakcja emocjonalna na taką wiadomość są całkowicie normalne. Może zdarzyć się, że partner nie potrafi tego udźwignąć, pomieścić w sobie tej ilości bólu. Jeśli obie strony widzą, co się z nimi dzieje, i mają wolę rozmowy, walki o związek, to zawsze jest szansa na przetrwanie tego kryzysu. Gwałt to doświadczenie, w którym mężczyzna niszczy życie kobiety, ale też życie innych mężczyzn – brata, ojca, partnera, syna. Przechodzimy przez to razem, niezależnie od płci.

Jednak lęk przed tym, że on odejdzie, zwłaszcza na początku relacji, może być większy niż chęć wyznania…
Ale on może odejść także dlatego, że mu nie powiesz. Trudno jest wytrzymać z osobą, która przeszła traumę i utrzymuje to w tajemnicy. To doświadczenie niszczy relację. Gdy rozumiemy to, co się z nami dzieje, i zostaje to nazwane, przynajmniej jesteśmy świadomi przyczyny takiego zachowania i wiemy, co z tym możemy zrobić.

Pierwszy seks po takim wyznaniu może być pełen obaw z obu stron.
Terapia służy odklejeniu doświadczenia seksu od poczucia zagrożenia i ponownemu połączeniu go w naszym umyśle z przyjemnością, bliskością i radością. Na pewno kolejne zbliżenie będzie wymagać uważności, delikatności i uczenia się siebie na nowo. W miejscu, w jakim byłyśmy zranione, zawsze będziemy bardziej delikatne, ostrożne.

Po traumie mamy skłonność do dysocjacji, więc wszystkie praktyki, które ściągają uwagę do bycia w teraźniejszości i czucia w ciele, są dobre. Zachęcam do terapii i różnego rodzaju praktyk budujących obecność w ciele, połączenia body-mind, czyli medytacji mindfulness, dowolnych technik medytacyjnych, jogi czy tai-chi.

Może zdarzyć się tak, że opowiedzenie o traumie nie chce przejść przez gardło. Czy ktoś może nas w tym wyręczyć?
Jeśli trudno jest powiedzieć to wprost, szukajmy sposobów, żeby to stało się możliwe. Miałam takie przypadki, że partnerzy albo członkowie rodziny przychodzili na sesję wspólnie z moją pacjentką, żeby w obecności osoby neutralnej porozmawiać o doświadczeniu gwałtu. W moim odczuciu przynosiło to dobre efekty. Sama terapia traumy jest terapią indywidualną, nie zabieramy na nią towarzysza.

A czy mówić o gwałcie innym? Matka – córce, córka – matce?
Nie mówiłabym nastoletniej córce, ale dorosłej – być może tak. Po to, by zrozumiała, co się ze mną dzieje, albo żeby sama lepiej rozumiała swoje odczucia, bo czasem trauma jest raną transgeneracyjną, poczucie zagrożenia może się przenosić z pokolenia na pokolenie. Jeśli trauma dotyczy dziecka, zawsze trzeba powiedzieć bezpiecznemu dla siebie dorosłemu, na przykład mamie. Bo ktoś musi udzielić pomocy. U moich pacjentek, które były ofiarami gwałtu, a po stronie których stawała matka czy ojciec, często następowała spektakularna poprawa.

Czy taka rozmowa może być formą terapii dla kobiety? Czy przeciwnie, niechcący otworzy drzwi do nieprzepracowanych emocji?
Ujawnienie tajemnicy, o ile zostanie właściwie przyjęte przez otoczenie, zwykle daje dużo ulgi. Oczywiście może otworzyć pamięć starych doświadczeń i być równocześnie bolesne. Z drugiej strony potrzebujemy uwolnić swój ból, może nawet szczególnie ten, który nosimy latami. Stara rana otwiera się, płyną łzy - jest to nieprzyjemne, ale tak działają mechanizmy samoregulacji. Ciało jest mądre i próbuje pozbyć się wewnętrznego napięcia. Warto pamiętać, że emocje wracają nie dlatego, że jesteśmy „uszkodzone”, ale dlatego, że ciało chce uzdrowić się z traumy. Ona jest stałą częścią ludzkiego życia, była obecna zawsze i nasze ciało jest w pełni wyposażone w mechanizmy powrotu do zdrowia.

Agnieszka Czapczyńska, psychoterapeutka, superwizorka w obszarze przeciwdziałania przemocy IPZ PTP, prowadzi Ośrodek Rozwoju Osobistego i Psychoterapii „Radość Bycia”, www.radoscbycia.com.