1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wrażliwość w pracy. Czy osoba wrażliwa może zrobić karierę?

Wrażliwość w pracy. Czy osoba wrażliwa może zrobić karierę?

Osoby wrażliwe, introwertyczne i nieśmiałe też mogą być dobrymi pracownikami. (Fot. Getty Images)
Osoby wrażliwe, introwertyczne i nieśmiałe też mogą być dobrymi pracownikami. (Fot. Getty Images)
Czy ktoś, kto woli towarzystwo drzew od ludzi, a ciszę od zgiełku rozmów, może zostać cenionym pracownikiem? Czy ktoś, kto bardziej niż logiką kieruje się intuicją, a empatię przedkłada nad rywalizację, może zrobić karierę? Tak! Pod warunkiem że uwierzy w siebie i pokaże się światu.

Dar odczuwania emocji innych ludzi, introwertyzm, nieśmiałość, intuicyjne myślenie, innowacyjna kreatywność – mogą przeszkadzać w miejscu pracy. Zwłaszcza w takim, w którym przede wszystkim liczy się wydajność, dostosowanie do sztywnych reguł i rywalizacja. Inteligencja emocjonalna, którą odznaczają się wrażliwcy, rzadko idzie w parze z bezwzględnością czy umiejętnością przepychania się łokciami. Empatia, paradoksalnie, może utrudniać zawodowe relacje, w których nie zawsze chodzi o autentyczność i głęboką więź. Nieśmiałość staje się problemem, gdy na zebraniu trzeba zabrać głos, przedstawić swoje pomysły. W konsekwencji wrażliwiec czuje się niepewny siebie i ma wrażenie niedostosowania. Bywa, że odczuwa bezsilność i bardzo boi się, że sobie nie poradzi, chociaż drzemią w nim pokłady niecodziennej kreatywności.

To nie słabość

Postrzeganie wrażliwości jako słabości jest powszechnie akceptowanym i najniebezpieczniejszym mitem – twierdzi dr Brene Brown, amerykańska naukowiec i autorka książek na ten temat. Uważa ona, że wrażliwość nie jest ani dobra, ani zła. To rdzeń wszystkich emocji i uczuć. Czuć to znaczy być wrażliwym. Jeśli wierzymy, że wrażliwość jest słabością, to uznajemy, że słabością jest uczucie. A jeśli odcinamy się od naszego życia emocjonalnego ze strachu, że koszt będzie zbyt wysoki, to oddalamy się od tego, co nadaje życiu cel i sens. W sferze zawodowej przejawia się to tym, że nie wychylamy się, siedzimy w kącie, wykonujemy czyjeś polecenia. Żyjemy w wycofaniu, tracąc siły witalne. I w ten sposób szybko stajemy się ofiarą. Współpracowników i własnej frustracji. Bo naturalna nietuzinkowa kreatywność osób wysoce wrażliwych nie może znaleźć ujścia.

Wrażliwcy nie mogą zrealizować swojego potencjału, jeśli w ich firmie:

  • obawa przed ośmieszeniem i lekceważeniem jest wykorzystywana do zarządzania ludźmi bądź ich dyscyplinowania,
  • poczucie własnej wartości powiązane jest z produktywnością,
  • obwinianie i wytykanie palcem stanowią normę,
  • poniżanie jest na porządku dziennym,
  • istnieje ciągłe porównywanie i ustawianie ludzi w rankingu,
  • kreatywność jest tłumiona,
  • ludzie traktowani są bardziej według ograniczonego standardu niż nagradzani według nakładu pracy,
  • istnieje jedna forma talentu wykorzystywana jako miara wartości ogółu,
  • pracownicy obawiają się podejmowania ryzyka i wypróbowywania nowych rozwiązań,
  • łatwiej jest zachować milczenie, niż dzielić się doświadczeniami i pomysłami z innymi,
  • można odnieść wrażenie, że tak naprawdę nikt nikogo nie słucha i nikt na nikogo nie zwraca uwagi.

Potęga odwagi

Odrzucenie wrażliwości często wynika z tego, że kojarzymy ją z negatywnymi emocjami, takimi jak: lęk, wstyd, żal, smutek czy rozczarowanie. To emocje, o których nie chcemy mówić ani tym bardziej ich czuć, nawet wtedy, gdy mają one wielki wpływ na to, jak pracujemy.

Doktor Brene Brown doszła do wniosku, że wrażliwość jest również źródłem emocjonalnych doświadczeń, których pragniemy. Ta prawda zupełnie zmienia spojrzenie na wrażliwość myloną ze słabością. Wrażliwość to miejsce narodzin miłości, poczucia przynależności, radości, wielkiej odwagi i kreatywności. To źródło nadziei, empatii, odpowiedzialności, autentyczności. Przy tym Brene Brown definiuje wrażliwość jako niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. Zatem jeśli chcemy być bardziej odważni, musimy być bardziej wrażliwi. Tym samym wrażliwość wymaga odwagi. Potrzebujemy jej, by się otworzyć, odsłonić ze swoimi pomysłami, pragnieniem bliskiego kontaktu czy otrzymania wsparcia.

Dzielenie się wytworami naszej twórczości może być trudne. Ale odkrycie się jest podstawą życia pełnego zaangażowania. Pierwszym krokiem do niego jest zaprzestanie łączenia poczucia własnej wartości z tym, jak nasza praca odbierana jest przez innych. Inaczej albo będziemy unikać ujawniania najgłębszych pokładów swojej kreatywności i wychodzenia poza przeciętność (z lęku przed zranieniem), albo za każdym razem, kiedy odbiór naszej pracy nie spełni naszych oczekiwań, poczujemy się zdławieni, co przełoży się na z gruntu złe przekonanie o tym, że jesteśmy beznadziejni. W jednym i drugim przypadku ze wstydu zamkniemy się w sobie. No właśnie – wstyd. Brene Brown twierdzi, że odczuwanie wstydu świadczy o wrażliwości. Jest wpisane w jej pakiet. Jednocześnie wstyd jest sekretnym zabójcą innowacji. Za każdym razem, gdy zachowujemy dla siebie jakiś nowy pomysł, nie dostarczamy ważnej informacji czy nie zabieramy głosu w ważnej dla nas sprawie, wstyd odgrywa istotną rolę. Kryje się za nim lęk przed pomyłką, poniżeniem, czuciem się gorszym od innych. Wstyd staje się lękiem. A lęk skutkuje unikaniem ryzyka. Awersja do ryzyka z kolei zabija innowacyjność – i tutaj koło się zamyka. Wniosek: bycie wrażliwym, rozumiane jako wykazywanie się wielką odwagą, wymaga ugruntowanego poczucia własnej wartości.

Od wstydu do empatii

Jak znaleźć w sobie odwagę, by się otworzyć? Przeciwstawić się wstydowi, bo całkowita odporność na wstyd nie jest możliwa. Przeciwstawianie polega na przebyciu drogi od wstydu do empatii. Wstyd nie przetrwa, kiedy podzielimy się swoją historią z kimś, kto wykaże wobec nas zrozumienie. Zaakceptuje, że serce bije ci jak oszalałe, kiedy masz odezwać się w obecności szefa. Zrozumie, że agresywna koleżanka z pracy zabiera ci siły, i udzieli wsparcia na wieść o tym, że w szufladzie trzymasz naprawdę fajne projekty, ale boisz się je ujawnić. Równie istotne jest współczucie wobec siebie. Dlatego warto jest mówić do siebie w taki sposób, w jaki przemawialibyśmy do ukochanej osoby, którą chcielibyśmy pocieszyć w trudnej chwili.

Na przykład: „Wszystko w porządku, jesteś tylko człowiekiem, wszyscy popełniamy błędy”. Gdy w obliczu wstydu potrafimy być łagodni dla siebie, łatwiej będzie nam poprosić o pomoc, nawiązać więź, doświadczyć empatii od kogoś życzliwego.

Gdy czujesz, że wstyd cię paraliżuje, podejmij poniższe kroki:

  • Rozpoznaj fizyczne oznaki świadczące o tym, że znajdujesz się w tunelu wstydu. Pomyśl, co go wywołuje – jakie komunikaty i oczekiwania kierowane do ciebie?
  • Skonfrontuj wyzwalacze wstydu z rzeczywistością. Czy są realistyczne, uchwytne? Czy wiążą się z tym, kim chcesz być, albo z tym, czego inni ludzie potrzebują bądź chcą od ciebie?
  • Wyjdź do ludzi. Czy czujesz siłę, żeby podzielić się swoją historią? Nie doświadczysz empatii, jeśli nie nawiążesz kontaktu z innymi ludźmi, nie opowiesz im o sobie.
  • Mów o swoich uczuciach. Czy informujesz o tym, jak się czujesz, i prosisz o to, czego potrzebujesz? Podziel się swoimi uczuciami z kimś, kto cię akceptuje, nie mimo twojej podatności na zranienie, lecz właśnie z jej powodu.
Przeciwstawiając się w ten sposób trudnym uczuciom, chronimy łączność z samymi sobą i z ludźmi, na których nam zależy. Nasz mózg zaczyna inaczej działać: wygrywa kora przedczołowa odpowiedzialna za myślenie, analizowanie i tworzenie, a nie prymitywna część mózgu z lęku popychająca do walki lub ucieczki. Weźmy odpowiedzialność za historie, które nam się wydarzają z powodu naszej wrażliwości. Przyjmijmy fakty. Dopiero kiedy to się stanie, możemy być narratorami ich zakończenia. Jak powiedział Carl Jung: „Nie jestem tym, co mi się przydarzyło. Jestem tym, kim postanowiłem się stać”.

Zobacz 10 wskazówek jak pielęgnować swoją wrażliwość, nie tylko w pracy

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Empatyczna komunikacja - czy to potrafisz?

Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. (Fot. iStock)
Empatia powoduje, że zamiast brać słowa i zachowania innych ludzi osobiście, cały czas utrzymujemy świadomość, że to, co inni mówią, jest opowieścią o nich samych, nie o nas.

Matka: – Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne. Córka: – Przykro ci, bo dla ciebie jest ważne, żeby być docenianą? Chciałabyś, żebym zrobiła coś, co dla ciebie będzie dowodem na to, że doceniam to, co robisz? – Tak, chcę, żebyś podziękowała, skoro ugotowałam wam obiad, a nie czepiała się, że zupa jest tłusta. Dzieci taką lubią. – Jak coś robisz, to chcesz, żeby inni cieszyli się z tego? – No a po co robi się coś dla innych? – Ja też lubię, jak jest dobra atmosfera, i też jest ważne dla mnie, żebyśmy się nawzajem szanowali. Doceniam chęć pomocy, jednocześnie ważne jest dla mnie dbanie o zdrowie rodziny. Skoro unikamy tłuszczu, to wyrażanie wdzięczności za „chudą” zupę przyszłoby mi z łatwością, a dziękowanie za coś, co rozbija mój plan żywieniowy, nie jest tym, co mam ochotę robić. Czy mogłybyśmy się umówić, że jak będziesz w przyszłości chciała nas wesprzeć w robieniu obiadu, to powiesz mi o tym i uzgodnimy menu razem? – W przyszłości to będziesz sobie sama zdrowo gotować! – Ciężko ci się pogodzić z moim pomysłem na odżywianie? – Pewnie, że tak. – Może potrzeba na to czasu? – Może…

No i jaki sens ma prowadzenie takich rozmów, skoro inni i tak nadal się z nami nie zgadzają? – mógłby ktoś spytać. Taki długi dialog, a efektu żadnego. Skoro tak ma wyglądać empatyczna komunikacja, to może ją sobie z góry darować? Otóż jeżeli główną intencją w komunikowaniu się z innymi jest pomysł, że każda rozmowa ma przynieść efekt polegający na spełnieniu naszych oczekiwań, to rzeczywiście komunikowanie się w sposób empatyczny nie okaże się pomocne. Bardziej wskazane byłoby wówczas nauczenie się technik manipulacji. Tylko że te okażą się nieskuteczne, jeśli trafimy w rozmowie na kogoś, kto zachowuje się w sposób empatyczny. Bo prawdziwa empatia nie ulega manipulacji. Dlatego, że sama jej nie stosuje.

Mistrzostwo komunikacji

Empatyczne podejście to rolls-royce komunikacji werbalnej. Empatia opiera się na poczuciu jedności z innymi, wrażliwości na potrzeby wszystkich uczestników relacji, podejściu: „Pragnę tego, pod warunkiem że ty też tego chcesz. A jak nie – sprawdźmy, jak to można zrobić inaczej”. Tak jak asertywność polega na skupieniu się na rzeczowości kontaktów, podejmowaniu „niezawisłych” decyzji, unikaniu emocji destabilizujących rozmówców, tak empatia nie boi się emocji i buduje relacje z innymi w oparciu o informacje o ważnych niezaspokojonych lub zaspokojonych potrzebach, jakie z emocji płyną, i skupiając uwagę właśnie na ludzkich potrzebach.

Marshall Rosenberg, twórca metody non violent communication, podkreśla, że uczucia służą ochronie siebie – te ze znakiem minus są dla nas informacją, że jakaś ważna ludzka potrzeba nie jest w danej sytuacji zaspokojona i warto byłoby się pokusić o znalezienie rozwiązania lepiej tę potrzebę zaspokajającego. Z kolei tak zwane „pozytywne uczucia” są informacją, że jakieś nasze ważne potrzeby są aktualnie zaspokojone. To, co możemy w tej sytuacji zrobić, to właśnie wyrazić wdzięczność – drugiemu człowiekowi, opatrzności, absolutowi – jakkolwiek go pojmujemy – temu wszystkiemu, co sprawia, że nasze życie staje się piękniejsze.

Diabelski młyn

Uciekając się do bezpośredniej przemocy słownej i manipulacji, startujemy z miejsca niewiary w drugiego człowieka. Jesteśmy w stanie, który utrudnia nam zrozumienie, że ludzkie relacje mogą opierać się na wzajemnej trosce, szacunku i zaufaniu. Jeśli dotychczasowe doświadczenia utrwaliły w nas pogląd, że ludzie są brutalni albo wmanewrowują nas w robienie rzeczy, na których to im, a nie nam zależy – potrzeba trochę wysiłku i ćwiczenia się w innym postrzeganiu rzeczywistości, żeby odkryć, że ci, którzy nas ranią, sami dość słabo funkcjonują i dlatego używają kiepskich metod do kontaktowania się z innymi. Mają potrzeby, ale nie umieją prosić innych o pomoc w ich zaspokojeniu. Proszenie wiąże się bowiem z możliwością otrzymania odpowiedzi odmownej i koniecznością szukania alternatywnego rozwiązania. A oni czują się tak kiepsko, że chcą rozwiązania natychmiast. Na ich własnych zasadach, bo je znają i nie mają zamiaru w danym momencie szukać nowych. Czują się źle, ale zupełnie nie mają świadomości dlaczego. Więc podejmują działania, wypowiadają słowa, które mają ten stan zmienić. Jednak skuteczność tych zabiegów jest zazwyczaj dość ograniczona. Przypomina leczenie objawów, a nie przyczyn choroby. Działa doraźnie, jednak problem pozostaje.

Kiedy rozumiemy, że ktoś się zachowuje niefortunnie, bo w danym momencie nie ma dostępu do innego zachowania, uczymy się widzieć za tym zachowaniem jego niezaspokojoną potrzebę, dlatego kiedy pada zdanie: „Inne córki potrafią docenić to, co dostają, i być wdzięczne” – słyszymy informację o niezaspokojonej potrzebie bycia docenianym. W samej potrzebie i jej wyrażaniu nie ma nic złego. Ważne jest jednak podejście: „pragnę tego, jeśli tobie to również pasuje, a jak nie, to poszukam innej osoby albo innego sposobu”.

Autentyczność w relacjach

Skoro więc ja chcę wyrażać wdzięczność w takich wypadkach, kiedy rzeczywiście ją czuję (potrzeba autentyczności), mogę zaproponować, jakie działania prawdopodobnie spowodują, że będę czuła się wdzięczna. Jednak druga strona nie musi przyjąć mojej strategii. I to też jest OK. Nie ma powodu naciskać. Wszyscy mają możliwość wybrać, co zaspokaja ich potrzeby, a co nie. Jeśli stosujemy w życiu komunikację empatyczną, potrafimy tak długo rozmawiać bez obwiniania, osądzania, wypierania się odpowiedzialności i żądań, przyglądając się nawzajem swoim potrzebom, aż znajdziemy rozwiązanie dobre dla wszystkich. Nie wymaga to nadprzyrodzonych zdolności, jest raczej kwestią treningu i wynikiem pracy nad zmianą nawyków komunikacyjnych, jeśli wcześniej stosowaliśmy bardziej opresyjne formy porozumiewania się.

Kiedy przeanalizujemy dialog o zupie i wdzięczności (gdzie jedna z osób – córka, stosuje empatyczne podejście, a druga – matka, wręcz przeciwnie), zauważymy pewną dynamikę rozmowy. Wystarczy, że jedna z osób okazuje empatię na przemian rozmówcy i sobie, by stopniowo opadały emocje i pojawiło się miejsce na „może” – pewien rodzaj otwarcia na ewentualną zmianę.

Częstą wątpliwością osób uczestniczących w treningach empatycznej komunikacji jest kwestia czasu potrzebnego na rozmowę podążającą za potrzebami obu stron, bez presji czasu i tego, że ktokolwiek cokolwiek „musi”. Kwestię ekonomii czasowej i efektywności rozmowy można rozważyć, zastanawiając się, co się bardziej opłaca: jednorazowa półgodzinna nawet rozmowa na temat danej kwestii (choćby wynoszenia śmieci), w czasie której przeanalizujemy, „jak to jest dla mnie” i „jak to jest dla ciebie”, i bez obwiniania się i wyżywania na sobie znajdziemy rozwiązanie skuteczne na jakiś czas, czy też codzienne dwuminutowe „pyskówki” przez okrągły rok, a bywa, że dłużej.

Kogo przyciągasz, kogo odpychasz

Stosując empatyczny model komunikowania się, tworzymy przestrzeń na porozumienie z wieloma osobami. W takiej bezpiecznej atmosferze nawet osoby nieufne i mające niskie mniemanie o sobie są bardziej skłonne otworzyć serce i porozumiewać się z tego poziomu. Cholerycy o złotych sercach też dobrze się czują w „empatycznym towarzystwie”, w którym ich wybuchowe usposobienie nie paraliżuje otoczenia, a działania, często przynoszące pożytek wielu osobom, są doceniane. Najmniej atrakcyjna jest oferta empatycznej komunikacji dla manipulatorów działających przez wpływanie na innych, uaktywnianie w ludziach poczucia winy, wstydu i strachu i skłaniających rozmówców do zrobienia tego, czego oni sami oczekują. Osoby stosujące empatię w relacjach – świadome swoich potrzeb i widzące potrzeby rozmówców nawet pod najdziwniejszymi formami ich zachowań i wypowiedzi – manipulacji nie ulegają. Tak więc manipulator ma dwa wyjścia: albo „przełączyć się” na bardziej przejrzysty rodzaj komunikacji, albo szukać sobie pola do popisu gdzie indziej. Empatia po prostu rozbraja komunikaty przemocowe i manipulacyjne, bez rozlewu krwi.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z furiatami? – Sposoby na irracjonalne zachowania

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. 
Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną. Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. (fot. iStock)
- Aby dotrzeć do irracjonalnych ludzi, trzeba wiedzieć, dlaczego tacy są. Trzeba też wiedzieć, dlaczego polemizowanie czy argumentowanie nie zdaje egzaminu, za to dobrze sprawdzi się wczucie w ich rozchwiane emocje – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jak poważnych? Jeden z moich pacjentów był stalkerem Britney Spears. Inny wyskoczył z balkonu na piątym piętrze, bo był przekonany, że potrafi latać. Jeszcze inny zadzwonił do mnie z więzienia na Dominikanie z informacją, że pojechał tam, by wzniecić rewolucję.

Pracowałem też z ważącymi czterdzieści kilogramów anorektykami, rozchwianymi emocjonalnie ludźmi uzależnionymi od heroiny i owładniętymi halucynacjami pacjentami ze schizofrenią. Uczyłem negocjatorów specjalizujących się w porwaniach, jak nakłonić do poddania się przestępców, którzy chcą kogoś skrzywdzić. Obecnie z kolei pokazuję prezesom i menedżerom wielkich firm, jak uporać się z pozbawionymi zahamowań osobami, które zagrażają wynikom przedsiębiorstw.

Jednym słowem, znamy się z wariactwem naprawdę dobrze. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”.

Ten moment olśnienia przydarzył się, kiedy udałem się na spotkanie dla zarządców mas spadkowych, którzy potrzebowali porady, jak pomóc rodzinom pogrążonym w kryzysie. Obawiałem się, że będzie nudno, ale ku własnemu zaskoczeniu byłem zafascynowany. Odkryłem, że – tak jak ja – ci ludzie musieli rozmawiać z furiatami każdego dnia. Niemal każdy problem, który poruszali, dotyczył klientów zachowujących się kompletnie irracjonalnie.

Ci prawnicy nie mieli żadnych kłopotów ze sporządzaniem testamentów czy tworzeniem funduszy powierniczych. Nie wiedzieli jednak, co zrobić, kiedy ich klienci zaczynają „świrować”, a bardzo potrzebowali się tego dowiedzieć.

To właśnie wtedy dotarło do mnie, że każdy – w tym ty – styka się z tym samym problemem. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat”

Wiem, że brzmi ono pejoratywnie i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy go jednak używam, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne. Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Tego słowa używam do opisania zachowania irracjonalnego.

Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią zachowywać się irracjonalnie na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się po prostu nie do wytrzymania.
W mojej książce dzielę się najlepszymi sposobami na dotarcie do osób, których irracjonalne zachowanie przejawia się w powyższych formach. Korzystałem z tych technik we wszelkich sytuacjach – od wyjaśniania biurowych wojen podjazdowych po ratowanie małżeństw. Możesz równie skutecznie wykorzystać je do radzenia sobie z irracjonalnymi ludźmi we własnym otoczeniu.

Przede wszystkim wczuj się w emocje

Wykorzystanie narzędzi, które prezentuję w tej książce, wymaga nieco odwagi. Nie uda ci się uporać z huśtawką emocji, jeżeli będziesz je ignorować albo polemizować z nimi lub się kłócić. Spróbuj się w nie po prostu wczuć. Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić nacisk szczęk. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń.

Tę samą zasadę stosuje się w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji. Oto przykład.

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne.

Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, w której jechał ogromny facet z żoną. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę.

Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił.

Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach.

Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem, jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć.

Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje.

Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy.

– Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień.

– Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan?

– Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”.

A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze.

Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza.

Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku. Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Zastąp reakcję „walka albo ucieczka” kołem racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić.

W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia osobistego lub zawodowego, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu.

Zamiast tego lepiej  podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

  1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.
  2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczcie winy, wstyd, strach, frustrację czy albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.
  3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.
  4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co twój rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.
  5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj go, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.
  6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

  1. Psychologia

Komunikacja w związku. Jak komunikować się z serca do serca?

Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Harmonijne relacje ze sobą i światem – tak w skrócie można określić filozofię Zen Coachingu, która uczy żyć i reagować świadomie, zamiast na włączonym autopilocie. - Komunikacja heart to heart to najgłębszy sposób komunikacji.  Dzięki niej w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę - mówi Kåre Landfald, twórca Zen Coachingu. 

Na czym polega komunikacja z serca do serca?
Możemy porozumiewać się z drugą osobą na trzech poziomach. Po pierwsze, z poziomu umysłu, by wymienić się informacjami, zapytać o opinię, podzielić się pomysłami. Po drugie, z poziomu emocji, gdy mówimy o tym, jak się czujemy, co nas cieszy, boli, uszczęśliwia czy frustruje. Wreszcie można komunikować się z poziomu bycia tu i teraz, z poziomu obecności. Dla mnie komunikacja heart to heart to właśnie ten ostatni poziom. Najgłębszy. To nasza świadoma obecność w teraźniejszości. Taka komunikacja oznacza, że porozumiewamy się z poziomu swojego prawdziwego, autentycznego „ja”, a w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę.

Czego potrzebujemy, by takie porozumienie nastąpiło?
Musimy być w kontakcie ze sobą. Potem dopiero możemy połączyć się z tą drugą osobą.

A jeśli ta druga osoba nie jest połączona ze sobą?
Jeśli jestem w kontakcie ze sobą, wówczas mogę połączyć się z duszą tej drugiej osoby. Słyszę, co mówi i co czuje, ale widzę więcej, głębiej. To trochę jak z ciastem. Mamy górę, spód i środek – najsmaczniejszą część. I ja widzę tę najsmaczniejszą część. Kiedy jestem ze sobą w kontakcie i odbieram innych na głębszym poziomie, ludzie na to odpowiadają, czują to.

Jak to wpływa na jakość komunikacji?
Komunikacja ma różne cele. Jeśli potrzebuję praktycznej informacji, na przykład jestem na dworcu kolejowym i zapytam cię o pociąg do Poznania, to mi odpowiesz. Ale gdy zapytam, co jest dla ciebie najważniejszą rzeczą w życiu albo czego brakuje ci w twoim związku – wejdziemy już na inny poziom. Głębszy, bardziej osobisty. Jeśli ludzie się spotykają, to warto zapytać o cel spotkania. Czy chcę poznać twoją opinię czy duszę?

Czy może chcę zbudować relację?
Mnie interesuje ludzka satysfakcja, spełnienie. Prawdziwa przyjaźń to taka, która odbywa się na poziomie serca, duszy. Mamy przyjaciół, których lubimy, ale dopiero gdy wpadamy w tarapaty – problemy finansowe, chorobę, rozwód – możemy przekonać się, kto o nas dba, martwi się, pomaga nam czy odwiedza nas w potrzebie. Kto jest „powierzchownym” przyjacielem, a kto prawdziwym. I jakiego rodzaju przyjaźni chcemy.

Ale konflikt może pojawić się nawet w najbliższej relacji.
Zwłaszcza w tej najbliższej! Między prawdziwymi przyjaciółmi także zdarzają się kłótnie. Często największe, najsilniejsze konflikty wybuchają z osobami, na których nam najbardziej zależy. Dlaczego? Bo najbardziej w te relacje inwestujemy. Chcemy być rozumiani, kochani, akceptowani. Konflikt wydarza się zwykle, gdy te potrzeby nie są według nas zaspokajane.

Zwłaszcza w związku.
Jest teoria pięciu języków miłości, czyli sposobów, w jakie okazujemy sobie miłość. Dla części osób wyrazem uczuć jest spędzanie ze sobą czasu, wartościowego czasu, dla innych to prezenty, dla jeszcze innych czyny, dotyk albo czułe słowa. U każdego z nas jeden z tych języków jest wiodący. Warto wiedzieć nie tylko, jaki język jest typowy dla mnie, ale też, jaki język miłości ma ważna dla nas osoba. Jeśli takim językiem u ciebie jest dotyk, a ukochana osoba cię nie dotyka, to nie czujesz się kochana. Moim językiem jest wartościowy czas. Jeśli więc nie masz czasu dla mnie, to nie czuję się przez ciebie kochany. I mamy konflikt. Bo wprawdzie kochasz mnie, ale nie okazujesz tego w sposób, w jaki oczekuję, nie mówisz językiem, jaki rozumiem.

Czyli konflikt bierze się z tego niezrozumienia?
Tak, choć nie ono jest zapalnikiem. My po prostu nie komunikujemy swoich potrzeb. A w takich sytuacjach zawsze warto być szczerym, bez osądzania. Samo nieporozumienie to nie konflikt. Wcześniej jest ocena i obwinianie. Na przykład jestem z kimś, dla kogo językiem miłości są prezenty, ale dla mnie nie są one aż tak ważne. Druga strona zaczyna mnie oceniać i winić, mówiąc: „Nie dajesz mi prezentów, jesteś zły, nie kochasz mnie!”. A mogłaby powiedzieć to inaczej. Na przykład: „Wiesz, jesteśmy razem już rok i nigdy nie otrzymałam od ciebie żadnego prezentu. Jest mi smutno. Nie czuję się kochana. Dlaczego nie dajesz mi prezentów?”.

To brzmi jak rozmowa według reguł NVC, czyli Porozumienia bez Przemocy.
Dokładnie tak. Kiedy mówimy o swoich uczuciach, bez oceniania drugiej osoby, porozumiewamy się z poziomu wrażliwości. A to wytrąca oręż z rąk drugiej stronie. Nie sposób zaprzeczyć czy nie zgodzić się z czyimiś uczuciami. Dlatego zawsze trzeba wybrać współodczuwanie zamiast oceniania. Czasem może w tym pomóc rozmowa z przyjacielem albo z coachem. Być może pozwoli zrozumieć, dlaczego w ogóle oceniamy i winimy innych. Konflikt zdarza się wtedy, gdy masz w sobie emocje, do których nie chcesz się przyznać. Dlatego próbujesz zmienić tę drugą osobę.

Jakie to uczucia?
Na przykład jesteś z kimś, kto dużo pracuje, jest ciągle zajęty. Nie widujecie się zbyt często, co martwi cię i złości. Zaczynasz oceniać i obwiniać za to tę drugą osobę. Jakiego uczucia unikasz?

Samotności?
Właśnie, czujesz się samotna, a ponieważ nie chcesz się tak czuć, obwiniasz swojego partnera, że o ciebie nie dba i nigdy nie ma go w domu. Oceniasz drugą osobę, zamiast powiedzieć jej wprost, że czujesz się samotna.

Dlaczego nie mówimy sobie takich rzeczy wprost?
Bo nie chcemy brać odpowiedzialności za swoje uczucia. Najpierw wybieramy kogoś z jakiegoś powodu, a potem z tego samego powodu narzekamy na tę osobę. Tak rodzi się konflikt. Emocje, do których nie chcemy się przyznać, biorą się zwykle z nierozwiązanych sporów z naszymi rodzicami. Na przykład nie dostałem w dzieciństwie od rodziców czegoś, czego nie mogli mi dać – miłości, opieki, uwagi, troski, zrozumienia. Od dziecka więc noszę w sobie schowany głęboko ból, i od dziecka chcę ten ból uleczyć. W wieku 30 lat zakochuję się i oczekuję, że ta druga osoba da mi to, czego nie dali rodzice. Kiedy mi tego nie daje, niepokoi mnie to i złości, bo budzą się we mnie intensywne uczucia tamtego zranionego kilkulatka. Ale zamiast wrócić do tych uczuć, odsłonić je, tłumię je i przekierowuję winę i złość z rodziców na tę drugą osobę. A przecież ta druga osoba nie zastąpi mi rodziców. To niby oczywiste, lecz większość ludzi nie jest tego świadoma.

Jak pomóc tej drugiej osobie to zrozumieć?
Możemy brać odpowiedzialność tylko za siebie.

Czy tobie też zdarza się wejść w konflikt?
Czasem. Ale nie myślę o nim jak o czymś złym, tylko jako o możliwości, potencjale do rozwoju. Mój nauczyciel powiedział mi raz, że jeśli nie ma konfliktów w intymnym związku, to nie jest to intymny związek. Jeśli jesteś z kimś blisko, to musi dochodzić między wami do nieporozumień i spięć, ale one są okazją, by się czegoś od siebie nauczyć, poznać lepiej tę drugą osobę, ale także siebie. Czasem ludzie nie potrzebują treningu z rozwiązywania konfliktu, tylko tego, żeby ten konflikt prawdziwie przeżyć, zamiast zamiatać go pod dywan, a potem wybuchnąć po dziesięciu latach i wszystko zniszczyć. Wszystko jest dobrze, dopóki szukamy porozumienia, dopóki próbujemy rozmawiać. Kiedy przestajemy, już nic nie można zrobić.

Kåre Landfald
twórca Zen Coachingu i jego główny nauczyciel. Zapoczątkował rozwój Społeczności Zen Coachów. Od 1997 r. Kåre pracuje jako konsultant, coach, mediator w konfliktach, menedżer i nauczyciel rozwoju osobistego oraz zarządzania zmianą w organizacjach. Pracował dla ONZ, norweskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz jako konsultant w wielu organizacjach.