1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kiedy dążenie do ideału jest pułapką? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem

Kiedy dążenie do ideału jest pułapką? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem

Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Idealny facet, idealny dom, idealna praca. Ideał rodziny, ideał matki Polki, Polaka patrioty. Ideał Miłości, Dobra, Boga... Ideały są siłą napędową naszego życia, ale też zmorą tego świata, skoro pod ich sztandarem dokonano największych zbrodni. Czy ludzkość dorosła do idealizmu? – pytamy Katarzynę Miller i Wojciecha Eichelbergera.

Wielu ludzi uważa, że oni sami, ich związki albo życie powinny być idealne. Co takie myślenie powoduje?
K.M.:
Napędza do zmian, ale może mieć aspekt dołujący – kiedy porównujemy siebie z owym ideałem. Wówczas bilans zawsze wychodzi ujemny. Taką tendencję mają osoby w dzieciństwie przez rodziców kochane „warunkowo”. Dziecko wiecznie aspiruje, próbuje dążyć do narzuconego mu wyśrubowanego ideału. Ma nadzieję, że mu się kiedyś uda zadowolić rodziców, zasłużyć na miłość. A jak wiemy, ideału nie da się osiągnąć. Tacy dorośli wiecznie żyją wizją, że będzie dobrze. Kiedyś. Kiedy już zdobędą nowe auto, nowego mężczyznę czy żonę, większy dom. I to „kiedyś” nie następuje nigdy. Są wiecznie nienasyceni i niespełnieni.

W.E.: Wielu rodziców chce być rodzicami idealnymi. A idealni rodzice muszą mieć dzieci idealne. Wtedy zaczyna się przemoc.

K.M.: Co potem my musimy odkręcać w gabinetach. Bo dziecko, które się całe życie uczyło na szóstki i udowodniło, że rodzina jest idealna, że ono jest idealnym dzieckiem, musi się jakoś pozbierać i zacząć normalnie żyć.

W.E.: Idealizm, a właściwie idealizowanie innych jest niebezpieczną postawą w stosunkach między ludźmi. W ten sposób wypieramy ze świadomości to, co w drugim człowieku trudne, negatywne, naganne. Nie chcemy z powodu tej osoby przeżywać rozczarowania, gniewu czy okazywać wobec niej dezaprobaty, więc ją idealizujemy. Żyjemy w odrealnionej relacji z odrealnioną osobą i za wszystko obwiniamy siebie.

Częstym źródłem niepowodzeń w związkach jest idealizowanie miłości. Sami sobie zadajemy wiele bólu i cierpienia niekończącym się czekaniem na idealną miłość z idealnym partnerem, zamiast zacząć żyć. Idealizujemy rodzinę. Uznajemy ją za źródło wszelkich cnót: miłości, uczciwości, wsparcia, szacunku, ciepła, patriotyzmu, a także najlepszej edukacji seksualnej. Ale w rzeczywistości sytuacja wygląda bardzo smutno.

K.M.: Najwięcej wypadków jest w domu, najwięcej morderstw w rodzinie, najwięcej przemocy, molestowania. Nie chcemy tego widzieć, więc... idealizujemy dzieciństwo. Wszyscy wzdychają, ach, cudne dzieciństwo, choć wiemy, że to bolesny czas, pełen problemów nas przerastających. Oczywiście większość to jakoś przeżywa i nawet wychodzi na prostą, ale by mówić, że to był szczęśliwy czas, należy ładnie wszystko wyprzeć.

W.E.: Idealizowanie to lukrowanie, zamiatanie pod dywan, żeby ładnie wyglądało. Taka postawa uniemożliwia trafną diagnozę, a tym samym jakiekolwiek skuteczne działanie naprawcze.

Ale idealizowanie to nie idealizm, który ma dla mnie w pierwszym odruchu pozytywne konotacje. Jest często cichym i pokornym kultywowaniem jakiegoś ważnego marzenia, które wyznacza nasz życiowy azymut. Dzieje się tak, gdy wiemy, że ideał jest nieosiągalny, ale potrzebujemy do niego dążyć. To często uruchamia nasze działania w pozytywnym kierunku.

K.M.: Postawa idealistyczna związana jest z tak zwanymi wartościami wyższymi, takimi jak honor, sumienie, miłość, wiara, wspólnota, dobro, piękno... W tym sensie można powiedzieć, że bardzo ważne jest, by ludzie mieli idee. Byli idealistami.

W.E.: Ale tu pojawiają się pułapki. Szczególnie gdy zmieniamy ideał w ideologię i zaczyna nam się wydawać, że ideał można zadekretować, z góry go ludziom narzucić i wcielać w życie. Historia jest pełna przykładów idei, które realizowane na siłę zamieniały się nieuchronnie w żałosne karykatury: na przykład komunizm, nacjonalizm, nazizm czy klerykalizm. Bo ideał bywa osiągalny jedynie w wewnętrznym, duchowym wymiarze człowieka.

K.M.: Każdy człowiek, który sobie zadaje pytanie o sens świata, życia, ociera się o idealizm. Wcześnie straciłam wiarę w katolicyzm i stałam się „materialistką”. Liczył się real, bezpośrednie doznanie. Po jakimś czasie stwierdziłam, że takie podejście mnie bardzo ogranicza. I wróciłam na łono idealizmu. W filozoficznym sensie oznacza to, że oprócz życia tu i teraz jest jakaś tajemnica, coś nieznanego, czego nie możemy dojrzeć, dotknąć. Życie z takim nastawieniem jest głębsze, szersze, wyższe. Poczułam wielką ulgę.

Ideału z założenia nie powinno się móc osiągnąć. Co by było, gdybyśmy go tak osiągnęli?
W.E.:
Nuda i bezruch nie do zniesienia!

K.M.: Śmierć za życia. Jak by to było, gdyby jedna róża kwitła wiecznie? Nie więdła. Na co nam inne róże, ogrodnictwo, starania... Jeśli ona jest zawsze, my nie mamy nic do zrobienia. Całe szczęście jest tylko idea róży, prawda? I my ją podziwiamy, chcemy, by owa idea się uzewnętrzniała ciągle i ciągle. Uwielbiam to zdanie Gertrudy Stein: róża jest różą jest różą jest różą. Piękne. Odkrywcze. Głębokie.

W.E.: Czysty zen.

K.M.: I mamy w sobie tę ideę. Wszyscy wiemy, czym jest róża. W tym sensie wszyscy jesteśmy idealistami. Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy.

W.E.: Idealizm i materializm to skrajności, które intuicyjnie odbieramy jako paranoidalnie zafałszowany obraz świata. Dlatego nazwanie kogoś idealistą brzmi lekceważąco i obraźliwie, ale także nazwanie kogoś materialistą brzmi obraźliwie i trochę groźnie.

Mnie się wydaje, że idealista mimo wszystko brzmi lepiej.
K.M.:
Bo materialista każdego wykorzysta, a idealista odda ostatnią koszulę?

W.E.: Idealizm jako skrajność, jako tendencja do przebywania wyłącznie w chmurach, nie jest dobrym sposobem na życie, odcina nas od konkretności istnienia. Z kolei materializm też pozbawia nas równie ważnego aspektu istnienia. Co nam zostaje w takim razie? Jak w jednym spojrzeniu w każdej rzeczy zobaczyć jednocześnie jedno i drugie?

K.M.: Mnie się podoba pragmatyzm i utylitaryzm. Życie pożyteczne, humanistyczne, związane z człowiekiem.

A realizm? Mówi się: bądź realistą, popatrz trzeźwo.
W.E.:
Realista też coś gubi. Bezcenną odrobinę szaleństwa, zdolność do podejmowania ryzyka, zapamiętywania się w czymś. Jak w przypowieści o budowie świątyni. Filozof się przechadza i zauważa trzech mężczyzn ociosujących kamienne bloki. Choć ociosują ten sam kamień za te same pieniądze, mają zupełnie inne miny. Pierwszy ma zaciętą twarz, wali młotem nieskładnie, z całej siły. Co robisz, człowieku?– pyta filozof. Nie widzisz? Haruję jak wół na tej budowie, żeby zarobić na chleb dla rodziny. To materialista. Drugi z wniebowziętą miną pracuje kiepsko, bo popatruje w niebo, a nie na dłuto. A co ty robisz? – pyta filozof. Jak to, nie widzisz? Buduję Dom Boży. To idealista. Trzeci ze spokojem i uwagą ciosa kamień. A co ty robisz? Po prostu ociosuję kamień – odpowiada.

A to kto?
W.E.:
To ten, który przekracza materializm i idealizm z pełnym zaangażowaniem, oddając się całym sobą temu, co robi. Nie idealizuje, nie dewaluuje, nie racjonalizuje swego działania. Nie oddziela siebie od tego, co robi.

K.M.: Niebezpieczne jest to, że idee rodzą się w głowie, głowę mamy natomiast wysoko ponad wnętrznościami, bardzo często więc między tym, co myślimy, a tym, co czujemy, nie ma kontaktu. Jest dużo ludzi typu „pierwsi od moralności”, którzy potępiają wolne związki, a sami zdradzają partnerów. Nie ma konsekwencji między ich poglądami a czynami. Idea zasłania i usprawiedliwia wszystko. To rozszczepienie.

W.E.: Pewien student zapytał pewnego razu wykładowcę filozofii: Czy pan jest szczęśliwy? Czy filozofia przyniosła panu szczęście? - Kolego, czy widział pan kiedyś, żeby drogowskaz szedł drogą, którą wskazuje? – odpowiedział wykładowca. Można i tak. Ale czyż nie lepiej być wędrowcem niż tylko drogowskazem?

K.M.: Gdy ktoś z założenia nie idzie drogą, którą wskazuje, to czysty cynizm.

W.E.: Choć paradoksalnie lepszy bywa cynik, który jest ze sobą w kontakcie, bo można do niego jakoś dotrzeć, przekonać go do zmiany zachowań, niż idealista, który jest zupełnie rozszczepiony. Tak jak pewien nasz polityk, który powiedział o sobie, że jest samym dobrem.

K.M.: To czyste zakłamanie. Prawdziwsze jest stwierdzenie, że mamy w sobie i diabła, i anioła. A jeszcze pośrodku zwykłego człowieka, bo przecież nie wszystko w nas jest czystym złem albo dobrem. Mamy w sobie sporą szarą strefę normalności. Człowiek, który sobie nie zdaje sprawy z tego, że ma w sobie potencjał zła, nie chce tego o sobie wiedzieć, jest niebezpieczny. Bo kiedy owo zło czyni, wypiera to.

W.E.: Takiemu „idealiście” wydaje się, że wszystko, co robi w imię idei, jest dobrem.

Zbrodnie religijne mają takie właśnie podłoże.
W.E.:
Inkwizycja, wyprawy krzyżowe, wojny religijne, nawracanie, rewolucje moralne i kulturowe – to nic innego jak mordowanie milionów ludzi w imię zideologizowanego, paranoidalnie wykoślawionego dobra. Utopijne ideologie są przekleństwem naszego świata. Taka pseudoideowość w sposób nieunikniony zamienić się musi w cynizm. Bo zabijając i krzywdząc innych, czyli czyniąc zło w imię idei dobra, demoralizujemy się i jak powietrza potrzebujemy cynicznych i paranoidalnych uzasadnień naszego postępowania.

K.M.: W dodatku nadal mamy na ustach i sztandarach miłość, miłosierdzie, Boga, postęp...

W.E.: W psychiatrii „idealizm” nazywa się ideą nadwartościową. Człowiek, który się nią kieruje, ma niczym niezachwiane poczucie racji i misji. Jego decyzje i zachowania nie podlegają żadnej dyskusji i nie poddają się żadnej korekcie. To z takiego stanu umysłu rodzą się wszelkie fanatyzmy i fundamentalizmy.

K.M.: Dlatego lgną do nich umysły proste, które chcą się czymś posłużyć, podeprzeć, a nie musieć argumentować, słuchać, rozumieć, widzieć.

Tęsknota za prostym rozgraniczeniem, że tak znaczy tak, a nie oznacza nie, bez światłocienia, przydarza się każdemu...
W.E.:
Świadomy człowiek wie, że to niespełniony ideał. Ale dla wielu ludzi kuszące jest najprostsze rozwiązanie w świecie pełnym niejednoznaczności, coraz bardziej skomplikowanym. Można z góry wiedzieć, co dobre, a co złe, przestać myśleć i czuć i pozbyć się niewygodnego przecież sumienia.

K.M.: Mój szef mawiał na to: cztery cegły w głowie i do tego ułożone w kwadrat. Żadna zmiana nie jest możliwa. Taki idealizm jest maczugą albo kijem bejsbolowym ego. Ideą przez łeb i koniec. W dodatku trup ma się słać gęsto. Aż sami zostaniemy na tym polu.

W.E.: Pewien generał, który zdobywał ostatnią twierdzę katarów, przybiega do biskupa i pyta: Jak odróżnić naszych od katarów? A duchowny na to: Zabijajcie wszystkich, Pan Bóg ich odróżni.

K.M.: To przykład największego niebezpieczeństwa drzemiącego w idealizmie. Pychy. Człowiek o niskim poczuciu wartości i dużym potencjale wielkości jest w stanie utożsamić się z ideą i uznać siebie za proroka, wysłannika.

W.E.: Wręcz za uosobienie idei, za jej czystą emanację. Wtedy tragedia gotowa. Zawsze znajdą się inni opętani, którzy się podłączą i pójdą „czynić dobro”, naprawiać gwałtem świat i innych.

Dlaczego świat się temu poddaje?
K.M.: Bo gdy ktoś idzie przebojem, machając pałą, zwykle zdąży zrobić wiele złego, zanim ci wszyscy pełni wątpliwości i pytań pozbierają się wewnętrznie i staną do walki. Chodzi o to, że ci, którzy myślą, zadają pytania, są w innym miejscu niż ci, którzy znają wszystkie odpowiedzi. Ci drudzy nie tracą energii i czasu na dywagacje i rozważania. Oni działają i nie mają wątpliwości.

Co możemy zrobić?
K.M.: Uratujemy się, jeśli będziemy sobie zdawać sprawę, że idee są jedynie lampami, które świecą z wysoka i oświetlają nam drogę, nie są celem ostatecznym.

W.E.: Gwiazdy marzeń i ideałów są po to, aby wyznaczały kurs, a nie po to, aby je chwytać, przywłaszczać sobie i więzić. Gdy w wystarczającym stopniu zrealizujemy nasz ideał w swoim wewnętrznym świecie, to wiele z tego, co wydawało się nam dotąd zwykłe, banalne, trudne i wymagające natychmiastowej zmiany, ukaże swoje idealne oblicze.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Doświadczenie kłamstwa wpływa negatywnie na naszą samoocenę. Jak uzdrowić trudne emocje?

Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ważne, aby dokładnie określić, jakie to emocje, żeby następnie móc je przepracować, przetrawić i rozwinąć  - pisze Lisa Lettesier, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Mocny koktajl emocjonalny

Podczas mojego sondażu poprosiłam uczestników o opisanie, co odczuli, gdy zostali okłamani przez osobę, z którą są w związku (lub byli w związku, ale aktualnie już nie są). Najczęściej wskazywali oni takie emocje lub uczucia, jak poczucie zdrady i utrata zaufania do partnera.

Pojawiły się również: poczucie zranienia, irytacja, obraza, niezrozumienie, uraza, pogarda, ból, poczucie wykluczenie, upokorzenie, niesmak.

Wielu respondentów zwróciło uwagę też na utratę zaufania do siebie i spadek samooceny, czemu towarzyszyły myśli w rodzaju „nie zasługuję na zaufanie”, „nie ufają mi”, „biorą mnie za imbecyla”, „traktują mnie jak dziecko, które nie jest w stanie sprostać rzeczywistości albo infantylizują mnie”, „uważają, że nie uniosę prawdy”, „nie szanują mnie”.

W rzeczywistości to, czy kłamstwo uważamy za poważne, czy nie, wiąże się z konsekwencjami, jakie ma ono dla nas, i z tym, w jaki sposób odbija się na naszej samoocenie. Stanie się ofiarą kłamstwa ze strony kogoś bliskiego, do kogo mieliśmy zaufanie; ze strony osoby, dla której wydawaliśmy się być kimś ważnym – jest zranieniem narcystycznym. Poza wspomnianym koktajlem emocjonalnym cierpi nasze ego, gdy dowiadujemy się, że inni byli na bieżąco, a my nie. Tracimy dobre zdanie o drugiej stronie, ale i na własny temat. Niekiedy umniejszanie własnej wartości jest tak mocne, że prowadzi do poczucia winy: „To moja wina, że ktoś mnie okłamał; jestem tak beznadziejną osobą, że musiał mnie okłamać albo nie zasługuję na jego szacunek”. Niektórzy mogą doświadczyć także poczucia utraty punktów zaczepienia. „Kotwice” zbudowane wspólnie z drugą osobą, we wzajemnym zaufaniu i szacunku, zrywają się.

Gdy przytłaczają nas negatywne emocje, ból może stać się nadzwyczaj uciążliwy i nasze myśli zmienić w obsesję. Wtedy wszystkimi środkami staramy się zminimalizować napięcie, odrzucając te myśli, unikając ich i starając się rozwiązać problem.

Zdrada w związku

Psycholog Dennis Ortman zidentyfikował syndrom zespołu stresu po zdradzie na tej samej zasadzie co zespół stresu pourazowego (Ortman, 2011). Jeśli dotknął cię ten zespół, prawdopodobnie czujesz przytłoczenie, wściekłość i nie potrafisz stawić czoła całej sytuacji. Nieustannie rozpamiętujesz zdradę, masz koszmary i doświadczasz retrospekcji. Możesz również odczuwać emocjonalne znieczulenie albo wprost przeciwnie: tak bardzo przepełniają cię emocje, że masz wrażenie, że za chwilę oszalejesz. Dławi cię lęk i łatwo się irytujesz. Wydaje ci się, że nie możesz nikomu ufać ani cieszyć się życiem. Rozpada się wszystko, na czym zbudowałaś obraz samego siebie lub partnera. Druga strona wydaje się nagle obca. Całkowicie kwestionujesz sposób, w jaki postrzegasz swój związek.

Poczucie zaufania i poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem należy do podstawowych potrzeb, które pozwalają budować swoją tożsamość od najmłodszych lat. Utrata tego bezpieczeństwa prowadzi do wyjątkowo głębokiego zranienia psychologicznego. Może wywołać strach, niemoc, czyli poczucie zagrożenia życia. Tak jakby to, co było postrzegane w związku jako solidne, nagle stało się iluzją.

Podobnie jak w przypadku zespołu stresu pourazowego, osoba doświadczająca stresu po zdradzie bezustannie przeżywa na nowo moment, gdy się dowiedziała prawdy lub sama ją odkryła, i wizualizuje obrazy zdrady. Może również wejść w proces unikania, żeby nigdy nie skonfrontować się ze wspomnieniem wydarzenia: odrzuca wszystkie emocje i unika ich, żeby zamknąć się w bezpiecznej wieży. W efekcie odrywa się od tego, co odczuwa, i mówi bliskim osobom: „Jest dobrze, mam to za sobą”. Christophe André pisze: „Wyjątkowy ból całkowicie zamyka świadomość na cokolwiek innego poza powstrzymaniem bólu” (André, 2015).

W rzeczywistości (i – zgadzam się – całkowicie wbrew intuicji) po to, żeby poczuć się lepiej, trzeba pozwolić sobie poczuć się gorzej. Przyjęcie bolesnych emocji i pozostawienie sobie czasu na ich odczucie to pierwszy krok w stronę dobrostanu. Całą energię, którą tracimy na walkę przeciwko emocjom, warto przeznaczyć na szukanie rozwiązania, wyjścia z sytuacji.

Przyjmowanie emocji - ćwiczenie inspirowane praktyką mindfulness

  • Usiądź wygodnie na krześle, stopy postaw płasko na podłodze, wyprostuj plecy, połóż ręce na udach, kierując wnętrze dłoni ku górze. Przyjmij pełną godności, wyprostowaną podstawę wyrażającą otwarcie na chwilę obecną.
  • Zamknij oczy i zacznij skupiać się na oddechu, oddychaj naturalnie, przez nos, nie wymuszaj zmiany rytmu.
  • Obserwuj swój oddech, to, jak powietrze wchodzi i wychodzi, oraz co czujesz w nosie, płucach, w brzuchu.
  • Obejmij uwagą całe ciało, przyjmując wrażenia przyjemne i nieprzyjemne, napięcie i odprężenie – nie próbuj niczego zmieniać, tylko obserwuj to, co już się dzieje.
  • Obserwuj poczucie uziemienia w stopach, wrażenia płynące z krzesła, na którym siedzisz, z powietrza, które otacza twoje ciało. Oddech po oddechu, moment po momencie, zakotwiczasz się mocniej w chwili obecnej, w tu i teraz.
  • Za każdym razem, gdy twój umysł zaczyna błądzić, zanotuj, w którą stronę się skierował, nie odrzucając myśli, lecz odsuwając w tył głowy, i połącz się ponownie z ciałem, które oddycha tu i teraz.
  • Gdy poczujesz wystarczające skupienie, przyjrzyj się emocjom, myślom związanym z doświadczonym kłamstwem. Oddychaj tymi emocjami, przyjmij je, aż być może poczujesz je w pewnych partiach ciała. Jeśli pojawią się obrazy, wyobraź sobie, że wyświetlasz je na ekranie kinowym i obserwujesz – tak jak oglądamy filmy.
  • Nadal oddychaj tymi trudnymi emocjami, ewentualnie powtarzaj „akceptuję, że to czuję, i tyle na razie”.
  • Postaraj się praktykować to ćwiczenie przez 20 minut.
Fragment książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Zadbaj o najważniejsze sprawy w życiu - ćwiczenia

Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Wprowadzać zmiany to jedno, drugie – przyjmować te, które przychodzą bez, a czasem nawet wbrew naszej woli. Niezależnie od tego, co cię spotka w nowym roku, już teraz zadbaj o sześć ważnych aspektów życia.

Zdrowie

Oto technika twórczej wizualizacji, która będzie wspierała twoje zdrowie poprzez pozytywny obraz siebie, a szczególnie twojej kondycji psychofizycznej. Ćwiczenie wykonujesz w stanie relaksu, kiedy twoja podświadomość jest chłonna jak gąbka. Możesz wówczas wprowadzać pozytywne obrazy siebie, programując w ten sposób tę część swojej psychiki. Dzieje się tak, dlatego że mózg nie odróżnia obrazów wyobrażonych od tych, jakie widzisz w rzeczywistości. Jeśli kreujesz obraz siebie w pełni zdrowia, będzie dostrajała się do tego wewnętrznego obrazu. Pozytywna wizualizacja wzmocni również układ odpornościowy. Gotowa?

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Zrób kilka długich wdechów nosem i wydechów ustami. Skieruj uwagę do ramion i poczuj ich przyjemny ciężar. To wszystko pozwoli ci się bardziej zrelaksować. Teraz wyobraź sobie ulubione miejsce w przyrodzie. Uaktywnij wszystkie zmysły, aby poczuć tę przestrzeń pełną kolorów i świeżego powietrza. W tym miejscu zobacz siebie w pełni zdrowia i sił witalnych. Uśmiechniętą, radosną i szczęśliwą. Widzisz swoje ciało w dobrej kondycji, a skórę i oczy lśniące blaskiem zdrowia. W myślach możesz powtarzać: „To właśnie ja, w pełni zdrowia i sił witalnych. Dziękuję za moje zdrowie”. Możesz do tej gotowej formuły dodać także coś od siebie, pamiętając o używaniu czasu teraźniejszego oraz samych pozytywnych słów. W ten sposób wprowadzasz nowy obraz do podświadomości. Powtarzaj ćwiczenie codziennie, zwłaszcza jeśli obecnie doświadczasz słabości albo choroby.

Miłość

W nowym roku kochaj przede wszystkim siebie, a wtedy otworzysz się na miłość do innych. Oto, co może ci w tym pomóc:
  • Otwórz serce na swoje Wewnętrzne Dziecko i zacznij wsłuchiwać się w jego potrzeby. Przejmij opiekę nad tym młodszym i wrażliwszym aspektem siebie. Wewnętrzna Dziewczynka potrzebuje twoich pozytywnych słów, miłości i ciepła. Wyobraź sobie teraz jej obecność i porozmawiaj z nią. Możesz jej powiedzieć, że ją kochasz, że się nią opiekujesz i nigdy nie opuścisz. Powiedz jej o sobie (dorosłej), cokolwiek teraz przyjdzie ci do głowy. Rozmawiaj z nią regularnie, wyobrażając sobie, że na końcu rozmowy przytulasz ją do serca i razem oddychacie.
  • Praktykuj współczucie, ponieważ pomaga otworzyć serce. Aby to zrobić, wyobraź sobie osobę, która obecnie może doświadczać stresów czy cierpienia. Spróbuj wzbudzić w sobie współczucie, które manifestuje się jako uczucie ciepła w środku klatki piersiowej i w okolicy serca.
  • Jeśli nie jesteś obecnie w związku, ale chciałabyś być, bądź świadoma, czy wybaczyłaś poprzednim partnerom. Czy nadal żywisz urazę do któregoś z nich? Może już czas wysłać pozytywną intencję tej osobie?
  • Sprawdź, jakie masz przekonania na temat związków. Jeśli negatywne, nie dziw się, że nie przyciągnęłaś nadal odpowiedniego partnera. Wypisz na kartce wszystkie negatywne przekonania i zmień je na pozytywne. Sprawdzaj reakcje związane z nowymi przekonaniami. Jak mogłoby się zmienić twoje życie, gdybyś naprawdę uwierzyła w nowe afirmacje?
  • Czy często się smucisz na myśl o swojej samotności? Smutek nie przyciągnie do ciebie nowej osoby. Twoje radosne serce będzie magnesem dla drugiego serca gotowego na miłość. Dlatego zadbaj o to, aby codziennie robić coś, co sprawi ci uciechę. W takim pogodnym stanie pomyśl o nowym partnerze i nowym związku, jaki z nim stworzysz. Jak chciałabyś się w nim czuć? Stwórz pozytywną wizję tej relacji (np. wyobrażając sobie siebie z kochającą osobą w czułym objęciu) i przywołuj ją zawsze, gdy będziesz w radosnym stanie ducha.

Finanse

Pieniądze to środek wymiany, ale nie tylko. Pomyśl o nich jak o przejawach obfitości wszechświata. Jeśli zaprzyjaźnisz się z pieniędzmi, będziesz je szanować i być wdzięczna za każdą posiadaną ilość, zaczniesz przyciągać ich więcej. Oto kilka sposobów na to, jak otworzyć się na obfitość:
  • Zastanów się, co na temat pieniędzy mówili twoi rodzice, kiedy byłaś dzieckiem. Pamiętasz jakieś historie związane z pieniędzmi, powtarzane podczas rodzinnych spotkań? Jaka była materialna sytuacja twoich rodziców?
  • Zapisz na kartce wszystkie negatywne przekonania na temat pieniędzy, które wyniosłaś z rodzinnego domu, np. „pieniądze szczęścia nie dają”, „pieniądze są brudne”. Następnie napisz ich pozytywne odpowiedniki, nazywane również afirmacjami. Przeczytaj na głos wszystkie nowe przekonania i sprawdź, co czujesz, kiedy je czytasz. Zapisz swoje spostrzeżenia. Codziennie czytaj afirmacje i sprawdzaj swoje mentalne, cielesne i emocjonalne reakcje. Pozwól sobie uwierzyć, że zasługujesz na obfitość finansową, tak jak zasługujesz na radość i miłość.
  • Zauważ, co myślisz i mówisz oraz jak się czujesz, kiedy wydajesz pieniądze, kiedy płacisz rachunki oraz kiedy pieniędzy ci brakuje. Bądź świadoma, co wysyłasz w eter, kiedy obcujesz z pieniędzmi. Czy wzmacniasz pozytywne przekonania czy negatywne, które będą raczej odpychać pieniądze od ciebie?
  • Staraj się myśleć o pieniądzach pozytywnie. Wzbudź w sobie uczucie wdzięczności, kiedy otrzymujesz wypłatę, ale również, kiedy pieniądze wydajesz. Pomyśl: „Wydaję, ponieważ mam ich dużo, mogę się dzielić moją obfitością, ponieważ mam jej wystarczająco dużo”. Innymi słowy, zamiast denerwować się, płacąc rachunki, pomyśl, że to tylko przejaw twojej obfitości finansowej. Brzmi jak zaklinanie rzeczywistości? Albo jak ciekawy eksperyment, który może sprawić, że pieniądze zaczną się pojawiać w twoim życiu częściej.

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem oceanu. Jest piękny, letni dzień. Oddychasz świeżym powietrzem i doświadczasz piękna otoczenia. Teraz zobacz, jak z nieba spadają banknoty o wysokich nominałach. Wszystkie lecą w twoim kierunku, zupełnie jakbyś była przyciągającym je magnesem. A teraz obserwuj swoje reakcje na to niewiarygodne zjawisko. Umysł logiczny będzie je pewnie wyśmiewał, ale pozwól sobie uruchomić prawą, czyli kreatywną półkulę. Jak się czujesz, kiedy obfitość pieniędzy spływa właśnie na ciebie? Czy pozwolisz sobie na ich przyjęcie? Czy cieszysz się, że je widzisz? A może czujesz, że to pomyłka i pieniądze powinien dostać ktoś inny? Oddychaj głębiej i obserwuj wszystkie reakcje. Sprawdź, czy poprzez oddech możesz otworzyć się na przyjęcie obfitości, jaka do ciebie płynie w tej wizualizacji do swojego ciała. Napełniaj ciało obfitością i powtarzaj to ćwiczenie raz w tygodniu, sprawdzając swoje reakcje.

Kreatywność

Nie uczyłaś się nigdy malować? Nic nie szkodzi. Zapraszam cię do malowania intuicyjnego. Oto, czego potrzebujesz: płótno malarskie dowolnej wielkości, zestaw farb akrylowych, kilka pędzelków różnej wielkości, paletę (możesz skorzystać z pudełka po jajkach). Zanim zaczniesz malować, wybierz muzykę, jaka ci odpowiada i będzie towarzyszyła procesowi malowania. Możesz też tworzyć w ciszy. Stań lub usiądź naprzeciwko płótna i zamknij oczy. Skup uwagę na oddechu, bądź świadoma każdego wdechu i wydechu. Teraz skieruj uwagę do swojego serca. Zapytaj go, co chciałoby wyrazić poprzez twoje malowanie? Po chwili weź pędzel i wybierz intuicyjnie pierwszy kolor. Nałóż go powoli na płótno, w dowolnym miejscu. Kolejne kroki wykonuj nadal intuicyjnie z otwartością i ciekawością na to, co stworzysz. Nikt tego nie będzie oceniał, ty również tego nie rób. Twój obraz nie podlega żadnemu osądowi. Jest wyrazem twojego obecnego stanu, a może niesie również jakąś informację? Po zakończeniu pomedytuj przez moment ze swoim dziełem. Zobacz, co obraz chce ci powiedzieć.

Świadomość

Codziennie przez chwilę oddychaj świadomie. Jak to zrobić w łatwy sposób? Gdziekolwiek jesteś, po prostu zaobserwuj swój oddech. Możesz przenieść uwagę do nozdrzy i poczuć powietrze, które do nich wpływa oraz z nich wypływa. Zwróć uwagę na długość wdechu i wydechu; czy robisz nieświadomie pauzę między obiema fazami oddechu, czy oddech jest płytki, czy głęboki, szybki czy powolny?

Jeśli zależy ci na uspokojeniu biegu myśli i zrelaksowaniu się, zacznij oddychać wolniej i głębiej. Wdech nosem, wydech ustami. Poczuj, jak z każdym wydechem twoje ciało się rozluźnia. Mięśnie nie muszą być w stanie gotowości, mogą się odprężyć, rytm serca może być wolniejszy, a ciśnienie krwi może spaść. To wszystko dzieje się, jeśli wchodzisz dzięki świadomemu oddechowi w stan relaksu.

Wdzięczność

Kup piękny zeszyt i codziennie wpisuj do niego, za co jesteś wdzięczna. Skupiaj się zarówno na rzeczach z dnia codziennego, jak i tych uniwersalnych. Kiedy piszesz, staraj się poczuć tę wdzięczność w sercu. Ono odpowie ci harmonijnym, czyli koherentnym rytmem, który usprawni twoje procesy myślowe, kreatywność oraz wzmocni układ odpornościowy. Wdzięczność przyciąga do nas więcej tego, za co jesteśmy wdzięczne. Wdzięczność pomaga nam poczuć spokój, ponieważ szybko obniża poziom hormonów stresu we krwi.

Rano, kiedy się obudzisz, spróbuj powiedzieć do siebie:

  • jestem wdzięczna za to, że żyję,
  • jestem wdzięczna za ten dzień, który się właśnie zaczyna,
  • jestem wdzięczna za moich bliskich,
  • jestem wdzięczna za miejsce, w jakim żyję,
  • jestem wdzięczna za to, że mam co jeść,
  • jestem wdzięczna za dobre rzeczy, których dzisiaj doświadczę.
Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.

  1. Kultura

Yuka Ebihara - o krok dalej

Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
„Piękność. silna technicznie ze słodkim liryzmem”, „Eteryczna, o nienagannej technice”, „Gwiazda i mistrzyni” – piszą o niej recenzenci. Yuka Ebihara, pierwsza tancerka Polskiego Baletu Narodowego. Japonka w Warszawie. Europejka, która tańczyć uczyła się najpierw w Chinach. Jakie znaczenie mają w jej życiu granice? Te na mapie i te metaforyczne.

Teatr Wielki – Opera Narodowa ma jedną z największych scen operowo-baletowych na świecie (mówi się, że z kulisami pomieściłaby cały gmach mediolańskiej La Scali), ale też imponujące zaplecze. Z pracowniami, między innymi krawiecką, szewską, stolarnią czy malarnią, gigantycznymi magazynami, salami ćwiczeń, biurami i garderobami – przypomina labirynt. Odnaleźć się tutaj to wyzwanie, bywa, że i dla pracowników. Jakiś czas szukamy się więc z Yuką nawzajem, a jednocześnie – pustej garderoby nr 175, gdzie możemy spokojnie porozmawiać. Choć i tak naokoło jest wyjątkowo spokojnie. Korytarzami przemykają pojedyncze osoby w maseczkach. Gdyby nie odgłosy prób operowych i fragmenty rozmów, teatralne zaplecze można by uznać za wyludnione. Przez obostrzenia związane z COVID-19, zmieniło się zresztą nie tylko to. Codzienne próby baletu skrócono, nie trwają już od rana do 18. Dzięki temu Yuka Ebihara może wyrwać z grafiku kilka godzin na spotkanie.

Pierwsza tancerka

Rozpoczęła swój dziesiąty sezon w Polskim Balecie Narodowym. Od ośmiu jest pierwszą solistką. To zazwyczaj sam szczyt baletowej hierarchii, ale w styczniu tego roku oficjalnie ogłoszono, że Yuce Ebiharze nadano rangę pierwszej tancerki. To synonim primabaleriny. Tego dożywotniego tytułu nie przyznawano u nas od dawna, ostatnim razem w Teatrze Wielkim dwie dekady temu. Yuka ma też na koncie między innymi Srebrny Medal „Zasłużona Kulturze Gloria Artis”, dwukrotnie została laureatką Nagrody im. Jana Kiepury dla najlepszej tancerki klasycznej w naszym kraju. W Warszawie mieszka od ponad dziewięciu lat. Ma tu mieszkanie, pracę, grupę przyjaciół, studio, do którego jeździ ćwiczyć. Tutaj się zakochała i wzięła ślub. Często słyszy pytania, na ile czuje się Japonką, a na ile Europejką, Polką, warszawianką. Gdzie jest jej miejsce? Czy czuje się tu jak w domu? Przyznaje, że tylko na ostatnie z tych pytań ma prostą odpowiedź. Yuka: – Coraz wyraźniej czuję, szczególnie od kiedy jestem w stałym związku, że udało nam się z mężem stworzyć tutaj dom. Co do reszty, tu odpowiedzi są o tyle trudne, że niemal całe dotychczasowe życie Yuki Ebihary to – bardziej niż szukanie sobie miejsca – raczej nieustanna droga i przekraczanie granic. Metaforycznie, ale też zupełnie dosłownie.

Tokio, Pekin, Tokio

Miała pięć lat, kiedy zobaczyła pierwszy w życiu balet. Dziecięcy spektakl, w którym występowała jej kuzynka. Trudno powiedzieć, co tak zachwyciło pięcioletnią Yukę. Sama śmieje się, że mogło równie dobrze chodzić o tiulowe spódniczki, jak o prezent, który kuzynka dostała po występie. A jednak kiedy Yuka mówi mamie, że też chce chodzić na balet, wydaje się na tyle zdecydowana, że mama rozmawia na ten temat z ojcem. Tyle że to nie czas na takie decyzje. Rodzina Ebiharów się wyprowadza, pracującego w branży ubezpieczeniowej ojca Yuki firma wysyła do swojej filii w Pekinie. Tokio i Pekin, dwa miasta kolosy, mocno się od siebie różniące. Yuka w Japonii chodziłaby do szkoły pieszo w tłumie innych pierwszaków, dźwigających na plecach charakterystyczne japońskie „pudełkowe” tornistry z klapką. W Pekinie rodzice wszędzie podwożą ją autem, a jednak życie płynie tam jakoś wolniej. Mieszkają w dzielnicy dla obcokrajowców, Yuka jest uczennicą szkoły japońskiej, do której – oprócz dzieci pracowników na kontraktach – chodzą chińskie dzieciaki z zamożnych domów. Na miejscu wśród dodatkowych zajęć jest balet. Nauczycielka, Chinka, dostrzega coś w Yuce, zaprasza więc dziewczynkę do prowadzonej przez siebie bardziej zaawansowanej szkółki baletowej. To moment, w którym balet staje się dla niej bardzo ważny. Do tego stopnia, że kiedy nadchodzi czas powrotu do Tokio, dziesięcioletnia wtedy Yuka zastanawia się, jakby to zrobić, żeby jednak zostać w Pekinie i dalej tam tańczyć. Nie udaje się, znalezienie dla niej opiekuna prawnego okazuje się zbyt skomplikowane.

W odpowiednim miejscu i czasie

W Japonii zajęcia baletowe są drogie i postrzegane jako prestiżowe, ale najczęściej traktowane jednak jak hobby, a nie wstęp do profesjonalnej kariery. Yuka widzi, że w Chinach większą wagę przykładano do podstaw, precyzji ruchu. Jest ambitna, bierze udział w różnych konkursach, a jednocześnie pilnie uczy się do słynących z surowości japońskich egzaminów i zostaje przyjęta do jednego z lepszych tokijskich ogólniaków. Wieczorami dojeżdża na balet. Półtorej godziny w jedną stronę, kilka przesiadek. Do domu wraca koło 23, a i tak wie, że to za mało. W Europie dziewczyny w jej wieku zaczynają już kariery w zespołach, a ona właśnie zdaje na uniwersytet. Obiecała rodzicom, że w ten sposób zabezpieczy sobie przyszłość. Traktuje obietnicę poważnie, ale dociera do niej, że musi wybrać. Decydującą rozmowę z ojcem pamięta jak przez mgłę. Jakich argumentów użyła, przekonując, że chce jechać za granicę, skończyć profesjonalną szkołę baletową i potrzebuje finansowego wsparcia? W Goh Ballet Academy w Vancouver przyjmowano także trochę starsze dziewczyny. Dzisiaj Yuka potrafi się śmiać z tego, że została „studentką ostatniej szansy”, ale wtedy, jak wspomina, „każda lekcja, próba, przesłuchanie były sprawą życia lub śmierci”. Miała poczucie, że postawiła wszystko na jedną kartę, choć sama woli metaforę stromych schodów. Yuka: – Wspinałam się na kolejne stopnie przekonana, że każde zawahanie, każde spojrzenie wstecz oznaczałoby, że się zachwieję i z tych schodów spadnę. W wieku 18 lat na dobre opuszcza Japonię. Po kanadyjskiej akademii, na której imponująco szybko nadrabia zaległości, będzie tańczyła między innymi w zespołach baletowych w Stanach, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji. Ale po drodze, jeszcze w Vancouver, obejrzy (a ogląda w tamtym czasie na kanale YouTube wszystkie nagrania baletowe) spektakl „Dama kameliowa”. Zrobi na niej duże wrażenie. Oparty na wątkach z powieści Aleksandra Dumasa (syna) melodramat ukazujący miłość XIX-wiecznej kurtyzany i arystokraty to historia niemal filmowa, do muzyki Fryderyka Chopina. Libretto i reżyseria: guru współczesnego baletu John Neumeier. Yuce przemknie przez głowę myśl, że byłoby wspaniale zatańczyć w „Damie…”. Problem w tym, że teatrom rzadko udaje się zdobyć prawa do spektaklu. Taka rola to jak wygrana na loterii, Yuka musiałaby się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Nie może wtedy wiedzieć, że tym miejscem będzie Warszawa i Teatr Wielki – Opera Narodowa.

Nici, nożyk, klej

Na nasze spotkanie wzięła torbę z pointami i najpotrzebniejszymi akcesoriami. Niezbędnik tancerki baletowej: igły i nici, żeby przeszywać troczki, nożyczki, bandaże, sprej, którym pryska się podeszwy, żeby się nie ślizgały. Są tu także nożyk tapicerski i tubka kleju. Klej Yuka wlewa do środka postawionej na sztorc pointy, usztywniając jeszcze bardziej i tak twardy czubek (czyli tak zwany „boks”). Nożykiem przycina i „kaleczy” skórzane podeszwy. Pointy dostarcza tancerkom teatr. Są ręcznie szyte w Anglii, kilkadziesiąt funtów za parę. Wybierasz sobie model, ale żeby naprawdę dostosować pointę do unikalnego kształtu stopy, niezbędne są wyżej wymienione zabiegi. Tak spreparowana para czasem starczy na kilka prób, czasem tylko na jeden spektakl. Yuka zapamiętała, z jakim przejęciem kupowała z mamą pierwsze w życiu pointy, ale dnia, w którym pierwszy raz stanęła na czubkach palców, już nie. Nie przypomina sobie tamtej ekscytacji. Ani bólu. Wiele tancerek twierdzi, że bez niego nie ma baletu, że towarzyszy im cały czas, ale Yuka się z tym nie zgadza. O bólu szybko przestaje się myśleć i go zauważać. O „normalnym” bólu intensywnie pracującego lub dochodzącego do siebie po wysiłku ciała. Zna swój organizm świetnie, od razu wie, kiedy coś jest z nim nie tak. Ale ma też z własnym ciałem niewyrównane rachunki. Patrząc na nią, trudno w to uwierzyć, ale jako młodziutka baletnica miała na punkcie swojej sylwetki ogromne kompleksy. Przyglądała się, jak sama mówi, idealnie zbudowanym koleżankom z Europy czy ze Stanów i różnice w budowie uznawała za swoją wielką słabość. Aż doszła do wniosku, że musi te ograniczenia jakoś obejść, włożyć dwa razy więcej wysiłku, żeby osiągnąć to, co sobie założyła. Jej pracowitość jest legendarna, potwierdza ją każdy, kto zetknął się z Ebiharą zawodowo. Wrażenie jest tym większe, że choć ma opinię fighterki, sprawia jednocześnie wrażenie niezwykle kruchej i nieśmiałej. Spytana o to, jakie jest źródło jej siły, długo się zastanawia: – Wydaje mi się, że buduję swoją motywację, czując ciągły niedosyt. Że gdybym raz pomyślała, że to już to, że się udało, właśnie o to mi chodziło, to tę motywację bym straciła. To mi się kojarzy z odpuszczaniem.

Ciało jest jej sojusznikiem. Nigdy jej dotąd poważniej nie zawiodło. Od dziesięciu sezonów nie miała żadnej kontuzji, zastępstwa na żadnym spektaklu. To rzadko spotykane w tym środowisku osiągnięcie. Co nie zmienia faktu, że niektóre z dawnych kompleksów zostały. Yuka: – Szczególnie na punkcie nóg. Na szczęście z wiekiem myślenie się zmienia, do wielu spraw podchodzę już inaczej, z większym spokojem. Nie bez znaczenia są także zmiany, jakie zaszły w samym balecie. Czy raczej zachodzą, choć według wielu komentatorów – nadal zbyt wolno.

Rewolucja

Taniec klasyczny, czyli w dużym uproszczeniu taki, do którego tancerkom niezbędne są pointy, to technika, która narodziła się w XIX-wiecznej Europie. Wtedy powstawał również baletowy kanon – z „Dziadkiem do orzechów” czy „Jeziorem łabędzim” na czele – kategorie estetyczne i założenia, które przetrwały przez kolejny wiek. Jeszcze nie tak dawno powszechnie rozważano kwestię, czy corps de ballet, czyli zespół baletowy, nie powinni tworzyć wyłącznie białe tancerki i tancerze. To samo dotyczyło solistów. Dziś takie rozważania, choć scena baletowa nie jest od nich zupełnie wolna, odchodzą do lamusa. Twarzami swoistej rewolucji są wspinające się po kolejnych szczeblach baletowej hierarchii Afroamerykanki, ale też Latynoski i Azjatki tańczące w Stanach. Ich historie stały się symbolem walki o balet wolny od uprzedzeń. Rewolucyjna fala rozlała się również po Europie, otwierając drzwi tak utalentowanym tancerkom jak Ebihara. Do Polski Yuka trafiła w 2011 roku. Krótko przed tym pracę w Teatrze Wielkim rozpoczął Krzysztof Pastor. Po latach kariery za granicą słynny choreograf zgodził się wrócić do kraju i stworzyć tu zespół samodzielny artystycznie, na światowym poziomie. Pastor jest twórcą działającego od 2009 roku Polskiego Baletu Narodowego, do którego pozyskuje tancerzy z całego świata. Kiedy Yuka dowiaduje się o przesłuchaniu w Warszawie, jest solistką w Zagrzebiu. To jeszcze czasy, kiedy na ponad 80 tancerzy w zespole PBN tylko kilka osób to cudzoziemcy. Podpisuje umowę i przenosi się do Polski. Nie zna języka, miasta, nikogo tu na miejscu. Czuje się obco. A potem krok po kroku odnajduje dla siebie ulubione miejsca, przyjaciół, w tym także Japończyków, których poznała dzięki temu, że przyszli na balet, a potem zaczepili ją na ulicy. Oswaja nawet język polski, choć nadal woli go słuchać i mówić po angielsku. Z Carlosem są małżeństwem od trzech lat. On także jest tancerzem, solistą, choć bardzo rzadko zdarza się, żeby tańczyli ze sobą w duecie. Ślub wzięli w Polsce. Był plan, że pójdą podpisać papiery w dżinsach. W Japonii to możliwe, ale u nas nie da się ominąć ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Poza tym rodzice zapowiedzieli, że przylecą – z Tokio i z hiszpańskiego San Sebastian, skąd pochodzi Carlos. Yuka poprosiła Martę Fiedler, solistkę PBN, która projektuje także baletowe kostiumy, żeby coś dla niej na szybko wymyśliła. Panie z działu kostiumów w teatrze zaoferowały się, że sukienkę uszyją. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, jak rodzice państwa młodych dotarli do Polski. Wspólne rozmowy wyglądały tak, że kiedy ktoś coś powiedział, zaczynał się łańcuszek: z japońskiego Yuka przekładała na angielski, a Carlos na hiszpański, a potem z powrotem: z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na japoński. Mają z Carlosem też zdjęcie w tradycyjnych ślubnych strojach japońskich. On w czarnym, ona w białym kimonie i wysokim czepcu. Tak para młoda idzie do świątyni – sintoistycznego chramu, żeby wziąć ślub. Ale można też tylko wypożyczyć stroje i zapozować do pamiątkowego zdjęcia, tak jak to zrobili Yuka i Carlos, kiedy byli razem w Tokio.

Japoński duch

Raz w roku widzi rodzinę, leci na dwa, trzy tygodnie. Odwiedza przy okazji znajomych i teatry, ale na miejscu czuje się bardziej jak turystka. Nie zna dobrze miasta, mapa tokijskiego metra ją przytłacza, tyle kierunków i połączeń. Ma poczucie, że wszystko dzieje się za szybko, wszystkiego jest za dużo. Woli żyć w Europie, myśli o sobie jak o Europejce, a jednocześnie ma w sobie wiele, jak podkreśla z dumą, z ducha japońskiego. Cechy, nawyki, reakcje. Istotne i błahe, bardziej lub mniej świadome. Na pytanie, czy jeśli sytuacja by tego wymagała, weszłaby do jakiegokolwiek mieszkania, nie zdejmując butów, Yuka natychmiast odpowiada, że nie, absolutnie (zwyczaj zdejmowania butów przed progiem jest w Japonii silnie zakorzeniony). Nie może patrzeć, kiedy ktoś nad talerzem bawi się pałeczkami, wskazuje nimi na kogoś albo wbija je w jedzenie (to jeden z większych nietaktów, jeśli chodzi o maniery przy japońskim stole). W szafie w warszawskim mieszkaniu wisi eleganckie, bardzo cenne kimono, które kupiła jej mama. Yuka wkłada je na specjalne okazje, zaglądając do notatek z instrukcją, jak zakładać poszczególne warstwy i jak wiązać jedwabny pas obi. I jeszcze imię, Yuka. Zgodnie z popularnym w Japonii zwyczajem rodzice wybierali je z pomocą doradcy, żeby przyniosło ich córce szczęście. Chodzi o odpowiedni dobór znaków (ideogramów). Ważne jest ich znaczenie – yu oznacza przyczynę, ka piękno, dobro, talent. Ale równie ważne jest, ile (niektóre liczby są szczęśliwe, inne nie) ruchów pędzla wymaga ich zapisanie.

List

Pięć miesięcy przerwy. Wiadomość o lockdownie zastała Polski Balet Narodowy w marcu tuż przed premierą „Korsarza”. Wrócili z przerwy na lunch i mieli się rozgrzewać, a dowiedzieli się, że wszyscy mają się rozejść do domów. Najpierw szok, potem kilka przyjemniejszych dni na relaks i w końcu z całą siłą dociera do ciebie powaga sytuacji. Mieli w mieszkaniu specjalną wykładzinę do prób, Yuka jeździła do swojego studia z lustrami i drążkiem. Ale to nie to samo co przestrzeń sal baletowych, nie da się w ten sposób utrzymać idealnej formy. Przed czarnymi myślami ratowała ją mała codzienna rutyna. Taniec i pilates (papiery na licencjonowaną trenerkę zrobiła jeszcze w Kanadzie, wciąż organizuje zajęcia pilatesu, w czasie pandemii online). Ale jeszcze coś. Yuka zachowała gruby plik kartek – list, który przyniesiono jej kiedyś po spektaklu do garderoby. Anonimowy, wiadomo tylko, że napisała go kobieta. Autorka przyznaje, że kiedy dowiedziała się, że Ebihara została pierwszą solistką, nie była zachwycona, a teraz po latach chciała jej za wszystko podziękować i napisać, jak bardzo się myliła. Yuka przypomina sobie treść tego listu i inne wiadomości od widzów, kiedy ma gorsze momenty. Takie, których w życiu tancerek nie brakuje, ale też tak wyjątkowe jak czas lockdownu. Bo skoro są ludzie, których do siebie przekonała, w których wzbudziła emocje, nawet jeśli to byłaby jedna osoba, a same emocje trwałyby chwilę – to i tak cały jej wysiłek się opłacił. Teraz może się już dziać, co chce. Zawieszona wiosną premiera „Korsarza” została przeniesiona na wrzesień i z powodzeniem otworzyła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nowy sezon. Ale teraz pandemia znowu przybrała na sile, według nowych zasad na widowni może być zapełnionych już tylko 25 proc. miejsc, ryzyko zarażeń w zespole jeszcze wzrosło. Sytuacja jest dynamiczna – z Yuką rozmawiamy tuż przed wznowieniem „Damy kameliowej”, ale zaraz po naszym spotkaniu Teatr Wielki musi jednak planowane spektakle odwołać. Kurtyzana Małgorzata Gaultier z „Damy...” to jej sztandarowa, zachwycająca rola. Wymagająca nie tylko doskonałych umiejętności technicznych, lecz także wrażliwości i talentu aktorskiego, bo 81-letni dziś John Neumeier tak właśnie swoje przedstawienia pisze i reżyseruje. Ale można też tę rolę Yuki traktować jak pewną metaforę. Jej osobistej drogi i w ogóle kierunku, w którym wydaje się podążać współczesny balet. Yuka Ebihara w Polsce została gwiazdą spektaklu Amerykanina z polskimi korzeniami, pracującego od dekad w Niemczech, który francuską powieść postanowił przenieść na baletową scenę do muzyki Chopina.

Napis

Kiedy kończymy rozmawiać, na dworze robi się ciemno. Wychodząc z garderoby nr 175, przechodzimy obok ściany, na której wisi instalacja artystyczna, eksponat z jednej z wystaw zorganizowanych w Galerii „Opera”. Zadecydowano, że po zakończeniu wystawy zawiśnie właśnie tutaj. To litery ułożone z używanych point. Trzeba cofnąć się parę kroków, żeby odczytać całość – ciągnący się na kilka metrów napis: „BALET”. 

  1. Psychologia

Perfekcjonista w związku

Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Krytykuje, wytyka błędy, jest czepialski. Nie zaśnie, dopóki nie pozmywa wszystkich kubków, nie przejdzie bez słowa obok nierówno postawionych butów. Czasem wymaga od innych, czasem od samego siebie. I nawet gdy osiąga w danej dziedzinie mistrzowski poziom, odczuwa strach: „nie jestem dla niej dość dobry”, „jeśli nie będę doskonała, to mnie zostawi”. Związek z perfekcjonistą to wyzwanie dla obu stron.

Perfekcjonista przeżywa zazwyczaj bardzo duży stres przy nawiązywaniu relacji męsko-damskich i tworzeniu związku. Przed wszystkim dlatego, że stara się za wszelką cenę unikać porażek, wypadać jak najlepiej. To z kolei wiąże się ze strachem: co on czy ona sobie o mnie pomyśli? Działają tu wewnętrzne przekonania typu: „nie jestem dość dobry”, „jeśli nie będę doskonały, to zostanę odrzucony”. Innym problemem bywa wyznaczanie partnerowi wysokich standardów przy jednoczesnym braku elastyczności i skrajnej  nieufności. Może to rodzić konflikty i poczucie niezadowolenia po obu stronach. Partnerom zazwyczaj towarzyszy poczucie dystansu emocjonalnego oraz brak wsparcia we wspólnym życiu.

Obie kwestie można częściowo odnieść do dwóch typów perfekcjonistów: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli (w dużym uproszczeniu) takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. W praktyce zwykle mamy do czynienia z połączeniem obu typów perfekcjonizmu z różnie położonym akcentem.

Etykiety lub bicie się w pierś

Osoby bardziej zewnętrznie ukierunkowane mają tendencję do wydawania dość kategorycznych ocen i łatwego etykietowania  innych osób („jesteś głupi”, „to było całkowicie nieodpowiedzialne” etc.). Nadmierny krytycyzm i surowość mogą być odbierane jako atak i wywoływać sporą złość u odbiorcy komunikatu albo partnera. Zwykle perfekcjoniści nie chcą atakować, tylko nazwać wprost to, co widzą. Trzeba też pamiętać, że perfekcjoniści traktują niekiedy zachowanie innych jako cios wymierzony prosto w ich osobę. Pojawia się tu założenie, że „wszyscy mamy takie same standardy, myślimy podobnie”, a zatem „jeżeli ktoś nie spełnia moich standardów, to robi to przeciwko mnie z rozmysłem”.

Perfekcjoniści ukierunkowani wewnętrznie interpretują zachowania innych raczej w kategorii wytykania im porażki, niedoskonałości. Szukają niedoskonałości i skaz w sobie: „skoro partner musi mi pomóc, to znaczy, że nie jestem w stanie dać sobie z tym rady sama”, „skoro partner się na mnie zdenerwował, to znaczy, że nie wyraziłam się zbyt jasno”. Zwykle towarzyszy im przekonanie, że nie są wystarczająco dobrzy. Jego źródłem jest najczęściej środowisko rodzinne: wymagające, krytyczne, akcentujące jako porażki coś, co obiektywnie porażką nie jest. To są ci, którzy jako dzieci przynosili 4 + i zamiast radości i pochwały rodzica słyszeli: „A dlaczego nie 5?”. Taka osoba w życiu dorosłym będzie dewaluowała wszelkie swoje osiągnięcia, tak jakby miała założony jakiś filtr i przez niego nie dostrzegała swoich sukcesów i dobrych stron. Towarzyszyć jej będzie poczucie, że nie zasługuje na swojego partnera, bo innych zwykle postrzega jako lepszych od siebie.

Atak i ucieczka

Perfekcjoniści mają tendencję do poszukiwania partnera idealnego. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka – wybrzydzają i doszukują się wszelkich wad i niedociągnięć, by na ich podstawie odrzucać lub zrywać znajomości. W rzeczywistości sprawa jest jednak bardziej złożona. Windując oczekiwania i standardy, uzasadniają swoje odrzucenie albo realizują strategię unikania. Krytykują i odrzucają, bo czują się w jakiś sposób zagrożeni w danej relacji. Nie zdają sobie oczywiście z tego sprawy, więc automatycznie uciekają się do strategii: „atakuj pierwszy i uciekaj”.

Osoby skrajnie zewnętrznie ukierunkowane bywają wymagające. W ich przypadku może pojawić się takie typowe poszukiwanie idealnej miłości, oczekiwanie na swoją połówkę. Osób nieidealnych nie biorą więc w ogóle pod uwagę w swojej ocenie. Mając bardzo wysokie poczucie własnej wartości, wolą pozostać samotni, niż obniżyć własne oczekiwania i standardy.

Co ciekawe, większość perfekcjonistów ostatecznie zdaje sobie sprawę z dwóch aspektów interakcji międzyludzkich. Z jednej strony zdają sobie sprawę z własnej szczegółowości i drobiazgowości, z drugiej – wiedzą, że niektórzy naprawdę nie przykładają się do różnych rzeczy i realnie zasługują na krytykę. Niekiedy mają trudność w odróżnieniu tego, jak jest w danej sytuacji naprawdę. Czy krytyka jest uzasadniona, czy też może oni sami już są zbytnio czepialscy?

Pomóc perfekcjoniście

Życie z perfekcjonistą nie należy do najłatwiejszych. Jego partner musi się wykazać dużą delikatnością, zrozumieniem, akceptacją i wsparciem. Najważniejszą zasadą w takiej relacji jest zachowanie spokoju. Warto za każdym razem podjąć próbę zrozumienia intencji perfekcjonisty – owszem, słyszę krytykę i dezaprobatę, ale czy na pewno o to chodzi mojemu rozmówcy? Po drugie lepiej unikać prowokacji – jeżeli chcę coś zakomunikować perfekcjoniście, robię to delikatnie, zastanawiam się nad doborem słów, tak aby nie wypominać, nie krytykować, nie punktować jego słabości, nie wyolbrzymiać drobnych rzeczy etc.

Jeśli związaliśmy się z wewnętrznie ukierunkowanym perfekcjonistą, to wyzwaniem będzie stworzenie mu warunków do odprężenia się. Na co dzień taka osoba robi bowiem wszystko, aby zadowolić innych i uniknąć ewentualnego odrzucenia. Źle się czuje, kiedy spełnia własne potrzeby, ale chętnie robi coś dla innych. Przykładowo, propozycja pójścia do kina przedstawiona jako własna potrzeba uchroni go od wyrzutów sumienia, że zaniedbuje swoje obowiązki. W wielu przypadkach sprawdzi się mocne zaangażowanie w obowiązki domowe. To przykazanie numer jeden, jeśli nasz partner rytualnie nie kładzie się spać, dopóki nie pozmywa i nie ułoży wszystkich naczyń. Wreszcie, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, ważne jest nauczenie perfekcjonisty, jak się bawić i relaksować.

Poza tym warto wzmacniać sukcesy partnera, doceniać je (pamiętając, że przejaskrawiony  entuzjazm wzbudzi podejrzenia o nieszczerość), okazywać wiarę i zaufanie w zdolności perfekcjonisty. Można też stać się „wzorem niedoskonałości”, pokazać partnerowi, jak my sami zmagamy się z własnymi niedoskonałościami, błędami, porażkami.

Terapia da prawo do błędów

Czy partner perfekcjonista będzie w stanie naprawdę się odsłonić, pokazać swoje lęki, słabości? W bliskiej relacji, w której istnieje akceptacja i wzajemne wsparcie, jak najbardziej. Chociaż z jego punktu widzenia każda sytuacja obnażająca własną niedoskonałość czy popełniane błędy (prawdziwe lub tylko rzekome) będzie trudna.

Dobrym rozwiązaniem jest skorzystanie z pomocy psychoterapeuty. Znamienne jest to, że perfekcjoniści najczęściej nie trafiają na terapię z powodu swojego perfekcjonizmu, ale w związku z szeregiem innych problemów, w których perfekcjonizm ma swój udział, takich jak: depresja, zaburzenia odżywiania czy zaburzenia lękowe. Do przyjrzenia się sobie skłania niekiedy partner: bo w związku dzieje się gorzej, bo perfekcjonista nosi w sobie nieustanne poczucie winy wobec drugiej strony, bo oboje mają poczucie niespełniania oczekiwań w relacji.

Kamieniem milowym w terapii jest powiązanie perfekcjonistycznych cech z aktualnymi problemami, które pojawiają się w jego życiu, związku. Dostrzeżenie tej zależności jest niekiedy bardzo trudne. Trzeba sobie najpierw uświadomić, że cechy, które w sobie cenimy (a niekiedy też ceni je otoczenie), są zarazem źródłem problemów, powodują konflikty i negatywne konsekwencje dla nas samych, np. dyskomfort, niską samoocenę, zmęczenie). To takie mocowanie się ze sobą, ale warto je przejść, by poprawić jakość życia – swojego i partnera.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia. 

Artykuł archiwalny. 

  1. Psychologia

Nadgorliwe i zbyt dokładne - jak pomóc dziecku, które za bardzo się stara?

Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Z perfekcjonizmem u dziecka warto rozprawić się za wczasu, zanim zacznie dziecku poważnie utrudniać życie. (fot. iStock)
Skrupulatność, rzetelność, dokładność – to styl pracy z gruntu pozytywny. Ale czy zawsze? W edukacji szkolnej dziecko obarczone nadmiernym perfekcjonizmem, nazbyt dokładne, a nawet nazbyt rzetelne, nie ma lekkiego życia i wymaga solidnego wsparcia domu i szkoły.

Przed dzieckiem, które zaczyna edukację, stawia się wiele rozmaitych zadań. Jednym z nich jest praca w określonym tempie. Gotowość szkolna dziecka to nie tylko dojrzałość inteligencji, poziom abstrakcyjnego myślenia, zasób słownictwa, ale właśnie wykonywanie zadań w określonym czasie. Z tym nasze dzieci mają ogromy problem.

Jeśli twoje dziecko ma problem nadmiernie perfekcyjnego wykonywania poleceń w szkole, postaraj się mu pomóc. W jaki sposób?

1. Przede wszystkim nie prowokuj

•    Nie nagradzaj za perfekcjonizm. Nie zachwycaj się, że pięknie wykonał kolorowankę, nad którą siedział cztery godziny. •    Nie opowiadaj, że najbardziej cenisz prace staranne. Takie uwagi są wskazane tylko dla niektórych dzieci – bałaganiarzy, rozproszonych i chaotycznych; małemu perfekcjoniście wyrządzą tylko krzywdę. •    Zapytaj swoich znajomych i rodzinę, czy ty jesteś perfekcjonistką. Jeśli tak, nie wymagaj od dziecka tego, czego wymagasz od siebie.

2. Zdiagnozuj problem

Najważniejsze to poznać przyczynę – odkryć, co składnia twoje dziecko do poświęcania się, żeby dopracować szczegóły. Etiologia tego zjawiska może być różna i często pozornie zupełnie niezwiązana z tym, co określmy dziecięcym perfekcjonizmem.

Obserwuj życie towarzyskie swojego dziecka. Czy ono jest lubiane? Czy ma kolegów? Tylko pozornie perfekcjonizm i popularność nie mają ze sobą nic wspólnego. W rzeczywistości dzieci nadmiernie skrupulatne często są samotne, czują się odtrącone i perfekcjonizmem rozładowują wynikającą z tego frustrację. Perfekcjonizm pozwala również dzieciom odrzuconym unikać kontaktu z rówieśnikami.

Dzieci popularne towarzysko nie popadają w przesadny perfekcjonizm, bo szkoda im na to czasu.

3. Pomóż, ale mądrze

To będzie bardzo trudne, ale nie pomagaj mu w wykonywaniu prac domowych. Trzymaj się z daleka od jego zeszytów. Uważaj, byś nie wpadła w pułapkę rodziców małego perfekcjonisty: „Jak mam mu nie pomagać, skoro on sam z niczym nie może zdążyć?”. Właśnie niech ma niezrobione, niech nauczycielka zobaczy, że tempo pracy klasy przekracza możliwości twojego dziecka. Jeśli ty będziesz kończyła za dziecko, nauczycielka będzie myślała, że twoje dziecko nie ma problemów z tempem pracy. Jeśli masz wątpliwości co do słuszności tej strategii, zadaj nauczycielce pytania: „Skoro on nie daje rady, to czy ja mam to za niego robić?”.

W domu koniecznie wyznacz dziecku obowiązki. Podlewanie kwiatów, ścieranie kurzy, odkurzanie, nakrywanie do stołu – to zajęcia wspaniale rozładowujące napięcie, wykształcające sprawność motoryczną. Pamiętaj też, że w przypadku dzieci starszych perfekcjonizm może być ucieczką od obowiązków: „Jak mam ci pomóc, skoro jeszcze nie dokończyłem pracy domowej?”.

Egzekwuj obowiązki domowe właśnie u dziecka, które ma problem z pracą w tempie, nie zwalniaj z prac domowych tylko dlatego, że ono pracuje wolno.
Mały perfekcjonista potrzebuje też ćwiczeń ukierunkowanych na usprawnienie motoryki drobnej. Ciastolina, plastelina, masa solna, szycie, wszelkie nawlekania przedmiotów drobnych na drucik czy igłę, układanie puzzli, majsterkowanie, a nade wszystko prace kuchenne. Jedno samodzielne obranie marchewki zastępuje kilka godzin rysowania szlaczków.

Zadbaj o jego dłonie. Dzieci mają coraz mniej okazji do wypracowania koordynacji ruchów. Nie skupiaj się na tym, żeby dokończyło. Wręcz przeciwnie – postaw na sport. Wszelkie gry z piłką znakomicie rozwijają dzieci ruchowo.

W domu wciąż wymyślaj zabawy na czas. Kto szybciej założy buty, kto szybciej zbiegnie na dół, kto szybciej zmieni powłoczkę na jaśku. Nie mów dziecku, czemu to służy, ale pamiętaj, że w ten sposób dyskretnie wysyłasz dziecku informację, że czas jest równie ważny jak styl wykonania zadania.

4. Poszukaj pomocy

Nie ukrywaj przed szkołą tego problemu, nie maskuj go. Obowiązkowo poinformuj nauczycielkę, że twoje dziecko nie może nadążyć z wykonywaniem poleceń, bo skupia się na idealnym wykonaniu graficznym. Pokaż zeszyty z niekończonymi pracami. Zapytaj, jak ona chce rozwiązać ten problem. Czasem wystarczy tylko pół linijki szlaczka (zamiast całej) i perfekcjonista wykona zadanie równo z innymi dziećmi.

Poproś nauczycielkę, żeby nie szafowała poleceniem „dokończyć w domu”; brzmi ono niewinnie, a twojemu dziecku zabiera trzy godziny dzieciństwa. Ustal, żeby nagradzała twoje dziecko za zadania o innym charakterze niż te, w których istotą jest perfekcyjne wykonanie.

Dowiedz się od pani, w czym twoje dziecko jest dobre. Jeśli tylko w dokładności, masz odpowiedź, dlaczego na tym się skupia – perfekcjonizm chroni je przed wykonywaniem zadań, w których nie czuje się pewnie. Być może słabo liczy, ma problemy z czytaniem, nie rozumie poleceń…

5. W ostateczności… poproś o radę psychologa

Jeśli twoje dziecko nie chce podejmować żadnych innych zadań poza ponadprzeciętnym wykonywaniem prostych, ale żmudnych zadań, skonsultuj się z psychologiem. Nie popadaj od razu w przerażenie, że to cechy autyzmu wczesnodziecięcego. Tak nie musi być. Pamiętaj, że strach przed kolegami, matematyką, czy nawet czytaniem na głos, może przyjąć formę ucieczki w perfekcjonizm.