1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Smutek czy nostalgia? - Jesień to najlepszy czas na przeżywanie trudnych emocji

Smutek czy nostalgia? - Jesień to najlepszy czas na przeżywanie trudnych emocji

Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jeśli pojawia się w twojej głowie myśl o ucieczce od jesiennej szarugi, choćby do ciepłych krajów, najpierw zadaj sobie pytanie: jakiej emocji chcę uniknąć?

Jesienny czas sprzyja zatrzymaniu, często też rezonuje w nas smutkiem i nostalgią. To piękny moment na to, żeby zrobić sobie pyszną herbatę, wziąć ciepłą kąpiel, otulić się kocem i wyjść na spotkanie z emocjami. Bowiem poczucie bezsensu i apatia, które często dopadają nas jesienią, pojawiają się wtedy, kiedy zamykamy się na doświadczenie całego spektrum odczuć. Co wówczas się dzieje? Niechciane emocje zatrzymują się w nas i jak brudna woda zanieczyszczają całe życie.

Emocje, które uznajemy za trudne, jak: smutek, złość, żal lub lęk, chcą tak naprawdę, abyśmy przyznali się do nich. Jeśli doświadczamy jakiegoś uczucia, ale nie akceptujemy go, to właściwie nie przyznajemy się do jakiejś części siebie. Niewiele osób ma świadomość, że kiedy blokujemy odczuwanie choćby jednej emocji, to stopniowo zamykamy się na odczuwanie w ogóle, a wtedy bardzo łatwo tracimy orientację, co dla nas jest dobre. Oddajemy swoje życie w ręce mentorów, doradców życiowych, ogólnie mówiąc – wiedzy zewnętrznej. Wówczas istnieje duże prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie zaczniemy odczuwać zagubienie, bowiem to właśnie uczucia, takie jak ekscytacja i fascynacja, podpowiadają nam, która ścieżka jest właściwa. Ludzie, którzy zamknęli się na emocje, nie mają dostępu do tej skarbnicy wiedzy.

Co złe to nie moje

W jaki sposób ocenić, czy dajemy sobie prawo do emocji? Jeśli na przykład nie chcemy przyznać się do tego, że odczuwamy złość, zaczną pojawiać się wokół nas ludzie, którzy zwyczajnie będą wywoływać w nas wzburzenie, bowiem to, co wypieramy, domaga się zawsze akceptacji i zauważenia. Kolejny etap można poznać po tym, że ludzie mówią: „ja nie czuję złości”, co oznacza: „zamknąłem się na wszystkich ludzi, którzy ją wywołują”, ale też, że wkrótce zamknę się na odczuwanie w ogóle. Taki stan nazywany jest powszechnie depresją i charakteryzuje się obniżeniem nastroju, utratą zainteresowań oraz brakiem zdolności do odczuwania przyjemności. Dlatego warto przyjrzeć się, jak to jest w moim życiu z odczuwaniem. Czy uciekam od niektórych emocji, czy raczej daję im przestrzeń w swoim ciele? Powodem, dla którego często odrzucamy niektóre uczucia, są oczywiście schematy myślowe, w jakich dorastaliśmy.

To, czego doświadczamy, możemy oceniać czasami jako wysoce niemoralne, wówczas zaprzeczamy temu, co czujemy, i w konsekwencji potępiamy tę część siebie. Tymczasem paradoks w pracy nad emocjami polega na tym, że zaakceptowane uczucia zamiast nas niszczyć i osłabiać, zaczynają nam służyć. Złość, której damy przestrzeń, transformuje się w energię seksualną, agresja zamienia się w wewnętrzną moc, lęk w radość, smutek zaczyna budzić zmysły, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu. To nie emocje są złe, to nasza ocena sprawia, że nie współpracują z nami.

Emocje zapisane w ciele

Uczucia mają swoją cielesną rzeczywistość. Jeśli na przykład odczuwamy smutek, może on pojawić się jako napięcie w klatce piersiowej lub w ramionach, złości możemy doświadczać jako ściśnięcie w brzuchu, rękach lub w szczęce – u każdego dana emocja może być zapisana w innym miejscu w ciele, może przejawiać się jako napięcie, ściśnięcie, skręcenie lub zdławienie.

Te, z którymi nie poradziliśmy sobie w dzieciństwie, czekają na moment, kiedy będziemy gotowi je odczuć. Drogowskazem może być każdy symptom z ciała.

Często na warsztatach słyszę pytanie: „Czy mam wyrazić swoją złość i powybijać szyby w tej sali?”. To, co proponuję, to przeniesienie uważności w to miejsce, oddychanie nim przy jednoczesnym rozluźnianiu ciała, bycie z blokadą lub bólem, który odczuwamy – jeśli uda ci się utrzymać kontakt z pojawiającą się emocją, poczujesz wyraźnie, jak ona ulega rozpuszczeniu. Metoda, którą ja stosuję, nie polega na wizualizacji zniknięcia, zniknięcie odbywa się poprzez akceptację. To tak, jakby to miejsce poprzez napięcie domagało się uwagi, a kiedy ją dostaje, uspokaja się. Zaskakujący jest fakt, że emocje, które świadomie odczuwamy w ciele, przestają nad nami panować.

Kiedyś pracowałam z osobą, która czuła ogromny ból i ściśnięcie w brzuchu. Kiedy przeniosła świadomość w to miejsce, pojawiła się silna agresja. Poprosiłam ją, aby pozwoliła sobie na pełne odczuwanie, ale jej wewnętrzny głos powstrzymywał ją. Po chwili jednak znowu skupiła swoją uwagę na tym uczuciu. Zrozumiałam, że agresja, którą czuła, dawała jej przyjemność i dopiero prawda, na którą się odważyła, sprawiła, że ściśnięcie w brzuchu zniknęło, a w zamian pojawiła się, jak to sama określiła, wibrująca, przyjemna świetlista energia. Ból już nigdy nie powrócił. Bo prawda, nawet jeśli początkowo jest trudna, zawsze prowadzi do wolności.

Jesteśmy istotami zdolnymi odczuwać wszystkie emocje, dlatego bądźmy dla siebie dobrzy w te jesienne wieczory, nie odrzucajmy tego, kim jesteśmy, bo nigdy nie doświadczymy swojej potęgi i swojego piękna, które każdego dnia czekają na objawienie.

Dorota Hołówka: psycholożka, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dziecko - najlepszy nauczyciel od wypartych uczuć i emocji

Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Dzieci pokazują nam to, co wyparliśmy w procesie uspołeczniania. Najczęściej jest to złość, ale też smutek, żal, poczucie winy, spontaniczność. Dlatego warto potraktować je jako naszych najlepszych nauczycieli.

Kiedy przychodzi do mnie matka, twierdząc, że ma problem z własnym dzieckiem, wówczas daję jej kilka zaleceń: „Po pierwsze, napisz na kartce, jakich rad udzieliłabyś swojemu dziecku, co byś w nim zmieniła, a potem przeczytaj wszystko na głos, najlepiej przed lustrem. Następnie wprowadź te zmiany w swoje życie i obserwuj, jak dokonuje się cudowne uzdrowienie twojego dziecka. Po drugie, opowiedz komuś bliskiemu na głos, jak postrzegasz swoje dziecko, zrób to szczerze, opisz rzeczy, z których jesteś dumna, ale też zachowania lub cechy charakteru, które cię niepokoją. Kiedy będziesz opowiadała, bądź świadoma, że każde z wypowiedzianych zdań jest częścią ciebie”.

Z moich długoletnich i wnikliwych obserwacji jasno wynika, że dzieci są papierkiem lakmusowym nas samych. Sposób, w jaki do nich mówimy, pokazuje tak naprawdę nasz wewnętrzny dialog, który z czasem staje się również dialogiem wewnętrznym naszych pociech. Ich zachowania odzwierciedlają wprost nasze emocje. Dlatego jeśli widzimy, że dziecko jest niespokojne, to zamiast je uspokajać, krzyczeć, upominać – warto skontaktować się z własnymi emocjami, bowiem dzieciaki stanowią swoiste odbicie tego, co dzieje się w nas samych. Kiedy my się wyciszymy, w efekcie dziecko zarezonuje spokojem.

To, czego nie chcemy widzieć

Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna, który był bardzo zmartwiony negatywnym nastawieniem swojego dziecka. Zapytałam, kiedy ostatnio doświadczył trudnych emocji, i jak by je opisał. Nie potrafił powiedzieć. Stwierdził, że jeśli dzieje się w jego życiu coś trudnego, skupia się na rozwiązaniu problemu. Oczywiście w takim podejściu nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że mężczyzna ten nauczony został całkowitego wypierania trudnych emocji. Niestety, to, co odtrącamy, zawsze upomina się o siebie i to właśnie najczęściej dzieci pokazują nam to, czego nie chcemy widzieć.

Mężczyzna wraz ze swoją żoną rozpoczął świadomą pracę nad zatrzymywaniem się na negatywnych emocjach – nie po to, aby rozpamiętywać to, co trudne, ale po to, żeby przyznać, że istnieją uczucia, które sprawiają dyskomfort i ból. Paradoksalnie przyznanie się do odczuwania trudnych emocji uwalnia nas od nich, i tym samym uwalnia nasze dzieci. Energię, którą poświęcaliśmy na utrzymywanie ich w nieświadomości, możemy spożytkować na kreowanie radosnego życia, w którym doświadczamy całego spektrum uczuć.

To, przed czym się bronimy

Kiedy postanawiamy, że nie chcemy być więcej ofiarą, ponieważ w dzieciństwie doświadczyliśmy cierpienia, zaczynamy zwykle wchodzić w rolę kata, w konsekwencji nasze dziecko najczęściej przejmuje rolę ofiary, pokazując nam to, z czym nie chcemy się skonfrontować. I przeciwnie – kiedy sami zachowujemy się jak ofiara, nasze dziecko zaczyna przypominać kata. Zjawisko to można zaobserwować w przyrodzie. Wielu opiekunów drapieżnych zwierząt opisuje to niezwykłe doświadczenie, że gdy uciekasz przed tygrysem, to on cię goni, a kiedy zaczynasz biec w jego kierunku – ucieka. Natomiast kiedy się zatrzymujesz i kierujesz życzliwe emocje ku zwierzęciu, ono zaczyna bawić się z tobą i do momentu, w którym nie czujesz lęku, jesteś całkowicie bezpieczna, nawet jeśli tygrys jest głodny.

Podobnie jest z dzieckiem. Jeśli mamy kontakt z własnymi emocjami, wówczas maluch otwiera swoje serce nie tylko na nas, ale na wszystkie przejawy życia. Dziecko, które przebywa w towarzystwie rozluźnionego rodzica, nie jest w stanie być „niegrzeczne”.

To, czego możemy się nauczyć

Zaobserwowałam, że nasze dzieci widzimy przez pryzmat nas samych, własnych nawyków, wzorców, które ukształtowała przeszłość. Wśród psychologów słynne jest powiedzenie, że jesteśmy sumą naszych przekonań. Kiedy rozwijamy się, zaczynamy proces podważania tego, co wydawało się wyrocznią. W niewytłumaczalny sposób dzieci zaczynają dostosowywać się do naszych nowych przekonań – tak jakbyśmy naszymi myślami tworzyli dziecko. Oczywiście, nie ma jednoznacznych badań naukowych potwierdzających to zjawisko. Jednak wnikliwy obserwator bez zbytecznych psychologicznych kwalifikacji może doświadczyć tego, o czym piszę, dlatego zachęcam do otwarcia się na to doświadczenie. Daje ono poczucie ogromnej sprawczości, które potem można z powodzeniem przełożyć na inne dziedziny życia.

Dzieci, oprócz tego, że pokazują nam to, czego nie akceptujemy w sobie, są skarbnicą wiedzy i dają nam odpowiedzi na trudne pytania. W związku z tym, że ich umysły nie są jeszcze przesiąknięte szkolną wiedzą, mają ogromny dostęp do intuicji. Wiedza szkolna wbrew pozorom w bardzo dużym stopniu ogranicza nasze horyzonty. Problem polega na tym, że dorośli nie biorą na poważnie dziecięcych rad. W związku z tym, że dzieci często posługują się metaforą, dorośli traktują ich słowa jako fantazję, a to wielki błąd. Dlatego zachęcam do uważnego słuchania naszych pociech i szacunku do ich mądrości, która pochodzi prosto z serca.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Psychologia

Bez zobowiązań, czyli syndrom królowej śniegu

Życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi. (Fot. iStock)
Życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi. (Fot. iStock)
Zamyka się w swoim zamku i delektuje spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Pozornym, bo życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi.

Każdy z nas chce czasem pobyć sam. Potrzeba samotności jest naturalna. Systemy religijne i filozoficzne wszystkich czasów podkreślają konieczność czasowej izolacji. Bowiem tylko w kontakcie ze sobą, można siebie poznać. Jest to nieodzowny element rozwoju osobistego. Bywa jednak, że przebywanie z innymi ludźmi staje się dolegliwością nie do zniesienia, a samotność okazuje się jedynym sposobem na przetrwanie. Mowa wówczas o neurotycznej izolacji.  Jak ten stan rozpoznać, co powinno nas zaalarmować?

Dystans i obojętność

Najbardziej symptomatyczne jest stopniowe odsuwanie się od ludzi i wyobcowanie wobec własnego „ja”. Przejawia się to w obojętności na wszelkie doświadczenia emocjonalne, niepewność co do tego, kim się jest, co się kocha, czego nienawidzi, czego pragnie, czego się obawia, co się darzy niechęcią i w co się wierzy. Według Karen Horney, lekarki psychiatry i psychoanalityczki niemieckiej, takie wyobcowanie występuje w nerwicy. Neurotycy mogą pracować i funkcjonować, ale wewnątrz są martwi. Osoby, które izolują się, obserwują siebie i swoje życie z obojętnością. Mogą być świadome procesów, które dotyczą ich psychiki. Jednak dojrzałe wchodzenie w relacje, w których zazwyczaj się negocjuje, stawia warunki, wypracowuje kompromisy, jest dla nich trudne. Pojawia się potrzeba dystansu emocjonalnego z innymi ludźmi. A co za tym idzie nie angażowanie się ani w miłość, ani w walkę, ani we współzawodnictwo czy współpracę. Gdy świat wkracza w ich życie, reagują lękiem.

Nie przeszkadzać

Osoby o silnej potrzebie izolowania się od świata można porównywać do Królowej Śniegu. Samowystarczalna i zaradna. Potrafi ograniczać własne potrzeby, by nie przywiązywać się do niczego i nikogo. Bo jeśli ktoś lub coś stanie się niezbędne, nie można zachować bezpiecznej rezerwy. Królowa Śniegu może w miarę dobrze funkcjonować wśród ludzi, pod warunkiem że nie wiąże się to z żadnymi zobowiązaniami. Z tych samych powodów unika prestiżu i sukcesu. Założy własną firmę, będzie freelancerką, oby tylko nie wikłać się w międzyludzkie zależności. Jest skłonna ograniczać potrzeby życia codziennego, by nie poświęcać zbyt dużo czasu i energii na zarabianie pieniędzy. Angażuje się w samorozwój, zdobywając wiedzę z tutoriali, oby tylko nie prosić nikogo o pomoc.

Jest jak hotelowy gość, który wywiesza na klamce kartkę „Nie przeszkadzać”.

Neurotyczna potrzeba niezależności bywa kompulsywna. Objawia się przewrażliwieniem na wszystko, co w jakikolwiek sposób wiąże się z przymusem. Królowa Śniegu może nadmiernie reagować na ucisk paska, kołnierzyka czy butów. Może bać się tłumu, mieć klaustrofobię w windach i tunelach. Unikać podpisywania długoterminowych kontraktów czy umów. Małżeństwo jest dla Królowej Śniegu ryzykiem, bo kojarzy się ze zniewoleniem. Może też mieć kłopoty z punktualnością, bo to rodzaj przymuszania się do jakichś reguł. Niechętnie odnosi się do konieczności podporządkowania się powszechnie akceptowanym normom wychowania czy tradycyjnym wartościom. Nawet, gdy nie kontestuje ich otwarcie, tli się w niej ogień buntu.

Krótka odwilż

Królowa Śniegu ma poczucie własnej siły, zaradności, jest świadoma swojej inności. Bywa wyniosła i niedostępna. Do czasu, gdy samotność zaczyna zbyt ciążyć. Wtedy pojawia się lęk, przejawiający się potrzebą bliskości. Królowa Śniegu wówczas „topi się”, robi wszystko, by być kochaną. Jednak gdy tylko poczuje się silniejsza, wraca do stanu emocjonalnej izolacji. Na nowo mrozi wzrokiem i dotykiem. Broni się przed wtrącaniem się w swoje życie, znów ustanawia sztywne granice. I co najważniejsze - odrzuca uczucia innych ludzi. Jest zdolna jedynie do wchodzenia w krótkotrwałe związki emocjonalne, albo takie w których może pojawiać się i znikać.

  1. Psychologia

Wpółczucie - bezpieczne schronienie dla nas wszystkich

Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. (Fot. iStock)
Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. (Fot. iStock)
Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Gdy dotykamy tych wrażliwych miejsc, pozwalamy tym samym, aby przepełniło nas współczucie. A wtedy czujemy się mocni, łagodni i niezniszczalni.

Współczucie jest czymś najpiękniejszym i najcenniejszym, mówią ci z nas, którzy znają już jego siłę. Jest lekarstwem. Odkrycia neurobiologów i neuropsychologów wskazują na to, że współczujące serce jest najważniejszym składnikiem zdrowia psychicznego; łagodzi stany depresyjne, podnosi poziom energii życiowej, kontaktuje nas z wewnętrznym spokojem i poczuciem własnej wartości. Im częściej współczucie odczuwamy, tym bardziej umacniamy naszą zdolność pokonywania trudności i przekształcania ich w pozytywne działania. Doświadczamy wewnętrznej wolności i radosnego uniesienia, a to sprawia, że możemy się rozluźnić i głęboko odpocząć. Współdziałanie z innymi w przepływie ciepła i współczucia czyni nasze życie szczęśliwym i spełnionym, a także – co ważne – radykalnie je wydłuża.

Współczucie jest najistotniejszym czynnikiem w każdym ludzkim działaniu. Wschodnie przysłowie mówi, że skuteczność leczenia zależy od serdeczności i współczucia lekarza. I odwrotnie: każde działanie pozbawione życzliwości i współczucia może stać się niebezpieczne.

Wydaje się jednak, że nie za bardzo współczuciu ufamy. Nie wiemy, czym w istocie jest. Współczucie to nie litość. Kiedy mówimy o współczuciu, mamy na ogół na myśli pomaganie tym, którzy mieli mniej szczęścia od nas; powinniśmy wspierać tych wszystkich biedaków, którzy nie mają takiego wykształcenia jak my, zdrowia czy talentów. Nie ma tu partnerstwa. Jest wyższość, poczucie bycia lepszym. I nawet jeśli intencje są najlepsze, to raczej poniżanie kogoś niż wzmacnianie. Współczucie nie jest relacją biednego cierpiącego i litościwego pocieszyciela. To partnerski kontakt między równymi sobie. Podstawowe znaczenie słowa „współczucie” to „czuć z…”. Uświadomienie sobie, że to, co czuję ja, czujesz również ty. To, co rani ciebie, rani również mnie. Wszyscy pragniemy tego samego; chcemy doświadczać pełni, bezpieczeństwa i szczęścia, lękamy się cierpienia, bólu oraz śmierci i chcielibyśmy się od nich uwolnić.

Współczucie wywodzi się z serca, z życzliwości, akceptacji i szacunku. To pragnienie ulżenia innym – tak jak sobie – w cierpieniu. To niejako wzięcie w nawias oceniającego, osądzającego i krytycznego umysłu i danie pierwszeństwa sercu. Czujemy się szczęśliwi, gdy jesteśmy traktowani ze współczuciem i miłością. Inni także czują się dobrze, gdy okazujemy im ciepło i współczucie. Tak się dzieje, ponieważ współczujące serce to nasz dom, do którego pragniemy powrócić, prawdziwa wartość życia. Bez kontaktu z tą jakością, z głęboką wrażliwością na uczucia innych odczuwamy istotny brak. Kiedy blokujemy współczucie, czujemy się mali, bezbronni i pełni lęku.

Z natury jesteśmy łagodni i współczujący. I silni. Najczęściej jednak nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet budowa naszych ciał kształtująca współczujące i łagodne usposobienie jest pokrewna tym gatunkom ssaków, które prowadzą spokojny, pokojowy tryb życia. Nasze ręce ukształtowane są w sposób sprzyjający bardziej obejmowaniu niż uderzaniu; nie mamy szponów, pazurów i zębów do rozszarpywania. Gdyby nasze dłonie były przeznaczone do zadawania ciosów, nie potrzebowalibyśmy tak pięknych palców!

Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. Prawdziwa komunikacja płynąca z serca do serca oznacza otwarcie na innych, ale przede wszystkim otwarcie na siebie; pozwalamy sobie czuć to, co czujemy, niczego nie tłumiąc. Możemy to zrobić jedynie w otwartej, wolnej od wartościowania przestrzeni. Nie będąc uwikłani we własną wersję rzeczywistości, możemy ujrzeć, usłyszeć i odczuć, kim są inni.

To, co odrzucamy w świecie zewnętrznym, jest jednocześnie tym, co odrzucamy w sobie. I odwrotnie: w innych nienawidzimy tego, czego nienawidzimy w sobie. Mamy dla innych tyle współczucia, ile go mamy dla siebie. Dobrze jest więc zacząć od odczuwania współczucia dla odrzuconych, „upośledzonych” aspektów siebie – własnych niedoskonałości, o których nie chcemy wiedzieć. W miarę jak wzrasta w nas współczucie dla siebie samych, obejmujemy uwagą, świadomością i współczuciem wszystkich wokół.

Dopuszczając ból, dostrzegamy niechęć i uprzedzenia. I mamy wybór: możemy się wycofać, ale możemy też zrobić coś nieoczekiwanego – spróbować współczuć. Wtedy pomału, stopniowo rozpuszczamy kolejne warstwy lęku.

Mieszkając w mieście, żyjemy obok tysięcy ludzi, których codziennie ignorujemy. Jesteśmy obojętni i pełni lęku wobec wielu z nich. A gdybyśmy tak patrząc na innych, pamiętali o tym, co nas łączy – wszyscy mamy ciało, umysł i emocje. Rodzimy się w podobny sposób i w podobny umieramy. Pragniemy szczęścia. Boimy się. Wszyscy mamy to samo w głowie. Gdybyśmy pamiętali, że religia, kultura czy kolor skóry to drugorzędne różnice. Gdybyśmy wiedzieli, że w innych spotykamy siebie.

Możemy uczyć się pobudzać współczucie. Możemy na przykład postawić się na miejscu drugiej osoby i spojrzeć z jej perspektywy, wejść w jej skórę. Najczęściej inni nie chcą nam zrobić krzywdy, próbują po prostu złagodzić własny ból lub lęk. Jeśli wyrządzają krzywdę, robią tak, ponieważ nie czują się bezpieczni czy szczęśliwi. Boją się. A my wiemy, co to lęk.

Na przykład jadąc windą z nieznajomą, możemy pomyśleć: „Ona podobnie jak ja boryka się w życiu ze stresem, ma problemy”. Za sprawą naszych nadziei i lęków, radości i cierpienia jesteśmy ze sobą wzajemnie głęboko powiązane. Możemy podejmować tę praktykę podczas śniadania z najbliższymi, na dworcu autobusowym, w poczekalni do lekarza. Czytając w gazecie o kimś, kto miał wypadek samochodowy, możemy wzbudzić w sobie współczucie dla tej osoby i dla jej rodziny, jak gdyby byli naszymi przyjaciółmi. Możemy wzbudzić w sobie współczucie także wobec kogoś, kto dopuścił się przemocy. To trudne, jednak nie jest niemożliwe. Przestajemy wówczas postrzegać siebie jako oddzielonych od innych; poczucie izolacji zmniejsza się, a my się wzmacniamy.

Nie chodzi o to, byśmy uginali się pod ciężarem cierpienia. Możemy wejść w kontakt z głębokim, szczerym współczuciem, nie tonąc w bólu. Możemy być świadomi, że jest przestrzeń o wiele, wiele większa niż ból; i „oprzeć się” na niej. Oczywiście, świadomość, że ktoś, o kogo się troszczymy, przeżywa ból, może złamać nasze serce. Ale złamane serce jest sercem otwartym. Każde bolesne przeżycie to szansa, aby popłynęły przez nas miłość i współczucie.

Żyjemy na jednej planecie. Jesteśmy ze sobą połączeni. Gdy rozwijamy współczucie, staje się jasne, że wszystko, co robimy dla innych, robimy też dla siebie i na odwrót. Gdy z głębi serca życzymy wszystkim – wszystkim! – szczęścia, uwalniamy się z więzów obojętności i wyobcowania, stajemy się spokojniejsi, bardziej skoncentrowani i uważni; mocniejsi, oddani sobie nawzajem. Tworzymy przyczyny i warunki dla wspólnego szczęścia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali żadnych praw, armii, policji czy bomb. Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Gdy dotykamy tych wrażliwych miejsc, pozwalamy tym samym, aby przepełniło nas współczucie; bezpieczne schronienie dla nas wszystkich.

Korzystałam z książek: Pemy Cziedryn – „Mądrość nieuciekania”, „Miejsca, które budzą lęk”, „Kiedy życie nas przerasta”; Dalajlamy – „Moc współczucia”; dr. Davida R. Hamiltona – „Zaraźliwa moc myślenia” i „Uzdrawianie ciała za pomocą umysłu”.

  1. Psychologia

Syndrom SAD, pandemia, lęk – jak zadbać o zdrowie psychiczne? Rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Szostak

Czekając na powrót do świata sprzed pandemii stosujemy mechanizm wyparcia. Nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. (Fot. iStock)
Czekając na powrót do świata sprzed pandemii stosujemy mechanizm wyparcia. Nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. (Fot. iStock)
Większość osób skarży się na spadek formy, doświadcza przewlekłego stresu. Nie zdążyli odreagować pierwszej fali pandemii, a już mamy kolejną. Wyczerpanych baterii nie udało się dobrze naładować. Jak sobie radzić z ciągłym poczuciem niepewności, i przewlekłym napięciem wyjaśnia Katarzyna Szostak, psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP.

Syndrom SAD, związany z okresem jesienno-zimowym, jest tym razem spotęgowany przez sytuację związaną z pandemią. Krótkie dni, brak słońca, niepewność w związku z sytuacją na rynku, a do tego lęk i frustracja. Co psychologowie mówią ludziom w tej sytuacji? „To jest ok, że nie ma się siły”, „Wyobrażam sobie, jak musi być Ci trudno z takimi objawami”, „To ludzkie, że czujesz lęk w tej sytuacji”, „To zrozumiałe, że ograniczenia Cię frustrują”, czyli staram się uprawomocnić uczucia i emocje, zaakceptować je, znormalizować. Staram się też zainspirować do szukania sposobów radzenia sobie z sytuacją. W zależności od tego, z czym mu jest trudno, szukamy metod ukajania, motywowania, uspokajania siebie albo też pracujemy nad akceptacją tego, na co nie ma wpływu.

Media piszą o tym, jak bardzo zwiększyło się zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną w związku z pandemią. Z czym najczęściej ludzie sobie nie radzą? Dla wielu moich klientów największą trudnością jest akceptacja ograniczeń, jakie stawia przed nami pandemia oraz lęk przed utartą dotychczasowego statusu quo, przed obniżeniem jakości życia. Wielu z nich przewiduje kryzys gospodarczy i lęka się utraty pracy lub obniżenia wynagrodzenia w nadchodzącym czasie. Utrzymujące się od tylu już miesięcy - frustracja, obniżenie poczucia braku bezpieczeństwa i brak przewidywalności - skutkują nasileniem objawów z grupy zaburzeń lękowych i depresyjnych.

Ci, którzy mają rodziny (choć dotyczy to również singli) często zgłaszają rosnącą trudność z radzeniem sobie ze złością, którą zdarza im się odreagowywać na najbliższych albo z frustracją i/lub lękiem związanymi z obniżeniem jakości wykonywanej przez nich pracy zawodowej. Zauważalny jest również wzrost zapotrzebowania na terapię par. Czas izolacji na wiele związków i rodzin zadziałał jak szkło powiększające, w którym partnerzy zobaczyli siebie nawzajem i łączące ich relacje, ich niedoskonałości, od których w tych okolicznościach trudno jest uciekać w inne aktywności czy relacje. Spędzanie dla wielu z nas tak dużej ilości czasu razem, co jest wręcz nienaturalne, skatalizowało niekorzystne mechanizmy funkcjonowania i przyspieszyło proces psucia związku.

Nie możemy zrealizować wielu podstawowych potrzeb, które były dla nas rodzajem „pocieszyciela” o tej porze roku: pójść na fitness, na jogę, na salsę, spotkać się z grupą przyjaciół, zjeść coś na mieście, pójść na koncert, wyjechać na weekend. Co z tym zrobić? Wyzbyć się, jak radzi wielu mędrców, większości potrzeb? Wychodzi na to, że musimy całkowicie zmienić podejście do życia… W zamian możemy zrobić wiele rzeczy, na które zawsze brakowało nam czasu, bo lataliśmy po mieście. Wreszcie mogę przeczytać książki, które czekają na nieco więcej wolnego czasu, wreszcie mogę nadrobić zaległości w filmach czy serialach, bez wyrzutów sumienia, że spędzam czas przed telewizorem zamiast wyjść do ludzi, wreszcie mogę nauczyć się szyć na maszynie lub szydełkować.

A zanim wyzbędziemy się potrzeb, można się zastanowić nad innymi sposobami ich realizowania. Zamiast skupiać się na tym, czego nie mogę mieć, spróbujmy przekierować uwagę na to, co jest możliwe i na co mam wpływ. Nie mogę iść na fitness czy jogę, ale mogę odpalić YouTube i poćwiczyć w domu. Może nawet wspólnie z córką lub partnerem. Nie mogę zjeść na mieście, ale mogę rozwinąć w sobie pasję do gotowania, np. zapisać się na kurs online albo zrobić videorozmowę z mamą, która krok po kroku opowie mi o tym, jak zrobić te jej genialne mielone. Mogę też odziać się jedynie w fartuszek i zadbać nie tylko o rozkosz podniebienia, ale i relację z partnerem. Nie mogę wyjechać na weekend, ale mogę wrócić do zdjęć z wyjazdów sprzed lat i wspomnień. Może to być podróż, w którą zaproszę partnera albo dzieciaki (tak, dokładnie jak na początku odcinka w Rodzinka.pl) - jest to okazja nie tylko do odświeżenia uczuć i zbliżenia się do siebie, ale i poznania się lepiej, jeśli zdjęcia zainspirują nas do opowiedzenia historii, o których do tej pory nie mówiliśmy.

Ostatnio czytałam wywiad z terapeutą, o tym, jak duże znaczenie dla naszego zdrowia i samopoczucia ma pielęgnowanie znajomości. I to najlepiej pielęgnować je poprzez osobiste spotkania. Tylko, że obecna sytuacja temu nie sprzyja. Ludzie, „ustawowo” porozdzielani, oddalają się od siebie. Mało tego, zaczynają obawiać się kontaktów z drugim człowiekiem, bo stale towarzyszy im lęk przed chorobą. Rzeczywiście, przyszło nam żyć w czasach, w których wiele rozwiązań „idealnych” nie jest możliwych i pozostaje nam korzystać z tych nieco mniej perfekcyjnych, posiadających ograniczenia i mankamenty. Warto jednak pamiętać, że nie musimy się opierać na dwóch skrajnościach - wszystko (kontakt osobisty w wybranym przez nas miejscu) albo nic (brak kontaktu) - pomiędzy jest całe mnóstwo innych rozwiązań. Również takich, które pozwalają nam pielęgnować relacje i równocześnie zadbać o poczucie bezpieczeństwa oraz ochronę zdrowia.

Mamy mniej sytuacyjnych okazji do spotykania się czy rozmawiania z ludźmi - nie mamy przerw między zajęciami na uczelni czy tych na kawę w pracy, kiedy możemy wymienić kilka zdań czy po prostu pobyć wśród ludzi, rzadziej wpadamy na znajomych na ulicy, unikamy sąsiadów w windzie i spotkań z bliskimi, aby ochronić ich zdrowie. Bycie w kontakcie wymaga od nas nieco więcej wysiłku i wychodzenia z inicjatywą, często kombinowania i kreatywności, pamiętania o znajomych i bliskich oraz zadbania o możliwość rozmowy czy spędzenia czasu razem.

Izolacja społeczna i samotność wpływają na zmniejszenie motywacji do działania, odbierają energię, obniżają empatię, zwiększają podatność na stres, ale też wpływają na obniżenie odporności, pracę mózgu i serca, zwiększając ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego. Warto więc zadbać o relacje i wpisać w swój plan dnia przynajmniej jedną aktywność nastawioną na podtrzymywanie czy pogłębianie relacji.

Tęsknimy też za przytulaniem… Wiele osób ma rodziny, partnerów, ale są i tacy, którzy siedzą sami. Niektórzy, z różnych powodów, dobrze czują się w samotności i nie muszą mocno odczuwać skutków izolacji. W nawiązywaniu i podtrzymywaniu kontaktów bardzo pomaga Internet, różnego rodzaju komunikatory i portale randkowe. Spotkałam się z danymi, mówiącymi, że w ostatnim czasie wzrosła liczba osób korzystających z takich właśnie sposobów na poznanie kogoś nowego. Miesiące letnie, kiedy już troszkę oswoiliśmy sobie pandemię i zmniejszył się lęk przed zachorowaniem oraz nastąpiło zluzowanie obostrzeń, zaowocowały również randkami w realu. Wydaje się, że pomimo znaczącego wzrostu zakażeń w ostatnich tygodniach, wiele osób wciąż decyduje się na wychodzenie z domu i spotkania na żywo. Nie są to takie randki jak rok temu, ale możliwe jest poznawanie nowych osób i wchodzenie w związki.

Nic nie zastąpi kontaktu z drugim człowiekiem, niemniej badania pokazują, że kontakt ze zwierzęciem domowym również znacząco wpływa na obniżenie poziomu kortyzolu (hormonu stresu) i ciśnienia tętniczego. Głaskanie psa wpływa na wzrost poziomu nie tylko oksytocyny (hormon miłości), ale i prolaktyny oraz dopaminy (odpowiadają za odczuwanie przyjemności). Pupil daje nam akceptację, zaangażowanie, oddanie, a także wpływa na zwiększenie małych interakcji społecznych.

Skąd czerpać energię w tym trudnym czasie? A może właśnie pozwolić sobie na to, aby tej energii mieć mniej? Dać sobie prawo do funkcjonowania nieco wolniej, podejmując mniej wysiłku? W połowie marca wszyscy zostaliśmy wprowadzeni w stan mobilizacji do poradzenia sobie z krytyczną sytuacją, to męczy. Ba! Wyczerpuje, zwłaszcza jeśli sytuacja stresowa utrzymuje się przez dłuższy czas. To naturalne, że po tylu miesiącach funkcjonowania w stresie i napięciu przychodzi załamanie możliwości do radzenia sobie na co dzień. Jeśli dodatkowo nałoży się na to sezonowe zaburzenie afektywne, uwarunkowane m.in. indywidualną podatnością i predyspozycjami genetycznymi, nieludzkim wydaje się wymaganie od siebie funkcjonowania na tym samym poziomie energetycznym, co w ubiegłym roku.

W celu zmniejszenia objawów i poprawy nastroju warto postawić na pracę nad obniżeniem stresu. Pomocne będzie przede wszystkim nie branie na siebie zbyt wielu i/lub zbyt trudnych zadań oraz wszelkie ćwiczenia relaksacyjne, praca z myślami w kierunku uspakajania siebie, medytacja, regularne spacery o możliwie najbardziej nasłonecznionej porze dnia, regularne ćwiczenia fizyczne, zdrowa dieta bogata w magnez i witaminy z grupy B, kontakty społeczne.

Jeśli trudno poradzić sobie samemu, warto sięgnąć po pomoc psychoterapeuty, który pomoże w pracy nad akceptacją ograniczeń, jakie stawia przed nami ludzkie ciało - jego możliwości i limitów.

Rozumiem, że psychologowie i terapeuci też mają pewien problem ze „zmianą narzędzi”? Zakładam, że w tak odmiennej sytuacji trzeba zastosować nowe podejście, nowe wskazówki? Zdecydowanie! Przed pandemią wielu terapeutów nie korzystało z pracy przez Internet, niektóre podejścia wręcz nie akceptowały takiej formy pracy. Trudno jednak na tak długi czas przerwać procesy i zostawić Klientów bez pomocy czy samemu być bez pracy zarobkowej. Stanęliśmy przed koniecznością elastycznego zaadaptowania się do sytuacji. Praca online ma swoje ograniczenia (m.in. dystans, konieczność modyfikacji bądź zrezygnowania z niektórych technik terapeutycznych, brak możliwości obserwowania reakcji całego ciała), jednak badania pokazują, że jest równie skuteczna. Z czasem możliwy okazał się powrót do gabinetu, ale praca w maseczce? To wielka strata, kiedy nie możemy widzieć znacznej części twarzy Klienta i on naszej, mimika jest bardzo ważnym środkiem wyrażania empatii.

Wydaje się, że w czasie pandemii każdego z nas w jakimś stopniu dotyka konieczność korzystania z takich właśnie nieidealnych metod i trudność akceptowania ograniczeń, na które nie mamy wpływu. Stajemy przed wyborem możliwie najlepszego z dostępnych rozwiązań (przy znacznie pomniejszonym repertuarze).

Jak długo możemy wytrzymać taki stan i funkcjonować w przewlekłym stresie?  Jakie są koszty przewlekłego stanu zagrożenia… Każdy z nas ma nieco inną odporność na stres. Poziom naszej wrażliwości i sposób reagowania na pojawiające się w życiu zagrożenia jest częściowo dziedziczony, a częściowo kształtuje się w toku życia. Niektóre osoby są więc bardziej skłonne do reagowania lękiem niż inne. Każdy z nas ma też inny próg odporności, w którym stres mobilizujący do działania zmienia się w ten szkodliwy i działający destrukcyjnie.

Stres to z definicji reakcja organizmu na wydarzenia, które zakłócają równowagę, obciążają lub przekraczają nasze zdolności do skutecznego radzenia sobie. Początkowo reagujemy pobudzeniem - staramy się znaleźć rozwiązania, nauczyć się nowych umiejętności, poradzić sobie z sytuacją (faza przystosowania). Jeśli jednak stan zagrożenia utrzymuje się zbyt długo, przechodzimy do fazy wyczerpania zasobów odpornościowych.

Praca polega zatem na znalezieniu metod na radzenie sobie z sytuacją i przywróceniu równowagi. Jeśli sytuacji nie da się zmienić, pozostaje ją zaakceptować. Taka habituacja do stresora, jakim jest wirus, była widoczna po kilku miesiącach pandemii - wiele osób nie bało się już tak bardzo zakażenia na przełomie drugiego i trzeciego kwartału br., pomimo drastycznie zwiększającej się realnej liczby chorych.

Sytuacja jest o tyle trudna, że wirus nie jest jedynym stresorem, z którym musimy sobie poradzić… Większość z nas jest narażona na działanie przynajmniej kilku bardzo silnych czynników stresogennych. To zrozumiałe, że nie zawsze jesteśmy w stanie samodzielnie udźwignąć je wszystkie. Warto wtedy skorzystać z pomocy bliskich, czy profesjonalistów.

Jak ćwiczyć psychiczną elastyczność? Czy istnieje recepta na życie w ciągłym stresie i niepewności? I przy tym jeszcze w ograniczonej przestrzeni! Elastyczność psychologiczna jest silnie związana z umiejętnością bycia tu i teraz, kontaktem ze swoimi emocjami i rzeczywistością, umiejętnością akceptowania jej i elastycznego dopasowania się do niej. Ćwiczyć możemy każdą z tych umiejętności.

Pomocne we wzmacnianiu rezyliencji mogą się okazać: trening akceptacji i zaangażowania (ACT), trening uważności (mindfulness), medytacja. Przydatna jest też umiejętność defuzji, czyli dystansowania się do swoich myśli oraz poszerzania perspektywy, czyli szukania alternatywnych wytłumaczeń, rozwiązań. Warto też trenować tolerancję frustracji, w czym pomagają wszelkie metody relaksacyjne, np. treningi oddechowe czy trening progresywnej relaksacji Jacobsona.

Zanosi się na to, że my już nigdy nie wrócimy do tego, co było. Styl życia będzie zupełnie inny i trzeba się będzie przystosować. Pamiętam rozmowę z terapeutką, która podkreślała, że nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. Jak w takim razie wytworzyć sobie nowy sposób myślenia? Na czym się skupić? Te stare skrypty myślowe kojarzą mi się z walką, aby wszystko wróciło do normy - w takim rozumieniu, aby przywrócić stan sprzed pandemii. A coraz wyraźniej widzimy, że nawet jeśli uda nam się poradzić sobie z wirusem, poprzez szczepienia czy skuteczne metody leczenia, to choćby pod względem gospodarczym czeka nas nowa rzeczywistość. Dużo się mówi o zmianie nawyków zakupowych i roli galerii handlowych w życiu społeczeństwa, a także o rewolucji cyfrowej w miejscach pracy i roli home office w przyszłości.

Czekanie na powrót do świata sprzed pandemii wydaje się być dezadaptacyjne, świadczy bowiem o wyparciu, o braku kontaktu z rzeczywistością. Trudno będzie zaadaptować się do realiów bez ich akceptacji i elastycznego reagowania na nie.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Psychologia

Za co warto pokochać jesień? Pytamy Katarzynę Miller

Jesień może być najradośniejszą porą roku - przekonuje Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jesień może być najradośniejszą porą roku - przekonuje Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Dni coraz krótsze, noce coraz zimniejsze i myśli coraz bardziej posępne… – Nie zgadzam się, by jesień obarczać winą za to, że jest nam smutno – mówi terapeutka Katarzyna Miller i przekonuje tych jeszcze nieprzekonanych, że ta pora może być najradośniejsza w roku.

Uwielbiam jesień! Jej zapach, kolor. To, że przywołuje wspomnienia i to, że skłania mnie do zaczynania od nowa. A jednak nie wiem, czy nie jestem w mniejszości, bo wiele osób tej pory nie lubi. Powiem nawet więcej: uczy nas się tego, żebyśmy się jesienią spodziewali kryzysu...
A ja się nie zgadzam, żeby jesień za każdym razem obarczać winą za to, że jest nam smutno. Niby dlaczego? Ja też uwielbiam jesień!

Za co ją lubisz?
Za to, że jest łagodna i piękna w kolorze niebywale. Lubię ją za to, że ma takie prześwity światła, a jednocześnie niesamowite cienie. Wszystko robi się wtedy uspokojone, bogate, mieszczańskie, wypasione i nabrzmiałe – jabłka, gruchy, dynie, śliwy aż pękają od soków. Lubię ją za to, że jest dojrzała, mądra, spokojna i melancholijna, że narzuca nam pewne spowolnienie – lato się skończyło i ludzie przestają szaleć, za to, tak jak mówisz, chętnie zabierają się do czegoś nowego, uczeni doświadczeniem lat młodości, bo wszak we wrześniu zawsze zaczynała się szkoła. Ale też zaczynał się nowy sezon teatralny, festiwale filmowe i muzyczne, no i ruch w restauracjach. Mam nadzieję, że i w tym roku tak będzie.

Na pewno jesień pasuje osobom, które lubiły szkołę, zwłaszcza jedynakom, stęsknionym za towarzystwem rówieśników.
Ja wprost przepadałam za jesiennym powrotem do szkoły. Tyle sobie trzeba było opowiedzieć, tyle kwestii przedyskutować, przekonać się, czy ten chłopak, co mi się podobał przed wakacjami, wciąż mi się podoba, i czy szkolne przyjaciółki będą ze mną się nadal trzymać. Jesień to był dla mnie zawsze nowy zeszyt, nowy ciuch, nowy rok wręcz. A już o listopadzie to wiersze mogłabym pisać. Szaroperłowy, z gałęziami wreszcie widocznymi na tle nieba po tym całym listowiu, które opadło. Ma w sobie tkliwość, mądrość, filozoficzne zamyślenie i mistycyzm. I ten odurzający zapach ognisk i zbutwiałych liści. Magia.

Mówisz o jesiennym spowolnieniu, niektórych może to wytrącać z rytmu. Dla innych jesień jest właśnie powrotem do lubianej rutyny. Bo to lato wszystko zaburza.
Tak, coś w tym jest. Jesień sprowadza nas z powrotem na ziemię, a jednocześnie kieruje ku sobie. Nie tylko bardziej o siebie dbamy fizycznie – opatulamy się ciepło, wysypiamy, dobrze odżywiamy i robimy zapasy na zimę, ale i psychicznie – czytamy więcej książek, ukulturalniamy się, marzymy, tęsknimy... Jesień to królowa paradoksu – przypomina nam, że wszystko mija i jest nietrwałe, a jednocześnie, że właśnie jest w tym jakaś ciągłość i powtarzalność.

Zatem jakie zapasy zrobić na jesień, by ją dobrze przetrwać?
Przede wszystkim zalecam rozmaite przetwory i naleweczki. Przypomną nam lato, osłodzą mniej wesołe momenty. Przecież w tych słoikach i buteleczkach zamykamy nie tylko smaki i kolory, ale też emocje i chwile. A ponieważ jest to staroświeckie i przywołuje na myśl dawne spiżarnie w dworkach – przypomina nam o naszych korzeniach. Oczywiście nie każdy wywodzi się z dworków, a przeważnie z wiejskich chat, chodzi o samo wspomnienie, że babcia robiła kiszonki jak nikt, a wujek słynął z nalewek z aronii. Jakoś tak nam się robi lepiej na duszy, kiedy mamy świadomość, że jesteśmy oparci o dobrą przeszłość. Poza tym rządkiem ustawione w kredensie słoiczki z konfiturami mówią nam, że jesteśmy zadbani, że ktoś – może nawet my sami – o nas pomyślał. Jest w tym kupa uroku, ale i zabawy. Bo teraz tyle jest wspaniałych pomysłów na to, co można z czym połączyć i zawekować, że normalnie miau...

„Jesienią zawsze myślę o latach tak starych jak te kamienice” – śpiewał Muniek Staszczyk. Ta pora roku jakoś wyjątkowo kieruje nas do przeszłości, może lubią ją ci, którzy w przeszłość patrzą z pogodną nostalgią, a nie lubią ci, którzy mają mniej dobrych rzeczy do wspominania? Wtedy ich bardziej przybija?
Oczywiście możemy rozmawiać o tym, co w ludziach jest ciemne, pogubione, zaniedbane i niedokochane – i wtedy zrobi nam się bardzo poważna rozmowa o tym, że bardzo wiele osób tak naprawdę nie ma z czego czerpać. Ale jesienią patrzymy też w przyszłość – mówiłyśmy o tym, że wiele rzeczy planujemy właśnie we wrześniu czy październiku, i wiele rzeczy wtedy od nowa zaczynamy.

A może skoro nie udaje nam się czerpać z własnej przeszłości, możemy zaczerpnąć z historii? Wróciłam niedawno do ulubionej książki mojego dzieciństwa – „Hrabiego Monte Christo”. Jest tam scena, w której główny bohater, Edmund Dantes, po trafieniu do więzienia rozpacza i nie potrafi uczepić się żadnej nadziei na przyszłość. Narrator mówi wtedy, że Edmundowi było ciężej niż ojcu Farii, jego współwięźniowi, bo jako młody chłopak bez wykształcenia mógł się odwołać tylko do własnej krótkiej przeszłości, tymczasem uczony duchowny nie tylko był starszy, ale też miał wiedzę, dzięki czemu mógł sięgnąć do przeszłości bardzo wielu pokoleń. I to sprawiło, że się nie załamał.
To naturalne, że dorosły człowiek ma większe zasoby niż młody, bo ma własne wspomnienia, które nauczyły go na przykład o znikomości marzeń, ale też pokazały mu, że pewne rzeczy wcale nie są takie fajne, jak nam się wydaje, że ludzie nas zawodzą – i że można to przyjąć ze stoickim spokojem, uznać, że to, co nas spotyka, póki żyjemy, jest czymś ciekawym. Ale młody, który wyrywa się do świata, do seksu, do podbojów i nagle zostaje w tym zastopowany – jest zrozpaczony. Faria miał ogromne zasoby. Dzięki swojej wiedzy potrafił skonstruować prawie z niczego narzędzia potrzebne do zrobienia podkopu, ale też co noc pisał traktat polityczny na fragmencie swojej koszuli. Często kryzys postrzegamy właśnie jako taki loch, w którym nic, tylko rozpacz. Tymczasem jest wiele rzeczy, które w nim możemy robić, chociażby starać się z niego wydostać albo, tak jak młody Dantes, przekopać tunel do drugiej osoby, czyli zaprzyjaźnić się z ludźmi, którzy mogą nas czegoś nauczyć. Bo naszym najważniejszym zasobem, tym naszym zapasem na jesień i zimę, jest druga, bliska osoba.

Co zwykle bywa źródłem jesiennej depresji czy melancholii? Zbytnie zakopanie się w sobie?
Niezwracanie uwagi na drugiego człowieka? Specjaliści podkreślają, że na wiosnę i na jesieni zwiększa się zachorowalność na depresję, dlatego że to jest okres przejściowy. Moim zdaniem jednak nie ma takiego okresu w roku, żeby jakiejś części osób nie było źle. Jest to po prostu ludzka przypadłość, że siebie źle traktujemy, w związku z tym przekazujemy to dalej, zarażamy się tym podejściem, ciągnąc tym samym siebie i innych w dół. Jedną z największych zagadek ludzkości jest, dlaczego jedne osoby wykorzystują swoje doświadczenie, także to złe, do tego, by się rozwijać, a innym wiedzie się całkiem nieźle, a mimo to kiedy im się coś rozleje, to nad tym biadolą. Już nie wspominając o tych, którzy dostali straszliwego łupnia od życia... Po prostu jest duża grupa ludzi, którzy są nieszczęśliwi stale: czy kwitną kwiaty, czy dojrzewają śliwki, czy pada śnieg.

Zgadzam się, równie dobrze możesz czuć się najbardziej nieszczęśliwy latem czy wczesną wiosną... Bo wszyscy gdzieś jadą, a ty nie; bo się zakochują, a ty właśnie przeżywasz rozstanie.
Bo jest znów poniedziałek, bo idą święta... Każdy powód jest dobry. Choć ostatnio czytałam, że podczas pandemii to się trochę zmieniło i tym, którym jest zawsze źle, jest trochę lepiej, bo innym też się pogorszyło. Mąż mojej znajomej, który od lat z powodu złego zdrowia siedzi głównie w domu, kiedy wszyscy musieli się zamknąć w czterech ścianach, od razu zrobił się bardziej pogodny. „Aż milej się w domu zrobiło“ – opowiadała.

Biologicznie jesień to jednak trudny czas dla naszego organizmu: jest coraz mniej słońca, do tego o wiele częściej wieje i pada. Tym bardziej powinniśmy zadbać o swoje samopoczucie. Wróćmy zatem do tych zapasów, także psychologicznych, które możemy sobie poczynić już teraz.
Możemy na przykład zacząć gromadzić podnoszące na duchu lektury czy filmy. Nagrywać kabarety, spektakle, koncerty. Zwłaszcza muzyka jest nieocenionym lekarstwem – zabiera człowieka w cudowną podróż, koi jego nerwy, pociesza, karmi. Dobrze jest mieć też miejsce, które stanie się taką naszą pieczarą albo świetlicą. To może być parapet okna albo przytulny kącik w salonie, w którym masz swój fotel lub kanapę, a do tego lampę lub inne źródło światła, kolekcję płyt, adapter, kilka półek z książkami…

A może powinniśmy też dokonywać większej selekcji rzeczy, którymi się otaczamy? Wybierać filmy, które nas wzruszają i dodają otuchy, zamiast serwisów informacyjnych donoszących o wszelkich możliwych nieszczęściach. To samo dotyczy ludzi w naszym otoczeniu.
To bardzo ładny, a nawet poetycki pomysł, by sobie zgromadzić grono przyjaciół na jesień i zimę. Tylko pamiętajmy o tym, o czym często mówię, że różni ludzie są do różnych rzeczy. Z jednymi pójdziemy na górską wycieczkę i będzie cudownie, ale już po cichutku siedzieć i czytać nie będą chcieli. Kolejny dobry pomysł to coś zacząć. Coś, co nas ciekawi. Zapisać się na jakieś zajęcia, zacząć uczyć się nowego języka albo założyć klub książki czy filmowy. A już rozkosznym pomysłem jest taki klub jak ze „Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek”, gdzie w czasie niemieckiej okupacji sąsiedzi spotykają się i rozmawiają o przeczytanej książce, a jednocześnie każdy robi coś do jedzenia, w tym tytułowy placek. Z moimi dziewczynami z Gender Studies kilka lat temu też się tak spotykałyśmy i razem pichciłyśmy: a to pierogi, a to pasztety, jeszcze innym razem mazurki. I potem każda wychodziła z niezłym zapasem. Robiłyśmy też przetwory, bo dużo chętniej dryluje się wiśnie w dobrym towarzystwie. Ile przy tym było rozmów i wygłupów! No i zawsze można założyć kabaret. Bardzo bym chciała, żeby ktoś w końcu założył ze mną kabaret.

Fajnie mieć takie stałe spotkania w przyjaznym kręgu, bo to jest coś, co cię trzyma w pionie. Nawet jeśli ci się nie chce czy masz gorszy dzień, to wiesz, że trzeba przyjść. Nie zamykasz się w swoim smutku, tylko wychodzisz do innych.
Teraz też mam taki babski klub od lat. Oczywiście kiedy zdarzy się choroba albo ktoś wyjeżdża, to wtedy przekładamy. Ale poza jakimiś przypadkami losowymi, nasze spotkania to świętość.

Podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity widziałam dokument o księgarzach z Nowego Jorku, ludziach zakręconych na punkcie książek. Mówili, że nigdy nie czuli się samotni, bo zawsze mieli książki i innych freaków jak oni. Czy ludzi z pasją rzadziej dopada chandra?
Pewnie, że rzadziej, co nie znaczy, że nie dopada w ogóle, tylko gdy już dopadnie, to oni wiedzą, dokąd pójść i co zrobić, by minęła. To jeden z filarów mądrości życiowej. Ci, co nie mają nic dla siebie, niczego nie zgromadzili, nie zbudowali, nie nauczono ich – w ten kompot melancholii czy rozpaczy zanurzają się po czubek głowy.

Nie chciałabym, żebyśmy rozmawiały o tym, jak nie mieć dołków czy chandr, bo to rzecz ludzka, tylko co zrobić, żeby szybciej mijały.
Oczywiście należy rozróżnić, kiedy się leczyć, bo jesteśmy pogrążeni w niemocy, a kiedy mamy po prostu – jak każdy zdrowy człowiek – spadek nastroju, który kiedyś nam minie, bo on ze swojej natury jest chwilowy. Trzeba wiedzieć, gdzie się zgłosić po pomoc w tym poważniejszym przypadku, a w tym lżejszym – mieć świadomość, jak to się mówi, ku czemu zwrócić swe spojrzenie i kroki. Do książki, do przyjaciela, do muzyki, do dobrej sztuki, do spaceru czy ćwiczenia ciała. Bardzo lubię radę, która mówi, że kiedy jest ci źle, pójdź do tych, którym jest jeszcze gorzej, i zobacz, że jesteś tam potrzebny.

Chyba ważną rolę w tym wychodzeniu z dołków odgrywają opowieści. One zawsze nas ratowały.
To jest właśnie cud, który się dzieje na grupach terapeutycznych. Ich uczestnicy często mówią, że przyszli tu z przekonaniem, że nie ma nikogo bardziej nieszczęśliwego niż oni, a potem wysłuchali historii innych i zobaczyli, że życie potrafi zaskakiwać, poczuli więź z innymi, zrozumieli, że nieszczęście jest bardziej powszechne niż im się wydawało, że nie są w tym osamotnieni. Ale też każdy ma swoją własną opowieść, którą może sobie przypomnieć w gorszych momentach: o tym, jak się jako dziecko zagubił, a jednak potem odnalazł. Albo spojrzeć na sam fakt, że jest tu, gdzie jest. Dał radę, przeżył.

Czasem – paradoksalnie – na duchu podnoszą nas nie wesołe, a smutne opowieści. Jaki mechanizm tu działa?
Wzruszenie jest uczuciem bardzo budującym. Ono ogarnia całe ciało, porusza cię, po prostu stajesz się żywa. Nawet jeśli spłaczesz się nad rozłąką ukochanych, to sam fakt, że się z kimś zidentyfikowałaś, że poczułaś swoją wrażliwość, że to pozwoliło ci zrozumieć własne doświadczenia – są bezcenne. Każdy rodzaj głębokiego dotarcia do siebie stwarza poczucie odnowy, bycia w stanie pogłębionej świadomości. Jesteś jednym wielkim wzniosłym przeżyciem. Sztuka, która potrafi coś takiego wywołać, to dopiero zapas na zimę.

O czymś jeszcze nie powiedziałyśmy? O jakimś zwykłym, ale bardzo cennym zapasie?
Nie powiedziałyśmy o ubrankach! O miłej piżamie, puchatym szlafroczku i grubych skarpetach, w których można siedzieć na łóżku i czytać, o swetrze mięciutkim czy wygodnych dresach, w których można przewalać się po kanapie. Dlatego, babeczki, nie wyrzucajcie mężom starych dresów, tylko je uszanujcie. Tak jak własne kapcie z futerkiem, nawet jeśli są już przechodzone. To są rzeczy, w których czujesz się jak w domu. A do tego dodajmy jeszcze poduszki, koce, fotele, kanapy – to wszystko, co jest przytulne, jak to się mówi: hygge. Bo gdy masz się w co wtulić, to już jest ci lepiej, nawet jeśli to nie jest żywe. Stare dobre przytulanki to rzecz nieoceniona jesienią, ale i o każdej innej porze roku. Polecam je zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).