1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet

Żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet

Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Kreowanie jest częścią naszej natury. Kobiety tworzą życie, więc mogą tworzyć wszystko! – Jednak, żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet – mówi Komala Sunder, nauczycielka tantry, medytacji i technik pracy z ciałem.

Podczas warsztatów „Świątynia kobiecości” Komala zawsze siada z kobietami w kręgu, tak aby każda czuła, że jest częścią grupy. Aby miały możliwość wniesienia czegoś i brania dla siebie od innych. To daje też szansę przywołania Wewnętrznej Kobiety, która w nas mieszka. Trzeba się otworzyć i być szczerą, aby ją poczuć. Tylko w grupie innych kobiet możemy sobie pozwolić na jej odkrywanie. Poprzez kontakt i bliskie relacje z nimi.

Często jakości związane z kobiecością, takie jak czucie, wrażliwość, są w codziennym życiu niedoceniane lub nieobecne. Nauczono nas wszystko pojmować myślą, umysłem, a to w ogóle nie jest kobiece. Kobieta czuje, to jej pierwotne pojmowanie świata. Myślenie analityczne jest także piękne i potrzebne, ale kiedy taka męska energia bierze w nas górę, tracimy coś cennego. Być może świetnie funkcjonujemy w pracy, na poziomie umysłu, ale uśpiona jest nasza kobieca energia i organy z nią związane, czyli serce, biodra, brzuch i łono. Żeby ujawnić swój pełen potencjał i żyć w harmonii, potrzebujemy równowagi męskiego umysłu i kobiecej cielesności.

Natura jest kobietą

Kobieca energia potrzebuje ugruntowania, połączenia z żywiołem Ziemi. Dlatego wszystkim uczestniczkom moich warsztatów radzę, by chodziły jak najczęściej boso, starały się być blisko z naturą, bo to ułatwia kontakt ze sobą. Często w życiu jesteśmy tak zaganiane, zajęte, że przestajemy pamiętać, co jest dla nas ważne. Bardzo trudno nam żyć obok naszego ciała, bo rodzimy się z nim, ze strukturą, która jest żywa. A dla kobiet ta relacja jest szczególnie ważna. Nasz sposób tworzenia pochodzi z czucia, z ciała, w odróżnieniu od męskiego, który czerpie bardziej z działania. Bardzo ważne jest przebudzenie świadomości siły, którą posiadamy. Mamy w sobie niewiarygodny potencjał, ale jeśli go sobie nie uświadamiamy, może obrócić się przeciwko nam. Często objawia się to frustracją lub depresją. Mówi się teraz dużo o agresji wśród kobiet, a to nieuwolniona moc, zgromadzony w ciele potencjał złości. Dzieje się tak, bo kumuluje się w nas wiele silnej energii, której nie umiemy się bezpiecznie pozbyć. Jeśli kobieta nosi w sobie za dużo takiej mocy to albo ją wyrzuca w sposób niekontrolowany (agresja), albo spycha w podświadomość, ściska w ciele i wtedy pojawia się depresja. Dlatego warto uczyć się wyrażać emocje w sposób szczery, ale też bezpieczny, aby nie był destrukcyjny i raniący.

Czułość, czucie, delikatność wobec siebie i innych nie jest słabością. W tym tkwi nasza moc. Bycie kobietą to rozumienie energii, która płynie w naszych ciałach. Poczucie jej w sobie ułatwia też poczucie jej w innych i lepszy kontakt z nimi (dziećmi, partnerem, przyjaciółmi).

Moje ciało to ja

Dziś kobiety straciły połączenie z istotą życia, mocą, kreatywnością, ponieważ nie obserwują swojego ciała. Dbają o nie powierzchownie, ale często nie rozumieją, co się z nimi dzieje. Starają się, czasem dosyć desperacko, nadać sobie „piękny wygląd”, a są odłączone od piękna płynącego z wnętrza. Brzuch to miejsce naszej mocy, kreatywności, połączony jest też z piersiami. A jakie jest dziś podejście do nich? Brzuch ma być płaski, biust jędrny i duży. Piersi straciły swoją „jakość” – karmienia, wspierania, są obiektem pożądania seksualnego. Zrozumienie i dotarcie do energii piersi daje możliwość pełnego połączenia z własnym sercem. Z kolei cykl miesięczny to coś nieprzyjemnego, kobiety często wypierają jego istnienie, traktują jak kłopot, którego trzeba się pozbyć. To warto zmieniać, na przykład obserwując siebie w różnych fazach cyklu – jak się czuję, jak reaguję, kiedy potrzebuję więcej odpoczynku. Często tego nie rozumiemy, nie czujemy i nie umiemy czerpać z energii swojego ciała.

Ciało, brzuch, łono są kobiecą świątynią, to stąd pochodzi nasza seksualność, zmysłowość, piękno, stąd płynie energia. Jeśli o jakiejś kobiecie mówimy, że jest seksowna, zmysłowa – to dlatego, że jej atrakcyjność pochodzi właśnie z wnętrza. Jeżeli jest przepływ, jest też piękno. Można być stulatką i mieć to COŚ! Można nie być w związku i emanować niezwykłą zmysłowością, mieć dużo energii seksualnej, witalnej, przepływu w ciele. Aby to poczuć, trzeba lubić i obserwować siebie, ale też inne kobiety. Dlatego tak ważna jest praca w grupie. Kobiety, kiedy są razem, mogą się uczyć siebie nawzajem, wzajemnie inspirować. A kiedy energia kobieca ujawnia się we wspólnocie, jest pełniejsza. Każda z uczestniczek wnosi swoje doświadczenia, emocje, swój ból, lęk, nieśmiałość, ale też radość, odwagę. Gdy jesteśmy w tym obecne, wzrusza nas to, otwiera. Pojedyncza osoba coś przynosi, a inne przyjmują ten dar i czerpią z niego.

Siostra, nie rywalka

Z moich obserwacji wynika, że kobiety bardzo potrzebują wsparcia innych kobiet, takiej siostrzanej energii. Tęsknią za przestrzenią, w której mogą być prawdziwe, szczere. Jest też duże zapotrzebowanie na pracę z energią kobiecości, z ciałem. Taka możliwość daje obcowanie z innymi kobietami. To bardzo ważne, aby nie traktować siebie nawzajem jak konkurentki. Rywalizacja nie jest kobieca, pochodzi raczej z męskiego świata. Kobiety znacznie lepiej czują się wtedy, kiedy współpracują, niż gdy konkurują. Dzisiejszy świat być może temu nie sprzyja, jednak warto szukać kobiecej solidarności, „miękkości”, empatii.

Stworzenie kobiecej wspólnoty ułatwia nie tylko bycie w pełni sobą i w zgodzie ze sobą, ale przede wszystkim jest ogromnym wsparciem w codzienności. Kto zrozumie nasze problemy lepiej niż mama, przyjaciółka, siostra? Warto dzielić się tym, co czujemy, szczerze, w bezpiecznej, kobiecej przestrzeni. Praca z kobietami polega na otwieraniu emocji. Jednak należy zadbać o to, aby one nas nie zalewały, bo wtedy działamy po omacku. Trzeba jakoś pomieścić je w przestrzeni i wyrazić, przekazać innym kobietom, ale nie wylewać na nie swoich problemów.

Bardzo kobiecą cechą jest zaufanie, i ono może się ujawnić właśnie w kontakcie z innymi. Kiedy czujemy oparcie, może rozkwitnąć kobiecość. Szukając swojej unikalnej drogi, potrzebujemy obserwacji i kontaktu z innymi kobietami. Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę!

Komala Sunder pochodzi z Brazylii, mieszka w Austrii i podróżuje po całym świecie, dzieląc się swoją wiedzą o pracy z ciałem. Jest nauczycielką sztuki, tantry i medytacji, terapeutką techniki czaszkowo-krzyżowej, biodynamiki oraz pieśniarką.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyzno, jeśli twoje serce domaga się, by go wysłuchać, ten tekst jest dla ciebie

Mężczyzn zabija samotność. – Żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Mężczyzn zabija samotność. – Żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Wierzy, że sam wszystkiemu podoła. Maskuje przed sobą i światem, że nie potrzebuje innych. Ale nie można udawać w nieskończoność – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. Drogi mężczyzno, jeśli twoje serce domaga się, by go wysłuchać, ten tekst jest dla ciebie.

Te dane są cytowane często, a jednak warto je przypomnieć: Mężczyźni żyją średnio o dziewięć lat krócej niż kobiety. Cztery razy więcej mężczyzn niż kobiet popełnia samobójstwo. Trzy razy więcej mężczyzn niż kobiet umiera na zawał serca. Nagłą śmiercią w wypadkach ginie dwukrotnie więcej mężczyzn niż kobiet. Prawdopodobieństwo odebrania sobie życia przez starszego, samotnego mężczyznę jest aż 1350 proc. większe niż przez kobietę w tym samym wieku. Liczba zgonów spowodowanych chorobami wątroby jest dwa razy większa u mężczyzn niż u kobiet. Liczba zgonów spowodowanych wirusem HIV jest dziesięciokrotnie większa niż u kobiet.

Mężczyzn zabija (w przenośni i dosłownie) dojmująca samotność. – Oni żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi Benedykt Peczko.

Popadają w sidła zewnętrznych wymagań, podczas gdy ich serca tęsknią za czymś skrajnie innym. Ten konflikt jest źródłem odcięcia od siebie, cierpienia. „Kim jest prawdziwy mężczyzna? Czy spełniam warunki?” – te kierowane do siebie pytania pozostają bez odpowiedzi.

Dom, drzewo i syn?

„Świat potrzebuje mężczyzn, którzy odzyskują swoje serca” – pisze John Eldredge w książce „Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”. „Jak to się dzieje” – pyta – „że mężczyźni, zaglądając do swoich serc, nie odkrywają niczego mężnego, a znajdują głównie gniew, żądzę i strach? Większość mężczyzn prowadzi życie w cichej rozpaczy. Są albo bierni, albo gwałtowni”.

W innej słynnej książce Steve’a Biddulpha „Męskość” autor donosi, jak w trakcie spotkania z dużą grupą mężczyzn poznał jedynego prawdziwego mężczyznę: „Jak wielu z nas jest wysokimi, szczupłymi, bogatymi, odnoszącymi sukcesy, cieszącymi się władzą, z owłosioną klatką, zawsze opanowanymi... czy ktoś... o tak, tutaj jest jeden! Jedyny mężczyzna!”.

– Przymierzamy siebie do mało realnych wzorców – twierdzi Benedykt Peczko. – Mężczyzna powinien wybudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Co to znaczy? Przecież, gdyby rzeczywiście każdy mężczyzna miał wybudować dom, to zabrakłoby miejsca na ziemi. Gdzie byśmy je stawiali? Na Alasce? Gdyby każdemu mężczyźnie urodził się syn, to powstałaby potężna nierównowaga, bo synowie potrzebują kobiet. Jedynie sadzenie drzew potraktowałbym jako użyteczne zalecenie. Czy Einstein budował dom i sadził drzewa? Wątpię. A inni naukowcy, podróżnicy, odkrywcy, pisarze, lekarze?

Patriarchalny przekaz to dużo, dużo więcej: mężczyzna ma walczyć, posiadać, imponować, mieć władzę i prestiż.

– Straszliwa pułapka – mówi psycholog. – Wydaje się, że jeśli tylko osiągnę to i to, będę szczęśliwy. Już osiągnąłem, ale mógłbym mieć jeszcze więcej... więc od nowa rzucam się w pogoń. Gonię ogon, który ciągle ucieka, bo okazuje się, że to mój własny ogon. Uzależnianie swojego dobrostanu od czynników zewnętrznych to prosta droga do nieszczęścia.

– Nam, mężczyznom, wydaje się, że jesteśmy panami stworzenia – kontynuuje Peczko. – A stworzenie trzeba kontrolować, ujarzmiać, podporządkowywać. Wyeksploatować wszystko, co się da. Wielki błąd. Życia nie da się wyeksploatować. Bardzo łatwo zapomnieć wtedy o sobie, o swoim wnętrzu, zatracić tę część siebie, która pragnie życia kontemplacyjnego. Jak mężczyzna odpoczywa? Idzie do parku, bo wie, że ruch dobrze robi i spacer dotlenia. Ale myślami jest zupełnie gdzie indziej – snuje plany, odbiera telefony i załatwia sprawy. Na wakacje zabiera laptopa, odbiera i pisze e-maile. Nie jest w stanie zobaczyć liści na drzewach, chmur na niebie, usłyszeć śpiewu ptaków, być tu i teraz. Ktoś, kto nie umie się zatrzymać, nie będzie szczęśliwy. „Nieproduktywne” zajęcia, jak spotkania z przyjaciółmi, zabawy z dziećmi, wyprawy do lasu, niezobowiązujące lektury czy marzenia wywołują poczucie winy. Nie może pozwolić sobie na nicnierobienie. Osiąga więc kolejne cele. Ale nie jest w stanie się nimi cieszyć, doświadczać istnienia w sposób, który daje poczucie wewnętrznego bogactwa i spokoju.

Tacy mężczyźni mają w sobie za mało „kobiety”, równoważącego kobiecego aspektu. Z kolei faceci wrażliwi, delikatni, nieśmiali potrzebują równoważącego aspektu męskiego, ponieważ nie mają poczucia siły, sprawczości. Nie potrafią znaleźć odpowiedniej partnerki, ciekawej pracy, a jeśli już pracują, to dają się wykorzystywać, nie pozwalają sobie, by marzyć, osiągać cele. Wycofują się. Ta wewnętrzna nierównowaga dla jednych i drugich jest źródłem cierpienia.

Współczesny wojownik

Za czym tęskni męskie serce? – Za bliskością – mówi psychoterapeuta. – Za doświadczaniem jej w relacjach z kobietami, z mężczyznami, z dziećmi. Za przyjaciółmi, z którymi się dobrze rozumie, nadaje na tej samej fali. Za taką relacją ze sobą, w której nie musi popędzać się batem, karać siebie czy od siebie uciekać. Za bliskością ze swoimi marzeniami i celami. Także za bliskością z ludźmi w pracy, przejawiającą się w realizowaniu wspólnych planów, we wzajemnym wspieraniu się i zaufaniu. Za wewnętrzną pełnią.

Marek Kochan, autor powieści „Plac zabaw”, mówił w wywiadzie dla „Polityki”: „Presja patriarchalnej kultury na mężczyzn jest bardzo silna. Chitynowe pancerzyki przyrosły nam do ciała, a my myślimy, że to skóra. Jak się z mężczyzny zedrze stanowisko, dochody, pozycję zawodową, to co zostanie? Jakiś blady robaczek”.

Kim jest współczesny wojownik? – To ktoś, kto integruje te części siebie, z którymi nie miał do tej pory kontaktu. Na przykład odkrywa siłę swojej wrażliwości, przyznaje się przed sobą, że są chwile, gdy się boi, czuje się niepewnie, pragnie, tęskni, jest zraniony. – mówi Peczko. – Przyznanie się do wszystkich stanów i uczuć to pierwszy krok do tego, by stały się one częścią życia wewnętrznego, a nie jakąś zdemonizowaną siłą, z którą musimy walczyć. Wojownik zachowuje zdolność do podejmowania walki tam, gdzie jest to niezbędne – w obronie swojej rodziny, bliskich, kraju, ale nie walki jako wartości samej w sobie. Odkrywa wartości nadrzędne w stosunku do walki – altruizm, wzajemne wspieranie się. Akceptuje siebie niezależnie od presji i oczekiwań. Jednocześnie jest na te oczekiwania otwarty i stara się je realizować w takim stopniu, aby nie naruszały jego wewnętrznego dobrostanu, nie wymuszały na nim zachowań czy postaw, które byłyby sprzeczne z jego systemem wartości. Spełniony mężczyzna umie kochać, ma przy sobie kobietę, którą wspiera, która go inspiruje i równoważy jego zbyt męskie, twarde cechy. Daje sobie prawo do tego, by rozwijać swój potencjał i dzielić się sobą z innymi. Wie, po co żyje. Ma wrażenie jedności z naturą. I poczucie, że może działać na rzecz harmonii całości Istnienia. Czy być mężnym nie oznacza dziś po prostu wewnętrznej pracy? – pyta psychoterapeuta. Bo przecież nie upolowanie niedźwiedzia.

Benedykt Peczko psycholog, trener, coach i psychoterapeuta, dyrektor Polskiego Instytutu NLP, wspólnie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską na łamach „Zwierciadła” odkrywa tajemnice mężczyzn.

„Zrozumieć Mężczyznę” (wyd. Biały Wiatr). Książka jest zapisem rozmów Benedykta Peczki i Renaty Arendt-Dziurdzikowskiej. Rozmów o męskich pasjach, wyzwaniach, kryzysach, wewnętrznych i zewnętrznych pułapkach, sukcesach i porażkach. O rolach, które mężczyzna pełni. O radości, spełnieniu i sensie życia. O miłości i bliskości. O przemijaniu i wiecznej młodości.

  1. Styl Życia

Medytacja uważności – słuchaj swojego ciała

Z medytacji uważności można korzystać, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji. (Fot. iStock)
Z medytacji uważności można korzystać, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jesteś zrelaksowana i skupiona na chwili obecnej, łatwiej odczytujesz odpowiedzi, jakie daje twoje ciało. Wtedy usłyszysz zarówno jego „tak”, jak i „nie”.

Bardzo ważnym aspektem w wielu tradycyjnych ścieżkach medytacyjnych są medytacje uważnościowe, związane z doświadczeniem zmysłowym. Poniżej przedstawiam „instrukcję obsługi” jednej z nich, pozwoli ci oczyścić umysł, uspokoić się, zrelaksować, ale też wejść mocniej w kontakt ze swoimi doświadczeniami zmysłowymi, jednocześnie się nie rozpraszając.

Tradycyjnie poniższą technikę stosuje się jako przygotowanie do innych form medytacji lub po prostu do zwiększania swojej wrażliwości zmysłowej, która jest przecież tak ważnym aspektem naszego doświadczenia zmysłowego w życiu codziennym. Ale ty możesz skorzystać z niej, by wejść w lepszy kontakt z własnym ciałem przed podjęciem każdej ważnej decyzji.

Medytacja uważności

Połóż się lub usiądź tak, aby nic nie rozpraszało twojej uwagi ani cię nie uwierało. Oddychaj swobodnie, spokojnie, miarowo...

Zamknij oczy. Rozluźnij się. Polecenia realizuj, kontaktując się ze swoim ciałem. Nic sobie nie tłumacz, nie usiłuj odpowiadać na żadne pytania. Bądź obecna w aktualnym doświadczeniu, nie oceniaj go, nie etykietuj wrażeń.

Najpierw

…skieruj swoją uwagę na to, jak odczuwasz kontakt swojego ciała z podłożem. Przeskanuj całą powierzchnię tyłu ciała, idąc od stóp w stronę głowy lub odwrotnie. Skoncentruj się na tych odczuciach. Zatrzymaj strumień uwagi na każdym miejscu, aż odczucie będzie wyraźniejsze. Obserwuj, czy ciało „rozlewa się” po podłożu, czy też dotyka podłoża punktowo.

Nie oceniaj obserwowanych wrażeń ani nawet nie nazywaj ich. Po prostu bądź obecna.

Teraz

…poczuj, jak dotykają twojego ciała: ubrania, kolczyki, zegarek, biżuteria. Skoncentruj się przez moment na tych wrażeniach. Przeskanuj ciało w pewnym porządku, idąc od stóp w stronę głowy lub odwrotnie, podobnie jak przed chwilą.

Porzuć obserwację doświadczeń dotykowych, by zwiększyć świadomość w zakresie zmysłu słuchu. Uwrażliw się na wrażenia dźwiękowe – odgłosy ze swojego organizmu, z pomieszczenia, w którym jesteś, ale też zza drzwi i okien. Nie wyszukuj aktywnie wrażeń, nie nazywaj dźwięków, po prostu bądź bardziej świadoma procesu słyszenia.

Skoncentruj się na węchu. Porównaj, jak powietrze wpływa i wypływa lewym i prawym nozdrzem... Poczuj, czy jest wilgotne, czy suche... ciepłe czy zimne... Zwróć uwagę, czy takie same wrażenia odczuwasz przy wdechach i wydechach. Bądź przez chwilę świadoma zapachów w pomieszczeniu, w którym jesteś.

Na chwilę

…otwórz oczy, ale niech nadal będą rozluźnione i raczej pasywne. Nie błądź wzrokiem po pomieszczeniu, po prostu utrzymuj otwarte powieki i obserwuj, jak działa na ciebie światło, kształty, barwy... Następnie zamknij oczy i przenieś uwagę do zmysłu smaku. Czy twoja jama ustna jest sucha czy wilgotna? Czy jest rozluźniona? Daj sobie chwilę czasu na to, by wyczuć w niej jakieś smaki... Nie nazywaj ich, nie oceniaj, czy są przyjemne, czy nieprzyjemne, po prostu bądź bardziej świadoma swojej relacji z tego typu wrażeniami zmysłowymi.

Kończąc

…pozostań jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami, pozwalając wybrzmieć wykonanej medytacji.

  1. Psychologia

Jak mężczyźni pamiętają swoją pierwszą miłość?

„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
To od nas zależy, czy zechcemy skorzystać z potencjału pierwszej miłości, aby odmłodzić i ożywić obecny związek, a także poczuć się młodymi. Mimo lat – mówi Benedykt Peczko.

Pamiętasz swoje młodzieńcze miłości?
Oczywiście. Było ich kilka. Szczególnie jedną zapamiętałem jako doświadczenie, które mnie odmieniło, wyniosło na inną orbitę. Poznałem ją na rodzinnych wczasach, zakochałem się po uszy. Gdy wróciłem do domu, zauważyłem, że straciłem kontakt z przyjaciółmi, z kolegami. Moja wrażliwość wyostrzyła się, odczuwałem wszystko niezwykle intensywnie – muzykę, zachody słońca, krajobrazy. Czytałem poezje, liryki, które przemawiały do mnie jak nigdy dotąd. Czułem wiersze od podszewki, każdy rytm, rym, uczucia zawarte między słowami. Czułem się tak, jakby świat wnikał we mnie poprzez otwarte serce. Zachwycałem się pięknem mojej dziewczyny, widziałem piękno dookoła. Byłem zdziwiony, że inni nie zachwycają się światem, którego niezwykłość tak mnie oszałamiała.

To jest ta magia. Magia pierwszej miłości. Najczęściej szybko mija, a jednak pozostawia ślad: otwarcia, zachwytu, oddania, piękna, niewinności… Mistyczne doznania. Co się z nami dzieje, gdy się zakochujemy?
Doświadczamy bardzo silnej więzi z ukochaną osobą. Marzymy. Tęsknimy. Niepokoimy się, że możemy ją utracić. To jest także jedno z pierwszych doświadczeń związanych z przekraczaniem ego. Ktoś zakochany przestaje sam sobie wystarczać. Kochana osoba staje się ważniejsza od przyjaciół, planów, celów. Jej brak jest wyraźnie odczuwany, boli. Bez niej życie traci smak. Jeśli miłość jest odwzajemniona, odczuwamy rezonans, zrozumienie bez słów – trudno ubrać w słowa rezonowanie na poziomie istnienia. To jak odkrywanie tajemnicy. Tajemnicy, która jest zarezerwowana tylko dla nas – zakochanych.

Takie doświadczenie to skarb, potencjał rozwojowy, drogowskaz. Jest w nas zapisane, zawsze dostępne.
Odnoszę wrażenie, że mężczyźni dzielą swoje życie na sektory – szczenięca, romantyczna miłość już była i minęła, teraz jest życie na poważnie; mają świadomość wyzwań, przed którymi stoją. Jeśli już wracają do tamtych zdarzeń, to robią to raczej, aby je pomniejszyć, zlekceważyć: „Jaki głupi człowiek był, jaki naiwny!”. Tracą tym samym korzenie swojego miłosnego aspektu. Pierwsze miłości to trening, przygotowanie do dojrzałej miłości. Odkrywamy, czym miłość jest. Nikt nam tego nie może wytłumaczyć. Możemy czytać o miłości, przeczuwać, czym jest, mieć intuicję, jednak dopóki jej nie doświadczymy, jesteśmy jak teoretycy pływania: nigdy nie weszliśmy do wody po to, by pływać, nie spróbowaliśmy tego sami. Dopiero gdy się zakochujemy, zaczynamy rozumieć, co to znaczy kochać.

Przyjaciel zrezygnował z organizowanego przez szkołę europejskiego konkursu muzycznego, bo to wiązałoby się z przeniesieniem na jakiś czas do innego kraju, a on był zakochany i nie chciał rozstawać się z dziewczyną. Minęło 20 lat, a on ciągle żałuje tamtej decyzji, wyzywa siebie od głupków.
Teraz łatwo tak powiedzieć, jednak gdyby wtedy pojechał, a po jakimś czasie wrócił i zobaczył, że dziewczyna ma innego chłopaka, to mogłaby być tragedia. Wtedy dopiero by żałował! Jakże często tworzymy iluzje, jak fantastycznie by było, gdyby tylko… Wyolbrzymiamy wyimaginowane wspaniałości tego, czego nie wybraliśmy. Jakiś czas temu było głośno o ludziach, którzy na spotkaniach „naszych klas” przypominali sobie o dawnych miłościach, zrywali dotychczasowe związki i wiązali się z dziewczynami i chłopcami z dawnych lat. To nie może się udać, ponieważ w takiej sytuacji przechodzimy przez regresję wiekową i próbujemy nadrobić coś, co przeminęło. Zapominamy, że jesteśmy już innymi ludźmi, w innym miejscu swojego życia.

Pierwsza miłość otwiera serce, ale to nie znaczy, że można cofnąć czas i wrócić do tego, co było?
Raczej nie można, dlatego że tamto zakochanie było aktualne w tamtej czasoprzestrzeni, na danym etapie rozwoju każdej z tych osób. Przez lata gromadzimy inne doświadczenia, fascynują nas inne rzeczy, budujemy własny obraz świata, różnic przybywa. Zmęczeni obowiązkami możemy zechcieć wrócić do tamtych cudownych dni. To iluzja, że powrót jest możliwy. Chyba że dawnych zakochanych obecnie fascynuje to, co teraz w sobie odkrywają już jako dorośli, dojrzali i doświadczeni.

Jak zachować pamięć o pierwszych miłościach, czerpać z ich potencjału, jednak nie ulegać iluzji?
Zakochani patrzą sercem i widzą sercem. Widzą to, co dla innych jest zakryte, niewidoczne. Właśnie ten sposób widzenia warto pielęgnować. Oprócz planów na przyszłość, zadań, wyzwań, obowiązków, formalnych zobowiązań warto wracać do miłosnego potencjału i go hołubić. Nawet jeśli w naszym świecie to wydaje się nierealne, nieprzeliczalne, nie do skalkulowania, niepraktyczne.

Miłość romantyczna idealizuje: ukochana wszystko robi doskonale, cudownie chodzi, mówi, tańczy. Jednak mija jakiś czas i okazuje się, że ma też wady, różne nieprzyjemne strony.
Niezależnie od tego w dalszym ciągu możemy być w niej zakochani. Możemy widzieć ograniczenia, nawyki, niekorzystne sposoby zachowania i wiedzieć, że to nie one stanowią istotę tej kobiety. Możemy być zakochani w jej głębokiej wewnętrznej naturze, unikalnej tożsamości. Często słyszę od mężczyzn: „Miłość to bajka, a życie to życie”. To są dramatyczne wyznania. Wydaje się, jakby w ich życiu nie było miejsca na zakochanie, na zatrzymanie i poczucie, że oto jestem w miłosnym kontakcie z kobietą, z którą dzielę życie. Mówię wtedy, że to od nas samych zależy, w jaki sposób organizujemy swoje życie, jakie podejmujemy decyzje; czy decydujemy się podtrzymywać taki styl życia jak dotychczas, czy otwieramy się na doświadczanie miłości. Po wielu latach miłosne związki obumierają, tracą smak. Mężczyźni są tym sfrustrowani. Pocieszają się, że tak to już jest, na tym polega życie. Na tym polega ich życie.

W ubiegłe walentynki odwiedziłam moich 70-letnich znajomych. On kupił jej ogromne pluszowe serce, które po naciśnięciu śmiało się do rozpuku, a oni śmiali się razem z tym sercem! Tłumaczyli mi, że odkąd w Polsce przyjęło się święto zakochanych, robią sobie takie prezenty. Są prawie pół wieku po ślubie.
Pogratulować!

Proponujesz mężczyznom sięganie po inspirację do ich przeszłości?
Tak, a oni na to: „Mam się zachowywać jak nastolatek? Patrzeć z nią w rozgwieżdżone niebo? Słuchać ptaków? Śpiewać jej piosenki?”. A dlaczego nie?

Wyobrażam sobie szczęście kobiety, gdyby mężczyzna napisał dla niej wiersz.
Albo kilka razy w tygodniu przynosił kwiaty, robił drobne prezenty, kupował książki, wysyłał czułe SMS-y w ciągu dnia. Przecież tak to było, gdy zaczynaliśmy. I to działało. Gdy robimy teraz podobne rzeczy, wtedy wracamy do tamtego stanu – ciekawości, podekscytowania, radości. To znane powiedzenie, ale warto je tu przytoczyć: jeśli chcesz żyć inaczej, musisz myśleć inaczej, czuć inaczej i działać inaczej. W nowy sposób. Jeśli nie wprowadzimy zmian, nic się nie zmieni. Możemy zacząć od pooglądania zdjęć z początków naszego związku, przywołania dobrych wspomnień, odwiedzenia naszych romantycznych miejsc. W ten sposób celebrujemy naszą miłość i ożywiamy ją.

Związek moich znajomych uratowały randki. Po 20 latach znów zaczęli się umawiać. Postanowili, że oboje będą tego pilnować – wolna godzina w ciągu dnia, telefon do męża i wspólna kawka na mieście. Wieczorem zakupy, a potem wspólnie obejrzany film. Kolacja w ulubionej restauracji. Od czasu do czasu jednodniowa wycieczka. Spacer po parku. A to wszystko nazywane jest randkami.
Chodzi o to, aby nawiązać kontakt z tamtym wewnętrznym stanem zakochania: jak to wówczas odczuwałem, co mnie motywowało, jak się zachowywałem. Nie chodzi oczywiście o wierne kopiowanie zachowań, ale o przeniesienie jakości stanu wewnętrznego. Pozwolenie sobie, aby w obecności bliskiej osoby moje serce było otwarte, żebym mógł przeżywać zachwyt, intymność, tajemnicę – inni tego nie widzą i nie rozumieją, ale my rozumiemy się bez słów. Jesteśmy w przepływie, w rezonansie. Tutaj ważne jest pozwolenie sobie na to – nie jestem niepoprawnym romantykiem czy naiwniakiem, po prostu daję wyraz miłosnemu potencjałowi we mnie i to czyni mnie młodym. Miłość odmładza, dodaje sił i energii. I oczywiście wspiera wszystkie obszary naszego życia. Jakość życia zmienia się nieprawdopodobnie.

Najlepiej podobno zakochać się we własnej żonie. Znane są takie badania: spytano mężczyzn, którzy ożenili się po raz trzeci, o to, czy kolejne związki były lepsze od pierwszego. Ci mężczyźni powiedzieli, że spokojnie mogliby zostać w pierwszym; że gdyby poświęcili tyle czasu, uwagi i adoracji pierwszej żonie, ile później kolejnym partnerkom, pierwszy związek z pewnością by rozkwitł.
Dojrzali mężczyźni mówią, że doskonale widzą procesy starzenia się, zmiany, które następują. A jednocześnie wiedzą, że pułapką jest zwracanie uwagi na szczegóły: ile partnerka waży, jak wygląda, ponieważ w ten sposób gubi się istotę jej osoby. Gdy zachowujemy zdolność bycia zakochanym, pozwalamy sercu patrzeć i widzieć poza zmarszczkami, zachwycać się. Niedoskonałości nie przesłaniają kobiety – wybraliśmy ją, a nie jej karierę, umiejętności, stan posiadania czy cokolwiek innego. Mówimy: „Kocham twoją kuchnię”. Ale przecież gdyby tylko o to chodziło, moglibyśmy zatrudnić kucharkę. Kocham cię, bo ty jesteś ty, a nie dlatego, że jesteś fajna, dobrze gotujesz, tyle w życiu osiągnęłaś, tyle dobrego zrobiłaś dla rodziny. Za to możemy być wdzięczni, a wdzięczność może tworzyć dodatkowe korzystne środowisko do zakochania, ale go nie zastępuje. Moja żona mówi: „Czas mija, uroda pozostaje”. W miłości chodzi o wewnętrzną urodę, która nigdy nie będzie miała zmarszczek. Kochając, swobodnie przechodzimy z poziomu operacyjnego w naszym związku na poziom egzystencjalny.

Gdy mężczyźni mówią, że byli naiwni, może chodzi im o to, że byli niewinni?
Czym była ta „naiwność”? Nieskażonym, czystym, niewinnym widzeniem. I była w niej taka siła! Powrót do niewinności zakochania możemy połączyć z doświadczeniem, które nabyliśmy przez lata. Możemy być jednocześnie dojrzali i romantyczni.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. 

  1. Psychologia

Trudne słowa „kocham cię”. Dlaczego mężczyźni nie mówią o miłości?

Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Mężczyźni nie płaczą, tylko przedwcześnie umierają na serce. Nie mówią o miłości w obawie przed utratą swojej siły, ale gdy kobieta odchodzi, trudno im poradzić sobie z emocjami, które się wtedy ujawniają. - Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To jest unik wobec siebie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Kobieta pyta mężczyznę: „Czy mnie kochasz?”, a on popada w stupor: marszczy brwi, bije się z myślami. Albo wycofuje się do swojego pokoju. Najwyraźniej szuka ratunku. Gdy już ochłonie, rzuca z wyrzutem: „A kto naprawił stół?”, „Przecież umyłem samochód!”. Przyparty do muru w końcu kapituluje: „Przecież raz powiedziałem i nie odwołałem!”. Dlaczego mężczyznom tak trudno powiedzieć: „kocham cię”? Jest taka scena w filmie „Uwierz w ducha”. Ona mu mówi: „kocham cię”, a on na to: „i nawzajem”. „Kocham” nie przechodzi mu przez usta.

W filmie „Thelma i Louise” mężczyźni rozmawiają o tym, jak to trzeba kobietom mówić te pierdoły o miłości. Rozmowy mężczyzn przy piwie: „Słuchaj, czy ty wierzysz w miłość?”. Bo przecież „nic takiego nie istnieje”. Mężczyźni wolą rozmowy o seksie, bo seks wydaje się czymś pierwotnym i naturalnym. Ale miłość? Z miłością nie wiadomo, co począć. Gdy słucham mężczyzn, to oni nie mówią: „kocham kobietę”, tylko „mam kobietę” albo „jestem z kobietą”. To są sformułowania bardziej neutralne, bezpieczne.

Gdy on mówi „kocham”, wtedy traci poczucie bezpieczeństwa? Może mieć wrażenie, że traci swoją siłę. Co innego, gdy mówi: „Ja cię ochronię”. Wtedy jest silny. Chłód i dystans dają mu poczucie panowania nad sytuacją. Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się przed sobą, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To unik wobec siebie. Dopiero, gdy kobieta odchodzi albo umiera, trudno poradzić sobie z silnymi emocjami, które się wtedy ujawniają.

Przyszło mi takie rozwiązanie do głowy: kobieta może powiedzieć do mężczyzny: „Jeżeli mnie kochasz, to... skiń głową!” (śmieje się). A poważnie...

Kobieta potrzebuje usłyszeć: „Kocham cię, jesteś dla mnie ważna, najważniejsza”. Chciałaby, aby on pokazał całe serce, powiedział o miłości mocno, z ogniem. Chłopcy nie mówią takich rzeczy, ale mężczyźni? Dlaczego nie? Oczywiście zdarzają się mężczyźni bardzo ekspresyjni, którzy nie mają problemów z mówieniem swoim kobietom o miłości. Ale rzeczywiście większość ma. Gdy przychodzą do mnie pary, które przeżywają kryzys, to pierwszym pytaniem, które zadaję, jest: „Czy kochasz tę kobietę?”, „Czy kochasz tego mężczyznę?”. Odpowiedzi po obu stronach są zróżnicowane. Jednak zauważyłem, że jeśli mężczyzna powie: „Tak, kocham”, to takie wyznanie jest dla niego ważnym przeżyciem i często zaraz potem mówi: „Rzeczywiście, nie myślałem o tym tyle czasu...”. Ale już na pytanie: „Czy partnerka cię kocha?”, często odpowiadają: „Nie wiem” albo „Wydaje mi się, że jestem jej potrzebny”. Wielu mężczyzn mówi, że nie są pewni miłości swoich partnerek, nie są pewni, czy kobiety ich jeszcze kochają, skoro tak często ich krytykują, porównują z innymi, koncentrują się na obowiązkach i zadaniach. Nieraz słyszałem: „Haruję jak wół, a potem ona jeszcze żąda, żebym był czuły”. „I żadnych złamanych wyrazów uznania” – jak mawia jeden z moich klientów. A przecież mężczyźni bardzo lubią słyszeć na przykład: „Czuję się z tobą bezpiecznie” albo „Cieszę się z tego, co robisz, doceniam twoje osiągnięcia...”.

Bardzo często mówienie o miłości, tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet, oznacza pokazanie słabości, a więc jest zagrażające. Jeśli jednak mówię komuś: „kocham cię”, to docieram do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. Pamiętam, miałem 17 lat, gdy po raz pierwszy pewnej 14-latce powiedziałem, że kocham. Wiedziałem, że się rozstaniemy, bo to była wakacyjna miłość, a jednak powiedziałem. Serce mi łomotało, zrobiło mi się ciemno przed oczami, jakbym umierał. Przekroczyłem wtedy jakiś próg, granicę – i poczułem się silny, męski. Być może mężczyznom, którzy mają problem z wyrażaniem uczuć, „kocham cię” kojarzy się z okresem młodzieńczego szaleństwa, zakochania, wzajemnego zauroczenia. A tymczasem już nie chodzimy na randki, nie wydzwaniamy do siebie 20 razy dziennie, nie esemesujemy...

Jak więc nazwać tę więź po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu latach razem, jeśli nie miłością? Czasem trudno znaleźć jakiekolwiek określenie. Z pewnością dobrze byłoby, gdybyśmy pamiętali, że miłość ma wiele twarzy. To nie tylko młodzieńcze zakochanie. Późniejsza więź jest nasycona uczuciami, tylko bardziej stonowanymi. To już nie wulkan, raczej słońce, które świeci równomiernie. Gdy mówimy: „kocham” w związku, który trwa już jakiś czas, to tak, jakbyśmy mówili: „Zależy mi na tobie, twój dobrostan leży mi na sercu”. Być może potrzebujemy przeformułować znaczenie tego wyznania.

Dla mężczyzn dom, rodzina są bardzo ważne – to, że mają dokąd wracać, mają dla kogo pracować, poświęcać swoje talenty, energię i czas. Jednak rodzina staje się stałym elementem życia. To, że mężczyzna kocha, staje się tak oczywiste, że niedostrzegalne. I gdy kobieta domaga się deklaracji, mężczyzna może wpaść w panikę. Nie myślał o tych sprawach, są poza jego świadomością. Musi ochłonąć, uświadomić sobie, że gorączkowo szuka odpowiedzi, jak przysłowiowych okularów, które cały czas ma na nosie. Mężczyźni, którzy są aktywni, pracują, muszą wtedy przestawić swoje myślenie na inny tryb działania. Więc trzeba mu dać trochę czasu, zanim pomyśli i odpowie.

W książce „Gdyby mężczyźni umieli mówić” psycholog Alon Gratch pisze, że cztery na pięć rozwodów inicjują kobiety, a główną przyczyną jest niedostępność emocjonalna mężczyzn, nieumiejętność wyrażania przez nich uczuć. Chociaż wydaje się, że niedostępność emocjonalna to męska cecha, wiele współczesnych kobiet – szczególnie tych, które zajmują eksponowane stanowiska, działają w biznesie – skarży się, że są odbierane jako chłodne, nieprzystępne czy nieczułe. A przecież w głębi takie nie są. Coś je jednak wstrzymuje przed pokazaniem tego, co głębiej. Nawet na terapii, gdy silnej kobiecie zdarzy się zapłakać, czuje się skrępowana, szybko ociera łzy i przeprasza: „Obiecywałam sobie, że nie będę płakać, ale widać jest ze mną tak źle, że nie panuję nad sobą”. Mówię wtedy, że naprawdę źle jest, gdy nie jesteśmy w stanie płakać. Podobnie mężczyźni – pragną bliskości, pragną kontaktu z głębszą częścią siebie, ale mają z tym trudność. Przyczyn jest wiele. Dom rodzinny – to po pierwsze. Jeśli w domu nie okazywano uczuć, mama nie przytulała, a tata nie obejmował męskim ramieniem, mężczyzna nie ma wzorca, do którego mógłby się odwołać. Wielu mężczyzn nie słyszało w domu o miłości.

 
Małżeństwo, bycie razem, praca, obowiązki, borykanie się z trudnościami – to tak, ale miłość? Bardzo silnie działają społeczne stereotypy – mężczyzna jest twardy i niezłomny, i nigdy nie płacze. Niejednokrotnie byłem świadkiem takich scen na ulicy – mama mówi do synka: „Bądź mężczyzną, czego się mażesz? Przestań! Co ludzie pomyślą?”. Ojcowie jeszcze częściej niż matki zwracają się do synów w ten sposób. Zeszłej zimy widziałem, jak chłopiec wywrócił się na sankach, nie chciał więcej zjeżdżać, płakał, a tata mówi: „No nie, dziewczyna jesteś czy co?!”. Takie sugestie trafiają bardzo silnie do podświadomości chłopców, którzy uczą się napinać, wytwarzać wewnętrzną blokadę po to, by sprostać zaleceniom rodziców i w dalszym ciągu zasługiwać na ich miłość. To tak, jakby w środku nich zapadła żelazna kurtyna, którą potem ciężko podnieść. Na fizycznym poziomie objawia się to długotrwałym, chronicznym skurczem mięśni, napięciem w brzuchu, w okolicach klatki piersiowej, zaciśniętymi szczękami. Poluzowanie tych napięć może budzić paniczny lęk – jeśli pozwolę sobie na czucie, wtedy wypuszczę na wolność potwora, i co się wtedy stanie? Rozpadnę się. Przez wiele lat mężczyzna uczy się, żeby funkcjonować w pewien określony sposób, usztywniać się, kontrolować. I nagle ma stracić „siebie”? Przerażające.

Mężczyźni niedostępni emocjonalnie potrzebują w bezpiecznych warunkach otwierać się na wstydliwe, zatrzaśnięte części siebie. Gdy poświęcamy uwagę temu, co się w nas dzieje, wtedy wewnętrzny demon, potwór, którego tak boimy się wypuścić, okazuje się nie tak groźny, jak podejrzewaliśmy. Miałem w terapii mężczyzn, którzy płakali na każdej sesji przez wiele tygodni, a nawet miesięcy. Czuli się coraz lepiej. Niewypłakane łzy, które nosi się w sobie przez długi czas, kładą się cieniem na wszystkie sfery życia, na związki z najbliższymi, przyjaźnie, relacje zawodowe.

Problem w tym, że mężczyzna niedostępny emocjonalnie często nie jest świadomy swoich głębszych potrzeb, tych związanych z bliskością, co jest źródłem frustracji kobiet. Może być też tak, że nie pozwala sobie na nie, ponieważ został kiedyś zraniony – odrzucony, wyśmiany czy zlekceważony – i podjął decyzję, że już nigdy więcej nie wystawi się na taki ból. Albo był świadkiem, jak ktoś bliski doświadczał cierpienia z tego powodu. Emocjonalne otwarcie jest jak poszerzanie tożsamości, odkrywanie nowych horyzontów. Może budzić lęk, ponieważ wtedy lepiej poznajemy siebie, konfrontujemy się z różnymi iluzjami na swój temat.

Emocjonalne otwarcie jest jak odkrywanie nowych horyzontów. Gdy wyznajemy komuś: „kocham cię”, to docieramy do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. I przemienia nas.

Kilkanaście lat temu byłem na filmie „Szeregowiec Ryan”. Film zaczyna się od sceny lądowania desantu w Normandii i masakry, która tam się dokonuje. Bardzo realistyczny obraz, trup ściele się gęsto, żołnierze modlą się, płaczą, inni uciekają w panicznym lęku. W pewnej chwili jednemu z żołnierzy pocisk urywa rękę. Na widowni była młodzież z gimnazjum. Jeden z chłopców mówi na głos: „On szuka swojej ręki”. Rzeczywiście, żołnierz się nachylił, podniósł rękę i poszedł dalej. I w tym momencie chłopcy gruchnęli śmiechem. Jestem pewien, że gdyby się nie roześmiali, musieliby się rozpłakać. Na widowni obok nich siedziały dziewczyny. Gdyby się rozpłakali, okazałoby się, że nie są tacy odporni, zdystansowani i wyluzowani. I co wtedy? Jak przyjęłyby to dziewczyny? Ale widziałem też mężczyzn ocierających łzy na filmie „Król lew” czy „Mój brat niedźwiedź”, i to przy własnych dzieciach. Byli prawdziwi, pokazali swoją wrażliwość.

Dramat wielu mężczyzn polega właśnie na tym, że myślą: „Jeśli pozwolę sobie na łzy, na pokazanie lęku, wzruszenia czy miłości, to w ten sposób przekreślę swoją męskość”. Tak jakby funkcjonowali według zasady „albo albo”, albo jestem wrażliwy, albo jestem silny. Wielu mężczyzn uważa też, że tylko rozum jest źródłem poznania. Rozum jest źródłem poznania teorii, natomiast w konkretnych sytuacjach ciężko jest opierać się na jakichś teoriach, trzeba reagować na bieżąco, opierając się na tym, co się konkretnie dzieje.

  1. Styl Życia

Sens ciszy w życiu – Benedyktyni w Tyńcu

Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Kwiat rośnie w ciszy, ale pnie się w górę. Mnich w ciszy spotyka siebie. Milczenie daje szansę, by usłyszeć mistrza. O tym, że warto pielęgnować ciszę, kiedy brzmi najpełniej i jak mocno działa, opowiada ojciec Bernard Sawicki, opat klasztoru Benedyktynów w Tyńcu

.

Tekst archiwalny (obecnym opatem klasztoru w Tyńcu jest ojciec Szymon Hiżycki, przyp. redakcji)

W  klasztorze Benedyktynów w Tyńcu cisza obowiązuje od 21.30 do 6.00 następnego dnia. Mnisi nie odzywają się do siebie nawzajem. Do czego to jest potrzebne?
Może to się wydaje zaskakujące, ale życie w klasztorze jest niezwykle intensywne. My jesteśmy tu „zamknięci” 24 godziny na dobę. Jeśli nie będzie pewnych reguł, zapanuje chaos. Mamy więc wyznaczony czas, by mówić na tematy praktyczne, dotyczące życia czy przyszłości opactwa, jego codziennego funkcjonowania. Ale każdy z nas powinien mieć także zagwarantowaną przestrzeń, by móc wejść w siebie, skupić się na ważniejszych sprawach, na modlitwie i medytacji. Cisza ma nas chronić. Ma pomóc, by od tych ważniejszych spraw nikt nas nie odrywał, nawet w jakiejś niecierpiącej zwłoki kwestii.

Ludzie, którzy nie dają sobie prawa do ciszy, nie mają w ciągu dnia tego momentu spojrzenia w głąb, zastanowienia się nad sobą.
„Muzyka tła”, która ciągle gdzieś im brzęczy koło uszu, daje poczucie, że są w ciągłym ruchu, rozwijają się. Ale to jest iluzja. Bo tak naprawdę w życiu niezbędne są takie chwile, by usiąść i w spokoju się nad sobą zastanowić: „Kim ja jestem?”, „Dokąd idę?”, „Czy jest sens w tym, co robię?”, „Czy muszę to robić?”, „A może mogę robić to lepiej?”.

Mnich naprawdę w tej ciszy rozważa codziennie, po co i dlaczego tu jest?
Mnich w ciszy powinien czuć się u siebie. Te momenty w ciągu dnia: rano, wieczorem, po komplecie albo w trakcie nabożeństw, gdy wybrzmi już śpiew i liturgia – to są właśnie chwile, gdy jestem u siebie. Czuję, że dotykam jakiejś bardzo ważnej rzeczy, i nic mi więcej nie potrzeba. Jest spokój. To jest taki czas relaksu, harmonii – ale i skupienia, niekiedy żarliwości. Ludzie z zewnątrz, jak ich nazywamy, też tego szukają, na przykład w medytacjach. Osobiście lubię moje medytacje, rano, po Eucharystii, zanim zacznie się zwariowany dzień. Przez okno mojej celi mogę obserwować słońce. W zależności od pory roku wędruje po innym torze, teraz codziennie jest troszeczkę wyżej. Wiosną pojawiły się ptaki.

Kiedyś jeden mnich z eremu Kamedułów na Bielanach w jakimś programie telewizyjnym miał opowiedzieć, jak wygląda jego dzień. I zaczął snuć fascynujące historie o ptakach, które słyszy, a niekiedy i widzi przez okno. Dokładnie wiedział, kiedy, z której strony zaśpiewa czy nadleci który ptak, poznawał je po głosie. Ten kameduła stworzył sobie taki mikroświat: z drzewami za oknem, ptakami, z ich śpiewem. I był tam u siebie. Medytacje to jest moja liturgia chwili o poranku. Wsłuchuję się w ciszę, zżywam z odgłosami przyrody... I potem mogę wyjść na zewnątrz, do ludzi, w świat dźwięków.

Ten tyniecki świat dźwięków został przedstawiony na płycie „Pocztówki dźwiękowe z opactwa Benedyktynów w Tyńcu”. Okazuje się, że cisza może być zaskakująco… głośna.
No tak, choć być może rzeczywiście sprzedawanie płyty z odgłosem ciszy absolutnej byłoby świetnym interesem! Ale nie, cisza w Tyńcu dźwięczy. To dobrze, bo wsłuchując się w nią, można zauważyć, jak jest bogata: szelest liści na drzewach, szum niedalekiej autostrady, lecącego samolotu. Codziennie słychać to samo. I pojawia się myśl: „jestem tutaj, to jest moje miejsce, wczoraj tu byłem i jutro zapewne też będę”.

Czy cisza i milczenie to jest to samo?
W języku polskim często stosuje się te określenia wymiennie, ale w łacinie istnieje słowo oznaczające niemówienie, pewną powściągliwość w wypowiadaniu słów. Takie niemówienie jest technicznym warunkiem ciszy, ale nie jedynym. Nie tylko nie powinno być niepotrzebnych słów, ale i hałasów, zbędnych odgłosów. Dlatego mnich, który idzie dziedzińcem, nie krzyknie do drugiego, którego widzi na drugim końcu: „Braaaaacie Jaaaanie!”. Nawet na dziedzińcu pilnujemy się, żeby słowami nie zburzyć komuś ciszy. W naszej codzienności można to uczynić bardzo łatwo: szuraniem krzesła, tupaniem. Są i takie miejsca w opactwie, w których raczej w ogóle nie wypowiada się słów. Nie odzywamy się w bibliotece, kapitularzu, refektarzu, w którym jemy posiłki. Jest wtedy czytanie, ale to nie to samo co rozmowa.

Pielęgnujemy to, bo takie zakazy sprzyjają tworzeniu atmosfery ciszy, świadomej kontroli napływających bodźców. Bywa, że jadają z nami niektórzy goście (oczywiście tylko mężczyźni). Często nie czują, że przyszli do nas z innego świata – hałasu i krzyku. Siada taki przybysz przy stole i nagle na cały głos mówi: „Poproszę sól!”. Dla niego to jest powiedziane normalnym tonem, może nawet zdaje mu się, że półgłosem. A dla nas to brzmi jak detonacja bomby. Aż nas odrzuca, wszyscy mrugają oczami, patrzą: no, gościu „zniszczył” nam ciszę!

No dobrze, ale to jak się prosi o tę sól, gdy ktoś jej potrzebuje?
To, że nie ma słów, nie znaczy, że nie ma komunikacji. Z zakonów najbardziej milczącym są trapiści. Oni też stworzyli specjalny system porozumiewania się na migi, w każdym kraju ten język jest trochę inny. Ale to wcale nie jest aż tak potrzebne. Bo przebywanie razem w milczeniu czyni człowieka wrażliwszym na drugiego. Przy dużej ilości dźwięków mózg jest tak zaabsorbowany ich przetwarzaniem, że nie ma już wolnych zasobów, żeby uruchomić inne zmysły. A jeśli zredukujemy ilość napływających do nas dźwięków, natychmiast zaczyna pracować wzrok, powonienie, dotyk, budzi się wyobraźnia. Stajemy się czujni i uważni jeden na drugiego. Ja po prostu widzę, że dany współbrat rozgląda się za solą i jeszcze wiem, że lubi słone potrawy, więc przesuwam solniczkę w jego kierunku. Patrzę wkoło, żeby zorientować się, czy jakaś potrawa nie skończyła się na półmisku, czy goście mają już przed sobą dania, czy można zacząć jeść. Dla postronnych obserwatorów to często jest wręcz szokujące: jak sprawnie my się w takich sytuacjach porozumiewamy, bez konieczności wypowiedzenia choćby jednego słowa.

Są rzeczy, które lepiej wyrazić milczeniem niż słowami?
Na pewno. Słowo jest mocniejsze, może wywołać silniejszy efekt. Dlatego nie trzeba wcale od niego zaczynać. Na przykład na kolacji brat zagapia się, talerz wyskakuje mu z rąk, robi się huk. On staje przed krzyżem, kłania się – to znaczy, że mówi: „Zawaliłem, przepraszam”. Nie musimy mu powtarzać: „Następnym razem uważaj”. Ale bywa, że ktoś robi źle, a upominające milczenie nie działa: on nadal postępuje tak samo. Wtedy wchodzą słowa – najpierw od współbraci, delikatne napomnienia. Potem jest rozmowa z przełożonym. Jeśli nic się nie zmienia, pojawiają się konsekwencje. Człowiek zostaje wyłączony z życia wspólnoty, odsunięty na bok. Więc najpierw jest milczenie. Potem słowo. A na koniec – czyny.

Wewnętrzna cisza wynika z poczucia, że jestem na właściwym miejscu, podążam właściwą drogą. To co jest w ludziach, którzy tego przekonania nie mają?
Chaos i hałas. To się może przejawiać w różnych formach. Jedną z nich jest krzyk, mówienie rzeczy niepotrzebnych, toksycznych. Za tym idą też zachowania: bywają tacy ludzie, którzy plotkują, obmawiają innych, mącą, skłócają jednych z drugimi. Cisza to wyraz pokoju. Dlatego mnisi pozdrawiają się słowem: „Pax”. Hebrajskie „Shalom” też to oznacza.

Ludzie przychodzą do klasztoru, bo szukają ciszy, której brakuje im w świecie zewnętrznym?
Tak chyba jest. To nas motywuje, by tą ciszą się dzielić, po to powstał Dom Gości. Ludzie przychodzą, uczestniczą w różnych programach, rekolekcjach, ale często sami mówią, że najbardziej zależy im właśnie na ciszy. Są takie grupy, które od początku zakładają, że przez cały pobyt będą milczeć, spróbują sił w takim trochę odmiennym od codziennego sposobie funkcjonowania. Chcą stanąć u źródeł własnej tożsamości. Każdy w ciszy może się wsłuchać, co mu w duszy gra. To jest zresztą powiedziane w „Regule św. Benedykta”: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho serca swego”. Bo milczenie, cisza to przede wszystkim słuchanie. Tego, co się dzieje w moim sercu, wnętrzu, sumieniu. Bywa, że nie są to łatwe sprawy. Czasem cisza konfrontuje mnie z moimi urazami, lękami, smutkiem, ale to musi wypłynąć na wierzch. Nie pozwalam się od środka zatruć, wypłukać, ale i nie zadeptuję tego, nie udaję, że jest świetnie. Medytując w milczeniu, zaglądając w siebie, staram się jakoś na to odpowiedzieć, znaleźć drogę. W tym sensie cisza może wyzwalać.

Pewnie łatwiej jest ją odnaleźć w klasztorze, ale jak zatrzymać ją i pielęgnować w codziennym życiu?
Nasza „Pocztówka dźwiękowa” jest właśnie próbą zatrzymania tej ciszy. Ktoś, kto szukał jej u nas, może włączyć w domu płytę, wsłuchać się w odgłosy kroków w krużgankach, zamykanej na noc bramy, ptaków w wirydarzu, i przywołać tę ciszę do siebie. Dobrym pomysłem jest codzienne, skrupulatne pilnowanie pewnego rytmu wyciszeń i medytacji. To jest dokładnie to, co my robimy tu, w opactwie, trzymając się sztywnego harmonogramu dnia.

Każdy człowiek, nawet bardzo zabiegany, może o to zadbać w swoim planie dnia. Można sobie co rano pomedytować – choćby przez kwadrans.
Gdy słyszę, że ludzie nie mają na to czasu, mówię: „Ale ma pani czy pan czas na poranną toaletę, prawda?”. Skoro dbamy o higienę ciała, dbajmy też o higienę duszy, bo jest to jej nie mniej potrzebne. W trakcie tego kwadransa w ciszy mogę zanurzyć się w siebie, w to, co jest dla mnie ważne, kim jestem, w źródło mojej tożsamości. Potem wychodzę, idę w świat, ale pamiętam, skąd przyszedłem. Mogą przydarzyć mi się różne rzeczy, nawet bardzo niemiłe, ale to nie ma znaczenia – bo nie zależę od warunków zewnętrznych. To jest związane z postawą, która nosi po grecku nazwę apatheia – niepodatności na emocje.

Kwadrans milczenia może sprawić, że nie będziemy tak wrażliwi na codzienne stresy?
Jeśli pielęgnuję w sobie ciszę, stresy mnie nie zniszczą. W apoftegmatach są historie dawnych mnichów, Ojców Pustyni: jest jakiś kataklizm, wszystko się wali, ktoś kogoś okradł. Trudno. To nie jest w życiu najważniejsze. Jeśli codziennie mogę wrócić do siebie, do tej bazy, wiem, jaka jest moja misja, co jest dla mnie ważne – będę potrafił to przyjąć. Także stoicy próbowali kształtować u siebie takie podejście. Każdy może do niego dążyć choć troszkę w codziennym życiu. Ale, oczywiście, kluczowa jest ta baza wewnątrz. W codziennej ciszy, choćby na kwadrans wracam do swojej bazy. Z czasem jestem w stanie odwoływać się do niej w dowolnej chwili dnia, na przykład wtedy, gdy nagle górę biorą nade mną złe emocje, gdy czuję gniew, frustrację czy lęk.

Jest taki przedsiębiorca kanadyjski, Robert Ouimet, zajmuje się branżą spożywczą. W siedzibie jego firmy wyznaczono pokój, do którego każdy z pracowników w dowolnej chwili może pójść, żeby się wyciszyć. Każdą naradę ma zwyczaj zaczynać od dwóch minut milczenia. Żeby wszyscy mogli sobie przypomnieć: „Po co tu jesteśmy?”, „Co jest dla nas najważniejsze?”. Czasami cisza proponowana jest w chwilach szczególnego napięcia, emocji. On mówi, że to działa. Ludzie stają się spokojniejsi, bardziej chętni, by słuchać siebie nawzajem. Byłoby idealnie, gdyby w każdym biurze czy fabryce tak pracowano, ale – może zacznijmy po prostu od siebie. Od porannego milczenia.

Czy milczeniem można próbować zadać komuś ból? Cisza może wynikać z egoizmu, chęci zranienia kogoś?
Ta cisza, o której my mówimy, to milczenie, które jest milczeniem żywym, milczeniem życia. Roślina w ogrodzie też wzrasta w ciszy, ale rozwija się, pnie do góry. Kluczowe jest otwarcie się na świat i drugiego człowieka, wsłuchanie w to, co dzieje się we mnie, ale i w innych, chęć odpowiedzenia na to. Ale, oczywiście, bywa cisza, w której ktoś nie słucha, odwraca się, okazuje drugiemu swoją dezaprobatę i brak akceptacji. To jest milczenie nieobecności. Taka cisza jest martwa, jak na cmentarzu. Nie chcę powiedzieć, że zawsze jest ona zła.

Czasami trzeba odgrodzić się taką ciszą od kogoś, kto jest toksyczny, zatruwa nas. Św. Benedykt, gdy mówił o wcześniej wspomnianej gradacji sankcji wobec mnicha, który niewłaściwie postępuje, na koniec powiedział: „Jest moment, w którym opat widzi, że modlitwa, milczenie, napomnienia czy słowa nie pomagają. I wtedy wyciąga miecz i odcina. Odłącza tego kogoś od wspólnej przestrzeni, i potem my już nie wiemy, co się z taką osobą dzieje, ona jest poza”. Bywa, że w życiu na zewnątrz też trzeba kogoś odciąć milczeniem. Kobieta, która ma partnera stosującego wobec niej przemoc. Być może ona nawet próbowała ten związek ratować, ale nic nie pomaga. Wtedy ona wyprowadza się, przestaje odbierać telefony, nie odpowiada na e-maile i esemesy, nawet ich nie czyta. Żeby ratować swoje życie, przekreśla to, co tym życiem nie jest. Takie milczenie jest formą obrony.

Gdzie cisza brzmi najpiękniej?
Tam, gdzie jest miłość. Jeśli jestem z kimś, kogo kocham. Bo nie da się kochać bez milczenia, i być może im większa jest miłość, tym tego milczenia więcej – bo otwieramy się na drugiego człowieka, jesteśmy go ciekawi, spragnieni, chcemy go wysłuchać. Ja kocham Boga. Więc dla mnie najpiękniej brzmi cisza w kościele, na przykład wtedy, gdy kończy się jakaś wyjątkowo piękna liturgia. A dziewczyna i chłopak, którzy się kochają – idą na przykład na łąkę w lesie. W takich chwilach cisza jest najpiękniejsza. I jeśli zdarza się tak, że tracimy tę ukochaną osobę, to wspominamy właśnie tę łąkę w lesie – i to, że nie było tam słów. Potem można na tę łąkę pójść, szukać tego wspomnienia. Ptaki tak samo będą śpiewać i drzewa tak samo szumieć. Ale cisza już nie będzie ta sama.