1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wstyd. Zdrowy czy toksyczny?

Wstyd. Zdrowy czy toksyczny?

Obszar głębokiego wstydu może objąć każdy aspekt własnego Ja. Jestem zbyt agresywna, zbyt uległa, za gruba, za chuda, za słaba, za brzydka, zbyt biedna... (Fot. iStock)
Obszar głębokiego wstydu może objąć każdy aspekt własnego Ja. Jestem zbyt agresywna, zbyt uległa, za gruba, za chuda, za słaba, za brzydka, zbyt biedna... (Fot. iStock)
Zrobiłam coś w niezgodzie ze swoimi wartościami, zraniłam bliską mi osobę, popełniłam towarzyską gafę. To wstyd zdrowy, pełniący funkcję informacyjną. Gorzej, gdy wstyd staje się częścią naszej tożsamości, obezwładnia, potęguje złe myślenie o sobie. Wstyd pojmowany jako głęboko wdrukowane poczucie „gorszości” jest toksyczny, podcina skrzydła, blokuje bliskość z drugim człowiekiem.

Poczucie zawstydzenia w jego zdrowym wymiarze najbardziej można powiązać z odczuwaniem winy za określone czyny. Czasem bardziej dotyka istoty człowieka – jego braków, słabości, wad. Nie przejaskrawia ich jednak i nie przesłania pozytywnych aspektów osobowości. Jest raczej bodźcem zachęcającym do zmiany, ulepszenia czegoś, poprawy.

Toksyczny wstyd jest o wiele silniejszy i ma destrukcyjny charakter. Osoby nim dotknięte przeżywają ze wstydem same siebie. I to niezależnie od kontekstu, od czyjejś obecności czy też poczucia bycia ocenianym. Ich wstyd to permanentne poczucie gorszości, ułomności, wybrakowania.

Poczucie wadliwości

Obszar głębokiego wstydu może objąć każdy aspekt własnego Ja. Jestem zbyt agresywna, zbyt uległa, za gruba, za chuda, za słaba, za brzydka, zbyt biedna... Mogą to być cechy, wygląd, pochodzenie. W zasadzie wszystko, co nas definiuje jako człowieka.

Uwewnętrzniony wstyd niszczy codzienne życie. Ciągle towarzyszące poczucie gorszości i bezwartościowości rzutuje na relacje z innymi ludźmi. Osoby, które zmagają się z toksycznym wstydem, częstokroć uważają się za niegodne miłości czy też głębokiej przyjaźni. Obawiają się bliskości z powody swojego wyimaginowanego wybrakowania. Są przekonane, że ich wadliwość zostanie odkryta, że zostaną prędzej czy później odrzucone jako niewarte miłości, uwagi, akceptacji. Ten lęk może dotyczyć bliskich relacji, ale także bardziej publicznej sfery życia.

Zwykle takie osoby są bardzo krytyczne wobec siebie, ale też trudno znoszą krytykę ze strony innych. Mogą na nią reagować z jednej strony smutkiem lub nawet silnym przygnębieniem, z drugiej – złością i gniewem. Zawsze siebie obwiniają za wszelkie niepowodzenia w relacjach z innymi ludźmi.  Zdarza się, że wchodzą w toksyczne związki, w których są źle traktowane – poniżane, krytykowane, odrzucane. To tylko utwierdza je w dotychczasowym sposobie myślenia i odczuwania siebie. W skrajnych przypadkach w ogóle nie wchodzą w związki, unikają zażyłych relacji z ludźmi.

Poczucie wadliwości może również prowadzić do nadużywania substancji psychoaktywnych, zaburzeń odżywiania oraz innych poważnych problemów.

Skąd się bierze obezwładniający wstyd?

Co jest praźródłem toksycznego wstydu? W dużej mierze zakorzeniony jest on w zaburzonej relacji rodzic-dziecko. Zwykle rodzice osób wstydliwych byli bardzo krytyczni, odrzucający, nieakceptujący dziecka. Dodatkowo uzasadniali swoje odrzucenie lub brak akceptacji tym, jakie dziecko jest (słabe, głupie, mazgajowate, niezdarne, brzydkie, grube, leniwe etc.). Nie krytykowali konkretnych zachowań, tylko bombardowali dziecko niewybrednymi epitetami, przyczepiali raniące i niesprawiedliwe łatki. Często nagminnie zawstydzali dziecko w związku z jego wyglądem, cechami lub emocjami albo stosowali emocjonalny szantaż czy straszyli, że inni odrzucą dziecko z powodu tego, jakie jest.  Zwykle środowisko rodzinne osób, które w życiu dorosłym paraliżuje toksyczny wstyd, charakteryzował chłód emocjonalny, wycofanie z relacji z dzieckiem, niekiedy nieprzewidywalność rodzica lub przemoc z jego strony. W takich rodzinach brakowało poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, troski, empatii i szacunku.

Poczucie „gorszości” ma charakter permanentny, ale bywa odczuwane wyraźniej w określonych sytuacjach, które aktywują ten sposób reagowania. Może to być bliska relacja z drugim człowiekiem, która uruchamia lęk przed odrzuceniem, ale także spotkanie się z krytyką, wyśmiewaniem, poniżaniem czy też występowanie publicznie (pojawia się obawa, że gorszość zostanie zauważona przez innych).

Pokonać wstyd

Jak zmierzyć się z demonem wybrakowania? Najbardziej podstawową zmianą, jaka musi zajść w procesie terapii, jest uznanie siebie za osobę zasługującą na miłość, szacunek i akceptację ze strony innych. Wymaga to przyjęcia do wiadomości, że poczucie wadliwości było błędne lub znacznie przesadzone. Osoba poddająca się terapii ma za zadanie przyjąć i w pełni zaakceptować to, że jej wady i słabości nie negują jej jako istoty ludzkiej.

Niektórzy pacjenci kompensują swoje poczucie gorszości poprzez perfekcjonizm, wyższość, arogancję czy też przywdziewanie maski nadmiernego poczucia własnej wartości. Inni „zapadają” się w poczuciu wybrakowania, uznają je za oczywiste i w rezultacie wycofują się z życia - unikają związków, wyzwań, rozwoju. W obu przypadkach bardzo ważne jest stworzenie bezpiecznej bazy. Relacji, w której te osoby odważą się pokazać siebie w pełni  i zostaną zaakceptowane. Niektórzy zatajają różne informacje o sobie i potrzebują sporo czasu, zanim będą gotowe podzielić się wszystkimi odczuciami, myślami i wspomnieniami.

Gdy terapia zakończy się sukcesem, relacje z innymi ludźmi nabierają nowego wymiaru. Po pokonaniu głęboko zakorzenionego wstydu człowiek zwykle czuje się o wiele swobodniej w kontaktach międzyludzkich. Wchodzi w lepsze dla siebie relacje, wybiera odpowiednich partnerów życiowych i przyjaciół. Takich, które nie krzywdzą, nie ranią, za to szanują i darzą akceptacją. Jest także mniej wrażliwy na krytykę, więc i mniej podatny na zranienie. Postrzega ludzi jako mniej osądzających, a bardziej akceptujących. A co najważniejsze, ocenia siebie dużo bardziej realistycznie – dostrzega wady, ale i zalety, widzi słabość, ale też i siłę.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Prawo przyciągania – jak działa i czym jest w psychologii?

Jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz, nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. (Fot. iStock)
Jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz, nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. (Fot. iStock)
Jesteśmy magnesami. Wciąż przyciągamy to, czego pragniemy. I czego się boimy. Poznając Sztukę Przyzwalania, możemy zyskać większy wpływ na nasze życie. Amerykańscy badacze Prawa Przyciągania – Esther i Jerry Hicks – nie mają wątpliwości: podstawę tego świata stanowi dobre samopoczucie.

Nie czujesz się dobrze? Jesteś spięta, niezadowolona, wciąż czegoś ci brakuje? Oznacza to, że odłączyłaś się od nurtu. Że nie pozwalasz dobremu samopoczuciu, by wniknęło w ciebie. Masz wolną wolę – w każdej chwili dokonujesz wyborów. Oczywiście, nie mówisz: „Chcę być niezadowolona, zmęczona, samotna, chcę mało zarabiać”. Ale wybierasz swoje myśli, uczucia, a świat na nie odpowiada, zgodnie z teorią przyciągania. Co na przykład pomyślałaś przed chwilą?

Prawo przyciągania w trzech krokach

Esther i Jerry Hicks twierdzą z całą stanowczością: jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz (a twoje intencje są czyste), nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. Przyjrzyj się swoim myślom – czy są pełne spokoju, ufności, miłości do siebie, czy może raczej frustracji, zniecierpliwienia, zwątpienia w potęgę przyciągania? Czy naprawdę wierzysz, że dostaniesz to, o co prosisz, czy nerwowo rozglądasz się na boki? Nie można zasiać ziarenka i codziennie rozgrzebywać ziemię, żeby sprawdzać, czy kiełkuje. Trzeba zostawić sprawy swojemu biegowi zaufać, że w swoim czasie nasze pragnienie zostanie spełnione. Nie przeszkadzać. Tak działa przyciąganie myślami.

Hicksowie zapewniają: świat zawsze odpowiada na twoje pragnienia. Procedura ich spełnienia jest prosta. Prosisz – to pierwszy krok. Drugi – wszechświat odpowiada. Ale to nie wystarczy. Niezbędny jest trzeci krok – Hicksowie w swojej książce „Proś, a będzie ci dane” nazywają go Sztuką Przyzwalania, wyjaśniając, jak działa prawo przyciągania. Chodzi o to, żeby dostroić się do tej odpowiedzi, zrobić dla niej miejsce.

Często bardziej skupiamy się na tym, czego nie chcemy, niż czego chcemy. Chciałabyś spotkać wspaniałego mężczyznę – nikt tego nie kwestionuje. Ale sprawdź, na ile twoje myśli są spójne z tym pragnieniem. Bo może wyglądają tak: „Nie chcę dłużej być sama, samotność jest straszna”. Chcesz mieć nowy samochód, ale wciąż myślisz o starym – że już ci się nie podoba, że nie jest tak niezawodny jak kiedyś... Sprawdź, jak przekłada się to na twoje emocje. Prawdopodobnie, gdy jesteś całkowicie skoncentrowana na swoim pragnieniu, czujesz się świetnie – masz wrażenie, że to, do czego aspirujesz, jest na wyciągnięcie ręki. Ale wystarczy chwila zniechęcenia – zaczynasz koncentrować się na braku, samopoczucie drastycznie spada... Nowy samochód odjeżdża. A wraz z nim magia przyciągania.

Twoje życie jest odbiciem twoich dominujących myśli – mówią Hicksowie. Jeśli chcesz się stać odpowiedzialnym twórcą swoich doświadczeń, musisz nauczyć się świadomie nimi kierować – to zagwarantuje skuteczność teorii przyciągania. Wybierać te, które wywołują pozytywne uczucia. W ten sposób przesuwasz swoje centrum przyciągania.

Skala Emocjonalnej Orientacji

By sprawniej się w tym wszystkim poruszać, Hicksowie stworzyli Skalę Emocjonalnej Orientacji, porządkującą stany (od tych najprzyjemniejszych po najbardziej bolesne). Najwyższe miejsce na skali zajmują: Radość, Wiedza, Moc, Miłość, Docenienie. Najniższe – Lęk, Rozpacz, Depresja, Bezsilność. Oczywiście, nie zawsze uczucia da się precyzyjnie określić, ale dobrze jest wiedzieć, w jakim mniej więcej miejscu w danym momencie jesteśmy. Nie oceniać – ani siebie, ani innych. Załóżmy, że ktoś znalazł się na samym dole skali – pogrążony w rozpaczy, depresji, bezwolny. I oto jakaś sytuacja wywołuje w nim złość. Więc wścieka się, co być może nie podoba się otoczeniu. Tymczasem wykonał ważny skok – wyszedł z depresji, zaczął inaczej oddychać, pozwolił, by przepłynęło przez niego więcej energii. Jest teraz bliżej życia!

Esther i Jerry Hicks uczą, jak przemieszczać się na Skali Emocjonalnej Orientacji. Jak wzmocnić swoje centrum przyciągania. Jak po prostu poczuć się lepiej. W „Proś, a będzie ci dane” opisali 22 procesy, które mogą być przydatne w tej pracy. Celem każdego z nich jest praktykowanie Sztuki Przyzwolenia, uwolnienie oporu. Autorzy zalecają, by poruszać się małymi krokami, zawsze określając miejsce, z którego startujemy. Trudno przeskoczyć od lęku do entuzjazmu, od wściekłości do miłości. Ale nawet niewielka poprawa ma dużą wartość w kontekście teorii przyciągania!

Weźmy proces o nazwie Koła Koncentracji. Możesz się do niego odwołać, kiedy znajdujesz się mniej więcej na środku emocjonalnej skali – gdzieś pomiędzy znudzeniem a złością. Hicksowie sugerują, by wykonywać go, gdy odczuwasz negatywne emocje, wywołane jakimś zdarzeniem czy sytuacją. Narysuj na kartce duże koło, potem, w jego środku, mniejsze (ok. 5 centymetrów średnicy). Skoncentruj przez chwilę wzrok na małym kole, po czym zamknij oczy i skup uwagę na tym, co wzbudziło w tobie nieprzyjemne emocje. Ustal, czego nie chcesz. To dobry punkt wyjścia, żeby zdecydować, czego pragniesz. Powiedzmy, że nie chcesz czuć się gruba. Chcesz być szczupła. Rzecz w tym, że te dwa stany wydają ci się na ten moment zbyt odległe, a więc i opór przed spełnieniem się pragnienia może być silny. Hicksowie porównują to do próby wskoczenia na kręcącą się szybko karuzelę – o ile nie zwolni, nie uda się nam na nią dostać. Ćwiczenie polega więc na zwolnieniu obrotów i sięgnięciu po myśl, która pozwoli nam zasiąść na karuzeli, a potem stopniowo ją rozkręcać. Chodzi o to, żeby nie szukać ostatecznych rozwiązań, znaleźć tę jedną wspierającą myśl... W przykładzie Hicksów (tym z nadwagą) brzmi ona: „Inni ludzie mieli podobne problemy i znaleźli skuteczne rozwiązania”. Kiedy utrzymujesz taką myśl w świadomości przez co najmniej 17 sekund, zaczną pojawiać się inne, coraz bardziej krzepiące: „Kupię sobie nowe ubrania, to sprawi mi radość”, „Moje ciało będzie odświeżone”, „Poczuję się bardziej witalna”... Zapisujesz te zdania na obwodzie dużego koła, zgodnie z ruchem wskazówek zegara (od 12 do 11). Ten proces to nic innego jak stopniowe, ledwo dostrzegalne podnoszenie wibracji – tak, by zestroiły się z twoim pragnieniem. To usuwanie przepaści, jaka często tworzy się między stanem, w jakim w danej chwili jesteś, a tym, do którego dążysz. Przerzucanie między nimi mostu.

Sposoby na lepsze samopoczucie dzięki sile przyciągania

A teraz załóżmy, że twoje samopoczucie plasuje się w górnych rejonach skali – między radością a optymizmem. Ale chcesz poczuć się jeszcze lepiej, wzmocnić relację z jakąś osobą, zabezpieczyć się przed spadkiem nastroju albo po prostu dobrze wykorzystać czas (choćby podczas stania w korku czy kolejce). Jeden z najprostszych procesów, po który można sięgnąć w takiej sytuacji, nazywa się Uznanie. Zacznij obserwować swoje otoczenie, aż dostrzeżesz coś, co ocenisz jako ładne, wartościowe, co wywoła w tobie przyjemne odczucia. Zatrzymaj uwagę na tym obiekcie, doceniając jego wygląd, użyteczność. Powiedzmy, że stoisz w kolejce do okienka pocztowego – rzecz się przedłuża, jesteś poirytowana. A mimo to zauważasz:

  • „Jaki ładny, funkcjonalny budynek”.
  • „To świetnie, że utrzymują go w czystości”.
  • „Podoba mi się spokój urzędniczki”.
  • „Ta kobieta przede mną ma bardzo ładną fryzurę”.
  • „To dziecko tak pięknie się uśmiecha”.
  • „Cieszę się, że moje nogi wytrzymują długie stanie”.

Być może z czasem znajdowanie rzeczy, które budzą twoje uznanie, wejdzie ci w krew. Być może nawet, doświadczając uznania dla kogoś lub czegoś, poczujesz gęsią skórkę... To znakomity sposób, by uwolnić się od oporu przed przyjmowaniem. Jak mówią Hicksowie, za każdym razem, kiedy coś chwalisz, rozpoznajesz to, czego pragniesz. Sygnalizujesz światu poprzez przyciąganie myślami: „Proszę o więcej właśnie tego”.

Inny twórczy proces, wymagający już nieco większego zaangażowania, nosi nazwę Magiczna Szkatułka. Najpierw trzeba wyposażyć się w rzeczoną szkatułkę (niech to będzie pudełko, które ci się podoba), potem umieścić na niej napis: „Cokolwiek znajduje się w tej szkatułce – ISTNIEJE”. Teraz zacznij wypełniać pudełko zdjęciami (z czasopism, katalogów), obrazującymi twoje pragnienia. Meble, ubrania, pojazdy, pomieszczenia, miejsca, ludzie... Za każdym razem, gdy będziesz wkładała do szkatułki nowe zdjęcie, wypowiadaj zapisane na niej zdanie. Te obrazki to twoje podpowiedzi dla wszechświata. To tak jakbyś uchylając wieczko szkatułki, by umieścić w niej różne skarby, otwierała drzwi tym wszystkim rzeczom.

Dwa pozostałe procesy przeznaczone są dla tych, którzy lubią pracować na piśmie. Pierwszy to Twórczy Warsztat. Potrzebne będą cztery kartki papieru. Na każdej z nich umieść jeden z nagłówków: Moje ciało, Mój dom, Moje relacje, Moja praca. A teraz zapisz – bez wymuszania – czego pragniesz dla każdego z tych obszarów życia. Najważniejsze rzeczy, np.:

  • „Chcę wzmocnić mięśnie”.
  • „Chcę zrobić remont”.
  • „Chcę kupić nowe meble”.
  • „Chcę spędzać więcej czasu z dziećmi”.
  • „Chcę wyjechać z mężem na wakacje”.

To nie koniec. Wypisz teraz powody, dla których chcesz to wszystko dostać. Na przykład na kartce poświęconej pracy może się pojawić zdanie: „Chcę zarobić więcej pieniędzy…

  • ponieważ zamierzam przeprowadzić się do centrum miasta”.
  • ponieważ chciałabym więcej podróżować”.
  • ponieważ chcę się zapisać na kurs hiszpańskiego”.

Ten proces pomaga nazwać po imieniu pragnienia, doprecyzować, co zamierzasz przyciągnąć. Ukierunkować energię na przyciąganie myślami tego, do czego dążymy. Uzasadnienie, dlaczego czegoś chcesz, pozwala zwiększyć siłę myśli i zmniejszyć opór. Zamiast wdawać się w rozważania, kiedy coś do ciebie przyjdzie, w jaki sposób i czy to w ogóle możliwe – koncentrujesz się na korzyściach, jakie z tego będziesz miała. Dla skuteczności działania zaleca się wykonywanie tego procesu raz w tygodniu przez miesiąc, a później raz w miesiącu.

I jeszcze Księga Pozytywnych Aspektów. Przyda się notes. Zapisz w nim czyjeś imię – przyjaciela, zwierzęcia, miejsca... Chodzi o osoby, stworzenia czy rzeczy, które wywołują w tobie pozytywne uczucia. A teraz odpowiedz na pytania: Co w tobie lubię? Dlaczego cię kocham? Jakie są twoje największe zalety? Pisz tak długo, jak długo będą się pojawiać odpowiedzi, po czym wszystko przeczytaj. Może przejdziesz do kolejnego imienia? A może zapragniesz zapełniać swoją księgę regularnie? Poszukiwanie pozytywnych aspektów sprawia, że znajdujesz ich w codziennym życiu coraz więcej – zapewniają Hicksowie.

Takich ćwiczeń na skuteczne proszenie i przyciąganie myślami proponują znacznie więcej. Jak sugerują autorzy „Proś, a będzie ci dane” – dobrze jest korzystać z tych procesów z otwartością, dystansem... Bo chodzi o to, żeby dobrze się bawić, tworząc własne życie z wykorzystaniem teorii przyciągania.

  1. Seks

Jedyną drogą do spełnienia w seksie i w życiu jest uzdrowienie dawnych traum

Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Gdyby dało się prześwietlić sferę erotyki, gdzie tyle rzeczy jest w ukryciu i mroku, ujrzelibyśmy jasno wszystkie nasze problemy psychiczne, urazy, lęki... Jedyną drogą do spełnienia w seksie, ale też w życiu, jest uzdrowienie własnych dawnych dziecięcych traum – przekonuje terapeutka Olga Haller.

Właściwie dopiero niedawno uświadomiłem sobie, jak bezbronne są dzieci wobec dorosłych.
Dzieciństwo to przede wszystkim bezbronność, a więc zależność od dorosłych. Od nich uczymy się, jak traktować siebie, swoje ciało, płeć. Uczymy się bliskości i intymności w związkach od urodzenia! Dom rodzinny powinien być azylem, w którym dziecko dowiaduje się, jak chronić siebie i jak odważać się na samodzielność. Gdy w świecie spotyka je krzywda, przychodzi do rodziców po pomoc, a ich wsparcie pomaga mu uleczyć zranienie. To idealny obraz. Niestety zbyt często dziecko zostaje samo ze swoim przeżyciem. I coraz więcej wiemy o tym, że dzieci najczęściej są krzywdzone wewnątrz rodziny (uwiedzenie emocjonalne lub fizyczne przez matkę lub ojca; seksualne molestowanie – przez rodziców, dziadków, wujków, starsze rodzeństwo) lub w jej najbliższym otoczeniu. Narażone są szczególnie te dzieci, których rodzice nie potrafią uleczyć własnych zranień emocjonalnych. Bezradność i delikatność dziecka boleśnie im o nich przypominają. Jego zależność daje zaś toksyczne poczucie władzy – bezradni rodzice, sami zagubieni w rolach dorosłego życia, używają dziecka, by zagłuszyć swój ból.

Co za nędzna pociecha, że ci, którzy krzywdzą dzieci, na pewno zostali jakoś pokaleczeni w dzieciństwie.
Dlatego tak ważne jest świadome uleczenie dawnych dziecięcych zranień. Dzieciństwo to czas rozwiązywania naprawdę trudnych dylematów w drodze do dorosłej niezależności. Miłość rodziców jest niezbędna – dzieci potrzebują ich kochać i być przez nich kochane. By na tę miłość zasłużyć, wielu z nas wyrzeka się siebie, zaprzecza własnym uczuciom i potrzebom; a żeby móc rodziców kochać, idealizujemy ich obraz, przypisując winę sobie. Ten proces zakłóca rozwój, pogłębia zależność, a dziecko, choć coraz starsze, nie umie się obronić lub prosić o pomoc w sytuacji zagrożenia lub nadużycia.

W naszej kulturze, gdy ofiarą jest może już nie dziecko, lecz dorastająca dziewczyna, uważa się, że sama się o to prosiła.
O tak, zwiększa to lęk przed wołaniem o pomoc. A stereotyp na temat chłopców i mężczyzn? Im się to nie powinno w ogóle zdarzyć! Dziecko jako ofiara seksualnych nadużyć najczęściej zostaje samo i choć czuje, że stało się coś złego, nic nie mówi. Powoduje nim właśnie poczucie winy, ale także lojalność wobec sprawcy, jeśli to ktoś bliski.

Ufność wobec dorosłych jest podstawą bytu, więc dziecko musi ją utrzymać. Zależne i potrzebujące jest wtedy uwikłane w obezwładniający związek, tym bardziej toksyczny, im dłużej trwa. Dziecko nie ufa sobie, nie wie, czy to, co czuje, jest właściwe. Zwykle daje jakieś sygnały, że coś się dzieje: zmienia się jego zachowanie, usposobienie, tematyka zabaw, rysunki, zainteresowania, lecz często przekonuje się, że rodzice nie chcą tego usłyszeć i odczytać. Zostaje wstyd, poczucie winy i bezradność.

Wstyd chyba zawsze łączy się z obarczaniem siebie winą. To jedno z najbardziej dotkliwych i toksycznych uczuć. Iluż ludzi zabiło siebie lub innych ze wstydu!
To ciężar, który musimy wlec przez życie. Ile potrzeba energii psychicznej, żeby z tym żyć! Żeby to ukrywać, przed sobą i innymi. To ogromny psychiczny koszt – zapomnieć, znieczulić się, zabić dziecięcą wrażliwość, odciąć się od traumatycznego zdarzenia. Taka trauma z dzieciństwa może być skrywana przez wiele lat.

Podczas pracy z kobietami przekonałam się, że często bagatelizują one swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, naturalne jest, że chcą uniknąć bólu, wolą się nie konfrontować z przeszłością. Szukają przyczyn w bieżącym życiu. Próbują jakoś się dostosować. Znajdują stereotypy, które wyjaśniają ich problemy. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku albo kiedy ono dorośnie, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo znajdą kochanka… Liczą na partnera – obwiniają go, wymagają lub czekają, aż on coś zrobi, żeby było lepiej.

A on zwykle głupi i bezradny.
Nie, nie głupi! Bezradny, owszem. To nie w jego mocy jest wybawienie kobiety. To ona musi się odważyć. Znaleźć sprzymierzeńca. Najpierw ujawnić, by „dostać potwierdzenie” doznanej krzywdy, a potem wyrazić zadawnione uczucia, ból... To zawsze przynosi ulgę i daje szanse na zmianę w aktualnych relacjach. Skutki nieleczonych urazów zatruwają nasze życie. Nasze wysiłki unikania cierpienia, aczkolwiek zrozumiałe z dziecięcej perspektywy, w dorosłym życiu tracą swój przystosowawczy sens.

Czyli wstydliwe i bolesne zdarzenia z przeszłości są jak szczury w studni, rozkładają się i nas zatruwają, także erotykę, która jest wrażliwa na toksyny. Ale to czyszczenie studni po latach bardzo boli. Nie przypadkiem coś ukrywamy – robimy to, by nie bolało...
Zawsze boli, ale to się opłaca. Trzeba zrozumieć, że dziecko, które było molestowane, ukryło swoje doświadczenie, gdyż nie mogło z tym nic innego zrobić. Nie jest winne zaniechania. Wtedy to była jedyna metoda, by przetrwać. Teraz, gdy jesteśmy już dorośli, czas, by się z tym zmierzyć. Możemy znaleźć wsparcie, którego wtedy zabrakło. Zdobyć wiedzę, która pozwoli nam zrozumieć, co się stało. Skutki nadużyć seksualnych z dzieciństwa mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Lękowość, skłonność do depresji, zachowania autodestrukcyjne, toksyczne związki, alkohol, narkotyki to przejawy dawnych, zapomnianych krzywd. Ale też niezadowalający seks – brak orgazmu, bolesność lub całkowita niemożność współżycia. I częste zmiany partnerów, seks bez zahamowań albo odwrotnie – wycofanie z aktywności seksualnej. Może też się zdarzyć nagły wybuch nerwicy lękowej, kiedy jakieś wydarzenie w życiu uaktywnia wyparte lub stłumione treści. Bywa, że gwałtownie reaguje ciało – ból lub skurcz mięśni uniemożliwia współżycie mimo świadomego przyzwolenia. To są ważne sygnały. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie.

Kobiety często bagatelizują swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, jego przyczyn szukają w bieżącym życiu. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo kiedy znajdą kochanka… Liczą na partnera, czekają, aż on coś zrobi. Ale to nie w jego mocy jest wybawienie kobiety.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Przypomina mi się sprawa molestowania kobiet przez prezydenta Olsztyna – szokujące, że broniły go właśnie kobiety. To są te „najemnice patriarchatu” – przerażająco ich dużo...
Uwierzyłyśmy kiedyś, że jesteśmy mniej ważne, że mamy być uległe, czuć wstyd, niewiarę i winę. W sytuacjach społecznych mechanizm jest ten sam jak na planie indywidualnym między sprawcą a ofiarą. Kobiety, ofiary patriarchatu, bronią mężczyzny, pana i władcy tego porządku. Są w stanie poświęcić jedną ze swoich, żeby zachować jego względy i potwierdzić sens swojego wielowiekowego wyrzeczenia, ofiary. „Patriarchalna kobieta” jest w jakimś stopniu w każdej z nas i nie pozwala na stworzenie wspólnoty dla poparcia i obrony krzywdzonej siostry. Nie bójmy się rozpoznawać jej w sobie, jeśli chcemy ten porządek zmieniać.

  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Dla kogo jest psychoterapia online?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
We współczesnym świecie wiele osób przejawia różne zaburzenia psychologiczne, odczuwa symptomy depresyjne lub lękowe, a także przejawia fobie, smutek lub uzależnienia. W sytuacji, gdy w życiu pojawiają się poważne problemy, warto zgłosić się na psychoterapię. Obecnie jedną z popularniejszych form jest terapia online, która zapewnia wygodę, komfort i bezpieczeństwo.

Kim jest psychoterapeuta i czym różni się od psychologa?

Osoby poszukujące skutecznej terapii i rozwiązania swoich problemów, czasami zastanawiają się nad tym, czy udać się do psychologa, czy też do psychoterapeuty. Okazuje się, że zawody te mimo pewnych podobieństw, nie są ze sobą tożsame. Innymi słowy psycholog może, ale nie musi, być psychoterapeutą, natomiast psychoterapeuta niekoniecznie jest psychologiem. W praktyce psycholog to osoba, która ukończyła pięcioletnie jednolite studia magisterskie i może działać w zakresie różnych specjalizacji (na przykład psychologii klinicznej, biznesu, rozwojowej). Z kolei psychoterapeuta to osoba, która spełniła następujące warunki:
  • ukończyła studia wyższe, na przykład psychologię, psychiatrię, czy też pedagogikę,
  • ukończyła 4-letni kurs psychoterapii z dowolnego nurtu (na przykład humanistyczny, psychoanalityczny, poznawczo-behawioralny),
  • przeszła przez własną psychoterapię, aby uporać się z różnymi życiowymi doświadczeniami,
  • jest pod kontrolą superwizora, czyli osoby nadzorującej jej działania,
  • odbywa praktykę zawodową i zdobywa doświadczenie.
Psychoterapeuta po zakończeniu 4-letniego kursu otrzymuje specjalny certyfikat od Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Osoby, które cierpią na zaburzenia lękowe, depresję, zaburzenia osobowości, odżywiania lub inne tego typu, powinny zgłosić się do psychoterapeuty, a nie psychologa. To właśnie psychoterapeuta jest specjalistą zajmującym się terapią, natomiast psycholog może udzielić konsultacji.

Dla kogo jest psychoterapia?

Na psychoterapię może zgłosić się każda osoba, która czuje, że jej funkcjonowanie psychiczne pogorszyło się w ostatnim czasie lub po prostu już od dawna czuje się źle pod względem psychologicznym. Czasami obecne trudności wynikają z doświadczeń sprzed lat, na przykład z okresu adolescencji lub dzieciństwa, a czasami pewne zaburzenia spowodowane są niedawnymi wydarzeniami, nieprzyjemnymi doświadczeniami, a nawet traumami lub kryzysami. W praktyce więc psychoterapia jest odpowiednia dla wszystkich osób.

Czym charakteryzuje się psychoterapia online?

W ostatnich latach psychoterapia online staje się coraz popularniejsza. Jest to związane z jednej strony z pandemią, a z drugiej z szybkim rozwojem technologicznym. Taka forma psychoterapii różni się od tej stacjonarnej właściwie tylko miejscem odbywania - z psychoterapeutą można rozmawiać z własnego mieszkania, w bardzo komfortowych warunkach. Psychoterapeuci i psycholodzy online starają się pomóc klientowi w rozwiązaniu jego problemu lub zaburzenia. Taka forma oddziaływania jest tak samo efektywna jak pomoc stacjonarna. Psychoterapia online ma jednak dodatkowe zalety. Przede wszystkim klient nie musi tracić czasu, ani pieniędzy na dojazd, co doceniają przede wszystkim osoby z małych miejscowości, osoby niepełnosprawne. Dodatkowo jest to świetne rozwiązanie dla klientów, którzy mieszkają za granicą lub po prostu są zabiegani i nie mają na nic czasu. Psychoterapia online świetnie sprawdza się także w przypadku osób obłożnie chorych lub na kwarantannie, a także tych, które cierpią na różnego rodzaju fobie, uniemożliwiające wyjście z domu. Oczywiście pacjent zgłaszający się na psychoterapię w formie zdalnej musi mieć zapewniony stały dostęp do Internetu oraz wygodne miejsce, w którym jest w stanie rozmawiać swobodnie. Psychoterapia online jest bezpiecznym, komfortowym i świetnym rozwiązaniem i doskonale się sprawdza w wielu sytuacjach.

Kiedy warto zgłosić się do specjalisty na psychoterapię?

Na psychoterapię, także w formie online, warto się zgłosić w sytuacji, gdy pojawiają się następujące trudności:
  • smutek, obniżenie nastroju, stany depresyjne, brak motywacji do życia,
  • obniżona samoocena, poczucie niezadowolenie z samego siebie,
  • lęk, strach, napady lękowe,
  • fobie, urazy psychiczne,
  • traumy, kryzysy życiowe,
  • problemy w związku partnerskim, rodzicielskim,
  • zaburzenia odżywiania,
  • uzależnienia,
  • poczucie zagubienia w życiu.
Dodatkowo na psychoterapię może zostać skierowanym przez psychologa, psychiatrę, seksuologa, a także lekarzy różnych specjalności. Warto dodać, że przed pierwszą wizytą u psychoterapeuty, warto zdecydować się na bezpłatną konsultację, aby dobrać dla siebie odpowiedniego specjalistę, a także konkretny nurt psychoterapii.