1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tomasz Srebnicki - porady: Jestem chorobliwie zazdrosna

Tomasz Srebnicki - porady: Jestem chorobliwie zazdrosna

fot.123rf
fot.123rf
Trudno poradzić sobie z zazdrością, która nie ma realnej przyczyny. Jak zrobić pierwszy krok – radzi dr Tomasz Srebnicki.

Jesteśmy razem od półtora roku i jestem zazdrosna praktycznie o wszystko. Nie chodzi już nawet o realne kobiety, ale o rzeczy absurdalne, takie jak łóżkowe sceny filmowe. Cały czas się zastanawiam, czy mojemu partnerowi podoba się dana aktorka, czy nie; podnieca go czy nie. Zdaję sobie sprawę z tego, że podłożem każdej zazdrości jest niska samoocena. Pomimo że jestem atrakcyjna (według opinii innych osób) i wykształcona, zawsze znajdę odnośnik (inną kobietę z ulicy, z plakatu, aktorkę), do którego będę się porównywać i z którego powodu będę się katować. Muszę zaznaczyć, że partner bardzo się o mnie stara, okazuje mi czułość i zainteresowanie na co dzień. Zawsze kiedy potrzebowałam pomocy, mogłam na niego liczyć. A jednak to dla mnie za mało.

Mój problem konsultowałam już z psycholożką, która właściwie jedynie mnie wysłuchała i zaleciła uczestnictwo w grupach rozwoju osobistego. Sama dziwię się sobie, jak mogę się zachowywać w tak irracjonalny sposób. Nigdy nikt mnie nie zdradził, za to mnie się to zdarzyło. Będę bardzo wdzięczna za wszelkie wskazówki, które naprowadzą mnie na właściwe tory...

Zazdrość rzeczywiście może być destrukcyjna dla każdej relacji i to bardzo dobrze, że próbujesz ją poskromić, choć wydaje mi się, że bez pomocy psychoterapeuty może być to dla Ciebie wyzwanie szczególne. Spójrz, proszę, na zazdrość jako na przejaw lęku przed utratą, któremu towarzyszą olbrzymie wysiłki utrzymania partnera przy sobie. Wysiłki te można zamknąć w kategoriach kontroli partnera oraz nasilania różnych sposobów potwierdzania swojej atrakcyjności w jego oczach (np. poprzez seks, diety, operacje plastyczne itd.). W pewnym momencie związek jest podporządkowany temu, aby się nie rozpadł. Każdy sygnał utraty kontroli nad utrzymaniem partnera – w Twoim przypadku sceny erotyczne, sam fakt obecności innej kobiety – wyzwalają lęk i poczucie niepewności. Myślę, że to bardzo dobrze, że znalazłaś się w momencie, w którym przestałaś radzić sobie z zazdrością. Zastanów się tylko, czy chodzi o zazdrość, czy o to, że utraciłaś kontrolę nad jej kontrolowaniem? Myślę, że ten wątek może być jednym z ważnych elementów Twojej pracy z terapeutą. Warto, abyście wspólnie spróbowali nie tylko odkryć negatywne przekonania, które masz na swój temat, ale przede wszystkim rozważyli użyteczność tego, jak sobie z nimi radzisz.

dr n. med. Tomasz Srebnicki certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, asystent na WUM, dyrektor dydaktyczny, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej www.cbt.pl

Więcej listów od czytelników znajdziesz w każdym numerze SENSu w rubryce Listy do psychoterapeuty.

Masz problem, z którym nie możesz sobie poradzić? Napisz do naszego eksperta: sens@zwierciadlo.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rywalizacja kobiet. Co zrobić z zazdrością?

Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dlaczego kobiety mają obsesję na punkcie wyglądu i dlaczego rzadko się do tego przyznają? O co i dlaczego tak naprawdę rywalizujemy? Co najbardziej rozbija relacje między siostrami? Czyli co zrobić z zazdrością – podpowiada terapeutka i australijska pieśniarka i kompozytorka Peuquois.

Jest pani piękną kobietą o niezwykłym głosie, podróżuje po świecie, daje koncerty, prowadzi warsztaty, stać panią na spełnianie marzeń. Można powiedzieć – tylko pozazdrościć. Często spotyka się pani z zazdrością?
Ostatnio rzadziej, choć od dzieciństwa ten motyw mi towarzyszy. Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa. A niemal wszędzie, gdzie jeżdżę, kobiety skarżą się, że brak im wsparcia innych kobiet, nie mają do nich zaufania, czują się samotne i pozbawione czegoś ważnego. To prawda – żaden związek z mężczyzną nie jest w stanie zastąpić siostrzanej więzi. Skoro więc chcemy kobiecą wspólnotę odbudować, musimy coś zrobić z naszą zazdrością.

Czyli co konkretnie?
Jeśli się pojawia, trzeba przez nią przejść. Bo zazdrość jest bramą do wspólnoty. Jeśli ją ignorujemy, spychamy pod dywan – każdy związek, każda wspólnota prędzej czy później się rozpada.

Skąd w ogóle bierze się zazdrość?
Z braku miłości. Jeśli w dzieciństwie nie czuliśmy się kochani albo wystarczająco kochani, w jakimś stopniu nasze serce jest zamknięte. W związku z tym nie jesteśmy w pełni zdolni do kochania innych i siebie. Jesteśmy więc odcięci od źródła miłości w sobie. Zwykle tego nie widzimy, czujemy jedynie jakiś brak, niespełnienie, choć nie wiemy, czego nam brakuje. Zaczynamy się więc rozglądać wokół, szukając podpowiedzi. Przyglądamy się innym, porównujemy się z nimi. Może oni mają to coś, czego nam brak? To pierwszy krok do zazdrości. W świecie kobiet porównywanie się przeważnie dotyczy wyglądu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo zarówno nasza natura, jak i rola, jaką odgrywamy w społeczeństwie, są nastawione na piękno i oparte na pięknie.

To nie stereotyp czasem?
I tak, i nie. Nasza fascynacja pięknem, chociaż dziś wywindowana niebotycznie i spaczona przez kulturę, jest jak najbardziej naturalna. Kobiety symbolicznie to dla ludzkości wyrażają. Podobnie jak mężczyźni wyrażają dla ludzkości waleczność. Choć oczywiście na głębokim poziomie i jedni, i drudzy są waleczni i piękni. Problem powstaje, gdy wmiesza się w to umysł ze swoimi przepisami i pomysłami, czym jest piękno, a czym nie jest. I ze swoimi próbami używania tego piękna w jakimś celu, manipulowania za jego pomocą. Jeśli zamienimy je na walutę, która ma coś nam dać, kupić czy coś dla nas zdobyć, sprowadzamy je do powierzchowności. I piękno traci swoją naturalną jakość, którą jest emanacja miłości. Staje się zewnętrzną urodą, która przecież przemija i którą zawsze da się porównać, ocenić.

Piękno ma w sobie każdy, urodę – już niekoniecznie. Kobieta, nawet najpiękniejsza, zdegradowana do roli pięknej powierzchowności zaczyna czuć strach. Ocenia siebie i inne kobiety, porównuje się z nimi i próbuje odwrócić to przemijanie zewnętrznej urody – w sensie kanonu, który dziś jest szczególnie bolesny, bo oznacza wieczną młodość. Mamy być jak lalki. Bez zmarszczki, śladu zmęczenia, zbędnego włoska. Dlatego kobiety mają dziś niemal obsesję porównywania się. I jednocześnie mało która się do tego przyzna. To temat tabu. Zauważyła pani?

Bo to wstyd. Przyznanie się jest uznaniem faktu, że biorę udział w tym upokarzającym konkursie piękności…
W którym nie ma wygranych. Są same przegrane, oddzielone od siebie kobiety. Wiem, w jaki sposób zazdrość się rodzi, bo doświadczyłam tego w dzieciństwie. Mam siostrę, niedużo starszą, która od najmłodszych lat wyzwalała w ludziach agresję. Wyglądało tak, jakby już się z nią urodziła. Ja z kolei byłam powszechnie lubiana. Dla dziecka, które przecież chce być kochane, a spotyka się z odrzuceniem, to bardzo trudne doświadczenie. Za trudne, by mogło sobie z tym samo poradzić. A więc siostra strasznie zazdrościła mi tego, że wszyscy mnie kochają, a jej nie – jak uważała. Doświadczała niezwykle silnych uczuć. Całe nasze dzieciństwo było przepełnione jej zazdrością.

Jak sobie pani z tym radziła?
Nie było mi łatwo, bo byłam świadomym dzieckiem. Miałam w sobie dużo miłości i współczucia dla siostry. Nie rozumiałam, dlaczego mnie nie cierpi, dlaczego wszystko, co robię, wyzwala w niej takie uczucia. Starałam się ją jakoś rozbroić, przypodobać się jej. Ale to nic nie dawało. Przyznaję z bólem, że zazdrość całkowicie nas rozdzieliła. Kiedy miałam 17 lat i obie wyzwoliłyśmy się spod wpływu mamy, straciłyśmy ze sobą kontakt. Nasz przykład pokazuje, że nieuzdrowiona zazdrość potrafi doprowadzić do rozpadu najważniejszych związków. Próbowałam wiele razy wyciągać do niej rękę, jakoś zasypać tę przepaść między nami, ale mi się nie udało. Czuję wielki smutek.

Mam podobne doświadczenie z dzieciństwa, tyle że to ja byłam tą siostrą, która doświadczała zazdrości. Wejście w to miejsce i spotkanie się ze sobą w nim było jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu.
Bo to niezwykle silne uczucie. Zazdrość ma energię bliską opętania, szaleństwa. Z zazdrości można stracić kontakt ze sobą, z rzeczywistością, nawet zabić. Gratuluję, że miała pani odwagę się z tym zmierzyć. Pamięta pani mój filmik na YouTube? Mówiłam tam o tym, że jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę działają w przypadku zazdrości i rozbrajania jej skutków, jest przyjrzenie się jej z otwartością i szczerością. Trzeba otworzyć to zaciśnięte miejsce i pozwolić uczuciom, które tam zostały schowane, się wyrazić, przepłynąć przez ciało. W zasadzie to jedyna rzecz, która pomaga ją uzdrowić.

Ale to jest właśnie najtrudniejsze…
Bo zazdrość jest jedną z emocji, których najbardziej się wstydzimy. Nie chcemy się przyznać, nawet przed sobą, że ją odczuwamy. Ja? Zazdrosna? Skąd. To upokarzający, poniżający stan, kojarzący się z porażką. Dlatego przyznanie się: „Jestem zazdrosna, czuję się gorsza”, jest tak trudne, a jednocześnie to pierwszy krok w stronę uzdrowienia. To po prostu jeden z normalnych ludzkich stanów. Każdy człowiek ją zna. Kiedy czuje pani zazdrość, w którym miejscu ciała i w jaki sposób pani ją odczuwa?

Czuję zacisk wokół serca, jakby zapadanie się w klatce piersiowej.
No właśnie. Kiedy serce się zamyka, zaciska, trudno je otworzyć i pokazać komuś innemu, bo to dokładnie odwrotna energia. Dlatego zazdrość tak nas od siebie oddziela. Próbujemy schować swoje uczucia, więc przestajemy być w pełni sobą. Nie jesteśmy w stanie się otworzyć i wnieść do relacji istotnej części nas. A przecież na bardzo głębokim poziomie my, wszystkie kobiety, jesteśmy połączone ze sobą i z uniwersalną kobiecością, archetypem. A więc nie tylko doświadczamy tych samych uczuć, ale również doskonale wiemy, kiedy któraś siostra w naszej obecności odczuwa zazdrość. Zazdrość ma specyficzny rezonans, który czujemy i już. Zazdrość przemawia i patrzy w specyficzny sposób – nawet jeśli próbujemy to ukryć. Nie da się. Powoduje, że robimy się krytyczne, sarkastyczne albo chłodne, zamknięte, sztuczne. Chodzi więc o to, byśmy zaczęły być wobec siebie szczere. Pierwszy krok to przyznać się przed sobą, drugi – przyznać się tej siostrze, której czegoś zazdrościmy.

Pani tak robi?
Nauczyłam się tego. Miałam naprawdę dużo doświadczeń tego typu i one pomogły mi oswoić zazdrość swoją i innych kobiet. W tym tę chyba najtrudniejszą, bo o mężczyznę. Przez jakiś czas byłam w związku z mężczyzną, który miał kilka kobiet.

Jednocześnie?
Tak. Był indiańskim uzdrowicielem. Razem ze mną miał siedem żon w różnym wieku. Dlatego uważam, że mogę mówić o zazdrości – przeszłam bardzo świadomie przez jej ogień. Chciałam być z tym mężczyzną, bardzo go kochałam. Mogłam ten fakt zaakceptować i próbować to doświadczenie jakoś zmieścić w sobie, rozszerzyć świadomość albo odejść. Zostałam. I poradziłam sobie z tym dokładnie tak, jak to opisałam. Czułam zazdrość, ten ścisk serca, oddzielenie, które budziło we mnie nienawiść, nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. W końcu ból stał się nie do zniesienia i musiałam coś z tym zrobić. Więc poszłam i powiedziałam im o tym wprost. Dzięki temu te uczucia mogły przeze mnie przepłynąć. Potem już za każdym razem o tym rozmawiałyśmy. To bardzo nas zbliżyło. I zazdrość zaczęła się rozpuszczać.

Dla większości kobiet takich jak ja – wychowanych w zachodnim świecie – taka sytuacja jest trudna do wyobrażenia.
Bo obnaża fundamentalny strach kobiety – że jakaś inna zabierze jej mężczyznę, jakby można było go sobie wziąć jak przedmiot. Warto sobie zdawać sprawę z tego, że nasza rywalizacja o mężczyzn w dużym stopniu bierze się z tego, że mylimy miłość z chęcią posiadania i wiele naszych związków to współuzależnienie. Chcemy, żeby ktoś nas kochał bezwarunkowo, na wyłączność, bo przenosimy na niego nasze niedokochanie z dzieciństwa. Nie nauczyliśmy się kochać siebie, więc chcemy, żeby ktoś nam ten brak zapełnił. To niewiele ma wspólnego z kochaniem drugiego człowieka. Moje doświadczenie pomogło mi to zrozumieć. Nauczyłam się wiele o miłości, wolności, o tym, że związek jest wspólną podróżą, a nie czymś stałym. Ale zgadzam się – wejście na taki poziom jest trudne. I wcale nie zachęcam do takich prób kogoś, kto nie czuje się gotowy.

Czuła się pani kochana?
Tak. Miałam szczęście, bo trafiłam na mężczyznę połączonego ze źródłem miłości w sobie. Ktoś taki nie kocha tylko osobowości kobiety, jej ciała czy wyglądu. Kocha też to, co jest głębiej, rozpoznaje świadomie jej istotę, korzeń, który łączy ją z uniwersalną kobiecością. Jedni nazywają to źródłem życia, inni – boskością. To duchowy poziom miłości, bez którego kobieta podświadomie czuje się niepełna. Niewielu jest mężczyzn, którzy umieją kochać w taki sposób, a jeszcze mniej takich, którzy świadomie widzą tę różnicę. Jeśli mężczyzna kocha kobietę jedynie powierzchownie, tworzy w niej oddzielenie. Bo na poziomie duszy, istoty, ona nie czuje się kochana, czuje brak głębokiej więzi, choć nawet nie umie tego nazwać. A każda kobieta wyczuwa ten poziom i tęskni za spotkaniem w tym obszarze. Można powiedzieć, że dziś to zjawisko o globalnym zasięgu.

Jest też inny rodzaj zazdrości. Na przykład kiedy jakaś kobieta ma jakieś talenty i próbuje przejawić je w świecie, nie zawsze spotyka się ze wsparciem innych kobiet. Często próbują ściągnąć ją w dół. Pani doświadczyła czegoś takiego?
Kobiety reagują na to na dwa sposoby. Albo ściągają ją w dół, nie pozwalając się wybić, albo poniżają same siebie, przez co czują się niewartościowe, zazdroszczą jej i ją w związku z tym odrzucają ze swojego grona. Doświadczyłam tego boleśnie na początku swojej kariery muzycznej. Nie pomyślałam nawet o tym, że jako młoda i utalentowana muzyczka będę dla innych kobiet w branży konkurencją i zagrożeniem. Nie dostałam od nich zachęty, wsparcia, którego szukałam. Zamiast tego napotkałam wrogość, oschłość,odrzucenie. To bolało. Z mężczyznami udawało mi się dużo lepiej dogadywać. To oni wprowadzili mnie w świat muzyki. Mam wrażenie, że wiele z nas doświadczyło czegoś podobnego. To powoduje, że gdzieś w głębi siebie boimy się pokazać, w pełni urzeczywistnić, boimy się swoich talentów, piękna, swojej mocy. Wolimy się nie wychylać, nie pokazywać, pozostać w średniej krajowej. Bo wtedy nie jesteśmy dla nikogo zagrożeniem. Nie zagrażamy niczyjemu poczuciu wartości, nie wywołujemy zazdrości, a więc nie narażamy się na odrzucenie.

Z czego się to bierze?
Według mnie z tego samego, z braku miłości. Z poczucia, że ona jest jakoś ograniczona, więc trzeba o nią walczyć, rywalizować. Bo jeśli ktoś jeden ściąga uwagę i zainteresowanie, to dla innych już tego nie starczy. Tymczasem jeśli się otworzymy na miłość w sobie, nigdy jej nam nie zabraknie, takie jest moje doświadczenie. Moim zdaniem to poczucie braku miłości jest też uzasadnione historycznie. Wojna zabiera mężczyzn. Zostają kobiety, które zaczynają rywalizować o garstkę pozostałych przy życiu potencjalnych partnerów. Mężczyzna jest jak słońce, które oświetla kobietę. Jeśli umie spojrzeć w głąb jej duszy, to energia jego miłości otwiera kobietę na jej własną miłość. Dlatego kobiety o niczym innym nie myślą, nie mówią i nie marzą, tylko o mężczyznach i o takiej miłości. Czyli o połączeniu dusz. Więc kiedy tylu mężczyzn ginie na wojnie, zdarza się, że niemal całe pokolenie znika, pojawia się uczcie braku, głębokie przekonanie, że nie ma wystarczająco dużo mężczyzn, więc trzeba jakoś się bardziej postarać, coś aktywnie robić, żeby dla nas starczyło. I choć dziś realnie nas to nie dotyczy, to poczucie braku odziedziczyłyśmy. Wraz z mechanizmem rywalizowania. W krajach, gdzie było wiele wojen, rezultatem może być na przykład to, że kobiety robią wszystko, by wyglądać na atrakcyjne seksualnie. Albo stają się silne i przejmują męskie role, by spotkać się z mężczyznami na ich gruncie. To się zaczyna już w szkole. Ta desperacja, by zdobyć uwagę, miłość – widzimy to w dzisiejszej kulturze – zasiewa ziarno lęku i oddzielenia wśród kobiet.

Dlatego kobieta, która doświadcza zazdrości, niezależnie od tego, czy to ona zazdrości, czy jej zazdroszczą – powinna przyjrzeć się i zastanowić, w jaki sposób używa swoich talentów i darów. Czy dzieli się nimi ze światem, czy używa ich, by zdobyć uwagę i miłość i stać się lepsza od innych. Takie podejście wymaga głębokiego spotkania ze sobą i szczerości. Ale to jest właśnie jeden z pozytywnych efektów zazdrości. Zachęca do spojrzenia w głąb siebie. Uświadamia nam, że w jakimś stopniu jesteśmy odcięte od źródła miłości w sobie. I możemy to źródło odzyskać. My, kobiety, musimy się nauczyć na nowo wspierać się wzajemnie w wychodzeniu do świata, w stawaniu w swojej pełni. Jesteśmy w naturalny sposób kręgiem siostrzanym. To nasze najważniejsze, bazowe połączenie. Trzeba je odzyskać. To staram się robić, podróżując po świecie: pomagać kobietom nawiązywać na nowo relacje. Namawiam: zbierajcie się, róbcie coś w grupach, śpiewajcie razem. Oddychajcie razem, tańczcie, medytujcie, rozmawiajcie. Rozwój przebiega dużo szybciej, kiedy się wzajemnie wspieramy. Dużo szybciej, niż kiedy każda z nas jest sama.

Peruquois, australijska pieśniarka i kompozytorka tak zwanej muzyki świata, nazywana Głosem Bogini. Z wykształcenia jest muzykiem jazzowym, ale przez wiele lat studiowała muzykę rdzennych ludów, m.in. w Meksyku i w Indiach. Jej koncerty są zawsze wielkimi wydarzeniami. Stworzyła również praktykę jogi głosu. Pracuje z kobietami, pomagając im odzyskać głos i dostęp do własnej mocy. Prowadzi warsztaty i spotkania dla kobiet.

  1. Psychologia

Zazdrość może być świetną wskazówką do rozwoju osobistego

Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. (Fot. iStock)
Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. (Fot. iStock)
Znów poczułaś to przykre ukłucie, które każe ci nie cierpieć kogoś, kto ma od ciebie lepiej? Pomyśl, co ta emocja mówi o tobie. O twoich tęsknotach, deficytach. Bo zarówno zazdrość, jak i zawiść są świetnymi wskazówkami do rozwoju.

"Kaśka ma świetne życie, wyszła za mąż, a ja wciąż jestem sama – kto by pomyślał, przecież to ja mogłam przebierać w ofertach matrymonialnych!”, „Tomek znów wydał książkę? Ta niemota? Przecież to mnie zawsze wychwalała polonistka!”, „Agnieszka wciąż ma nowe zlecenia, skąd ona je bierze? Ja mam więcej kursów od niej, ale ona ma więcej znajomości”. Wszystko to można zawrzeć w jednym: „Dlaczego inni mają lepiej ode mnie?!”.

Życie nie zawsze jest sprawiedliwe, może się zdarzyć, że choć się staramy i dobrze rokujemy, to śmietankę spija ktoś inny, do tego potencjalnie (przynajmniej w naszej ocenie) od nas gorszy.

Masz to, czego ja chcę

Zazdrość to według definicji Gottrieda Leibniza niepokój, „że ktoś inny jest bardziej uprzywilejowany”, a także smutek, „że to nie my posiadamy jakieś dobro”. „Ty masz miłość, a ja nie; ty masz sukces, a ja nie; ty masz pieniądze, a ja nie; ty masz zdrowie, a ja nie…”. Ta lista może nie mieć końca, dopóki budujemy siebie, porównując się z innymi. Dopóki postrzegamy siebie przez pryzmat braków (tego nie mam, tamto chcę). Koncentrowanie się na tym, czego nie mamy, często prowadzi do frustracji (znanej nam już od dzieciństwa), frustracja do złości, cierpienia, a niekiedy (gdy zazdrość staje się chorobliwa) także do zemsty, wyrządzenia szkody temu, komu zazdrościmy, by wyrównać sobie poczucie straty. Z tego też powodu umniejszamy sukcesy innych. Mówimy: „głupi to ma szczęście”, „trafiło się jak ślepej kurze ziarno”, „piękna, ale głupia”. Bo zazdrość, tak jak i jej bliźniacza siostra – zawiść – biorą się z niskiej samooceny. Z drugiej strony, jak im się bliżej przyjrzeć, mają nie tylko negatywną rolę do spełnienia – motywowani zazdrością dążymy np. do poprawy swojej sytuacji – czy to osobistej, czy zawodowej, by dogonić, a nawet przegonić w sukcesach tych, którym zazdrościmy. Dlatego zamiast poddawać się rozczarowaniu sobą, spróbujmy wykorzystać zazdrość jako komunikat i wskazówkę do rozwoju.

Siedem kroków do zrozumienia zazdrości

1. Wzmacniaj samoocenę

Zacznij od przyczyny, czyli braku samoakceptacji. Ktoś pogodzony ze sobą, znający dobrze siebie – rozwija swoje talenty, a słabości akceptuje lub próbuje przekuć je w coś bardziej satysfakcjonującego. Nikomu niczego nie zazdrości – co najwyżej powodzenie i sukcesy innych inspirują go do zmian, zachęcają do rozwoju. Żeby osiągnąć taki stan, trzeba mieć zdrowe poczucie własnej wartości – adekwatne, nie za niskie, ale też nie za wysokie, bo wysoka samoocena usypia naszą czujność, budzi arogancję (myślimy, że wszystko już wiemy, potrafimy, jesteśmy lepsi niż inni).

Wzmacnianie poczucia własnej wartości to baza. Ale to także proces i oddzielny duży temat, tu pomocą mogą być m.in. wymieniane przez Nathaniela Brandena w książce „Sześć filarów poczucia własnej wartości” podstawy: praktyka świadomego życia, praktyka samoakceptacji, praktyka odpowiedzialności za siebie, praktyka asertywności, praktyka życia celowego i praktyka integralności osobistej. Zmiana nawyków myślowych na temat siebie nie nastąpi od razu, ale ta książka znacznie w tym pomoże.

2. Zbadaj, nazwij i zachowaj dystans

Jeśli właśnie zalewa cię fala zazdrości, zdystansuj się do niej. Powiedz sobie: „Zazdrość to nie ja, to emocja, którą właśnie odczuwam – mogę ją nazwać i zbadać”. Wyobraź sobie, że masz mikroskop albo lupę i możesz przyjrzeć się dokładnie temu, co czujesz. Pomogą ci w tym pytania: „Co teraz czuję?”, „Jak jest to silne w skali od 1 do 10?”, „O jakiej niezaspokojonej potrzebie mi to mówi?”, „Czy mogę w jakiś sposób otrzymać to, czego teraz zazdroszczę?”, „Jeśli tak – to jak?”, „Jeśli nie – czy jest coś innego, co może mi to zrekompensować?”, „Jeśli nie – to co się stanie, jeśli się z tym pogodzę?”, „I co się stanie, jeśli się z tym nie pogodzę?”. Takie zdroworozsądkowe zdystansowanie się pozwoli ci dotrzeć do przyczyny i być może podjąć decyzję.

3. Oddychaj

Zazdrość to silne uczucie, towarzyszy mu często złość, a nawet agresja. Gdy czujesz mocny gniew, weź 10 pogłębionych spokojnych oddechów, które wyciszą emocje i pozwolą powrócić do logicznego myślenia. Wdychaj i wydychaj powietrze nosem.

4. Przekieruj energię w ruch

Jeśli wciąż rozsadza cię niedobra energia, przekieruj ją na aktywność fizyczną – wyjdź na szybki spacer lub pobiegaj.

5. Nie porównuj się z innymi

Na tle innych zawsze będziemy od kogoś w czymś gorsi, ale zawsze też w czymś będziemy od innych lepsi. Nie ma sensu się porównywać, bo każdy z nas jest inny. Jeśli ktoś ci imponuje i zazdrościsz mu np. osiągnięć pisarskich, naukowych, sportowych i innych, to zadaj sobie pytanie, czy naprawdę włożyłaś w coś tyle pracy i czasu, co ta osoba. Czy za jej osiągnięciami nie idą jakieś wyrzeczenia, których ty nie byłabyś w stanie albo nie chciałabyś ponieść? Czy wiesz, co ona naprawdę przeżywa, co czuje, kim jest, jakim kosztem to osiągnęła? Może widzisz tylko jedną stronę medalu. Poza tym ocenianie siebie przez pryzmat sukcesów innych to pozwalanie na to, by o naszej wartości decydowali inni, nie my sami. Zrewiduj, jaką rolę pełnią w twoim życiu poszczególni członkowie rodziny, przyjaciele, zwierzchnicy i wszyscy ci, których zdanie czy opinie wpływają na twoje decyzje i zachowanie.

6. Zrewiduj oczekiwania

„Wielkie oczekiwania niosą ryzyko wielkich rozczarowań” – mówią buddyści. Z drugiej strony – cele i dążenia pozwalają realizować marzenia, o ile tylko wystarczy nam determinacji. Pomoże ci w tym następujące ćwiczenie – weź kartkę, długopis i trzymaj się instrukcji bez podglądania dalszego opisu. Stwórz listę 10 najważniejszych spraw – marzeń, na których realizacji ci zależy. Teraz skreśl pięć z nich. Tak, skreśl bezwzględnie pięć swoich pragnień. Z czego mogłabyś zrezygnować? Skreślone pięć? To skreśl jeszcze dwa. Jak to – masz jeszcze z czegoś zrezygnować? To niemożliwe! A jednak skreśl. To, co zostanie, to twoje prawdziwe pragnienia, prawdziwe priorytety. To, co naprawdę jest dla ciebie ważne. Skup się na ich realizacji, a sukcesy innych osób w pozostałych dziedzinach nie zakłują igłą zazdrości. Zaakceptuj, że nie możesz mieć wszystkiego – łatwiej mieć coś, na co się świadomie zdecydujesz i skupisz na tym całą uwagę.

7. Zajmij się sobą, buduj na tym, co masz

Żyj swoim życiem, szukaj własnego potencjału, skupiaj się na tym, co masz, co potrafisz, co umiesz. Jeśli ci czegoś brakuje, jeśli poczujesz w stosunku do kogoś lub czegoś zazdrość, zastanów się, o jakim deficycie ci to mówi, i zadaj sobie pytanie, czy masz wpływ na to, by go uzupełnić. Jeśli tak – zrób to, jeśli nie – zostaw, nie przeżywaj i tak nie możesz tego zmienić. Skup się na czymś innym.

Jak zostać królową

Nie każdy się rodzi w rodzinie królewskiej lub jako spadkobierca fortuny. Ale jeśli jesteś względnie zdrowa, masz co jeść i gdzie mieszkać, jeżeli możesz podziwiać świat każdym zmysłem i robić na ogół to, co chcesz – to jesteś wielką szczęściarą. Jeśli cię coś ogranicza, to zbyt mała ambicja lub pracowitość, a może za duże oczekiwania i złe myślenie na swój temat. Sukcesy i powodzenie innych nie świadczą o naszej wartości. Świadczymy o niej tylko my. Stwórz własne królestwo, rozwijaj zdolności, potencjały, ciesz się tym, co masz – jednym zdaniem: zostań jego królową! Niech inni zazdroszczą tobie! Po prostu rób swoje i nie oglądaj się na nic.

Warto przeczytać: Osho, Księga zrozumienia. Przemień lęk, złość i zazdrość w twórczą energię, Czarna Owca 2014.

  1. Psychologia

Przyjaciółki, warsztaty, kręgi kobiet – co zrobić, gdy mężczyzna chce zatrzymać partnerkę tylko dla siebie?

Kobiety potrzebują wzajemnego wsparcia. Pragną się spotykać, rozwijać  i cieszyć życiem. Niestety, wielu mężczyzn jest o to zazdrosnych. (fot. iStock)
Kobiety potrzebują wzajemnego wsparcia. Pragną się spotykać, rozwijać i cieszyć życiem. Niestety, wielu mężczyzn jest o to zazdrosnych. (fot. iStock)
Gdy nasza partnerka spotyka się z przyjaciółkami, to nie znaczy, że czegoś nam brakuje. Dobrze, gdyby wreszcie do mężczyzn dotarło, że kobiety potrzebują kobiet, aby lepiej poznać, rozumieć i kochać siebie. I że to szansa dla związku – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Kongres Kobiet, kręgi kobiet, kobiece grupy rozwojowe, terapeutyczne, feministyczne, spotkania w gronie przyjaciółek – to dla mężczyzn, jak słyszę, prawdziwe wyzwanie. No bo dokąd ona chodzi? I po co? Co one tam robią? O czym rozmawiają?
Gdy kobieta wychodzi na kobiecą jogę czy gimnastykę, to pół biedy. Gorzej, gdy on przeczuwa, że na spotkaniach w gronie kobiet dzieją się dla niej ważne rzeczy. Gdy pyta partnerkę o charakter tych spotkań, ona go zbywa: „Trudno to opisać, obowiązuje mnie zasada dyskrecji”. Albo jeszcze bardziej tajemniczo: „Co my robimy? No wiesz, różne ciekawe rzeczy!”. A do tego kobieta się zmienia, staje się bardziej asertywna, w sposób otwarty stawia granice, wyraża swoje potrzeby, oczekiwania.

On dochodzi do wniosku, że one się spotykają, żeby nadawać na mężczyzn, skarżyć się i spiskować.
Psują mu kobietę. Mówią jej, co ma robić, a czego nie robić, i teraz są właśnie efekty. Fantazja zaczyna pracować pełną parą. To jest zazdrość o intymny świat kobiety, do którego on nie ma dostępu. Może czuć się odstawiony na boczny tor. Jeden z klientów zwierzał mi się, że jego żona zapomniała o rocznicy ślubu, bo umówiła się z przyjaciółką. Długo czekał z kwiatami i prezentem, aż zapadła noc. Innym razem wyjechała z przyjaciółkami na weekend w jego urodziny. Opuszczony, zraniony i rozżalony pytał mnie, co ma o tym myśleć. I że to dowód, iż słusznie się niepokoi, ponieważ z nią i z ich związkiem jest coraz gorzej. A to wszystko przez te spotkania z kobietami.

W jaki sposób mężczyzna okazuje swój niepokój? Jak sobie radzi?
„Może byś się zajęła dziećmi”. „Lodówka pusta”. „Sterta prania czeka”. Może porównywać: „Janusz to ma żonę! Dom zadbany, czysto, ugotowane, jakoś to po ludzku wygląda, tak jak powinno być”. Może mieć pretensje: „Zobacz, co ty z nami robisz”. Może sabotować jej wyjścia z domu: „Nie wiem, jak to zrobimy. Nie wiem, kto zajmie się dziećmi, bo ja też wychodzę”. Może być zły, znajdować różnego rodzaju preteksty, żeby ją zatrzymać w domu – że chory, że źle się czuje, że ma coś pilnego do zrobienia. Może się obrażać, znikać z domu, upijać się, ostentacyjnie milczeć. Może wycofać się do swojego wewnętrznego świata: komputer, Internet, hobby, praca. Wejść w koalicję z dziećmi: „Mama znowu wychodzi! No, dzieci, musicie być samodzielne…”. Miałem pacjentkę, która planowała wyjazd na trening dla kobiet. Po raz pierwszy od lat miała spędzić sama tydzień poza domem. Jej partner był w bliskiej koalicji z synem do tego stopnia, że syn się rozchorował, miał problemy z poruszaniem się, wyglądało na zapalenie ścięgien. Lekarz rozłożył ręce: „Nie ma tu żadnych medycznych podstaw”. Ta kobieta popatrzyła na syna i powiedziała wolno i stanowczo: „I tak pojadę!”. Zanim pojechała, już następnego dnia choroba syna minęła. Warto zdać sobie sprawę, że mężczyzna odczuwa lęk przed nieznanym, nie wie, z czym może się liczyć. Skoro partnerka stała się tak wymagająca, to do czego to doprowadzi. Często cierpi na tym męskie ego i narcyzm związany z wyobrażeniem, że skoro już jesteśmy parą, to powinienem być dla niej całym światem. Już nie powinna mieć innych potrzeb, nie powinna szukać na zewnątrz.

„Już jej nie wystarczam” – to może być zagrażające?
I bolesne. Konieczna jest tu świadomość, że spotkania z kobietami nie świadczą o tym, że mężczyzna ma jakieś braki. Wynikają z potrzeb kobiety. Dobrze, żeby wreszcie do mężczyzn dotarło, że kobiety potrzebują kobiet, aby lepiej zrozumieć siebie, wzmacniać poczucie wspólnoty, więzi i wymiany. To jest nowa świadomość na temat pełniejszego rozumienia kobiecych potrzeb i aspiracji. Tymczasem mężczyźni wydają się za tym nie nadążać. W dużym stopniu pozostali na etapie archaicznym, jakiś przestarzałych wzorców i ról.

Kobiety mówią, że odkąd przebywają z innymi kobietami, przestały wreszcie wymagać od mężczyzny, żeby był im matką, ojcem, przyjaciółką, terapeutą, doradcą. Mówią, że to wielka ulga. Chyba także dla mężczyzn?
Kobiety wzmacniają się i dojrzewają. Więc jako partnerki też są bardziej dojrzałe. Przestają być córeczkami, którym trzeba tatusiować. Kłopot w tym, że wielu mężczyzn lubi opiekować się kobietami jak dziećmi, ponieważ wtedy czują, że mają kontrolę. „Ja ci załatwię specjalistę od depresji, na pewno ci pomoże, znam człowieka”. „Wyszukam ci leki”. „Znajdę ci zajęcie”. „Załatwię pracę”. To on wybiera, decyduje. Wie kto, kiedy, z kim, dlaczego i po co. To daje mu paradoksalnie poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie – ona zależy ode mnie, beze mnie sobie nie poradzi. Wyzwaniem dla mężczyzn nie są kobiece grupy, ale nowe myślenie o relacji, o partnerstwie. Czym ono jest? Potrzebujemy rozmów, aby zmienić stare przekonania i nawyki.

Od czego zacząć?
Dobrze, gdyby kobiety mówiły wprost: „To nie jest przeciwko tobie. Nie wychodzę z domu, dlatego że nie chcę być z tobą czy z dziećmi. Zależy mi na was. A jednocześnie potrzebuję tego, co mogą mi dać tylko kobiety. Dzięki tym spotkaniom czuję się silniejsza i jestem pewna, że wszyscy na tym korzystamy. Ufam, że będziesz mnie w tym wspierał; zajmiesz się dziećmi i domem, gdy wychodzę”. Ważne, aby mężczyzna wyrażał zainteresowanie: „Co jest dla ciebie ważnego w tych spotkaniach? Czy może w naszym związku czegoś brakuje?”. Można powiedzieć o swoich fantazjach, podejrzeniach, obawach. „Gdy wychodzisz, niepokoję się. Tyle mówi się dzisiaj o tak zwanych grupach destrukcji, które mają charakter zamknięty, odcinają od rodziny”. Dobrze, żeby dopytywał, wyrażał troskę, miłość. „Pytam również dlatego, ponieważ ciekawi mnie, co się z tobą dzieje, co przeżywasz. Zależy mi na tobie, na nas”. Jeśli kobieta uczestniczy w grupie terapeutycznej, niech powie tyle, ile może, bez szczegółów, czemu ta grupa służy; że jej celem jest wzmacnianie kobiecej siły. Niech zwróci uwagę na to, w jaki sposób to wzmocnienie może wpłynąć na związek, na rodzinę. Dobrze, gdyby kobiety były otwarte: „Jeśli masz jakieś pytania, chętnie odpowiem na tyle, na ile będę mogła”. Takie podejście działa uspokajająco, wzmacnia zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, ponieważ już nie trzeba się domyślać. Konieczne są też wspólne uzgodnienia, jak będzie funkcjonował dom na czas nieobecności kobiety. Bardzo konkretne ustalenia; kto w tym czasie odprowadzi dzieci do szkoły, przedszkola, kto zajmie się zakupami, posiłkami. Takie ustalenia działają cuda. Mężczyzna ma wtedy poczucie, że uczestniczy w czymś ważnym, ma wpływ, kontrolę. Niepokoi się, gdy jest zaskakiwany, uspokaja się, gdy wie, czego się spodziewać.

Najtrudniej – jak się wydaje – radzić sobie z męską zazdrością.
Spróbujmy popatrzeć głębiej: jeśli on wyraża zazdrość, mówi o swoim niepokoju, niezadowoleniu, można pomyśleć, że to dobry znak, że mu zależy, nie jest obojętny, żywi uczucia. Byłoby znacznie gorzej, gdyby wycofał się w swój świat: rób sobie, co chcesz, nic mnie nie obchodzi, mam tu w Internecie ciekawsze rzeczy. Więc zamiast się denerwować („Czyś ty zwariował z tą zazdrością!”), można zazdrość docenić i powiedzieć: „Cieszę się, że dzielisz się tym ze mną, że zadajesz pytania, interesujesz się moimi sprawami. Odbieram to jako zaufanie do naszej relacji. Powiedz coś więcej na ten temat. Czy w twoim odczuciu spędzamy ze sobą zbyt mało czasu?”. Gdy słuchamy siebie nawzajem, wtedy do głosu dochodzą prawdziwe potrzeby: kontaktu, docenienia, bliskości. Poprzez otwartość, rozmowy budujemy kontakt, pogłębiamy więź. Mężczyzna nie czuje się wtedy nie w porządku, że w ogóle śmiał zapytać czy krytycznie się wyrazić. Czuje się zrozumiany, ponieważ partnerka akceptuje, że on może tak się czuć.

Oczywiście, potrzebujemy, i kobiety, i mężczyźni, dużej dozy życzliwości i spokoju. Niewycofywania się z kontaktu. Otwartości. Słuchania i pytania. Jednak bywa i tak, że zmiana, która dokonuje się w kobiecie, jest ryzykowna dla relacji.
Samoświadomość kobiet, ich asertywność, domaganie się respektowania granic, potrzeb i dążeń może wydawać się czymś negatywnym, utratą tego, co było. Jednak to właśnie szansa dla związku. Oczywiście, nie wszyscy mężczyźni wytrzymają takie zmiany, nie wszyscy podejmą dialog. Warto jednak przynajmniej spróbować rozmawiać, w otwarty sposób wyjaśniać, co się dzieje. Wielu mężczyznom wydaje się, że zmiana, jaką musieliby przejść, narusza ich wolność, tożsamość. „Wymagasz ode mnie, żebym stał się inny, nie akceptujesz mnie takim, jaki jestem”. W podtekście jest pragnienie, aby nic się nie zmieniło, żeby mogło być tak jak dotychczas, taki sam podział zadań, obowiązków. Jednak kobieta nie godzi się już na dotychczasową sytuację, którą na przykład traktuje jako niesymetryczną, eksploatującą. Mówi: „Teraz chcę być z tobą jako wolna kobieta, a nie uzależniona, biedna córeczka”. Czy to nie jest bardziej dojrzałe, pełniejsze? Otwiera się nowy etap dla związku, nowa jakość relacji, głębsza, pełniejsza. Nie wszystkim mężczyznom zależy na pogłębionej relacji, mogą więc nie chcieć wsiąść na statek, który wypływa na szerokie wody…

…nieświadomi, że tego rejsu nie da się już zatrzymać.
Żebyśmy mogli być szczęśliwi w naszych związkach, potrzebujemy kontaktu z innymi, ze światem. Gdy tego nie ma, związek obumiera. Może trwać w sposób formalny latami, jednak nie ma w nim życia. Niektórzy mówią, że skończyła się chemia. Raczej skończył się pokarm, którym związek się żywił. Jeśli spędzamy ze sobą większość czasu, nie podróżujemy, nie uczymy się nowych rzeczy, nie uczestniczymy w inspirujących zdarzeniach, to z czego czerpać? Seks nie wystarczy. Wydaje mi się, że mężczyźni ciągle nie zdają sobie sprawy z tego, że kobieta, która wychodzi z domu, spotyka się z przyjaciółkami, uczestniczy w zajęciach grupowych, zasila tym samym związek, ponieważ wszystko, czego się nauczyła, co odkryła, przynosi do domu, jest ożywiona, szczęśliwsza. To jest nowa energia, nowy świat, z którym mamy okazję się spotkać, a to poszerza nasze perspektywy, pozwala wychodzić poza ograniczenia, schematy czy stereotypy. Wielka szansa na rozwój. Naszym partnerkom należy się wdzięczność, a nie sabotowanie ich aspiracji.

Benedykt Peczko
 jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. Niedawno ukazała się książka „Zrozumieć mężczyznę”, którą napisał z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

  1. Psychologia

Kim naprawdę dla mężczyzny jest jego przyjaciółka?

Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Rzadko się zdarza, aby partnerka akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, bo nie do końca wierzy,że ta relacja jest tylko przyjacielska. (Fot. iStock)
Przyjacielska relacja sprawia, że lepiej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Pytam ostatnio bliskiego mi mężczyznę, w jaki sposób udało mu się przejść przez serię traumatycznych doświadczeń, kto mu pomógł, a on bez zastanowienia mówi: „przyjaciółka”. To kobieta, z którą nie jest w związku partnerskim, nie łączy ich relacja seksualna. Znają się od kilku lat, dzwonią do siebie, spotykają się, żeby pogadać, podzielić się tym, czego doświadczają i co przeżywają. Proste ludzkie rozmowy. Niby niewiele.
To jest to, co najważniejsze. Relacje są najważniejsze. Ten mężczyzna ma szczęście. Gdy ja rozmawiam z mężczyznami, wyczuwam w nich dojmującą samotność. Przyjaźń nazywają luksusem, w podtekście jest, oczywiście, sugestia, że oni na taki luksus nie mogą sobie pozwolić. Dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że to, co jest postrzegane jako luksus, jest jak powietrze, bez którego dusimy się i obumieramy. Kiedy brakuje przyjaźni, pojawia się to pytanie, które tak często słyszę od mężczyzn: „Po co to wszystko?”. Coś się wydarza, może awans w pracy, jakieś nowe możliwości. Jeśli jednak nie mamy z kim porozmawiać, trudno to nowe zintegrować, w pełni się ucieszyć. W pracy różnie bywa – jedni gratulują, inni zazdroszczą, jeszcze inni intrygują. W domu? Nierzadko zdarza się, że żona, partnerka ma dość rozmów o pracy, słuchania, wspierania. Brakuje jej dystansu, bo jest z mężem na co dzień. Musi ogarnąć wiele spraw. Mówi: „W najbliższy czwartek jest wywiadówka. Z Zuzą trzeba iść do ortodonty, ja nie mogę w tym czasie”. Kobiety są przeciążone obowiązkami, zmęczone. Bardzo łatwo wtedy w relacji partnerskiej zagubić aspekt przyjaźni. Relacja z przyjaciółką, która nie jest partnerką, pozwala odzyskać ten skarb, jakim jest możliwość pełnego zaufania, otwartego rozmawiania, zainteresowania, dzielenia się. To szansa na wyjście z męskiej klatki. Przyjaźnie z mężczyznami są inne. Najczęściej oparte na aktywności, na różnych działaniach, które wspólnie podejmujemy: wspinamy się w górach, latamy na paralotni, jeździmy na ryby. Jesteśmy razem, od czasu do czasu o czymś pogadamy…

…głównie o faktach, co się wydarzyło?
Tak, o działaniach. Z kobietami jest inaczej. Przyjaciółka jest bardziej otwarta, wrażliwa na różne kwestie emocjonalne, stany wewnętrzne. Kobiety mają dużo więcej samoświadomości, mądrości. My, mężczyźni, możemy z tej mądrości czerpać i uzupełniać swoje deficyty. Dzięki przyjaźniom z kobietami mamy szansę rozwinąć kobiecy punkt widzenia, wrażliwość, a tym samym zyskać więcej wewnętrznej równowagi.

I kobiety, i mężczyźni potrzebują różnych punktów odniesienia w świecie, żeby relacja partnerska mogła być bliska, dobra; żebyśmy się w niej nie udusili. Wewnętrzna mądrość podpowiada, abyśmy nie robiły z mężczyzny ojca, matki czy przyjaciółki. Ale też nie najlepiej, gdy mężczyźni oczekują od nas, że będziemy dla nich matkami czy terapeutkami.
W relacji z przyjaciółką nie ma oczekiwań, jakie są w związku partnerskim. Jedna z kobiet powiedziała mi: „Borykam się z problemami, dzieci chorują, rodzice wymagają opieki, a on przyszedł z pracy i się rozpłakał!”. Gdyby ten mężczyzna zapłakał w obecności przyjaciółki, ona nie czułaby się tym tak obciążona. Dzielenie się z kimś tym, co przeżywamy, w sposób wolny od uwikłań systemowych, związanych z pracą czy z domem, to wielka szansa na głębsze poznanie siebie. Jest tu jeszcze coś. Gdy rozmawiamy z kimś w sposób otwarty i szczery, to nas zmienia, transformuje, ożywia, rozwija w nas nowe umiejętności. Z całą pewnością mężczyzna, który ma kontakt z przyjaciółką, wszystko, co pozytywne w tej relacji, przeniesie na inne sfery życia, także do swojej partnerskiej relacji. Choćby świadomie o tym nie myślał, to i tak się stanie.

Moja przyjaciółka mawia, że zazdrość jest poniżej jej godności, i to powiedzenie stało się hitem wśród bliskich mi kobiet. Jednak zazdrość partnerki o przyjaciółkę może mocno skomplikować relacje. No bo o czym oni tak rozmawiają? Czy ta przyjaźń nie przerodzi się w romans?
No tak, to dla wielu mężczyzn spory problem. Zresztą dla kobiet też – szczególnie dla tych po rozstaniach i dla singielek. Zaczyna się od przyjaźni, tak nam się swobodnie rozmawia, tak się rozumiemy, już mamy do siebie zaufanie, jest coraz bliżej i pojawia się tęsknota za czymś więcej, za związkiem intymnym. Często tak właśnie się dzieje: z przyjaźni rodzi się partnerska relacja.

A więc partnerki mężczyzn mogą mieć uzasadnione obawy o romantyczny finał relacji z przyjaciółką…
Rzadko się zdarza, aby partnerka czy żona akceptowała przyjaźń swojego mężczyzny z kobietą, ponieważ nie do końca wierzy, że ta relacja jest tylko przyjacielska. A poza tym jest zazdrosna o czas poświęcany innym ludziom, kolegom, a co dopiero innej kobiecie. Wielu mężczyzn ogranicza z tego powodu swoje relacje przyjacielskie. Kobiety są przepracowane tak jak mężczyźni. Gdy więc ona ma na głowie swoją pracę zawodową, sprawy związane z domem, z dziećmi, z rodzicami, z chorobami w rodzinie, a on umawia się na wieczór z przyjaciółką, to może nie sprzyjać harmonii domowej. Jeśli jednak kobieta widzi, że relacja z przyjaciółką buduje jej mężczyznę, ponieważ jest bardziej otwarty, żywy, chętnie dzieli się tym, co odkrył, zyskał, wtedy warto wspierać relację z przyjaciółką.

„Idź, pogadaj, pozdrów ją ode mnie”?
Dlaczego nie? Gdyby jednak pojawiło się zauroczenie seksualne przyjaciółką, dojrzały mężczyzna zwróciłby uwagę na to, co takiego wydarzyło się w tej relacji, czego brakuje w jego związku z żoną. Dlaczego jego energia i zainteresowanie podążyły w inną stronę? To zawsze szansa dla związku. Otwiera się przestrzeń do rozmowy: w jaką rutynę popadliśmy, co wymaga zaopiekowania, jak na nowo rozniecić ogień. Gdyby rozmowy nie pomogły, warto podjąć terapię dla par. Wszelkie relacje wymagają czujności, świadomości tego, co się dzieje, i odpowiedzialności.

Przyjaciel to ktoś, przy kim można odpocząć; rozluźnić się, odprężyć.
Musimy mieć pewność co do pozytywnych intencji; przyjaciółka akceptuje mnie, dobrze mi życzy, jestem dla niej ważny jako osoba. Czym innym są przyjaźnie biznesowe, a czym innym przyjaźnie naturalne – spotykamy się jako istoty ludzkie, a wszystko inne to jedynie elementy towarzyszące. Czujemy się ze sobą dobrze, bezpiecznie, po spotkaniu jesteśmy zainspirowani, odświeżeni, bogatsi. Relacja z przyjaciółką sprawia, że widzę świat jako lepszy, a to napawa mnie optymizmem, daje poczucie więzi, wspólnoty, rezonansu. Egzystencjaliści tacy jak Irvin Yalom czy Martin Buber mówią o spotkaniu ja i ty, spotkaniu egzystencjalnym, które bardzo trudno zdefiniować. To spotkanie jest wartością samą w sobie, ono przerasta jednostkowe potrzeby.

To jest podróż duchowa, ponieważ gdy jesteśmy z kimś blisko, bardzo szybko dochodzi do głosu cień, deficyty, ograniczenia, słabsze strony, nieuświadomione części siebie, lęk. Bardzo wyraźnie widać, z czym przyjaciel się boryka. Widać całość. I sztuką jest przyjąć tę całość. Być uważną. Nie interpretować, nie oceniać.
Tak, jednak w przyjaźni widzimy coś więcej – poprzez cień, maski, nawyki, ograniczenia i pozory promieniuje rdzeń, centrum z pełnym potencjałem, bez ograniczeń. Ograniczenia są na zewnątrz, w centrum rozpoznajemy wolną istotę i na nią rezonujemy. Właśnie wtedy możemy głęboko odpocząć, bo to pomaga również nam; łatwiej skontaktować się z naszym własnym centrum.

Trzeba się jednak zaangażować, zadzwonić, umówić się, pogadać, dać wyraz temu, że jestem, myślę, zależy mi na relacji. W jaki sposób mężczyzna ma znaleźć w sobie energię na pielęgnowanie przyjaźni?
Przyjaźń to jest ten rodzaj więzi, że niezależnie od tego, kiedy się spotykamy, jesteśmy cały czas w przyjacielskim rezonansie, w przestrzeni otwartości, zrozumienia i zaufania. Jeśli więc przyjaciel przez jakiś czas się nie odzywa, rozumiemy, że coś ważnego zaprząta jego uwagę; że najpewniej jest przeciążony. Wiem, że dla mężczyzn już sama świadomość, że przyjaźń istnieje, jest ważna. Kobiety potrzebują więcej czasu i uwagi, pragną, aby przyjaźń była zasilana, dążą do częstszego kontaktu, rozmowy. Najwyraźniej różnimy się w tym względzie. Poza tym mężczyźni angażują się najczęściej w przyjaźnie zawodowe, służbowe; są partnerami w biznesie, wspólnikami. To coś innego niż przyjaźnie naturalne, niepowiązane interesami. Prawdziwe przyjacielskie relacje to wielkie źródło radości. Radykalnie i totalnie zmieniają jakość naszego życia. Dlatego gdy w psychoterapii pytam mężczyznę, jak w jego życiu wygląda sprawa relacji, przyjaźni, a on mówi, że miał ją kiedyś, w szkole, ale teraz nie ma czasu, to wiem, że sprawa jest poważna, a nawet dramatyczna.

Tak jakby odmawiał sobie wsparcia.
Ktoś obecny w naszym życiu, kto o nas myśli, słucha, akceptuje, kto dobrze nam życzy, to wyjątkowy dar. Wsparciem jest istnienie przyjaciółki. Samo istnienie. To nawet nie o to chodzi, że musimy być wsparciem dla siebie w trudnych chwilach, choć to, oczywiście, bezcenne. Wystarczy samo bycie, dzielenie się sobą. To nas wzajemnie inspiruje. W trudnych chwilach możemy dać jakąś radę. Jednak w przyjaźni pozostawiamy drugiej osobie wolność; może zrobić z tą radą, co zechce, może nic nie zrobić.

Jak w każdej relacji bywają też kryzysy w tej przyjaźni.
W relacjach przyjacielskich uczymy się metakomunikacji, czyli porozumiewania się w kwestii tego, jak się porozumiewamy. W przyjaźni możemy o tym mówić – nawet jeśli pojawia się ból, złość, irytacja, zniecierpliwienie. Żadne stany wewnętrzne nie przesłaniają relacji jako takiej. W innych przypadkach ludzie się obrażają, dystansują, zamykają, wyziębiają. Dlaczego w przyjaźni potrafimy o tym mówić? Bo wiemy, że to są odpryski, sprawy poboczne, przemijające, wynikające z naszych emocji, stanów wewnętrznych.

Przyjacielska relacja sprawia, że zyskujemy świadomość, bardziej poznajemy siebie. Jeśli przyjaciółka widzi i akceptuje ukryte dotąd części mnie i mimo wszystko pozostaje w relacji ze mną, wtedy niejako zwraca mnie samemu sobie.

Nie warto, oczywiście, na siłę szukać przyjaźni z kobietą, zresztą z nikim, bo nie da się jej w ten sposób znaleźć. Paradoksalnie im bardziej gorączkowo poszukujemy relacji, tym bardziej się wymyka. Przyjaźń to spotkanie; zaczynamy odczuwać rezonans. Nawet jeśli na początku ta siła przyciągania nie jest zbyt wyraźna i silna, warto sobie na nią pozwolić. Dać przyjaźni szansę.

 

 

  1. Psychologia

Zazdrość w związku - jakie ma oblicza?

Zazdrość w związku nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować. (fot. iStock)
Zazdrość w związku nie wymaga dowodów, potrafi sama je wyprodukować. (fot. iStock)
„Kto nie jest zazdrosny, nie kocha” – twierdził święty Augustyn. Większość z nas dobrze zna ukłucie zazdrości, gdy partner wydaje się interesować kimś innym. Jeśli kochamy, to chcemy, by nasza miłość była odwzajemniona i trwała wiecznie.

Zazdrość ostrzega, stoi na straży związku, służy jego trwałości. Ale nadmiar zazdrości potrafi zabić największą miłość, choć początki wydają się zwykle niegroźne. Jak u Tomka i Beaty.

Gdyby Beata zdradzała męża, a przynajmniej interesowała się innymi mężczyznami, jego zazdrość byłaby zrozumiała. Mamy tu jednak do czynienia z wcale nierzadkim przypadkiem zazdrości, która karmi się jedynie podejrzeniami, a te nie giną wraz z brakiem dowodów na to, że są uzasadnione. Tomek kontroluje Beatę na każdym kroku, w swoim poczuciu uniemożliwia jej zdradę, ale czy to znaczy, że zapobiega jej pragnieniom? A co się dzieje wtedy, gdy on jest w pracy? Co się dzieje, gdy wyjeżdża w delegację? Mężczyzna męczy się podejrzeniami i zaostrza środki kontroli. Wraca do domu wcześniej, niż zapowiedział, czatuje na Beatę pod pracą, chce widzieć, z kim wychodzi. Oddycha z ulgą, ale wkrótce znów zaczyna się dręczyć, szuka dowodu jej winy, jakby to zdrada mogła przynieść mu ulgę.

Zazdrość w związku: jak kreujemy piekło?

Paweł nie może znieść poczucia niepewności, odkąd jego dziewczyna, Monika, wyjechała na studia do Madrytu. Chłopak ma świadomość, że problem tkwi w nim, nie w Monice. Zawsze był zazdrosny, jego zazdrość zniszczyła już dwa związki, teraz niszczy trzeci. Wydzwania do Moniki 10 razy dziennie, każe się jej rozliczać z każdej godziny. W przypływie szlachetności sam zachęca, żeby się z kimś spotkała, doskonaliła język w kontakcie z ludźmi, ale gdy nie ma jej na Skypie, oddaje się bolesnym fantazjom. Co teraz robi, gdzie jest, może kogoś poznała? Pojechał do niej znienacka, była sama w mieszkaniu, odetchnął z ulgą i spędzili razem tydzień. Po powrocie męka zaczęła się na nowo.

– Co mam robić? – Paweł czuje się bezradny wobec swoich uczuć. – Wciąż porównuję się z innymi facetami, wydaję się sobie gorszy od nich wszystkich, jestem pewien, że ona to w końcu odkryje, czemu miałaby chcieć być ze mną?

Paweł płacze, choć wie, że to mężczyznom nie przystoi. Jego ojciec też był mazgajem, jak sam o nim mówi. Może dlatego porzuciła go żona? Ojciec nigdy się z tego nie podniósł. Zostali sami, mama brała czasem Pawła do siebie, ale gdy w jej życiu pojawiał się nowy mężczyzna, syn przeszkadzał, oddawała go ojcu. Paweł, choć wie, że to nie ma nic wspólnego z Moniką, jednak wciąż podejrzewa ją o zdradę. W końcu postanawia z nią zerwać. – Najpierw muszę uporać się ze sobą – stwierdza z bólem.

Gdyby umieli to stwierdzić inni zazdrośnicy, nie zamienialiby życia swoich rodzin w piekło. Niestety. Wielu z nich zamiast pracować nad sobą, woli zmniejszać swój niepokój, wciąż zwiększając kontrolę nad partnerką.

Gdy patrzymy przez pryzmat podejrzliwości, świat nabiera nowych znaczeń. Każde zachowanie partnerki podlega interpretacji: nie chce ze mną rozmawiać, bo myśli o innym. Chce rozmawiać, jest miła i czuła – próbuje ukryć to, że myśli o innym. Niemal każde zachowanie wzmaga czujność i wymaga zwiększenia kontroli. Brak dowodów w niczym nie przeszkadza.

Zazdrość ma swoje ewolucyjne uzasadnienie

Niezliczone ofiary zazdrości padają na polu bitwy, która z miłością ma niewiele wspólnego. Zazdrość jest główną przyczyną przemocy fizycznej w małżeństwie. Wszystkie inne powody razem wzięte nie mogą się z nią równać! Spośród 60 maltretowanych kobiet, badanych w ośrodku dla ofiar przemocy w Północnej Karolinie, 57 stwierdziło, że ich partnerzy są tak zazdrośni, że każde wyjście kobiet z domu kończy się oskarżeniami o niewierność i przemocą fizyczną.

Zazdrość doczekała się wielu definicji naukowych. Mowa w nich o tym, że to reakcja na zagrożenie związku, który jest dla danej osoby wartością i w który wiele zainwestowała. Zazdrość motywuje do zachowań mających przeciwdziałać zagrożeniu, a więc pełni funkcję chroniącą związek i właśnie po to w procesie ewolucji powstała. Dlaczego zatem to uczucie tak często niszczy związek? David M. Buss, psycholog ewolucyjny, autor książki „Zazdrość – niebezpieczna namiętność” wyjaśnia to za pomocą teorii mniejszego zła. Błąd polegający na niezauważeniu oznak zdrady pociągał za sobą większe koszty w postaci wydatkowania energii na opiekowanie się cudzymi dziećmi niż błąd polegający na niesłusznych podejrzeniach o zdradę. Ewolucyjnie uzasadniona skłonność do nadmiernej zazdrości nie pojawia się jednak bez powodu. Predysponuje do niej niskie poczucie własnej wartości, traumatyczne wydarzenia z przeszłości – zdrada czy porzucenie, wysoki poziom lęku, zaburzenia erekcji, różnica w atrakcyjności partnerów. Wierność czy niewierność partnerki nie ma tu większego znaczenia.

Kontrola seksualności kobiet wpisana jest w patriarchat od wieków. Jeszcze dziś zdrada kobiety w krajach islamskich to plama na honorze mężczyzny – tak poważna, że jedynie zamordowanie żony może ten honor oczyścić. Aż do roku 1974 w stanie Teksas zabójstwo niewiernej żony nie podlegało karze, jeśli zostało dokonane, nim osoby zamieszane w akt cudzołóstwa opuściły miejsce zbrodni.

Zabicie kochanków, zanim wyszli z łóżka, nie było przestępstwem również w prawie angielskim, gdyż „nie można sobie wyobrazić większej prowokacji niż cudzołóstwo”.

I to wszystko w imię miłości!