1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak zmniejszyć poczucie winy?

Jak zmniejszyć poczucie winy?

</a>
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Gdy myślimy o tym, co wpływa na nasze myśli, uczucia czy zachowanie szukamy przyczyn w ewidentnych, rzucających się w oczy i oczywistych okolicznościach zewnętrznych, zachowaniach innych ludzi, czy cechach własnego temperamentu albo osobowości. Z łatwością można wtedy zignorować subtelne oddziaływania, które modyfikują nasze funkcjonowanie psychologiczne i pozostają niezauważone - pisze dr Jarosław Kulbat, psycholog SWPS Wrocław.

Weźmy za przykład mycie rąk. Ta prozaiczna czynność, której oddajemy się wielokrotnie każdego dnia ma swój cel priorytetowy. Jest nim utrzymanie higieny. Okazuje się jednak, że mycie rąk może wpływać także na funkcjonowanie psychologiczne, subtelnie modyfikując to, co myślimy czy czujemy i w konsekwencji wpływając na nasze zachowania.

Chen-Bo Zhong i Katie Liljenquist (2006) przeprowadzili kilka lat temu proste badanie, którego implikacje praktyczne są dość spektakularne. W badaniu tym poproszono studentów o opisanie z użyciem komputera nieetycznego zachowania z własnej przeszłości. Po wykonaniu zadania połowa studentów miała okazję wytrzeć dłonie wilgotną chusteczką. Eksperymentator przekonywał, że ma to związek ze specyfiką badania, w  którym różni ludzie używają tej samej klawiatury. Pozostałym studentom nie oferowano możliwości oczyszczenia dłoni. Następnie wszyscy badani odpowiadali na takie same pytania dotyczące ich aktualnych emocji.

Gdy badanie miało się już skończyć, pojawiał się nieznany badanym młody człowiek, który wszystkim uczestnikom badania składał prośbę o wzięcie udziału w kolejnym badaniu.

W grupie, która nie miała okazja oczyścić dłoni chusteczką, 74% badanych zgodziło się spełnić prośbę o pomoc. Z kolei w grupie, w której badani mogli wytrzeć dłonie, gotowość udzielenia pomocy i spełnienia prośby wyniosła 41%. Według autorów obmycie dłoni po przyznaniu się do winy zredukowało poczucie winy i w konsekwencji obniżyło skłonność do pomagania innym. Pomaganie innym może redukować poczucie winy jako forma odkupienia popełnionych grzechów. Wystarczy więc umyć ręce, żeby poczuć się lepiej.

Czy ludzie zdają sobie z tego sprawę, że w taki sposób można zarządzać swoim sumieniem?

W innym badaniu Zhong i Liljenquist próbowali znaleźć odpowiedź na to pytanie. Studentów proszono, żeby opisali, tym razem ręcznie (badanie rzekomo dotyczyło związków między osobowością a charakterem pisma), pewien epizod z własnego życia. Połowa badanych pisała o czymś, co świadczyło o nich pozytywnie, reszta badanych opisywała swoje negatywne zachowanie. Po wykonaniu zadania badanym proponowano – jako rodzaj rekompensaty za wzięcie udziału w badaniu – prezent. Mieli do wyboru: wilgotną chusteczkę do rąk albo ołówek. W grupie badanych, którzy przyznali się na piśmie do niemoralnego zachowania mokrą chusteczkę wybierało 75% badanych – w grupie, która opisywała chwalebny epizod ze swojego życia mokrą chusteczkę wybrało 37,5% badanych.

Mycie rąk okazuje się mieć wpływ także na inne aspekty naszego funkcjonowania psychologicznego. Pozwala na przykład pozbyć się wrażenia, że mamy pecha czy ograniczyć żal po dokonaniu wyboru, którego konsekwencje mogą być dla nas niekorzystne (Lee & Schwarz, 2010). Umycie rąk zwiększa poziom optymizmu w myśleniu o przyszłości po doznanej porażce ale też sprawia, że nasze standardy moralne wykorzystywane w ocenie innych ludzi i siebie stają się surowsze (Helzer i Pizarro, 2011; Zhong, Strejcek & Sivanathan, 2010). Na szczęście, ręce szybko się brudzą.

źródło: strefapsyche.swps.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy rodzina jest najważniejsza w życiu człowieka? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Mówimy: Rodzina. A zaraz potem: zdrowie. Ale w pracy spędzamy całe dnie, liczba rozwodów wzrasta, a ślubów nie. Co jest więc dla nas priorytetem? Na te i inne pytania odpowiada Wojciech Eichelberger.

Wzrosła akceptacja dla związków bez ślubu, seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji i rozwodów. A jednocześnie nadal większość z nas mówi, że to rodzina jest najważniejsza. Czy to znaczy, że żyjemy wbrew temu, co cenimy? Bo skoro pieniądze i status są „naj” tylko dla kilku procent, to dlaczego tak pochłania nas praca, tyle energii i czasu oddajemy naszym pasjom albo i nałogom? Deklaracje to jedno, a praktyka to drugie. Ta deklaracja ma swoją bezwładność, bo skądinąd rodzina to rzecz ważna. My też lubimy deklarować, że jesteśmy lepsi, niż jesteśmy. Bardziej moralni, bardziej wzniośli nawet, niż tradycyjny system wartości przewiduje, ale jak się nam przyjrzeć, to okazuje się, że to tylko słowa. Nasze zachowania często nie pokrywają się z tymi deklaracjami. W trakcie psychoterapii takie deklaracje się weryfikuje. Kiedy ktoś mówi: „Kocham swoje dzieci, tylko nie mam dla nich czasu”, odpowiadam: „Jeśli chcesz wiedzieć, kogo kochasz, przyjrzyj się, czemu poświęcasz najwięcej czasu i uwagi”. No i wtedy następuje rewizja tej iluzji. Z reguły bolesna.

A nie zaprzeczenie: „Nie mogę mniej pracować! Haruję tak dla nich, żeby miały najlepsze szkoły, wakacje i kursy chińskiego, skrzypiec” itd.? Tak, oczywiście. Zaprzeczamy faktom i racjonalizujemy zachowania, które przeczą naszym deklaracjom i fałszywym przekonaniom. Ale w końcu docieramy do prawdy: „Wyszło na to, że najbardziej kocham mój samochód”. Albo: „Najważniejsza jest dla mnie moja praca, a nie dzieci. Jej najwięcej czasu poświęcam. Więc także moja miłość do żony jest deklaracją bez pokrycia”. Takie konstatacje bolą, jednak płynie z nich wielka korzyść, bo tylko trafna diagnoza pozwala na podjęcie skutecznej naprawy.

Na psychoterapii odkrywamy więc, że czasem kłamiemy, mówiąc o naszej wielkiej miłości do bliskich? Iluzja nie jest kłamstwem, tylko wiarą, a nawet pewnością, że nasze wybory i zachowania są zgodne z wyznawanymi przez nas wartościami. Nie uświadamiamy sobie hipokryzji, w jakiej żyjemy. Zazwyczaj tworzymy iluzje na własny temat, by być w zgodzie z systemem norm i zasad deklarowanych przez religijne i polityczne autorytety.

Jeśli ktoś przyzna, że najważniejsze są dla niego osiągnięcia w bieganiu i sukcesy w pracy, to co wtedy? Kiedy już to wie i nie udaje przed sobą, że jest inaczej, to jego problem się kończy. Powraca poczucie spójności. Wydawać by się mogło, że wtedy to jego najbliżsi mają problem, bo muszą zdecydować, czy chcą żyć pod jednym dachem z człowiekiem, który najbardziej kocha np. swój samochód. Tak, ale też dzięki poznaniu prawdy i oni doświadczą ulgi, bo do tej pory mogli się obarczać winą za to, że nie czuli się kochani. Mogli myśleć, że to z nimi jest coś nie tak, skoro nie potrafili poczuć i docenić ojcowskiej czy mężowskiej miłości. Bywa jednak i tak, że po nazwaniu sytuacji ludzie uspójniają się w drugą stronę – starają się dorosnąć do tego, co deklarują. Skoro ktoś już zdobywa się na to, by przyjść do terapeuty, to bierze pod uwagę możliwość zmiany na głębszym poziomie niż porzucenie złudzeń na własny temat.

Albo przyszedł, bo żona kazała: „Wciąż mi powtarza, że dla mnie rower jest ważniejszy nawet niż praca, czyli bezpieczeństwo materialne rodziny”. Warto wtedy, by psychoterapeuta pomógł mu zastanowić się, czy żona ma rację. Jeśli tak, powinien zapytać: „Skoro już wiesz, że rower jest dla ciebie najważniejszy, to czy chcesz dać sobie spokój z tą żoną? Nie zawracać jej dłużej głowy, przeprosić, że się pomyliłeś? Czy może chcesz sprawdzić, dlaczego lekceważysz adresowane do ciebie, uzasadnione potrzeby i oczekiwania, i odkryć kiedyś, że to jednak ona jest dla ciebie najważniejsza?”. W wielu wypadkach, gdy ktoś zrozumie, że deklarował nieprawdę, by dopasować się do tego, co jest społecznie akceptowane, ale chce być osobą spójną, dorosłą i odpowiedzialną (czyli myśleć, mówić i robić to samo, żyć w zgodzie ze swoją prawdą, nie oszukiwać), to po odkryciu prawdy rusza w swoją drogę z ulgą.

Nie zawsze. Znajomy wie, że nie kocha dziecka, ale mimo to daje się szantażować eksżonie i zostaje w kraju, choć za granicą mógłby się rozwijać zawodowo, a tego właśnie pragnie. To, że mamy świadomość, czego chcemy, i wiemy, co nas rozwija, nie oznacza jeszcze, że jesteśmy dojrzałymi ludźmi. Dojrzałość polega na tym, że wybieramy to, co jest dla nas najważniejsze, i czynimy to coś najważniejszą sprawą również w praktyce. Twój znajomy ma wybór: rodzina albo satysfakcjonująca i pożyteczna praca za granicą. Jeśli zostaje z rodziną nie dlatego, że dokonał takiego świadomego wyboru, bo uznał to za wartość dla niego prawdziwie nadrzędną, lecz na skutek presji byłej żony i otoczenia, to zachowuje się w sposób niedojrzały. Podkłada też bombę z opóźnionym zapłonem pod całe swoje życie. Wszyscy z powodu jego fałszywego poświęcenia będą cierpieć dłużej i bardziej, niż cierpieliby, gdyby wyjechał. Prawdopodobnie zgadza się zostać, żeby ukoić poczucie winy spowodowane tym, że nie kocha dziecka. Gdyby rozwiązał ten problem, właściwa decyzja byłaby łatwiejsza do podjęcia.

Może kiedy uporządkuje swoje życie wewnętrzne i dojrzeje, to pokocha dziecko i zostanie w kraju z radością? Na dwoje babka wróżyła. Dojrzały emocjonalnie człowiek też może nie kochać dziecka. To nie świadczy o patologii. Miłość (także do dzieci) to dar. Spotkałem wielu ludzi, którzy z różnych powodów nie kochali swoich dzieci i czuli się z tego powodu tak podejrzani i winni, że nie potrafili się nawet przed sobą do tego przyznać. Udawali więc miłość i oddanie tak zażarcie, że bardziej i dłużej krzywdzili tym dziecko, niż gdyby żyli w zgodzie ze swoją trudną wewnętrzną prawdą. Wypieranie ze świadomości braku miłości do własnych dzieci często sprawia, że stajemy się wobec nich chorobliwie opiekuńczy albo zamieniamy naszą relację w perfekcyjny projekt wychowawczy. Zalewamy dziecko nadmiernymi wymaganiami albo nieustającymi prezentami. Czasami też odwracamy relację i to my siadamy dziecku na kolanach, domagając się od niego współczucia i wsparcia. Zaznaczam, że życie w zgodzie z wewnętrzną prawdą nie zawsze musi się przejawiać komunikowaniem tej prawdy otoczeniu – zwłaszcza dzieciom. Samo to, że niekochający rodzic zrozumie siebie i sobie wybaczy, sprawi, że to jego otoczenie, włącznie z dziećmi, odczuje wielką ulgę. Bo wtedy przestaje nadrabiać brak miłości nadmierną uwagą, napięciem i manipulacją, a także przestaje się dziecka czepiać, umieszczając w nim odpowiedzialność za swój problem: „Gdybyś ty było inne, to pokochałbym cię. To twoja wina, że cię nie kocham”.

Dlaczego kłamiemy nawet przed sobą, że kochamy dzieci, kiedy tak nie jest? Bo istnieje bezwzględna społeczna i religijna norma, że własne dzieci się kocha z automatu. Nikomu nie wolno nie kochać swojego dziecka. W przeciwnym razie skazujemy się na moralną banicję, wykluczenie ze społeczności. A z drugiej strony – niestety, brak miłości do dzieci zdarza się coraz częściej, bo nie chcieliśmy ich mieć, nie jesteśmy pewni, czy są nasze, bo nie przepadamy za współrodzicem itd. A w świecie ludzkim miłość nie jest stanem hormonalno-gruczołowym. Tylko w pierwszej fazie życia dziecka, tej związanej z karmieniem piersią, matka czuje oksytocynową więź z dzieckiem. Gdy efekt oksytocyny mija, a w dodatku relacja z dzieckiem staje się coraz bardziej wymagająca, matka z przerażeniem może stwierdzić, że nie ma dla niego pozytywnych uczuć. Ojcowie miewają jeszcze trudniej, bo ich organizmy nie wydzielają oksytocyny, czyli hormonu więzi. Dlatego lepiej, jeśli podejmujemy decyzję o rodzicielstwie wtedy, gdy tego naprawdę pragniemy. Gdy dziecko przytrafia się „nie w porę”, wbrew poważnym planom, to tacy przypadkowi rodzice ryzykują kłopoty z jakością więzi między nimi a dzieckiem.

Co zrobić, kiedy odkryję, że nie rodzina, nie dziecko są dla mnie najważniejsze? To, że nie kocham dziecka, nie zwalnia mnie z obowiązku zapewnienia mu warunków do życia i rozwoju, z obowiązku dbania o nie. Ale jest trudniej, bo jak się kocha dziecko, to starania i wybory same się porządkują. Uwalnia nas to także od nadmiernych – czasami wręcz panicznych – starań, od gorączkowości i histerii, które często biorą się z poczucia winy, że nie kochamy. Powtarzam więc: rodzicielskie niekochanie nie jest samo w sobie krzywdą dla dziecka, a jeśli jest uświadomione, to staje się lepsze od poczucia winy i nadrabiania. Nadmiar rodzicielskich emocji – czy to pozytywnych, czy negatywnych – w wychowywaniu szkodzi i obciąża dzieci.

Gdyby rodzina była dla nas najważniejsza, to jak byśmy postępowali? O tym, że rodzina jest najważniejsza, świadczy gotowość do przekraczania i porzucania dziecięcych zranień i nierozgrywania ich na rodzinnej scenie, czyli ograniczanie neurotycznych potrzeb. I jeśli nawet nosimy w sobie zranionego dzieciaka, to powinniśmy wiedzieć, że partner nie będzie naszym wymarzonym rodzicem i nie możemy nieustannie siedzieć na jego kolanach. Rodzina jest najważniejsza, gdy umiemy przetrwać kryzysy pierwszego okresu małżeństwa, a potem przekroczyć trudny próg czwartego i siódmego roku. Trzeba być dojrzałym i wiedzieć, że rozczarowanie w związku jest nieuniknione. Aby być w rodzinie, trzeba zaakceptować wady innych i poznać swoje. Rodzina staje się najważniejsza dopiero wtedy, kiedy przestajemy ją idealizować.

Mamy przestać idealizować rodzinę, jeśli chcemy, żeby naprawdę stała się dla nas najważniejsza? Myślę, że nasze prorodzinne deklaracje biorą się w dużej mierze z tęsknoty. Na ogół bowiem potrzeby związane z rodziną są bardzo frustrujące. Przeciętny polski dom jest dla dziecka środowiskiem trudnym. Często wychowuje się nas poprzez krytykę, porównania z innymi, podnoszenie poprzeczki i wymuszanie. Nie uczy się nas podążania za naszymi talentami i predyspozycjami. Stąd taka tęsknota za rodziną idealną, wspierającą, dającą bezpieczeństwo, siłę i poczucie własnej wartości. Nie potrafimy jednak takiej rodziny zbudować, w czym nie ma nic zawstydzającego, bo przekroczenie rodzinnego dziedzictwa to zadanie na co najmniej dwa pokolenia.

W dodatku miłość to emocja, a ta jest zmienna. Jak więc na niej budować? Prawdziwa miłość to trwały stan umysłu, a nie emocja. A po drodze do niej mamy do pomocy dojrzałość, potrzebę spójności i odwagę zaglądania do swego cienia. Więc przedwcześnie nie zawracajmy innym ludziom głowy, że ich kochamy nad życie albo że nie możemy ich kochać, bo z nimi jest coś nie tak. Lepiej dać sobie czas na samopoznanie, zanim zdecydujemy się na rodzinę i dzieci.

Istnieją ludzie stworzeni do życia solo? Każdy powinien indywidualnie rozstrzygnąć, czy naprawdę został do tego stworzony, czy to raczej jakiś problem w byciu z ludźmi i nawiązywaniu z nimi miłosnej więzi. To trzeba umieć rozstrzygnąć. Bo jeśli mamy bardzo złe doświadczenia w rodzinie pierwotnej, to albo wychodzimy z niej tak pokiereszowani, że mówimy: „Nigdy więcej rodziny!”, albo stwierdzamy: „Ach! Założę idealną rodzinę, taką, o jakiej zawsze marzyłem i na którą nie było stać emocjonalnie moich rodziców”.

Obie decyzje są neurotyczne, bo wynikają z dziecięcej traumy. Ale lepsza jest pierwsza, bo ogranicza możliwość krzywdzenia innych, a szczególnie dzieci. Proponowałbym jednak traktować ją nie jako życiową decyzję, lecz rodzaj poczekalni czy dojrzewalni. Bo życie będzie nas konfrontować z różnymi pouczającymi sytuacjami, sprzyjającymi dojrzewaniu i przekraczaniu naszych dziecięcych uwarunkowań. Kto wie, może za parę lat poczujemy, że już jesteśmy gotowi na rodzinę.

Czy wspomniany wzrost akceptacji dla antykoncepcji, rozwodów to nie dowód, że rodzina nie jest wartością? Wręcz przeciwnie. Antykoncepcja może scalać rodzinę, czyniąc ją bardziej bezpiecznym środowiskiem dzięki możliwości kontroli nad rozrodczością. Poza tym sprzyja świadomemu rodzicielstwu. Mentorzy i moralizatorzy winni pamiętać, że ani nakazami, ani zakazami nie zbuduje się w człowieku dojrzałości i autonomii. Żeby dojrzeć, trzeba samodzielnie podejmować decyzje i doświadczać ich skutków. Z kolei seks przed ślubem ratuje przed ryzykiem popełnienia zasadniczego błędu w wyborze partnera, partnerki. Wzajemna atrakcyjność i harmonia seksualna w ogromnej mierze decydują o trwałości związków.

Od czego zacząć, jeśli chcemy, by rodzina była też miejscem, gdzie nam po prostu dobrze? Od starań na rzecz głębokiego zrozumienia siebie. Trzeba poznać swoje uwarunkowania, ograniczenia i wewnętrzne przeszkody, które mogą stanąć na drodze zbudowania trwałych relacji partnerskich i rodzinnych. Na przykład wiedzieć, że w naszym rodzinnym systemie mężczyźni nie brali udziału w wychowaniu dzieci i starać się to dziedzictwo przekroczyć.

  1. Psychologia

Najstraszniejsze słowa świata

Słowa mają moc,zwłaszcza jeśli padają z ust bliskich. Mogą dodawać skrzydeł, albo je podcinać. (Fot. iStock)
Słowa mają moc,zwłaszcza jeśli padają z ust bliskich. Mogą dodawać skrzydeł, albo je podcinać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Powinnaś, powinieneś... w tych słowach pobrzmiewa „wina”. Czy jest to wyrzut stawiany przez kogoś, kto do ciebie mówi: „jesteś mi coś winien?” A może to słowo oznacza: „jeśli nie zrobisz tego, czego od ciebie oczekuję, będziesz czuł się winny?

Wróćmy na chwilę do czasów dzieciństwa. Ktoś - być może nauczyciel, być może rodzic, a być może twój rówieśnik, powiedział: „powinieneś być w tym dobry”. I nie ma znaczenia czy chodziło o matematykę, pobicie rekordu w biegu na sto metrów, czy zdobycie akceptacji innych. A co, kiedy nie udało ci się to, co „powinno” ci się udać? Czy wraz z tym, że się „nie udało”, nie pojawiło się czasem poczucie winy?

„Powinieneś", czy też „powinnaś" to, moim zdaniem, jedno z najstraszniejszych słów świata. To, kiedy je słyszymy jest tak samo ważne jak to, od kogo. Bo cóż ono bowiem oznacza? To, że ktoś wie lepiej, co jest dla nas dobre. Co powinniśmy robić, a czego nie. W czym powinniśmy być dobrzy, a za co nie powinniśmy się zabierać.

Warto się przyjrzeć temu co się kryje pod spodem. Moim zdaniem jest to za każdym razem projekcja - ludzie projektują na nas swoje własne lęki i ograniczenia. Obdarzają nas swoimi własnymi wzorcami kulturowymi, kreując mniej czy bardziej udane kopie samych siebie. „Nie powinnaś tak wyglądać” mówi matka do córki, szykując ją do udziału w konkursie kilkuletnich miss, co odbiera tej dziewczynce dzieciństwo pełne brudu za paznokciami, przytulania przypadkowo napotkanego kota i zrolowanych podkolanówek. „Nie powinnaś” zachowywać się jak Pippi Långstrump, a „powinnaś” jak księżna Monaco. „Nie powinieneś” zachowywać się jak chcesz, a powinieneś tak, jak przystało na syna adwokata, lekarza czy szanowanego w dzielnicy pana Stasia.

Powyższy model wtłacza nam w głowę dwubiegunowy schemat: oto są rzeczy dla nas odpowiednie i nieodpowiednie. I nagle ten, wydawałoby się niewinny i słuszny edukacyjno-społecznie schemat, odwraca się przeciwko nam, kiedy jako czterdziestolatkowie z pewnym przerażeniem konstatujemy, że to, czemu poświęciliśmy swoje zawodowe życie nie jest nawet namiastką tego, czym powinniśmy się zajmować. Ja na przykład - by obnażyć przed tobą drogi Czytelniku to, że i mnie ten mechanizm nie oszczędził - „powinienem” zostać inżynierem. Tak mi podpowiadali rodzice i nauczyciele przedmiotów ścisłych, do których podobno miałem spory talent. No i co z tego, że dokładnie trzydzieści lat temu zdałem celująco pisemną oraz ustną maturę z matematyki? Czy sięgnąłem do tej dyscypliny w swoim życiu choć raz? A przecież „powinienem” sięgnąć! Tyle, że jakoś przez następnych trzydzieści lat nie byłem i wciąż nie jestem tym „sięgnięciem” zainteresowany!

Zwróć uwagę jak często ten mechanizm gości w naszym życiu. Od marketingowego: „powinien pan skorzystać z naszego ubezpieczenia”, po społeczny dyktat: „by potwierdzić swoją użyteczność, powinien pan założyć rodzinę, wybudować dom i posadzić drzewo”. A kiedy odpowiesz „może ja nie chcę sadzić drzew?” usłyszysz: „powinieneś wiedzieć, dlaczego w naszej kulturze to nie może być dobra odpowiedź"…

 Jarosław Gibas, coach, trener

 

  1. Psychologia

Wyrzuty sumienia - co zrobić, gdy zatruwają nam życie?

By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej. (Fot. iStock)
By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że wyrzuty sumienia to głos duszy, który podpowiada nam, że zrobiliśmy coś nie tak, jak powinniśmy lub, że czegoś nie zrobiliśmy, a poczuwaliśmy się do powinności. Czy wyrzuty sumienia to konstruktywny drogowskaz, czy raczej, trzymający nas w szachu, efekt wychowania w jakiejś strukturze społeczno-kulturowej oraz dla tej struktury?

Wyrzuty sumienia to sygnał płynący z naszego układu nerwowego. Sygnał powstaje na skutek stresu wywołanego przez dysonans tego, czego byśmy chcieli, z tym co się stało. Informuje nas, że coś poszło „nie tak”.

Cała nasza siła naprawcza tkwi w odpowiedniej reakcji na tę sytuację dysonansu.

Wyobraźmy sobie sytuację ojca, który spóźnia się na występ dyplomowy swojej córki w szkole muzycznej. Wścieka się na siebie, że zatrzymał się na stacji benzynowej i kupił sobie butelkę wody oraz na to, że nie wybrał dłuższej, ale być może przez to mniej zakorkowanej trasy. Ma wyrzuty sumienia, które odbierają mu całą radość z tego, że jego córka właśnie obroniła dyplom. Pochłaniają go krytyczne myśli na swój temat, przyznaje, że zawiódł samego siebie…. Zawiódł samego siebie… Nastrój udziela się całej rodzinie.

Jak zatem reaguje ojciec? Gniewem, obwinianiem, pretensjami, krytykowaniem samego siebie, przez co utrudnia, wręcz uniemożliwia swój autentyczny kontakt z córką. Córka chce nadal dzielić z ojcem swoją radość, ale ojciec nie jest w stanie dzielić z nią nic innego, jak tylko swój smutek, rozczarowanie. Spotykają się dwa światy… nazwę je, celowo nad wyraz: świat cnoty i świat występku.

Córka pełna radości, dumy i wdzięczności sobie, rodzicom, nauczycielom za swoje muzyczne wykształcenie nie dostaje od ojca tego, na co liczyła. Próbuje uspokoić jego wyrzuty sumienia. Atmosfera jednak odbiega od tej, której życzyłaby sobie cała rodzina.

A gdyby odwrócić reakcję ojca?

Spóźnia się, przyjeżdża w momencie, w którym córka właśnie schodzi ze sceny, ale mimo to postanawia dać jej to, czego ona od niego się spodziewa i czym on sam zdecydował się z nią podzielić. Nie są to wyrzuty sumienia z powodu spóźnienia, nie są to też emocje z tym związane, jak wspomniana złość, rozczarowanie. Ojca rozpiera duma i radość, że może dzielić z córką tak wyjątkową dla niej chwilę. Atmosfera skupia się na celebrowaniu chwili.

Zobaczmy, jak łatwo możemy sterować swoją reakcją na dane wydarzenie, na które mamy większy czy mniejszy wpływ. Wzajemne rozliczanie się ludzi, czy też rozliczanie samych siebie, zwłaszcza poprzez porównania, prowadzi do powstania blokad, które uniemożliwiają harmonijny przepływ cnót, takich jak: dobroć, życzliwość, miłość, troska, opanowanie, łagodność.

Jeśli ktoś czytał List do Galatów z Nowego Testamentu, to jest w nim wyraźnie powiedziane, że przeciw takim cnotom (jak te wyżej wymienione) „nie ma prawa”. Co to oznacza? To znaczy, że jeśli rezultatem danej reakcji będą powyższe cnoty, wówczas żadna zasada nie ma mocy. W tym przypadku ważniejsze było współuczestniczenie w radości dziecka, aniżeli robienie sobie, czy komukolwiek wyrzutów z powodu spóźnienia. Radość, miłość, życzliwość zostałyby podtrzymane i pomnażane.

By wyrzuty sumienia nie blokowały naszej miłości do siebie i innych, i abyśmy mogli je dostrzec, powinniśmy pamiętać, że wszystko, czego pragniemy dla innych, musimy najpierw dać sobie, życzyć sobie jak najlepiej… Tym bardziej, gdy chcemy aby nasze pragnienia miały moc sprawczą, uzdrawiającą i autentyczną.

Kogo cieszy w 100 proc. nawet wielki podarunek od najbliższej osoby, gdy jego ofiarowaniu towarzyszą wypowiedziane z żalem słowa: „mnie się nie udało, mi nikt nie dał, nie pomagał, ale ja Tobie dam”?

Pamiętajmy również o tym, by nie wzmagać wyrzutów sumienia, nie wzmacniać ich mocy poprzez częste powtarzanie ich przeciwko sobie. Jeśli z czymś walczymy, staje się to coraz silniejsze. Tylko akceptacja danego stanu lub faktu (jak spóźnienie w tym przykładzie), refleksja nad intencją (chcę dzielić wraz z córką radość), odpowiednie nastawienie, wybaczenie sobie, pozwala na otwarcie się na uzdrawiającą moc płynącą nie z „prawa”, z zasad, ustaleń, regulaminów, czy planów, ale z miłości do siebie i innych.

Dbając o cnotę dobroci, życzliwości, miłości, opanowania w swoim sercu, wypełniamy nimi serca innych, nie dokładając im trosk.

Po co komuś prawo, które zabija, zamiast dawać lepsze życie? Prawo wypełnia się doskonale w cnocie miłości.

  1. Psychologia

Trudne słowa „kocham cię”. Dlaczego mężczyźni nie mówią o miłości?

Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Większość mężczyzn nie potrafi zdobyć się na wyrażanie uczuć słowami. Towarzyszy im ukryte przekonanie, że nie jest to dość męskie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Mężczyźni nie płaczą, tylko przedwcześnie umierają na serce. Nie mówią o miłości w obawie przed utratą swojej siły, ale gdy kobieta odchodzi, trudno im poradzić sobie z emocjami, które się wtedy ujawniają. - Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To jest unik wobec siebie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

Kobieta pyta mężczyznę: „Czy mnie kochasz?”, a on popada w stupor: marszczy brwi, bije się z myślami. Albo wycofuje się do swojego pokoju. Najwyraźniej szuka ratunku. Gdy już ochłonie, rzuca z wyrzutem: „A kto naprawił stół?”, „Przecież umyłem samochód!”. Przyparty do muru w końcu kapituluje: „Przecież raz powiedziałem i nie odwołałem!”. Dlaczego mężczyznom tak trudno powiedzieć: „kocham cię”? Jest taka scena w filmie „Uwierz w ducha”. Ona mu mówi: „kocham cię”, a on na to: „i nawzajem”. „Kocham” nie przechodzi mu przez usta.

W filmie „Thelma i Louise” mężczyźni rozmawiają o tym, jak to trzeba kobietom mówić te pierdoły o miłości. Rozmowy mężczyzn przy piwie: „Słuchaj, czy ty wierzysz w miłość?”. Bo przecież „nic takiego nie istnieje”. Mężczyźni wolą rozmowy o seksie, bo seks wydaje się czymś pierwotnym i naturalnym. Ale miłość? Z miłością nie wiadomo, co począć. Gdy słucham mężczyzn, to oni nie mówią: „kocham kobietę”, tylko „mam kobietę” albo „jestem z kobietą”. To są sformułowania bardziej neutralne, bezpieczne.

Gdy on mówi „kocham”, wtedy traci poczucie bezpieczeństwa? Może mieć wrażenie, że traci swoją siłę. Co innego, gdy mówi: „Ja cię ochronię”. Wtedy jest silny. Chłód i dystans dają mu poczucie panowania nad sytuacją. Jeśli nie mówię „kocham”, wtedy nie przyznaję się przed sobą, jak ważny jest dla mnie związek z kobietą, silna więź, która nas łączy. To unik wobec siebie. Dopiero, gdy kobieta odchodzi albo umiera, trudno poradzić sobie z silnymi emocjami, które się wtedy ujawniają.

Przyszło mi takie rozwiązanie do głowy: kobieta może powiedzieć do mężczyzny: „Jeżeli mnie kochasz, to... skiń głową!” (śmieje się). A poważnie...

Kobieta potrzebuje usłyszeć: „Kocham cię, jesteś dla mnie ważna, najważniejsza”. Chciałaby, aby on pokazał całe serce, powiedział o miłości mocno, z ogniem. Chłopcy nie mówią takich rzeczy, ale mężczyźni? Dlaczego nie? Oczywiście zdarzają się mężczyźni bardzo ekspresyjni, którzy nie mają problemów z mówieniem swoim kobietom o miłości. Ale rzeczywiście większość ma. Gdy przychodzą do mnie pary, które przeżywają kryzys, to pierwszym pytaniem, które zadaję, jest: „Czy kochasz tę kobietę?”, „Czy kochasz tego mężczyznę?”. Odpowiedzi po obu stronach są zróżnicowane. Jednak zauważyłem, że jeśli mężczyzna powie: „Tak, kocham”, to takie wyznanie jest dla niego ważnym przeżyciem i często zaraz potem mówi: „Rzeczywiście, nie myślałem o tym tyle czasu...”. Ale już na pytanie: „Czy partnerka cię kocha?”, często odpowiadają: „Nie wiem” albo „Wydaje mi się, że jestem jej potrzebny”. Wielu mężczyzn mówi, że nie są pewni miłości swoich partnerek, nie są pewni, czy kobiety ich jeszcze kochają, skoro tak często ich krytykują, porównują z innymi, koncentrują się na obowiązkach i zadaniach. Nieraz słyszałem: „Haruję jak wół, a potem ona jeszcze żąda, żebym był czuły”. „I żadnych złamanych wyrazów uznania” – jak mawia jeden z moich klientów. A przecież mężczyźni bardzo lubią słyszeć na przykład: „Czuję się z tobą bezpiecznie” albo „Cieszę się z tego, co robisz, doceniam twoje osiągnięcia...”.

Bardzo często mówienie o miłości, tak dla mężczyzn, jak i dla kobiet, oznacza pokazanie słabości, a więc jest zagrażające. Jeśli jednak mówię komuś: „kocham cię”, to docieram do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. Pamiętam, miałem 17 lat, gdy po raz pierwszy pewnej 14-latce powiedziałem, że kocham. Wiedziałem, że się rozstaniemy, bo to była wakacyjna miłość, a jednak powiedziałem. Serce mi łomotało, zrobiło mi się ciemno przed oczami, jakbym umierał. Przekroczyłem wtedy jakiś próg, granicę – i poczułem się silny, męski. Być może mężczyznom, którzy mają problem z wyrażaniem uczuć, „kocham cię” kojarzy się z okresem młodzieńczego szaleństwa, zakochania, wzajemnego zauroczenia. A tymczasem już nie chodzimy na randki, nie wydzwaniamy do siebie 20 razy dziennie, nie esemesujemy...

Jak więc nazwać tę więź po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu latach razem, jeśli nie miłością? Czasem trudno znaleźć jakiekolwiek określenie. Z pewnością dobrze byłoby, gdybyśmy pamiętali, że miłość ma wiele twarzy. To nie tylko młodzieńcze zakochanie. Późniejsza więź jest nasycona uczuciami, tylko bardziej stonowanymi. To już nie wulkan, raczej słońce, które świeci równomiernie. Gdy mówimy: „kocham” w związku, który trwa już jakiś czas, to tak, jakbyśmy mówili: „Zależy mi na tobie, twój dobrostan leży mi na sercu”. Być może potrzebujemy przeformułować znaczenie tego wyznania.

Dla mężczyzn dom, rodzina są bardzo ważne – to, że mają dokąd wracać, mają dla kogo pracować, poświęcać swoje talenty, energię i czas. Jednak rodzina staje się stałym elementem życia. To, że mężczyzna kocha, staje się tak oczywiste, że niedostrzegalne. I gdy kobieta domaga się deklaracji, mężczyzna może wpaść w panikę. Nie myślał o tych sprawach, są poza jego świadomością. Musi ochłonąć, uświadomić sobie, że gorączkowo szuka odpowiedzi, jak przysłowiowych okularów, które cały czas ma na nosie. Mężczyźni, którzy są aktywni, pracują, muszą wtedy przestawić swoje myślenie na inny tryb działania. Więc trzeba mu dać trochę czasu, zanim pomyśli i odpowie.

W książce „Gdyby mężczyźni umieli mówić” psycholog Alon Gratch pisze, że cztery na pięć rozwodów inicjują kobiety, a główną przyczyną jest niedostępność emocjonalna mężczyzn, nieumiejętność wyrażania przez nich uczuć. Chociaż wydaje się, że niedostępność emocjonalna to męska cecha, wiele współczesnych kobiet – szczególnie tych, które zajmują eksponowane stanowiska, działają w biznesie – skarży się, że są odbierane jako chłodne, nieprzystępne czy nieczułe. A przecież w głębi takie nie są. Coś je jednak wstrzymuje przed pokazaniem tego, co głębiej. Nawet na terapii, gdy silnej kobiecie zdarzy się zapłakać, czuje się skrępowana, szybko ociera łzy i przeprasza: „Obiecywałam sobie, że nie będę płakać, ale widać jest ze mną tak źle, że nie panuję nad sobą”. Mówię wtedy, że naprawdę źle jest, gdy nie jesteśmy w stanie płakać. Podobnie mężczyźni – pragną bliskości, pragną kontaktu z głębszą częścią siebie, ale mają z tym trudność. Przyczyn jest wiele. Dom rodzinny – to po pierwsze. Jeśli w domu nie okazywano uczuć, mama nie przytulała, a tata nie obejmował męskim ramieniem, mężczyzna nie ma wzorca, do którego mógłby się odwołać. Wielu mężczyzn nie słyszało w domu o miłości.

 
Małżeństwo, bycie razem, praca, obowiązki, borykanie się z trudnościami – to tak, ale miłość? Bardzo silnie działają społeczne stereotypy – mężczyzna jest twardy i niezłomny, i nigdy nie płacze. Niejednokrotnie byłem świadkiem takich scen na ulicy – mama mówi do synka: „Bądź mężczyzną, czego się mażesz? Przestań! Co ludzie pomyślą?”. Ojcowie jeszcze częściej niż matki zwracają się do synów w ten sposób. Zeszłej zimy widziałem, jak chłopiec wywrócił się na sankach, nie chciał więcej zjeżdżać, płakał, a tata mówi: „No nie, dziewczyna jesteś czy co?!”. Takie sugestie trafiają bardzo silnie do podświadomości chłopców, którzy uczą się napinać, wytwarzać wewnętrzną blokadę po to, by sprostać zaleceniom rodziców i w dalszym ciągu zasługiwać na ich miłość. To tak, jakby w środku nich zapadła żelazna kurtyna, którą potem ciężko podnieść. Na fizycznym poziomie objawia się to długotrwałym, chronicznym skurczem mięśni, napięciem w brzuchu, w okolicach klatki piersiowej, zaciśniętymi szczękami. Poluzowanie tych napięć może budzić paniczny lęk – jeśli pozwolę sobie na czucie, wtedy wypuszczę na wolność potwora, i co się wtedy stanie? Rozpadnę się. Przez wiele lat mężczyzna uczy się, żeby funkcjonować w pewien określony sposób, usztywniać się, kontrolować. I nagle ma stracić „siebie”? Przerażające.

Mężczyźni niedostępni emocjonalnie potrzebują w bezpiecznych warunkach otwierać się na wstydliwe, zatrzaśnięte części siebie. Gdy poświęcamy uwagę temu, co się w nas dzieje, wtedy wewnętrzny demon, potwór, którego tak boimy się wypuścić, okazuje się nie tak groźny, jak podejrzewaliśmy. Miałem w terapii mężczyzn, którzy płakali na każdej sesji przez wiele tygodni, a nawet miesięcy. Czuli się coraz lepiej. Niewypłakane łzy, które nosi się w sobie przez długi czas, kładą się cieniem na wszystkie sfery życia, na związki z najbliższymi, przyjaźnie, relacje zawodowe.

Problem w tym, że mężczyzna niedostępny emocjonalnie często nie jest świadomy swoich głębszych potrzeb, tych związanych z bliskością, co jest źródłem frustracji kobiet. Może być też tak, że nie pozwala sobie na nie, ponieważ został kiedyś zraniony – odrzucony, wyśmiany czy zlekceważony – i podjął decyzję, że już nigdy więcej nie wystawi się na taki ból. Albo był świadkiem, jak ktoś bliski doświadczał cierpienia z tego powodu. Emocjonalne otwarcie jest jak poszerzanie tożsamości, odkrywanie nowych horyzontów. Może budzić lęk, ponieważ wtedy lepiej poznajemy siebie, konfrontujemy się z różnymi iluzjami na swój temat.

Emocjonalne otwarcie jest jak odkrywanie nowych horyzontów. Gdy wyznajemy komuś: „kocham cię”, to docieramy do niezwykłej wewnętrznej siły, ponieważ takie wyznanie wymaga odwagi. I przemienia nas.

Kilkanaście lat temu byłem na filmie „Szeregowiec Ryan”. Film zaczyna się od sceny lądowania desantu w Normandii i masakry, która tam się dokonuje. Bardzo realistyczny obraz, trup ściele się gęsto, żołnierze modlą się, płaczą, inni uciekają w panicznym lęku. W pewnej chwili jednemu z żołnierzy pocisk urywa rękę. Na widowni była młodzież z gimnazjum. Jeden z chłopców mówi na głos: „On szuka swojej ręki”. Rzeczywiście, żołnierz się nachylił, podniósł rękę i poszedł dalej. I w tym momencie chłopcy gruchnęli śmiechem. Jestem pewien, że gdyby się nie roześmiali, musieliby się rozpłakać. Na widowni obok nich siedziały dziewczyny. Gdyby się rozpłakali, okazałoby się, że nie są tacy odporni, zdystansowani i wyluzowani. I co wtedy? Jak przyjęłyby to dziewczyny? Ale widziałem też mężczyzn ocierających łzy na filmie „Król lew” czy „Mój brat niedźwiedź”, i to przy własnych dzieciach. Byli prawdziwi, pokazali swoją wrażliwość.

Dramat wielu mężczyzn polega właśnie na tym, że myślą: „Jeśli pozwolę sobie na łzy, na pokazanie lęku, wzruszenia czy miłości, to w ten sposób przekreślę swoją męskość”. Tak jakby funkcjonowali według zasady „albo albo”, albo jestem wrażliwy, albo jestem silny. Wielu mężczyzn uważa też, że tylko rozum jest źródłem poznania. Rozum jest źródłem poznania teorii, natomiast w konkretnych sytuacjach ciężko jest opierać się na jakichś teoriach, trzeba reagować na bieżąco, opierając się na tym, co się konkretnie dzieje.

  1. Psychologia

Wybaczanie to proces. Co zrobić, by nie trwać w żalu?

Wybaczenie przynosi wolność. Nieraz jednak towarzyszy nam przekonanie, że nie wszystko można przebaczyć, bo rany są zbyt głębokie. Czy tak jest naprawdę? (fot. iStock)
Wybaczenie przynosi wolność. Nieraz jednak towarzyszy nam przekonanie, że nie wszystko można przebaczyć, bo rany są zbyt głębokie. Czy tak jest naprawdę? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dookoła przebaczania narosło wiele nieporozumień a także mitów związanych z niewłaściwym podejściem do tematu. Dr David Stoop, amerykański psycholog, psychoterapeuta i doradca rodzinny wyjaśnia je w zrozumiały dla każdego sposób. Na początek warto sobie uświadomić, że przebaczenie dla nikogo nie jest proste.

Z jakimi przekonaniami na temat przebaczania warto się rozstać?

Nieporozumienie nr 1 - Nie można wybaczyć, zanim winowajca nie okaże skruchy. Nieporozumienie nr 2 - Kiedy wybaczasz - musisz zapomnieć. Nieporozumienie nr 3 - Zawsze musisz pojednać się z człowiekiem, któremu przebaczyłeś.

Co właściwie sprawia, że pewne rzeczy są niewybaczalne?

Gdy człowiek dokonuje rozrachunku ze swoją przeszłością i zmaga się ze swymi zranieniami, jako niewybaczalne określa zazwyczaj te czyny, które są dalekie od normalności i łamią podstawowe zasady moralne - występują przeciwko najsilniej ugruntowanym przekonaniom i są zadane nam przez kogoś, kogo obdarzaliśmy zaufaniem i miłością. Osoba, która dopuściła się takiego czynu, nawet jeśli już nie żyje, znajdzie się na naszej czarnej liście z powodu tego, co zrobiła lub zaniedbała. Morderstwo, molestowanie seksualne, zdrada małżeńska, aborcja, gwałt, rozwód, znęcanie się fizyczne, porzucenie - to przykłady, które wyraźnie łamią zasady społeczne.

Przebaczenie a konflikt wartości

Przebaczenie zawsze dotyczy moralnego wymiaru życia. Odnosi się do naszej świadomości dobra i zła, uczciwości i sprawiedliwości. Wiąże się także z uprzytomnieniem sobie, czym jest miłość, współczucie i litość. Gdy ktoś rani nas swym czynem, który pojmujemy jako niewybaczalny, przynajmniej kilka z tych wartości zostało sponiewieranych. Doświadczamy wtedy wewnętrznego konfliktu. Gdy kochana osoba nas zdradza, domagamy się satysfakcji. Doznajemy także wewnętrznego rozdarcia, ponieważ inna część naszego bytu uczuciowo wiąże się z tą osobą, współczuje jej znalezienia się w takiej sytuacji i pragnie dla niej litości. Nieuchronnie rodzi się w nas złość wywołana napięciem między tymi dwoma sposobami rozumowania, nieustająco rywalizującymi o przewagę. Jeśli skłaniamy się ku przebaczeniu, czujemy że musimy zaprzeczyć naszej wizji sprawiedliwości i uczciwości. Jednakże nie przebaczając, zaprzeczamy naszemu zrozumieniu miłości i współczucia. Nie ma łatwego wyjścia z tej niewygodnej sytuacji. Gdy ktoś nas rani i znieważa, nie chodzi tylko o złamanie jakichś norm, ale czujemy, że coś niezwykle ważnego uległo unicestwieniu - nasze poczucie niewinności. Nasze serce rozdziera pytanie - jak coś takiego mogło się wydarzyć? Wtedy naturalne pragnienie sprawiedliwości kieruje się w stronę rewanżu, który może nas tylko zostawić z nawracającym poczuciem pustki.

Rewanż nigdy nie przyniesie satysfakcji, gdyż nigdy nie może zastąpić tego, co zostało utracone. Stare chińskie przysłowie mówi: „Ten, kto szuka odwetu, powinien wykopać dwa groby.”

10 prawd o przebaczeniu

  1. Gdy wybaczasz, nie musisz zapomnieć.
  2. Dobrze jest poczuć gniew, kiedy wybaczasz.
  3. Powinieneś przestać żywić negatywne uczucia wobec osoby, której wybaczasz.
  4. Nie musisz starać się przebaczać natychmiast i zupełnie.
  5. Przebaczenie nie dokonuje się samo. Ból sam nie zniknie. Musi być poprzedzone wyborem, który prowadzi nas poprzez ten proces. Czas nie uleczy rany, tylko ją na trochę znieczuli.
  6. Kiedy przebaczasz, trzeba się przyznać do uczucia nienawiści do osoby, która nas zraniła. Wtedy można to uczucie uwolnić z siebie. Jeśli mu zaprzeczasz, tkwi w tobie.
  7. Przebaczając, nie pobłażamy szkodliwym czynom i złu. Głębia naszego smutku i gniewu bezpośrednio odnoszą się do rozmiaru niesprawiedliwości, z jaką przyszło nam się zmierzyć. Tylko rozpoznając nasz ból, smutek i gniew, jesteśmy gotowi posunąć się naprzód na drodze przebaczenia. Wybaczenie w żadnym wypadku nie zwalnia z odpowiedzialności sprawcy. Jedynie umożliwia nam umorzenie długu, jaki jest nam ten ktoś winien. My sami stajemy się przez to uwolnieni od oczekiwań wynagradzania nam strat, które ponieśliśmy.
  8. Przebaczenie jest zarazem decyzją i procesem. Wymaga czasu.
  9. Warto wybaczyć, nawet jeżeli druga osoba nie jest skruszona. Jeśli twoje wybaczenie zależy od woli skruchy drugiej osoby, jesteś zamknięty w pozycji ofiary, a druga osoba trzyma kontrolę nad tą sytuacją.
  10. W procesie przebaczania warto otworzyć się na perspektywę duchową.

Pułapki braku przebaczenia - droga do stania się zgorzkniałym

Trwanie w żalu, gniewie, poczuciu winy, które powodują przewlekły stres - wiąże się z niemożnością wybaczenia sobie lub innym. Można tu wymienić kilka objawów
  1. Emocjonalne zamknięcie
  2. Depresja
  3. Obwinianie się i zaprzeczanie
  4. Oskarżanie i usprawiedliwianie
  5. Obsesja na punkcie zdarzenia
  6. Zawstydzenie
  7. Poszukiwanie rewanżu
  8. Izolacja i wycofanie

Co dzieje się z naszym ciałem, kiedy nie wybaczamy?

Żyjemy wówczas w ciągłym stresie, prowadzącym zdecydowanie do wypalenia, zarówno fizycznego, jak i emocjonalnego. Kiedykolwiek odczuwamy przedłużający się stres lub napięcie i zmagamy się z długotrwałym gniewem, podwyższony poziom hormonów ma wpływ na serce, układ nerwowy i odpornościowy organizmu, co w konsekwencji czyni nas bardziej podatnymi na nowotwory. Objawami tego we wczesnej fazie są bóle głowy, skurcze mięśni, problemy ze snem, trawieniem, wrzody oraz oczywiście depresja. Według raportu Duke University Mediacal School z 1995 roku, zabójcą numer jeden w USA nie był rak, choroby serca, AIDS ani żadna ze zwykle cytowanych przyczyn śmierci. Zamiast koncentrować się na chorobach, naukowcy badali postawy i emocje, a jako zabójcę numer jeden określili skłonność do nieprzebaczania.

Prawdopodobnie największą korzyścią płynącą z przebaczenia, jest okazja do odnowienia związków międzyludzkich. Przebaczenie jest podstawowym warunkiem do osiągnięcia sukcesu i zadowolenia. Lekarze, terapeuci i uczeni widzą w przebaczeniu skuteczne narzędzie terapii, które przynosi bardzo pozytywne efekty.

Na podstawie książki „Wybaczyć niewybaczalne”, David Stroop, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002.