1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ojciec, mąż, najlepszy przyjaciel. Jaki wpływ na kobietę mają mężczyźni jej życia?

Ojciec, mąż, najlepszy przyjaciel. Jaki wpływ na kobietę mają mężczyźni jej życia?

Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. (Fot. iStock)
Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. (Fot. iStock)
Nasze matki zaszczepiły nam nawyk walki z mężczyznami albo ulegania im i wchodzenia w rolę małej dziewczynki. Tymczasem możemy się cudownie dopełniać, pod warunkiem że uszanujemy swoją odmienność.

Kiedy patrzę na kilkuletnią dziewczynkę, z jaką uwagą przygląda się swojemu tacie: z mieszaniną ciekawości, powagą, ale też lękiem, czuję pierwotną, autentyczną moc spotkania żeńskiej i męskiej energii. Dla małej dziewczynki męskość jest czymś obcym i nieznanym, ale jednocześnie fascynującym i pociągającym.

Mijają lata, a męska energia dla nas, kobiet, ciągle jest tajemnicą: intryguje nas, ale i przeraża. Tęsknimy za nią, chcemy ją posiąść, wydaje nam się, że bycie mężczyzną w tym świecie jest lepszą, łatwiejszą rolą. Podziwiamy męską siłę, umiejętność rywalizacji, wolę walki, asertywność. Nawet te z nas – niezależne, ambitne, robiące karierę zawodową na „męski sposób” – w głębi duszy marzą o tym, by czasami schronić się w opiekuńczych męskich ramionach. Wychowane na bajce o księciu zaklętym w żabę marzymy o tym, że pocałunkiem zmienimy swojego wybranka w prawdziwego królewicza. Całujemy z zapałem, lecz męskość ciągle kojarzy nam się ze wstrętną żabą, tęsknimy za nią, ale także się jej brzydzimy. Odmieniony pocałunkiem Pan Żaba ma być dokładnie taki, jak go sobie wymarzyłyśmy. W konsekwencji żyjemy rozczarowani sobą nawzajem, rzucając się, zdradzając, szukając coraz to nowej ofiary i łudząc się, że jak trafi się ten, który naprawdę nas pokocha, to… się dla nas zmieni.

W poszukiwaniu połówki

Mit platoński o rozdzieleniu duszy na dwie części i tęsknota za tą brakującą połówką to tak naprawdę tęsknota za pełnią – połączeniem męskiej i żeńskiej energii. Nieświadomi, że posiadamy w sobie obydwie energie (Animę i Animusa), wierzymy, że „właściwy” mężczyzna dopełni naszą kobiecość. Zamiast zintegrować w sobie Animę i Animusa, poszukujemy dopełnienia w zewnętrznym świecie.

Pierwszy i najważniejszy wpływ na kształtowanie Animusa kobiety ma ojciec. W dorosłym życiu często szukamy mężczyzny podobnego do niego lub skrajnie różnego. Ale w wyborze partnera niebagatelne znaczenie ma również matka. Wiele moich pacjentek ze zdziwieniem zauważa, że zakochują się w mężczyznach do niej podobnych. Najważniejszy jest tu podział władzy w rodzinie pochodzenia. Jeśli miałaś silną matkę i ulegającego jej ojca, masz dwie możliwości. Być może szukasz miękkiego, czułego mężczyzny, takiego jak twój ojciec, ale nieświadomie naśladując matkę, będziesz nim pogardzać z powodu jego słabości. Możesz też wybierać mężczyzn podobnych do matki: silnych i zdecydowanych, ale w głębi duszy pozostaniesz nieśmiała i podatna na zranienia. A tęsknota za związkiem będzie przeplatać się z lękiem przed zależnością. Słaba matka i silny ojciec to skrypt, zgodnie z którym będziesz pragnąć mężczyzny autorytarnego i władczego jak ojciec, albo przeciwnie – obejmiesz rolę syna swojego ojca, traktując mężczyzn tak, jak on traktował twoją matkę.

Pierwszy, najważniejszy

Wiele kobiet w przeszłości zdradzonych przez ojca podświadomie odsuwa później męża od kontaktu z córką. – Ojciec był dla mnie niedostępny – opowiada Monika. – Tęskniłam za nim i często prosiłam, żeby się ze mną pobawił. Obiecywał, że jutro, jak przyjdzie z pracy, coś razem zrobimy. Ale kiedy następnego dnia wracał do domu, mama natychmiast wyszukiwała dla niego jakieś zajęcia. Już jako dorosła kobieta zrozumiałam, że to nie on był niedostępny, tylko ona broniła mu dostępu do mnie. A on nie potrafił jej się przeciwstawić.

Podobny scenariusz powtórzył się w dorosłym życiu Moniki. Wybierała partnerów, którzy byli silnie związani z własnymi matkami albo żonatych. Pomiędzy nią a ukochanym mężczyzną zawsze stała inna kobieta. Długo pracowałyśmy nad pozbyciem się tego skryptu.

Inna pacjentka przez całe życie czuła się nieakceptowana przez swojego ojca, stąd jako dorosła kobieta miała duże problemy w związkach z mężczyznami. Z jednej strony bardzo pragnęła męskiej akceptacji i miłości, z drugiej wszelkie próby zbliżenia podejmowane przez partnera traktowała jak akt nielojalności w stosunku do matki. W trakcie sesji, którą prowadziłam z terapeutą manualnym Jackiem Sobolem, pacjentka nieświadomie obsadziła nas w roli swoich rodziców. W pewnej chwili wzięłam ją za rękę, stanęłam naprzeciwko Jacka i powiedziałam: „To nasza córka, jeśli mnie kochasz, pokochaj także ją”. W ten sposób zrodził się pewnego rodzaju rytuał przekazania córki ojcu.

Brak akceptacji to jeden problem, drugi to nadmierna idealizacja ojca, którego pamiętamy jako silnego, władczego, a jednocześnie czułego i troskliwego. Im mniej go było w naszym życiu, a więcej w naszej wyobraźni, tym bardziej szukamy jego atrybutów w przyszłych partnerach. Każdy nowo poznany mężczyzna na początku jawi nam się jako rycerz na białym koniu, ale szybko go detronizujemy i odrzucamy, wierząc, że kolejny okaże się tym ideałem z dziewczęcych snów. Być może powielamy tym samym scenariusz relacji naszych rodziców.

Wystarczająco dobrzy rodzice (matka, która pokazuje córce, że fajnie jest być kobietą, ojciec, który uczy córkę, jak powinna być traktowana przez mężczyznę; odnoszący się z szacunkiem do własnej płci i płci partnera) to najcenniejszy posag dla udanych męsko-damskich relacji.

Wbrew pozorom, żałoba po ojcu, tym prawdziwym bądź tym wymyślonym, jest dla kobiety szansą na otwarcie się na spotkanie z prawdziwą męską energią.

Iwona trafiła na terapię rok po śmierci taty. – Kiedy odszedł, zaczęłam odczuwać silne doznania w ciele. Gdy schodziłam po schodach, uginały się pode mną kolana, kilka razy omal się nie przewróciłam – opowiadała. Tłumaczyłam jej, że śmierć ojca to symbol utraty części męskiej energii. Prosiłam, żeby pozwoliła sobie na odczuwanie słabości. Kiedy to zrobiła, kiedy po raz pierwszy w życiu oparła się na ramieniu swojego partnera, on nagle ze słabego, zależnego mężczyzny przeobraził się w człowieka silnego, zdecydowanego, który był gotowy wiele jej ofiarować.

Ten, który uczynił mnie kobietą

Istnieje powszechne przekonanie, że pierwszy partner seksualny na zawsze wytycza kobiecie ścieżkę seksu, jaką będzie podążała. W praktyce różnie z tym bywa. Impuls seksualny, który po raz pierwszy wiedzie nas do sypialni, jest z reguły czystym, zwierzęcym pożądaniem, potrzebą obniżenia napięcia seksualnego. Egoistyczny, niedojrzały, niezintegrowany z energią płci, nierozpoznany przez nas samych sprowadza zbliżenie do połączenia genitalnego i niewiele ma wspólnego z tantrycznym zjednoczeniem. Pierwszy raz rzadko jest udany, częściej bywa przyczyną rozczarowania. Nie znając własnego ciała, nie jesteśmy w stanie pokazać partnerowi, czego potrzebujemy, co lubimy, a co rani naszą intymność. Łudzimy się, że to partner (jeśli naprawdę kocha) domyśli się, jak zapewnić nam spełnienie. Prawdziwa intymność to proces, który wymaga czasu, uważności, szacunku, ciszy i cierpliwości. Seks łączy jedynie wtedy, gdy nie jest wykorzystywany do szantażu czy manipulacji.

Marek zgłosił się na terapię, kiedy utrzymywanie podwójnego związku (z żoną i kochanką) spowodowało, że zaczął chorować. Konieczność ciągłego ukrywania się, lęk, że romans się wyda, powodowały, że coraz gorzej sypiał, pojawiły się problemy z sercem i nadciśnienie. Kiedy podjął decyzję, że zrywa romans, zaczął mieć oczekiwania, że żona da mu to, co dostawał od kochanki. Żona była pewna, że chodzi mu o więcej seksu.

– Jak mam jej wytłumaczyć, że przytulenie, czuły dotyk, wspólna kąpiel są dla mnie ważniejsze niż sam akt? – pytał.

– A może zamiast oczekiwać od niej tego, co dostawałeś od kochanki, sprawdź, co ona może ci dać?

Bywa, że obydwie strony tak bardzo skoncentrowane są na swoich oczekiwaniach, że żadna z nich nie zauważa, co do dania ma druga osoba. A przecież nikt nie może dać nam tego, czego nie ma.

Partner do rozmów

Przyjaźń damsko-męska to doskonała okazja do zaspokojenia ciekawości odmiennej płci w komfortowych warunkach. Dobry przyjaciel jest jak dobry ojciec: potrafi oswoić z męską energią, skrytykować bez obrażania i ranienia, dać wsparcie, ale także skorzystać ze wsparcia kobiety. Bywa, że przyjaciołom przydarza się seks: intymność pomiędzy nimi łatwo przeradza się w erotyczną namiętność. Jeśli obydwoje są wolni, ale nie chcą być razem jako para, zwykle oznacza to koniec przyjaźni. Ale jeśli przyjaźń przerodzi się w miłość, taki związek ma solidne podstawy. Umiemy wtedy przyjąć partnera bez zastrzeżeń, z jego jasnymi, ale też ciemnymi stronami.

Mój przyjaciel powiedział mi kiedyś, że kobieta potrzebuje od mężczyzny zachwytu, a on od niej podziwu. On zdobywa, przygotowuje przestrzeń, ona ją oswaja, udomawia. Kobieta ma wiedzieć, czego tak naprawdę chce, a jej mężczyzna z miłości ma to dla niej zdobyć. To była dla mnie cenna lekcja. Z biegiem czasu zrozumiałam, że pomimo wyzwolenia kobiet, zmiany warunków życia i postępu cywilizacji – w sprawie łączenia się w pary nic bardziej skutecznego nie wymyślono. Yin i yang zawsze łączą się zgodnie z prawami natury. Męska siła z kobiecą uległością, aktywność z biernością, zdobywanie z zagospodarowaniem, zachwyt z podziwem… Jeśli jest inaczej – obydwie płcie są przegrane.

Ostatnio trafia do mnie do gabinetu wielu mężczyzn. Kiedy pytam, dlaczego nie wybrali terapeuty mężczyzny, twierdzą, że chcą, bym pomogła im zrozumieć kobiety. – Wy się ciągle doskonalicie, rozwijacie, a my czujemy się coraz bardziej zdezorientowani – tłumaczą. – Każdy facet to zwierzę, chce zdobywać, pragnie być podziwiany, dlaczego nam tego zabraniacie? – pytają. A bardziej konkretnie: Co mam zrobić, żeby moja kobieta była szczęśliwa, a związek udany? Kiedy tłumaczę, że natura związku jest niezmienna od czasów pierwszej relacji damsko-męskiej na Ziemi, oddychają z ulgą. Budowanie gniazda, zdobycze w zewnętrznym świecie, stworzenie materialnej podstawy dla związku przez mężczyznę i zaopiekowanie się tą przestrzenią przez kobietę, szacunek dla odmienności i uczenie się siebie nawzajem – to recepta na fajny związek. Realizacja tego scenariusza przez każdą parę to oczywiście sprawa indywidualna.

Na terapii często proszę, by pacjenci spisali, co dostali od wszystkich swoich partnerów, czego się od siebie nawzajem nauczyli. Taki bilans daje cenne wskazówki do pracy nad relacjami.

Energia męska jest odmienna od energii kobiecej. Obydwie mogą się ze sobą cudownie uzupełniać i dopełniać, pod warunkiem że zaakceptujemy tę odmienność i uznamy równą wartość obydwu. Do wzajemnego poznania się i zrozumienia nie potrzeba słów, tylko czucia. Wszelkie ustalenia, kompromisy, wspólne plany usprawniają codzienne funkcjonowanie, ale nie niwelują rozczarowań, nie zaspokajają tęsknot za bliskością i intymnością. Zgranie się dwojga ciał, nie tylko w seksie, ale także w innych intymnych rytuałach, jest często cenniejsze niż najbardziej szczera rozmowa.

Ćwiczenia na synergię

Wspólne oddychanie. Niech partner usiądzie na podłodze, oparty o ścianę. Ty usiądź pomiędzy jego nogami, oparta plecami o jego klatkę piersiową. Zamknijcie oczy i oddychajcie każde swoim rytmem. W pewnej chwili poczujecie, jak wasze oddechy się zsynchronizowały. Pobądźcie chwilę w tej jedności.

Spotkanie serc. Usiądźcie naprzeciwko siebie. Połóż lewą rękę na swoim sercu, a prawą na sercu partnera. Niech on zrobi to samo. Zamknijcie oczy i spokojnie oddychajcie. Poczuj, jak energia miłości z twojego serca przechodzi do serca partnera i wzajemnie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Odwieczny dylemat - serce czy rozum? Czym się kierować w miłości?

Trudno dać jasną odpowiedź na pytanie, co jest bardziej niezawodne: serce czy rozum. (Fot. iStock)
Trudno dać jasną odpowiedź na pytanie, co jest bardziej niezawodne: serce czy rozum. (Fot. iStock)
Odwieczny dylemat kobiet: dać się porwać miłości czy pozostać przy małej stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa?

Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy się w nieznanym gęstym lesie. Na szczęście mamy przy sobie kompas. Wyciągamy go z kieszeni i od razu czujemy się pewniej. Co więcej, pamiętamy, że w plecaku jest drugi kompas, który nosimy przy sobie, ot tak, na wszelki wypadek. Ponieważ sytuacja jest poważna, bierzemy do ręki również ten instrument. I… o zgrozo! Kompasy wskazują kierunki różniące się mniej więcej o dziewięćdziesiąt stopni! Nie można przecież iść za oboma. Zawierzyć pierwszemu czy drugiemu, a może uśrednić ich wskazania? A od tej decyzji może zależeć życie!

Angażując się w związek, mamy do dyspozycji dwa kompasy – serca i rozsądku. Każdy z tych instrumentów jest złożony, niejednoznaczny. Kompas serca to mieszanina pragnień, nadziei, emocjonalnych potrzeb, biologii i intuicji. Wskazuje kierunek bliskości, możliwość posiadania ukochanego partnera, obietnicę spełnienia w miłości.

Natomiast kompas rozsądku kieruje ku bezpieczeństwu i stabilności. Jest równie złożony. Składa się na niego suma wiedzy o szansach życiowych i zagrożeniach, przekazana nam przez wychowawców. Dochodzi do tego własna mądrość, wynik doświadczeń życiowych. Dyryguje tym wszystkim umiejętność posługiwania się rozumem: zadawania pytań, dociekania, wyciągania wniosków, prowadzenia wewnętrznego dialogu, uczenia się na błędach.

Te kompasy są tak bardzo odmienne, że muszą wskazywać różne kierunki! Kiedy jesteśmy młodzi, nie mamy zbyt dużego życiowego doświadczenia ani wystarczającej samokontroli. Słuchamy głównie serca. Dopiero z czasem do głosu coraz częściej dochodzi rozsądek. Po wielu latach prób i błędów mamy więc szansę zintegrować te dwa rozbieżne kompasy i korzystać z ich łącznej mocy. Oto historie czterech kobiet ilustrujące nasze zmagania z kompasami – dwie z nich ufają początkowo sercu, dwie inne kierują się rozumem. Zobaczmy, do jakich rozwiązań to prowadzi.

Miłość bez zastanawiania się

Alina miała 17 lat, kiedy wyprowadziła się z domu i zamieszkała z chłopakiem. – Ani przez chwilę się nie zastanawiałam – wspomina. To był jej sposób, by uciec od toksycznej rodziny i zacząć budować własne życie. No i była zakochana. Szczęście jednak trwało rok – do momentu, kiedy pojawiło się dziecko. Okazało się, że synkiem będzie musiała zająć się sama. Chłopak zaczął się migać. W wieku dwudziestu czterech lat miał swoje problemy egzystencjalne. Na szczęście w jej życiu znowu pojawił się inny mężczyzna.

Dziś widzi, że nowe uczucie pojawiło się akurat wtedy, gdy była w potrzebie. Stało się kolejnym w jej życiu kołem ratunkowym, z którego też wkrótce uszło powietrze. Związek trwał dwa lata i zaowocował drugim dzieckiem. W międzyczasie spadła „zasłona”. Okazało się, że drugi mąż ma poważne problemy ze sobą. Przy którymś z kolei wybuchu agresji Alina uciekła z domu z dziećmi i już do niego nie wróciła.

Przez kolejnych dziesięć lat dawała sobie radę sama. Pracowała fizycznie, dokształcała się, wreszcie założyła mały biznes. Wiedziała już, że za pójście za głosem serca życie może nam wystawić bardzo duży rachunek. Nauczyła się myśleć.

Jej trzeci mężczyzna był spokojny, ciepły, opiekuńczy. Decyzję o małżeństwie podjęła, kierując się rozumem. Kolejne dziecko było nieplanowane, podobnie jak dwójka poprzednich. Ojciec dziecka wprawdzie bardzo się ucieszył, ale... nic poza tym. Alina nadal harowała ponad siły, podczas gdy on „rozglądał się za pracą”. Po trzech latach wyrzuciła go z mieszkania i znowu została samotną matką, wychowującą tym razem już trójkę udanych dzieciaków. Upłynęła kolejna dekada i jej zapasy sił zaczęły się wyczerpywać. Coraz częściej pogrążała się w depresji, z której pomagały jej wychodzić przepisywane przez lekarzy tabletki. Zrozumiała, że to droga donikąd.

Dziś, dobrze już po czterdziestce, wie, że chce żyć dla siebie. Nie dla dzieci – ostatnie z nich, dziś piętnastoletnie, za kilka lat się usamodzielni. Nie dla jakiegoś mężczyzny. Dla siebie! I to przynosi jej ogromną ulgę, napełnia radością. Kompas zmieniła na zintegrowany. – Patrzę sercem, ale decyzje podejmuję głową. Mój nowy partner ma wszystko. Podoba mi się, jest inteligentny i radzi sobie w życiu. A jednocześnie to człowiek dość zwyczajny. Dziś już widzę, że można tak po prostu być razem i wzbogacać swoje życie. Spokojnie, bez dramatu, bez przymusu, bezpiecznie, życzliwie i pięknie. Odkryłam miłość! – mówi.

 

To było silniejsze ode mnie!

Dziś Agata ma – w pewnym sensie – dwóch partnerów. I dwoje dzieci, po jednym z każdym z nich. Żyje z Przemkiem, którego wybrała sercem. Artur odszedł siedem lat temu, spokojnie, z godnością, mimo wielkiego bólu. Odszedł, bo pojawił się Przemek, a Agata zaszła z nim w ciążę.

Dlaczego wdała się w romans, mając ośmioletnią córeczkę, dobre małżeństwo i dom? – To było silniejsze ode mnie – mówi. – Artur to cudowny człowiek. Niezwykle dojrzały duchowo, dobry, wyrozumiały, odpowiedzialny i kochający. Mężczyzna – skarb. A Przemek jest zupełnie inny. Kiedy po raz pierwszy znalazł się fizycznie w pobliżu poczułam jakby magnetyczną siłę przyciągania. Szczęśliwa szczebiotałam, uśmiechałam się do niego i w niego wpatrywałam. Wpadłam w trans. Całe moje ciało było szczęśliwe. To było to, na co czekałam całe życie.

W przestrzeni kobiecych marzeń mieszkają od zawsze dwa męskie archetypy. Pierwszy to ten silny, niezwykły i wolny, który ją uwiedzie, porwie za sobą, zaspokoi potrzebę gorącej miłości i seksu. Drugi to odpowiedzialny, wierny towarzysz, opiekun rodziny. Paradoksem jest, że rzadko łączą się w jednym mężczyźnie. Tego pierwszego trudno utrzymać, tego drugiego zachęcić do miłosnego tańca. Agata była już trochę znudzona Arturem, podatna na porwanie emocjonalne. I tak się stało – poszła za Przemkiem. To jedna ze sztuczek serca niezintegrowanego z resztą naszego wnętrza.

Nie trzeba było długo czekać. Przemek odwzajemnił gorące uczucie. Agata przeprowadziła rozwód, przeniosła się do niego z córeczką i czerpała miłość całymi garściami. Szczęście zaowocowało synkiem.

Co ciekawe, Artur był cały czas przy niej. Nie narzucał się, ale pomagał. Był nawet przy porodzie dziecka Przemka. Mieszkał osobno i budował swoje życie od nowa, nie licząc na powrót Agaty, ale wspierał ją we wszystkich działaniach.

Agata jest mu wdzięczna, ale... nosi w sobie dużo gniewu, co okazuje częstym zniecierpliwieniem i od czasu do czasu wybuchami złości. Jest zła na obu mężczyzn. Na Artura o to, że pozwolił jej odejść, kiedy była zauroczona. Na Przemka, że jej nie kocha tak bardzo, jak na początku. Szał minął, pozostała niełatwa rzeczywistość: wychowywanie dwojga dzieci… we troje.

Dom dla dobra dziecka

– Bardzo dawno temu postanowiłam, że moje dziecko będzie miało dobry, solidny dom. Czyli warunki do rozwoju lepsze, niż ja kiedyś miałam.

Beata właśnie przekroczyła pięćdziesiątkę. Nadal niezwykle atrakcyjna, utalentowana, silna, konsekwentna; zawsze wiedziała, czego chce. Osiągnęła swój cel. Jest żoną znanego, powszechnie lubianego człowieka, którego wizerunek regularnie pojawia się w mediach. Mają piękny dom. I córeczkę, która skończyła 11 lat.

Serce Beaty nie jest bynajmniej zamknięte i nieczułe. Doświadczenie zakochania i pasji jest jej dobrze znane. Przez wiele lat przeżywała konflikt pomiędzy potrzebą wielkiej miłości, a potrzebą stabilności i bezpieczeństwa. Kolejni partnerzy oferowali jej jedno lub drugie, nigdy łącznie. I kiedy zaspokoiła już potrzebę przeżycia wielkiej bliskości i radosnego spotkania, zaczęła myśleć o przyszłości. Zegar biologiczny był nieubłagany. Może mieć dziecko teraz albo nigdy. A z tego za żadną cenę nie chciała zrezygnować. Było to częścią jej życiowych planów. Podjęła decyzję.

Małżeństwo przypieczętowało długi związek z fantastycznym facetem, przyjacielem, z którym był tylko jeden problem – nie było między nimi „chemii”. Zaraz po ślubie zaczęli sypiać osobno. Ale że tak będzie, Beata wiedziała jeszcze przed ślubem. Cóż, trzeba sobie było radzić.

– Dwanaście lat temu poprosiłam Zbyszka o dziecko. Powiedział, że nie ma sprawy. Wkrótce zaszłam w ciążę i od tamtej pory już nie sypialiśmy ze sobą.

Beata i Zbyszek mają jedenastoletnią córeczkę, która jest szczęściem dla obojga. Beata ma wszystko, czego pragnęła. Zapytana, czy jest szczęśliwa, odpowiada z uśmiechem: – Można wytrzymać…

 

On nie jest taki zły…

– Pewnie się jakoś ułoży, zbudujemy wspólny dom, założymy rodzinę, będziemy się nawzajem wspierać – tak myślałam. On nie jest taki zły. Może mało ambitny i energiczny, ale dobry i odpowiedzialny. Będzie dobrym ojcem – z takimi myślami Basia weszła w związek, który początkowo był bardzo dobry, potem dobry, później już tylko znośny. Partnerzy wspierali się nawzajem, dzielili obowiązkami, radzili sobie nieźle z wychowaniem synka.

Stopniowo okazywało się, że Basia oczekuje znacznie więcej od życia niż Bartek. On był gotów zadowolić się byle jakim mieszkaniem w biednej dzielnicy. Ona wiedziała, że ją stać na więcej, dużo więcej. Jako handlowiec w międzynarodowej firmie zaczęła bardzo dobrze zarabiać. I w tym momencie zdezaktualizował się powód, dla którego była z Bartkiem. Nie był on już dla niej równym partnerem. Zaczęły się napięcia, konflikty i żale – po roku takich zmagań małżeństwo rozpadło się gwałtownie i ostatecznie.

Basia przeszła półtoraroczną psychoterapię. Nie tyle w związku z zakończonym związkiem, co z poprzednimi zajściami w rodzinie, które skłaniały ją do przedkładania bezpieczeństwa nad potrzeby serca. W pewnym momencie poczuła, że się rodzi na nowo. Znalazła sobie odpowiedniego faceta. Co prawda na drugim końcu Polski, ale za to takiego, który jej odpowiada pod każdym względem. I jednocześnie całkiem zwyczajny. Po prostu jej pasuje. Basia czuje się gotowa, by zacząć budować jeszcze raz.

Kompromis między sercem i rozsądkiem

Trudno dać jasną odpowiedź na pytanie, co jest bardziej niezawodne: serce czy rozum. Z przytoczonych przykładów widać, że jedno i drugie może nas wpędzić w tarapaty. Z każdym z wyborów związania jest jakaś korzyść i jakaś cena. Ta sytuacja sugeruje, że rozterki należy przekroczyć, szukając sposobu na pogodzenie przeciwieństw. Być może przeciwieństwa tylko pozornie się wykluczają. Taka postawa to esencja rozwoju duchowego.

Nie jest łatwo opisać integrację, która zachodzi w zakamarkach naszego wnętrza. Łatwiej powiedzieć, po czym można poznać, że taka integracja miała miejsce. Tą oznaką jest kontakt ze sobą. Rodzaj spokoju i zrozumienia, które można oddać słowami: „Wiem już, kim jestem. Znam siebie. Wiem dokładnie, czego pragnę i co chcę przeżyć. Wiem też, co nie jest dla mnie dobre”. To właśnie trzeci kompas. Posługując się nim, zyskujemy pewność i mamy mniej rozterek. Rzeczy, co do których wahaliśmy się, stają się teraz oczywiste.

Basia, dwa lata po rozwodzie, tak formułuję swoją lekcję: – Pójście za głosem rozumu może być ustępstwem na rzecz lęków albo na rzecz programu, według którego mnie wychowano. Taka decyzja nie ma nic wspólnego z tym, kim jestem. Racjonalne myślenie o związku odnosi się do prawd zasłyszanych, wyczytanych, a nie moich.

– Serce, używane nieodpowiednio, jako emocja, może wyprowadzić na manowce. Ale jeśli mam dobry kontakt z sobą, serce bardzo mądrze podpowiada. I nie posiada monopolu; jest tylko jednym z głosów w moim wnętrzu. Podejmując decyzję staram się dotrzeć jeszcze głębiej, poczuć, kim jestem. Gdzieś w moim centrum wiem, co jest właściwe i dobre.

Taka postawa ma oczywiście wpływ na to, jaki związek powstanie. Dowiadujemy się o tym od Bożeny – znajduje się na podobnym etapie życia, co Basia. W wieku 36 lat zaczyna od nowa, wiedząc, że jest gotowa na związek. Rozwiedziona, ma córkę z pierwszego małżeństwa. Rok temu zakończyła relację pełną konfliktów i rozczarowań. Podobnie jak Basia „odrobiła swoją lekcję” w dłuższej psychoterapii. Oto, jak opisuje swoje doświadczenia teraz, po latach zmagań ze związkami, które nie działały.

– Jestem z facetem, który pasuje mi pod każdym względem. Znamy się jeszcze z okresu studiów. I teraz, kiedy oboje staliśmy się wolni, powstała możliwość bycia razem. Budujemy nasz związek, ale nie tak, jak kiedyś sobie wyobrażałam. Związek się sam buduje. Powstaje organicznie, z każdej chwili spędzonej razem – kiedy rozmawiamy, wspieramy się, dzielimy sobą, kochamy. Z każdym dniem stajemy się sobie bliżsi. Coraz więcej nas łączy. To proces. Jest tak naturalny i prosty, że dziwię się, że kiedyś widziałam to inaczej. Wystarczyło raz, na początku, powiedzieć mu „tak”. Dalej wszystko dzieje się samo. Bez ekstazy, bez dramatu, spokojnie i pięknie. To miłość dwojga dojrzałych ludzi.

  1. Psychologia

Dam ci to, czego pragniesz, ale jeśli wyrzekniesz się siebie

U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
„Będzie jak w bajce. Dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Pod jednym warunkiem: wyrzekniesz się siebie”. Tak brzmi niepisana umowa symbiotycznych związków.

Maria była przekonana, że nigdy nic lepszego jej nie spotkało. Zakochała się, ale nie w byle kim i nie byle jak. Czuła to, a uczuć przecież nie można oszukać. Myślała, że taka miłość zdarza się tylko w filmach lub romantycznych książkach, dopóki jej nie doświadczyła. Andrzej był jej uzupełnieniem, całym światem, z każdym dniem kochał coraz bardziej. Pisał do niej kilkanaście razy dziennie SMS-y, zabierał na kolacje, do kina, na weekend nad morzem. Budził rano do pracy i utulał do snu. Maria zrezygnowała z długo planowanego wyjazdu ze znajomymi nad morze, bo Andrzej obiecał, że pojadą razem, ale w góry, bo uwielbiał wspinaczkę. Postanowiła spróbować. Okazało się, że pokochała ten sport tak jak Andrzeja.

Zamieszkali razem, Andrzej znalazł dom pod miastem, miał bliżej do pracy, mógł więcej czasu spędzać z ukochaną. Dla Marii przeprowadzka oznaczała wprawdzie dłuższe dojazdy, ale i tak się cieszyła. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły, na spotkaniach towarzyskich nie odstępowali siebie na krok… Po pięciu wspólnych latach Maria czuła tylko i wyłącznie wszechogarniającą nienawiść do Andrzeja.

Pojęcie symbiozy, które idealnie oddaje charakter relacji Marii i Andrzeja, psychologia zaczerpnęła z biologii. Krab pustelnik poszukuje pustej muszli ślimaka, do której może schować swój pozbawiony pancerza odwłok. Na takiej muszli osadza się ukwiał, który wędruje wraz z pustelnikiem i jego mieszkaniem, dzięki czemu może zdobywać pokarm, zapewniając przy okazji pustelnikowi ochronę przed drapieżnikami. Układ idealny.

Erich Fromm używał terminu „psychiczna więź symbiotyczna”, opisując relację dwóch dorosłych osób, które żyją kosztem siebie. Mogą to być kochankowie, przyjaciele, partnerzy w interesach. Chociaż są osobnymi organizmami, w sferze psychicznej łącząca ich więź powoduje zjednoczenie, pomieszanie tożsamości, tworząc specyficznego rodzaju klatkę. Więź symbiotyczna istnieje w stanie naturalnym, kiedy dziecko żyje kosztem matki w jej łonie, i później w początkowym okresie rozwojowym. To właśnie zaburzenia dotyczące relacji dziecka z rodzicami w pierwszych miesiącach życia mogą prowadzić do ukształtowania się w dorosłości tendencji do budowania symbiozy w związku.

Dobre początku symbiozy

Miłość symbiotyczna zazwyczaj rozpoczyna się od fajerwerków, wielkiego „bum”. Tylko zakochani nie wiedzą, że „bum” to odgłos zderzenia dwóch patologii. Zazwyczaj jedno z nich, tak jak Maria, pozostaje uległe, bierne, przekonane o tym, że oto właśnie spotkało je niezwykłe szczęście. Druga osoba sprawia wrażenie niezależnej, silnej, sprawczej, ale aby czuć się tak naprawdę, potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wspaniałości. Obie postawy są biegunami tej samej osobowości, która napędzana jest siłą w kierunku odrębności, a zarazem bycia razem, czyli zlania się, totalnej fuzji. Początki takiej miłości, dokładnie jak u Marii i Andrzeja, wypełnione są euforią, namiętnością, poczuciem niezwykłego połączenia. Pustka odczuwana prawie każdego dnia znika, bo zostaje wypełniona przez ukochanego.

Maria z łatwością zrezygnuje z wyjazdu nad morze i pokocha wspinaczkę, bo kocha Andrzeja, staje się nim, zlewa z jego potrzebami. Ona nie wie, kim naprawdę jest, co lubi. Rzeczy, które sprawiają jej przyjemność, mogą się szybko zmienić pod wpływem tego, co zasugeruje ukochana osoba. Z kolei Andrzej w końcu znalazł kogoś, kto adoruje go, uwielbia, karmi jego ego. W ten sposób on może wciąż pielęgnować przekonania dotyczące siebie. Obydwoje posiadają głębokie przekonanie o byciu niepełnym, nie całkiem wartościowym.

– Na początku takie osoby mają poczucie ogromnej miłości, której nie zaznał nikt, zrastają się ze sobą, to bywa przyjemne – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, dziekan Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Gdy po paru latach pojawia się konflikt pomiędzy lękiem przed samozatraceniem i niemożnością odczepienia się od tej osoby, często rodzi się nienawiść.

Bo to właśnie lęk stoi u podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go, zgniecenie, zniszczenie; w sumie traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą. Identyfikowanie się z kimś w takim stopniu, który powoduje zagubienie się, zatopienie własnej tożsamości w tożsamości drugiego człowieka”.

Zdarzeń ciąg dalszy

Partnerów w związku symbiotycznym cechuje stała potrzeba uzależnienia innych od siebie lub bycia uzależnionym. – U jednych wynika ona z przekonania o własnej słabości, u innych – z poczucia wyjątkowości, które będą potwierdzali, wieszając się na ludziach, uzależniając innych od siebie – komentuje prof. Katarzyna Popiołek.

Tacy zakochani nie dokonują racjonalnego wyboru partnera, nie sprawdzają, jaki naprawdę jest ten drugi człowiek. Mogą być ze sobą przez pięć lat i nigdy się nie poznać, ponieważ kreują wyobrażenie człowieka i tego wizerunku się trzymają.

Maria zakochała się w Andrzeju, ponieważ ją od siebie uzależnił: telefonami, rozmowami, wyznaniami. On zaś zakochał się w uległej, adorującej go kobiecie. Zafascynowali się swoimi projekcjami, nie sobą nawzajem. Aby ten układ przetrwał, pielęgnują wizję drugiej osoby, przez to nie mogą jej naprawdę zobaczyć. Przez pewien czas taki układ się sprawdza, ale w pewnym momencie osoba pozostająca w związku symbiotycznym zaczyna się dusić. Wie, że nie poradzi sobie bez drugiej osoby, zarazem czuje, że ta relacja uniemożliwia jej rozwój. Zaczyna przejawiać dwie sprzeczne tendencje: uciec i być bardzo blisko.

Maria, jak większość osób symbiotycznych, nie potrafi zachowywać się asertywnie, nie wyraża złości, gniew kieruje do wewnątrz. Powoli zaczyna pojawiać się u niej tłumiona nienawiść, pretensje do partnera o uzależnienie. Nadal jednak nie posiada własnego zdania, ponieważ przejęła poglądy Andrzeja. Z kolei on żyje w przekonaniu, że jeśli włoży jeszcze trochę wysiłku – to jego partnerka, uległa Maria, będzie doskonała. Ma przy tym tendencję do krytykowania jej, niekiedy poniżania czy wyśmiewania wszelkich jej prób samostanowienia o sobie.

– Prędzej czy później do związków symbiotycznych wkrada się nuda, pojawia się potrzeba poszukiwania przeciwwagi albo nienawiść osiąga siłę wcześniejszej miłości – wyjaśnia dr Aleksandra Sarna, wykładowczyni Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Jedno z partnerów może myśleć: „zmieniam tę drugą osobę tak długo, mam takie dobre intencje, a ona wciąż jest niedoskonała”.

W takich właśnie momentach Andrzej zrywa kontakt, oddala się od Marii, pokazując jej, ale przede wszystkim sobie, jaki jest niezależny i silny. Cierpi w tym czasie męki. Tak samo jak pozbawiona sensu życia Maria, dla której w chwili rozstania umiera nie tylko związek, ale ona sama. Jednocześnie Andrzej czeka na najmniejsze westchnienie Marii, po którym ponownie mógłby do niej wrócić, by się scalić, znów być jednym.

Niekiedy obawa przed samozatraceniem powoduje, że jedno z partnerów zaczyna poszukiwać trzeciej osoby. Jeśli trójkąt rozbije obecny układ, nowy związek powtórzy układ symbiotyczny, a osoba porzucona będzie rozglądała się za nowym partnerem. Co ciekawe, jeśli to Maria byłaby porzucona, a jej nowy partner kochałby nurkowanie, to ona nagle zapomni o wspinaczce. – Osoba żyjąca w związku symbiotycznym bez drugiej osoby nie istnieje w pełni – dodaje dr Aleksandra Sarna. – Tak jak z protezą nogi, może nie jest doskonała, nie jest nogą, ale pasuje.

Niepisana umowa w związku symbiotycznym brzmi: „dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem że wyrzekniesz się siebie”. Z tego powodu partnerzy niechętnie patrzą na nowych przyjaciół czy nowe zajęcia ukochanej czy ukochanego, bo zagrażają one symbiozie. Osoba symbiotyczna kurczowo trzyma się partnera, niczym osoba współuzależniona. Na głębokim poziomie czuje, że utrata związku to utrata życia, dokładanie tak jak utrata matki w dzieciństwie. Człowiek taki nie wie, jak dalej żyć, co robić, lubić, nie odnajduje w swoim życiu priorytetów, ponieważ te wyznaczał partner, który nagle odchodzi. Właśnie dlatego podczas rozpadu związku symbiotycznego przynajmniej jedna strona mówi: „nienawidzę cię”. Nie ma możliwości rozejmu, rozstania się z klasą, koniec następuje z hukiem, a partner okazuje nic nie warty.

Symbioza bez happy endu?

Stoi za tym kilka psychologicznych mechanizmów. Rozszczepianie własnego „ja” na część „dobrą” i „złą”, które jest źródłem zmiennych przekonań: „jestem beznadziejny”, „jestem najlepszy”, „mogę wszystko”, „do niczego się nie nadaję”. Inny mechanizm to idealizacja, czyli przypisywanie partnerowi cech, które chcielibyśmy u niego widzieć, i usprawiedliwianie pomyłek. Towarzyszy mu często mechanizm dewaluacji, czyli niedostrzeganie pozytywnych cech u osoby postrzeganej jako „złej”.

Para pozostająca w związku symbiotycznym może iść na terapię. – Jeżeli jednak wyleczymy dwie osoby symbiotyczne, to przestanie istnieć zasada funkcjonowania związku, bo jeśli ten oparty jest o patologię, to gdy ta zniknie, prawdopodobnie rozpadnie się sam związek – dodaje dr Aleksandra Sarna. Osobowość symbiotyczna jest silnie ugruntowana, terapia trwa latami. Ratunkiem jest praca nad sobą, budowanie swojego poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z samego faktu istnienia, a nie bycia z kimś. Pomocne może być danie sobie czasu na sprawdzenie, kogo chcę pokochać, i zadawanie pytań: Jakie cechy ma ta osoba? Co w niej lubię, a czego nie? Czego potrzebuję od tej osoby, a czego na pewno nie chcę? Gdzie znajdują się granice mojej przestrzeni, ciała, pracy, przyjaźni? Szaleństwo i pasja zdarzają się na początku każdej miłości, jednak jeśli ta jest ślepa przez długie miesiące i lata, prawdopodobnie wyprowadzi zakochanych na manowce. Dlatego, że nie spotkały się dwie dorosłe osoby, zainteresowanie poznawaniem siebie i wspieraniem w rozwoju, ale dwójka małych dzieci, przepełnionych lękiem przed zniknięciem.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

  1. Psychologia

Jakie czułości lubią mężczyźni? Jak okazywać uczucia swojemu partnerowi?

Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak być czułą dla mężczyzny? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom, co może przełożyć się później na ograniczone okazywanie uczuć przez mężczyzn. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak okazywać uczucia mężczyźnie? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

„Wrócił. Nic nie powiedział./ Było jednak jasne, że spotkała go przykrość./ Położył się w ubraniu./ Schował głowę pod kocem./ Podkurczył kolana./ Ma około czterdziestki, ale nie w tej chwili./ Jest – ale tylko tyle ile w brzuchu matki,/ za siedmioma skórami, w obronnej ciemności./ Jutro wygłosi odczyt o homeostazie/ w kosmonautyce metagalaktycznej./  Na razie zwinął się, zasnął” – tak czule pisze o swoim mężczyźnie Wisława Szymborska.
To jest czułość! Wiedzieć, co jest dla niego ważne, i to uszanować. I jeśli on pokaże swoim zachowaniem czy powie: „Teraz nie chcę rozmawiać, chcę pomyśleć”, to zamknąć buzię i iść poczytać. Nie męczyć: „Coś się stało! Ale co?! Tak chciałabym wszystko o nim wiedzieć”. Nie spieszmy się z wiedzeniem wszystkiego. Te, które najbardziej tego chcą, tak naprawdę chcą wiedzieć tylko tyle, żeby móc się wtrącać. A to wielka różnica wiedzieć po to, by uszanować, i po to, by kontrolować. Wtrącać się chcą mamuśki, takie kobiety wypytują: „A co się stało? A co on ci powiedział? A ty co mówiłeś? A kto przyszedł? A kto wyszedł?”. Jak mężczyzna odpowie, to wcale jej nie zaciekawi: „Aaaa... to nudne”, machnie ręką. On się odsłania, a ona go: buch! Ocenia...

Mężczyzna przyjaciółki stracił bliską osobę. Jego kobieta nie wiedziała, jak mu pomóc, jak okazać czułość mężczyźnie w tak trudnej dla niego sytuacji, nie zrobiła więc nic. A on położył głowę na jej kolanach i tak siedzieli godzinę. W ciszy...
Ha! Dostał się wprost do kobiecej świątyni czułości, bo ona zrobiła właśnie to, czego on potrzebował. Poszła za nim, nie narzuciła mu niczego. Żadnych słów, żadnych zbędnych gestów, żadnych pytań. Nic babskiego. Żadnego szukania na siłę tego, czego jej zdaniem on potrzebuje! Tego kobiecego „ja wiem lepiej”. Nie zamatkowała mu, wypytując, jęcząc, jaka to tragedia. Współczując, czyli kastrując i wiercąc dziurę w brzuchu. Nie próbowała też udawać kumpla: żartować, wyjąć wódkę. Zrobiła to, czego chciał, skoro przyszedł do niej. Nie ciągnęła go też do łóżka, bo „wiadomo, mężczyzna...”. Założę się, że będą razem, bo z taką kobietą każdy mężczyzna chce być.

Najlepiej więc, gdy nie wiemy, jakie czułości lubią mężczyźni. Ale to trudne przyznać, że w sprawie uczuć jesteśmy w kropce.
Nie w kropce, tylko w sednie, bo to „nicnierobienie” to ta czułość, której oni potrzebują. Jeśli kobiecie uda się przekroczyć jej przekonanie, że jest mistrzynią w czytaniu i obdarowywaniu czułością, to da radę. Najlepiej patrzeć i słuchać. Nie myśleć: „Co ja mam zrobić?”. A myślimy, i to jeszcze jak! I wymyślamy, i skupiamy się na tym, co nie ma znaczenia. Na przykład: kobiety myślą, że najważniejszy dla mężczyzny jest wygląd wybranki. Owszem, ale ma być w nim coś ciepłego: miły wyraz twarzy, uśmiech i brak zaczepności. Zaczepność krotochwilna, tak. Ale bez przepychania, siłowania, agresji, bo wtedy mężczyzna się przestawia na tryb rywalizacji. Może się pobawić w wojnę z kobietą, ale po rozgrywce pójdzie poszukać na życie tej, która da mu czułość. To są dwa absolutnie inne typy kobiet. Ta na romans, pokazuje swoje seksualnie walory. A ta na życie – ciepło...

Kokardki, wstążki, kolor różowy. Czy to może być sposób na to, jak okazywać uczucia mężczyźnie?
Nie banalizuj. Co mają do tego kokardki?! Mężczyźni też potrzebują poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza od tej „na stałe”, ona ma być odpoczynkiem wojownika. Wszystko jedno, czy on jest wojownikiem, czy nie bardzo. Mężczyzna lubi tak o sobie myśleć. Kobieta jest niezbędna do poczucia komfortu, spokoju i czułości. Czyli tego, czego od kolegów nie dostanie. Ma być spokojna, życzliwa, akceptująca – to wszystko razem składa się na czułość. Ma go lubić i on ma to czuć. Jak opowie siódmy raz ten sam dowcip, uśmiechnąć się, nie wytykać: „Już mówiłeś...”.

W książce „Jego orgazm później” nowojorski seksuolog Ian Kerner mówi, że mężczyzna wydziela więcej testosteronu, kiedy dotyka go ktoś inny, nic więc nie zastąpi mu intymności dotyku kobiety. One jednak nie poświęcają czasu na dotyk, nie zastanawiają się, jak okazać czułość mężczyźnie, myśląc, że partner chce tylko erekcji. A to dotyk jest niezbędną częścią poczucia jedności. Przez seks nie zbudujemy bliskości z mężczyzną, zbudujemy ją pieszczotami jego sutków, szyi, ust i uszu. Czy to dotyczy też polskiego mężczyzny?
Oczywiście, że tak. Mało tego! Nawet jak ona robi mu fellatio, to nie ma pożerać jego penisa, tylko naprawdę lizać jak loda. Nie ma być zachłanną drapieżnicą, ale kimś, kto okazuje właśnie czułość. W ten sposób przekazuje mężczyźnie pozytywne emocje, takie jak zachwyt, akceptacja i podniecenie nim. To, jak się pieścimy i jak kochamy, pokazuje, co naprawdę do siebie czujemy i kim dla siebie jesteśmy, tak podprogowo, nie słowami. Co więcej, te odczucia decydują o tym, czy on chce z nią zostać, choć nie są werbalizowane w męskim umyśle. Męski umysł w ogóle nie spieszy się do werbalizowania uczuć. Mężczyźni raczej czują i tym czuciem się kierują: „Czy przy tej kobiecie mogę być sobą?”. „Czy to, co robię, ona ocenia, czy akceptuje mnie takim, jakim jestem?”. On odczuwa, czy ona pragnie jego, czy jest głodną samicą, która chce go pożreć, jakby chciała pożreć każdego. Ważne, żeby on nie poczuł, że ona jest niezaspokojona, bo zacznie się obawiać, czy daje jej wystarczająco dużo seksu.

A więc nawet seks oralny ma być czuły, jeśli chcemy, żeby wszystko nie skończyło się na seksie, nawet świetnym?
Absolutnie tak, a seks może był i świetny, i czuły, bo kobieta przez mózg mężczyzny zostanie odczytana jako czuła, jeśli będzie nim zachwycona. Jego człowieczeństwem, owszem. Ale przede wszystkim jego ciałem. Mało tego, ja bym powiedziała, że za rzadko zdarza się kobietom okazywać sympatię właśnie penisom ich mężczyzn. Jakby ciągle nie chciały wiedzieć, że to oni sami. A przecież kiedy kochasz tego mężczyznę, to kochasz go całego, także jego członek.

Ian Kerner pisze: „Spójrz na jego ciało jak na obszerny erogenny krajobraz, który pulsuje światłem pod wpływem ciepła twojego dotyku”. Brzmi pięknie, ale czy to prawda?
Czemu my ich nie pieścimy? Bo myślimy, że oni myślą tylko o seksie... Ale jeśli nawet, to czy mężczyźni są zrobieni z czegoś innego niż my? Czy ciała nie mogą dostarczać im wielu wrażeń? Mogą. I właśnie wracając do sutków i uszu – to są miejsca intymne i erogenne, których moc kobiety znają świetnie. Ich własne sutki i uszy są rozbudzone erotycznie i one czerpią z nich masę rozkoszy. Ale mężczyźni nie są pod tym względem doinwestowani i dlatego wydaje się im, że inna część ciała niż penis nie może dać im rozkoszy. Miałam narzeczonego, który kiedyś wyszeptał: „Ja się nie spodziewałem, że moja klatka piersiowa jest taka czuła”. A ja się tą klatką zachwycałam, że taka szeroka, że taka silna, że taka męska. Całowałam ją więc, głaskałam, miziałam, patrzyłam w zachwycie.

Czyli czuła to znaczy pieszcząca?
Nie tylko. Ale wszyscy chcemy być pieszczeni, głaskani, dotykani. Mamy też ogromne pokłady czułości wobec innych i ich chcemy dotykać, głaskać. I słyszeć, i mówić, że jesteśmy wspaniali, fajni. Ale albo jesteśmy czule wychowywani – bo mieliśmy czułych rodziców, a wtedy bardzo dobrze – albo nie i zanim w dorosłym życiu dogrzebiemy się do pokładów czułości przysypanych nieprzyjemnym dotykiem, jakim częstowali nas rodzice, to trochę czasu minie.

Można przedawkować te pieszczoty? Jak okazać czułość mężczyźnie w nieprzesadny sposób??
Można kotka przepieścić. Ale też na początku bycia razem pary są tak spragnione czułości, że tylko by się miziały. Powiedzmy to sobie: potrzebujemy i chcemy tego oboje, ale możemy przesadzić i potem będziemy chcieli się od siebie odsunąć. I tego nie ma co się bać. To może niepokoić tych, którzy się boją, bo zaznali odrzucenia. Ale jeśli się kimś zachwycamy i strasznie blisko jakiś czas jesteśmy, to potem potrzebujemy dzień, dwa bez miziania. Nie można cały czas jeść truskawek, nawet jak człowiek ma na ich punkcie świra.

Jak nie zgubić seksualności w tej czułości? Skąd wiedzieć, czy to już nie za dużo dla niego?
Zapytać! Tak po prostu: „Czego chcesz?”. Nie masz mieć radaru w głowie, sercu i kroczu! Są dwie formuły na takie pytanie: „Czy to, co ja chcę zrobić, ci pasuje?”. A druga: „Czy ja cię dobrze odczytuję? Powiedz proszę, bo ja nie chcę robić czegoś, czego ty nie chcesz, no bo po co?”. I już wiemy, czy przytulić, czy upiec ciasteczka i postawić na stole. Kobieta czuła jest akceptująca. Jeżeli on lubi chodzić do sklepu, to fajnie. Jak nie, nie ciągnie go. Jak on potrzebuje iść na piłkę, to ona mu powie: „Kochanie, baw się dobrze”. Jeżeli on ma ochotę latać na motolotni, to nie usłyszy:  „Zabijesz się i zostanę sama”, ale: „Jaki ty jesteś dzielny i wspaniały! Może zabierzesz mnie kiedyś ze sobą?”. Nie ma kłamać, że lubi coś, czego nie lubi, bo to się da wyczuć, i na tym bliskości się nie zbuduje. Ale też niedobrze, gdy lekceważy jego zajęcia, bo wtedy może być źle. Miałam w terapii parę, która oddaliła się od siebie, bo on ją zapraszał wiele razy, żeby z nim pojechała w efektowne miejsca. Ona na to: „Eee.... nie”. No, to jeździł sam i w jednym z takich miejsc poznał efektowną damę. Wtedy dopiero do tej jego żony dotarło, że straci cudnego faceta, bo zawsze było tylko to „Eee... nie”. Pojechali wreszcie i się odnaleźli na nowo. To cudna para i rzadka – pan przyszedł pierwszy i teraz jest na nowo zakochany i zachwycony żoną: mądrą, miłą i czułą.

„Miła” to takie dwuznaczne określenie. Czy muszę być miła, żeby być czuła?!
Może to słowo ci się nie podoba, bo kojarzy się jak w piosence „Na zakręcie”: „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Choć gdybym chciała – bym się urządziła. Już widzę pieska, bieska, stół. Wystarczy, żebym była miła...”. I to można odebrać jako coś udawanego. Ale też z drugiej strony to rodzaj diagnozy mężczyzny. Otóż faceta nie rajcuje głęboka rozmowa, nie potrzebuje zwierzeń, nie potrzebuje afer. Chciałby mieć dobre, spokojne życie. No i jeśli kobieta też chce, to pasują do siebie i do słowa „miło”.

W tym kontekście „miła” brzmi dobrze. Czy taki sposób zachowania może wpłynąć też na okazywanie uczuć przez mężczyzn swoim partnerkom?
„Miła” wcale nie znaczy zawsze miła. Kobietom wydaje się, że miła nigdy nie powie „nie”. Powie. Ale miło. Powie też, czego od niego chce, tyle że nie w formie pretensji, tylko pragnienia. „Będzie mi z tobą dobrze, kiedy...”.  „Lubię, kiedy jesteś...”. „Podobasz mi się, kiedy... ”. Miła i czuła nie mówi: „Źle mi z tobą, kiedy nie dzwonisz!”. Jest spokojna i miła w takim sensie, że ma coś ważnego do roboty i nie siedzi przy oknie i nie gryzie palców, jeśli on się spóźnia, a potem na dzień dobry daje mu burę... Miła nie produkuje lęku, tylko spokój. A spokój jest potrzebny wszystkim – i kobietom, i dzieciom, i pieskom. I mężczyznom. Żeby on miał spokój, żeby sobie przyszedł, a ona była zajęta i nie pędziła do niego, ale się z daleka uśmiechnęła i haftowała dalej. A wtedy on sam podejdzie i pocałuje. Wszystko jest takie przyzwalające z jej strony, wtedy jest czułość... A jak chce być sexy, może włożyć mu do kieszeni karteczkę z napisem: „Czekam wieczorem na ciebie cała gorąca w naszym łóżku”.

Trzeba być liryczną, by być czule sexy?
Liryczną też warto. Ale jeśli oboje lubią ostry seks, to słowa mogą być pikantne. Nie trzeba tabu. Kobieta, która ma ochotę być szaloną kochanką, raczej nie pójdzie ze wstydliwym do łóżka, a jak pójdzie, to musi pomyśleć, czy stać się liryczna czy poszukać innego...

„Nigdy nie kłóć się w łóżku” – radzi Ian Kerner. „Możesz się w nim godzić. Pilnuj, żeby to, co ze świata, nie wchodziło między was przynajmniej tam. Noc ma być czuła”.
Otóż to. Potrzeba czułości i bliskości u mężczyzn jest więc niesamowicie istotna – tak samo jak u kobiet. Partnerzy powinni sobie wzajemnie okazywać miłość i zrozumienie na wiele sposobów, niezależnie od płci. Nie wiesz, jak okazywać uczucia mężczyźnie, wydaje ci się to trudne? Rób to szczerze, ze zrozumieniem jego potrzeb, ale i w taki sposób, aby go ukoić i zapewnić go, że jesteś tu dla niego.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, filozofka i poetka. Autorka i współautorka wielu książek, m.in. "Nie bój się życia", "Królowe życia i król", "W życiu jak w kinie", "Chcę być kochana tak jak chcę".

  1. Psychologia

Nie bądź w związku męczennicą

Jesteśmy męczennicą, gdy pozwalamy, by kolejny raz uszło mężczyźnie „na sucho” niedotrzymanie obietnicy, niewywiązanie się z obowiązków czy chamskie zachowanie.(Fot. iStock)
Jesteśmy męczennicą, gdy pozwalamy, by kolejny raz uszło mężczyźnie „na sucho” niedotrzymanie obietnicy, niewywiązanie się z obowiązków czy chamskie zachowanie.(Fot. iStock)
Niezależnie od tego, czy jest w związku, czy żyje w pojedynkę, współczesna kobieta o miłości wie jedno: same z nią problemy. Gdy ją gonisz, ucieka, a jak już złapiesz, okazuje się, że to nie ta. Kiedy na nią czekasz, nie przychodzi, a jak już przyjdzie, to pod inny adres. Sztuką jest ją rozpoznać, gdy już się pojawi, i utrzymać, by nie blakła. I to da się zrobić!

Pożegnaj męczennicę

Męczennica to ten typ reakcji, który uruchamia się w nas, gdy panicznie boimy się, że mężczyzna od nas odejdzie. Uzna, że nie jest już nami zainteresowany, albo że niewystarczająco często zapewniamy go o naszym zaangażowaniu w związek. Jesteśmy męczennicą, gdy pozwalamy, by kolejny raz uszło mężczyźnie „na sucho” niedotrzymanie obietnicy, niewywiązanie się z obowiązków czy chamskie zachowanie. „Bo był taki skruszony, naprawdę żałował, tak słodko się zachowywał potem przez cały wieczór” – tłumaczymy naszą niekonsekwencję. Skąd się bierze ten skrypt? Najczęściej z dzieciństwa, z podpatrywania relacji naszych rodziców, a czasem też dziadków. Podświadomie uczymy się, że kobieta godzi się na wszystko w imię miłości i trwałości związku.

Jeśli odkryjesz w sobie taki skrypt i taką dominującą tendencję, możesz sobie zwizualizować postać przygarbionej, zmęczonej życiem kobiety, ciągnącej za sobą ciężką kulę, przytwierdzoną do jej nogi łańcuchem. Za każdym razem, gdy twoje zachowanie przywoła ci tę postać na myśl, zatrzymaj się i powiedz sobie w duchu: „Nie chcę być męczennicą”. Jeśli choć raz zmienisz swoje dotychczasowe reakcje, skorzystasz z energii zołzy, która też w tobie jest, zobaczysz, że przynosi to o wiele lepsze skutki niż poprzednia postawa. Da ci to siłę do dalszych zmian. Możesz też zapytać kobiety z twojego otoczenia, które żyją w szczęśliwych związkach i są zołzami, o kilka wskazówek i czerpać z ich pozytywnej energii.

Uruchom w sobie zołzę

Zołza ma życzliwe usposobienie, a jednocześnie jest silna. Nie rezygnuje z własnego życia i nie ugania się za mężczyznami. Nie pozwala, żeby on myślał, że ma ją w garści. I umie postawić na swoim, gdy facet się zagalopuje. Wie, czego chce, ale nie sprzeniewierzy się samej sobie, żeby to dostać. Przy tym wszystkim jest kobieca jak stalowa magnolia – na zewnątrz delikatna jak kwiat, wewnątrz twarda jak stal. Używa tej kobiecości dla własnej korzyści. Co nie znaczy, że wykorzystuje z premedytacją mężczyzn, bo ona gra fair. Nie traci głowy, gdy znajdzie się pod czyjąś presją. Sama ustala reguły gry, jest pewna siebie i ma poczucie wolności. Posiada niezwykle subtelne przymioty: poczucie humoru i aurę wokół siebie, którą mężczyźni postrzegają jako komunikat: „Ja tu trzymam ster“. Podczas gdy męczennica daje i daje, aż zostanie z niczym, ona wie, kiedy trzeba się wycofać. Wie też, że odrobina lekceważącego dystansu jest konieczna, by zachować poczucie własnej wartości. Nie chodzi jednak o lekceważenie ludzi, lecz tego, co inni o nas myślą.

Po czym możesz poznać, że budzi się w tobie zołza? Jeśli czujesz, że partner próbuje cię wykorzystać, kolejny raz cię zawodzi albo olewa – ogarnia cię złość albo po prostu masz poczucie, że zostałaś potraktowana nie fair. Spokojnie, trzymaj nerwy na wodzy. Z chłodną elegancją odmów jego żądaniu, jeśli uważasz, że to żądanie, a nie prośba (choć prośbie też możesz odmówić). Idź do kina z koleżanką, zamiast czekać w domu z kolacją, podczas gdy on spóźnia się ze spotkania z kolegami na drinku po pracy. Gdy kolejny raz przekłada wasze spotkanie, umów się, a potem też „zapomnij” przyjść. Po prostu pokaż – działanie przynosi lepsze skutki niż słowa – że nie pozwalasz się traktować bez szacunku, że masz swoje życie, swoje zdanie, że nie zależy ci na związku za każdą cenę, ale na związku partnerskim i szczęśliwym. Nie obrażaj się, nie marudź, nie praw kazań, po prostu ogranicz na chwilę kontakt i pokaż swoją niezależność. Zajrzyj też do książki Sherry Argov „Dlaczego mężczyźni wolą zołzy”.