1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mężczyzno, jeśli twoje serce domaga się, by go wysłuchać, ten tekst jest dla ciebie

Mężczyzno, jeśli twoje serce domaga się, by go wysłuchać, ten tekst jest dla ciebie

Mężczyzn zabija samotność. – Żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Mężczyzn zabija samotność. – Żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Wierzy, że sam wszystkiemu podoła. Maskuje przed sobą i światem, że nie potrzebuje innych. Ale nie można udawać w nieskończoność – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. Drogi mężczyzno, jeśli twoje serce domaga się, by go wysłuchać, ten tekst jest dla ciebie.

Te dane są cytowane często, a jednak warto je przypomnieć: Mężczyźni żyją średnio o dziewięć lat krócej niż kobiety. Cztery razy więcej mężczyzn niż kobiet popełnia samobójstwo. Trzy razy więcej mężczyzn niż kobiet umiera na zawał serca. Nagłą śmiercią w wypadkach ginie dwukrotnie więcej mężczyzn niż kobiet. Prawdopodobieństwo odebrania sobie życia przez starszego, samotnego mężczyznę jest aż 1350 proc. większe niż przez kobietę w tym samym wieku. Liczba zgonów spowodowanych chorobami wątroby jest dwa razy większa u mężczyzn niż u kobiet. Liczba zgonów spowodowanych wirusem HIV jest dziesięciokrotnie większa niż u kobiet.

Mężczyzn zabija (w przenośni i dosłownie) dojmująca samotność. – Oni żyją w ciągłym pośpiechu, pod presją, spełniając oczekiwania wobec partnerki, rodziny, firmy i kraju. Ale walczą samotnie, w związku z tym nie mają czasu, są przeciążeni zadaniami i obowiązkami – mówi Benedykt Peczko.

Popadają w sidła zewnętrznych wymagań, podczas gdy ich serca tęsknią za czymś skrajnie innym. Ten konflikt jest źródłem odcięcia od siebie, cierpienia. „Kim jest prawdziwy mężczyzna? Czy spełniam warunki?” – te kierowane do siebie pytania pozostają bez odpowiedzi.

Dom, drzewo i syn?

„Świat potrzebuje mężczyzn, którzy odzyskują swoje serca” – pisze John Eldredge w książce „Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”. „Jak to się dzieje” – pyta – „że mężczyźni, zaglądając do swoich serc, nie odkrywają niczego mężnego, a znajdują głównie gniew, żądzę i strach? Większość mężczyzn prowadzi życie w cichej rozpaczy. Są albo bierni, albo gwałtowni”.

W innej słynnej książce Steve’a Biddulpha „Męskość” autor donosi, jak w trakcie spotkania z dużą grupą mężczyzn poznał jedynego prawdziwego mężczyznę: „Jak wielu z nas jest wysokimi, szczupłymi, bogatymi, odnoszącymi sukcesy, cieszącymi się władzą, z owłosioną klatką, zawsze opanowanymi... czy ktoś... o tak, tutaj jest jeden! Jedyny mężczyzna!”.

– Przymierzamy siebie do mało realnych wzorców – twierdzi Benedykt Peczko. – Mężczyzna powinien wybudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Co to znaczy? Przecież, gdyby rzeczywiście każdy mężczyzna miał wybudować dom, to zabrakłoby miejsca na ziemi. Gdzie byśmy je stawiali? Na Alasce? Gdyby każdemu mężczyźnie urodził się syn, to powstałaby potężna nierównowaga, bo synowie potrzebują kobiet. Jedynie sadzenie drzew potraktowałbym jako użyteczne zalecenie. Czy Einstein budował dom i sadził drzewa? Wątpię. A inni naukowcy, podróżnicy, odkrywcy, pisarze, lekarze?

Patriarchalny przekaz to dużo, dużo więcej: mężczyzna ma walczyć, posiadać, imponować, mieć władzę i prestiż.

– Straszliwa pułapka – mówi psycholog. – Wydaje się, że jeśli tylko osiągnę to i to, będę szczęśliwy. Już osiągnąłem, ale mógłbym mieć jeszcze więcej... więc od nowa rzucam się w pogoń. Gonię ogon, który ciągle ucieka, bo okazuje się, że to mój własny ogon. Uzależnianie swojego dobrostanu od czynników zewnętrznych to prosta droga do nieszczęścia.

– Nam, mężczyznom, wydaje się, że jesteśmy panami stworzenia – kontynuuje Peczko. – A stworzenie trzeba kontrolować, ujarzmiać, podporządkowywać. Wyeksploatować wszystko, co się da. Wielki błąd. Życia nie da się wyeksploatować. Bardzo łatwo zapomnieć wtedy o sobie, o swoim wnętrzu, zatracić tę część siebie, która pragnie życia kontemplacyjnego. Jak mężczyzna odpoczywa? Idzie do parku, bo wie, że ruch dobrze robi i spacer dotlenia. Ale myślami jest zupełnie gdzie indziej – snuje plany, odbiera telefony i załatwia sprawy. Na wakacje zabiera laptopa, odbiera i pisze e-maile. Nie jest w stanie zobaczyć liści na drzewach, chmur na niebie, usłyszeć śpiewu ptaków, być tu i teraz. Ktoś, kto nie umie się zatrzymać, nie będzie szczęśliwy. „Nieproduktywne” zajęcia, jak spotkania z przyjaciółmi, zabawy z dziećmi, wyprawy do lasu, niezobowiązujące lektury czy marzenia wywołują poczucie winy. Nie może pozwolić sobie na nicnierobienie. Osiąga więc kolejne cele. Ale nie jest w stanie się nimi cieszyć, doświadczać istnienia w sposób, który daje poczucie wewnętrznego bogactwa i spokoju.

Tacy mężczyźni mają w sobie za mało „kobiety”, równoważącego kobiecego aspektu. Z kolei faceci wrażliwi, delikatni, nieśmiali potrzebują równoważącego aspektu męskiego, ponieważ nie mają poczucia siły, sprawczości. Nie potrafią znaleźć odpowiedniej partnerki, ciekawej pracy, a jeśli już pracują, to dają się wykorzystywać, nie pozwalają sobie, by marzyć, osiągać cele. Wycofują się. Ta wewnętrzna nierównowaga dla jednych i drugich jest źródłem cierpienia.

Współczesny wojownik

Za czym tęskni męskie serce? – Za bliskością – mówi psychoterapeuta. – Za doświadczaniem jej w relacjach z kobietami, z mężczyznami, z dziećmi. Za przyjaciółmi, z którymi się dobrze rozumie, nadaje na tej samej fali. Za taką relacją ze sobą, w której nie musi popędzać się batem, karać siebie czy od siebie uciekać. Za bliskością ze swoimi marzeniami i celami. Także za bliskością z ludźmi w pracy, przejawiającą się w realizowaniu wspólnych planów, we wzajemnym wspieraniu się i zaufaniu. Za wewnętrzną pełnią.

Marek Kochan, autor powieści „Plac zabaw”, mówił w wywiadzie dla „Polityki”: „Presja patriarchalnej kultury na mężczyzn jest bardzo silna. Chitynowe pancerzyki przyrosły nam do ciała, a my myślimy, że to skóra. Jak się z mężczyzny zedrze stanowisko, dochody, pozycję zawodową, to co zostanie? Jakiś blady robaczek”.

Kim jest współczesny wojownik? – To ktoś, kto integruje te części siebie, z którymi nie miał do tej pory kontaktu. Na przykład odkrywa siłę swojej wrażliwości, przyznaje się przed sobą, że są chwile, gdy się boi, czuje się niepewnie, pragnie, tęskni, jest zraniony. – mówi Peczko. – Przyznanie się do wszystkich stanów i uczuć to pierwszy krok do tego, by stały się one częścią życia wewnętrznego, a nie jakąś zdemonizowaną siłą, z którą musimy walczyć. Wojownik zachowuje zdolność do podejmowania walki tam, gdzie jest to niezbędne – w obronie swojej rodziny, bliskich, kraju, ale nie walki jako wartości samej w sobie. Odkrywa wartości nadrzędne w stosunku do walki – altruizm, wzajemne wspieranie się. Akceptuje siebie niezależnie od presji i oczekiwań. Jednocześnie jest na te oczekiwania otwarty i stara się je realizować w takim stopniu, aby nie naruszały jego wewnętrznego dobrostanu, nie wymuszały na nim zachowań czy postaw, które byłyby sprzeczne z jego systemem wartości. Spełniony mężczyzna umie kochać, ma przy sobie kobietę, którą wspiera, która go inspiruje i równoważy jego zbyt męskie, twarde cechy. Daje sobie prawo do tego, by rozwijać swój potencjał i dzielić się sobą z innymi. Wie, po co żyje. Ma wrażenie jedności z naturą. I poczucie, że może działać na rzecz harmonii całości Istnienia. Czy być mężnym nie oznacza dziś po prostu wewnętrznej pracy? – pyta psychoterapeuta. Bo przecież nie upolowanie niedźwiedzia.

Benedykt Peczko psycholog, trener, coach i psychoterapeuta, dyrektor Polskiego Instytutu NLP, wspólnie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską na łamach „Zwierciadła” odkrywa tajemnice mężczyzn.

„Zrozumieć Mężczyznę” (wyd. Biały Wiatr). Książka jest zapisem rozmów Benedykta Peczki i Renaty Arendt-Dziurdzikowskiej. Rozmów o męskich pasjach, wyzwaniach, kryzysach, wewnętrznych i zewnętrznych pułapkach, sukcesach i porażkach. O rolach, które mężczyzna pełni. O radości, spełnieniu i sensie życia. O miłości i bliskości. O przemijaniu i wiecznej młodości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Sens ciszy w życiu – Benedyktyni w Tyńcu

Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Opactwo w Tyńcu jest najstarszym z istniejących klasztorów w Polsce. (Fot. Wikimedia Commons)
Kwiat rośnie w ciszy, ale pnie się w górę. Mnich w ciszy spotyka siebie. Milczenie daje szansę, by usłyszeć mistrza. O tym, że warto pielęgnować ciszę, kiedy brzmi najpełniej i jak mocno działa, opowiada ojciec Bernard Sawicki, opat klasztoru Benedyktynów w Tyńcu

.

Tekst archiwalny (obecnym opatem klasztoru w Tyńcu jest ojciec Szymon Hiżycki, przyp. redakcji)

W  klasztorze Benedyktynów w Tyńcu cisza obowiązuje od 21.30 do 6.00 następnego dnia. Mnisi nie odzywają się do siebie nawzajem. Do czego to jest potrzebne?
Może to się wydaje zaskakujące, ale życie w klasztorze jest niezwykle intensywne. My jesteśmy tu „zamknięci” 24 godziny na dobę. Jeśli nie będzie pewnych reguł, zapanuje chaos. Mamy więc wyznaczony czas, by mówić na tematy praktyczne, dotyczące życia czy przyszłości opactwa, jego codziennego funkcjonowania. Ale każdy z nas powinien mieć także zagwarantowaną przestrzeń, by móc wejść w siebie, skupić się na ważniejszych sprawach, na modlitwie i medytacji. Cisza ma nas chronić. Ma pomóc, by od tych ważniejszych spraw nikt nas nie odrywał, nawet w jakiejś niecierpiącej zwłoki kwestii.

Ludzie, którzy nie dają sobie prawa do ciszy, nie mają w ciągu dnia tego momentu spojrzenia w głąb, zastanowienia się nad sobą.
„Muzyka tła”, która ciągle gdzieś im brzęczy koło uszu, daje poczucie, że są w ciągłym ruchu, rozwijają się. Ale to jest iluzja. Bo tak naprawdę w życiu niezbędne są takie chwile, by usiąść i w spokoju się nad sobą zastanowić: „Kim ja jestem?”, „Dokąd idę?”, „Czy jest sens w tym, co robię?”, „Czy muszę to robić?”, „A może mogę robić to lepiej?”.

Mnich naprawdę w tej ciszy rozważa codziennie, po co i dlaczego tu jest?
Mnich w ciszy powinien czuć się u siebie. Te momenty w ciągu dnia: rano, wieczorem, po komplecie albo w trakcie nabożeństw, gdy wybrzmi już śpiew i liturgia – to są właśnie chwile, gdy jestem u siebie. Czuję, że dotykam jakiejś bardzo ważnej rzeczy, i nic mi więcej nie potrzeba. Jest spokój. To jest taki czas relaksu, harmonii – ale i skupienia, niekiedy żarliwości. Ludzie z zewnątrz, jak ich nazywamy, też tego szukają, na przykład w medytacjach. Osobiście lubię moje medytacje, rano, po Eucharystii, zanim zacznie się zwariowany dzień. Przez okno mojej celi mogę obserwować słońce. W zależności od pory roku wędruje po innym torze, teraz codziennie jest troszeczkę wyżej. Wiosną pojawiły się ptaki.

Kiedyś jeden mnich z eremu Kamedułów na Bielanach w jakimś programie telewizyjnym miał opowiedzieć, jak wygląda jego dzień. I zaczął snuć fascynujące historie o ptakach, które słyszy, a niekiedy i widzi przez okno. Dokładnie wiedział, kiedy, z której strony zaśpiewa czy nadleci który ptak, poznawał je po głosie. Ten kameduła stworzył sobie taki mikroświat: z drzewami za oknem, ptakami, z ich śpiewem. I był tam u siebie. Medytacje to jest moja liturgia chwili o poranku. Wsłuchuję się w ciszę, zżywam z odgłosami przyrody... I potem mogę wyjść na zewnątrz, do ludzi, w świat dźwięków.

Ten tyniecki świat dźwięków został przedstawiony na płycie „Pocztówki dźwiękowe z opactwa Benedyktynów w Tyńcu”. Okazuje się, że cisza może być zaskakująco… głośna.
No tak, choć być może rzeczywiście sprzedawanie płyty z odgłosem ciszy absolutnej byłoby świetnym interesem! Ale nie, cisza w Tyńcu dźwięczy. To dobrze, bo wsłuchując się w nią, można zauważyć, jak jest bogata: szelest liści na drzewach, szum niedalekiej autostrady, lecącego samolotu. Codziennie słychać to samo. I pojawia się myśl: „jestem tutaj, to jest moje miejsce, wczoraj tu byłem i jutro zapewne też będę”.

Czy cisza i milczenie to jest to samo?
W języku polskim często stosuje się te określenia wymiennie, ale w łacinie istnieje słowo oznaczające niemówienie, pewną powściągliwość w wypowiadaniu słów. Takie niemówienie jest technicznym warunkiem ciszy, ale nie jedynym. Nie tylko nie powinno być niepotrzebnych słów, ale i hałasów, zbędnych odgłosów. Dlatego mnich, który idzie dziedzińcem, nie krzyknie do drugiego, którego widzi na drugim końcu: „Braaaaacie Jaaaanie!”. Nawet na dziedzińcu pilnujemy się, żeby słowami nie zburzyć komuś ciszy. W naszej codzienności można to uczynić bardzo łatwo: szuraniem krzesła, tupaniem. Są i takie miejsca w opactwie, w których raczej w ogóle nie wypowiada się słów. Nie odzywamy się w bibliotece, kapitularzu, refektarzu, w którym jemy posiłki. Jest wtedy czytanie, ale to nie to samo co rozmowa.

Pielęgnujemy to, bo takie zakazy sprzyjają tworzeniu atmosfery ciszy, świadomej kontroli napływających bodźców. Bywa, że jadają z nami niektórzy goście (oczywiście tylko mężczyźni). Często nie czują, że przyszli do nas z innego świata – hałasu i krzyku. Siada taki przybysz przy stole i nagle na cały głos mówi: „Poproszę sól!”. Dla niego to jest powiedziane normalnym tonem, może nawet zdaje mu się, że półgłosem. A dla nas to brzmi jak detonacja bomby. Aż nas odrzuca, wszyscy mrugają oczami, patrzą: no, gościu „zniszczył” nam ciszę!

No dobrze, ale to jak się prosi o tę sól, gdy ktoś jej potrzebuje?
To, że nie ma słów, nie znaczy, że nie ma komunikacji. Z zakonów najbardziej milczącym są trapiści. Oni też stworzyli specjalny system porozumiewania się na migi, w każdym kraju ten język jest trochę inny. Ale to wcale nie jest aż tak potrzebne. Bo przebywanie razem w milczeniu czyni człowieka wrażliwszym na drugiego. Przy dużej ilości dźwięków mózg jest tak zaabsorbowany ich przetwarzaniem, że nie ma już wolnych zasobów, żeby uruchomić inne zmysły. A jeśli zredukujemy ilość napływających do nas dźwięków, natychmiast zaczyna pracować wzrok, powonienie, dotyk, budzi się wyobraźnia. Stajemy się czujni i uważni jeden na drugiego. Ja po prostu widzę, że dany współbrat rozgląda się za solą i jeszcze wiem, że lubi słone potrawy, więc przesuwam solniczkę w jego kierunku. Patrzę wkoło, żeby zorientować się, czy jakaś potrawa nie skończyła się na półmisku, czy goście mają już przed sobą dania, czy można zacząć jeść. Dla postronnych obserwatorów to często jest wręcz szokujące: jak sprawnie my się w takich sytuacjach porozumiewamy, bez konieczności wypowiedzenia choćby jednego słowa.

Są rzeczy, które lepiej wyrazić milczeniem niż słowami?
Na pewno. Słowo jest mocniejsze, może wywołać silniejszy efekt. Dlatego nie trzeba wcale od niego zaczynać. Na przykład na kolacji brat zagapia się, talerz wyskakuje mu z rąk, robi się huk. On staje przed krzyżem, kłania się – to znaczy, że mówi: „Zawaliłem, przepraszam”. Nie musimy mu powtarzać: „Następnym razem uważaj”. Ale bywa, że ktoś robi źle, a upominające milczenie nie działa: on nadal postępuje tak samo. Wtedy wchodzą słowa – najpierw od współbraci, delikatne napomnienia. Potem jest rozmowa z przełożonym. Jeśli nic się nie zmienia, pojawiają się konsekwencje. Człowiek zostaje wyłączony z życia wspólnoty, odsunięty na bok. Więc najpierw jest milczenie. Potem słowo. A na koniec – czyny.

Wewnętrzna cisza wynika z poczucia, że jestem na właściwym miejscu, podążam właściwą drogą. To co jest w ludziach, którzy tego przekonania nie mają?
Chaos i hałas. To się może przejawiać w różnych formach. Jedną z nich jest krzyk, mówienie rzeczy niepotrzebnych, toksycznych. Za tym idą też zachowania: bywają tacy ludzie, którzy plotkują, obmawiają innych, mącą, skłócają jednych z drugimi. Cisza to wyraz pokoju. Dlatego mnisi pozdrawiają się słowem: „Pax”. Hebrajskie „Shalom” też to oznacza.

Ludzie przychodzą do klasztoru, bo szukają ciszy, której brakuje im w świecie zewnętrznym?
Tak chyba jest. To nas motywuje, by tą ciszą się dzielić, po to powstał Dom Gości. Ludzie przychodzą, uczestniczą w różnych programach, rekolekcjach, ale często sami mówią, że najbardziej zależy im właśnie na ciszy. Są takie grupy, które od początku zakładają, że przez cały pobyt będą milczeć, spróbują sił w takim trochę odmiennym od codziennego sposobie funkcjonowania. Chcą stanąć u źródeł własnej tożsamości. Każdy w ciszy może się wsłuchać, co mu w duszy gra. To jest zresztą powiedziane w „Regule św. Benedykta”: „Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho serca swego”. Bo milczenie, cisza to przede wszystkim słuchanie. Tego, co się dzieje w moim sercu, wnętrzu, sumieniu. Bywa, że nie są to łatwe sprawy. Czasem cisza konfrontuje mnie z moimi urazami, lękami, smutkiem, ale to musi wypłynąć na wierzch. Nie pozwalam się od środka zatruć, wypłukać, ale i nie zadeptuję tego, nie udaję, że jest świetnie. Medytując w milczeniu, zaglądając w siebie, staram się jakoś na to odpowiedzieć, znaleźć drogę. W tym sensie cisza może wyzwalać.

Pewnie łatwiej jest ją odnaleźć w klasztorze, ale jak zatrzymać ją i pielęgnować w codziennym życiu?
Nasza „Pocztówka dźwiękowa” jest właśnie próbą zatrzymania tej ciszy. Ktoś, kto szukał jej u nas, może włączyć w domu płytę, wsłuchać się w odgłosy kroków w krużgankach, zamykanej na noc bramy, ptaków w wirydarzu, i przywołać tę ciszę do siebie. Dobrym pomysłem jest codzienne, skrupulatne pilnowanie pewnego rytmu wyciszeń i medytacji. To jest dokładnie to, co my robimy tu, w opactwie, trzymając się sztywnego harmonogramu dnia.

Każdy człowiek, nawet bardzo zabiegany, może o to zadbać w swoim planie dnia. Można sobie co rano pomedytować – choćby przez kwadrans.
Gdy słyszę, że ludzie nie mają na to czasu, mówię: „Ale ma pani czy pan czas na poranną toaletę, prawda?”. Skoro dbamy o higienę ciała, dbajmy też o higienę duszy, bo jest to jej nie mniej potrzebne. W trakcie tego kwadransa w ciszy mogę zanurzyć się w siebie, w to, co jest dla mnie ważne, kim jestem, w źródło mojej tożsamości. Potem wychodzę, idę w świat, ale pamiętam, skąd przyszedłem. Mogą przydarzyć mi się różne rzeczy, nawet bardzo niemiłe, ale to nie ma znaczenia – bo nie zależę od warunków zewnętrznych. To jest związane z postawą, która nosi po grecku nazwę apatheia – niepodatności na emocje.

Kwadrans milczenia może sprawić, że nie będziemy tak wrażliwi na codzienne stresy?
Jeśli pielęgnuję w sobie ciszę, stresy mnie nie zniszczą. W apoftegmatach są historie dawnych mnichów, Ojców Pustyni: jest jakiś kataklizm, wszystko się wali, ktoś kogoś okradł. Trudno. To nie jest w życiu najważniejsze. Jeśli codziennie mogę wrócić do siebie, do tej bazy, wiem, jaka jest moja misja, co jest dla mnie ważne – będę potrafił to przyjąć. Także stoicy próbowali kształtować u siebie takie podejście. Każdy może do niego dążyć choć troszkę w codziennym życiu. Ale, oczywiście, kluczowa jest ta baza wewnątrz. W codziennej ciszy, choćby na kwadrans wracam do swojej bazy. Z czasem jestem w stanie odwoływać się do niej w dowolnej chwili dnia, na przykład wtedy, gdy nagle górę biorą nade mną złe emocje, gdy czuję gniew, frustrację czy lęk.

Jest taki przedsiębiorca kanadyjski, Robert Ouimet, zajmuje się branżą spożywczą. W siedzibie jego firmy wyznaczono pokój, do którego każdy z pracowników w dowolnej chwili może pójść, żeby się wyciszyć. Każdą naradę ma zwyczaj zaczynać od dwóch minut milczenia. Żeby wszyscy mogli sobie przypomnieć: „Po co tu jesteśmy?”, „Co jest dla nas najważniejsze?”. Czasami cisza proponowana jest w chwilach szczególnego napięcia, emocji. On mówi, że to działa. Ludzie stają się spokojniejsi, bardziej chętni, by słuchać siebie nawzajem. Byłoby idealnie, gdyby w każdym biurze czy fabryce tak pracowano, ale – może zacznijmy po prostu od siebie. Od porannego milczenia.

Czy milczeniem można próbować zadać komuś ból? Cisza może wynikać z egoizmu, chęci zranienia kogoś?
Ta cisza, o której my mówimy, to milczenie, które jest milczeniem żywym, milczeniem życia. Roślina w ogrodzie też wzrasta w ciszy, ale rozwija się, pnie do góry. Kluczowe jest otwarcie się na świat i drugiego człowieka, wsłuchanie w to, co dzieje się we mnie, ale i w innych, chęć odpowiedzenia na to. Ale, oczywiście, bywa cisza, w której ktoś nie słucha, odwraca się, okazuje drugiemu swoją dezaprobatę i brak akceptacji. To jest milczenie nieobecności. Taka cisza jest martwa, jak na cmentarzu. Nie chcę powiedzieć, że zawsze jest ona zła.

Czasami trzeba odgrodzić się taką ciszą od kogoś, kto jest toksyczny, zatruwa nas. Św. Benedykt, gdy mówił o wcześniej wspomnianej gradacji sankcji wobec mnicha, który niewłaściwie postępuje, na koniec powiedział: „Jest moment, w którym opat widzi, że modlitwa, milczenie, napomnienia czy słowa nie pomagają. I wtedy wyciąga miecz i odcina. Odłącza tego kogoś od wspólnej przestrzeni, i potem my już nie wiemy, co się z taką osobą dzieje, ona jest poza”. Bywa, że w życiu na zewnątrz też trzeba kogoś odciąć milczeniem. Kobieta, która ma partnera stosującego wobec niej przemoc. Być może ona nawet próbowała ten związek ratować, ale nic nie pomaga. Wtedy ona wyprowadza się, przestaje odbierać telefony, nie odpowiada na e-maile i esemesy, nawet ich nie czyta. Żeby ratować swoje życie, przekreśla to, co tym życiem nie jest. Takie milczenie jest formą obrony.

Gdzie cisza brzmi najpiękniej?
Tam, gdzie jest miłość. Jeśli jestem z kimś, kogo kocham. Bo nie da się kochać bez milczenia, i być może im większa jest miłość, tym tego milczenia więcej – bo otwieramy się na drugiego człowieka, jesteśmy go ciekawi, spragnieni, chcemy go wysłuchać. Ja kocham Boga. Więc dla mnie najpiękniej brzmi cisza w kościele, na przykład wtedy, gdy kończy się jakaś wyjątkowo piękna liturgia. A dziewczyna i chłopak, którzy się kochają – idą na przykład na łąkę w lesie. W takich chwilach cisza jest najpiękniejsza. I jeśli zdarza się tak, że tracimy tę ukochaną osobę, to wspominamy właśnie tę łąkę w lesie – i to, że nie było tam słów. Potem można na tę łąkę pójść, szukać tego wspomnienia. Ptaki tak samo będą śpiewać i drzewa tak samo szumieć. Ale cisza już nie będzie ta sama.

  1. Psychologia

Co świadczy o męskości? Mit twardziela obala seksuolog

Czym jest męskość? Jaki stereotyp kojarzy nam się ze stwierdzeniem
Czym jest męskość? Jaki stereotyp kojarzy nam się ze stwierdzeniem "prawdziwy facet"? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Długo panowało przekonanie, że męski znaczy silny, a więc „prawdziwy facet” nie rozczula się nad sobą i zbytnio się sobą nie zajmuje. Efekt? Mężczyźni nie potrafią, a często wręcz wstydzą się dbać o zdrowie i o swoje czułe strefy. Razem z seksuologiem Michałem Pozdałem staramy się odczarować mit faceta twardziela.

Męskość nie jest łatwa do zdefiniowania. Penis jest, oczywiście, bardzo ważny, o czym pisaliśmy już w zeszłym numerze, ale wyobraźmy sobie mężczyznę, który stracił narządy genitalne w wypadku. Czy przestaje być mężczyzną? To niemożliwe. Albo dziewczynki z hipertrofią łechtaczki (powiększona do rozmiarów penisa). Czy są chłopcami? Wykluczone. Jądra też są istotne. Ale pamiętajmy, że są również kobiety, które je mają, nawet o tym nie wiedząc. I są kobietami. Testosteron się liczy, bo odpowiada za poczucie męskości. Za męską budowę ciała, za jego rozwój i jego nastroje. Ale jeśli mężczyzna ma raka prostaty, w pierwszej kolejności w leczeniu poziom testosteronu sprowadza się do zera. Mimo to pozostaje mężczyzną. Również seks w układzie heteroseksualnym nie świadczy o męskości. Osadzony, który w więzieniu podjął zastępcze kontakty homoseksualne, nie przestaje być mężczyzną. Jak również nie staje się nim na nowo, gdy wraca do swojej partnerki. Podobnie z mężczyznami całkowicie homoseksualnymi, nie stanowią odrębnej płci.

Czym jest męskość?

Nasza tożsamość płciowa kształtuje się w przeciągu kilku pierwszych lat życia, zarówno pod wpływem oddziaływania czynników wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Gdy mówimy o tych ostatnich, to mówimy o gender, czyli o tym, co jest uznawane w danej kulturze przez daną grupę ludzi za męskie i kobiece. Dlatego chłopców ubiera się u nas na niebiesko, a dziewczynki na różowo, ale kolory te mogą się różnić w zależności od kultury. Tożsamość zależy jednak głównie od czynników wewnętrznych, czyli od naszego przekonania, kim tak naprawdę jesteśmy.

Męskość zatem to świadomość, że jestem mężczyzną, plus akceptacja, że właśnie taką płeć mam. Oba aspekty są ważne, bo niektóre osoby mają daną płeć fizyczną, ale jej nie akceptują. Nie uznajemy ich wtedy za mężczyzn czy kobiety ze względu na ich narządy płciowe. Tylko zgodnie z tym, za kogo sami siebie uznają. Bo nasza tożsamość płciowa jest najważniejsza.

Przed drugim rokiem życia dziecko wie, czy jest chłopcem, czy dziewczynką. A w wieku lat trzech chłopiec rozumie, że będzie tatą, a dziewczynka – mamą. Około 6–7 roku życia pojawia się poczucie stałości swojej płci. Chłopiec wie, że nawet przebrany za królewnę nadal pozostaje chłopcem. I ta stałość płci jest kluczowa dla jego poczucia męskości.

Męskie” stereotypy

Mężczyźni mogą zupełnie odmiennie rozumieć swoją męskość, zależnie od tego, gdzie ją plasują. Wielu umieszcza ją w karierze zawodowej i jej miarą staje się dla nich sukces, który osiągają. Inni swoją męskość warunkują zdolnością do utrzymania rodziny. Jeszcze inni określają ją na podstawie wyglądu i siły fizycznej. Ale wyobraźmy sobie, że mężczyzna ląduje na bezludnej wyspie. I co? Przestaje być mężczyzną, bo nie pracuje? Albo dlatego, że nie zarabia? Bądź dlatego, że nie może odpowiednio wyglądać?

W wielu przypadkach o męskości decyduje sprawność seksualna i cały seksualny życiorys mężczyzny – ile miał kochanek, kiedy rozpoczął współżycie i jaki ten seks był. Gdy do mojego gabinetu trafiają mężczyźni, którzy są jeszcze prawiczkami, mówią o tym z głębokim poczuciem porażki i wstydu. Albo gdy przychodzą z problemami z erekcją, zażenowani opowiadają, że nie są już mężczyznami.

Żyjemy w kulturze, w której rodzaj męski został z góry usytuowany na wyższej pozycji społecznej, ale też jest poddawany wielu wymogom. Często chłopcom powtarzamy: „Nie zachowuj się jak baba”. Jest w tym ukryte przesłanie: „Nie zachowuj się tak, bo jesteś lepszą płcią. Dziewczynka może płakać, piszczeć, narzekać, załamywać się. Ty nie. Bo ty jesteś lepszy, ty jesteś męski”. Chłopcy od małego są uczeni, jak mają wyglądać, żeby nie prezentować się jak kobiety. Dziewczynki mogą nosić glany, moro i czapki z daszkiem. Chłopcy nie założą sukienki. Nawet transgenderowi chłopcy ubierają się z zachowaniem męskiego wizerunku. Żyjemy w czasach opresyjnej kultury w stosunku do mężczyzn. I mężczyźni bardzo uważają na to, co jest męskie, co zaś nie. A to ważne, by sobie uświadomić, że moja płeć nie zależy od koloru czy kroju moich spodni. Jeżeli czuję się mężczyzną, to sam definiuję, co jest męskie. Nie inni. Nie warsztaty z męskości. Oczywiście, fajnie jest być z innymi facetami w grupie i dzielić się wspólnotą doświadczeń bycia mężczyzną. Wsparcie grupy dla wielu osób może być pomocne, ale już warsztaty z męskości są, moim zdaniem, nieporozumieniem. Zwłaszcza jeśli ich uczestników uczy się tego, co zrobić, żeby być bardziej męskim, odwołując się do zaprzeszłych doświadczeń, że mężczyzna to potrafił naprawić samochód albo wybudować dom i zrobić stół z desek. Warunki gospodarcze na tyle się zmieniły, że wystarczy, że on na stół zarobi. Bo czy wszystkie kobiety umieją robić swetry i piec chleb? Więc dlaczego facet musi sam naprawiać samochód? Przecież dziś to jest zazwyczaj automat, do którego potrzeba specjalisty i komputera. Paradygmat męskości zmienił się, bo inne są nasze warunki bytowe.

Długo panowało przekonanie, że męski znaczy twardy, a więc facet nie rozczula się nad sobą i zbytnio się sobą nie zajmuje. Przez to zaniedbana jest profilaktyka zdrowia mężczyzny. Myśląc o męskości, mężczyzna powinien zadbać o wszystkie swoje atrybuty. A więc poddawać się regularnym badaniom jąder i prostaty oraz badać poziom hormonów, który z wiekiem się obniża. Testosteron jest odpowiedzialny m.in. za nasze mięśnie i siłę, a więc też za sprawność seksualną. Kobiety słyszą tyle o menopauzie i biorą terapie hormonalne. Mężczyźni nie mają andropauzy, bo to by oznaczało, że męskie gonady przestają pracować tak jak żeńskie. A pracują do końca życia, tylko testosteronu jest w nich mniej. Suplementacja testosteronem jest możliwa i skuteczna, pacjenci bardzo to sobie chwalą.

Różnice między kobietami i mężczyznami

Jest dużo różnic między kobietami i mężczyznami – w tym, jak wyglądamy, jak się czujemy, co dzieje się z nami na poszczególnych etapach naszego życia. Mężczyźni przechodzą mutację, a kobiety miesiączkują. Wy możecie rodzić i karmić dzieci, my jesteśmy silniejsi, mamy więc predyspozycję do pracy fizycznej, ale o tę tężyznę też trzeba dbać. Utrzymywać w dobrej kondycji ciało i mięsień sercowy. Na starość poczucie siły i męskości szybko się obniża, mądrze jest temu przeciwdziałać. Nikt nie stanie się od tego „mięczakiem”. Nie stanie się nim również, gdy zadba o profilaktykę zdrowia seksualnego.

Mężczyźni potrzebują własnych obszarów, w których mogą odpoczywać i się realizować. Wchodząc w związki, nie powinni rezygnować ze swoich pasji, żeby potem nie mieć poczucia straty. Jeśli on przed ślubem jeździł na ryby, niech jeździ dalej. Gdy trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej, to panowie zbierają się na piwie, krzyczą, bluzgają i razem przeżywają kolejne spotkania. Piłka nożna to sport rywalizacyjny i agresywny, a to są pierwotne męskie cechy, dlatego na trybunach i przed telewizorami szaleją głównie faceci. I takiego doświadczenia przynależności do swojej grupy też bardzo potrzebują.

Te słowa chciałbym skierować wprost do mężczyzn: O sprawność seksualną najlepiej możecie dbać poprzez regularne wizyty u lekarza, zaufanego urologa. Ale musicie też pogodzić się z tym, że ona zmienia się z wiekiem i do kondycji z okresu wczesnej młodości nie da się wrócić. Akt seksualny jest wysiłkiem fizycznym, dlatego utrzymywanie ciała w dobrej formie psychofizycznej da wam lepszą sprawność seksualną. Zabezpieczajcie się przy tym, żeby się nie zakażać. I masturbujcie się bez poczucia winy, o ile nie jest to kompulsywne i nie zastępuje bliskości seksualnej z partnerką. Unikajcie używek. Alkohol, papierosy, narkotyki wpływają na obniżenie libido. I uznajcie swoje emocje. Możecie być smutni, zniechęceni i nie chcieć lub nie móc się kochać. Nie musicie, nawet nie możecie, być sprawni cały czas.

A teraz prośba do kobiet: Stymulujcie swoich partnerów do tego, żeby sami o siebie dbali. Wam wszystkie media powtarzały o mammografii wiele razy, a badania jąder i piersi są do siebie bardzo podobne. Sugerujcie im to, ale nie wywierajcie na nich presji. Pozwólcie im nie zawsze być w formie i odpoczywać w ich własny sposób. Pamiętajcie, że i oni się czasami boją albo czegoś nie chcą. Nie oceniajcie ich i nie wywierajcie na nich presji w łóżku. Zobaczcie, co się wydarzy. Pamiętajcie też, że męski mózg działa trochę inaczej. Panowie są wzrokowcami i dlatego lubią porno i czasami oglądają się za inną kobietą na ulicy. Dlatego też kręcą ich różne fetysze i bardzo ich podnieca, gdy widzą was w szpilkach czy pończochach. A jeżeli nie odpowiadają na jakieś pytania, nie naciskajcie. Mężczyźni nie lubią rozmawiać, zwłaszcza o „męskich sprawach”.

Michał Pozdał, psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Prowadzi terapię indywidualną oraz par w warszawskim Instytucie Psychoterapii oraz w Katowicach w Instytucie Psychoterapii i Seksuologii. Współautor książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta”.

  1. Psychologia

Żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet

Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę. (Fot. Getty Images)
Kreowanie jest częścią naszej natury. Kobiety tworzą życie, więc mogą tworzyć wszystko! – Jednak, żeby poczuć swoją moc, potrzebujemy innych kobiet – mówi Komala Sunder, nauczycielka tantry, medytacji i technik pracy z ciałem.

Podczas warsztatów „Świątynia kobiecości” Komala zawsze siada z kobietami w kręgu, tak aby każda czuła, że jest częścią grupy. Aby miały możliwość wniesienia czegoś i brania dla siebie od innych. To daje też szansę przywołania Wewnętrznej Kobiety, która w nas mieszka. Trzeba się otworzyć i być szczerą, aby ją poczuć. Tylko w grupie innych kobiet możemy sobie pozwolić na jej odkrywanie. Poprzez kontakt i bliskie relacje z nimi.

Często jakości związane z kobiecością, takie jak czucie, wrażliwość, są w codziennym życiu niedoceniane lub nieobecne. Nauczono nas wszystko pojmować myślą, umysłem, a to w ogóle nie jest kobiece. Kobieta czuje, to jej pierwotne pojmowanie świata. Myślenie analityczne jest także piękne i potrzebne, ale kiedy taka męska energia bierze w nas górę, tracimy coś cennego. Być może świetnie funkcjonujemy w pracy, na poziomie umysłu, ale uśpiona jest nasza kobieca energia i organy z nią związane, czyli serce, biodra, brzuch i łono. Żeby ujawnić swój pełen potencjał i żyć w harmonii, potrzebujemy równowagi męskiego umysłu i kobiecej cielesności.

Natura jest kobietą

Kobieca energia potrzebuje ugruntowania, połączenia z żywiołem Ziemi. Dlatego wszystkim uczestniczkom moich warsztatów radzę, by chodziły jak najczęściej boso, starały się być blisko z naturą, bo to ułatwia kontakt ze sobą. Często w życiu jesteśmy tak zaganiane, zajęte, że przestajemy pamiętać, co jest dla nas ważne. Bardzo trudno nam żyć obok naszego ciała, bo rodzimy się z nim, ze strukturą, która jest żywa. A dla kobiet ta relacja jest szczególnie ważna. Nasz sposób tworzenia pochodzi z czucia, z ciała, w odróżnieniu od męskiego, który czerpie bardziej z działania. Bardzo ważne jest przebudzenie świadomości siły, którą posiadamy. Mamy w sobie niewiarygodny potencjał, ale jeśli go sobie nie uświadamiamy, może obrócić się przeciwko nam. Często objawia się to frustracją lub depresją. Mówi się teraz dużo o agresji wśród kobiet, a to nieuwolniona moc, zgromadzony w ciele potencjał złości. Dzieje się tak, bo kumuluje się w nas wiele silnej energii, której nie umiemy się bezpiecznie pozbyć. Jeśli kobieta nosi w sobie za dużo takiej mocy to albo ją wyrzuca w sposób niekontrolowany (agresja), albo spycha w podświadomość, ściska w ciele i wtedy pojawia się depresja. Dlatego warto uczyć się wyrażać emocje w sposób szczery, ale też bezpieczny, aby nie był destrukcyjny i raniący.

Czułość, czucie, delikatność wobec siebie i innych nie jest słabością. W tym tkwi nasza moc. Bycie kobietą to rozumienie energii, która płynie w naszych ciałach. Poczucie jej w sobie ułatwia też poczucie jej w innych i lepszy kontakt z nimi (dziećmi, partnerem, przyjaciółmi).

Moje ciało to ja

Dziś kobiety straciły połączenie z istotą życia, mocą, kreatywnością, ponieważ nie obserwują swojego ciała. Dbają o nie powierzchownie, ale często nie rozumieją, co się z nimi dzieje. Starają się, czasem dosyć desperacko, nadać sobie „piękny wygląd”, a są odłączone od piękna płynącego z wnętrza. Brzuch to miejsce naszej mocy, kreatywności, połączony jest też z piersiami. A jakie jest dziś podejście do nich? Brzuch ma być płaski, biust jędrny i duży. Piersi straciły swoją „jakość” – karmienia, wspierania, są obiektem pożądania seksualnego. Zrozumienie i dotarcie do energii piersi daje możliwość pełnego połączenia z własnym sercem. Z kolei cykl miesięczny to coś nieprzyjemnego, kobiety często wypierają jego istnienie, traktują jak kłopot, którego trzeba się pozbyć. To warto zmieniać, na przykład obserwując siebie w różnych fazach cyklu – jak się czuję, jak reaguję, kiedy potrzebuję więcej odpoczynku. Często tego nie rozumiemy, nie czujemy i nie umiemy czerpać z energii swojego ciała.

Ciało, brzuch, łono są kobiecą świątynią, to stąd pochodzi nasza seksualność, zmysłowość, piękno, stąd płynie energia. Jeśli o jakiejś kobiecie mówimy, że jest seksowna, zmysłowa – to dlatego, że jej atrakcyjność pochodzi właśnie z wnętrza. Jeżeli jest przepływ, jest też piękno. Można być stulatką i mieć to COŚ! Można nie być w związku i emanować niezwykłą zmysłowością, mieć dużo energii seksualnej, witalnej, przepływu w ciele. Aby to poczuć, trzeba lubić i obserwować siebie, ale też inne kobiety. Dlatego tak ważna jest praca w grupie. Kobiety, kiedy są razem, mogą się uczyć siebie nawzajem, wzajemnie inspirować. A kiedy energia kobieca ujawnia się we wspólnocie, jest pełniejsza. Każda z uczestniczek wnosi swoje doświadczenia, emocje, swój ból, lęk, nieśmiałość, ale też radość, odwagę. Gdy jesteśmy w tym obecne, wzrusza nas to, otwiera. Pojedyncza osoba coś przynosi, a inne przyjmują ten dar i czerpią z niego.

Siostra, nie rywalka

Z moich obserwacji wynika, że kobiety bardzo potrzebują wsparcia innych kobiet, takiej siostrzanej energii. Tęsknią za przestrzenią, w której mogą być prawdziwe, szczere. Jest też duże zapotrzebowanie na pracę z energią kobiecości, z ciałem. Taka możliwość daje obcowanie z innymi kobietami. To bardzo ważne, aby nie traktować siebie nawzajem jak konkurentki. Rywalizacja nie jest kobieca, pochodzi raczej z męskiego świata. Kobiety znacznie lepiej czują się wtedy, kiedy współpracują, niż gdy konkurują. Dzisiejszy świat być może temu nie sprzyja, jednak warto szukać kobiecej solidarności, „miękkości”, empatii.

Stworzenie kobiecej wspólnoty ułatwia nie tylko bycie w pełni sobą i w zgodzie ze sobą, ale przede wszystkim jest ogromnym wsparciem w codzienności. Kto zrozumie nasze problemy lepiej niż mama, przyjaciółka, siostra? Warto dzielić się tym, co czujemy, szczerze, w bezpiecznej, kobiecej przestrzeni. Praca z kobietami polega na otwieraniu emocji. Jednak należy zadbać o to, aby one nas nie zalewały, bo wtedy działamy po omacku. Trzeba jakoś pomieścić je w przestrzeni i wyrazić, przekazać innym kobietom, ale nie wylewać na nie swoich problemów.

Bardzo kobiecą cechą jest zaufanie, i ono może się ujawnić właśnie w kontakcie z innymi. Kiedy czujemy oparcie, może rozkwitnąć kobiecość. Szukając swojej unikalnej drogi, potrzebujemy obserwacji i kontaktu z innymi kobietami. Rozkwitamy nie tylko w otoczeniu mężczyzn, ale właśnie wśród innych kobiet. A kiedy zbieramy się razem w jakiejkolwiek sprawie, to dajemy sobie nawzajem wielką siłę!

Komala Sunder pochodzi z Brazylii, mieszka w Austrii i podróżuje po całym świecie, dzieląc się swoją wiedzą o pracy z ciałem. Jest nauczycielką sztuki, tantry i medytacji, terapeutką techniki czaszkowo-krzyżowej, biodynamiki oraz pieśniarką.

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” – gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta?
Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję?
Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie?
Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach?
Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości?
Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja?
Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności?
Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele.
Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.

Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką?
Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach.
Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości?
Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia.
To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik.
To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele. Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Szybko, krótko i przyjemnie... Niedojrzały mężczyzna to gwarancja płytkiej relacji

Wieczny chłopiec, egocentryczny i skupiony na swoich potrzebach, często traktuje związki z kobietami konsumpcyjnie (fot. iStock)
Wieczny chłopiec, egocentryczny i skupiony na swoich potrzebach, często traktuje związki z kobietami konsumpcyjnie (fot. iStock)
Jeśli mężczyzna przekroczył trzydziestkę, a zachowuje się jak nastolatek, to poważna sprawa. Jeśli mówi: „Dla mnie; moje potrzeby; ja muszę; tak ma być, bo tak chcę; taki już jestem”, związek z nim nie rokuje dobrze – twierdzi psycholog Benedykt Peczko.

Popaprańcy – mówi bohaterka „Dziennika Bridget Jones” o 30-letnich mężczyznach, z którymi ma do czynienia. Kłamią, lawirują, oddają się nałogom, unikają bliskości. Ich styl to krótko, szybko i przyjemnie. W jaki sposób budować z nimi przyszłość? To palące pytanie 30-letnich singielek.
Coraz więcej młodych ludzi, także kobiet, żyje w ten sposób. Zasadą jest nie wchodzić w nic za głęboko, tylko tyle, ile trzeba, powierzchownie zapoznać się z tematem i przejść do następnego. To nie są czasy filozofów ze szkoły Platona, którzy spacerowali i dyskutowali. Dla współczesnych mężczyzn taki styl życia jest nie do wyobrażenia.

Szybko się nudzą
Ich uwaga jest rozproszona i podzielona. Pojemność świadomego umysłu jest ograniczona, gdy więc przeskakujemy z tematu na temat, nie ma szans, żeby coś zgłębić. Znużenie jest efektem ubocznym rozpaczliwej powierzchowności, fragmentaryczności uwagi i życia; staje się odruchem, stanem wewnętrznym. Młodego człowieka absorbuje mnóstwo spraw, w trakcie rozmowy co kilka chwil odbiera telefon, wysyła SMS-y.

Przypomina mi się film „Dzień zagłady”. Asteroid zbliża się do Ziemi i zagraża ludzkości. Pewien student, którego pasją jest astronomia, kontempluje niebo i odkrywa nowe ciało niebieskie, znajdujące się w nieoczekiwanym miejscu. Dokonuje obliczeń i wysyła materiał do zawodowego astronoma. Teraz scena pokazująca astronoma, który siedzi przed komputerem. Na biurku leżą papiery, przybory, pendrive’y, dyskietki, płyty. Leży też kartonowe opakowanie z pizzą. Astronom patrzy w komputer, jednocześnie przegryzając pizzę. Otwiera list od studenta, czyta, przegryzając pizzę. Wkłada dyskietkę do komputera, sprawdza dane, przegryzając pizzę. Widzi na ekranie, że może dojść do kosmicznej kolizji, więc rzuca wszystko, zbiera dane, biegnie do samochodu, siada za kierownicą, na pulpicie kładzie pizzę. Pędzi samochodem w deszczu i przegryza pizzę. Te obrazy bardzo dobrze pokazują, w jaki sposób konsumujemy życie. To jest pośpieszne przełykanie, a nie odżywianie się czy karmienie. Przełknę, popiję colą i lecę dalej, bo zadania wzywają. Dramat polega na tym, że podobnie przełykane są relacje i związki; bez celebracji, delektowania się, świętowania. „Przełykanie” związku szybko go wypala, zużywa.

Czas nas goni. Czas to pieniądz. Już w tych sformułowaniach czuć napięcie, walkę.
Znany psychoterapeuta Milton Erickson pisał o tak zwanej mentalności industrialnej. W epoce migracji ludzi ze wsi do miast zmienił się stosunek do czasu. Czas przestał być traktowany jako płynna ciągłość, a zaczął być dzielony na kawałki. Syrena fabryczna wzywała na stanowiska pracy i oznajmiała koniec pracy. Dzisiaj też tak żyjemy – stawiamy się do pracy na godzinę, o określonej porze jest lunch, po lunchu zebranie, potem realizacja następnych zadań i planowanie kolejnych; szybko, w pośpiechu. To nie jest święty czas, w którym się istnieje. My nasz czas konsumujemy. Liczy się natychmiastowy efekt, zachwycamy się błyskawicznymi karierami. To jest wbrew naturze – w przyrodzie nie da się niczego przyspieszyć, wcześniej czy później za to przyspieszenie trzeba będzie zapłacić.

On chce mieć dziewczynę, na początku nawet się stara.
Tak, zakochuje się i czuje się wspaniale; jest ożywiony, radosny. Jednak ten stan szybko się kończy. Kryzysowy moment: kobieta pyta: „co z naszą przyszłością?”. Mężczyzna zbywa: „Nie ma przyszłości, żyjmy teraz, cieszmy się chwilą, po co planować?”. Dla wielu mężczyzn kobieta jest kolejnym obiektem konsumpcji. W tej koncepcji życia nie ma miejsca na trwałość, więź, bliskość, intymność. Więź kojarzy się raczej z więzieniem.

Na co jest miejsce?
Na zaspokajanie swoich potrzeb – seksualnych, kontaktu, pobycia z kobietą; zakochanie jest czymś przyjemnym, dodaje życiu smaku. Przyjemnie jest gdzieś razem wyjechać, poimprezować. Gdy pojawiają się problemy – a w związku zawsze nadchodzi ten moment – mężczyzna jest niezadowolony: „Nie po to spotykam się z tobą, żeby się denerwować!”. Życie jest po to, by brać, ile się da. To wieczni chłopcy, wieczni konsumenci. Są jak nastolatkowie, tylko wyrośnięci.

Polka, która wyszła za mąż za Austriaka, powiedziała mi: „Do trzydziestki szukałam kandydata na męża w Polsce. Zmarnowałam czas. Wyjechałam na Zachód i odetchnęłam, bo poznałam wreszcie ciepłych, czułych, odpowiedzialnych facetów”. O mężu mówi: „Jemu trochę ugotować, urodzić dzieci i jest w siódmym niebie! Wszystko zrobi dla rodziny”. Właśnie urodziła czwarte dziecko. Wieczni chłopcy to polski problem?
Mnie ta historia nie dziwi. Kraje niemieckojęzyczne mają dojrzałe rynki gospodarcze, inny rodzaj mentalności. Polscy mężczyźni próbują w błyskawicznym tempie nadrobić zaległości cywilizacyjne naszego kraju. Mamy takie nastawienie, że jeśli już w coś inwestujemy, chcemy natychmiastowego zwrotu nakładów i zysków. To jest pułapka, nie na tym polega rozwój. Polscy 30-latkowie są synami zapracowanych do granic możliwości ojców, którzy nie mieli dla nich czasu. Także system, w którym żyjemy, narzuca styl. Mam dobry telefon komórkowy. Przedstawiciele operatora bombardują mnie ofertami nowocześniejszych modeli. Po co mi inny model, skoro nie wykorzystuję wszystkich funkcji tego, który mam. Nowy ma większy ekran. Widzę dobrze na starym ekranie. Ale przecież musi być sprzedaż, więc jesteśmy kuszeni, żebyśmy kupowali rzeczy, których nie potrzebujemy; i te rzeczy stają się synonimem postępu i rozwoju. Takie myślenie – lepiej, szybciej – przenosimy do związków. Mam związek, ale przecież mogę mieć lepszy. Ten lepszy po jakimś czasie już nie spełnia moich oczekiwań, mogę przecież mieć jeszcze lepszy. Mężczyźni zmieniają kobiety tak, jakby to były telefony komórkowe albo inne gadżety.

Oni mówią, że właśnie w pędzie są szczęśliwi.
Gdy zjeżdżamy na nartach ze stoku, skaczemy na bungee, przeżywamy pewnego rodzaju szczęście; jesteśmy w pędzie, ale nasz umysł zatrzymuje się, ustaje myślenie. Silne pobudzenie wywołuje stan euforii. W tym momencie nie można zrobić niczego innego. Takie chwile nie zastąpią życia. Jeśli nie zatrzymujemy się, żeby kontemplować, ucztować, świętować, wtedy wcześniej czy później ciało odczuje tę nierównowagę. Za czym gonimy? W ten sposób nigdy nie poczujemy się nasyceni. Znam młodych ciężko schorowanych mężczyzn, którzy są niewolnikami szybkiego, powierzchownego stylu życia. To są często zagubieni, nieszczęśliwi ludzie.

W kobietach mogą budzić chęć opiekowania się, więc te nierzadko angażują się w nadziei, że go nakierują na dorosłość. Czy to dobry pomysł? Robert Brutter, scenarzysta serialu „Ranczo”, mówił mi, że kobiety mają ogromny wpływ na mężczyzn, że ich kształtują; i że to jest dla mężczyzn wielkie szczęście.
Jeśli on rokuje, to czemu nie?

Jak poznać, czy rokuje? A kiedy na pewno nie rokuje?
Jeśli mężczyzna przekroczył trzydziestkę, a zachowuje się jak nastolatek, to poważna sprawa. Można dać mu szansę, ale do czasu. Jeśli przez dłuższy czas nic się nie zmienia, a nawet pogarsza, to nie ma na co liczyć. Ten mężczyzna tak wytrenował mózg, że jest mało prawdopodobne, iż zrezygnuje ze stylu życia, z którym  się utożsamia. Jeśli nie może usiedzieć na miejscu, potrzebuje ciągłych zmian, skarży się, że nie nadąża, brakuje mu czasu, żeby żyć, można spróbować mu pomóc, podsuwając informacje, w jaki sposób mógłby sam sobie pomóc, i na tej próbie poprzestać. Kobiety mogą być inspiracją, źródłem wsparcia poprzez swoją obecność, dobrą radę, wskazówkę. I to wszystko. Bycie terapeutką, upieranie się, żeby go zmienić, naprawić związek, frustruje i wypala.

Słowa, których on używa najczęściej, to: „Dla mnie; moje potrzeby; ja muszę; tak ma być, bo tak chcę; taki już jestem”.
To wskazuje na sztywną wewnętrzną konstrukcję. Odzwierciedla też inny aspekt cywilizacji, w której żyjemy; najważniejszy jest indywidualny rozwój. Myślenie wspólnotowe nie istnieje. No, można należeć do klubu. Ale klub to nie wspólnota, ponieważ relacje zbudowane są na zależnościach w interesach. Wspólnota opiera się na przepływie z serca do serca, na głębokim egzystencjalnym rezonansie. Spotykamy się i jesteśmy wartością sami dla siebie; dlatego że jesteśmy, jesteśmy razem. Nie realizujemy żadnych utylitarnych celów. Aczkolwiek wspólnoty zaspokajają potrzeby swoich członków i zawsze tak było; również materialne. Wzorzec tworzenia wspólnoty nie istnieje, nie jest lansowany. Słyszymy: rozwijaj się, edukuj, kształć, zdobywaj, bądź kimś; ty, ty i jeszcze raz ty. Mężczyzna tak ukształtowany nie widzi niczego niewłaściwego w tym, że mówi: „Ja mam takie potrzeby, cele, dążenia”. Nie chodzi o to, że kobieta nie wspiera i nie akceptuje rozwoju, chodzi o proporcje; mężczyźni zachowują się tak, jakby myśleli połową mózgu, dostrzegają indywidualność, ale nie dostrzegają tego, co wykracza poza indywidualność. To jest niewola. Zamknęli się w świecie swojego ego, rozbuchanych potrzeb i oczekiwań wobec świata, kobiet. Jeśli kobieta godzi się na używanie siebie jak kolejnego gadżetu, to utwierdza mężczyznę w przekonaniu, że tak ma być. My jesteśmy po to, by zaspokajać swoje potrzeby, robić karierę, a kobiety po to, by nas w tym wspierać. Przypomina to świat islamu.