1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szczerość i tajemnice w związku

Szczerość i tajemnice w związku

Szczerość w związku to bycie w zgodzie ze sobą. Wyrażam to, co czuję, myślę, zachowuję się w zgodzie z moimi uczuciami i myślami. (Fot. iStock)
Szczerość w związku to bycie w zgodzie ze sobą. Wyrażam to, co czuję, myślę, zachowuję się w zgodzie z moimi uczuciami i myślami. (Fot. iStock)
Szczerość nie oznacza mówienia o wszystkim, ale długo skrywana tajemnica jest bardzo ryzykowna dla związku - mówi Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt. 

Wszyscy potrzebujemy pewnej niezależności, ale co zrobić w sytuacji, gdy jedna ze stron ma większą potrzebę własnej przestrzeni od drugiej? Znam wiele takich par, w których jedno jest bardziej zaangażowane np. na zewnątrz związku w pracę zawodową lub pasję. Myślę, że dopóki druga strona akceptuje taki stan, to jest to dobre dla dwojga. Jeśli jednak nie, to ciekawi mnie, jakie uczucia budzą się w partnerach. Co przeżywa osoba, która „zostaje”, a co ta, która „ucieka” na zewnątrz związku? W procesie terapii często odkrywamy, że za zachowaniem partnera i naszą reakcją kryje się jakaś historia. Czasem nawykowo reagujemy na pewne sytuacje. To działa w obie strony: także u partnera za większą potrzebą przestrzeni mogą stać różne uczucia i zdarzenia z przeszłości. Warto wiedzieć, że kiedy oboje zaczynają uważać swój związek jako niepowtarzalny i niemożliwy do zastąpienia, kiedy w przypadku rozdzielenia, usiłują znowu być razem, mogą pojawić się uczucia szczęścia i miłości, ale także i strachu, obawy. Większości z nas towarzyszy lęk przed bliskością i lęk przed porzuceniem, ale mogą być one bardziej lub mniej świadome.

Związek to wspólnota. Gdy każdy z partnerów będzie żył tylko własnym życiem, związek nie przetrwa. Jak to pogodzić? Odpowiedzią jest równowaga. Wyobraźmy sobie ciało człowieka: wspólne cele i plany dają dobrą podbudowę dla związku - to nasze stopy. System wartości, jakim kierujemy się w życiu, to kręgosłup. Jeśli związek stoi obiema stopami na ziemi, ma oś, która trzyma go w pionie, to jest szansa, że przetrwa, ale potrzebna jest jeszcze głowa i ręce. Ręce to sposób, w jaki sięgamy do świata: w jaki bierzemy, ale i w jaki dajemy. Każdy z nas sięga w inny sposób, każdy potrzebuje inaczej i czego innego. Determinuje to nasza historia pierwszych relacji. Uczmy się siebie nawzajem i od siebie nawzajem, ile i czego każdy z nas potrzebuje. Ten sposób sięgania (ręce) w tym kontekście rozumiem jako „życie własnym życiem”. Ważny są wspólne zasady, cele, morale, ale sposób ich realizacji może być różny dla każdego. No i zostaje jeszcze głowa. Stare przysłowie mówi: „Co dwie głowy to nie jedna”. Będą się więc te głowy pewnie kłócić, spierać, deliberować i albo dojdą do porozumienia, albo nie. Wtedy warto wrócić do stóp i kręgosłupa. Jeśli nadal są w tym samym miejscu, możemy im zaufać.

Czasem jednak jedna ze stron poświęca większość swojego czasu na zewnątrz związku (np. uzależnienie, przyjaźnie), a druga odbiera to jako porzucenie i zdradę. Jeśli uczucia są silne, a rozmowy nie pomagają, warto zwrócić się po pomoc do terapeuty par lub mediatora.

Czy szczerość oznacza, że mamy rozmawiać z partnerem o wszystkim? Szczerość rozumiem jako bycie w zgodzie ze sobą. Wyrażam to, co czuję, myślę, zachowuję się w zgodzie z moimi uczuciami i myślami. To taki rodzaj integracji osoby, przy której odczuwamy spokój, z którą kontakt nas karmi. Taka postawa zachęca do wymiany, bycia autentycznym i otwartym. Szczerość pozwala na zaufanie, bliskość, a to daje poczucie bezpieczeństwa. Tylko w takich warunkach możemy zacząć budować satysfakcjonujący związek. Pamiętajmy jednak, że każda otwartość może być ryzykowna. Otwierając swoje serce, wystawiamy się na zranienie, odrzucenie, wykorzystanie.

Szczerość to według mnie nie to samo co „rozmawianie o wszystkim”. Cóż oznacza „mówić wszystko”? Czasem warto się zastanowić: po co? czy teraz? czy tej właśnie osobie? czy o tym? Każdy ma prawo do swojego świata, do którego nikogo nie dopuszcza. Może to być pasja, świat duchowy, czas i przestrzeń tylko dla mnie. Takie własne terytorium jest dobre nie tylko ze względu na siebie, ale i - a może - zwłaszcza na związek.

Tymczasem wcale nierzadko jeden z partnerów chce zawłaszczyć tego drugiego... „Ja robię swoje, a ty swoje… Ty to ty, a ja to ja”. W Gestalciemówimy o konfluencji jako o mechanizmie unikania kontaktu z samym sobą. W procesie dorastania separujemy się, wyodrębniamy, tworzymy własne JA, własne granice i potrzeby. Kiedy z jakiegoś powodu tak się nie dzieje, osoba konfluentna w dorosłym życiu ma nadal potrzebę zlania. Rozpoznamy to po zdaniach „My z mężem lubimy lody”, „Zawsze robimy to razem”, a także po zachowaniach dążących w grupie to jedności, spójności, gdzie ideą jest zbiorowość a nie jednostka.

Drogowskazem w nawiązywaniu relacji może być przykazanie miłości. Zarówno do siebie, jak i do bliźniego, bo jeżeli człowiek potrafi kochać w sposób produktywny, kocha także siebie samego; jeżeli potrafi kochać tylko innych… nie potrafi kochać wcale.

Przemilczenie jakiejś drobnostki to coś innego niż ukrywanie ważnego problemu. Czy głęboko skrywana tajemnica pozwoli zbudować szczęśliwy związek? Ważny problem, głęboko skrywana tajemnica zawsze są przeszkodą w budowaniu czy nawet trwaniu relacji. Zawsze ciekawi mnie, co jest powodem zatajenia. Jak do tego doszło? Co poszło nie tak na wcześniejszym etapie związku. Jak to się stało, że problemy w tym związku się ukrywa?

Tajemnica jest jak mur, pokój w mieszkaniu, do którego nie wchodzimy razem. Jedna strona nie wie, co kryje się za tymi drzwiami. Już sama obecność takiej granicy rodzi usztywnienie, napięcie. Wyobraźmy sobie, że zbliżamy się do takich zamkniętych drzwi i jedna osoba przez nie przechodzi, a druga zostaje - obie są samotne! Jeśli taki stan będzie utrzymywał się dość długo, ryzyko rozpadu jest nieuchronne. I nie mam na myśli rozstania, tylko rozpad więzi, poczucia bezpieczeństwa, zaufania. W takich sytuacjach pary często trafiają do specjalisty. Warto, żeby trafiało ich jak najwięcej, ponieważ terapia par może pomóc przejść kryzys, bo ja wierzę, że kryzys wcale nie musi prowadzić do rozstania. Wprost przeciwnie - wierzę, że każdy kryzys jest szansą na stworzenie nowej jakości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się mówić mężczyźnie, czego od niego chcesz

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Wiadomo o kobietach, że czekają, aby ich mężczyźni domyślili się, czego one chcą. Skazują się tym samym na dramatyczne rozczarowanie. Czekają, czekają, przeważnie się nie doczekują… i zaczyna się: żal i pretensja.

Ogłupiały chłop słyszy: „Ty mnie wcale nie rozumiesz! Nie spełniasz moich potrzeb!”. A skąd on ma znać jej potrzeby? Jeszcze pół biedy, kiedy ona sama zna je jako tako. „Ale o co ci chodzi? Co ty byś chciała, żebym ja robił? Wytłumacz mi” – dopytuje, jeszcze otwarty na spełnianie życzeń ukochanej mężczyzna. „Ach tak, ty, oczywiście, nie wiesz!” – stwierdza z gryzącą ironią ona. „A skąd mam wiedzieć, jeśli ty mi nie mówisz!” – On jest coraz bardziej zły. „Wszystko mam ci mówić jak dziecku, tak? To taka sztuka pomyśleć, czego potrzebuje twoja kobieta?!” – Rozżalona partnerka czuje się coraz bardziej niekochana. Jemu opadają ręce, a ponieważ nienawidzi czuć się bezradny, dobija ją: „No nie, wy jesteście nie do wytrzymania. W ogóle nie można się z babami dogadać!”.

Uwaga na boku – zdarzają się męskie wyjątki, które same z siebie odczytują kobiece pragnienia, bo je znają: są to bracia licznych sióstr (ale ilu takich można spotkać w przyrodzie?) lub wychowani w symbiozie z matką (ale ile z nas chciałoby mieć takiego partnera?). No i jeszcze oszuści matrymonialni, którzy żyją z tej wiedzy.

No więc nadchodzą ciche dni, potem zgoda. Później on znów się czegoś nie domyśla. Nawet próbuje i się stara, ale nie trafia i po jakimś czasie (różne osobniki męskie poddają się w różnym tempie) przestaje nawet próbować. Wtedy ona, obolała od tego oczekiwania, donosi mu: „Ja już cię wcale nie obchodzę!”. A on zaczyna się zastanawiać, czy tak jest naprawdę…

Tak, tak, jest to obraz jednostronny. Świadomie dotykam tu tylko jednego kawałeczka tkającego się nieustannie gobelinu pt. „Trudne życie we dwójkę”. A propozycję rozwiązania przedstawię też tylko na przykładzie jednej, ale, sądzę, dość symptomatycznej sytuacji. Nazwijmy je „Instrukcją obsługi płaczącej kobiety”.

Nadchodzi taki dzień, że kobieta zamyka się w pokoju i znienacka zaczyna: płakać, siąpać nosem, nie słyszeć, co się do niej mówi, patrzeć nieprzytomnie (niepotrzebne skreślić). On, zaniepokojony, pyta: „Czy to przeze mnie?”. Ona fuka: „Mam swoje sprawy”. On, z ulgą, że to nie o niego chodzi, wkracza w rolę doradcy: dopytuje, zbiera dane, wyciąga wnioski, co ona ma z tym zrobić, i na koniec zadowolony, że rozwiązał jej problem, oświadcza: „No już, już się nie przejmuj. Nie ma powodu”. Czeka na pochwałę, a tu baba w bek. „No nie, znowu?! Ja już nic nie rozumiem”. I to jest właśnie prawda.

Żeby on zrozumiał, czego od niego potrzebujesz, i żeby ci to dał, wyłóż mu to w jakiejś pogodnej, spokojnej chwili, mniej więcej tak:

Mój kochany, chcę cię poprosić o coś, co będzie dla ciebie łatwe, a dla mnie ważne i miłe. Powiem ci, jak potrzebuję być przez ciebie traktowana, kiedy płaczę. Otóż chcę móc wtedy złożyć główkę na twoim męskim ramieniu i chlipać bez żadnych rad ani pytań z twojej strony. „Jak to bez rad i pytań?!” – zapyta on wtedy. (Mój spytał). – „Przecież chcę wiedzieć, co się dzieje!” To ja ci potem opowiem, jak mi już przejdzie albo jak załatwię sprawę. Ja chcę się przy tobie móc tylko wypłakać. Czuć się wtedy zaopiekowana, a nie wypytywana. Nie musisz się wcale skupiać na powodach mojego stanu. Możesz myśleć, o czym chcesz, nawet o meczu, byłeś mnie mocno objął i może trochę pogłaskał. „Naprawdę?!” – zdumiał się mój mężczyzna. – „Ja ci się zawsze staram pomóc!” Ale ja jestem duża dziewczynka, jeśli chodzi o radzenie sobie, ja tylko chcę się poczuć małą dziewczynką, która ma się komu wypłakać.

A jak już ucichnę, to jeszcze mógłbyś zapytać czule: „Może jeszcze trochę zostało?”, i poczekać, aż powiem: „Już”.

„I to wszystko?!” – on ma okrągłe oczy ze zdziwienia. Tak, kochanie, to wszystko, a ja będę ci bardzo wdzięczna i zachwycona, że mam takiego kochanego mężczyznę, opokę. „Ja będę mógł myśleć o meczu, a ty mną będziesz zachwycona?!” Dokładnie tak, tylko mnie słodko obejmuj. „Kochanie, masz to u mnie od dziś”. A po chwili: „A gdy będziesz płakała przeze mnie?” – zapyta przytomnie. A to już będzie całkiem inna historia.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Namiętność ma dwa oblicza – po czym poznać, że działa na naszą korzyść?

Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
W języku polskim pojęcie namiętności najczęściej odnosi się do seksualności i zmysłowości. Wiąże się je ze stanem odczuwania do drugiej osoby silnego i nieodpartego uczucia, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem. Jednak definicja szerzej traktuje ten termin i określa namiętność jako stan silnego odczuwania emocji bądź jako uczucie skierowane ku danej pasji lub zainteresowaniu. Rzecz jasna, zainteresowanie to dotyczyć może innej  osoby lecz nie musi.

Namiętność to najlepsza pożywka dla literatury i filmu. Doskonale sprzedają się historie burzliwych związków i fabuły, w których bohater rzuca na szalę niemal wszystko, by osiągnąć namiętny cel. Ale czy to, co gwarantuje sukces na taśmie filmowej lub na kartkach książek, sprawdza się także w życiu?

Kiedy emocje zdają się władać nami bez reszty, droga prowadzi już do nieba lub do piekła. Możliwości pośrednich nie ma.

Można by przyjąć, że pierwsza możliwość przytrafia się nam, gdy traktujemy namiętność jako inspirację. I mimo że jest ona silna, to my mamy ją a nie ona nas. Zachowujemy nad nią kontrolę. Kiedy jednak to namiętność ma we władaniu nas - inspiracja zamienia się w desperację…

Zatem… czy kieruje tobą inspiracja czy desperacja? W jakim kierunku idą silne uczucia namiętności, które posiadasz?

Oto kilka zasad, które pomogą ci to zdefiniować (na przykładzie stosunku, jaki masz do swojego partnera/ partnerki):

  1. Osoba partnera stale obecna jest w twoich myślach. Możesz powiedzieć, że więcej myślisz o nim niż o sobie i własnych potrzebach.
  2. Wyobrażasz sobie przyszłość tylko z tą osobą. Bez niej życie nie wydaje się atrakcyjne.
  3. Twoje samopoczucie zależy od sytuacji w związku. Jeśli coś się nie układa, jesteś w dołku. Jest dobrze – rosną ci skrzydła.
  4. Dostosowujesz swój rytm do partnera, podporządkowujesz się jego planom, nie dbając o własne.
  5. Twój stan emocjonalny jest odbiciem stanu partnera. Jego zły nastrój nie pozwala, abyś ty był pogodny, jego zadowolenie jest źródłem twojego.
  6. Trudno ci zagospodarować wolny czas, kiedy nie jesteście razem. Większą jego część przeznaczasz na myślenie o was.
  7. Nie chodzisz sam/ sama do kina, na spacery, na spotkania z przyjaciółmi. Zaniedbujesz ich, aby być ze swoim partnerem.
  8. Jesteś zazdrosny/ zazdrosna. Wszelkie sytuacje, które wymykają się spod kontroli, budzą twój niepokój.
Jeśli identyfikujesz się z większością tych tez, twoja namiętność nosi znamiona desperacji.

Co zrobić, aby to zmienić?

  • Zauważ, że to jak żyjesz, jest skutkiem twojego wyboru.
  • Postaraj się wziąć odpowiedzialność za swoje życie i decyzje.
  • Zauważ wpływ przeszłości na to, kim jesteś, i staw jej czoła.
  • Poproś o pomoc
Kartezjusz proponuje złoty środek:
Całe szczęście i pomyślność naszego życia zależą od dobrego użytku, jaki zrobimy z naszych namiętności.
Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Psychologia

Bliskość - czy można się bać czegoś, czego wszyscy pragniemy?

Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Ludzie unikający bliskości powtarzają ten sam życiowy refren, który powoduje, że tak naprawdę dążą do rozpadu związku, a nie do jego spojenia – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy to nie paradoks, że boimy się czegoś, czego wszyscy pragniemy?
To rzeczywiście paradoks, ale lęk przed bliskością nie bierze się znikąd. Jednym ze sposobów jego zrozumienia jest teoria więzi Johna Bowlby’ego, lekarza psychoanalityka. Otóż doszedł on do wniosku, na podstawie badań, że jeżeli pierwsza nasza relacja z najważniejszą osobą była bezpieczna, przewidywalna, pełna miłości, szacunku, to najprawdopodobniej bliskie relacje w dorosłości będą podobne.

Lęk przed bliskością się wtedy nie pojawi?
Będzie adekwatny do sytuacji. Bo każdy z nas czasami się boi, że zostanie skrzywdzony przez drugą osobę. A to dlatego, że oddając się w pełni drugiemu człowiekowi, odsłaniamy „miękki brzuszek”, a związek może nas uszczęśliwić, ale też zranić. Według Bowlby’ego, ludzie z doświadczeniem pierwszej bezpiecznej relacji są w stanie zaakceptować ewentualne trudności, wliczyć w koszty to, że czasami będzie nudno, czasami wesoło, a czasami zwyczajnie. Ale mimo to będziemy się wspierać.

A jeżeli pierwsza więź była pozabezpieczna?
Wtedy nawet mały kryzys może być interpretowany jako koniec świata, może spowodować olbrzymie cierpienie. Lęk przed bliskością, przed porzuceniem może się przejawiać w bardzo wielu różnych, czasami dziwnych zachowaniach.

Na przykład?
Możemy na przykład być bardzo zaangażowani w relację, czuć, że nam na niej zależy, ale przez to, że boimy się porzucenia, nie okazywać naszych prawdziwych emocji. Czyli z jednej strony deklarować, że chcemy tworzyć dobry związek, ale jednocześnie swoim zachowaniem tego nie potwierdzać. Jest coś takiego jak pakiet zachowań, które tworzą dobry związek, na przykład: okazywanie sobie czułości, przytulanie się, robienie czegoś dla drugiej osoby, wyciąganie ręki na zgodę, przebaczanie. Wiele par rozbija się o to, że jedna strona myśli: „Potrzebuję więcej czułości”, a druga: „Jak mu okażę czułość, to mnie skrzywdzi i porzuci”.

Jak rozpoznać, że boimy się bliskości? Czy rozkochiwanie i porzucanie to jeden z syndromów?
Takie zachowanie, o jakim pani mówi, może oczywiście wynikać z lęku przed bliskością, ale może być też przejawem osobowości chwiejnej czy seksoholizmu. W lęku przed bliskością jest dużo obaw przed zranieniem, myślenia, że trzeba uważać na partnera, budować mur nas oddzielający albo specjalnie zabiegać o niego, zasłużyć na jego miłość. Jeżeli złapiemy się na budowaniu tego muru, na postawie ucieczkowej z relacji, to warto zastanowić się, czy nie cierpimy na lęk przed bliskością. Najważniejsza jest tu motywacja. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi, porzuci? Więc ja pierwsza go sobie obrzydzę, porzucę – to może być przejaw lęku przed bliskością.

A obawa kobiet przed odsłonięciem się, bo uważają się za niewystarczająco godne miłości?
Takie przekonanie żywią też mężczyźni, jest ono mocno związane z poczuciem własnej wartości. Miałam kiedyś w terapii utytułowanego profesora, który uważał się za głupiego i przez całe życie bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Te wyimaginowane braki kompensował sobie zdobywaniem kolejnych tytułów, a mimo to miał poczucie, że swoje osiągnięcia zawdzięcza szczęściu, a nie pracy.

Skąd bierze się takie poczucie?
Na przykład z tego, w jaki sposób byliśmy traktowani jako dzieci. Bo dzieci przyjmują opinie matki, ojca, ciotki czy nauczyciela na swój temat jako fakt i potem wkraczają w dorosłość, patrząc na siebie ich oczami. Kiedyś dość powszechnie uważano, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jeżeli dziecko wyrażało swoją opinię, było sobą, to uznawano je za niegrzeczne. I oto wyrasta piękna kobieta, która myśli o sobie, że jest niegodna miłości i nie wie dlaczego. Czuje, że w związku nie może pozwolić sobie na bycie sobą, bo to kojarzy jej się z etykietką niegrzecznej dziewczynki, a takiej – uważa – nikt nie pokocha. Partner nie musi formułować żadnych oczekiwań, to ona tkwi w gorsecie swoich własnych wyobrażeń, jaka powinna być, żeby zasłużyć na miłość. A jeżeli myśli o sobie, że jest niefajna, to nic dziwnego, że inni też mogą tak o niej myśleć.

Jest pani współautorką książki „Niekochalni”? Co to znaczy „niekochalny”? Ten, kto nie daje się kochać, czy ten, kto tego nie potrafi?
I jeden, i drugi. Jeżeli ktoś nie da się pokochać, to też może oznaczać, że nie umie kochać, te wektory działają w dwie strony. Niekochalność to dla mnie taka powtarzająca się melodia, którą nazywam refrenem życiowym. Zmienia się zwrotka – partner, a ja znowu śpiewam ten sam refren, który powoduje, że związek okazuje się niesatysfakcjonujący, że tak naprawdę dążę do jego rozpadu, a nie do jego sklejenia. Jestem niekochalna, bo nawet jeżeli bardzo chcę pokochać i być kochaną, to pakiet zachowań, który noszę, powoduje, że nie potrafię utrzymać uczucia. Trudno kochać, jeżeli nie było się kochanym w mądry sposób przez najbliższe osoby. Czasami powtarzam moim klientkom, że zmiana męża nic nie zmieni, jeśli w kolejny związek wniesiemy swoje nieprzepracowane problemy.

Dlatego pracę nad lękiem przed bliskością trzeba zacząć od siebie?
Tak, trzeba zacząć od pracy nad swoim poczuciem wartości, nad miłością własną, choć może brzmi to jak wyświechtany frazes. Głęboko jednak wierzę, że jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to czujemy się lepiej ze sobą i możemy dać dużo więcej dobrego osobom dookoła nas. Proponuję zacząć od uszczęśliwiania siebie – i nie myślę tu o płytkim pojmowaniu szczęścia, konsumpcjonizmie, zaspokajaniu własnych zachcianek bez względu na potrzeby bliskich czy o takiej postawie, że moje zdanie ma być na wierzchu i mam dbać tylko o siebie. Ludzie czasem mają takie wyobrażenie, że dbać o siebie to znaczy nie myśleć o świecie. Nie, cały świat jest też szalenie ważny, człowiek nie jest samotną wyspą, jest istotą stadną, więc warto dbać o innych. Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy.

A może pomocne okaże się związanie z partnerem o bezpiecznym stylu przywiązania?
Na ogół osoby o bezpiecznym stylu przywiązania wybierają ludzi podobnych do siebie. Badania pokazują jednak, że jeżeli wiążę się z osobą o innym stylu, to jest szansa, że mogę przejąć jej styl przywiązania, a ona – mój. Na przykład ktoś o stylu unikającym może przejąć styl bezpieczny, ale może też być odwrotnie. Tak więc jest szansa, że życie nam trochę pomoże lub trochę zaszkodzi. Ale myślę, że dużo bardziej budujące będzie uświadomienie sobie problemu i wzięcie sprawy w swoje ręce. Czyli zmierzenie się z tym, że co prawda chcę mieć dobry związek, ale jednocześnie siedzę w telefonie, nie poświęcam uwagi mojemu partnerowi, robię sceny zazdrości, nie celebruję okazji do świętowania czy jestem ciągle zajęta pracą i nie mam dla niego czasu. W pracy nad sobą można się wesprzeć moją nową książką „Dzieciństwo do poprawki”, w której opisuję, w jaki sposób popracować nad swoim dzieciństwem, żeby zmodyfikować wtłoczone nam wtedy schematy.

Czy nie uważa pani, że pandemia pogarsza sytuację ludzi bojących się bliskości? Mają teraz świetne alibi, żeby się do nikogo nie zbliżać.
Dla osób, które nie mają partnera i boją się nawiązywania relacji, zamknięcie w domu to rzeczywiście dobra wymówka. Ale co z tymi, którzy zostali zamknięci w domu razem ze swoimi partnerami? Oni mogą unikać bliskości w sposób niebezpośredni: poprzez siedzenie przy komputerze, telewizorze, w telefonie. Unikać się można, nawet mieszkając w kawalerce z dzieckiem i psem, bo unikanie się nie musi być jedynie fizyczne, dużo trudniejsze jest to emocjonalne. Najbardziej dojmującą samotność odczuwa się wśród ludzi. Słyszę często w terapii: „Mam męża, żonę, ale czuję się samotny”, i to jest najgorsza samotność.

Jak powszechny jest lęk przed bliskością?
Badania mówią, że dwie trzecie z nas ma bezpieczny styl przywiązania, czyli nie jest źle. Chociaż gdy uświadomimy sobie, że co trzeci z nas prezentuje styl pozabezpieczny, to już przejmuje trwogą. Natomiast patrzyłabym na ten problem szerzej. Każdy z nas czasami, nawet jeżeli ma bezpieczny styl przywiązania, z obawy przed odrzuceniem, zranieniem może przejawiać zachowania, które oddalają go od drugiej osoby. Pamiętajmy, że związek i emocje z nim związane to kontinuum. Mało osób pozostaje gdzieś na krańcach krzywej Gaussa, czyli albo w ogóle nie nawiązuje bliskich relacji, albo ma jednego partnera emocjonalnego oraz fizycznego przez całe życie. Raczej jesteśmy gdzieś pomiędzy, z różnym natężeniem lęku przed bliskością i różnymi zachowaniami ten lęk przejawiającymi.

Coraz więcej jednak ludzi, szacuje się, że w Polsce to już około jednej czwartej dorosłych, wybiera życie w pojedynkę. Czy za takimi wyborami stoi lęk przed bliskością?
Nie stawiałabym tutaj znaku równości, ale jestem przekonana, że bardzo duża grupa singli ma problem z lękiem przed bliskością. Miałam w terapii osoby, które deklarowały, że jako single czują się świetnie, ale prędzej czy później dochodziliśmy do takiego momentu, kiedy ujawniał się lęk przed byciem samemu, ale też lęk przed byciem w związku. Dlatego zawsze proponuję, żeby zdejmować z siebie te „łuski”, którymi się przykryliśmy, i sprawdzać, co tak naprawdę motywuje nas do takiego czy innego zachowania. Bo proszę mi wierzyć, przez lata prowadzenia psychoterapii widzę, jak duże i dobre zmiany można dzięki niej wprowadzić w swoje relacje z innymi. Pamiętam pana, który przyszedł do mnie, bo cierpiał na trudną, widoczną chorobę i chciał się pozbyć wstydu i lęku z nią związanego. Twierdził, że związek jest poza jego zasięgiem i on się z tym pogodził. Ale gdy zaczęliśmy pracować, to okazało się, że ów pan bardzo potrzebował bliskości. Po półtora roku terapii poznał panią, mają dzieci, tworzą fajny związek.

A wracając do singli. Myślę, że ogromna rzesza świadomie podejmuje taką decyzję. Wiedzą, co tracą, a co zyskują. Część z nich ma za sobą trudne doświadczenia w relacjach, więc dochodzą do wniosku, że nie chcą się wiązać, bo to jest trudne, a do tego czasami boli, wolą spotkać się z kimś raz na jakiś czas w miłych okolicznościach niż decydować się na codzienność z drugą osobą. Bo przecież życie razem to nie sielanka. Bywa, że jest pięknie, ale też bywa bardzo trudno. Jeżeli więc jestem singlem i jest mi z tym okej – to nic na siłę. Ale jeżeli jestem singlem, bo boję się, że mi znów nie wyjdzie, więc chciałabym i boję się, to może warto nad tym popracować.

Lęk w relacji to jednak nie wyrok.
Zgadzam się. Nikt nie jest ideałem, każdy czasem zachowuje się niefajnie czy nawet krzywdząco dla drugiej strony. Coś odburknie, wkurzy się. Takie jest życie, warto to zaakceptować, jeśli nasza relacja ma też dobre strony. Nawet w dobrym związku przeplatają się zażyłość i separacja, zależność i wolność, bycie blisko i daleko, gorsze i lepsze dni. I wszyscy od czasu do czasu odczuwamy lęk przed odrzuceniem. I to nie musi być lęk przed bliskością, który na ogół przejawia się zachowaniami rujnującymi związek. Ale nawet wtedy można go przepracować. Pod warunkiem że tego chcemy. 

Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka z Przystani Psychologicznej, współautorka książki „Niekochalni”, autorka „Dzieciństwa do poprawki”, prezeska Fundacji „Terapeutyczna”.

  1. Psychologia

Uciekam, więc jestem - lęk przed bliskością

Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Jednym ze znaków rozpoznawczych silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku.(Ilustracja Marianna Sztyma)
Wydawałoby się, że wszyscy pragniemy bliskości. Ale dla wielu z nas przytulanie się, spanie razem, wspólne mieszkanie – to za dużo. Uwiera, przeszkadza, budzi niepokój. Robimy więc wszystko, żeby nam się nie udało. Nawet gdy relacja dobrze rokuje, sabotujemy ją albo nagle zrywamy. Dobrze jest wiedzieć, co nami powoduje i czy da się coś z tym zrobić.

Kinga, 35-letnia menedżerka w gigancie IT, uśmiecha się na zdjęciach z rajskiej wyspy. W tle lazurowe niebo, plaża, bujna roślinność. Wszędzie sama. Wyjechała tam dokładnie rok temu, ten jeden jedyny raz z chłopakiem, bo zawsze wyjeżdżała w pojedynkę. Kiedy wybuchła pandemia, on wrócił LOT-em do domu, ona postanowiła zostać. Wzięła zaległy urlop, potem bezpłatny, w międzyczasie odkryła nową pasję – fotografowanie i kręcenie filmików, które wrzuca do sieci, a na nich robi za przewodniczkę oprowadzającą wirtualnie po wyspie. Oferuje także organizację pobytów i pisanie reportaży. Tak ją poznaję. Reklamuje mi swoje usługi, ale opowiada także – najpierw między wierszami, potem wprost – o sobie. Wyłania się z tych opowieści portret młodej, atrakcyjnej kobiety, która nie może znaleźć miłości, ale tak naprawdę, nie wiedzieć czemu, przed nią ucieka. Inspiruje mnie do zajęcia się na naszych łamach ludźmi, którzy boją się bliskości. Okazuje się modelowym przykładem. Mogłaby mieć każdego mężczyznę, a na dłużej nie ma nikogo. Miss klasy, obozów, roku. Wokół niej zawsze kręciło się wielu adoratorów. Każdego jednak bardzo szybko odstawiała na boczny tor. Opowiada z detalami, co było z nimi nie tak: – Jeden chłopak miał za duże dłonie, inny za głośno mówił, pamiętam takiego, którego zdyskwalifikowały zbyt wydatne usta. To dziwne, że to, co na początku mi nie przeszkadzało, a nawet mnie intrygowało, potem zaczynało wkurzać. Teraz, jak patrzę na tamtą siebie, to widzę, że interesowali mnie tylko faceci niedostępni, o których musiałam powalczyć. Ale jak tylko dali się zdobyć, od razu coś zaczynało mnie w nich drażnić. Więc mówiłam „do widzenia”. Chłopak, z którym wyjechała, naciskał, żeby zamieszkali razem, a ona oczami wyobraźni widziała wspólne życie jako więzienie, z którego nie ma ucieczki. – W sumie bardzo dobrze się stało, że tu zostałam – mówi. Bo ten czas okazał się dla mnie ratunkiem. Ale nie dlatego, że mogę być sama, tego nigdy tak naprawdę nie pragnęłam, tylko dlatego, że mam dużo czasu na przemyślenie swojego życia. Dzięki temu odkryłam, że wciąż uciekam. Jeszcze do końca nie wiem, co się za tym kryje, ale dzięki terapii powoli to odkrywam.

Jak najdalej

Lęk przed bliskością ma różne oblicza, różnie zresztą opisywane przez psychologów. Warto je poznać, bo wielu ludzi ich u siebie nie widzi. Psycholożka, psychoterapeutka i autorka książki „Jak nie bać się bliskości?” Stefanie Stahl opisuje je metaforycznie. Pierwszy typ ludzi z tym syndromem nazywa „myśliwymi”, bo są zainteresowani przede wszystkim uwodzeniem. Ale, jak pokazuje przykład Kingi, taka cecha nie jest tylko domeną mężczyzn. Myśliwi z jednej strony polują, więc ich życie naznaczone jest licznymi flirtami, romansami, nawet wieloma małżeństwami, z drugiej jednak – unikają trwałych związków. Potrafią być uroczy, pełni wdzięku, otwarci, ale także zimni i bezwzględni. Oczarowują, gdy tylko jednak „ofiara” wpadnie w ich sieć, wycofują się. Taka gra może się toczyć latami, zwłaszcza gdy „ofiara” też cierpi na lęk przed bliskością.

Drugi typ zyskał przydomek „księżniczka lub książę”. Ludzie ci mają bowiem silnie narcystyczne cechy charakteru. Zakochują się, i to często od pierwszego wejrzenia, jednak nie umieją dzielić codziennego życia z partnerem, akceptować jego słabości. Relacja według księżniczki i księcia musi być ekscytująca, dynamiczna, natomiast stabilizacja związku, a już nie daj Boże jakieś w nim problemy, to dla takich ludzi zagrożenie. Podobnie jak trwałe związki. Uciekają więc od nich jak najdalej. Za każdym razem rozglądają się za kimś, kto zapewni im ciekawe życie, kto podniesie ich poczucie wartości. Tak się jednak składa, że zawsze znajdują kogoś – ich zdaniem – niewłaściwego. Więc szukają od nowa.

Kolejny typ człowieka lękającego się związków, „murarz”, swoim zachowaniem mówi partnerowi: to ja dyktuję warunki. I odgradza się od niego murem. Stosuje w tym celu różne, czasem wyrafinowane strategie: oddaje się bez reszty pracy, pasjom, działalności społecznej. Romansuje, wybiera związki na odległość, manipuluje seksem: bywa powściągliwy, dawkuje zbliżenia, unika pójścia do łóżka. Nie lubi się do niczego zobowiązywać, zawsze pod ręką ma jakieś wymówki. Budując wokół siebie mury, utwierdza się w przekonaniu, że nikt go nie zrani. Nie dotknie. Nie złamie. A z tego przekonania płynie poczucie władzy. Bo to on ustala, kiedy chce być blisko, a kiedy nie. W relacji z takim człowiekiem nie ma miejsca na kompromisy, dogadywanie się. On podejmuje ostateczne decyzje, kropka.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. Tacy ludzie chcą pociągać za sznurki, decydować o tym, kiedy porozmawiają, kiedy dopuszczą partnera do siebie. Inną ich cechą wspólną jest unikanie trwałych związków. „Jeszcze nie jestem gotowy” – mówią. Autorka książki zauważa, że to zdanie wypowiadają wszystkie osoby z lękiem przed bliskością we wszystkich językach na całym świecie. W ten sposób pozostawiają sobie możliwość wyboru, jednocześnie zwodząc partnerów. Bo co oznacza to stwierdzenie? Tak naprawdę to dwa stwierdzenia w jednym: „teraz jeszcze nie jestem gotowy” oraz „ale, być może, kiedyś będę”. I to adresat tych słów ma zgadnąć, co autor chciał powiedzieć: „nie chcę trwałego związku” czy „może coś z tego jeszcze będzie”? Takich ludzi łączy jeszcze jedno – rozdarcie wewnętrzne, miotanie się, strach przed bliskością, bycie między „chcę i nie chcę”.

Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma) Wyznaczanie niezdrowych granic, dyktowanie warunków to typowe zachowanie większości osób z lękiem przed bliskością. (Ilustracja Marianna Sztyma)

W trybie offline

Inny znak rozpoznawczy silnego lęku przed związkiem to kończenie go w momencie, gdy wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Gdy zaczyna być pięknie, a relacja staje się naprawdę bliska. Zachowujemy się wtedy tak, jakby coś szeptało nam do ucha: „Uważaj, to wszystko się rozleci. Nie zobowiązuj się do niczego, nie bierz odpowiedzialności, bo a nuż za rogiem czeka ktoś lepszy. Jak się zwiążesz, stracisz wolność”. Albo: „Nie dorastasz partnerowi do pięt, więc twój związek nie ma szans”. Co to za głos? – To demony z dzieciństwa – odpowiada psycholog Jarosław Przybylski. Lęk przed bliskimi relacjami zależy w dużej mierze od tak zwanych bazowych relacji, czyli doświadczeń, jakie zdobyliśmy w pierwszych latach życia w kontakcie z matką, ojcem czy innym opiekunem. Wpływają one na to, czy nasz mózg kojarzy bliską więź z pewnością, bezpieczeństwem, miłością czy osamotnieniem, opuszczeniem, zagrożeniem. Najprościej rzecz ujmując, miłość, uwaga, troska i empatia budują nasze pierwotne zaufanie do ludzi. Brak miłości i uwagi wyposaża nas w poczucie, że świata i ludzi należy się bać. Ma to związek z tak zwanymi neuronami lustrzanymi, które wykształcają się w mózgu w pierwszych trzech latach życia i które pomagają odzwierciedlać zachowania tego, w kim się dziecko „przegląda” podczas wspólnie spędzanego czasu.

Psychologowie wyróżniają trzy podstawowe style więzi tworzących się we wczesnym dzieciństwie. Pierwszy: bezpieczny, oparty na miłości, trosce, uwadze. Dorosła osoba z takim stylem przywiązania ufa partnerowi i sama czuje się z nim bezpiecznie. Drugi styl: lękowo-ambiwalentny ma swoje korzenie w niewystarczającej dawce uwagi i empatii, jaką dostaliśmy od rodziców. Partner z takim stylem przywiązania szuka miłości, ale nieustannie boi się jej utraty. I trzeci styl: unikający, wykształcony w odpowiedzi na zupełny brak troski w niemowlęctwie. W dorosłości przejawia się tym, że nie zależy nam na tworzeniu jakichkolwiek związków z ludźmi. Jarosław Przybylski: – Warto zauważyć, że doświadczeń z wczesnego dzieciństwa nie pamiętamy. To dlatego nie wiążemy ich z naszymi obecnymi problemami. Ich źródeł szukamy gdzie indziej. Najczęściej jesteśmy przekonani, że winę za trudności ponosi partner, który nas tłamsi, zniewala. Tymczasem wczesne doświadczenia więzi zostały zapisane w naszej podświadomości i stamtąd sterują naszym zachowaniem. Psychologowie wiążą lęk przed bliskością z niskim poczuciem własnej wartości. Według Stefanie Stahl niska samoocena plasuje się w samym epicentrum tego lęku. Tacy ludzie boją się związków, bo boją się odrzucenia. Dla nich jako partnerów istnieją właściwie tylko dwie możliwe decyzje: zrobię wszystko, by nie zostać odrzuconym, albo od razu zrezygnuję z relacji. A wszystko po to, aby chronić swoje niestabilne poczucie własnej wartości. Osoby cierpiące na lęk przed więzią widzą w partnerze wroga, siebie natomiast postrzegają jako twierdzę, której trzeba bronić. I bronią. Poprzez ucieczkę, atak albo… udawanie martwego. Stefanie Stahl wyjaśnia, że „udawanie martwego”, przez psychologię nazywane dysocjacją, to dość powszechny, choć zakamuflowany odruch. Coś w rodzaju trybu offline. Taki jakby komunikat: „abonent chwilowo niedostępny”. Partner sprawia wrażenie nieobecnego, nawet kiedy siedzi obok. Co kryje się za takim zachowaniem? Próba obrony przed zagrożeniem, tu – przed bliskością. W chwili, gdy to zagrożenie jest zbyt duże, człowiek się wyłącza tak, jak przegrzane urządzenie elektryczne.

Jestem dorosła

Pokonanie lęku przed bliskością nie jest zadaniem łatwym. Wymaga głębokiej pracy nad sobą, najlepiej pod okiem psychoterapeuty. Dotarcia do źródła, czyli bazowych relacji. Szczerości z sobą samym. Cierpliwości i konsekwencji, bo demony z przeszłości mogą wracać. Psycholog Andrzej Gryżewski w książce „Niekochalni” pisze, że aby pozbyć się lęku przed bliskim związkiem, trzeba się ponownie urodzić. Według Stefanie Stahl zacząć trzeba od rozpoznania tego, co się ze mną dzieje. Dostrzec, że w ogóle odczuwam lęk przed relacją, i dlatego na wszelkie sposoby ją udaremniam. Już samo odkrycie tego, że boję się związków, może okazać się dla mnie uzdrawiające. Może też uzdrowić relację, bo kiedy zrozumiem, że mam problem, przestanę go szukać w partnerze. – W tym obszarze nie ma cudownych rozwiązań – mówi Jarosław Przybylski. – Praca nad lękiem przed bliskością to tak naprawdę praca nad wieloma lękami: przed odrzuceniem, zranieniem, zależnością, zaangażowaniem, otwarciem się na drugiego człowieka. A przede wszystkim to praca nad lękiem przed byciem sobą. Bo ludzie bojący się bliskiej relacji z innymi boją się też prawdziwego siebie. Zacząć trzeba więc od zbudowania dobrej relacji z sobą samym. Stefanie Stahl proponuje: porozmawiaj ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Wytłumacz mu, że jest sprawcze, że może negocjować, ma wpływ na relację, może osiągać kompromisy. I że nie musi uparcie siadać w kącie i się dąsać. Wewnętrzne dziecko ma usłyszeć, że między naginaniem się do innych i całkowitą rezygnacją z siebie a radykalną bezkompromisowością istnieje spore pole do innych reakcji. Kinga: – Dla mnie przełomowe okazało się ćwiczenie, jakie zadała mi moja psychoterapeutka. Miałam usiąść przed lustrem, poprzyglądać się sobie, pouśmiechać, pogadać. Głupie to, pomyślałam. Ale dobra, usiadłam. Stroję miny, marszczę czoło, zamykam jedno oko, cmokam, podśpiewuję. I dalej nie wiem, co ma z tego wynikać. „A kogo zobaczyłaś?” – pyta mnie potem psychoterapeutka. „Dziewczynę z pierwszymi zmarszczkami” – odpowiadam. „No właśnie, jesteś dorosła” – ona na to. Czyli nie bezsilna ani nie bezwolna. To ty decydujesz o sobie. Możesz więc zadecydować, że przestajesz uciekać. Od roku siedzę w miejscu, na pewno nie uciekam przed sobą. Na początek dobre i to.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...