1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 12 kroków do spełnienia marzeń. Krok 6: Mów głośno i wyraźnie o swoim marzeniu

12 kroków do spełnienia marzeń. Krok 6: Mów głośno i wyraźnie o swoim marzeniu

fot.123rf
fot.123rf
Walczysz o swoje marzenie. Bądź z siebie bardzo, bardzo dumna, gdyż to co robisz jest wspaniałe. Obecnie realizujesz kolejny krok lub powtarzasz poprzedni, ale najważniejsze jest to, że działasz. Pamiętaj „samo nie dzieje się nic”.

Zobacz Krok 1: dobrze opracuj cel!, Krok 2: podziel swój cel na etapy!, Krok 3: wizualizacja, Krok 4: zaczynasz działać, Krok 5: Zwycięstwo motywuje, a porażka uczy

W tym felietonie chcę podpowiedzieć Ci, w jaki sposób szybciej i łatwiej dojść do celu. Jaki to sposób? To nic innego, jak mówienie na głos o swoim marzeniu. Tak, dokładnie, głośno i wyraźnie, bez obaw, że ktoś Ci je ukradnie lub Cię wyśmieje. Ci, którzy śmieją się z Twoich marzeń tak naprawdę za moment będą z zazdrością spoglądać jak z odwagą zmieniasz je w rzeczywistość. Śmieją się, bo lęk, który im towarzyszy, nie pozwala im zrobić tego, co Ty już zrobiłaś. A marzenia Ci nie ukradną, bo nie da się go skraść. Dlatego nie zważaj na tych, którzy nie stoją za Tobą murem. Idź swoją wybraną drogą do celu.

Tasiemka na nadgarstku daje Ci znak, byś nie zapominała lub nie obawiała się mówić o rzeczach, których potrzebujesz. Często nie zdajemy sobie sprawy, że druga osoba nie ma zielonego pojęcia o tym, co kryje się w naszym wnętrzu. I choćby nie wiem jak chciała, to nie zgadnie, o co Ci chodzi. Nikt nie zgadnie, czego chcesz dopóki mu tego konkretnie nie powiesz. Dlatego ChouChou krzyczy „podziel się z nią/nim Twoim marzeniem, nie obawiaj się, bo może będzie mógł pomóc”.

Dlaczego warto mówić o marzeniu? Mianowicie dlatego, że nie zawsze znasz wszystkie rozwiązania. Ale zawsze istnieje ktoś, kto może je znać. Przecież każdy człowiek posiada inne doświadczenia, inną wiedzę i specjalizuje się w czymś innym. Niekiedy osoby będą Ci podsuwać gotowe rozwiązania, kiedy indziej dadzą Ci początek jakiejś myśli lub sposobu na pokonanie problemu. To od Ciebie zależy, czy skorzystasz z ich pomocy, czy nie. Ja radzę zastanowić się nad tym, co proponuje Ci ktoś inny i przemyśleć „czy to jest właśnie to, czego mi potrzeba”. Jeśli tak, to przyjmij jego pomoc i bardzo szczerze za nią podziękuj, bo przecież ta osoba nie ma żadnego obowiązku Ci pomagać, to wszystko zasługa dobrej woli.

Przytoczę Ci historię która przydarzyła mi się podczas zbierania materiałów do mojego filmu. Powiedziałabym, że to wszystko było wynikiem przypadku, lecz nic nie dzieje się przez przypadek.. Pewnego dnia trafiłam do mędrca. Podczas rozmowy o marzeniach zwierzyłam mu się, że ja realizuję wszystkie swoje cele. Na co on z uśmiechem stwierdził, że go to nie dziwi, bo jestem u niego od niecałej godziny, a już zdołałam mu w uroczy sposób opowiedzieć o tym, co jest mi potrzebne. Stwierdził, że należę do grupy ludzi którzy, kiedy potrzebują czekolady, to zaczynają jej poszukiwania. I wiecznie mówią wszystkim, że chcą czekolady. A gdy ktoś powie im, że ma ziarna kakao, oni biorą ziarna, szczerze za nie dziękują i zaczynają poszukiwania kogoś, kto im te ziarna zmieli. I przyznam, że się z nim absolutnie zgadzam.

Gdy marzyłam o studiach na Akademii Sztuk Pięknych, przytrafiła mi się właśnie taka historia. Dzięki temu że mówiłam dokładnie i otwarcie o tym czego chciałam, poznałam profesora, który przygotował mnie do tych studiów. Pewnego dnia stałam w sklepie dla plastyków, by kupić farbę. Przede mną stała kobieta, która sama nie wiedziała czego chce, a ja za moment zaczynałam mój kurs malarstwa. Zaczęłam się denerwować i poganiać ją, żeby się pospieszyła. Stojący za mną starszy Pan zaczął się ze mnie śmiać, a gdy mu wyjaśniłam dlaczego jestem taka niecierpliwa i jak ważne jest dla mnie bym nie spóźniła się na kurs przygotowawczy na studia moich marzeń, dał mi swoją wizytówkę i powiedział, bym do niego zadzwoniła. Tak też zrobiłam. Starszy Pan okazał się czcigodnym profesorem malarstwa na ASP. I tak przez cały rok pozwolił mi uczęszczać na zajęcia ze swoimi studentami.

Dziś mam dyplom magistra Sztuki w dużej mierze dzięki temu, że wtedy jasno i klarownie wypowiedziałam moje marzenie.

Oczywiście, życie będzie testować Twoją determinację i niekiedy podsunie Ci ludzi dających złe rady – od Ciebie będzie zależało, czy posłuchasz ich, czy nie. Także do Ciebie należy decyzja, czy weźmiesz „ziarna kakao” i pójdziesz szukać kogoś z młynkiem. Czy też będziesz szukać gotowej czekolady. Wybór zawsze należy do Ciebie.

Ze szczerego serca radzę, mów o swoim celu. Jeżeli marzysz o swoim domu, a ktoś nagle Ci powie, że zna specjalistę od kredytów i może Cię z nim skontaktować, podziękuj, weź kontakt, zadzwoń. Porozmawiaj z tą osobą, bo może właśnie ona podpowie Ci najlepsze rozwiązanie, o którym sama nie pomyślałaś. Nie gardź nawet najmniejszą formą pomocy, bo to, co wydaje Ci się błahostką może okazać się kamieniem milowym w tym co robisz.

Jest tylko jeden warunek, podczas korzystania z „głośnego mówienia”. Trzeba wiedzieć, że jeśli się bierze, to trzeba dawać. A zatem nie bądź głucha na osoby mówiące wokół Ciebie. Słuchaj ich, bo może właśnie Ty masz klucz do ich marzenia. Magiczna energia ma to do siebie, że dawana wraca ze zdwojoną silą. Dlatego oprócz mówienia, słuchaj. Nie bój się ludzi, oni nie są źli. Ludzie pomagają, trzeba tylko umieć ich poprosić i nie wolno ich wykorzystywać. Pamiętaj, to co dajemy, to do nas wraca. Dlatego jeśli postanowisz prosić świat o pomoc, sama też będziesz musiała pomagać innym. Ale nie jest to nic, czego należy się obawiać.

Kamila Kubiak jest absolwentką Wydziału Grafiki na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Pracowała w najlepszych agencjach reklamowych świata w Paryżu, Nowym Jorku, Moskwie i w Warszawie. Jest laureatką wielu międzynarodowych nagród m. in. Cristal Award w Nowym Jorku. W 2010 roku porzuciła świat reklamy, by rozpocząć pracę nad długometrażowym filmem animowanym, którego jest pomysłodawcą, scenarzystą i współreżyserem. Jest właścicielką marki ChouChou Like Me, która ma swoje korzenie w coaching’u i pomaga innym realizować ich marzenia i osiągać cele.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.

 

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Dlaczego decydujemy się na pomaganie innym? – wyjaśnia psycholożka

Pomagamy na wiele sposobów. Warto jednak zaznaczyć, że ponad 1/3 polskiego społeczeństwa deklaruje udział w akcjach dobroczynnych poprzez wsparcie finansowe lub rzeczowe. Nadal zatem łatwiej nam dzielić się pieniędzmi niż wolnym czasem. (fot. iStock)
Pomagamy na wiele sposobów. Warto jednak zaznaczyć, że ponad 1/3 polskiego społeczeństwa deklaruje udział w akcjach dobroczynnych poprzez wsparcie finansowe lub rzeczowe. Nadal zatem łatwiej nam dzielić się pieniędzmi niż wolnym czasem. (fot. iStock)
Za chęcią niesienia pomocy kryją się różne psychologiczne mechanizmy, wspólne dla wszystkich ludzi. Co, tak naprawdę, nam samym daje angażowanie się w pomoc? - tłumaczy Joanna Gutral, psycholożka z Uniwersytetu SWPS.

Nasza charytatywna aktywność zwiększyła się znacznie w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Polacy coraz chętniej podejmują pomocowe działania, co można zresztą zaobserwować przy okazji pandemii koronawirusa. Służą one nie tylko tym, którzy otrzymują pomoc, ale służą też psychicznemu dobru tych, co pomagają. Zresztą każdy, kto angażuje się chociażby w coroczne finały WOŚP wie, jaka się wówczas „rozchodzi” pozytywna energia.

Pomaganie nie jest nowym przedsięwzięciem. –  Działalność dobroczynna ma długie tradycje. Pojawiła się znacznie wcześniej niż pomoc społeczna organizowana przez państwo i samorząd terytorialny. Powstała z potrzeby pomagania, przekonań wewnętrznych, ale także poczucia obowiązku, a czasem z chęci zyskania rozgłosu – zaznacza prof. Iwona Sierpowska, prawnik z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

Dlaczego pomagamy?

– Przede wszystkim istnieje coś takiego jak wymiana społeczna i norma wzajemności. Wedle tej normy, kiedy pomagamy myślimy o tym, że gdy będziemy w potrzebie, znajdzie się ktoś, kto pomoże nam – i to motywuje nas do wzajemnej pomocy. – podkreśla Joanna Gutral, psycholożka. – To jest taka wiara w to, że nie jesteśmy sami i zawsze znajdzie się ktoś, kto nam pomoże, więc my też powinniśmy pomagać. Poza tym, przyjście komuś z pomocą łagodzi nasz wewnętrzny dyskomfort patrzenia na czyjąś krzywdę. Nie lubimy kiedy komuś dzieje się źle. Zatem wolimy pomóc, żeby to poczucie krzywdy zmniejszyć. To, co również jest ważne: jesteśmy istotami empatycznymi.
Jesteśmy altruistami. A zatem współodczuwanie i chęć pomocy są wpisane w nasze człowieczeństwo. Jest to dość naturalny odruch.

Co nam daje pomaganie? Jakie czerpiemy korzyści psychologiczne?

Pomagając potrzebującym bez wątpienia przyczyniamy się do poprawienia ich sytuacji. Nieważne, czy wpłacamy pieniądze na operację wady serca u dziecka, czy bierzemy udział w karmieniu bezdomnych, czy poświęcamy czas starszym, samotnym ludziom – zawsze dokładamy „cegiełkę” do tego, żeby świat był lepszy. Sami jednak też czerpiemy z tego dawania dobra.

- To, co jest ważne, to że pomaganie jest nagradzające dla nas samych. Lubimy myśleć o sobie dobrze, a myślimy o sobie dobrze wtedy, kiedy dobrze postępujemy. Zatem pomaganie pozwala nam na patrzenie na siebie w pozytywnym świetle – podkreśla psycholożka i dodaje. –  Przez to, że postępujemy dobrze i widzimy się w dobrym świetle, wzrasta nasza samoocena. Poza tym, jako osoby, które pomagają otrzymujemy wsparcie społeczne i aprobatę społeczną. Bezapelacyjnie wszyscy postrzegają pomaganie jako pożądane zachowanie.

Lepsze samopoczucie, wyższa samoocena i przekonanie, że mamy społeczne wsparcie (niemal w każdym społeczeństwie docenia się ludzi, którzy są pomocni) – to jeszcze nie wszystkie profity, jakie daje nam niesienie pomocy. Joanna Gutral podkreśla też, że spotykając się z innymi osobami, które pomagają, zaczynamy przynależeć do pewnych mniejszych społeczności. Poznajemy wówczas osoby, które łączy wspólna pasja (w pomaganiu, w wolontariacie), a to również daje nam wsparcie w życiu i poczucie sprawstwa.

Czym w takim razie kierujemy się przy wyborze celu, który wspieramy? – Przede wszystkim tym, na ile jest on dla nas istotny. Jeżeli interesujemy się zwierzętami, lub jesteśmy miłośnikami zwierząt, to zapewne możemy zdecydować się na to, żeby pomóc zwierzętom w schroniskach. Jeśli kogoś z naszych bliskich, lub nas samych, spotkała jakaś sytuacja zdrowotna, życiowa, losowa, która wymagała wsparcia, to aktywność poznawcza tego zdarzenia na pewno pozwoli na to, aby bardziej skoncentrować się na pomaganiu w tym obszarze. – Joanna Gutral podkreśla, że dane zdarzenie musi być dla nas ważne. – Pomagamy w tych obszarach, które wydają nam się najbardziej istotne, ale przede wszystkim pomagamy z nadzieją na to, że jeżeli znajdziemy się w złej sytuacji - to ktoś pomoże nam.

Jakie formy pomocy najczęściej wybieramy?

– Najchętniej pomagamy finansowo, ponieważ mamy poczucie, że faktycznie dajemy komuś pomoc, a nie wymaga to od nas aż tak dużego poświęcenia czasu. – zaznacza terapeutka – Pomagamy również aktywnie, przez różnego rodzaju wolontariaty. Dobrze jest  taki wolontariat zaaranżować na rzecz pewnej zabawy, miłego spędzania czasu, tak, aby nie tylko mieć poczucie, że dajemy coś z siebie, ale że coś otrzymujemy w zamian za tę pomoc. I tak jak wspomniałam wcześniej: najważniejsze jest to, aby pomóc w obszarze, który uważamy za ważny, ponieważ tylko taka motywacja wewnętrzna pozwoli nam na to, aby w pełni oddać się temu pomaganiu i jednocześnie czerpać z tego satysfakcję.

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Styl Życia

„Pomagamy jak umiemy kobietom” - akcja pomocowa Rossmanna

Jeśli jeszcze nie masz aplikacji Rossmanna, warto ją ściągnąć, bo dzięki niej, robiąc nawet najdrobniejsze zakupy, możesz pomagać innym  - wystarczy przy kasie zeskanować numer swojej karty Klubu Rossmann. (Fot. iStock)
Jeśli jeszcze nie masz aplikacji Rossmanna, warto ją ściągnąć, bo dzięki niej, robiąc nawet najdrobniejsze zakupy, możesz pomagać innym - wystarczy przy kasie zeskanować numer swojej karty Klubu Rossmann. (Fot. iStock)
To już V edycja sztandarowej akcji pomocowej Rossmanna. W tym roku firma zdecydowała sie pomagać kobietom znajdującym się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Będzie to pomoc od kobiet, bo to one są głównie klientkami Rossmann – dla kobiet. "Pobijmy wspólnie rekord – zbierzmy więcej niż te 5 mln w ubiegłym roku!'"

 

Zasady akcji są proste: klienci zbierają „pomocowe” punkty skanując kartę Klubu Rossmann podczas swoich, nawet najdrobniejszych, zakupów. Im częściej to zrobią, tym więcej punktów zgromadzą. Ten mały gest naprawdę pomaga! Uskładaną przez siebie liczbę punktów na bieżąco można sprawdzać w aplikacji Rossmann PL, klikając w zakładkę „Profil”.

Pod koniec roku firma Rossmann zamieni te punkty na złote, a następnie pomoc o takiej wartości (finansowa i/lub rzeczowa w postaci dostępnych w naszych drogeriach produktów) powędruje do placówek, które zostaną w tym roku obdarowane.

Komu Rossmann pomoże w 2021? Oczywiście kobietom, w tym: - nastoletnim matkom - kobietom dotkniętym przemocą domową - matkom wychowującym niepełnosprawne dzieci - samotnym matkom - dziewczętom z domów dziecka, które opuszczają placówki i wkraczają w dorosłość - dziewczętom i kobietom dotkniętym ubóstwem menstruacyjnym, których nie stać na środki higieniczne

Do 15 stycznia trwał nabór organizacji do których trafi nasza wspólna – klientów i Rossmann - pomoc. Jak co roku typowali je pracownicy naszych drogerii. Już wiadomo, że będziemy współpracować z fundacjami, które na co dzień zajmują się kobietami w trudnej sytuacji życiowej m.in: *) Niebieską Linią Instytutu Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego prowadzącą poradnię telefoniczną dla osób, które doświadczyły lub dalej doświadczają przemocy domowej *) Fundacją Ktoś oraz Fundacją Między Niebem a Ziemią, obie organizują m.in. „pomoc wytchnieniową” dla opiekunów osób niepełnosprawnych (gdy opiekun medyczny czuwa przy takiej osobie, rodzina może załatwić niezbędne sprawy czy po prostu odpocząć psychicznie).

W tym roku po raz pierwszy Rossmann przekaże w ramach naszej akcji wsparcie finansowe - na konkretne projekty wybranych instytucji, oraz, tradycyjnie, pomoc w postaci wybranych przez same organizacje charytatywne produktów z asortymentu Rossmann np. środków czystości, podpasek czy pieluch. Każdej z zakwalifikowanych do „Pomagamy…” organizacji gwarantujemy pomoc w wysokości co najmniej 5 tys. zł (lub odpowiednik tej sumy w produktach).

Zbierzmy wspólnie jak najwięcej i pobijmy 5 000 000 zł, które udało się nam przekazać w 2020 r. Wasze punkty są bezcenne, każdy ma ogromną moc pomagania…kobietom!

(Fot. materiały prasowe Rossmann) (Fot. materiały prasowe Rossmann)