1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Współczesna Matka Polka

Współczesna Matka Polka

fot.123rf
fot.123rf
- Dobrze być jak najlepszą matką, a nie matką idealną – podkreśla dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog SWPS – Wiem, że bardzo trudno jest znaleźć kompromis między życiem domowym i własnym życiem, jednak obserwuję, że coraz więcej kobiet tę próbę podejmuje. Często z wielkim sukcesem dla siebie i rodziny.

Jaka jest współczesna polska mama? Można ją scharakteryzować?

Nie ma jednego wzorca matki w Polsce, choć jednym z dominujących jest bez wątpienia Matka Polka. Ale kim ona w ogóle jest? Zapytałam kiedyś moich studentów o to, kogo widzą gdy myślą "Matka Polka". Powiedzieli, że widzą zmęczoną kobietę z siatkami pełnymi zakupów spożywczych dla rodziny. Można zatem powiedzieć, że Matka Polka to kobieta, która poświęciła się macierzyństwu i rodzinie, rezygnując po części z własnego życia i przyjemności.

Skąd w ogóle wziął się ten archetyp Matki Polki? Taki model jest typowo polskim zjawiskiem?

Rzeczywiście ten portret jest dość charakterystyczny dla kobiety polskiej. Dlaczego? Trudno wyjaśnić to z pewnością, ale myślę, że nie bez znaczenia jest historia naszego narodu, która naszpikowana jest dramatycznymi walkami, zaborami czy okupacją. Kobiety opiekowały się swoimi walczącymi mężczyznami - mężami i synami, a często także traciły ich w wyniku walk. Tym bardziej chciały zapewnić rodzinie dobrobyt, spokój i bezpieczeństwo. Potem w okresie PRLu, gdy mężowie działali politycznie albo byli więzieni, musiały często same dbać o dom. Ten wzorzec związany jest też z dominacją religii w Polsce. Idealną matką w świetle Kościoła jest matka, która się poświęca.

Rezygnując z siebie?

To się trochę w tej chwili zmienia, bo na szczęście czasy są inne niż kiedyś. Jednak w wielu domach ten archetyp pozostał i jest realizowany. Trudno jednoznacznie oceniać czy to dobrze czy źle i dla kogo. Z jednej strony poświęcająca się matka dba o dom i zaspokojenie potrzeb, więc to dobrze dla rodziny. Z drugiej jednak może ciążyć na dzieciach poczucie wdzięczności za to poświęcenie i prowadzić do problematycznego uwikłania emocjonalnego miedzy matką a pozostałymi domownikami. Dla kobiety bycie Matką Polką też może nieść pewne korzyści psychologiczne - np. poważanie społeczne, podziw, uznanie ze strony rodziny i osób z zewnątrz. Z drugiej jednak strony ciągłe poświęcanie się rodzi zmęczenie, frustracje i rozczarowanie życiem.

Na ile działa u nas ten wizerunek obecnie? Jak mocno jest zakorzeniony?

Ten wzorzec jest na tyle silny, że nawet kobiety, które decydują się na własny rozwój mają zwykle wyrzuty sumienia. Starają się więc zrekompensować to dzieciom jak tylko potrafią najlepiej, np. wykorzystując cały wolny czas po przyjściu z pracy na aktywną zabawę z dzieckiem. Nie przyznają się np. do tego, że czasem włączają dziecku bajkę. Jest to zresztą bardzo negatywnie postrzegane, gdy kobieta włącza dziecku bajkę, a sama czyta w tym czasie gazetę albo odpoczywa. A w moim przekonaniu, o ile nie jest to dominujący sposób opieki nad dzieckiem, nie ma nic złego w tym, że na chwilę zajmiemy dziecko bajką a same weźmiemy prysznic czy po prostu poleżymy na kanapie.

No tak, ceną za łamanie wzorca są wyrzuty sumienia, pomimo tego, że w obecnych czasach i tak na utrzymanie rodziny muszą zwykle pracować 2 osoby. W jakim więc kierunku ewoluuje ten wzorzec?

Współczesna matka musi być najlepsza we wszystkim! Z Matki Polki przekształca się w kobietę omnipotentną. Ma być świetną mamą, pracownicą, świetna w łóżku i w ogóle we wszystkim…. Rozwój społeczny idzie w takim kierunku, że jesteśmy coraz bardziej zależni od innych. Dążymy ciągle do perfekcjonizmu. Cokolwiek byśmy nie robili, musi to być aprobowane przez innych ludzi. Na skutek tej zależności dane wzorce ulegają wzmocnieniu i uzupełnieniu. U nas jest wzorzec kobiety, która musi być już nie tylko doskonałą matką i opiekunką domowego ogniska, ale musi się sprawdzać w nowych rolach. W pewnym momencie na to wszystko zwyczajnie nie starcza czasu. Doba ma tylko 24 godziny. Dlatego też kobiety w Polsce są tak sfrustrowane i przemęczone. Kiedyś musiały tylko dobrze dbać o dom i rodzinę, teraz łączą wiele różnych obowiązków.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kochać żonatego

Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Są kobiety, dla których bycie kochanką jest rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują chęć posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn żonatych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie można się przytulić w miejscach publicznych. Czasem wręcz nie można się przyznać do znajomości. Nie można do niego zadzwonić, gdy ma się stłuczkę, bo on i tak nie przyjedzie na pomoc.

Są kobiety, które nie chcą się angażować w bliskie relacje i twierdzą, że bycie kochanką jest dla nich rozwiązaniem idealnym. Są też takie, które deklarują pragnienie posiadania rodziny, a jednak typują do roli partnerów mężczyzn już będących mężami innych kobiet. Czy mają szansę na powodzenie – odpowiada psychoterapeuta Tomasz Srebnicki.

Kobieta poznaje mężczyznę, chciałaby sobie ułożyć życie, ale okazuje się, że on jest żonaty. I co ona ma zrobić?
Zostawić żonatego i poszukać takiego, który jest wolny. Oczywiście, każda kobieta (jak i każdy mężczyzna) ma w sobie potencjał do zostania kochanką (kochankiem), takie przypadki się zdarzają: w delegacji, na imprezie, po alkoholu, z kolegą ze szkoły… Ale jeśli się zdarzyło, to rozumiem, że nie trwa długo. Owszem, poniosły mnie emocje, ale teraz widzę, co się dzieje, i kończę tę relację. Zrównoważony pod względem samooceny, wyborów moralnych, odpowiedzialności za siebie i za drugą osobę człowiek nie wszedłby w relację długotrwałego, przynoszącego cierpienie wielu stronom romansu. A relacja z żonatym mężczyzną taka będzie.

Przeczytałam na jednym z forów: „Ja tylko walczę o swoje szczęście, gdyby żona spełniała wszystkie jego potrzeby, to on nie musiałby szukać gdzie indziej”.
To, o czym pani czyta na forach, jest próbą radzenia sobie z łamaniem tabu. Ponieważ w naszej kulturze bez względu na to, jak nowocześni jesteśmy, posiadanie kochanki czy kochanka jest tabu. Osoba, która wchodzi w trójkąt, zagraża istnieniu rodziny. Najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym dyskomfortem jest przekierowanie odpowiedzialności za całą sytuację na drugą kobietę, żonę. Dla niektórych kobiet kochanek źródłem satysfakcji i przyjemności może być również to, że w konkurencji o samca one są ważniejsze.

Potrzebują usprawiedliwienia, żeby nie czuć się złą osobą?
Jeśli komuś zależy przede wszystkim na byciu dobrym, to nie wchodzi w bycie kochanką!

Bo kochanka zawsze nosi piętno?
Bo narusza równowagę społeczną. Jeśli żyjemy w kulturze, która wprawdzie dopuszcza posiadanie kochanki, ale nie wynegocjowała wzorca, że można ją posiadać, to na to piętno bycia kochanką kobieta się sama skazuje.

Wydaje się, że wiele kobiet nie ma poczucia sprawczości. Często słyszę: „Tak wyszło”. Jakby zostały wrzucone w tę sytuację.
Ja bym to wiązał z kulturowym wzorcem uwodzenia: to mężczyzna uwodzi, a kobieta się poddaje. On inicjuje grę, której ona ulega. To oznacza, że kobieta jest mało odpowiedzialna za to, że wchodzi w relację. Jest uwodzona i w sposób bezwolny się w coś angażuje. Ten sam mechanizm jest widoczny w nawiązywaniu romansów, z wyjątkiem pań cynicznych, które z góry zakładają romans jako wygodną dla siebie strategię. Ta bezradność rodzi potem kolejne problemy.

Jakiego rodzaju?
Właśnie takie, że kochanki żyją z piętnem albo tkwią w poczuciu bezradności, czują się jak w klinczu, nie wiedzą, co mają dalej zrobić. Warto wiedzieć, że mężczyzna nie bierze sobie kochanki po to, żeby z nią być. A to oznacza, że ona naraża się na życie w długotrwałej sytuacji niejasności, niedopowiedzeń, różnych skomplikowanych gier podjazdowych, które z reguły do niczego poza rozpaczą nie prowadzą.

Mówi pan, że mężczyzna nie bierze kochanki po to, żeby z nią być. To po co bierze?
Po pierwsze, żeby się dowartościować. Po drugie, bo ma przekonanie: „Moje potrzeby są najważniejsze, inni służą tylko do realizacji tego planu”. Biorę sobie kochankę, twierdząc, że to najbezpieczniejszy sposób na seks, szczególnie jeśli kochanka jest w małżeństwie, bo będzie uważać, dochowa tajemnicy, będzie też łatwiej się rozstać, gdy już nie będzie potrzebna. Trzecia przyczyna wiąże się z unikaniem bliskości. Na przykład mężczyzna uważa, że jego żona jest zbyt wymagająca, a nie potrafi się temu przeciwstawić, więc znajduje kochankę, która będzie służyła rozładowaniu napięcia między nim a żoną. Kochankę, która niczego od niego nie oczekuje albo tylko sprawia takie wrażenie. I dzięki temu on nie będzie musiał swojego problemu w małżeństwie rozwiązywać. Żona wprawdzie dalej wymaga, ale dzięki temu, że kochanka niczego nie chce, on nie musi konfrontować się z faktem, że ma kłopot w małżeństwie. Będzie się złościł na żonę, skarżył kochance, ale dalej nie tknie problemu. I to są często kochanki (i kochankowie) współpracujący. Czyli jakby zaangażowani w relację małżeńską, rozmawiają o tych problemach, są przyjacielscy, wspierający, co, oczywiście, do niczego nie prowadzi. Czwartym powodem jest chęć rozstania się z aktualną partnerką/żoną. Nie umiem inaczej – biorę sobie kochankę. Co ciekawe – po tym można poznać tę strategię, w jakiś dziwny sposób żona nagle dowiaduje się jakoś o kochance i…  musi dojść do rozwiązania. No i ostatni powód posiadania kochanków, który znam z pracy z pacjentami, to potrzeba większych wrażeń. Są tzw. szczęśliwe pary, które długo funkcjonują z zaangażowaniem, intymnością, natomiast z prostym problemem seksualnym, np. niezgraniem seksualnym lub większymi potrzebami jednej ze stron. I wtedy te kochanki służą dostarczaniu sobie różnego poziomu satysfakcji, często tylko seksualnej.

W tym wypadku mielibyśmy raczej do czynienia z przygodami, a nie długotrwałymi romansami?
W dodatku z jasno zwerbalizowanym kontraktem, że tak powiem, na seks. I tu pewnie większego kłopotu by nie było. Najgorzej mają te kochanki, gdzie jest albo problem z bliskością, albo potrzeba wyjścia z relacji poprzez kochankę.

Dlaczego one mają najgorzej?
Bo jeżeli się w to angażują, to najprawdopodobniej mają jakiś swój poważniejszy deficyt. I będą doświadczały cierpienia.

Czy przybywa kochanek?
Nie znam badań, natomiast intuicja mi mówi, że rzeczywiście jest więcej relacji pozamałżeńskich. To nie wynika z kryzysów małżeństwa, rodziny, tylko z większego przyzwolenia na strategię radzenia sobie z problemami pt. „nie rozwiązuję, tylko szukam uników”. Jest jeszcze problem promowania braku jakichkolwiek ograniczeń.

Nie przekonuje nas zasada: Nie da się zbudować szczęścia na cudzym nieszczęściu?
Ja generalnie nie wierzę w to powiedzenie, bo się z nim głęboko nie zgadzam. Raczej powiedziałbym, że nie da się zbudować szczęścia na swoim nieszczęściu. Bo zostawanie kochanką to jest własne nieszczęście i na tym faktycznie z reguły się nie da zbudować szczęścia.

A na czym polega to „własne nieszczęście”?
Bez względu na to, jak bardzo ta kochanka czuje się adorowana przez cudzego męża, warto się zastanowić, jak bardzo już na wstępie naraża się na unieważniające doświadczenia: nie spędzi z nim wigilii ani świąt; po 18 on musi być z żoną, bo ona się wścieka, gdy go nie ma; pół godziny po seksie on wstaje, bo musi wracać do domu.


Dokładnie – jakie są zaczątki tego związku? To unieszczęśliwianie siebie.

Jakie jeszcze koszty ponosi kochanka?
Kosztem generalnym jest nieszczęście wszystkich. I kochanka, i kochanki, żony czy męża, dzieci. Kosztem jest zdrowie psychiczne, a jeśli u kobiety istnieje podatność, to problemy z nastrojem, depresją, z odżywianiem itd. Nie wprost, ale jako efekt zupełnie niepotrzebnego wystawiania się na działanie różnych stresorów. Dalej – banalne narażanie się na odkrycie tej zdrady, co podobno powinno niektórych podniecać, ale z reguły nie podnieca. No i wreszcie ogromna samotność.

Kiedyś dochodziłoby jeszcze niebezpieczeństwo powicia bękarta. Teraz już chyba ta figura nie funkcjonuje, ale w ogóle urodzenie dziecka z mężczyzną, który ma inną rodzinę, to jest narażanie tego dziecka na samotność i odrzucenie.
Z tym łączy się łamanie tabu: żeby nie następował rozpad społeczeństwa, będzie ono dążyło do przywrócenia równowagi. Dobrze, że zaczęliśmy tolerować dzieci pochodzące z nieprawego łoża, bo to jest jednak zjawisko teraz dość częste, natomiast rodzi się pytanie: Po co się na to narażać? Choć to pytanie powinno być czynnikiem poprzedzającym wejście w całą historię: „Czy warto?”.

Chyba na początku nie myśli się o konsekwencjach. Może wszystko przesłaniają jakieś nadzieje? Na co może liczyć singielka, wchodząc w relację z zajętym mężczyzną?
Pewnie różnie kobiety by odpowiedziały, ale na przykład podświadomie na to, że tego związku nie będzie. Coś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni: „I tak mnie nikt nie pokocha, mnie nie może się udać”. Taka relacja miałaby służyć do potwierdzenia takiego sposobu myślenia.

Czy bycie kochanką zawsze źle się kończy? Niektóre badania mówią, że raptem 3 proc. mężczyzn zostawia swoje żony i wiąże się z kochankami.
Czyli za dobre zakończenie przyjmujemy, że kochankowie zostają małżeństwem?

Znam kilka historii, które właśnie tak się skończyły.
Ja bym tego końcem nie nazwał. Może być tak, że kochanek i kochanka, czyli nowa para, która powstała na skutek rozwodu, są dojrzałymi, rozsądnymi ludźmi i potrafią sobie wytłumaczyć, dlaczego w taki sposób weszli w relację i mogą na zrozumieniu tego budować związek. Może tak być, choć to wymaga cholernie dużo pracy.

Czyli nie mogli się inaczej rozstać z pierwszymi partnerami?
Są też prostsze motywacje: mąż nie chce dziecka, a kobieta tak, znajduje więc kochanka, który też chce mieć dziecko, a z kolei jego żona nie ma takich planów. I znowu mamy tu trudny początek, ale to jest do przepracowania. Najważniejsze, że nie ma włączania się w trójkąty. To etap wychodzenia ze starej relacji i wchodzenia w nową.

Mam wrażenie, że takich rozwiązań historii z kochankami jest mniej niż nieszczęśliwych romansów, bolesnego tkwienia w nierozwiązywanej latami sytuacji niedopowiedzenia.
Cudzołóstwo zawsze było grzechem. I nie chodzi o religię i o grzech moralny, tylko że człowiek potem ponosi dramatyczne konsekwencje tego typu zachowań.

Co można by podpowiedzieć kobiecie, która weszła – z różnych względów – w relację z żonatym mężczyzną? Może wierzyła w jego obietnice, może sama sobie zbudowała iluzję, że ten cudzy mąż stanie się kiedyś własnym, ale on się nie staje, sytuacja się przeciąga, cierpienie się pogłębia…
Żeby wyszła z tej relacji.

A jeśli nie ma siły? Nie wierzy, że to możliwe, cierpi i nie umie tego przerwać.
Powiedziałbym tak: „Rozumiem, że cierpienie, którego doświadczasz teraz, jest cierpieniem mniej zagrażającym niż to, którego myślisz, że doznałabyś, rozstając się z tą osobą”. I tu jest już kwestia podjęcia decyzji. Czy chcesz dalej cierpieć, czy chcesz coś zrobić ze swoim życiem?

Czy mogą pomóc rozmowy z koleżankami albo psychoterapeutą?
Rozmowy z koleżankami z reguły pokazują, jakie koleżanki mają fantazje albo jak by chciały sobie poradzić ze swoimi mężami. Lepiej zwrócić się do mądrych, dojrzałych kobiet, pozytywnie nastawionych do tej naszej kochanki. Babcia może się okazać lepsza niż koleżanki. Natomiast terapeuta może pomóc w określeniu, dlaczego kobieta znalazła się w takiej relacji, czego się boi w wyjściu z niej. I zdecydować, czy mam dosyć, czy chcę w tym być. Bo kobieta może mieć potrzebę tkwienia w chorym, niszczącym ją układzie. Chce tylko zminimalizować cierpienie z tym związane, na przykład lepiej sobie radzić, gdy kochanek wyjeżdża z żoną na narty. Teraz to strasznie przeżywa, a chciałaby, żeby ją to mniej ruszało.

I może się okazać, że wcale nie chcę niczego zmieniać? Że pasuje mi rola tej drugiej, że ja właśnie chcę dostawać jakieś emocjonalne resztki?
Tak. Co więcej, może się okazać, że to, że mówię, że jestem nieszczęśliwa, bardzo cierpię, jest też pewnym sposobem na życie. I jest to sposób dość wygodny.

Tomasz Srebnicki
, doktor nauk medycznych, psycholog, psychoterapeuta, asystent na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, wykładowca w Centrum Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej.

  1. Psychologia

Wzorce w relacjach. Może lepiej nie wiedzieć, jaki ma być mój partner?

Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
A może by tak porzucić oczekiwania, że on ma być opiekuńczy, zaradny, wysportowany i mieć niebieskie oczy? Bo czasami lepiej nie wiedzieć, jaki ma być i wybrać tego z etykietką „zupełnie do mnie nie pasuje”. Do czego taka postawa doprowadzi w związku, mówi life coach Joanna Godecka. 

To żadne odkrycie, że w związki wchodzimy rządzeni przez różnego rodzaju wzorce. Do czego może prowadzić ich nieuświadomione odtwarzanie w kolejnych relacjach?
Funkcjonując zgodnie z wzorcami, mamy tylko dwie drogi do wyboru. Nagle budzimy się dokładnie w takim samym związku, w jakim żyli nasi rodzice, albo w jego zaprzeczeniu. W jednym i drugim przypadku jest to nieprawda. A w pewnym momencie życia chcemy już tylko prawdy.

Kiedy wreszcie uświadomimy sobie te schematy i powiemy „dość”, tracą one swoją moc. Jednak wtedy docieramy jednocześnie do miejsca dużej niepewności. Potrzebny jest nam nowy pomysł. Jak go znaleźć?
Niczego nowego nie stworzymy, jeśli usiądziemy i będziemy myśleć, co już było, a czego jeszcze nie. Kalkulacja w sprawach uczuć nie ma żadnych szans. I tak zweryfikuje się negatywnie. Znowu wpadniemy w jakąś rolę i będzie teatr. Kiedyś mężczyzna miał zarabiać, a kobieta prowadzić dom, potem to zaczęło się zmieniać, kobiety zaczęły robić karierę i zapracowały na swoje złote karty kredytowe. Wszyscy to wiemy, ten proces ewoluował całe lata na naszych oczach. Natomiast teraz liczy się partnerstwo, oboje pracujemy, oboje przynosimy pieniądze. Czyli pojawił się następny model, w którym – jak widać – po raz kolejny grzęźniemy.

Często zdarza mi się pracować z ludźmi, którzy boją się związku, bo kojarzy im się on z ciasnym, dusznym pokojem, w którym nie ma okien. Mam wrażenie, że przeczuwają oni nadchodzącą katastrofę. I słusznie, bo każdy model jest jakimś schematem, jakimś ograniczeniem, a one przecież do niczego dobrego nie prowadzą.

Model partnerski może niektórych straszyć wymuszaniem niezależności, na którą nie każdy i nie zawsze ma ochotę. Jest tu też coś niebezpiecznie bezpłciowego.
Myślę, że związki budzą lęk przed codziennością, taką „misiowatością”. Ciągłe eksploatowanie tych samych zachowań sprawia, że przestają one być atrakcyjne. Schematem jest też myślenie, że jak żyjemy w związku, to pewne rzeczy musimy robić. Na przykład wracać po pracy do domu. I rezygnujemy z plotek u przyjaciółki, żeby partner nie czuł się zaniedbywany. Zawsze, gdy wyznaczamy sobie sztywne reguły, życie staje się obowiązkiem. Jeśli sobie pomyślisz, że musisz, jak się czujesz?

Źle.
A jeśli powiesz sobie: „chcę”, jaka energia jest w tym słowie?

Dużo lepsza. Będąc w związku, nie powinniśmy zapominać o swoich przyjemnościach, ale też nie róbmy z tego obowiązku. Jest chyba teraz taka tendencja, żeby dmuchać i chuchać na swoją strefę „ja”. A może czasem ktoś wolałby wrócić po pracy do domu i cieszyć się, że ukochana osoba jest blisko?
Doszłyśmy teraz do punktu prawdy. Sama próbuję jej szukać dla siebie i pomagać ją znaleźć ludziom. Mówię: „Poszukaj prawdy o tym, co tak naprawdę lubisz. Czego chcesz w życiu?”. Wydaje się, że są to najprostsze, podstawowe pytania, ale wbrew pozorom trudno na nie odpowiedzieć. Zwykle nie wiemy, co lubimy, bo to, co lubimy, zastąpiliśmy tym, co robimy. A że tego nie lubimy? Już o tym zapomnieliśmy.

Powiedzmy sobie: „nie wiem, jaki ma być mój związek, nie wiem, jaki ma być mój partner, ale wiem, co lubię”.
Tak. Wydaje mi się, że to lubienie jest drogowskazem do związku. A każdy lubi co innego, tutaj się nie trzeba od razu definiować. O ile damy sobie szansę, żeby zauważyć, co lubimy. W tej stołówce zwanej życiem dosyć wcześnie jesteśmy przyrządzani na takie danko, żeby nikomu nie zaszkodziło. Dziewczynki mają być grzeczne, chłopcy zresztą też. Musimy to pranie mózgu troszkę odwrócić, wejść w siebie.

Kiedyś dostałam wino od koleżanki, która sama nie pije wina. Poszła do sklepu i powiedziała, że chce kupić wino dla koleżanki w prezencie. Polecono jej słodkie, bo ktoś założył, że kobiety takie piją. Ja go nienawidzę. Nie pijmy zatem słodkiego wina, skoro go nie lubimy. Pijmy to, co lubimy, i zorientujmy się w różnorodności swoich ulubionych smaków. Używając tej monopolowej metafory – próbujmy w życiu różnych rzeczy, żeby móc jak najpełniej zdefiniować swoją osobowość.

Dobre warunki do zdefiniowania własnej osobowości mamy chyba podczas różnego rodzaju przerw, chwil spokoju. Na przykład między związkami.
Jeśli ktoś kończy związek i desperacko ląduje w następnym, zwykle robi to ze strachu. Powinniśmy mieć trochę czasu, żeby opadły emocje. Ale też, żeby zauważyć, w jakim punkcie jesteśmy, bo na pewno się zmieniliśmy, na pewno mamy już nowe doświadczenia. To jest dobry czas na rozmontowanie się, kiedy najlepiej nic nie robić i za bardzo nie chcieć. Pozwolić sobie na wielkie „nie wiem”.

Rozmontowanie się jest trudne, bo umysł chce się czymś zajmować. Poza tym mamy w głowę wbite hasła o wyznaczaniu celów, świadomym kreowaniu rzeczywistości. Co robić, kiedy naprawdę nie wiemy? Mówimy „nie wiem, jakiego chcę związku”, bo niby skąd mamy wiedzieć? Wyszliśmy ze schematów, które były znane, ale nieprawdziwe. Boimy się.
Ten lęk może znowu zaprowadzić na znane ścieżki albo złapiemy się byle czego. Z jakiego powodu niektórzy, będąc na przykład na wakacjach w Hiszpanii, wcinają hamburgery, zamiast delektować się miejscowymi specjałami? Bo boją się nowości. Wyobraź sobie, że nagle zapomniałaś wszystkie przepisy, które znasz. Otwierasz lodówkę, wyjmujesz produkty i zaczynasz eksperymentować. Odkrywasz nowe smaki dzięki temu, że przepisy wyleciały ci z głowy.

Zdrowo jest zapomnieć.
I zdrowo jest nie wiedzieć. Ta amnezja, to „nie wiem” i ten nieprzyjemny moment, kiedy czujemy, że już nie mieścimy się w jakimś schemacie i kompletnie nie wiemy, co mamy sobie dać zamiast – to powinno być nasze święto. Wtedy warto zabrać się do eksperymentowania. Iść do sklepu i nie ściągać z wieszaków tego, co zawsze – piątego szarego sweterka, tylko wziąć rzecz z etykietką „to do mnie zupełnie nie pasuje”.

Tak. Ale zwykle w tym momencie pojawia się psychiczny dyskomfort. Wzorce nie pozwalają być sobą, ale w pewien sposób chronią. Jak sobie pomóc?
Warto sobie pomagać technikami praktyki obecności. Na przykład świadomym oddychaniem, tym wszystkim, co nas zbliża do siebie samych. Kiedyś podczas sesji coachingu oddechu straciłam poczucie tożsamości. Byłam przerażona i miałam moment paniki. Jednak gdy wzięłam oddech z tym moim lękiem, poczułam, że wszystkie definicje są mi niepotrzebne. To, że ja jestem, to już definicja, nie muszę tego nazywać. Trzeba pozwolić sobie zbliżyć się do siebie, czuć tak, jak się czujemy. Beznadziejnie na przykład. Wtedy odkryjemy w tym coś szalenie bliskiego i idealnego.

Dopiero gdy zbliżymy się do siebie, możemy prawdziwie zbliżyć się do drugiego człowieka.
Nie podamy tu recepty na idealny związek, właściwie obojętne, czy będzie on mniej, czy bardziej partnerski. Chodzi o to, żeby dojść do tego, czy jest to nasz wybór. Czy jest to nasza prawda, czy coś, co nam narzucono.

To bliskie wolności.
Tak. A wolność czujemy w ciele. Gdybyśmy, żyjąc w jakimś schemacie, byli uważni na sygnały ciała, odkrylibyśmy, że na przykład barki są napięte, a kręgosłup trzeszczy. Schematy usztywniają, ciało zawsze pokazuje prawdę. Jego rozluźnienie jest dowodem, że żyjemy tak, jak lubimy.

Kiedy już zdecydujemy się pozostać w stanie „nie wiem”, przychodzi czas prób. Pojawiają się osoby, sytuacje, rzeczy, którym mówimy „nie”, chociaż na horyzoncie nie pojawia się jeszcze nic, czemu można powiedzieć „tak”.
Wtedy trzeba zmierzyć się z pustką. Ale tylko w momencie, kiedy przejdziemy przez ten etap, pojawi się coś naprawdę nowego.

Całkowitą pustką. Mam wrażenie, że nawet marzenia o tym nowym kimś mogą przeszkadzać.
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia, myślmy o tym, jak chcemy się w tym związku czuć. Radośni, wolni, uskrzydleni? W ten sposób dajemy życiu szansę, żeby nas zaskoczyło. Niespodzianki może wprowadzają chaos, ale nie są przypadkowe.

Wtedy pojawia się szansa, że w naszym życiu zmaterializuje się ktoś, kim wcześniej byśmy się nie zainteresowali. To znak, że schematy są już za nami.
Kiedy wchodzimy w nowy związek, jak najczęściej pytajmy siebie, co czujemy, bądźmy uważni na to, jak reaguje ciało. Ostrożnie wchodźmy w tę relację, zastanawiajmy się nad intencją działań, bądźmy czujni, czy robimy coś, bo chcemy, czy dlatego, że musimy. Czy jesteśmy sobą, komunikujemy swoje uczucia, nie udajemy niczego, ale jednocześnie pozwalamy partnerowi, żeby był sobą i wyrażał to, co czuje. Wówczas damy sobie szansę na wejście w prawdziwą totalną bliskość, która nie mieści się w żadnym wzorcu.

Joanna Godecka dyplomowany life coach, coach oddechu i terapeutka TSR. Specjalizuje się w tematyce związków partnerskich, skutecznego podnoszenia poczucia własnej wartości oraz atrakcyjności. 

  1. Psychologia

Matka pyta dziecko, jak żyć. Dziecko dyktuje ojcu, co ma robić. Jak zmieniły się role w rodzinie?

Zmiany są nieuchronne. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom. (Fot. iStock)
Zmiany są nieuchronne. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom. (Fot. iStock)
Świat stanął na głowie? Kiedyś role w rodzinie były jasno określone. Dziś stają się płynne, czasem wydają się karykaturalne, co rodzi niepokój o przyszłość rodziny. Czy istotnie jest się czego bać?

Co jak co, ale zmiany mamy ostatnio jak w banku. To, co wczoraj wydawało się stałe, dzisiaj już nie obowiązuje. Zawirowania, często radykalne i dotąd nie do pomyślenia, to globalny trend we wszystkich dziedzinach życia – od polityki po rodzinę. Zanim zdążymy je oswoić, już musimy konfrontować się z kolejnymi. Bo świat pędzi dziś w niespotykanym dotąd tempie i niespecjalnie ma ochotę się zatrzymać. A wraz z nim galopuje rodzina. No a galopując – co nieuniknione – zbacza z utartego szlaku. To z kolei wywołuje obawy, że oto upada podstawowa komórka społeczna.

Rodzina nie ma końca

Spokojnie. Kasandryczne przepowiednie wieszczące koniec rodziny słychać było już na początku ubiegłego wieku. Słynny przedwojenny socjolog Stanisław Rychliński, stypendysta Fundacji Rockefellera, po powrocie ze Stanów przestrzegał przed amerykańskim trendem, polegającym na rozluźnieniu rodzinnych więzów i na osłabieniu grup oraz instytucji stojących na straży rodziny. Z niepokojem punktował odpowiedzialne za to amerykańskie zjawiska społeczne. Jakie? Dobrze nam teraz znane. Atomizację życia, osłabienie nakazów moralnych i sąsiedzkiej wspólnoty, zawodową pracę kobiet, odciągającą matki i żony od domowych powinności, słabą kontrolę rodziców nad dziećmi, upadek autorytetu matek i ojców. W ten sam ton uderzała w latach 60. Barbara Łobodzińska, autorka książki pod wymownym tytułem „Manowce małżeństwa i rodziny”.

I co? Rodzina przetrwała. Czy ma się dobrze? Ma się inaczej. W tym czasie przeszła długą drogę od modelu wielopokoleniowego do dwupokoleniowego. Musiała przyswoić równouprawnienie kobiet i mężczyzn, rewolucję obyczajową, seksualną i kulturową. Zmieniła formę – kiedyś tworzyło ją małżeństwo, dziś coraz częściej są to luźne związki. Skorygowała też cele – kiedyś chlubiła się licznym potomstwem, dziś w planach jest jedno, co najwyżej dwójka dzieci, a bywa, że para decyduje się na bezdzietność. Dawniej małżeństwa trwały dozgonnie, dziś jedna trzecia kończy się rozwodem. I zmiana zasadnicza, czyli dotycząca ról w rodzinie – kiedyś ojciec decydował, miał posłuch, uczył, jak żyć, matka zajmowała się domem i dziećmi, a dzieci nie miały prawa głosu. Dziś to one są w centrum, one decydują, dyktują warunki, mówią „nie”, a nawet uczą rodziców.

Przełomowa w pojmowaniu roli rodziców okazała się książka amerykańskiego psychologa i psychoterapeuty Thomasa Gordona „Wychowanie bez porażek” i jego słynne zdanie: „Rodzice są ludźmi, a nie bogami”. Gordon napisał coś, co nie mieściło się dotąd w głowie – dziecko nie jest niczyją własnością i jako odrębna jednostka ma prawo do prywatności, samodzielności, rozwoju. Otwarcie skrytykował dotychczasowe sposoby rozwiązywania konfliktów między rodzicami a dziećmi, oparte na schemacie: zwycięzca – pokonany. „Wychowanie bez porażek” to prawdziwa biblia dla rodziców. Wprawdzie bezpowrotnie ich zdetronizowała, ale najważniejsze jest to, że przeorała ich świadomość.

Z kolei współczesny autorytet pedagogiczny Jesper Juul, duński pedagog i terapeuta rodzinny, autor świetnych książek na temat wychowania, uważa, że największą zmianą, jaka kiedykolwiek dokonała się w obrębie rodziny, jest to, że teraz dwoje ludzi ma duże oczekiwania wobec siebie nawzajem. W książce „Przestrzeń dla rodziny” pisze: „To, że życie w parze ma ludzi wzbogacać, jest całkiem nowym wymaganiem, zjawiskiem i miernikiem. Nasi dziadkowie tak nie myśleli”. To dobrze czy źle? Z jednej strony dobrze, bo ludzie dbają o swój rozwój. A z drugiej – niekoniecznie, bo jeśli partner tego oczekiwania nie spełnia, to drugi traci motywację do bycia razem.

Natomiast największą zdaniem Juula zmianą w sytuacji dzieci w ostatnim 30-leciu jest fakt, że nie istnieje dla nich żadna przestrzeń wolna od dorosłych. Dawniej mały człowiek kształtował swoje kompetencje społeczne w zabawie z rówieśnikami. Teraz nie ma już takiej możliwości, bo nawet kiedy przebywa w grupie, to pod czujnym okiem dorosłych, którzy do wszystkiego się wtrącają. „Niewesoło być dzisiaj dzieckiem z takimi dorosłymi, którzy nie odstępują go na krok” – konstatuje Juul.

Ale rodzice zwiększają przecież kontrolę nie bez powodu, między innymi dlatego, że świat staje się mniej bezpieczny. Tak więc zarówno nowy kurs w wychowaniu, jak i w pojmowaniu, praktykowaniu ról w rodzinie wymyka się jednoznacznym ocenom. Jedno jest pewne – zmiany są nieuchronne, nie ma więc co się na nie obrażać. Warto jednak mieć świadomość, że się dokonują, dostrzegać ich dobre strony, ale i korygować to, co nie służy ani dzieciom, ani rodzicom.

Mamo, zacznij mnie wreszcie wychowywać

Relacja matka – córka w naszym przypadku nigdy nie była jednoznaczna. Nieraz dopadała mnie myśl, że nie jestem dobra w swojej roli – mówi Anna Janko, pisarka, matka Andrzeja (35 lat) i Rózi (30 lat).

Urodziłam córkę o bardzo silnym charakterze. Zdecydowaną, mającą od dzieciństwa plan na siebie. Być mamą córki to szczególne uczucie, córkę kocha się zupełnie inaczej niż syna, tak jakby ona była częścią własnej żeńskiej tożsamości… Rózia od urodzenia wydawała mi się kimś bardzo znajomym. Gdy patrzyłam na nią, dwuletniego szkraba biegającego po domu, zadawałam sobie pytanie, skąd ja znam tę dziewczynkę. Bo miałam wrażenie, że znam ją całe swoje życie... Od początku nie chciałam łamać jej charakteru, mimo że jako dziecko impulsywne, z nadmiarem energii bywała naprawdę trudna, a w tamtych czasach nie zajmowano się dziećmi z ADHD. Radziłam sobie intuicyjnie, nie zmuszałam do przepisywania po sto razy zeszytów, nie katowałam siedzeniem cicho. „Najważniejsze, żeby mnie kochała”, tak myślałam. Obawiałam się, że jak będę zakazywać i wymuszać, to zniszczę nasze uczucie. Matka daje na coś szlaban, a dziecko wykrzykuje: „Nienawidzę cię!” – takiego scenariusza nie chciałam najbardziej na świecie.

Zamiana ról między nami polegała na tym, że ona od początku sama decydowała, co będzie robić, jak się ubierze, a ja się na to godziłam. Gdy czegoś chciała, robiła to tak czy owak, od razu albo sposobem. A gdy czegoś nie chciała, to nie było mowy, żeby ją przekonać. Przyszła na świat z gotowym modelem siebie, nie do korekty. A ja się bałam, że jak będę ją chciała prostować, to złamię. Podobało mi się to dziecko takie, jakie było.

Kiedy rozstawałam się z ojcem moich dzieci, podział na role w teatrze życia codziennego okresowo nie działał w ogóle... Najpierw wyprowadziłam się do innego mieszkania i podjęłam pracę w innym mieście, musiałam tam dojeżdżać na dwa dni w tygodniu. Dzieci (miały wtedy 16 i 11 lat) musiały więc radzić sobie same z pomocą sąsiadki. Same rano wybierały się do szkoły, robiły śniadanie, odrabiały lekcje, same się pilnowały… Taka dawka wolności to dla nich była rewolucja. A Rózia, przecież jeszcze mała, tęskniła. Nie zapomnę do końca życia takiej sceny: Wracam z podróży, oni oboje są w szkole, wchodzę do mieszkania, a tam w fotelu ktoś siedzi w moich spodniach, bluzie, adidasach. Szok. Ujrzałam sobowtóra. Zrobili manekina z moich wypchanych ubrań, z włosami z włóczki. To była inicjatywa Rózi. Bardzo za mną tęskniła. Dzisiaj mówi, że nie było mnie rok, a to trwało tylko od 1 maja do 10 czerwca, w poniedziałki i wtorki…

Po tym incydencie zabrałam ją ze sobą na stałe. Jednak nic nie zrobiło się dla mnie prostsze, nie umiałam zdecydować raz na zawsze, że odchodzę od męża, rozbijam rodzinę i zakładam nową z nowym mężczyzną. Wyrzuty sumienia kompletnie mnie demobilizowały. Wahałam się, zmieniałam zdanie, wracałam i uciekałam. Wydawało mi się chwilami, że wariuję. Pamiętam taki poranek, gdy wstałam z przeświadczeniem, że nie mogę tego zrobić, że trzeba wracać do domu, do dawnego życia. Zabrałyśmy swoje rzeczy i poszłyśmy na przystanek tramwaju jadącego na dworzec. Siedzimy tam. Ja w stanie jakiejś pokazowej dezintegracji przepuszczam tramwaj za tramwajem, bo znów nie wiem, bo znów mam wrażenie, że powinnam jednak zostać. Obok na ławce Rózia cierpliwie siedzi, nogami majta. „Dziecko wie – gdy wali się świat, trzeba czekać” – napisałam potem w powieści, w której umieściłam tę scenę. A wtedy wydawało mi się, że tkwię pomiędzy dwiema katastrofami! – Co robić, powiedz, co ja mam robić? – pytam nagle tę dziewczynkę, która jest moją małą córką. A ona odpowiada jak doświadczona kobieta, jak mądra matka: – Zostań z tym, kogo kochasz. Odpowiada spokojnym głosem jak dziecko prorok? Duch świata? Oprzytomniałam w tamtej chwili.

Relacja matka – córka

W naszym przypadku nigdy nie była jednoznaczna. Nieraz dopadała mnie myśl, że nie jestem dobra w swojej roli, że może w poprzednim życiu to ona była moją matką. Albo byłyśmy siostrami… Czasami wyobrażałam sobie siebie na jej miejscu i… nie umiałam być „dla siebie” taka surowa! Pamiętam na przykład, jak kiedyś po powrocie ze szkoły czymś zniecierpliwiona Rózia pyta: „Kiedy ty mnie wreszcie zaczniesz wychowywać?”. To był dla mnie jakiś komunikat. Że ma za małe poczucie bezpieczeństwa? Że wolność jest za trudna? Albo że chciałaby dla urozmaicenia posmakować choćby małej opresyjki…

Pamiętam jeszcze inną sytuację, która coś mi uświadomiła: Jedziemy razem tramwajem, Rózia, wtedy 17-latka, przed chwilą wróciła z podróży, zmęczona, głodna, ledwie żywa, ale mówi: – Jadę do koleżanki na wieś, teraz. Próbuję ją przekonywać: – Całą noc nie spałaś, przyjedziemy do domu, zjesz obiad, wyśpisz się i rano pojedziesz. Ona: – Nie, chcę od razu. Na co ja stanowczo: – Wysiadamy i idziemy do domu.

I wtedy ona wstaje i grzecznie idzie razem ze mną. Oczom nie wierzyłam. Ta wojowniczka! Zrozumiałam, że mogłam inaczej, że jeśli tylko bym pokonała to coś miękkiego, defensywnego w sobie, to byłoby normalne wychowywanie jak u ludzi… Tylko czy naprawdę można coś robić latami wbrew własnej naturze?

Gdy Rózia miała 14 lat, wyjechałam na sześciomiesięczne pisarskie stypendium do Niemiec. Zostawiłam z tatą dziewczynkę z warkoczami, w sukienusi, a po powrocie zastałam zmienioną nie do poznania fighterkę. Ojca owinęła sobie wokół palca, zmieniła szkołę na taką o artystycznym profilu, wolnościową, ścięła włosy i pomalowała je na zielono. Koła w uszach, kolczyk w nosie, glany. Byłam w rozpaczy. A ona mnie pocieszała, jakbym to ja zrobiła sobie krzywdę: – Nie martw się, mamo – powtarzała – przejdzie mi, to taki bunt młodzieńczy, za dwa lata mi przejdzie. (Ona to mówiła mnie!). Nie przeszło.

Nauczyłam się lubić styl, jaki wybrała, nauczyłam się rozumieć także kulturę squatterską. Bo jakby tego było mało – na pięć miesięcy przed maturą zamieszkała na squacie. Zdezerterowałam jako matka? Absolutnie tak. Wiedziałam, że sobie nie radzę, że oddaję pole metr za metrem. Ale przynajmniej starałam się z nią rozmawiać o konsekwencjach kolejnych decyzji. I wkładałam do głowy, że skoro tak, to musi wziąć odpowiedzialność za siebie, że rozsądek ponad wszystko, bo inaczej będzie bolało. Nas obie. Najważniejsze było dla mnie to, żeby nie stracić kontaktu. Dlatego szukałam dobrych stron jej wyborów. No i nic złego się nie stało, choć, wiadomo, obawiałam się narkotyków, alkoholu i wszelkich niebezpieczeństw czyhających na młode dusze. A ona właśnie wtedy prowadziła warsztaty, urządzała koncerty, gotowała dla bezdomnych. Maturę zdała, studia skończyła. Poznałam paru z jej squatterskich przyjaciół. Świetni, twórczy ludzie.

Teraz Rózia jest dojrzałą kobietą (zawsze była?), potrafi spawać, kłaść papę, oprawiać futryny, rąbać drewno. Podróżuje po świecie albo mieszka na wsi. Mamy wspólne zainteresowania: literaturę, kulturę. Piszemy mejle. Gdy przyjeżdża, dużo rozmawiamy. Widać, że czuję dumę, prawda? Że jest właś­nie taka: dzielna, odważna, realizuje swoje pasje, nawet te odlotowe, i zawsze jest sobą. O wiele bardziej niż ja. Zazdroszczę jej charakteru? Właśnie. Z siebie jako matki dumna nie jestem, rzecz jasna. Nie wypełniałam swojej roli wzorcowo… Jednak klęski jakimś cudem nie poniosłam. Z inną córką to by się mogło nie udać…

Gdybym mogła wrócić do początków, postępowałabym chyba tak samo. Bo czy można udawać w relacji z drugim człowiekiem kogoś, kim się nie jest? Nie można. Zresztą akurat dziecko zwykle wyczuwa fałsz szóstym zmysłem. A już życie w fałszu uważam za najbardziej destrukcyjne dla psychiki. Natomiast zrobiłabym wszystko, żeby spędzać z dziećmi więcej czasu. Bo one były puszczone trochę samopas. Teraz na pewno byłabym bardziej skupiona na nich, z większą uważnością współ­byłabym z nimi. Tego mi żal – wspólnego czasu, którego było za mało. Tak, uważność to jest ten klucz, którego nie znałam. Bez niepokoju nie ma rozwoju

 

  1. Psychologia

"Nie-swoi” ojcowie "nie-swoich" dzieci

Mężczyźni powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chcą być dla „nie-swoich” dzieci. (Fot. iStock)
Mężczyźni powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, kim chcą być dla „nie-swoich” dzieci. (Fot. iStock)
Wiążą się z samotną matką, która wnosi do związku własne dziecko. Jednak po rozstaniu z partnerką mężczyzna musi się rozstać także z owym „nie-swoim” dzieckiem, które zdążył pokochać. „Nie-swój” ojciec miewa poczucie winy lub po prostu tęskni do relacji z dzieckiem, chce pielęgnować tę zażyłość. W jaki sposób mądrze poradzić sobie z taką sytuacją? 

Sytuacji, w których mężczyzna związał się emocjonalnie z dzieckiem swojej partnerki i pragnie utrzymywać z nim kontakt, nawet jeśli w dorosłym związku wszystko poszło nie tak, jest coraz więcej. Bo też zmienił się model rodziny. I coraz częściej, zamiast ślubować sobie miłość, wierność oraz obecność na dobre i na złe, składamy obietnice na: „Zobaczymy, jak będzie”.

Problem jednak w tym, że w takiej sytuacji prędzej czy później padamy ofiarami tymczasowości. Wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby dorośli wcześniej, myśląc o dobru dziecka, rozwiązali sprawę opieki nad nim formalnie.

– Uczucia i ból mężczyzn, „nie-swoich” ojców, są ważne, ale najważniejsze jest to, czego potrzebują i co czują same dzieci, wrażliwsze i bardziej podatne na zranienie niż dorośli – mówi Anna Cwojdzińska, psycholog, psychoterapeuta systemowy w poznańskiej poradni zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży. – Szanując ból tych panów, zastanawiam się, czy realizowanie ich tęsknoty jest korzystne dla dziecka, czy o dobro dziecka najbardziej im chodzi.

Właśnie z uwagi na dobro dziecka mężczyzna, który nadal chce się nim opiekować, powinien sobie odpowiedzieć na pytania, czy może się w tej kwestii dogadać z byłą partnerką oraz dlaczego kontynuacja tego kontaktu jest dla niego ważna. Do czego ma on doprowadzić.

Serce na dłoni to za mało

Robert, „nie-swój” ojciec Mateusza, dziewięciolatka, pół roku po rozstaniu z Beatą, jego matką, mówi, że czuje się odpowiedzialny za chłopaka, który ewidentnie się do niego przywiązał. Nie może go ot tak porzucić, bo przez trzy lata, gdy próbowali zostać rodziną, razem zaplanowali całkiem spory kawałek przyszłości, np. wspólne chodzenie po górach, podróże. W pewnym momencie chłopak zaczął ubierać się jak Robert, czytać bajki, o których razem rozmawiali. Poza tym Mateusz daje mu impuls do działania – pozwolił odkryć w sobie uczucia „tacierzyńskie”, bo Robert nigdy nie miał własnych dzieci. Po rozstaniu z Beatą chciałby teraz te relacje oprzeć na przyjaźni dorosłego z dzieckiem i uważa, że to możliwe. Jednak Beata twierdzi, że Robert nie powinien mącić Mateuszowi w głowie. W końcu prędzej czy później oni, dorośli, zwiążą się z kimś innym. Jest przekonana, że zerwanie tej relacji to najwłaściwsze rozwiązanie.

Mariusz, „nie-swój” ojciec dziesięcioletniej Majki, coraz rzadziej widuje się z jej matką Iwoną. Mają za sobą półtora roku związku, ale Mariusz spodziewa się, że ich relacja nie przetrwa. Boi się tego, bo przywiązał się do Majki, a ona do niego. Nie chce stracić tej bezwarunkowej miłości, niewystawionej na namiętności dorosłych.

Maciej, „nie-swój” ojciec Mikołaja, siedmiolatka, którego mama Ania zginęła w wypadku, mówi, że przez dwa i pół roku udało im się stworzyć prawdziwą rodzinę. Z tej perspektywy błędem było niesformalizowanie związku (nieprzysposobienie dziecka), ale o śmierci nikt przecież nie myślał. On po prostu chce wychowywać Mikołaja i uważa, że dziadkowie, ludzie starej daty, nie zapewnią mu odpowiedniego rozwoju. Największym problemem Macieja jest to, że po śmierci Anny sąd rodzinny przyznał opiekę nad dzieckiem właśnie dziadkom (biologiczny ojciec już na samym początku zerwał z nim relacje), a ci nie chcą, żeby te kontakty były realizowane. Uważają, że uczucia Macieja są nieautentyczne, bo przecież nie jest prawdziwym ojcem Mikołaja.

– Chylę czoła przed tymi mężczyznami, kochającymi „nie-swoje” dzieci. Ale obawiam się, że to wszystko jest takie trochę „na teraz”. Z sercem na dłoni. „Bo ja chciałbym się spotykać”. Niestety, z dzieckiem nie można się tylko spotykać – mówi Anna Cwojdzińska. – Wielu z tych ojców niech odpowie sobie na pytanie, kim chciałoby być dla dziecka: mentorem, przyjacielem, starszym kolegą? Tylko czy jest możliwe stworzenie koleżeńskiej więzi między 40- a dziesięciolatkiem? – pyta retorycznie psycholog. – To relacja między dorosłym a dzieckiem, z gruntu asymetryczna. Dobrze, jeśli dziecko ma mentora – kogoś, kto je wspiera, pomaga mu rozwijać osobowość i pasję. Mentorem jednak może być też ktoś inny z rodziny dziecka (dziadek, wujek) lub nauczyciel, trener. Trener np. mówi: „Świetnie grasz w piłkę, będziesz dobrym zawodnikiem”. I taki kontekst spotkań jest o wiele jaśniejszy.

Randka z dzieckiem w tle

U „nie-swoich” ojców dzieci wyzwoliły uczucia, o które wcześniej by się nie podejrzewali, wyciągnęły z nich coś pięknego, choć trwało to dość długo. „Nie-swoi” oswajali się z myślą, że wiążąc się z atrakcyjną dla siebie partnerką, wchodzą w bliskie relacje także z jej dzieckiem. Uczyli się nowej roli.

– Tata biologiczny jest dany. W przypadku kolejnego mężczyzny zawsze mamy do czynienia ze swoistym „castingiem”. I od tego, czy dziecko zaakceptuje partnera, czy nie, często zależy jakość związku pomiędzy dorosłymi – wyjaśnia Anna Cwojdzińska. – Początek takich relacji dla młodszego dziecka bywa bardzo przyjemny. Bo przychodzi fajny pan, z którym można pograć na komputerze albo pójść do kina. Pan chce zrobić wrażenie na mamie, więc dba o to, by także dziecko spędziło miło czas. Później wszystko zależy od tego, w jaką ten pan wejdzie rolę. I też w jaką rolę pozwoli mu wejść matka dziecka.

Mariusz przyznaje, że Majka początkowo była „przystawką” do związku i utrudnieniem w realizacji namiętności. Ale kiedy już zaskoczyło, to na całego. Między nim a dziewczynką szybko zawiązała się nić porozumienia. Ta zażyłość nie była idealna, często słyszał: „Nie jesteś moim ojcem”. Odpowiadał wtedy: „I dobrze, bo nie muszę cię kochać. Ale mogę i bardzo mi na tobie zależy”. Zwykle kończyło się wspólnym śmiechem. Szybko też zaczął odprowadzać dziewczynkę do szkoły i odbierać ją stamtąd. Po roku poczuł, że stają się rodziną.

Robert na początku związku widział, że Beata ma opory przed jego kontaktami z Mateuszem. Blokowała bliższą relację z dzieckiem, nie chciała, żeby syn się przyzwyczajał do jej kolejnego partnera, bywała przewrażliwiona, a nawet miał wrażenie, że chroniła chłopca przed nim, odsyłając syna do biologicznego ojca zawsze wtedy, gdy miała się z Robertem spotkać. To prowadziło do napięć, bo często złościła się, że jej były jest złym opiekunem. Z czasem się to zmieniło. Robert zaczął zostawać na noc, na weekend, razem z Mateuszem odrabiali lekcje, opowiadali sobie na dobranoc zmyślone historyjki lub wyszukiwali komiczne filmiki w Internecie i śmiali się z nich do rozpuku. Zaczęli wyjeżdżać we trójkę na wycieczki za miasto. Później za granicę. W końcu zaczął Mateusza uwzględniać we wszystkich swoich planach. Beata nie miała nic przeciwko temu. Tylko… coraz częściej zwracała Robertowi uwagę, że w określonych sytuacjach zachował się niewłaściwie. Z jednej strony chciała, żeby był wzorem dla małego, z drugiej – przy dziecku krytykowała, że robi coś źle. Jak wtedy, gdy Robert postanowił Mateusza nauczyć jeździć na rowerze. Mały trochę się bał, Robert namawiał go, żeby się przełamał. Dziecko upadło. Niegroźnie, ale natychmiast wkroczyła mama i miłe popołudnie skończyło się awanturą. Przez jakiś czas Mateusz znów częściej bywał u biologicznego ojca. Podczas spotkań z Beatą Robert zaczął się dopominać o obecność chłopca, co dodatkowo rozdrażniało jego partnerkę. Któregoś dnia jechali do wspólnych znajomych. W trakcie jazdy Beata zatrzymała samochód i kazała Robertowi wysiadać. Przy Mateuszu, który się rozpłakał. Poszło o drobiazg: chłopiec marudził, a Robert zwrócił mu uwagę. Może zbyt ostro. Samochód zahamował w szczerym polu. Tam też skończył się ich związek.

Co dalej po rozstaniu?

Gdy rok miodowy Mariusza i Iwony przeszedł w miesiące lodowe, usłyszał: „Cóż, nie układa się nam”. Niedawno wyprowadził się od niej, ale chciałby widywać Majkę. To, że namiętności między dorosłymi wygasają, nie musi automatycznie oznaczać zerwania więzi z dziećmi. Nawet „nie-swoimi”. Partnerka unika tematu, jednak Mariusz ma nadzieję, że gdy emocje opadną, Iwona pozwoli mu na kontakty z dzieckiem. Wierzy, że się dogadają. Przecież oboje chcą dobrze dla Majki.

– To nie takie proste – mówi Anna Cwojdzińska. – Dla dziecka dobre jest to, co sprawia, że ono czuje się bezpieczne i kochane. I jeśli np. dochodzi do sytuacji, w której trzeba się spotykać z byłym partnerem mamy w tajemnicy przed nią, to czy ta sytuacja dobrze wpłynie na poczucie bezpieczeństwa dziecka? Moim zdaniem niekoniecznie.

A jednak do tych spotkań dochodzi. Niedawno Robert spotkał Mateusza na osiedlowym placu zabaw. Świetnie już jeździł na rowerze. Padli sobie w ramiona i – jak za dawnych czasów – zaczęli się wygłupiać. Do zabawy dołączyły inne dzieci. Kolega Mateusza zapytał: „Kiedy znowu przyjdziesz z tatą?”. Mateusz odpowiedział, że to nie jest jego tata. „Jesteśmy kumplami”, szybko dodał Robert. I serce mu pękło. Nie dlatego, że zabolało go słowo „kumpel”. Zawsze powtarzał Mateuszowi, że nie zastąpi mu taty, ale że będą najlepszymi przyjaciółmi. Zabolało go to, że nie wie, kiedy będzie to możliwe.

Anna Cwojdzińska: – O charakterze relacji po rozstaniu decyduje to, jakie one były przed nim. Najlepiej, gdyby były konsekwencją ustaleń pomiędzy dorosłymi. Ważne, by w pierwszej kolejności to właśnie dorośli wiedzieli, czego oczekują od siebie nawzajem, a także czego oczekują od dzieci. I żeby zastanowili się, czy spełnienie tych oczekiwań jest możliwe. Dzieci potrzebują poczucia bezpieczeństwa i wiary, że są kochane. Warto się zastanowić, czy decyzje dorosłych wzmacniają to poczucie w nich, czy też je podkopują. Najpierw więc to dorośli powinni wspólnie zdecydować, czy ich zdaniem taki kontakt to dobry pomysł, w jakiej formie powinien się odbywać i czy są w stanie zadbać o odpowiedni klimat emocjonalny ewentualnych spotkań. Dopiero potem można o tym porozmawiać z dzieckiem – również wspólnie. Nie należy się jednak spodziewać spokojnej, zrównoważonej reakcji dziecka na informacje o rozstaniu ludzi, którzy są mu bliscy. Często też taka rozmowa to w istocie seria kilku spotkań, kilku rozmów, w czasie których mogą pojawiać się nowe wątki, pytania, wątpliwości i refleksje. Warto nie myśleć o tym jak o jednorazowym wydarzeniu, ale jak o pewnym procesie i dać także dziecku czas na przemyślenie i możliwość powrotu do tematu, gdy będzie tego potrzebowało. Jeśli jednak dorośli w czasie rozmowy między sobą stwierdzą, że nie są w stanie zgodzić się co do tego, czy dalszy kontakt jest dobrym pomysłem, to… nie za bardzo jest chyba o czym rozmawiać.

  1. Psychologia

Jakich mężczyzn potrzebują współczesne kobiety? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czy w czasach równych praw, liberalizmu i demokracji sami podejmujemy decyzje, jak chcemy żyć, czy coś lub ktoś decyduje za nas? Czy kobiety i mężczyźni mogą w takim samym stopniu decydować o swoim losie, wyborze drogi życiowej, o byciu lub niebyciu singlem, założeniu rodziny, posiadaniu dzieci? Czy to naprawdę efekt naszych świadomych wyborów, że jest tak dużo singli i samotnych matek – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Stereotyp jest taki, że podejmując decyzje, kobiety kierują się emocjami, poświęceniem, a mężczyźni – karierą, realizacją siebie.
Teraz to się zmieniło, młode kobiety stają przed zupełnie nową perspektywą życiową. A ponieważ jest ona nowa, nie mają wzorców, z których mogłyby skorzystać, by wybierać świadomie i mądrze szacować ryzyko. Obowiązująca w tej chwili instrukcja dla kobiet rozpoczynających życie to: nie ma co liczyć na mężczyzn, trzeba liczyć tylko na siebie, zdobyć wykształcenie i pracę, żeby być niezależną ekonomicznie i życiowo. Koniec z marzeniami o księciu, rycerzu czy misiu, który ci w tym pomoże. I większość młodych kobiet nie uznaje już tej do niedawna rozpowszechnionej strategii: Wykształcę się trochę, żeby być kulturalną panią domu, a potem spotkam odpowiedzialnego mężczyznę, założymy rodzinę, będziemy mieli dzieci. On będzie pracował, ja zajmę się domem i jakoś to życie nam przeleci.

Mainstreamowa obyczajowość postuluje nowy model życia kobiety i ostatecznie odbiera nadzieję na to, że stary jest coś wart. Dlatego kobiety są tak zdeterminowane, by za wszelką cenę – nawet nadużywając siebie – zrealizować ten nowy autonomiczny model.

W jaki sposób młode kobiety, decydując o swoim życiu, nadużywają siebie?
Na przykład sponsoring to forma nadużywania siebie w imię realizacji nowej strategii. Nadużyciem są też nałogi, bo trzeba się jakoś znieczulić, dopieścić, mieć pod ręką dopalacz, kiedy już brakuje siły, wiary, nadziei i wsparcia. Byle sięgnąć ideału, którym są praca, kredyt, samochód, mieszkanie. Dopiero wtedy z pozycji samodzielnej singielki kobieta może się rozglądać za stałym partnerem, który – jeśli wszystko dobrze pójdzie, a ona dalej pozostanie w pełni niezależna – będzie nadawał się na ojca jej dzieci. Do niedawna młode kobiety mogły jakoś realizować taki scenariusz. Ale na skutek kryzysu coraz częściej zderzają się z bezrobociem. I to jest tragedia, bo choć tak wiele pracy, wyrzeczeń i nadużyć zainwestowały w batalię o autonomię, bez pracy nieuchronnie wpadają we wtórne uzależnienie od lepiej urządzonych mężczyzn – często z pokolenia ich ojców – albo od własnych rodziców.

Nie jest łatwo być kobietą, która wybrała aspiracje do miejskiego dobrobytu i autonomii.
Nie dość, że brakuje drogowskazów, to na dodatek wsparcie systemowe jest w powijakach. Rzesze zdeterminowanych kobiet uciekają z małych miejscowości do dużych miast (mężczyźni wykazują w tej sprawie mniej inicjatywy) i przystosowując się do środowiska miejskiego, odcinają się od rodzinnych korzeni i ich kulturowego przekazu. Mało tego – potrzeba im wręcz entuzjazmu neofity w asymilowaniu nowych wartości i obyczajów. Bo gdy porzuca się wszystko, co znane, można tylko brawurowo i bezrefleksyjnie łykać nowe. Być gotowym na wszystko bardziej niż dzieci z zasiedziałych wielkomiejskich rodzin. Wtedy wybiera się tylko to, co korzystne z punktu widzenia upragnionego celu. Wokół złamane serca, zawiedzione przyjaźnie, rozbite rodziny. A na końcu drogi czyha samotność – niechciana cena za poświęcenie wszystkiego i wszystkich.

Samotność? A gdzie są mężczyźni dla autonomicznych kobiet?
No właśnie, tak wypracowany sukces wyklucza zgodę na jakiegokolwiek „miśka”. Wymagania są duże. To musi być wojownik, który budzi szacunek, który się rozwija i ma aspiracje, jest odpowiedzialny, ma podobne zainteresowania – a takich jest coraz mniej albo już założyli rodziny. Na pewno nie ogłaszają się na portalach randkowych. Więc rozczarowane i roszczeniowe neofitki pytają: „Dlaczego rynek nie oferuje facetów w lepszym gatunku?”. Kilka fakultetów i języków, dobra praca, mieszkanie, pieniądze, sylwetka – a w męskim supermarkecie półki puste albo badziewie. Zanika świadomość, że relacje buduje się długo i cierpliwie, gotowych nie dają i gdy kalendarz przypomni, że czas na dzieci, zaczynają się nieprzemyślane wybory, np. angażowanie w trójkąty, bo mężczyźni z wyższej półki są już w związkach i nie chcą z nich rezygnować. A jeśli zrezygnują, to życie w patchworkowej rodzinie bywa trudne. Heroiczna decyzja o samodzielnym macierzyństwie też nie daje pełni satysfakcji, bo w głębi serca kobiety ciągle potrzebują ciepłego, bezpiecznego związku i partnera w domu.

Jak więc wybierać, by mimo woli nie wybrać samotności?
Gdybym miał wychowywać córkę, prawdopodobnie – zważywszy na dominujący kulturowy kontekst – na wszelki wypadek przygotowywałbym ją do samodzielności. W nadziei, że samodzielność nie musi oznaczać samotności, bo ta nigdy nie jest naturalnym wyborem. Jest klęską na różne sposoby oswajaną: Bo faceci są beznadziejni; A po co mi facet? Nawiasem mówiąc, zanika w słownictwie kobiecym termin „mężczyzna” (nawet mężczyźni wstydzą się tego słowa). A gdy myśli się „facet”, to spotyka się facetów, a nie mężczyzn. Nasze słowa i przekonania tworzą świat, w którym żyjemy. Aby więc znajdować partnerów i unikać pułapki samotności, kobiety powinny uważać na słowa i myśli, których używają i które pielęgnują w kontekście mężczyzn i związków z nimi. Inaczej nie da się w etos autonomii kobiety włączyć bliskiej, trwałej i opartej na szacunku i partnerstwie więzi z mężczyzną. I to jest krytyczny dylemat w etosie współczesnej kobiety: Jak zachować autonomię i jednocześnie zdolność wchodzenia w bliskie, partnerskie relacje?

Kobiety, które miały siłę, żeby się usamodzielnić, w obawie przed tradycyjnym związkiem wybierają na partnerów słabych mężczyzn.
Kulawy i gorzki związek z mężczyzną, którego kobieta sobie podporządkuje i którego nie szanuje, to mierna alternatywa dla singielstwa. Wybranie słabszego mężczyzny pozwala jednak mieć nadzieję na zachowanie autonomii. Dlatego też wielu mężczyzn nadal poszukuje słabych i niemądrych kobiet. Rozkapryszonej kizi-mizi, która czasem pokrzyczy, potupie, strzeli focha, której nie trzeba traktować poważnie i nadal można się cieszyć wygodną wolnością. Ci mężczyźni nie zdają sobie sprawy, że to, co próbują uchronić, to nie wolność, lecz niedojrzałość. Czasy i obyczaje jednak się zmieniają i teraz kobiety mają ten problem, zastanawiają się, czy nie stracą po ślubie swojej z trudem wywalczonej wolności – niedojrzałości.

A mężczyźni – jaki jest ich główny problem z decydowaniem o sobie?
Mężczyznom wydaje się często, że samo bycie mężczyzną czyni ich autonomicznymi i nie muszą nic w tej sprawie robić. A skoro kobiety się usamodzielniają, to coraz więcej mężczyzn zwalnia się z odpowiedzialności za materialne bezpieczeństwo nie tylko rodziny, lecz nawet własne. Mężczyzna może sobie wyobrazić coś, co do niedawna nie mieściło się w męskiej głowie: „Skoro nie mam szansy na dobrą pracę, to znajdę sobie dobrze zarabiającą kobietę, zaakceptuję słabszą pozycję, przyjmę rolę gospodarza domu, którego żona utrzymuje – i święty spokój”. Przeciw staremu etosowi męskości działa też system ekonomiczno-społeczny. Piramida sukcesu robi się coraz bardziej stroma, rozwarstwienie – absurdalne. Coraz trudniej być samcem alfa.

Czy to znaczy, że mężczyzna nie ma wyboru, nie decyduje, czy dalej mieszkać z babcią, czy założyć rodzinę?
Przy kurczącym się rynku pracy mężczyznom zostaje coraz mniej możliwości – a oczekiwania kobiet i wymagania męskiego etosu pozostają na tym samym, wyśrubowanym poziomie. Systemowe ograniczenia są wielkie, bo dotykają etosowych potrzeb mężczyzn – jak, nie mając pracy, zakładać rodzinę? Co gorsza, nie ma się gdzie wykazać męstwem, stąd ta potrzeba tworzenia mitów o czyhających wewnętrznych i zewnętrznych wrogach. Stąd potrzeba wyżywania się w zastępczych wojnach na piłkarskich stadionach.

Ilu jest nowoczesnych mężczyzn?
Ciągle jeszcze niewielu mężczyzn gotowych jest na wersję: Razem będziemy klepać naszą małą biedę, mamy siebie, wynajęty pokój, dwa rowery i barterową wymianę w środowisku, w którym żyjemy. Jeśli to świadomy wybór, a nie upokarzająca konieczność – to super. Ale nawet wtedy, przy tak anemicznym wsparciu państwa posiadanie dziecka staje się ryzykownym przedsięwzięciem. Przerzucanie przez państwo odpowiedzialności za młodych na dziadków emerytów świadczy o systemowej niewydolności. I niebawem przyniesie katastrofalne demograficzne skutki. Dlatego trzeba zacząć inaczej myśleć o roli państwa, o możliwościach, które rynek stwarza mężczyznom. Mężczyźni muszą pracować nad zmianą etosu i realnie dzielić się z kobietami władzą, wolnością i odpowiedzialnością. Trzeba mieć nadzieję, że unikniemy tragicznej powtórki z matriarchatu, że mężczyźni nie zaakceptują wersji: Wyjdę za bogatą albo zapiszę się do jej haremu.

No, ale mężczyzna może wnieść wiele do związku, nawet jeśli nie ma kasy.
Może, jeśli nie jest sfrustrowany, nie ma depresji, nie czuje się upokorzony zależnością od kobiety. Na razie nie ma takiej możliwości, by statystyczny mężczyzna mógł poczuć męskość w związku z kobietą, od której całkowicie zależy ekonomicznie. Nie może przypisać sobie zasługi urodzenia i wykarmienia dzieci, by czując się godnie, pobierać od partnerki dożywotnie dowody wdzięczności. Mężczyźni niechętnie – jakby nie porzucili nadziei na powrót dawnych reguł – rozpoczynają dopiero pracę nad zmianą etosu. Nadal dla zdecydowanej większości płeć nie jest genderowa, definiowana społecznie i obyczajowo, lecz jest biologiczna, raz na zawsze ustalona. Potrzeba pokoleń, by mogli na innej zasadzie wchodzić w związki z kobietami. Jeszcze długo mężczyzna będzie się czuł upokorzony, gdy mu zabraknie na kawę dla adorowanej kobiety. Jeszcze długo kobiety będą oceniać mężczyzn, patrząc na ich zawodową i ekonomiczną pozycję, ambicje i dążenia. Kobiet, które odniosły sukces i wybierają mężczyznę ze względu na inne niż ekonomiczne zalety, jest bardzo mało. Najczęściej są samotne i biorą na utrzymanie młodszych od siebie mężczyzn. Nierzadko ma to charakter sponsoringu, choć zdarza się, że i takie związki są szczęśliwe.

Czyli dla kobiet kasa liczy się najbardziej w ocenie partnera?
Przede wszystkim liczy się partnerstwo. Ale to wydolność finansowa mężczyzny jest jednym z istotnych wskaźników zdolności do niego. Nawet gdy ją najbardziej cieszy wspólna jazda na rowerach, to ważne jest, aby on miał rower tej samej klasy i mógł za nią nadążyć. Rowery tandemy już się nie przyjmą – niezależnie od tego, kto miałby trzymać kierownicę.

Współczesne związki muszą się opierać na partnerstwie finansowym, gwarantującym obu stronom wolność podejmowania decyzji o wyjściu ze związku, gdy inne atrybuty – te najważniejsze – zawodzą. Ekonomiczne partnerstwo zaczyna w dużym stopniu decydować o szacunku. Także dla kobiet urodzenie dziecka jest coraz rzadziej wystarczającym argumentem do rezygnacji z własnych dochodów i kariery.

Niezależność ekonomiczna nowym fundamentem związków?
Na to wygląda. Bo co ma począć 30-latka, która odniosła sukces zawodowy, a zakochała się ze wzajemnością w równolatku, który nie ma pracy i mieszka z mamą? Prawie nieuchronnie po wielkiej eksplozji ich uczucie przejdzie w fazę implozji. On nie może znieść upokorzenia, że go nie stać na jej poziom życia. Ona, nie chcąc rezygnować ze słodkich owoców sukcesu, płaci za niego i pokazuje mu świat, do którego on beznadziejnie aspiruje – co frustruje go jeszcze bardziej. On czuje się jak Kopciuszek macho, który żąda od ukochanej księżniczki, by nie zabierała go do pałacu, lecz na dowód ich miłości zamieszkała z nim w komórce. W czasach narastającego rozwarstwienia i usamodzielniania się kobiet partnerstwo ekonomiczne staje się równie ważne jak intelektualne. Dlatego rozwiązaniem, które pojawia się teraz na masową skalę, jest singlowanie. Ufajmy, że to tylko faza przejściowa.

Jak mimo wszystko uratować miłość i budować trwałe związki?
Wiele zależy od tego, czy kobietom sukces nie przewróci w głowie: Skoro zrobiłam taki wysiłek, to teraz należy mi się królewicz, rycerz albo choć śliczny paź. Królewiczów i rycerzy jest coraz mniej, a paziowie boją się kobiet. Ale też odpowiedzialni mężczyźni nie wyrywają się do zakładania rodzin, bo męskie superego szepcze im nadal do ucha: „Albo cię stać na kobietę i rodzinę, albo nie. A jeśli nie, możesz zostać tylko kłusownikiem”.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl