1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego przejmujemy się tym, co myślą inni?

Dlaczego przejmujemy się tym, co myślą inni?

Własna samoocena nie powinna być uzależniona od oceny innych. (Fot. iStock)
Własna samoocena nie powinna być uzależniona od oceny innych. (Fot. iStock)
Żyjemy w przeświadczeniu, że inni wciąż nas oceniają i nic innego nie robią, tylko o nas myślą. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie - myślą o nas wielokrotnie mniej niż sądzimy, bo… są głównie zajęci myśleniem o samych sobie.

Od kilku lat, prowadząc zajęcia z socjologii medycyny dla pielęgniarek, robię pewien eksperyment. Otóż proszę słuchaczki, by wyobraziły sobie następującą sytuację: postanawiasz zrezygnować z ciężkiej i słabo płatnej pracy w szpitalu. Po prostu masz już jej dosyć. Nie wiesz, co będziesz robić, bo nie masz ani oszczędności ani też pomysłu na swoją zawodową przyszłość. Wiesz jednak jedno - jutro do szpitala nie idziesz. Koniec z tą harówą. I kiedy podejmujesz takie postanowienie, zapraszasz pięć swoich najbliższych przyjaciółek na ciastko i kawę, żeby się podzielić z nimi twoim postanowieniem. Co usłyszysz od nich? Jeszcze się nie zdarzyło, by którakolwiek z uczestniczek zajęć odpowiedziała, że ze strony swoich najbliższych przyjaciółek otrzyma wsparcie. Słyszą za to, za każdym razem: „nie rób tego, nie dasz rady”, „z czego będziesz żyć?”, „lepsza ciężka i słabo płatna praca niż niewiadome”, „teraz przynajmniej masz pracę, a jak jej zabraknie, to trafisz pod most”, „nie tacy już byli i im się nie udawało”.

Ciekawe, prawda? Żadna z przyjaciółek nie udziela wsparcia, natomiast każda z nich odradza dokonywanie zmiany. Pytanie dlaczego tak się dzieje? Czy czynią to, bo są wredne i chcą naszej krzywdy? Nic bardziej mylnego: czynią to, by nas chronić. Znajomi odwodzą nas od pomysłu zmiany, ponieważ tak naprawdę projektują na nas swoje własne lęki. Sami się boją zmiany, boją się z nią zmierzyć i chcą w ten sposób nas od zmiany odwieść, by poradzić sobie z własnym strachem. Smutne jest to, że tak często poddajemy się takiemu pseudo wsparciu i tkwimy w tym samym miejscu od lat, lękając się wyzwolenia z kieratu. A ich własny lęk o przyszłość, a raczej lęk przed własnym wyobrażeniem przyszłości, wielokrotnie skutecznie blokuje nasz własny rozwój.

Zróbmy inny eksperyment. Przypomnij sobie teraz osobę z twojego życia (znajomego, członka rodziny, współpracownika itd.), który zachowuje się tak, jakby mu płacili za to, że cię rozboli brzuch. Kogoś, kto lubi dogadać, dokuczyć, wepchnąć szpilę, kto cieszy się zawsze, ilekroć ci się powinie noga. Masz kogoś takiego w swoim życiu? Przypomnij sobie wszystko, co o tej osobie wiesz. O jej życiu prywatnym, zawodowym, upodobaniach. O tym jak się porusza, jak mówi i jak wygląda. Jeśli już to wszystko masz przed oczyma, to odpowiedz proszę szczerze i uczciwie na pytanie: „czy chciałbyś być taki jak ta osoba, czy chciałbyś nią być?” Zgaduję, że nie. Skoro tak, to odpowiedz na ostatnie już pytanie: „To po jasną cholerę przejmujesz się opinią osoby, którą nawet nie chciałbyś być?” Widzisz teraz do jakiego absurdu skłonni jesteśmy czasem sami siebie doprowadzić. Przejmujemy się tym, co inni o nas myślą, co powiedzą i to nawet w sytuacji, w której ci inni nie dorastają nam do pięt. Na to zjawisko zwrócił uwagę Colin Sisson, światowej sławy lider i trener rozwoju osobistego, nauczyciel, psycholog, pisarz i filozof: „Porównujemy się z innymi, ponieważ wątpimy w swoją wartość i potrzebujemy punktu odniesienia, aby sprawdzić jak nam idzie. Innymi słowy nie wierzymy, że możemy być całkowicie wartościowi bez aprobaty i akceptacji innych”.

Jarosław Gibas coach, trener. 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Myl się, poprawiaj i idź dalej

Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Błąd to dobra wiadomość. Przyjmując błędy z otwartym sercem, porzucamy sztywne ramy i poddajemy się zmiennemu strumieniowi życia: wystawiamy się na niepewność, podejmujemy ryzyko, uczymy się, wzrastamy wewnętrznie. A przez to stajemy się ożywieni i twórczy. Świętować błędy, nie tylko sukcesy? Właśnie tak.

Artykuł archiwalny. 

Było to wiele lat temu. Umówiłam się na wywiad ze znaną śpiewaczką Olgą Szwajgier. Spotkałyśmy się, rozmawiamy, w końcu pytam, jak to mam w zwyczaju: „jakie odkrycie, jaki wgląd sprawił, że pani życie odmieniło się na lepsze?”. A artystka na to bez zastanowienia: „Cieszę się z błędów. Gdy coś zepsuję, mówię sobie natychmiast: jaki piękny błąd”.

Kilka lat temu przyjechał do Polski Joseph Standing Eagle, nauczyciel mądrości plemienia Anasazi, jeden z bohaterów świetnej książki „Dawna mądrość na nowe czasy” Geseko von Lüpkego. Opowiadał o naukach, które jako pięcioletni chłopiec odbierał od swojej babci Indianki: – Siedzieliśmy pod wieczornym niebem, patrzyliśmy w gwiazdy, a babcia mówiła, że sztuka życia polega na witaniu wszystkiego, co się wydarza, z otwartym sercem. Wszystkiego. Oto cała filozofia.

Stojący Orzeł jeździł po świecie i dzielił się tą babciną mądrością z nami, ludźmi Zachodu. I miał problem. Z niemałymi oporami przenikała do naszej świadomości ta prosta idea, ponieważ zostaliśmy wychowani zgoła inaczej: jak ognia unikaj błędów, dąż do perfekcji!

Wielu autorów zajmujących się psychologicznymi i duchowymi konsekwencjami unikania błędów zwraca uwagę na to, że cierpimy przez własne ambicje. Od dziecka jesteśmy poddawani ocenom: zdolna, niezdolna, dobry, zły, zaliczone, niezaliczone, w porządku, nie w porządku. Uwewnętrzniamy te przekazy. Jako dorośli oceniamy w ten sposób samych siebie. Chcemy być najlepsi, doskonali pod każdym względem. Jeśli nie jesteśmy doskonali, bo popełniamy błędy, to znaczy, że jesteśmy do niczego. Bycie doskonałym, w paradygmacie naszej kultury, niesie same korzyści: jest się ambitnym, atrakcyjnym, dostaje się dobre oceny, dobrą pracę, osiąga się sukcesy, jest się docenianym. Ale czy na pewno? Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. W końcu orientujemy się, że pilnie potrzebujemy pomocy.

 

Nie można zatrzymać życia

Na oko 50-latka Eva-Maria Zurhorst, autorka bestsellera „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz”, energiczna, z ogniem w oczach, niemal tańczy, opowiadając o błędach, trudnościach i kryzysach w swoim małżeństwie. Mąż Wolfram wodzi za nią namiętnym wzrokiem, dowcipnie puentując jej opowieści. Cóż za młoda para! – myślimy my, uczestnicy konferencji „Life coaching – relacje w równowadze”. Eva-Maria i Wolfram są w Polsce po raz pierwszy. Następnego dnia po konferencji prowadzą warsztat dla par. Są razem od ponad 20 lat. Przeżyli wszystko, czego w związku najbardziej się boimy i czego sobie nie życzymy: wybuchy gniewu, niechęci, nienawiści, trzaskanie drzwiami, wojny z powodu niezakręconej tubki pasty do zębów i okruchów na stole, rozstania, życie w trójkącie, z tą trzecią, i z tym trzecim. A teraz mówią jednym głosem: – Kochaj swoje błędy. Kochaj niepowodzenia, wewnętrzne rozterki i załamania. Kochaj ten czas, gdy mówisz sobie: „nie wiem, co dalej”. Ten moment, kiedy kapitulujemy, przyznajemy się, że błądzimy, może być punktem zwrotnym w relacji, początkiem nowej jakości w związku.

– Wszyscy nam radzili, żebyśmy się rozstali – mówili Zurhorstowie na konferencji. – Rodzice, przyjaciele: „jesteście tacy różni, inne zainteresowania, przyjaciele, środowisko”.

Eva-Maria poszła do wróżki, ta postawiła horoskop i machnęła ręką: „niech pani to zostawi!”.

Eva-Maria: – Nikt nas nie uczy, jak przyjmować trudności. Bajki i filmy o miłości kończą się w głupim miejscu: „i żyli długo i szczęśliwie”. Gdy kończy się sen, a zaczyna codzienność, kto sprzątnie dom, kto zatroszczy się o ubezpieczenie na życie, dochodzimy do wniosku, że „to był błąd”. Myślimy: „jestem przecież taki namiętny”, „jestem atrakcyjna”, przydałby się kochanek, mam ochotę na romans. Błędy popełniane w relacji wynikają z lęku przed bliskością. Kobiety, żeby nie czuć lęku, dużo mówią, mężczyźni z tego samego powodu wycofują się.

Wolfram: – Najważniejsze pytanie brzmi: Co JA mam wspólnego z tym kryzysem, rozczarowaniem, poczuciem, że błądzę, straciłem kierunek?

Ratunkiem dla ich związku okazał się romans, trzecia osoba w relacji.

Eva-Maria: – Kochanka męża żyje w sposób, w jaki ty chciałabyś żyć -  usłyszałam od osoby, której ufam. Aż mnie zatkało. Ja? Niemożliwe. Ale zaczęłam zadawać sobie pytania. Czy ona pozwala sobie na coś, na co ja sobie nie pozwalam? Czy jest wolna od czegoś, co krępuje mnie? Ta kobieta była żywa, seksowna, wibrowała energią. W jaki sposób ja mogę stać się żywa? Mogłam odejść. Ale wtedy nie poznałabym siebie. „Ta trzecia” pokazała mi moje pragnienia i tęsknoty.

Napisała swoją książkę dla tych z nas, którzy w związkach miłosnych popełniają mnóstwo błędów. „Nie potrzebujesz »tego jedynego« właściwego partnera, lecz całkowitej otwartości na to, co jest”. „To obojętne, kogo poślubisz. I tak spotkasz w nim samego siebie” – tak pisze w „Kochaj siebie...”. I dlatego,  zgodnie z jej doświadczeniem, możemy spokojnie zostać z tym mężczyzną, z tą kobietą, z którymi jesteśmy. Rozstanie rzadko polepsza sytuację; najczęściej prowadzi jedynie do odsunięcia własnego problemu.

Potrzeba odwagi, siły woli, zrozumienia, cierpliwości, praktyki każdego dnia, gdy w związku pojawia się „znowu ten piękny błąd”; wycofanie, pretensje, roszczenia, dąsy, obwinianie siebie nawzajem, kurczowe przywiązanie („bez ciebie umrę!”), oczekiwanie, że partner wypełni swoimi zaletami moje deficyty. Dobra wiadomość jest taka: aby w związku pojawiła się prawdziwa bliskość, nie musimy nic robić. Potrzebujemy tylko płynącej z serca życzliwości, gotowości do współczującej i uczciwej samoobserwacji, do bycia w kontakcie ze wszystkimi uczuciami bez oceniania siebie.

Eva-Maria, patrząc na siebie sprzed lat, mówi, że z nadludzką siłą starała się zatrzymać życie albo łaskawie domagała się czegoś innego niż to, czym życie właśnie ją obdarowało. Żyła w przeróżnych zakątkach ziemi, przeprowadzała się 20 razy, wielokrotnie zmieniała zawód i partnerów tylko po to, żeby z pokorą opanować tę ważną lekcję: obojętnie, gdzie jestem, z kim tam jestem i co robię – doświadczenia, które zdobywam, zawsze zależą od mojego spojrzenia na życie. Przeżywamy własny film. Możemy zmieniać scenerię i aktorów, ale emocjonalny klimat i sposób konfrontowania się z życiem pozostają takie same.

Nie zatrzymywać życia? Ale jak to zrobić?

 

Informacja z wewnątrz nas

Ucz się na błędach. Łatwo powiedzieć. Magdalena Mazurkiewicz, psychoterapeutka, trenerka uważności, mówi, że wyjście z pułapki błędów to proces, który wymaga treningu. Na początku nie jest łatwo, ponieważ możemy nie być świadomi, że popełniliśmy błąd, więc o skutki obwiniamy świat i ludzi. Możemy utknąć w tym miejscu, w kółko powtarzać te same błędy, nie przeczuwając nawet, w jaki sposób wpływają na nasze życie.

Magda: – To jest powszechne, wszyscy to znamy. Na przykład za błędy naszych piłkarzy odpowiedzialna jest zła pogoda, zły trener, niesprzyjający sędzia, niechętna publiczność.

Pierwszy krok to zobaczyć, że sami sobie to robimy – na tym właśnie polega uważność, bycie świadomym. Kłopot w tym, że w momencie, gdy uświadamiamy sobie błąd, co prawda przestajemy obwiniać innych, ale teraz obwiniamy siebie; skoro się potknęłam, to znaczy, że jestem głupia i beznadziejna. Tak zaczyna się depresja. Myśli pełne pretensji wzmagają złość na siebie, rośnie napięcie, które wylewa się na innych.

Magda: – Kolejny krok to popatrzeć na siebie z łagodnością i współczuciem, ale nie w sensie użalania się nad sobą. Potrzebujemy dla siebie takiej czułości, wyrozumiałości, ciepła i troski, jakie mamy dla dziecka, które się przewróciło. Z punktu widzenia uważności jesteśmy dobrzy z natury, mamy w sobie głęboką inteligencję i kreatywność. To, że popełniliśmy błąd, ma dla nas sens, to jest informacja z wewnątrz nas. Taka samoświadomość sprawia, że możemy docenić to, co mamy, co już osiągnęliśmy, i docenić błędy.

Przechodziła ten proces wiele razy. Przez osiem lat żyła w związku z mężczyzną, zanim uznała, że to błąd. Żyli w osobnych światach, skupieni na własnych potrzebach. Wspólna przestrzeń to były podróże, wypady do znajomych. Nie było bliskości, intymności, rozmów o sobie, co się z nami dzieje, wzajemnego zrozumienia, wsparcia. Zaczęły się kłótnie i nieporozumienia. Zna poczucie winy, biczowanie siebie: „zmarnowałam osiem lat, prawdziwy dramat”. Wiedziała już jednak, że to, czego doświadczyła w tym związku, ma sens, służy czemuś dobremu. Zatrzymała się: Czego chcę? Czego potrzebuję? O co mi chodzi?

Magda: – Uważność przygotowała mnie na nowy związek, świadomy i bliski. Jestem wciąż zadziwiona, jak to działa.

Dziesięć lat pracowała w reklamie. Marzyła, by awansować, być dyrektorem zarządzającym, ale przez dwa lata to się nie udawało. Gdy wreszcie dostała propozycję awansu z innej firmy, czuła się wymęczona i wypalona. Mimo to przyjęła tę propozycję.

Magda: – To był błąd, wiele mnie kosztował. Zabrakło autorefleksji: „Czy w dalszym ciągu chcę tego awansu? Czy to dla mnie dobre?”.

Żyła w stresie i w lęku. Ostatkiem sił wstawała rano z łóżka, z niechęcią szła do pracy. W końcu dotarło do niej, że reklama, biznes to nie jest jej świat. Zamknęła ten etap życia. Doceniła wiedzę, którą zdobyła. Zaczęła studia psychologiczne. Wspólnie z przyjaciółką Julią Wahl założyły The Mind Institute, firmę, która organizuje treningi uważności.

 

Każda chwila jest nowym początkiem

– Popełniałam błąd za błędem, wychowując syna – mówi Katarzyna Ramirez-Cyzio, wykładowczyni w szkole biznesu, prezeska Pracowni Satysfakcji. – Gdy odeszłam od męża, Marco miał trzy latka. Musieliśmy przetrwać, więc pracowałam po 16–18 godzin na dobę. W tym czasie mój synek radził dobie sam, klucze na szyi, obowiązki, które – myślę dzisiaj – przerastały dziecko. Pamiętam, wracałam późno, on starał się nie zasnąć, żeby mnie zobaczyć, rano wybiegałam z domu. Zabierałam go ze sobą do biura, odrabiał lekcje, siedząc pod stołem, gdy ja pracowałam. Nie odprowadzałam go do szkoły, nie chodziłam na wywiadówki. Miałam poczucie winy: zaniedbuję dziecko, jak tak można? Myślałam o sobie, że jestem złą matką.

Pracowała jako asystentka stomatologa, w domu pomocy społecznej, w urzędzie pracy, potem w fundacjach, była dyrektorem personalnym w firmach konsultingowych, ubezpieczeniowych, w bankach, pisała pracę magisterską, potem doktorską, dokształcała się: „całe życie pod napięciem, w pośpiechu, na pięć etatów, żeby się utrzymać”.

Pytała siebie, jak pogodzić pasje zawodowe, zarabianie pieniędzy z byciem dobrą mamą. Usłyszała takie zdanie od kobiety, która odeszła z pracy, żeby być dla dzieci: „dzieci mają matkę albo bogatą, albo szczęśliwą”.

Katarzyna: – Albo albo? Chciałam, żeby Marco widział mamę, która sobie radzi, jest wykształcona, aktywna, osiąga sukcesy. Ale co zrobić z poczuciem winy? Wymyśliłam coś, co okazało się dla nas bardzo dobre. „Synku – mówiłam – ja teraz pracuję. Ale gdy skończę, będę tylko dla ciebie”. Mieliśmy dla siebie niewiele czasu, za to najwyższej jakości. Wspólny obiad, czekolada w kawiarni, kino, spacer to były nasze święta. Pamiętam, pojechaliśmy na przedłużony majowy weekend do Włoch. Z dnia na dzień mówię: „jedziemy na pizzę do Wenecji”. Szukaliśmy tanich noclegów, włóczyliśmy się po renesansowych miastach. Takie chwile to moje perły w życiu. Często przywołuję je w pamięci. Dziś Marco jest 24-letnim mężczyzną, skończył psychologię. Gdy rozmawiamy o jego dzieciństwie, mówi, że dało mu siłę, nauczyło samodzielności, zaufania do swoich możliwości. Mamy dobrą, mocną więź.

A teraz w swojej pracy coacha często słyszy od zapracowanych mężczyzn: „Coś jest nie tak, coś nie gra. Robię jakiś błąd”. Okazuje się, że poczucie winy, ciągłe starania to nie tylko domena kobiet.

Mężczyźni menedżerowie pracują, żeby zapewnić rodzinie najlepsze życie; wybudować dom, kupić samochód, wysłać dzieci na wakacje, wykształcić je. Pyta, po co to robią. „żeby pokazać, że ich kocham, że są najważniejsi”. Pyta, kiedy ostatnio spędzali czas z bliskimi, kiedy mieli wolny weekend, urlop, czy znają imiona przyjaciół dzieci.

Rozmawiam o błędach ze znanym z łamów naszego pisma psychoterapeutą Benedyktem Peczko. Śmieje się: – O tak, na terapii bardzo często zajmujemy się „niewybaczalnymi błędami”. Na przykład mężczyzna wraca myślą do okresu młodzieńczej miłości. Fantazjuje, co by było, gdyby związał się z tamtą dziewczyną. Jak to byłoby wspaniale! Żyje fantasmagoriami, łudzi się, że niewiele brakowało, a jego życie wyglądałoby inaczej. Wybrał nie tę kobietę, którą należało wybrać, popełnił taki błąd! Potem fatalne studia, zmarnowane lata: „wszystko popsułem, pogrążyłem się”. Mamy tendencję do przypisywania sobie winy za każdą decyzję, którą podjęliśmy. Nie doceniamy zebranych doświadczeń, poznanych ludzi, spotkań, wiedzy, którą zdobyliśmy. Przetrwaliśmy, żyjemy. To jest nasze wyposażenie, na którym możemy się oprzeć. I iść dalej. Fantazje na temat tego, co by było gdyby, są tworami wirtualnymi, które w żaden sposób nas nie budują, tracimy czas.

Także Magda Mazurkiewicz zwraca uwagę na to, że za każdym razem, gdy rozpamiętujemy „totalne błędy”: „gdybym 20 lat temu nie wróciła ze Stanów, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej!”, wzmacniamy depresję. Błędy objęte uważnością zwracają nas ku przyszłości, poszerzają świadomość, uczą radzenia sobie z trudnymi sytuacjami i z trudnymi emocjami. Każda chwila jest nowym początkiem, zawsze – do końca życia – możemy zaczynać od nowa.

  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czym jest i dlaczego warto je wzmacniać?

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. (Fot. iStock)
Nie chodzi o to, aby być idealnym lub zyskać aprobatę wszystkich dokoła. Adekwatne poczucie własnej wartości polega na zaakceptowaniu siebie takiego, jakim się jest, i zyskaniu wewnętrznego przeświadczenia, że jest się dobrą, godną osobą tylko dlatego, że jest się człowiekiem.

Fragment książki „Poznaj, zaakceptuj i pokochaj siebie”

Poczucie własnej wartości to nasze wyobrażenie o nas samych. Od niego zależy, jak dużą wartość przypisujemy własnemu życiu. W związku z tym kluczami do podniesienia go, są szacunek do samego siebie, przekonanie o swoich zaletach oraz praca nad zdolnością czucia się „dostatecznie dobrze” takimi, jakimi jesteśmy, niezależnie od tego, co się dzieje w naszym życiu.

Wysokie lub niskie poczucie własnej wartości odgrywa zasadniczą rolę w tym, jaką drogę obierzemy w obliczu codziennych wyzwań – sprawia, że czujemy się szczęśliwi i spełnieni lub przybici i bezwartościowi w różnych życiowych sytuacjach. Nienaruszalna wartość każdej osoby to koncepcja dość trudna do pojęcia. Niewykluczone, że nigdy wcześniej poważnie się nad nią nie zastanawiałaś. Może być spójna z twoim systemem przekonań albo wydawać ci się całkowicie obca z powodu wieloletnich zmagań z niskim poczuciem wartości. Zamiast rozważać zasadność tej koncepcji, zachęcam cię, abyś odsunęła na bok wszelkie wątpliwości i kolidujące z nią poglądy, które uniemożliwiają ci przyjęcie do wiadomości, że i ty posiadasz wewnętrzną wartość. Zastanów się, jak podeszłabyś do niemowlęcia, dziecka lub bliskiego przyjaciela. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że z łatwością dostrzegłabyś ich fundamentalną wartość, lecz jeśli masz niską samoocenę, to może być ci trudno uwierzyć, że ty też jesteś wartościowa sama z siebie.

Gdy cechuje nas niskie poczucie własnej wartości, to mamy skłonność do oceniania siebie według surowszych kryteriów niż resztę świata.

Warto przełamać opory i zwyczajnie zaufać, że ty także posiadasz wrodzoną wartość. Kiedy porzucisz wątpliwości, będziesz w stanie pełniej się zaangażować w realizację zalecanych działań i skuteczniej zastosować proponowane narzędzia do budowania poczucia własnej wartości. W miarę jak twoje poczucie wartości będzie się podnosić, dostrzeżesz, jak niewidzialna zasłona, która uniemożliwiała ci uznanie własnej wartości, zacznie powoli się rozsuwać.

Wykształcenie i utrzymanie zdrowego poczucia własnej wartości to długi proces, lecz przyniesie mnóstwo pożytku każdemu z nas. Wyobraź sobie, o ile łatwiejsze byłoby życie, gdybyśmy po prostu kochali i akceptowali siebie takimi, jakimi jesteśmy. Wszyscy w taki czy inny sposób skorzystamy na podniesieniu własnej samooceny. Niemniej istnieją pewne szczególne wyzwania, przed którymi stają kobiety usiłujące odnaleźć się w delikatnym procesie budowania fundamentów poczucia własnej wartości. W dalszych częściach przyjrzymy się uważnie niektórym czynnikom wpływającym na kobiecą samoocenę, nauczymy się, jak sobie z nimi radzić i jak przejąć kontrolę nad własnym życiem dzięki pewności siebie i przeświadczeniu o własnej wartości.

Istnieje wiele definicji poczucia własnej wartości i pojęć pokrewnych, lecz ta zaprezentowana poniżej została sformułowana specjalnie w odniesieniu do kobiet. Ważne, abyś podczas pracy z książką miała ją zawsze w pamięci.

Zdrowe poczucie własnej wartości oznacza posiadanie pozytywnego, realistycznego i spójnego obrazu siebie, będącego wyrazem szacunku do własnej osoby, niezachwianej wiary we własną wartość oraz przeświadczenia, że zasługujesz na szczęście i spełnienie mimo niedoskonałości, stereotypów, wyzwań i trudności.

Problemy na tle poczucia własnej wartości bywają trudne do zidentyfikowania, gdyż często idą w parze z innymi zaburzeniami, takimi jak depresja, stany lękowe i nieumiejętność radzenia sobie z gniewem. Niska samoocena może także leżeć u podłoża stosowania substancji psychoaktywnych i uzależnień, a nawet kryć się pod pozorami pewności siebie i szczęścia. (…)

Warto zastanowić się czy źródłem twoich oczywistych życiowych niepowodzeń nie jest przypadkiem głębszy problem w postaci niskiej samooceny?

Niskie mniemanie o sobie może się odbijać na twoim życiu.

Czy potrafisz zidentyfikować jakieś trudności w swoim życiu, które mogą mieć związek z niedostatecznym poczuciem własnej wartości?

Poczucie własnej wartości nie jest stałe. Jego poziom może się zmieniać z biegiem czasu, zależy też od aktualnych doświadczeń, grupy ludzi, z którymi akurat przebywamy, oraz innych okoliczności. Dobrze więc postrzegać je jako kontinuum z niską, negatywną lub niezdrową samooceną na jednym końcu skali i wysoką, pozytywną lub zdrową samooceną na drugim. Naszym celem jest stworzenie podstaw zdrowego poczucia własnej wartości, tak aby było ono spójne, stałe i niezachwiane we wszystkich sferach życia, nawet w trakcie najcięższych życiowych zmagań.

Polecamy książkę "Poznaj, zaakeptuj i pokochaj siebie" Megan MacCutcheon. Została ona napisana z myślą o kobietach stojących przed wyzwaniami związanymi z niską samooceną oraz o tych, które pragną zyskać pewność siebie i większą wewnętrzną siłę. Stanie się również wsparciem dla każdej kobiety, która czuje się zniechęcona lub ma poczucie niespełnienia w jakiejś sferze życia. To dobre narzędzia służące do podniesienia samooceny i mogące przynieść korzyść niemal każdemu, niezależnie od tego, z jakiego rodzaju przeciwnościami się mierzy.

  1. Psychologia

Krytyka – broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik, propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Dokarmić dobrego wilka - dla zestresowanym mam

Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas niszczy, wprowadza w nasze życie chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza w nas ład. I to od nas zależy, co wybierzemy – mówi psychoterapeutka Krystyna Łukawska. 

Mama bywa zapracowana, zmęczona, zestresowana, zdenerwowana, ale zrelaksowana? To niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma małe dzieci. Warto się zastanowić, co to znaczy zrelaksowana mama. Na pewno nie jest to mama, która się nie stresuje. Wszyscy się stresujemy, mama też i nie ma co się łudzić, że stresu unikniemy. Nasze życie staje się bowiem coraz bardziej intensywne. Zrelaksowana mama to jest taka mama, która – po pierwsze - umie radzić sobie ze stresem, a nie taka, która nie przeżywa stresu. Czasami mamy skarżą się: „Nie mogę przestać się niepokoić, nie umiem się nie martwić.” Odpowiadam im: Też się przejmuję, denerwuję, wszystkie to robimy. Nawet nie wiem jak byśmy miały zaawansowane kariery, to jeśli mamy dzieci, rodzina pozostaje w centrum naszego życia i bywa źródłem niepokoju. Ale przede wszystkim jest źródłem satysfakcji! Bycie mamą to coś najlepszego, co mogło nam się przytrafić. Jednak żeby móc czerpać z tego doświadczenia radość, trzeba ją świadomie budować. Zrelaksowana mama to – po drugie – mama, która daje sobie prawo do tego, żeby zadbać o siebie. A więc nie czuje się winna, kiedy zostawia dziecko pod dobrą opieką i wychodzi z domu, żeby poćwiczyć, spotkać się z przyjaciółką, zrobić coś, co przynosi jej przyjemność. Ale najważniejsze dla osiągnięcia stanu prawdziwego zrelaksowania jest umiejętność BYCIA, a nie tylko działania.

Mamy relaksują się na przykład rozmowami na facebooku. I to nic złego. Jeśli chcę być zrelaksowaną mamą, to regularnie robię coś dla siebie, niezależnie od kontaktów z dzieckiem, na przykład korzystam z Internetu. Warto jednak wiedzieć, że walutą jaką płacimy za korzystanie z Internetu jest nasza uwaga. Badania z 2008 roku – teraz prawdopodobnie te liczby są jeszcze większe - pokazują, że przeciętna osoba pochłania 34 gigabajtów informacji dziennie, co przekłada się na 100 tysięcy słów, przy czym 1 gigabajt to na przykład symfonia albo pełnometrażowy film. Codziennie pochłaniamy taką ilość informacji! Badania pokazują, że Internet dostarczając mózgowi nieustannej stymulacji powoduje rodzaj chemicznego uzależnienia. Wydziela się wtedy dopomina, wywołująca uczucie przyjemności, więc chcemy to robić. Nie zatrzymamy rozwoju technologii, nie ma sensu jej potępianie, sama jestem jej wielką fanką. Trzeba tylko nauczyć się z niej korzystać. Ja też lubię pobyć na facebooku, ale pod koniec dnia zadaję sobie samej pytanie: co przyniosło mi balans, spokój, radość, szczęście? I żeby na to odpowiedzieć konieczne jest: BYCIE.

Co to takiego? To umiejętność uwolnienia się od presji czasu i pośpiechu, któremu wszyscy nieustannie ulegamy. Doskonale pamiętam tę presję. Dzwoni do mnie przyjaciółka, a ja pytam: Czy to coś ważnego, bo nie mam czasu. Dziecko o coś mnie prosi, a ja je poganiam: Tylko szybko, bo się spieszę. A ile czasu zajmuje wysłuchanie pytania dziecka, 30 sekund? Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. Ćwiczenie tej umiejętności zajmuje naprawdę niewiele czasu, wystarczy 30 sekund, minuta na godzinę przeznaczona na zatrzymanie się i świadome oddychanie. W sumie daje to kilkanaście minut BYCIA w ciągu dnia. To naprawdę nic w porównaniu z czasem, który przecieka nam przez palce. Badania neuropsychologiczne pokazują, że do tego, aby można tworzyć, być kreatywnym, trzeba przeplatać działanie BYCIEM.

Czyli odpoczynkiem? Nie do końca. Słowo „odpoczynek” kojarzy się z aktywnością fizyczną - jedziemy na narty, na rower, biegamy. To oczywiście jest odpoczywanie, ważne i potrzebne dla naszego rozwoju. BYCIE to jednak coś więcej. To moment zatrzymania naszego umysłu, nie identyfikowanie się z wszystkimi myślami, jakie przelatują nam przez głowę, co pozwala zauważyć, że niektóre z nich są  po prostu głupie i nie warto się w nie wciągać. Trzeba pamiętać, że 40 procent naszego działania jest działaniem nawykowym. A to znaczy, że reagujemy nie tak, jak wymaga tego sytuacja, często nawet nie tak, jakbyśmy chcieli, tylko tak, jak mamy to wdrukowane przez wychowanie, edukację, przyzwyczajenia.

BYCIE powściąga reakcje nawykowe? Tak. Taką reakcją nawykową jest, na przykład, mówienie do dziecka: „uważaj!” Ja też ciągle to powtarzałam. Pamiętam też, jak mój ojciec wołał z przerażeniem: „uważaj”, co miało oznaczać tylko to, że się boi, że zrobię sobie jakąś krzywdę, nic więcej. A więc kiedy uświadomiłam sobie, że to nie jest pomocne zawołanie do dziecka, a nawet, że wprowadza niepokój, to postanowiłam się powstrzymywać od mówienia takich słów. Dobra wiadomość jest taka, że nawet dzieci można nauczyć powstrzymywania się. Ale nie można uczyć dzieci czegoś, czego sami nie umiemy. Jako mama wypowiedziałam wiele nieodpowiednich i okrutnych słów dopóki nie uświadomiłam sobie tego i nie nauczyłam się wyrażać swojego niezadowolenia z szacunkiem i życzliwością dla dziecka.

Co daje bycie zrelaksowaną mamą? Uwolnienie od poczucia winy. Poczucie winy bardzo nas bowiem obciąża. W zachodniej kulturze obwiniamy się od setek lat, na winie i karze opierały się systemy edukacyjne. Nawet jeśli teraz wiemy, że obwinianie nie ma sensu i nie pomaga ani w uczeniu  ani w rozwoju, to ciągle pojawia się nawykowo. Z mojej pracy z mamami wynika, że one przede wszystkim obwiniają się same. I drugi problem – nie dają sobie prawa do błędów.   

Bo wszystkie chcemy być idealnymi matkami. Mam wrażenie, że same na sobie przeprowadzamy test: zdałam egzamin, czy go oblałam. I bardzo często odpowiadamy: oblałam. Zajmujemy się głównie tym, co zrobiłyśmy nie tak, podczas, gdy jako mamy niesłychanie się staramy, wkładamy w wychowanie dziecka wiele troski, starań, pracy, nieprzespanych nocy, a w ogóle tego same nie doceniamy! Kiedy pojawia się nawykowe samoobwinianie: „znowu nawaliłam, znowu sprawiłam, że synek się rozchorował” dobrze jest zrobić krótki moment przerwy i zauważyć: „Oto odzywa się we mnie mój wewnętrzny krytyk”. Zamiast sobie coś wyrzucać, lepiej zobaczyć to, że czegoś nie umiem, że byłam  bezradna. Można wykonać  wtedy proste ćwiczenie: Porównać ową sytuację do scenariusza filmowego i zastanowić się, co bym w nim zmieniła, żeby film zrobiony na jego podstawie mi się podobał. Jestem wielką entuzjastką warsztatów i w ogóle uczenia się. Sama korzystałam z wielu warsztatów i nadal to robię. Mam za sobą 25 lat intensywnej i regularnej medytacji, więc dla mnie zatrzymanie jest już łatwe i naturalne. Ale na początku było niesłychanie trudne. Uważam, że w każdym wieku można się zmienić, najpierw jednak trzeba nauczyć się BYCIA.

W końcu uda nam się kiedyś posiąść sztukę bycia zrelaksowanymi? To złudzenie, że możemy ten stan osiągnąć. W życiu cały czas balansujemy między równowagą, a brakiem równowagi. To tak, jakbyśmy chodzili po cienkiej linie. Nawet duchowi nauczyciele nie żyją w stanie permanentnej równowagi, oni tylko wiedzą, jak szybko ją odzyskać. Zacząć można od zatrzymywania się i świadomych oddechów. Starać się zauważać, ale nie  utożsamiać z głosem wewnętrznego krytyka. Ćwiczyć się w życzliwości i łagodności w stosunku do siebie. Myślę, że często nie umiemy okazać życzliwości, miłości, bo nas tego nie uczono. Rodzice bardziej starali się nauczyć nas czego nie robić, co jest dla nas niedobre niż tego, co robić i co jest dla nas dobre. Bardziej chronili niż poświęcali czas i uwagę. To ważne, żeby regularnie dbać o życzliwą, przyjazną atmosferę w domu. Okazujmy dzieciom miłość, ciepły i serdeczny dotyk, patrzmy sobie nawzajem w oczy i mówmy: O jak się cieszę, że się cieszysz, to cudowne, że ci się udało. Dziecko rośnie, gdy widzi zachwyt w oczach mamy. Celebrujmy momenty bycia razem, posłuchajmy z autentycznym zaangażowaniem historii jakie opowiada dziecko.

Łatwo powiedzieć…Wiele mam uzna, że to niewykonalne. Często narzekamy na dziecko, ponieważ nie możemy wybaczyć sobie tego, co mu zrobiłyśmy. Na przykład tego, że kiedy było chore, marudne, nakrzyczałyśmy na nie. Nasza reakcja wynikała nie ze złych intencji, tylko z bezsilności i nieumiejętności stawiania dziecku granic z szacunkiem i życzliwością. Na spotkaniach z rodzicami podkreślam, że jestem za wychowaniem bez kar. Rodzice odpowiadają, że wychowanie bezstresowe się skompromitowało. Ale wychowanie bez kar nie ma nic wspólnego z wychowaniem bezstresowym. Dziecko niesłychanie potrzebuje dyscypliny, każdy z nas jej potrzebuje, niczego nie moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie dyscyplina. Naszym zadaniem jest więc nauczyć dziecko dyscypliny. A będzie to możliwe wtedy, kiedy sami zaczniemy czuć się swobodnie ze stawianiem dziecku wymagań, ograniczeń, ale bez upokarzania, obwiniania, oskarżania, z życzliwością i szacunkiem. I czasami to bardzo trudne, bo sami  takiego traktowania nie doświadczyliśmy. Dyscyplina nie polega na tym, żeby karać. W  karze zawiera się pewien rodzaj upokorzenia, pokazanie, że mam władzę. Oczywiście, rodzice mają władzę nad dzieckiem, ale nie ma potrzeby jej podkreślać. I to nieprawda, że zbuntowany nastolatek nie chce dyscypliny. On tak naprawdę marzy, żeby rodzice pomogli mu przejść przez trudny okres w życiu, ale żeby zrobili to z szacunkiem i życzliwością, żeby pokazali, że są po jego stronie, że nie chcą go zniszczyć, tylko pragną uszanować jego przestrzeń, osobowość. Swoboda w spokojnym stawianiu wymagań daje mamie niesłychaną siłę. Warto ją budować także poprzez chwile zatrzymania.

Co daje nam stan zrelaksowania? Spokój, odprężenie, jasność umysłu. Zmienia jakość naszych relacji z dzieckiem, partnerem, przyjaciółmi, ale przede wszystkim ze sobą samym. Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas  niszczy,  wprowadza w nas chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza ład. Jest taka mądra przypowieść o starym Indianinie, do którego przychodzi wnuczek i mówi: - Nienawidzę kolegi, bo potraktował mnie niesprawiedliwie. Na co dziadek: - Ja też czasami czuję nienawiść do tych, którzy są chciwi i aroganccy. Ale nienawiść jest jak trucizna, którą pijesz w nadziei, że otruje drugą osobę. We mnie i w każdym z nas są dwa wilki, które toczą walkę. Jeden – pełen chciwości, agresji, zazdrości, pesymizmu – dąży do wojny i  zniszczenia. A drugi – pełen dobroci, miłości, wyrozumiałości, optymizmu – dąży do pokoju i harmonii. Każdy z nich chce dominować, chce być ważniejszy. - A który z nich wygra dziadku? - zapytał wnuczek. - Ten, którego będziesz karmił.

Ta przypowieść pięknie pokazuje, że w każdym momencie życia mamy wybór. Żeby jednak był możliwy, musimy na moment się zatrzymać i po prostu „być”, bo w tym „byciu” zapala się żarówka świadomości, dzięki której możemy zobaczyć nasze życie z innej perspektywy.

A gdy same się zmienimy, to nie ma siły, żeby nie zmienili się ludzie wokół nas. To niewiarygodne, jak to działa! Dlatego warto zacząć dzień nie od narzekań, że to nie zrobione, tamto nie zrobione, tylko od uśmiechu i serdecznego powitania dziecka: Dzień dobry, jak spałaś, jak się czujesz. Ale najpierw trzeba uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć: Dzisiaj jest nowy dzień, postaram się być życzliwą dla siebie. Bo kiedy uśmiecham się do siebie, uśmiech pojawia się także na twarzach innych. 

Krystyna Łukawska – psychoterapeutka, coach, absolwentka Instytutu Psychologii UW, autorka wielu seminariów i warsztatów (w tym internetowych adresowanych do mam: www.zrelaksowanamama.pl) i książki „Szczęśliwi rodzice – szczęśliwe dzieci”. Od lat mieszka w USA.

Jak zadbać o siebie?

1. Ucz się życzliwego przyglądania się swoim myślom 

2. Ucz się rozumieć swoje ciało i traktuj je życzliwie

3. Akceptuj momenty słabości i unikaj obwiniania

4. Powstrzymuj się od reakcji kiedy jesteś zła

5. Ucz się uspokajać silne emocje

6. Uśmiechaj się do siebie i innych

7. Rób coś, co sprawia ci radość

8. Dbaj o ruch i wypoczynek

9. Rozwijaj wdzięczność do siebie i innych

10. Okazuj miłość i serdeczność

 

  1. Psychologia

Nie bój się błędów

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
„Źle to robisz, zostaw, odłóż. Lepiej sama zrobię… Znowu zepsute, kiedy ty się nareszcie tego nauczysz. Co ja mam z tym dzieckiem!”. To w domu.

„Źle! Znowu nie umiesz! Jedynka. Tylko tyle potrafisz? Wciągnij te kopyta, do baletu nie wstąpisz!”. To w szkole. (Cytat z mojego pana od wf.).

Całe nasze młode życie bywa upstrzone takimi połajankami, ocenami. Zabrałam się do szycia sobie spódnicy ze starych, nienoszonych spodni taty i byłam z siebie bardzo dumna. Dopóki mama nie wykazała mi niezbicie – wytykając, co źle obrąbiłam i gdzie się ciągnie… – że niepotrzebnie zniszczyłam (!) tacie spodnie. Szyć przestałam.

Na studiach spotkałam dziewczynę, która chodziła w fajnych, uszytych przez siebie samą ciuchach. Była oryginalna. Kiedyś zobaczyłam, że dynda jej jakaś nitka i szew jest nadpruty. Doniosłam jej o tym cichutko, z troską – bo pewnie nie zauważyła. „Ha, ha – zaśmiała się Teresa. – Wiem! A co to szkodzi!”. Zamurowało mnie. Moja mama by mnie zabiła – zwierzyłam się z nieudanej kariery krawcowej. „A moja – powiedziała Teresa ku mojej wielkiej zazdrości – w ogóle by się nie przejęła. Kroiłam i szyłam, co chciałam, mama mi dawała wszystkie materiały. Zawsze mnie wspierała i zachwycała się tym, co robię”. Teresa Seda została świetną projektantką.

Mam nadzieję, że pamiętacie nauczyciela ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Kiedy zapytany przez niego uczeń odpowiadał błędnie, on mówił: „Nie, ale dziękuję za odpowiedź!”. Pamiętacie jego szacunek i miłość do uczniów? Pamiętacie, jak rozkwitali, jak stawali się twórczy? Ilu z nas spotkało takich nauczycieli? Ilu miało takich rodziców? Oczywiście sytuacja nie bywa wyłącznie czarna. Byliśmy przecież chwaleni za dobre wyniki w szkole, za posłuszeństwo, za to, że wstydu nie przynieśliśmy. Byliśmy chwaleni i uznawani za to, co dla NICH było dobre. Pomieszało nam się więc z tym, co dobre dla NAS. Co dla nas właściwe. Ciągle jesteśmy nie dość doskonali i ciągle mamy się doskonalić. I w dodatku mamy to robić bezbłędnie, już od razu.

Mój, skądinąd fajny tata, też miewał wpadki. Zawsze byłam bardzo dzielna, ale bałam się głębokiej wody. On uczył mnie pływać. Na płytkiej wodzie pływałam, na głębokiej krztusiłam się ze strachu i robiłam wiatrak. Po kilku takich nieudanych próbach tatę szlag trafił i wepchnął mnie całą pod wodę, przytrzymując mi mocno głowę. Przeraziłam się, że mnie utopi. Trwało to wieczność. I ten straszny żal i zawód, że to ON mi to robi.

A potem w mojej szkole zrobili basen. Jezu, jak mi zależało, żeby pływać! Najpierw zaczęłam ćwiczyć oddechy w misce pełnej wody, a potem noc w noc ćwiczyłam pływanie we śnie. Na raz ramiona do przodu, głowa do wody, wydech pod wodą, na dwa głowa nad wodę, nabranie oddechu, ramiona na boki i do tyłu, a potem znowu głowa do wody, ramiona do przodu, wydech pod wodą… Zaczęłam uwielbiać to nocne pływanie. I któregoś dnia na wf. na basenie stanęłam na słupku, uśmiechnęłam się do siebie i... skoczyłam. Pływanie stało się moim ulubionym zajęciem na zawsze. Tata był ze mnie bardzo dumny, bo pływałam godzinami. Nie wiem, czy wiedział, co mi zrobił. Ja wiedziałam, że uratowałam siebie sama. A moje sny do dziś przychodzą mi z pomocą.

W niektórych sprawach się poddaliśmy, w innych nie. Na szczęście w życiu prawie każdego są takie sfery, za które odpowiadamy sami, nikt nam się tam nie może wedrzeć. Na szczęście spotykamy rówieśników, z którymi budujemy świat według innych praw niż te dane nam przez dorosłych. Na szczęście spotykamy różnych dorosłych.

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów. A potem już możemy przekazać je naszym dzieciom.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.