1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wyślij swój umysł na detoks!

Wyślij swój umysł na detoks!

Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. (Fot. iStock)
Myślenie procentuje, ale nieustanna analiza szkodzi. Według psychologa Rafaela Santandreu najwięcej dramatów rozgrywa się tylko w naszej głowie. Chcesz odzyskać równowagę? Spróbuj cieszyć się zarówno małymi, jak i wielkimi rzeczami i tym samym odzyskać wewnętrzny spokój. 

Skąd bierze się to, co opatrujemy etykietką „problem”? Czy to życie przynosi problemy? A może sami je tworzymy – a przynajmniej wyolbrzymiamy – naszą postawą, sposobem myślenia? Rafael Santandreu, hiszpański psycholog poznawczy, autor książki „Twój umysł na detoksie”, nie ma wątpliwości: problem jest pojęciem względnym. Od ciebie zależy, czy jakieś okoliczności są „straszne”, czy „trochę złe”. To kwestia oceny. Jakie stosujesz kryteria? Jak wygląda twoja skala? I co, gdyby okazało się, że sama zatruwasz sobie życie?

Psychiczne tortury

Kiedy uda nam się zmienić sposób myślenia, będziemy zdolni cieszyć się małymi i wielkimi rzeczami, które niesie życie, będziemy potrafili mocniej kochać i pozwalać się kochać, zyskamy też więcej wewnętrznego spokoju – twierdzi Santandreu. Dlaczego myślenie? Dlaczego ta zmiana jest tak ważna? Bo w większości przypadków jesteśmy neurotyczni. Poddajemy samych siebie psychicznym torturom. Blokujemy naturalny przepływ życia lękami albo warunkami, jakie mu stawiamy. Podejmujemy decyzje w rodzaju: „Nie będę szczęśliwa, dopóki nie znajdę mężczyzny”. Albo: „Nie mogę żyć pełnią życia, bo jestem za niska”.

Już Epiktet zauważył, że dotyka nas nie to, co nam się przydarza, ale to, co mówimy sobie na ten temat. Pomiędzy zdarzeniem (na przykład utratą pracy) a emocją (wściekłość, rozpacz) jest nasze myślenie, interpretacja. Dialog wewnętrzny, który generuje takie, a nie inne samopoczucie. Zdaniem Rafaela Santandreu przypominamy maszyny oceniające. Wciąż sprawdzamy, czy dana okoliczność jest dla nas korzystna. Jeśli uznajemy, że nie, zaczynamy opierać się rzeczywistości, a nawet dramatyzować. I to właśnie ta „choroba dramatyczna” jest przyczyną wszystkich zaburzeń emocjonalnych.

Santandreu przywołuje przypadek chłopaka, z którym pracował. Jordi miał za sobą próbę samobójczą. Powód? Trzy poprawki na koniec semestru. Czy to naprawdę tak straszne, żeby pozbawiać się życia? Oto uzasadnienie niedoszłego samobójcy: „Jeśli nie uda mi się poprawić przynajmniej jednej z ocen, będę musiał powtarzać klasę. Jeśli w kolejnym roku znajdę się w podobnej sytuacji, wyrzucą mnie. Mogę zestresować się do tego stopnia, że nie skończę żadnej szkoły, nie pójdę na uczelnię. To katastrofa: stałbym się wyrzutkiem w rodzinie. No i żadna dziewczyna mnie nie zechce! Moje życie nie będzie nic warte, lepiej zakończyć je już teraz...”.

Każdy z nas wpada czasem (niektórzy nawet często) w tego rodzaju ciąg myślowy. Stajemy się niewolnikami swoich fantazji, własnego dialogu wewnętrznego. I cierpimy – zupełnie bez potrzeby. Bo cały dramat rozgrywa się w naszej głowie. Według psychologów poznawczych za przesadną negatywną emocją zawsze kryje się katastroficzna myśl. Jeśli więc cierpisz, sprawdź, czy nie uwierzyłaś w coś, co zwyczajnie nie jest prawdą. Czy nie masz nierealnych wymagań, nie tworzysz sztucznych potrzeb. Czy nie zwiodło cię jakieś irracjonalne przekonanie. Na liście takich przekonań Santandreu umieścił m.in.: „Muszę mieć przy sobie kogoś, kto mnie kocha”, „Muszę być kimś w życiu”, „Muszę mieć mieszkanie na własność”, „Muszę mieć dobre zdrowie”, „Muszę pomagać krewnym”, „Muszę mieć ekscytujące życie”. Nie musisz – zapewnia psycholog. Możesz podejmować działania w tym kierunku, pragnąć tego, ale nie wymagać. Nie myl pragnienia czy preferencji z potrzebą! Pamiętaj, że każda wymyślona potrzeba staje się źródłem słabości.

Latem jest gorąco

Gotowa na zmianę przekonań? Załóżmy, że spędziłaś kolejny samotny weekend i uznałaś, że to „straszne”. Jakie przekonanie za tym stoi? Może: „Kobieta bez rodziny jest bezwartościowa”? Bądź: „Samotność to życiowa porażka”? Albo: „Potrzebuję przyjaciół, żeby być w dobrym nastroju?”. Kiedy już wiesz, co cię uwiera, pora zastosować racjonalną argumentację. Pomocny będzie argument porównawczy: „Czy istnieją inne osoby, które w tej samej sytuacji są szczęśliwe?”. Inna argumentacja dotyczy możliwości: „Czy mimo tych okoliczności mogę realizować ważne dla mnie i innych cele?”. I wreszcie argument egzystencjalny: „Czy w nieskończonym wszechświecie ma to aż takie znaczenie? Co będzie ze mną i z tym problemem za sto lat?”. Santandreu zaleca wręcz medytację nad własną śmiercią. Kiedy przypominamy sobie o jej nieuchronności, stajemy się bardziej zrównoważeni i dojrzali, paradoksalnie odzyskujemy spokój. Przestajemy się zamartwiać, zaczynamy cieszyć się życiem.

Po tym, jak stawiłaś czoło irracjonalnemu przekonaniu, możesz stworzyć nowe. Zdrowe, racjonalne. Na przykład takie: „Wolałabym spędzać weekendy z narzeczonym, ale jeśli akurat go nie mam, też mogę być szczęśliwa”. Nie rezygnujesz tu ze swoich preferencji czy pragnień, po prostu ich spełnienie nie jest już warunkiem twojego szczęścia.

Psychologia poznawcza to nie trening pozytywnego myślenia. Nie chodzi w niej o zmianę negatywnych myśli na pozytywne, o mechaniczne powtarzanie nowych poglądów. To terapia argumentów. Rzeczowych. Wymaga regularnej pracy, wytrwałości. Jeśli wierzyć autorowi „Twojego umysłu na detoksie”, nagrodą za te starania jest poczucie wewnętrznej harmonii. Optymizm.

Żeby łatwiej było zidentyfikować irracjonalne przekonania, Santandreu podzielił je na trzy grupy: 1. Muszę to robić dobrze albo bardzo dobrze. 2. Ludzie zawsze muszą mnie dobrze traktować, sprawiedliwie i z szacunkiem. 3. Sprawy muszą się układać po mojej myśli.

Wiara w powyższe założenia (i próba egzekwowania ich) to – jak łatwo się domyślić – pierwszy krok do frustracji. Czyli do zatruwania sobie życia. Czy nie prościej byłoby przyjąć, że przeciwności stanowią jego część? Chyba najbardziej obrazowo ujmuje to buddyjska mądrość: „Latem jest gorąco, a zimą zimno”. Jaki masz wpływ na pogodę? Na korki? Humory szefa? Na brak miejsc parkingowych? Albo na to, że właściciele psów nie zawsze po nich sprzątają? Możesz zamknąć się w domu i uniknąć tego wszystkiego, tylko czy będziesz wtedy szczęśliwa? Dużo lepszym sposobem jest uodpornić się na frustrację i nie tracić czasu na to, co nie działa – radzi psycholog. Jak to zrobić? Dokądkolwiek idziesz, cokolwiek robisz, zaakceptuj pewne niedogodności. Zdaj sobie sprawę, że nie są aż tak istotne. Wreszcie: skoncentruj się na tym, co jest w porządku. Na wszystkich wspaniałościach, jakie cię otaczają. Kiedy przekierujesz uwagę, przekonasz się, że jest ich naprawdę sporo.

Nie manipuluj przy życiu

Santandreu obala kilka mitów. Chociażby ten dotyczący komfortu. Chcemy, żeby było nam wygodnie. Ciepło (ale nie za bardzo!). Miękko. Luźno. Cicho. Smacznie. Pachnąco. Jakiekolwiek odstępstwa od tych „norm” traktujemy jako zniewagę. Chcemy zmieniać: uciszać, perfumować, wentylować. Narzekać i protestować. Jeśli uczynisz z komfortu fetysz, obsesję, twoje życie będzie ciągłym dyskomfortem! Twoja nadwrażliwość stanie się udręką dla ciebie i dla otoczenia... A gdyby przyjąć, że komfort nie jest aż tak wielką wartością? Przecież nie da ci szczęścia. Przychodzi i odchodzi. Na dłuższą metę staje się wręcz nudny – trudno pogodzić go z aktywnym korzystaniem z życia.

Kolejny mit dotyczy bliskich związków. Na przykład przyjaźni. Nie ma sensu oczekiwać od ludzi tego, czego nie mogą nam dać. Ktoś będzie zawsze pamiętał o naszych urodzinach, a ktoś inny nie. Ale za to przyjedzie otrzeć nam łzy w środku nocy. Nikt nie jest doskonały... My też nie. A w partnerstwie? Czy i tu stosować zasadę bezwarunkowej akceptacji? Godzić się na zaniedbania drugiej osoby? Santandreu proponuje wprowadzić zakaz narzekania na to, co dzieje się w związku. I zwyczaj cotygodniowego wręczania partnerowi pisanej z miłością „listy sugestii”. Na przykład takich: „Chciałabym, żebyś częściej mówił mi miłe rzeczy, ale jeśli nie będziesz tego robił, i tak będę cię kochała”. Chodzi o to, żeby zasygnalizować partnerowi nasze oczekiwania, zapewniając jednocześnie o uczuciu i akceptacji. Pozostawić mu wolną rękę, niczego nie wymuszać... Dlaczego to działa? Bo kiedy narzekamy czy wymagamy, druga osoba czuje się zastraszona, przyparta do muru. A gdy sugerujemy coś niezobowiązująco – po prostu zachęcona. Oczywiście, do niezrealizowanych sugestii warto wracać (nawet co tydzień), ponawiać zachęty... Licząc się z tym, że jakiś punkt (na przykład dotyczący wyrzucania śmieci) będzie figurował na naszej liście do końca życia. Ale może nie jest to aż takie ważne?

I jeszcze sugestia dotycząca tego, jak bronić się przed neurozami czy kiepskimi nastrojami innych. Kiedy ktoś awanturuje się, wyolbrzymia pewne sprawy, przyjmij, że chwilowo stracił kontakt z rzeczywistością. Jaki jest sens dyskutować z kimś, kogo akurat opuściły zdrowe zmysły? Możesz odciągnąć jego uwagę od dramatu na trzy sposoby. Pierwszy to miłość: przytulasz tę osobę, mówisz ciepłe słowa. Drugi to humor: zmieniasz język, akcent albo ton głosu, podśpiewujesz. I wreszcie surrealizm: odpowiadasz zupełnie nie na temat, jakbyś to ty straciła rozum.

W wielu sytuacjach najlepszą strategią będzie… brak strategii i poddanie się życiu. Bo, jak mówi Rafael Santandreu: „Przyjaźń, samorealizacja i udane życie seksualne przyjdą w sposób naturalny, wcześniej czy później, bo właśnie w tym kierunku zmierza życie, jeśli tylko nie będziemy za dużo przy tym manipulować”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kwiatoterapia - szczęście i zdrowie z natury

Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 18 Zdjęć
Kwiaty cieszą oko, wzbudzają zachwyt, kuszą zapachem oraz są symbolem nadziei i szczęścia. Wiele osób wierzy, że mogą również poprawiać stan zdrowia i wpływać na psychikę.

Według podstawowych założeń kwiatoterapii każda choroba ma początek w negatywnych stanach umysłu człowieka – wewnętrznych konfliktach i lękach. Silne napięcie i stres ograbiają człowieka z zapasów energii życiowej. Organizm przeznacza ją na mobilizowanie mechanizmów obronnych, staje się słabszy, łatwiej poddaje się chorobie, nie starając się z nią walczyć.

Esencje kwiatowe harmonizują negatywne uczucia. Zawierają uzdrawiającą wibrację z najbardziej rozwiniętej części rośliny, czyli kwiatów. Zadaniem esencji kwiatowych nie jest uleczanie, a przeniesienie do organizmu człowieka energii i wibracji z kwiatów, co pomaga w powrocie do emocjonalnej równowagi. Terapia kwiatowa jest częścią medycyny holistycznej. Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. Jest też pomocne w terapii psychologicznej i leczeniu psychiatrycznym. Zmniejsza napięcie, poprawia koncentrację. Stosuje się je dla wzmocnienia pracy nad zmianą postaw życiowych, a nawet w leczeniu otyłości.

Krople esencji kwiatowych mają wpływ na nastroje i na głęboko zakorzenione przyzwyczajenia. Wyróżnia się 38 różnych ekstraktów, z których można skomponować niemal 300 milionów mieszanek, dopasowanych do stanu emocjonalnego każdego pacjenta. Każdy z nich odpowiada określonym stanom psychiki lub cechom charakteru. Można je zażywać pojedynczo lub tworzyć mieszanki, odpowiednio do potrzeb. Jednak by zadziałały, konieczne jest postawienie prawidłowej diagnozy, a potem regularne zażywanie (zwykle 4 krople bezpośrednio na język 4 razy dziennie).

Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock) Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Popularyzatorem tej metody był brytyjski lekarz i mikrobiolog dr Edward Bach. Szukał on przyczyn chorób swoich pacjentów w ich stanach psychicznych, koncentrował się na osobie, na jej emocjach i stanie psychicznym, a zewnętrzne objawy choroby odkładał na dalszy plan. Kiedy sam czuł się źle, wyruszał na długie spacery na łąki, do lasu, zrywał tam płatki z kwiatów i trzymał je w ręku lub kładł na języku. Zauważył, że przynosi mu to ulgę. Postanowił więc porzucić praktykę lekarską i poświęcić się badaniom nad nową formą terapii – leczeniu za pomocą esencji kwiatowych. Po kilku latach badań stworzył zestawy esencji kwiatowych, które pomagają w leczeniu chorób wynikających z siedmiu rodzajów stanów psychicznych: strachu, niepewności, braku zainteresowania otoczeniem, samotności, nadwrażliwości, zniechęcenia, nadmiernej troskliwości.

Terapia kwiatowa nie ma nic wspólnego z aromaterapią. Tu najważniejsza jest esencja kwiatowa rozcieńczona wodą i alkoholem (lub samą wodą). W leczeniu wykorzystuje się nie wyciąg z rośliny, lecz jej potencjał energetyczny zawarty w wodzie. Najbardziej popularną metodą uzyskania esencji jest metoda termiczna. Świeżo zerwane, dojrzałe kwiaty umieszczamy w szklanej miseczce z wodą źródlaną i wystawiamy na działanie słońca, na około 4–5 godzin. Po pewnym czasie kwiaty oddają wodzie swoją energię. Następnie wodę zlewa się do ciemnej butelki i dodaje się taką samą objętość 40-procentowego alkoholu.

Od wielu lat ekstrakty kwiatowe przygotowuje się w Centrum Doktora Edwarda Bacha TM w Mount Vernon z kwiatów rosnących na terenie Walii. W Polsce od ponad 20 lat istnieje Centrum Terapii Bacha, z siedzibą w Rybniku, które prowadzi sprzedaż internetową i wysyłkę produktów na całą Polskę, zaopatrując klientów indywidualnych, gabinety, apteki i sklepy zielarskie. Spółka organizuje również szkolenia w ramach Międzynarodowego Programu Edukacyjnego Bacha, prowadzone przez licencjonowanego trenera.

Esencje kwiatowe wpływają na nasze emocje, przywracają zaburzoną równowagę psychiczną i poprawiają nastrój. Zapraszamy do naszej galerii - tam poznasz więcej ich leczniczych właściwości. 

  1. Zdrowie

Joga hormonalna dla zdrowia i żywotności

Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy. (Fot. iStock)
Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy. (Fot. iStock)
Joga odmładza i powoduje wzrost poziomu estrogenów – uważa brazylijska terapeutka Dinah Rodrigues. Wybrany przez nią system ćwiczeń pozwala kobietom, które nawet wiele lat temu przeszły okres menopauzy, odzyskać żywotność i zdrowie.

„Szczupła sylwetka, spokojne oblicze, słuchanie głosu serca, zdrowie, panowanie nad dobrami materialnymi i wewnętrzny ogień” – takie wspaniałości obiecuje osobom trenującym jogę Pradipika, jeden z najsłynniejszych hinduskich tekstów o hathajodze, najstarszej znanej formie ćwiczeń fizycznych.

Jogę można praktykować z różnych powodów. Dla uspokojenia i wyciszenia, dla kondycji fizycznej, schudnięcia i wspaniałej sylwetki, dla odzyskania zdrowia i równowagi psychicznej czy wreszcie dla rozwoju osobistego i duchowego. Patańdżali, twórca „Jogasutry”, napisał w II w. p.n.e., że joga pozwala powściągnąć zjawiska świadomości i utrzymywać się w swojej właściwej naturze. To najgłębszy – duchowy – sens ćwiczeń.

Gdy rozpoczynamy praktykę jogi, pierwszym odczuciem, jakiego doznajemy, jest odzyskiwanie sprężystości ciała i pełnego zakresu ruchów. Ale joga to nie tylko gimnastyka. Precyzyjne ruchy pozwalają doświadczyć, że psychika i ciało są jednością. Harmonizując mięśnie i oddech, zawsze mniej lub bardziej wpływamy na samopoczucie. Wykonujemy bowiem dwa rodzaje ćwiczeń: fizyczne, czyli asany, i techniki oddechowe – pranajamy. Asany są spokojnymi ćwiczeniami rozciągającymi doskonalonymi przez joginów od tysięcy lat. Pranajamy to specjalny sposób oddychania, który wzmacnia energię życiową, a wycisza stres i silne emocje. Wiele z istniejących w jodze dwustu asan naśladuje jakąś roślinę, zwierzę, zjawisko przyrody albo hinduskie bóstwo. Przyjmując pozycję vrksa, czyli drzewa, można poczuć się bardzo stabilnie, praktykując hamsa (łabędzia), nabywamy płynności ruchów, a simba, czyli lew, i viraphadrasana – heros pomagają odnaleźć w sobie siłę do walki z kłopotami. W ten sposób pozycje jogi przypominają ćwiczącemu, że jest częścią natury, i pozwalają korzystać z jej mocy.

Tradycyjne systemy, które wyrosły z hatha-jogi, takie jak np. joga Iyengara czy Sivananda, odwołują się do prastarych technik uprawiania asan, ćwiczeń oddechowych i wewnętrznej pracy nad energią witalną. W jodze według Iyengara kładzie się nacisk na fizyczną stronę ćwiczeń, a w Sivanandzie obowiązuje zasada większej delikatności wobec siebie oraz respektowania swoich fizycznych ograniczeń.

Asany zdrowia i młodości

Bez względu na to, jaką odmianę jogi praktykujemy, regularne wykonywanie asan rzeźbi figurę, nadaje jej smukłość. Ćwiczenia powodują wydłużanie mięśni (w odróżnieniu od ćwiczeń na siłowni, które je skracają), dzięki czemu sylwetka staje się bardziej proporcjonalna, a ruchy harmonijne. Poprawia się przemiana materii, krążenie krwi, trawienie, wydzielanie neuroprzekaźników odpowiedzialnych za dobry nastrój, dotlenienie całego organizmu i wygląd skóry. Dzięki odstresowującemu charakterowi jogi rozluźniają się napięte barki, a rysy twarzy wygładzają się i łagodnieją. Twarz pozbawiona napięcia staje się młodsza.

Terapeutka jogi hormonalnej Dinah Rodrigues, która praktykuje od 50 lat, obiecuje jeszcze więcej. Wypróbowała terapię jogą na sobie. „Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy”, pisze Dinah Rodrigues w swojej książce „Joga hormonalna”.

Asany wybrane przez nią z tradycyjnej jogi powodują podniesienie obniżającego się w okresie premenopauzy poziomu estrogenów, a nawet wznowienie produkcji tych hormonów w okresie klimakterium. Ten rodzaj jogi przeznaczony jest także dla tych kobiet, które cierpią na różne zaburzenia hormonalne: nieregularne, zbyt obfite czy bolesne miesiączki, zespół napięcia przedmiesiączkowego czy policystycznych jajników. Pomaga również w leczeniu niepłodności. Każda z asan działa na narządy wewnętrzne uczestniczące w cyklu miesięcznym kobiety.

Kobiece pranajamy

– Joga hormonalna jest rozszerzoną hatha-jogą, jednak bardziej dynamiczną i skupioną na pracy nad energią. Koryguje to, co nie funkcjonuje właściwie. Praktykując ten styl jogi, można w dużym stopniu przeciwdziałać objawom obniżonego poziomu hormonów: większość dolegliwości znika, inne zostają zminimalizowane, a dobre samopoczucie powraca – mówi Irena Kertyczak, terapeutka jogi hormonalnej z Warszawy.

Kurs jogi hormonalnej zaczyna się od... wypełnienia ankiety. Określenie, na jakie dolegliwości cierpimy, pozwala dobrać dla nas specjalny zestaw ćwiczeń. Potem rozpoczyna się długi okres nauki i opanowywania kolejnych technik oddechowych. Dwie podstawowe to bhastrika i ujjayi (czytaj udżai). W bhastrice brzuch odgrywa rolę miecha. Trzeba nauczyć się dynamicznie wciągać brzuch (mówi się o przyciąganiu pępka do kręgosłupa), co powoduje intensywny masaż wnętrza podbrzusza, okolic jajników i nadnerczy. Doskonałe opanowanie bhastriki jest bardzo ważne, gdyż towarzyszy ona 70 proc. ćwiczeń. Ten właśnie masaż ma kluczowe znaczenie dla wznowienia przez tkanki jajników i nadnerczy produkcji estrogenów. Można to uzasadnić medycznie: bhastrika wzmaga krążenie krwi w tych organach, powodując lepsze ich odżywienie i dotlenienie, a odmłodzone tkanki mogą wznowić swoją pracę. Pierwsze efekty uzyskuje się po czterech miesiącach ćwiczeń, a poziom hormonów można sprawdzić, wykonując badania krwi.

Kolejną ważną techniką oddechową jest ujjayi. Polega na oddychaniu ze ściśniętą głośnią (gardłem) – słyszalnym dowodem opanowania tej sztuki jest wydobywający się w czasie wdechu i wydechu świst. Ujjayi „masuje” tarczycę i przytarczyce – gruczoły dokrewne odpowiedzialne m.in. za przemianę materii w organizmie, są one również powiązane z cyklem miesięcznym (niedoczynność lub nadczynność tarczycy powoduje zaburzenia lub zanik miesiączkowania). Jednak opanowanie tych technik to dopiero początek, gdyż ćwiczące osoby muszą jeszcze nauczyć się band – świadomego kurczenia określonych grup wewnętrznych mięśni. Najważniejsza jest udijana banda – polega na „podciąganiu” narządów podbrzusza do góry. W praktyce trzeba „podciągnąć” klatkę piersiową do góry, co automatycznie powoduje naciąganie narządów położonych w obrębie podbrzusza. Choć techniki wydają się teoretycznie niewykonalne, są absolutnie do opanowania. Cały cykl typowy dla jogi hormonalnej, który przerabia się na każdych zajęciach, obejmuje 15 ćwiczeń.

Ćwicz w domu!

Proponujemy pięć specjalnie wybranych asan, które można wykonywać samodzielnie w domu bez pomocy nauczyciela. Najlepiej robić je raz dziennie rano przez 30 minut. Potrzebne będą: karimata, mata lub koc do leżenia oraz mała poduszeczka.
 

Mahasana (skręty w bok)

Uklęknij, zwiń dłonie w pięści (kciuki skieruj do środka) i połóż z tyłu głowy, wnętrzem dłoni do wewnątrz. Weź głęboki wdech, wstrzymaj oddech, pochyl tułów w prawo, prawy łokieć ku podłodze, a biodro w lewo (jakbyś chciała usiąść). Następnie zrób ten sam ruch w lewo: tułów w lewo, a biodro w prawo. Następnie wychyl się do tyłu i do przodu w kierunku podłogi. Powtarzaj ten cykl tak długo, jak długo możesz pozostawać na bezdechu. Mahasana pobudza nadnercza do pracy.

Muzułmańska pozycja modlitewna

Usiądź na piętach, oprzyj tułów na udach i wyciągnij ręce przed siebie. Teraz oprzyj czoło na podłodze, wyprostuj lewą nogę, przyciśnij prawą piętę udem. Prawe kolano umieść między piersiami. Wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na prawym jajniku. Muzułmańska pozycja modlitewna uaktywnia jajniki.

Vilomasana (obojczyk)

Pozostań w pozycji leżącej. Zegnij kolana, stopy umieść w odległości 20–30 cm jedna od drugiej. Złap dłońmi za kostki. Podnoś i opuszczaj biodra, wykonując kręgosłupem ruch falisty: wdychając powietrze, podnoś biodra, zwracaj jednocześnie uwagę, by talia pozostawała na podłodze. Następnie podnieś talię i potem tułów. Zrób wydech i opuść tułów, talię, a na końcu biodra. Wykonaj siedem podniesie  i siedem opuszczeń. Po czym zatrzymaj się w pozycji podniesionej, podpierając rękami biodra. Z podniesionymi biodrami wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na tarczycy. Opuść plecy na podłogę. Vilomasana uelastycznia kręgosłup, zmniejsza stres i odpręża, uaktywnia tarczycę i przysadkę.

Viparita (świeca)

Nie zdajemy sobie sprawy, jak pozytywny wpływ na wygląd i samopoczucie ma przebywanie w niezwykłej dla nas pozycji, czyli nogami do góry i głową w dół. Leżąc na plecach, podnieś nogi i biodra do góry. Podeprzyj dłońmi talię i biodra. Zegnij lewą nogę i połóż lewą stopę na prawym kolanie. Lewe kolano powinno znajdować się po lewej stronie twarzy. Pozostając w tej pozycji, wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na tarczycy i przysadce mózgowej. Powtórz ćwiczenie, zginając prawą nogę. Viparita ułatwia krążenie utlenionej krwi, przynosi ulgę przy duszności, palpitacji serca, astmie, chorobach gardła, bólach głowy, zaparciach, dolegliwościach układu moczowego, hemoroidach, przepuklinie, nadciśnieniu, niedokrwistości. Uspokaja układ nerwowy – przeciwdziała drażliwości, załamaniu nerwowemu, bezsenności, stymuluje tarczycę i przysadkę.

Uproszczona supta vajrasana (diamentowy sen)

W siadzie skrzyżuj nogi i połóż się na plecach. Stopy trzymaj oparte na podłodze. Pod kość ogonową połóż poduszeczkę. Podnieś ręce za głowę i spleć razem. Przestrzeń brzucha, w której znajdują się jajniki, musi być napięta i znajdować się wyżej niż reszta ciała. Wyciągnij się dobrze i wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na obu jajnikach jednocześnie. Supta vajrasana uelastycznia stawy miednicy, rozszerza klatkę piersiową i pobudza jajniki do pracy.

Więcej w książce: „Joga hormonalna” Dinah Rodrigues

  1. Psychologia

Kiedy dążenie do ideału jest pułapką? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem

Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy. (Fot. iStock)
Idealny facet, idealny dom, idealna praca. Ideał rodziny, ideał matki Polki, Polaka patrioty. Ideał Miłości, Dobra, Boga... Ideały są siłą napędową naszego życia, ale też zmorą tego świata, skoro pod ich sztandarem dokonano największych zbrodni. Czy ludzkość dorosła do idealizmu? – pytamy Katarzynę Miller i Wojciecha Eichelbergera.

Wielu ludzi uważa, że oni sami, ich związki albo życie powinny być idealne. Co takie myślenie powoduje?
K.M.:
Napędza do zmian, ale może mieć aspekt dołujący – kiedy porównujemy siebie z owym ideałem. Wówczas bilans zawsze wychodzi ujemny. Taką tendencję mają osoby w dzieciństwie przez rodziców kochane „warunkowo”. Dziecko wiecznie aspiruje, próbuje dążyć do narzuconego mu wyśrubowanego ideału. Ma nadzieję, że mu się kiedyś uda zadowolić rodziców, zasłużyć na miłość. A jak wiemy, ideału nie da się osiągnąć. Tacy dorośli wiecznie żyją wizją, że będzie dobrze. Kiedyś. Kiedy już zdobędą nowe auto, nowego mężczyznę czy żonę, większy dom. I to „kiedyś” nie następuje nigdy. Są wiecznie nienasyceni i niespełnieni.

W.E.: Wielu rodziców chce być rodzicami idealnymi. A idealni rodzice muszą mieć dzieci idealne. Wtedy zaczyna się przemoc.

K.M.: Co potem my musimy odkręcać w gabinetach. Bo dziecko, które się całe życie uczyło na szóstki i udowodniło, że rodzina jest idealna, że ono jest idealnym dzieckiem, musi się jakoś pozbierać i zacząć normalnie żyć.

W.E.: Idealizm, a właściwie idealizowanie innych jest niebezpieczną postawą w stosunkach między ludźmi. W ten sposób wypieramy ze świadomości to, co w drugim człowieku trudne, negatywne, naganne. Nie chcemy z powodu tej osoby przeżywać rozczarowania, gniewu czy okazywać wobec niej dezaprobaty, więc ją idealizujemy. Żyjemy w odrealnionej relacji z odrealnioną osobą i za wszystko obwiniamy siebie.

Częstym źródłem niepowodzeń w związkach jest idealizowanie miłości. Sami sobie zadajemy wiele bólu i cierpienia niekończącym się czekaniem na idealną miłość z idealnym partnerem, zamiast zacząć żyć. Idealizujemy rodzinę. Uznajemy ją za źródło wszelkich cnót: miłości, uczciwości, wsparcia, szacunku, ciepła, patriotyzmu, a także najlepszej edukacji seksualnej. Ale w rzeczywistości sytuacja wygląda bardzo smutno.

K.M.: Najwięcej wypadków jest w domu, najwięcej morderstw w rodzinie, najwięcej przemocy, molestowania. Nie chcemy tego widzieć, więc... idealizujemy dzieciństwo. Wszyscy wzdychają, ach, cudne dzieciństwo, choć wiemy, że to bolesny czas, pełen problemów nas przerastających. Oczywiście większość to jakoś przeżywa i nawet wychodzi na prostą, ale by mówić, że to był szczęśliwy czas, należy ładnie wszystko wyprzeć.

W.E.: Idealizowanie to lukrowanie, zamiatanie pod dywan, żeby ładnie wyglądało. Taka postawa uniemożliwia trafną diagnozę, a tym samym jakiekolwiek skuteczne działanie naprawcze.

Ale idealizowanie to nie idealizm, który ma dla mnie w pierwszym odruchu pozytywne konotacje. Jest często cichym i pokornym kultywowaniem jakiegoś ważnego marzenia, które wyznacza nasz życiowy azymut. Dzieje się tak, gdy wiemy, że ideał jest nieosiągalny, ale potrzebujemy do niego dążyć. To często uruchamia nasze działania w pozytywnym kierunku.

K.M.: Postawa idealistyczna związana jest z tak zwanymi wartościami wyższymi, takimi jak honor, sumienie, miłość, wiara, wspólnota, dobro, piękno... W tym sensie można powiedzieć, że bardzo ważne jest, by ludzie mieli idee. Byli idealistami.

W.E.: Ale tu pojawiają się pułapki. Szczególnie gdy zmieniamy ideał w ideologię i zaczyna nam się wydawać, że ideał można zadekretować, z góry go ludziom narzucić i wcielać w życie. Historia jest pełna przykładów idei, które realizowane na siłę zamieniały się nieuchronnie w żałosne karykatury: na przykład komunizm, nacjonalizm, nazizm czy klerykalizm. Bo ideał bywa osiągalny jedynie w wewnętrznym, duchowym wymiarze człowieka.

K.M.: Każdy człowiek, który sobie zadaje pytanie o sens świata, życia, ociera się o idealizm. Wcześnie straciłam wiarę w katolicyzm i stałam się „materialistką”. Liczył się real, bezpośrednie doznanie. Po jakimś czasie stwierdziłam, że takie podejście mnie bardzo ogranicza. I wróciłam na łono idealizmu. W filozoficznym sensie oznacza to, że oprócz życia tu i teraz jest jakaś tajemnica, coś nieznanego, czego nie możemy dojrzeć, dotknąć. Życie z takim nastawieniem jest głębsze, szersze, wyższe. Poczułam wielką ulgę.

Ideału z założenia nie powinno się móc osiągnąć. Co by było, gdybyśmy go tak osiągnęli?
W.E.:
Nuda i bezruch nie do zniesienia!

K.M.: Śmierć za życia. Jak by to było, gdyby jedna róża kwitła wiecznie? Nie więdła. Na co nam inne róże, ogrodnictwo, starania... Jeśli ona jest zawsze, my nie mamy nic do zrobienia. Całe szczęście jest tylko idea róży, prawda? I my ją podziwiamy, chcemy, by owa idea się uzewnętrzniała ciągle i ciągle. Uwielbiam to zdanie Gertrudy Stein: róża jest różą jest różą jest różą. Piękne. Odkrywcze. Głębokie.

W.E.: Czysty zen.

K.M.: I mamy w sobie tę ideę. Wszyscy wiemy, czym jest róża. W tym sensie wszyscy jesteśmy idealistami. Nogi mamy zanurzone w materii, głowę w chmurach, niebiosach, których nie sięgamy.

W.E.: Idealizm i materializm to skrajności, które intuicyjnie odbieramy jako paranoidalnie zafałszowany obraz świata. Dlatego nazwanie kogoś idealistą brzmi lekceważąco i obraźliwie, ale także nazwanie kogoś materialistą brzmi obraźliwie i trochę groźnie.

Mnie się wydaje, że idealista mimo wszystko brzmi lepiej.
K.M.:
Bo materialista każdego wykorzysta, a idealista odda ostatnią koszulę?

W.E.: Idealizm jako skrajność, jako tendencja do przebywania wyłącznie w chmurach, nie jest dobrym sposobem na życie, odcina nas od konkretności istnienia. Z kolei materializm też pozbawia nas równie ważnego aspektu istnienia. Co nam zostaje w takim razie? Jak w jednym spojrzeniu w każdej rzeczy zobaczyć jednocześnie jedno i drugie?

K.M.: Mnie się podoba pragmatyzm i utylitaryzm. Życie pożyteczne, humanistyczne, związane z człowiekiem.

A realizm? Mówi się: bądź realistą, popatrz trzeźwo.
W.E.:
Realista też coś gubi. Bezcenną odrobinę szaleństwa, zdolność do podejmowania ryzyka, zapamiętywania się w czymś. Jak w przypowieści o budowie świątyni. Filozof się przechadza i zauważa trzech mężczyzn ociosujących kamienne bloki. Choć ociosują ten sam kamień za te same pieniądze, mają zupełnie inne miny. Pierwszy ma zaciętą twarz, wali młotem nieskładnie, z całej siły. Co robisz, człowieku?– pyta filozof. Nie widzisz? Haruję jak wół na tej budowie, żeby zarobić na chleb dla rodziny. To materialista. Drugi z wniebowziętą miną pracuje kiepsko, bo popatruje w niebo, a nie na dłuto. A co ty robisz? – pyta filozof. Jak to, nie widzisz? Buduję Dom Boży. To idealista. Trzeci ze spokojem i uwagą ciosa kamień. A co ty robisz? Po prostu ociosuję kamień – odpowiada.

A to kto?
W.E.:
To ten, który przekracza materializm i idealizm z pełnym zaangażowaniem, oddając się całym sobą temu, co robi. Nie idealizuje, nie dewaluuje, nie racjonalizuje swego działania. Nie oddziela siebie od tego, co robi.

K.M.: Niebezpieczne jest to, że idee rodzą się w głowie, głowę mamy natomiast wysoko ponad wnętrznościami, bardzo często więc między tym, co myślimy, a tym, co czujemy, nie ma kontaktu. Jest dużo ludzi typu „pierwsi od moralności”, którzy potępiają wolne związki, a sami zdradzają partnerów. Nie ma konsekwencji między ich poglądami a czynami. Idea zasłania i usprawiedliwia wszystko. To rozszczepienie.

W.E.: Pewien student zapytał pewnego razu wykładowcę filozofii: Czy pan jest szczęśliwy? Czy filozofia przyniosła panu szczęście? - Kolego, czy widział pan kiedyś, żeby drogowskaz szedł drogą, którą wskazuje? – odpowiedział wykładowca. Można i tak. Ale czyż nie lepiej być wędrowcem niż tylko drogowskazem?

K.M.: Gdy ktoś z założenia nie idzie drogą, którą wskazuje, to czysty cynizm.

W.E.: Choć paradoksalnie lepszy bywa cynik, który jest ze sobą w kontakcie, bo można do niego jakoś dotrzeć, przekonać go do zmiany zachowań, niż idealista, który jest zupełnie rozszczepiony. Tak jak pewien nasz polityk, który powiedział o sobie, że jest samym dobrem.

K.M.: To czyste zakłamanie. Prawdziwsze jest stwierdzenie, że mamy w sobie i diabła, i anioła. A jeszcze pośrodku zwykłego człowieka, bo przecież nie wszystko w nas jest czystym złem albo dobrem. Mamy w sobie sporą szarą strefę normalności. Człowiek, który sobie nie zdaje sprawy z tego, że ma w sobie potencjał zła, nie chce tego o sobie wiedzieć, jest niebezpieczny. Bo kiedy owo zło czyni, wypiera to.

W.E.: Takiemu „idealiście” wydaje się, że wszystko, co robi w imię idei, jest dobrem.

Zbrodnie religijne mają takie właśnie podłoże.
W.E.:
Inkwizycja, wyprawy krzyżowe, wojny religijne, nawracanie, rewolucje moralne i kulturowe – to nic innego jak mordowanie milionów ludzi w imię zideologizowanego, paranoidalnie wykoślawionego dobra. Utopijne ideologie są przekleństwem naszego świata. Taka pseudoideowość w sposób nieunikniony zamienić się musi w cynizm. Bo zabijając i krzywdząc innych, czyli czyniąc zło w imię idei dobra, demoralizujemy się i jak powietrza potrzebujemy cynicznych i paranoidalnych uzasadnień naszego postępowania.

K.M.: W dodatku nadal mamy na ustach i sztandarach miłość, miłosierdzie, Boga, postęp...

W.E.: W psychiatrii „idealizm” nazywa się ideą nadwartościową. Człowiek, który się nią kieruje, ma niczym niezachwiane poczucie racji i misji. Jego decyzje i zachowania nie podlegają żadnej dyskusji i nie poddają się żadnej korekcie. To z takiego stanu umysłu rodzą się wszelkie fanatyzmy i fundamentalizmy.

K.M.: Dlatego lgną do nich umysły proste, które chcą się czymś posłużyć, podeprzeć, a nie musieć argumentować, słuchać, rozumieć, widzieć.

Tęsknota za prostym rozgraniczeniem, że tak znaczy tak, a nie oznacza nie, bez światłocienia, przydarza się każdemu...
W.E.:
Świadomy człowiek wie, że to niespełniony ideał. Ale dla wielu ludzi kuszące jest najprostsze rozwiązanie w świecie pełnym niejednoznaczności, coraz bardziej skomplikowanym. Można z góry wiedzieć, co dobre, a co złe, przestać myśleć i czuć i pozbyć się niewygodnego przecież sumienia.

K.M.: Mój szef mawiał na to: cztery cegły w głowie i do tego ułożone w kwadrat. Żadna zmiana nie jest możliwa. Taki idealizm jest maczugą albo kijem bejsbolowym ego. Ideą przez łeb i koniec. W dodatku trup ma się słać gęsto. Aż sami zostaniemy na tym polu.

W.E.: Pewien generał, który zdobywał ostatnią twierdzę katarów, przybiega do biskupa i pyta: Jak odróżnić naszych od katarów? A duchowny na to: Zabijajcie wszystkich, Pan Bóg ich odróżni.

K.M.: To przykład największego niebezpieczeństwa drzemiącego w idealizmie. Pychy. Człowiek o niskim poczuciu wartości i dużym potencjale wielkości jest w stanie utożsamić się z ideą i uznać siebie za proroka, wysłannika.

W.E.: Wręcz za uosobienie idei, za jej czystą emanację. Wtedy tragedia gotowa. Zawsze znajdą się inni opętani, którzy się podłączą i pójdą „czynić dobro”, naprawiać gwałtem świat i innych.

Dlaczego świat się temu poddaje?
K.M.: Bo gdy ktoś idzie przebojem, machając pałą, zwykle zdąży zrobić wiele złego, zanim ci wszyscy pełni wątpliwości i pytań pozbierają się wewnętrznie i staną do walki. Chodzi o to, że ci, którzy myślą, zadają pytania, są w innym miejscu niż ci, którzy znają wszystkie odpowiedzi. Ci drudzy nie tracą energii i czasu na dywagacje i rozważania. Oni działają i nie mają wątpliwości.

Co możemy zrobić?
K.M.: Uratujemy się, jeśli będziemy sobie zdawać sprawę, że idee są jedynie lampami, które świecą z wysoka i oświetlają nam drogę, nie są celem ostatecznym.

W.E.: Gwiazdy marzeń i ideałów są po to, aby wyznaczały kurs, a nie po to, aby je chwytać, przywłaszczać sobie i więzić. Gdy w wystarczającym stopniu zrealizujemy nasz ideał w swoim wewnętrznym świecie, to wiele z tego, co wydawało się nam dotąd zwykłe, banalne, trudne i wymagające natychmiastowej zmiany, ukaże swoje idealne oblicze.

  1. Psychologia

Nie bój się błędów

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów (fot. iStock)
„Źle to robisz, zostaw, odłóż. Lepiej sama zrobię… Znowu zepsute, kiedy ty się nareszcie tego nauczysz. Co ja mam z tym dzieckiem!”. To w domu.

„Źle! Znowu nie umiesz! Jedynka. Tylko tyle potrafisz? Wciągnij te kopyta, do baletu nie wstąpisz!”. To w szkole. (Cytat z mojego pana od wf.).

Całe nasze młode życie bywa upstrzone takimi połajankami, ocenami. Zabrałam się do szycia sobie spódnicy ze starych, nienoszonych spodni taty i byłam z siebie bardzo dumna. Dopóki mama nie wykazała mi niezbicie – wytykając, co źle obrąbiłam i gdzie się ciągnie… – że niepotrzebnie zniszczyłam (!) tacie spodnie. Szyć przestałam.

Na studiach spotkałam dziewczynę, która chodziła w fajnych, uszytych przez siebie samą ciuchach. Była oryginalna. Kiedyś zobaczyłam, że dynda jej jakaś nitka i szew jest nadpruty. Doniosłam jej o tym cichutko, z troską – bo pewnie nie zauważyła. „Ha, ha – zaśmiała się Teresa. – Wiem! A co to szkodzi!”. Zamurowało mnie. Moja mama by mnie zabiła – zwierzyłam się z nieudanej kariery krawcowej. „A moja – powiedziała Teresa ku mojej wielkiej zazdrości – w ogóle by się nie przejęła. Kroiłam i szyłam, co chciałam, mama mi dawała wszystkie materiały. Zawsze mnie wspierała i zachwycała się tym, co robię”. Teresa Seda została świetną projektantką.

Mam nadzieję, że pamiętacie nauczyciela ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Kiedy zapytany przez niego uczeń odpowiadał błędnie, on mówił: „Nie, ale dziękuję za odpowiedź!”. Pamiętacie jego szacunek i miłość do uczniów? Pamiętacie, jak rozkwitali, jak stawali się twórczy? Ilu z nas spotkało takich nauczycieli? Ilu miało takich rodziców? Oczywiście sytuacja nie bywa wyłącznie czarna. Byliśmy przecież chwaleni za dobre wyniki w szkole, za posłuszeństwo, za to, że wstydu nie przynieśliśmy. Byliśmy chwaleni i uznawani za to, co dla NICH było dobre. Pomieszało nam się więc z tym, co dobre dla NAS. Co dla nas właściwe. Ciągle jesteśmy nie dość doskonali i ciągle mamy się doskonalić. I w dodatku mamy to robić bezbłędnie, już od razu.

Mój, skądinąd fajny tata, też miewał wpadki. Zawsze byłam bardzo dzielna, ale bałam się głębokiej wody. On uczył mnie pływać. Na płytkiej wodzie pływałam, na głębokiej krztusiłam się ze strachu i robiłam wiatrak. Po kilku takich nieudanych próbach tatę szlag trafił i wepchnął mnie całą pod wodę, przytrzymując mi mocno głowę. Przeraziłam się, że mnie utopi. Trwało to wieczność. I ten straszny żal i zawód, że to ON mi to robi.

A potem w mojej szkole zrobili basen. Jezu, jak mi zależało, żeby pływać! Najpierw zaczęłam ćwiczyć oddechy w misce pełnej wody, a potem noc w noc ćwiczyłam pływanie we śnie. Na raz ramiona do przodu, głowa do wody, wydech pod wodą, na dwa głowa nad wodę, nabranie oddechu, ramiona na boki i do tyłu, a potem znowu głowa do wody, ramiona do przodu, wydech pod wodą… Zaczęłam uwielbiać to nocne pływanie. I któregoś dnia na wf. na basenie stanęłam na słupku, uśmiechnęłam się do siebie i... skoczyłam. Pływanie stało się moim ulubionym zajęciem na zawsze. Tata był ze mnie bardzo dumny, bo pływałam godzinami. Nie wiem, czy wiedział, co mi zrobił. Ja wiedziałam, że uratowałam siebie sama. A moje sny do dziś przychodzą mi z pomocą.

W niektórych sprawach się poddaliśmy, w innych nie. Na szczęście w życiu prawie każdego są takie sfery, za które odpowiadamy sami, nikt nam się tam nie może wedrzeć. Na szczęście spotykamy rówieśników, z którymi budujemy świat według innych praw niż te dane nam przez dorosłych. Na szczęście spotykamy różnych dorosłych.

Nie ma większego przejawu życzliwości i serdeczności wobec samego siebie, niż dać sobie prawo do błędów. A potem już możemy przekazać je naszym dzieciom.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Wszyscy bywamy wariatami

Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Manipulujący współpracownik? Roszczeniowy rodzic? A może rozchwiany emocjonalnie partner? Niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. (Fot. materiały prasowe)
Psychiatra Mark Goulston twierdzi, że każdy człowiek wykazuje czasami przykład tzw. wariactwa codziennego. I nie ma na myśli zachowań charakterystycznych dla zaburzeń czy chorób psychicznych, ale sytuację, gdy do zdominowanego przez ciało migdałowate mózgu nie trafiają logiczne argumenty. Co zrobić, gdy na drodze stanie nam furiat?

Przepracowałem dziesięciolecia jako psychiatra i wiem, jak wygląda „wariactwo” – a widziałem parę naprawdę poważnych przypadków. Jakiś czas temu jednak doznałem olśnienia – ja oczekuję wariactwa na co dzień, bo to moja praca. Zdałem sobie jednak sprawę, jak często ty musisz stawiać czoło furiatom – przy czym nie są to stalkerzy Britney Spears czy osoby ze skłonnościami samobójczymi, tylko ludzie, którzy przejawiają coś, co nazywam „wariactwem codziennym”. Założę się, że niemal każdego dnia musisz sobie poradzić z przynajmniej jedną irracjonalną osobą. Szef, który oczekuje niemożliwego? Roszczeniowy rodzic? Wrogo nastawiony nastolatek? Manipulujący współpracownik? Sąsiad, który zawsze szuka dziury w całym? A może rozchwiany emocjonalnie partner albo irracjonalny klient?

Czas na wyjaśnienie słowa „wariat” – wiem, że ma ono zabarwienie pejoratywne i jest zupełnie niepoprawne politycznie. Kiedy się jednak nim posługuję, nie mam na myśli osób cierpiących na choroby psychiczne.

Nie używam go też do napiętnowania żadnej grupy ludzi. Po prostu każdy z nas czasami zachowuje się jak „wariat”. Ludzie, z którymi się stykasz, potrafią być irracjonalni na cztery różne sposoby:

  • Mają zaburzone postrzeganie świata.
  • Myślą lub mówią rzeczy, które nie mają sensu.
  • Podejmują decyzje i działania, które nie leżą w ich najlepszym interesie.
  • Kiedy starasz się sprowadzić ich z powrotem na drogę rozsądku, stają się nie do wytrzymania.

Wbrew instynktowi

Lata temu usłyszałem radę, co zrobić, kiedy pies ugryzie cię w rękę – jeżeli poddasz się instynktowi i spróbujesz wyszarpnąć mu dłoń z pyska, zaciśnie tylko mocniej zęby. Jeżeli jednak na przekór odruchowi wepchniesz dłoń głębiej, pies zwolni uchwyt. Dlaczego? Bo kolejnym krokiem dla niego jest przełknięcie smacznego kęsa, a w tym celu musi rozluźnić szczęki. To właśnie moment, kiedy możesz wyciągnąć dłoń. Tę samą zasadę stosuje się̨w rozmowie z irracjonalnymi osobami. Jeżeli zachowujesz się tak, jakby postradali zmysły, a ty nie, po prostu pogrążą się głębiej we własną rzeczywistość. Jeżeli jednak wczujesz się w ich irracjonalność, to radykalnie zmienisz dynamikę całej sytuacji.

Oto przykład:

Po koszmarnym dniu, jednym z najbardziej frustrujących w życiu, wracałem samochodem do domu w zasadzie na autopilocie, rozmyślając o swoich problemach. W Kalifornii jest to niestety bardzo niebezpieczne. Wjeżdżałem właśnie do Doliny San Fernando, jadąc na południe Sepulveda Boulevard, kiedy niechcący wymusiłem pierwszeństwo na półciężarówce, którą prowadził ogromny facet, z żoną obok. Zatrąbił na mnie, a ja podniosłem rękę na przeprosiny. A potem, niecały kilometr później, jak ten idiota znowu wjechałem mu przed maskę. Gość wyprzedził mnie, zajechał mi drogę i się zatrzymał, więc ja też musiałem stanąć. Widziałem, jak jego żona gestykuluje nerwowo i próbuje go nakłonić, żeby odpuścił. Nie posłuchał jej jednak i wysiadł z samochodu – miał prawie dwa metry wzrostu i ważył ze sto pięćdziesiąt kilogramów. Podszedł do mojego wozu i walnął w szybę od strony kierowcy, przeklinając, ile sił w płucach. Byłem tak oszołomiony, że otworzyłem okno, a potem po prostu poczekałem, aż zrobi przerwę na dalsze inwektywy.

– Czy kiedykolwiek miał pan tak upiorny dzień, że po prostu liczył pan na spotkanie kogoś, kto wyciągnie spluwę, strzeli do pana i zakończy te męczarnie? Czy to pan jest tą osobą? – zapytałem, kiedy brał wdech. Opadła mu szczęka. – Co? – wydukał.

Do tego momentu zachowywałem się jak idiota, ale tutaj zrobiłem coś genialnego. Nie wiem jak, ale w oszołomieniu powiedziałem właśnie to, co należało powiedzieć. Nie próbowałem się kłócić z tym olbrzymem – prawdopodobnie na próby argumentacji wyciągnąłby mnie z samochodu i mi przyłożył. Nie odpowiedziałem też agresją. Zamiast tego wczułem się w jego emocje. Gapił się na mnie, więc kontynuowałem. – Zwykle nie wjeżdżam ludziom przed maskę, a już na pewno nigdy nie robię tego dwa razy z rzędu. To po prostu taki dzień, że nieważne, co zrobię albo kogo spotkam – w tym pana! – wszystko idzie nie tak. Czy będzie pan tak miły i mnie zastrzeli?

Zmienił się w oczach – w ułamku sekundy uspokoił się i zaczął dodawać mi otuchy. – Hej, chłopie, będzie dobrze. Serio! – wyrzucił z siebie. – Spokojnie, będzie dobrze. Każdy ma czasem taki dzień. – Łatwo panu powiedzieć! – perorowałem dalej. – To nie pan spieprzył dziś wszystko, a ja tak. Nie będzie dobrze, nie sądzę. Ja już chcę, żeby to się skończyło! Pomoże mi pan? – Nie, naprawdę, będzie dobrze, po prostu spróbuj się uspokoić – wspierał mnie z zaangażowaniem.

Pogadaliśmy jeszcze parę minut, a potem wsiadł do półciężarówki, powiedział coś do żony i pomachał do mnie w lusterku wstecznym, jakby mówił: „Pamiętaj, rozluźnij się. Będzie dobrze”. A potem odjechał.

Przyznam, że nie jestem z siebie dumny. Ten facet w półciężarówce na pewno nie był tego dnia jedynym wariatem na drodze... Ale o to właśnie chodzi. Mógł mnie sprać na kwaśne jabłko i pewnie by to zrobił, gdybym próbował się z nim kłócić albo zaczął cokolwiek wyjaśniać. Ja jednak spotkałem się z nim w jego rzeczywistości, w której to ja byłem tym złym, a on miał pełne prawo zrobić mi krzywdę. Dzięki instynktownemu wykorzystaniu techniki, którą nazywam asertywnym poddaniem się, w niecałą minutę przestałem być agresorem i stałem się sojusznikiem.

Na szczęście ta reakcja była dla mnie instynktowna, nawet w zły dzień – to dlatego, że od lat jako psychiatra musiałem wczuwać się w emocje innych. Robiłem to tysiące razy, na różne sposoby, i wiem, że ta metoda się sprawdza. Wiem też, że sprawdzi się w twoim przypadku.

Wczucie się w emocje jest strategią, którą możesz wykorzystać wobec każdej irracjonalnej osoby. Możesz na przykład skorzystać z niej w rozmowie z:

  • partnerem, który na ciebie wrzeszczy – albo nie chce z tobą rozmawiać;
  • dzieckiem, które mówi: „Nienawidzę cię” albo „Nienawidzę siebie”;
  • starzejącym się rodzicem, który mówi: „Nie kochasz mnie już”;
  • pracownikiem, który bezustannie przeżywa załamania w pracy;
  • despotycznym zwierzchnikiem.
Nieważne, z jakim rodzajem „wariactwa codziennego” masz do czynienia – wczucie się w nie pozwoli ci się wyrwać z błędnego koła strategii komunikacyjnych, które nie działają, i dotrzeć do ludzi, z którymi musisz się porozumieć. W efekcie poradzisz sobie z niemal każdą wypełnioną emocjami sytuacją.

Koło racjonalności

Przede wszystkim musisz zrozumieć, że wczucie się̨ w cudze wariactwo nie jest reakcją instynktowną. Twoje ciało nie chce tego robić. W kontakcie z kimś irracjonalnym twój organizm wysyła ci sygnały informujące o zagrożeniu. Zwróć na to uwagę – czujesz ucisk w gardle, tętno ci przyspiesza, w brzuchu coś́ się kotłuje albo zaczyna cię boleć głowa. Czasem samo wspomnienie takiej osoby powoduje reakcję fizjologiczną.

Dlaczego tak się dzieje? Twój mózg gadzi daje ci wybór między walką i ucieczką. Jeżeli jednak irracjonalna osoba jest stałym elementem twojego życia, żadna z tych reakcji nie rozwiązuje problemu. Zamiast tego nauczę cię, jak podejść do wariactwa od zupełnie innej strony z wykorzystaniem sześcioetapowego procesu, który nazywam kołem racjonalności.

Oto, co trzeba zrobić na poszczególnych etapach:

1. Przyjmij do wiadomości, że osoba, z którą masz styczność, nie jest w stanie myśleć racjonalnie w bieżącej sytuacji. Dodatkowo zrozum, że jej szaleństwo jest głęboko zakorzenione w odległej lub niedawnej przeszłości, a nie w chwili obecnej, więc nie jest to coś, z czym możesz polemizować albo się kłócić.

2. Ustal schemat działania rozmówcy – konkretny sposób, w jaki przejawia się jego szaleństwo. To strategia, którą wykorzystuje, aby wyprowadzić cię z równowagi – wpędzając cię w złość, poczucie winy, wstyd, strach, frustrację albo twoje własne szaleństwo. Kiedy już przejrzysz ten schemat, poczujesz większy spokój, koncentrację i kontrolę nad waszą rozmową – a także będziesz w stanie dobrać odpowiednią kontrstrategię.

3. Zrozum, że to nie ty jesteś przyczyną tej huśtawki emocjonalnej, tylko osoba, z którą rozmawiasz. Nie bierz jej słów osobiście – w tym celu przed rozmową zidentyfikuj i zneutralizuj własne punkty zapalne. Podczas rozmowy będziesz korzystać ze skutecznych narzędzi mentalnych, aby nie dać się sprowokować. Dzięki temu unikniesz przejęcia kontroli przez ciało migdałowate (to termin zaproponowany przez psychologa Daniela Golemana) – dochodzi do niego, gdy ciało migdałowate (część mózgu odpowiedzialna za poczucie zagrożenia) blokuje racjonalne myślenie.

4. Rozmawiaj z osobą irracjonalną, wczuwając się w jej emocje poprzez wejście w jej świat ze spokojem i jasno określonym zamiarem. Na początku załóż jej niewinność – musisz wierzyć, że to tak naprawdę dobry człowiek, a jego zachowanie ma uzasadnioną przyczynę. Nie osądzaj – zamiast tego zainteresuj się, co leży u podstaw takiego zachowania. Następnie wyobraź sobie, że sam odczuwasz to, co rozmówca – czujesz się atakowany, niezrozumiany i zepchnięty do defensywy.

5. Pokaż rozmówcy, że jesteś sojusznikiem, a nie zagrożeniem. Wysłuchaj jego wybuchu spokojnie i z empatią. Zamiast próbować go opanować, zachęcaj, by dał upust emocjom. Zamiast odpowiadać atakiem, dostosuj się do niego, a wręcz go przeproś. Jeżeli go życzliwie wysłuchasz i będziesz empatycznie naśladować jego zachowanie, on zacznie słuchać i naśladować ciebie.

6. Kiedy już twój rozmówca się uspokoi, spróbuj sprowadzić go na drogę bardziej racjonalnego myślenia.

Koło racjonalności ma w sobie potężną magię, pamiętaj jednak, że przeprowadzenie samego siebie i irracjonalnego rozmówcy przez wszystkie sześć etapów nie zawsze jest łatwe i zabawne, a przy tym nie zawsze działa od razu. Ponadto, jak w każdej sytuacji w życiu, czasami ta metoda nie działa – istnieje wręcz niewielkie ryzyko, że tylko pogorszy sytuację. Kiedy jednak musisz rozpaczliwie dotrzeć do osoby trudnej, niemożliwej albo całkowicie pozbawionej kontroli, jest to technika, która daje ci największe szanse na sukces.

Fragment książki „Jak rozmawiać z furiatami. Techniki, ćwiczenia, strategie”. wszystkie skróty pochodzą od redakcji. Książka do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

Mark Goulston, psychiatra, trener negocjacji w FBI i policji, konsultant i doradca biznesowy. Jego teksty ukazują się m.in. w „Harvard Business Review”, „Huffington Post” i „Psychology Today”, pracuje z wieloma liderami z prestiżowego rankingu biznesowego Fortune 500. Jego książka „Jak rozmawiać z furiatami” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.