1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Praktyka obecności, czyli jak żyć chwilą

Praktyka obecności, czyli jak żyć chwilą

Integrująca Obecność opiera się na założeniu, że gdy wchodzisz w kontakt ze sobą poprzez myśli, emocje oraz ciało, przestajesz żyć iluzją i doświadczasz tego, co jest. (Fot. Getty Images)
Integrująca Obecność opiera się na założeniu, że gdy wchodzisz w kontakt ze sobą poprzez myśli, emocje oraz ciało, przestajesz żyć iluzją i doświadczasz tego, co jest. (Fot. Getty Images)
Kiedy jesteś świadoma swoich uczuć, myśli i zachowań, twoje życie staje się pełniejsze i prostsze. Odczuwasz harmonię, odblokowujesz naturalny oddech i budzisz swoją kreatywność. Jak przebudzić się do życia chwilą?

Integrująca Obecność to koncepcja, która opiera się na bardzo prostym założeniu. Gdy wchodzisz w kontakt ze sobą poprzez trzy ośrodki – myśli, emocje oraz ciało – i gdy dzięki temu jesteś świadomie obecna z tym, co dzieje się w danej chwili, przestajesz żyć iluzją i doświadczasz tego, co jest.

Czym jest iluzja?

Tym, co tworzy nasze ego. Iluzją jest na przykład to, że praca, autorytet, prestiż, wygląd, standard życia, otoczenie, a nawet czyjaś miłość – sprawią, że staniemy się kimś lepszym. Iluzją jest pewność, że gdy zarobimy więcej pieniędzy, przyjdzie do nas również szczęście. Założenie, że jeśli ktoś nas podziwia, stajemy się godni podziwu, a jeśli nas lekceważy, stajemy się pozbawieni znaczenia. Wiara w to, że zewnętrzne warunki zapewnią nam emocjonalne bezpieczeństwo, na dodatek raz na zawsze. Przekonanie, że musimy się starać, by nas kochano, ceniono. I tak dalej, i tak dalej… Jeśli nawet wydaje się nam to banalne i mało odkrywcze, większość z nas myśli i żyje według takich zasad.

Nasze iluzje, a zarazem silne przywiązania to także nieustanne porównywanie, które zastępuje prawdziwe doświadczanie i przeżywanie, wynikające z niego ocenianie, opór przed uznaniem rzeczy takimi, jakie są, analizowanie, które ma nam dać złudzenie bycia przygotowanym na wszystko, oraz utożsamianie się z teoriami, poglądami i wierzeniami, dzięki którym nadajemy życiu sens.

Dlatego na początek praktyki obecności spróbuj choćby przez jeden dzień obyć się bez nich. Albo przyjemniej bez jednego… na przykład oceniania.

W drodze do siebie

Nasze życie pełne jest teorii, koncepcji, trendów, które mają nam pomóc w rozwoju. Bo przecież prędzej czy później większość z nas zaczyna zadawać sobie pytania: Kim naprawdę jestem? Jaki jest sens mojego życia? Co jest ważne? Niektórzy wyjeżdżają w poszukiwaniu inspiracji i oświecenia, inni zaliczają kolejne warsztaty, lektury… – Znam ludzi, jeżdżących do dalekich krajów w poszukiwaniu żyjącego mistrza, który pokazałby im prawdę – opowiada w swojej książce „Wewnętrzne przebudzenie” Colin P. Sisson, psycholog i metafizyk, twórca Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. – Wracali pełni natchnienia i podniesieni na duchu. Znam i takich, którzy nie pojechali, lecz zostali w domu, pełniąc zwykłe obowiązki rodzinne, zmieniając pieluszki niemowlakom, spędzając osiem godzin dziennie w biurze czy w warsztacie pracy, rozwiązując konflikty rodzinne, a zarazem świadomie obserwując rozgrywający się dramat życia. Ich intuicyjne zrozumienie może być niekiedy głębsze od tych, którzy odbywali podróże.

– Ja sam należę do tych, którzy wyjeżdżali – wyznaje. – W 1986 roku spędziłem w odosobnieniu 40 dni w świątyni buddyjskiej, dążąc do odnalezienia siebie. Było to przedsięwzięcie trudne, bardzo podnoszące na duchu i rzeczywiście pomocne. Ale było niczym w porównaniu do poważnego kryzysu rodzinnego, któremu musiałem stawić czoła po powrocie do domu. Takie odosobnienia są wspaniałym doświadczeniem, lecz mogą także stać się ucieczką od problemów codziennego życia, z którymi musimy sobie radzić, żeby się rozwijać duchowo. Jedna minuta samoobserwacji podczas burzliwych przejść emocjonalnych jest więcej warta od dziesięciu godzin czytania książek o samodoskonaleniu.

Czym jest samoobserwacja?

To codzienna praktyka osób, które – idąc za wskazówkami Colina P. Sissona – odkryły, że tak jak nie można znaleźć pestek jabłka poza jabłkiem, nie da się też odnaleźć siebie poza sobą. Oto przykładowe ćwiczenie (najlepiej robić je z nogami rozstawionymi na szerokość bioder i rękami opuszczonymi wzdłuż ciała):

Zamknij oczy i weź pięć głębokich świadomych oddechów. Niech wdech będzie energiczny, a wydech zrelaksowany. Nie rób przerw pomiędzy wdechem i wydechem, i odwrotnie. Teraz przez około 10–15 sekund bądź obecna z każdą myślą, która się pojawia. Zauważ ją, a jeśli poczujesz, że odpływasz wraz z sekwencjami swoich myśli, także to zauważ i wróć do bycia obecną. Jeśli stwierdzisz, że o niczym nie myślisz, to znaczy, że… myślisz właśnie o tym.

Weź ponownie głęboki oddech. A teraz zauważ emocję, którą czujesz, lub nastrój, w którym teraz jesteś. Przez 10–15 sekund bądź świadomie obecna z tym, co czujesz. Jeżeli niczego nie czujesz, bądź obecna z tym „nic”. Znowu weź głęboki oddech, po czym bądź świadomie obecna ze swoim ciałem. Rozpoczynając od palców u stóp, powoli przeskanuj całe ciało, aż po czubek głowy, przez 10–15 sekund.

Samoobserwację warto robić 2–3 razy w ciągu dnia. Zajmuje najwyżej dwie minuty, czyli w sumie zyskujesz sześć minut bycia obecną ze sobą. Na początek to bardzo dużo.

Być w kryzysie

Kiedy zaczynamy być obecni, potrafimy to zauważyć i wziąć odpowiedzialność za to, co się z nami dzieje. Przestajemy uciekać przed tym, co i tak nas kiedyś dogoni. Bo przecież mniejsze i większe frustracje to sygnały: „Zatrzymaj się, pomyśl, posłuchaj ciała”. Gdy je ignorujemy, przybierają na sile, by kiedyś stać się większym dołkiem lub depresją.

Ważne jest, żeby zrozumieć, że aby przyjemności były przyjemnościami, powinny być preferencją, a nie uzależnieniem. Jeśli robię coś miłego, bo tak decyduję – to jest to świadoma obecność. Jeśli dążę do przyjemności, bo czuję przymus – staje się to zwykłym uzależnieniem. Podobnie jest z miłością. Gdy ja ją wybieram – kocham. Gdy rozpaczliwie jej potrzebuję – staję się ofiarą. Czy to na pewno miłość? Czy może uzależnienie od akceptacji?

Co warto zrobić, gdy jesteś w kryzysie? Nie uciekaj przed złym nastrojem. Nie kupuj nowej szminki, lodów, czerwonego wina… Kryzys jest integralnym elementem rozwoju, szansą na wzięcie odpowiedzialności i tworzenie nowej siebie. Mówiąc „kryzys”, mam na myśli mniejsze lub większe wydarzenia w naszym życiu, które mają w sobie potencjał zmiany. To może być nawet pozorny drobiazg – bezsenna noc, podczas której przyszedł lęk o przyszłość, świadomość upływu czasu, jakiegoś braku... Zajmij się troskliwie swoim kryzysem – daj mu przestrzeń. Możesz to zrobić przez następujące ćwiczenie:

Ułóż się wygodnie na plecach z rękami wzdłuż ciała. Zamknij oczy i weź 10 głębokich świadomych oddechów. Niech wdech będzie energiczny, a wydech zrelaksowany. Nie rób przerw pomiędzy wdechem i wydechem, i odwrotnie. Następnie spytaj siebie: „Co czuję?”. Kiedy jesteś w trudnej sytuacji lub nie możesz zasnąć, zwykle jest to niepokój, frustracja, obawa, a nawet lęk.

Gdy staniesz się świadoma swojego nastroju, poszukaj miejsca w ciele, w którym jest on najbardziej odczuwalny. Zazwyczaj jest to klatka piersiowa, żołądek, gardło… Gdy staniesz się świadoma napięcia w ciele, zacznij oddychać, kierując swoją świadomą obecność do tego miejsca. Chodzi o to, byś poczuła je samą sobą, a nie jedynie „poprzez głowę”. Ważne, abyś oddychając, naprawdę była obecna jedynie z emocją i miejscem w ciele. Jeśli bowiem będziesz obserwatorem motywowanym ciekawością lub zaczniesz oczekiwać rezultatu, jakim jest poprawa samopoczucia, ono nie nastąpi. Dlaczego? Ponieważ obecność jest byciem z tym, co jest, a nie oczekiwaniem na to, co ma przyjść.

Praktykowanie Integrującej Obecności nie jest pracą nad sobą, nie jest wyznaczaniem sobie zadań i dążeniem do doskonałości. To wszystko oddala nas, a nie przybliża do bycia obecnym. Bycie obecnym to po prostu przebudzenie. Wystarczy, że zauważysz, że śnisz…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Codziennie dobre życie - praktyki, które pomogą być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami

Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie. (Fot. iStock)
Wszystko, czego potrzebujemy, by być w harmonii ze swoim ciałem i emocjami, mamy w sobie i zawsze przy sobie – twierdzi Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka Good Life Academy. Katarzyna Droga wybrała się do niej po praktyki, które można wprowadzić do swojej codzienności bez długotrwałych sesji i treningów. Może skorzystasz?

Przyznaję, że odkąd przeniosłam się na wieś, jestem o wiele bliżej życiowej harmonii, niż kiedy mieszkałam, pracowałam, a głównie stałam w korkach w wielkim mieście. A jednak: stresy i lęki, ale też napięcia w ciele i inne dolegliwości najwyraźniej nie zależą od miejsca zamieszkania. Na szczęście na wszystko są sposoby – jak uspokaja mnie Diana Poteralska-Łyżnik, założycielka centrum terapii holistycznych Good Life Academy w Warszawie.

Diana pracowała wiele lat w korporacjach, ale już wówczas pociągały ją zdrowy styl życia, wschodnie filozofie i szamanizm. Teraz inspiruje do rozwoju inne kobiety. W Good Life Academy można znaleźć wiele aktywności: jogę, TRE, masaże, gimnastykę słowiańską, warsztaty czy kręgi kobiet. Ja przyszłam tu po zastrzyk energii i sporą dawkę spokoju. Wszystkie techniki, które poznałam, działają szybko, a zajmują kilka minut.

Po pierwsze: Pauza dla umysłu

Dowiaduję się, że aby uspokoić galopujące myśli o sprawach bieżących, wcale nie muszę odcinać się od świata. Że medytacja, której rygoru się obawiam, niekoniecznie jest tak wymagająca. – Na przykład mindfulness polega na tym, że właśnie jesteśmy zanurzeni w świecie zewnętrznym, dostrzegamy wszystkie odgłosy, jakie z niego płyną – mówi Diana. Sama przez lata medytowała 20 minut rano i wieczorem, bo tak jest przyjęte w medytacji transcendentalnej. Teraz wykorzystuje każdą wolną chwilę. Siada i wchodzi w siebie. – Kiedy pracowałam w korporacji, szłam do toalety, zamykałam oczy i spędzałam dwie minuty, oddychając i wracając do siebie. Wychodziłam jako nowy, odświeżony człowiek.
  • Myśli galopują? Poobserwuj je, po czym zadaj sobie pytanie: „Jaka będzie moja następna myśl?”. To spowoduje, że umysł na chwilę się zatrzyma, zawaha. Niech to będą dwie, trzy sekundy – wystarczy. Jeśli będziesz praktykować regularnie, te chwile wydłużą się i umysł naprawdę odpocznie.
  • „20 oddechów” – to ukochana technika Diany. Jak sama nazwa wskazuje, robisz 20 oddechów. Zaczynasz od oddechów o silnym rytmie, potem spokojniejszych, podczas których skanujesz swoje ciało, emocje, myśli. Całość zajmuje dwie minuty. Diana nazywa to ćwiczenie „powrotem do siebie”, bo spotykasz się ze sobą, świadomie sprawdzasz, w jakim jesteś stanie i co odczuwasz. Rozluźniasz mięśnie i rozpuszczasz napięcia w ciele.
  • Dopadł cię stres? To teraz ty go dopadnij z donośnym: „Haaaa!”. Minitechnika „Haaaa!” polega na uniesieniu wysoko ramion, opuszczeniu ich i wypowiedzeniu właśnie tego dźwięku. „Haaaa!” przynosi relaks i ulgę, bo często przez stres mamy spięte barki.
  • Ululanie pomaga na stres i chwilową melancholię. Diana demonstruje: głaszcze się po głowie, poklepuje po ramionach, wykonuje gest „ulu ulu”, czyli obejmuje się ramionami i kołysze jak dziecko. – To, czego oczekujemy od innych, możemy dać sobie sami.
  • Masz zaciśnięte dłonie? Możesz je strzepywać, potrząsać nimi… Okazuje się, że znakomitym narzędziem, które mamy zawsze przy sobie, jest własny palec wskazujący. Przykładamy palec do czoła, w punkcie między brwiami. Skupiamy uwagę tylko na tym punkcie. Mija w ciszy 20 sekund, istnieje tylko ten punkt, nic innego. Gonitwa myśli, ból głowy znikają.
  • Lekka dekoncentracja? Świetną rzeczą na koncentrację, zamiast picia piątej kawy, jest mocne natarcie uszu. – Bierzemy małżowiny między palce i mocno pocieramy. Od razu wraca nam energia – pokazuje Diana. Pocieram uszy i rzeczywiście to czuję.
  • „Skreślam, skreślam” – genialny sposób na negatywne myśli i obrazy. Na przykład kiedy boisz się, że stanie się coś okropnego, łapiesz tę myśl, skreślasz ją i zastępujesz wizualizacją pozytywną. Tym, co chcesz, żeby się zdarzyło. – To ćwiczenie działa zawsze, bo naprawdę mamy wybór w sprawie tego, co myślimy – mówi Diana.
– Bardzo polecam zatrzymanie się na chwilę, by zobaczyć, co mam w głowie i czy to jest w ogóle moje. Skąd mi się wzięło, może ja tak w ogóle nie myślę? Jeśli widzę, że negatywne myśli przyszły „skądś” – to tam je odsyłam. Wybieram rzeczywistość, jakiej chcę, a czy nadejdzie – to inna sprawa. Przychodzą czasem rzeczy, które według nas nie są najlepsze. Pozornie, bo wszechświat działa zawsze na naszą korzyść.

Po drugie: Zbawienny śmiech

Jest jeszcze coś, co mamy zawsze przy sobie. Śmiech. Na przykład na początek dnia, przydatny zwłaszcza dla tych, co jak ja – rano nie tryskają humorem. – Zacznij dzień od tego, by się roześmiać – radzi Diana, która jest też instruktorką jogi śmiechu. Tę technikę opracował hinduski lekarz Madan Kataria. Zauważył, że śmiech niesie wiele dobrodziejstw, a mózg nie odróżnia śmiechu naturalnego od wywoływanego sztucznie. – Sprawdziłam to wielokrotnie na sobie – opowiada Diana. – Jestem sową, czyli późno się kładę, a rano nie jestem w stanie zwlec się z łóżka. Odkąd praktykuję jogę śmiechu, gdy dzwoni budzik, nastaje godzina śmiechu.
  • Zacznij się śmiać, wykonując mocne „ha ha ha ha”, wydychając powietrze harmonijnie tak jak przy naturalnym śmiechu. Potem sam popłynie. – W minutę ożyjesz – zapewnia Diana. Śmiech na zawołanie? Tak, bo każdy może się śmiać i nie musi się dziać akurat nic śmiesznego. By praktykować jogę śmiechu, nie musimy nawet mieć poczucia humoru.
  • Śmiech do lustra – kolejne bardzo proste ćwiczenie. Stajesz przed lustrem, patrzysz na siebie z miłością. Widzisz, że to jest twoja najukochańsza, najdroższa twarz, cudownie, że jest właśnie taka. Jeśli potrafisz się zaśmiać do takiej siebie w lustrze, momentalnie otwierasz swoje serce.
Diana zaprasza mnie do próby śmiechu. – Po prostu podejmujesz taką decyzję: chcę się śmiać – tłumaczy, widząc moją sceptyczną minę. – Ja liczę: raz, dwa, trzy i na cztery śmiejemy się obie, OK?

Raz dwa, trzy, cztery! Diana odchyla się w tył i wybucha głośnym, silnym śmiechem. Kilkakrotnie nabiera powietrza, i... kolejna kaskada śmiechu. Ja niepewnie podążam za nią. Na początku to niełatwe, okazuje się, że nie tylko dla mnie. – Robię te sesje także w korporacjach, żeby zespoły lepiej ze sobą współpracowały. Bo ludzie, którzy się ze sobą śmieją, lepiej ze sobą pracują, wzrasta kreatywność, możliwość rozwiązywania problemów. Po olbrzymim oporze uczestnicy wchodzą w to jak w masło i poważni panowie w garniturach, zaśmiewając się, robią pozycję „sikającego psa”.

Główną mantrą jogi śmiechu jest: „świetnie, świetnie, świetnie, hej!”. Diana przy każdym „świetnie” energicznie klaszcze w otwarte dłonie, a przy „hej” wyrzuca ramiona w górę. Zwłaszcza to „hej” podnosi energię. – Powinno się w szkołach wprowadzać taką jogę śmiechu – stwierdzamy zgodnie. To byłoby świetne antidotum na narodowe narzekanie. Tym bardziej że joga śmiechu pomaga na życiowe problemy.

– Kiedy mój syn po wypadku znalazł się w szpitalu, odwiedzałyśmy go z córką i zaśmiewałyśmy się w głos. Pacjenci początkowo patrzyli na nas z przerażeniem, ale pomagało – opowiada Diana. Dodaje: – Szczerze polecam śmiech na kłopoty, dzięki niemu zyskasz dystans. Jeśli się czymś bardzo przejmujesz, przede wszystkim zacznij się śmiać. To w pewnym sensie twój wybór: czy w tym, co cię spotkało, widzisz tragedię i się załamujesz, czy szukasz rozwiązania i pytasz, co może wyniknąć z niej dobrego, bo może.

Śmiech przełamuje tabu, pomaga też pokonać nasz największy lęk.

  •  „Umieranie ze śmiechem” – to jedno z trudniejszych ćwiczeń Diany. Polega na tym, że wyobrażamy sobie siebie na łożu śmierci. Widzimy dookoła naszych bliskich i ich smutne miny, a nasz przekaz jest inny: „miałam cudowne spełnione życie, umieram ze śmiechem i chcę, żebyście się mogli cieszyć ze mną”. – Ta wizualizacja sprawia, że ludzie zaczynają inaczej patrzeć na śmierć – przekonuje Diana.

Po trzecie: Szczypta szamanizmu

Diana od lat zasiada w kręgu szamańskim Joanny Rus, jest także uczennicą szamanów z USA. – Szamanizm to bliski kontakt z naturą i czerpanie z jej energii, z ziemi, ze słońca, z żywiołów – twierdzi. – Nie chodzi tylko o ceremonie i rytuały, lecz o inne spojrzenie na to, co nas otacza. Kiedy zaczniemy patrzeć na świat w sposób szamański, zobaczymy, że on cały czas do nas mówi. Robiłam takie eksperymenty: miałam problem, więc szłam w teren z otwartymi oczami i wszystko dawało mi odpowiedź. Cały czas dostajesz jakieś informacje, wsparcie czy ostrzeżenie. To mogą być słowa, wiatr, ptaki.

Esencją szamanizmu jest kontakt ze światem, z wykorzystaniem nie tylko umysłu, ale emocji i zmysłów. Tu chodzi o ciągłą wymianę energii, o dawanie i branie, o wdzięczność. Ale uwaga – nie oczekuj, że jeśli coś komuś dajesz, to dostaniesz zwrot z tego samego źródła. Często odpowiedź przychodzi z zupełnie innej strony.

  • Obejmij drzewo – pomaga, kiedy czujesz się źle.
  • Weź do ręki kamień – w Himalajach w chwilach zmęczenia przykładałam dłonie do kamieni i energia wracała – opowiada Diana. – Kamienie nie są martwe, zawierają historię ziemi i kosmosu, możemy doświadczać z nimi wymiany energetycznej
  • „Kotwica” – czyli codzienna praktyka wdzięczności. Polega na tym, że przypominasz sobie dwie, trzy dobre rzeczy, które ci się dziś przydarzyły. Smak, twarz, spotkanie, cokolwiek, co wprowadziło cię do tzw. happy place, czyli szczęśliwego miejsca. Zakotwicz się w tym miejscu. – Wibracje się podnoszą, uśmiech wraca, radość wchodzi do serca, jakbyś się przeniósł na plażę, pod palmę – zapewnia Diana.
Diana Poteralska-Łyżnik, coach, trenerka rozwoju osobistego, arteterapeutka, liderka jogi śmiechu, instruktorka gimnastyki słowiańskiej, doula, prowadzi kręgi i warsztaty dla kobiet.

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś?
Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą?
Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić?
Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje?
Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne?
Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy?
To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje.
Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia...
...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się?
Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane?
Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności?
Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.

  1. Psychologia

Czy każdy może być kim chce? Czy każdy może osiągnąć sukces?

Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Każdy może odnieść sukces, zrobić karierę, być znany. Reklamy, filmy, życiorysy celebrytów z „Pudelka” wmawiają nam, że możemy wszystko, że każdy może być gwiazdą. Poradniki i samozwańczy guru sprzedają recepty, jak to zrobić. Medycyna daje jeszcze więcej – możliwość zmiany płci i zachowania pięknego ciała. A więc czy to na pewno mit, że możemy być, kim chcemy? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dużo jest kursów, które obiecują każdemu możliwość stania się milionerem, liderem, miss, celebrytą... Czy to prawda, że każdy może zostać człowiekiem sukcesu?
Teoretycznie tak. W każdym razie bezpieczniej i sprawiedliwiej jest tak powiedzieć. Tylko wtedy możemy mieć pewność, że nikogo nie dyskryminujemy. Jeśli powiedzielibyśmy, że nie każdy może odnieść sukces, to trzeba by wówczas stworzyć jasne kryteria: kto może, a kto nie może. Należałoby jednak mówić o tym inaczej, tak jak buddyjski mistrz, który zapytany o to, czy zen jest dla każdego, odpowiedział: „Zen jest dla wszystkich, ale nie dla każdego”. W tym samym duchu opowiada się żołnierzom, że każdy z nich niesie w plecaku buławę marszałkowską, ale to nie znaczy, że każdy zostanie marszałkiem. Dzięki temu w wojsku nie mamy samych marszałków. Tak więc teoretycznie każdy z nas może odnieść sukces, ale nie sposób przewidzieć, którego z nas udziałem się on stanie. A skoro tak, to nie powinniśmy nikomu odbierać nadziei ani motywacji. Dlatego mądrzej jest powiedzieć, że wszyscy mogą, ale nie wszyscy go odniosą.

Czyli jednak sukces nie jest dla wszystkich?
Znów odpowiem tym samym porównaniem, zen jest dla wszystkich, ale nie wszyscy wybiorą zen. Jedni o zen nigdy nie słyszeli. Drudzy słyszeli, ale nie przychodzi im do głowy, że to mogłoby być dla nich. Mogą być i tacy, którzy spróbują i uznają, że to za trudna droga. Każdy ma ograniczenia i preferencje, które mu to mogą uniemożliwić. Podobnie jest z sukcesem i zostaniem marszałkiem w armii.  Ale zasadniczo ważniejsze od kwestii, czy każdy może odnieść sukces, jest pytanie: „co jest dla mnie sukcesem?”. Przysłano mi ostatnio pouczającą wiadomość. Ktoś zadał sobie trud, aby prześledzić życiorysy kilku nieżyjących już ludzi, którzy odnieśli spektakularne sukcesy. Znaleźli się między nimi wielcy wynalazcy, przywódcy, finansiści. Okazało się, że wszyscy źle skończyli. Jeden odebrał sobie życie, inny zmarł w ubóstwie, jeszcze inny zwariował, ktoś został zamordowany itd. Natomiast prawie nikomu nieznany wielbiciel jazdy na motocyklach umarł w dostatku i spokoju, po szczęśliwym i długim życiu. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy wszyscy dali sobie spokój z sukcesem i beztrosko włóczyli się po świecie na motorach, ale o to, by zrozumieć, czego każdy z nas naprawdę pragnie. Bo czy nie jest największym sukcesem umrzeć z poczuciem, że przeżyliśmy pożyteczne, satysfakcjonujące życie? Czyż nie jest najważniejsze to, jak kończymy, a nie jak zaczęliśmy? Jeśli treścią tak przeżytego życia jest jazda na motorze, to niech będzie, ale może to być jeszcze tysiąc innych rzeczy.

Jednak mass media karmią nas od małego jedną wizją sukcesu.  Pewnie dlatego do tej pory jazda na motorze nie przyszła mi do głowy.
Nader często decydując się na wypełnienie naszego życia określoną treścią, ulegamy manipulacji mediów i mitom konsumeryzmu. Dlatego to takie ważne, by zmienić w ludzkich głowach rozumienie słowa „sukces”.  Prawdziwy sukces to nie posiadanie, lecz bycie – dobrze przeżyte życie. Możemy go osiągnąć tylko wtedy, gdy nie zapomnimy o ważnych życiowych potrzebach. Życie jest jak tort składający się z kilku różnych, ale głęboko ze sobą powiązanych kawałków. Każdy kawałek to obszar, który trzeba zagospodarować, np.: zdrowie, ruch, praca, relacje z ludźmi, rodzina, seks, edukacja, kultura, pasja, zabawa, relaks, pieniądze. Poczucie życiowego sukcesu odczuwamy wtedy, gdy uporządkujemy sobie te obszary życia we właściwej dla nas kolejności i zadbamy o przyzwoity poziom satysfakcji przynajmniej w tych najważniejszych. Widać gołym okiem, że praca i pieniądze to może być dużo za mało, aby uznać nasze życie za spełnione.

Rozumiem, że to możliwe, jeśli uznamy, że jedni są zadowoleni, gdy mają tort od Magdy Gessler, a drudzy od babci Józi. Są tacy, którzy chcą tylko jeden, ale za to olbrzymi jego kawałek. Ten o smaku kariery, sławy, kasy. Nie myślą o szczęściu rozumianym jako równowaga, harmonia czy bliskie relacje z ludźmi.
Właśnie. Ważna jest równowaga, harmonia. I jeszcze coś: wierność osobistym korzeniom, swojemu społecznemu i kulturowemu dziedzictwu. W przeciwnym razie, gdy idąc za wzorami lansowanymi w mediach, zbudujemy sobie wymyślone życie i wymyślonych siebie, to zabrniemy w narcystyczną pozę i będziemy bardzo nieszczęśliwi, żyjąc w lęku, że się wyda, że kogoś udajemy, że ktoś nas pokochał tylko dlatego, że nas nie zna itd. Nie dość powtarzać, że bez poznania siebie i swoich prawdziwych potrzeb – czyli życia w zgodzie ze sobą – nie mamy co marzyć o szczęściu.

Mój przyjaciel przez całe życie uciekał przed wspomnieniem o śmierci kuzyna alkoholika. Ale niedawno zdał sobie sprawę, że dzięki niemu sam ustrzegł się przed nałogiem. Uznał więc, że to najważniejsze jego doświadczenie.
Inny przykład: wyjeżdżamy ze swojego miasteczka, gdzie wszyscy nas znali i wiedzieli, że pochodzimy np. z rodziny doświadczonej alkoholizmem. W dużym mieście budujemy swoją nową tożsamość, ale im lepiej nam to idzie, tym bardziej boimy się, że uprawiamy zagrożoną kompromitacją mistyfikację. Wtedy jest czas, by uznać i docenić  okoliczności, które uformowały nasze charaktery, rozpoznać w nich impuls, który pozwolił nam wykształcić nasze unikalne właściwości, umiejętności i wiedzę. Odkryjemy wtedy, że nasza ukrywana biografia w istocie jest źródłem siły i poczucia wartości. Dzięki temu dołączymy do licznej grupy wybitnych ludzi, których życiorysy uznawane były przez ogół im współczesnych za zawstydzające.

Czyli możemy być tym, kim chcemy, ale nie zawsze warto?
To, kim chcemy i możemy się stać w dorosłym życiu, jest w znacznym stopniu zdeterminowane tym, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Dzieje się to na dwa sposoby: przez powielanie/odwzorowanie lub przez bunt, odcięcie się i nadkompensację. W pierwszym wypadku ślepo naśladujemy to, co w zachowaniu ważnych osób z naszego otoczenia w dzieciństwie było najbardziej powierzchowne, neurotyczne, niemądre i nawykowe, np.: „Ojciec pił i bił, to i ja piję i biję”. W drugim wypadku odcinamy się od wszystkiego, co było naszym udziałem w trudnym dzieciństwie, i postanawiamy zbudować się od nowa na zasadzie przeciwieństwa, czyli: „nie wezmę do ust kropli alkoholu i nigdy na nikogo nie podniosę ręki ani głosu”. Z pozoru wygląda to dobrze, ale niestety w praktyce zatruwamy sobie i innym życie obsesyjną i mentorską postawą albo nie jesteśmy w stanie obronić siebie ani innych. W obu wypadkach rozstajemy się z prawdziwym sobą. Jedynym wyjściem z tego impasu jest poznanie siebie, swoich prawdziwych potrzeb, skłonności, zdolności i talentów.

A gdy siebie nie znamy, nie wiemy, kim jesteśmy?
To trzeba coś zrobić, żeby siebie poznać, nie negując swojej biografii ani korzeni. To nie jest proste. Bo jeśli wychowywaliśmy się w biedzie, to wydaje nam się często, że naszą naturalną, prawdziwą potrzebą jest stać się bogatym. Jednak z reguły jest to pozorna potrzeba. Aby uniknąć czyhających na nas manowców, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co jest prawdziwym bogactwem dla mojego serca, dla mojej istoty, a nie dla portfela?”. Nie wszystkich nas uszczęśliwi praca w korporacji, ktoś o łagodnym, refleksyjnym usposobieniu nie poczuje się dobrze w roli menedżera. Podobnie nie wszystkich z nas uszczęśliwi praca w wiejskim gospodarstwie.

Nawet jeśli pójdzie się na odpowiedni kurs albo poczyta odpowiednie poradniki?
Nawet wtedy. Na ogół mamy trafne przeczucia na temat naszych predyspozycji i talentów. Pod warunkiem że nastawiamy się na to, co upragnione, a nie na to, co niezgodne z naszym powołaniem i sumieniem, powodowane chciwością, agresją, chęcią odegrania się, zaimponowania. Bo to się zazwyczaj kończy bardzo nieprzyjemnie – depresją, załamaniem nerwowym, wypaleniem albo jakąś psychosomatyczną, autoagresywną chorobą. Dopiero wtedy przychodzi opamiętanie.

Ale zanim to nastąpi, żyjemy tak, jakbyśmy nie mieli litości ani dla siebie, ani dla innych. Jesteśmy bezwzględni wobec pracowników, wobec rodziny. No bo tacy jesteśmy wobec siebie.
Przeistaczając się we własny projekt, całkowicie oderwany od naszego dziedzictwa, tak naprawdę odrywamy się od swojego serca i duszy. Stajemy się aktorami, którzy zapomnieli, że odgrywają rolę, i utożsamiamy się w pełni z graną postacią. Dobry aktor nie zapomina, kim jest naprawdę. Będąc dobrym człowiekiem, może zagrać tyrana tak znakomicie, że wstrząśnie publicznością. Lecz gdy wróci do domu, będzie znowu sobą – czułym ojcem i mężem. Ci z nas, którzy bez reszty angażują się w swój narcystyczny projekt, w swoją wymyśloną rolę, grają ją bez przerwy i w pracy, i w domu, zapominają, kim są. A jeśli jednym z atrybutów odgrywanej postaci jest np. bezwzględność i agresja albo głupota, to staną się bezwzględni, agresywni i głupi.

Jak można się wyzbyć swojego człowieczeństwa? Przecież litość, współczucie to jego podstawa.
Problem w tym, że w porównaniu z dramatycznie trudnym dzieciństwem przebranie się za kogoś innego niesie przez jakiś czas ulgę i zapomnienie. Lecz prędzej czy później okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby, bo koszty odcięcia się od korzeni bywają bardzo poważne.

Może sukces konsumpcyjny nie jest dla każdego, ale nadal uważam, że możemy być, kim chcemy.
Na przykład kim?

Mogę nawet zostać mężczyzną, coś sobie obciąć, coś doszyć... Dla wielu ludzi tragedią jest nie czuć się sobą w swojej skórze. Ale pamiętam przejmującą scenę z filmu „Trans-akcja” (reż. Sławomir Grunberg), kiedy młody mężczyzna zastanawia się, czy nie będzie bardziej sobą jako kobieta. Mówi to tak, jakby chodziło o zmianę koloru włosów.
Hasło „mogę być, kim chcę” otwiera odwieczną dyskusję o wolnej woli. Na ile nasz los jest zdeterminowany niewyobrażalnie ogromną ilością czynników, z których tylko niewielkiej części zdajemy sobie sprawę. Czy nasze decyzje, które określamy jako akty wolnej woli, naprawdę takimi są? Może są wyborami całkowicie zdeterminowanymi, a my tylko ulegamy złudzeniu, że dokonaliśmy wolnego wyboru? Czy np. kobiety, które zdecydowały, że zostaną mężczyznami, mogłyby postąpić inaczej? Czy robią to, co chcą, czy – nie wiedząc o tym – nie mają wyboru?

Jak to sprawdzić, kim chcę być, a kim muszę? I co jest ważniejsze: chęć czy konieczność? Czym się kierować?
Nie da się tego sprawdzić. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej, niż postąpiliśmy. Dlatego lepiej uważać z wiarą w hasło „mogę, być, kim chcę”, bo to może być groźna mieszanka pychy i omnipotencji. Każdy z nas ogarnia świadomością tylko niewielki zakres strumienia zdarzeń, którego jest częścią i który nazywa swoim losem. Chociaż ogromne możliwości wyboru, jakie dziś są do naszej dyspozycji, i sprytny marketing tworzą złudzenie, że możemy być, kim chcemy, to w istocie możemy być tylko tym, co pozostaje w zgodzie z treścią i dynamiką naszej biologii, psychiki i naszego ducha.

Łatwo się pogubić. Tym bardziej że wszyscy nam mówią, jacy mamy chcieć być: bogaci, szczupli, znani.
Jeśli wiemy, czego potrzebujemy, to szybko uwalniamy się od tego, co niepotrzebne, i zmierzamy prostą drogą do właściwej odpowiedzi. Wtedy naśladowanie innych przestaje być naszą podstawową strategią na życie.

Może więc pojawi się pokolenie, które nie straci kontaktu ze sobą. Nadal jednak, z tego co widać, dzieci mają talenty, chcą czegoś, ale rodzice narzucają im kierunki rozwoju.
Jeśli rodzice wpisują w swoją wizję sukcesu to, że ich dzieci będą realizować ich scenariusz i ich wartości, to one mają małe szanse na samorealizację. Jeśli koncepcja rodziców rozmija się z ich talentami i oczekiwaniami, to będą nieszczęśliwe, dopóki się nie zbuntują i nie zaczną realizować tego, co dla nich ważne. Prawdziwy rodzicielski – i każdy inny – sukces życiowy powinien zależeć od innych w jak najmniejszym stopniu. Rodziców najbardziej powinno uszczęśliwiać, gdy dzieci zrealizują własny projekt na szczęśliwe życie. 

  1. Psychologia

Mindfulness dla rodziców - jak znaleźć równowagę na co dzień?

Każdy rodzic wie, jak wspaniałe i jednocześnie męczące jest zajmowanie się dziećmi. Dlatego praktyka wyciszania umysłu może bardzo pomóc w czerpaniu pełnej satysfakcji z rodzicielstwa. (fot. iStock)
Każdy rodzic wie, jak wspaniałe i jednocześnie męczące jest zajmowanie się dziećmi. Dlatego praktyka wyciszania umysłu może bardzo pomóc w czerpaniu pełnej satysfakcji z rodzicielstwa. (fot. iStock)
Niewiele rzeczy na świecie jest równie wyczerpujących emocjonalnie co wychowywanie dzieci. I równie satysfakcjonujących. Psycholog Corinne Sweet podpowiada, jak sprawić, by między tymi dwoma biegunami była równowaga.

W książce „Dziennik uważności” czytamy o momentach, w których praktyka uważności pomogła pani w opanowaniu bólu po operacji czy lęku podczas próby kradzieży. W czym jeszcze przydaje się w pracy i życiu prywatnym? Zaczęłam medytować 30 lat temu. Nauczono mnie bardzo prostej techniki. Siedzisz w wygodnej pozycji, z zamkniętymi oczami i powoli oddychasz. Przy wdechu myślisz: „wznoszenie”, przy wydechu – „opadanie”. Zauważyłam, że jeśli medytuję w ten sposób codziennie, a nawet częściej – zwłaszcza kiedy mam ważny projekt do skończenia, jak na przykład książkę, czy jestem w okresie większej podatności na stres – pomaga mi to w skupieniu. Poza tym medytacja wypełnia mnie spokojem, jest dla mnie źródłem dobrego samopoczucia i spełnienia. W mojej pracy terapeutycznej często wykorzystuję techniki mindfulness, by pomóc ludziom w skupianiu się na teraźniejszości, w celu odciągnięcia ich myśli od przeszłości i przyszłości, które są przyczyną lęków, zmartwień i negatywnych schematów myślowych.

Umiejętność bycia w chwili przydaje się zwłaszcza zestresowanym rodzicom. Z technik mindfulness mogą korzystać także dzieci. Sama jestem rodzicem i wiem, jak wyczerpujące emocjonalnie jest wychowywanie młodego człowieka. Niemowlęta i maluchy potrzebują nas 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, a i starsze dzieci bez przerwy czegoś chcą. Jeśli na dodatek jesteś pracującym rodzicem, masz poczucie ogromnego wyeksploatowania, emocjonalnego i energetycznego. Masz wrażenie, jakby codziennie wyczerpywały się twoje zasoby spokoju i uwagi. Kiedy uczysz się uspokajać umysł i szybciej odzyskiwać równowagę, stajesz się bardziej świadoma jako rodzic, co pomaga ci zachować cierpliwość, gdy maluch co pięć minut pyta: „A dlaczego?” lub bez przerwy płacze.

Kiedy uczysz się relaksować i być obecną w danej chwili, potrafisz w 100 proc. wykorzystać każdą minutę spędzoną na zabawie z maluszkiem czy czytaniu bajek, dzięki czemu buduje się między wami bardzo silna więź. Choć w naszej codzienności zwykle skupiamy się na zarabianiu pieniędzy i ogarnianiu domu, to najważniejszym zadaniem powinna być nauka zachowywania spokoju w obecności dzieci. Oczywiście dzieci także można uczyć technik mindfulness. Najlepiej robić to poprzez zabawę. Możecie zagrać w grę polegającą na wyłapywaniu z otoczenia wszystkich czerwonych rzeczy i wymienianiu ich nazw. Podczas długiej jazdy samochodem spróbujcie zagrać w grę pt.: „Kto pierwszy zobaczy kwiatek?”. Wszystkie zabawy, które pozwalają dziecku skupiać się na tym, co dookoła niego, pomagają być bardziej świadomym, zwłaszcza jeśli jest zmęczone, chore czy smutne. Poza tym takie zabawy to świetny pomysł na rodzinne spędzanie wspólnego czasu.

Niektórzy twierdzą, że dzieci mają naturalny talent do życia chwilą, który my stopniowo tracimy. Dzieci żyją w 100 proc. w teraźniejszości. Przeszłość to dla nich ostatnie 5 minut, a przyszłość – następna minuta. Dzieci świetnie sobie radzą z przeżywaniem wszystkiego, co dzieje się tu i teraz, a jednocześnie z odpuszczaniem tego, kiedy mija. Potrafią płakać rzewnymi łzami, kiedy stłuką sobie kolano, by chwilę potem bawić się kolorowymi kredkami. Wszyscy kiedyś byliśmy dziećmi i umieliśmy być w „tu i teraz” po prostu, bez konieczności nauki. Z czasem zaczęliśmy być bardziej poważni, przejmować się tym, co dopiero się zdarzy, i rozmyślać o rzeczach, które już się wydarzyły. Nasze umysły stały się zagracone i zatęchłe, jak dawno niesprzątane mieszkania. Warto je przewietrzyć i posprzątać. Wrócić do stanu umysłu z czasów dzieciństwa. Zacząć żyć prościej, tak jak robią to dzieci. Cieszyć się z tego, co przynosi każdy dzień. Przyjmować rzeczy po kolei, minuta po minucie, chwila po chwili…

Corinne Sweet psycholog, psychoterapeutka, autorka poradników psychologicznych, dziennikarka radiowa i telewizyjna, autorka książki „Dziennik uważności” z prostymi medytacjami na każdy dzień.

  1. Psychologia

W te Święta zadbaj o relacje z samym sobą. Porady psychologa i ćwiczenia

Relacja z samym sobą jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. (fot. iStock)
Relacja z samym sobą jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. (fot. iStock)
W Święta zwykle myślimy o innych, często swoim kosztem. Czy nie można tego pogodzić? Obiecujemy sobie, że wreszcie pochylimy się nad ważnymi dla nas sprawami, odpoczniemy, poświęcimy trochę czasu dla siebie… W tym roku, ze względu na okoliczności, mamy na to szansę, większą niż do tej pory. Tym bardziej, że wiele osób spędzi te Święta tylko w swoim towarzystwie. Co zrobić, żeby było nam dobrze z samym sobą? – tłumaczy Katarzyna Szostak, psycholożka z Centrum Psychoterapii Help.

Święta to czas miłości, też miłości własnej, która zwykle „ginęła” w zadowalaniu wszystkich dookoła... Na czym ta miłość do siebie powinna polegać? Po czym, tak naprawdę, możemy poznać, że rzeczywiście kochamy siebie? Łatwiej nam przecież okazywać uczucia innym. Dbanie o relacje z innymi to bardzo ważna kwestia i jeśli już jesteśmy uczeni dbania o relacje, to właśnie o te. Niestety, w mało którym domu czy szkole zwraca się uwagę na budowanie i pogłębianie relacji z samym sobą. A to właśnie ta relacja jest najbliższą, najbardziej intymną i najważniejszą ze wszystkich. W końcu w swoim towarzystwie spędzamy każdy dzień naszego życia. Niestety, częściej jesteśmy uczeni ignorowania swoich potrzeb i emocji niż rozpoznawania ich i zaspokajania, poświęcania się dla innych i krytykowania siebie niż samowspółczucia i opiekowania się sobą. A tutaj działa dokładnie taka sama zasada, jak w przypadku maski tlenowej w samolocie - najpierw zakładamy sobie, potem pomagamy dziecku czy innym. Jeśli nie zadbamy o siebie - zabraknie nam sił, zdrowia i energii do tego, aby zająć się czymkolwiek i/lub kimkolwiek innym.

Miłość do siebie to bycie w kontakcie ze swoimi emocjami i potrzebami, słuchanie ich i zajmowanie się nimi. To podchodzenie do siebie z życzliwością, serdecznością i empatią, umiejętność zaopiekowania się sobą - pocieszania, uspokajania, kojenia, chronienia, ale i stawiania sobie granic czy motywowania siebie.
Miłość do siebie nie polega na zbytnim rozpieszczaniu siebie czy pobłażaniu sobie, ale na wybaczaniu sobie błędów, akceptowaniu swoich niedoskonałości i respektowaniu swoich możliwości i ograniczeń. Taka osoba potrafi w zdrowy sposób zadbać o realizowanie własnych potrzeb - reaguje adekwatnie do sytuacji, jest asertywna, szanuje granice innych, stawia sobie realne, osiągalne cele. Ktoś, kto kocha siebie, jest dla siebie wyrozumiały, ufa sobie i ma oparcie w sobie, traktuje siebie z szacunkiem, podmiotowo, jak najlepszego przyjaciela, ale i bierze odpowiedzialność za siebie, swoje emocje i działania.

Wiele osób, też młodych, spędzi ten świąteczny czas tylko w swoim towarzystwie. Jak mogą zadbać o relacje z samym sobą? Jak budować i pogłębiać taką relację? Zacznijmy od początku, czyli od wchodzenia w kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, myślami i emocjami. Pomocne będą bardzo popularne obecnie treningi uważności (mindfulness), medytacja czy treningi akceptacji i zaangażowania (ACT). Na czym one polegają? Przede wszystkim na uważnym byciu „tu i teraz” - byciu w danym momencie z emocjami i myślami, bez osądzania ich i reagowania na nie.

Istnieje całe mnóstwo aplikacji oraz filmów i podcastów w internecie, które pomogą doskonalić tę trudną sztukę. Możesz też skorzystać z prostych ćwiczeń (umieszczonych na końcu artykułu).

Co z naszym psychicznym komfortem w okresie Święta – Nowy Rok? Dużo mówi się o lęku, smutku, samotności… Tymczasem, gdy pojawiają się różne obostrzenia, wielu osobom trudno poradzić sobie emocjonalnie z sytuacją „ograniczenia” (nawet jeśli jest racjonalnie uzasadniona). Widzę, że w takich sytuacjach nawet ostrożni, przezorni ludzie odczuwają często wewnętrzny sprzeciw. Sprzeciw przeciwko ograniczeniom, które trwają tak długo i które często zmuszają nas do zmiany utartych schematów i tradycji jest zupełnie naturalny. Ale cóż możemy z tym zrobić? Możemy się frustrować i skupiać na tym co tracimy, czego nie możemy mieć, co byśmy robili i gdzie byśmy byli, gdyby sytuacja była inna. Możemy, tylko po co to sobie robić? Możemy też skupić się na tym, co jest możliwe i co zyskujemy dzięki tej sytuacji.

Święta to bardzo stresujący okres w roku. Najpierw latamy z szałem w oczach, aby kupić prezenty dla bliższych i dalszych członków rodziny, sprzątamy i gotujemy po nocach, mimo iż w pracy zamknięcie roku często wiąże się z nieco większym nakładem sił, prowadzimy burzliwe dyskusje u kogo spędzamy Wigilię i skomplikowane plany logistyczne odwiedzenia wszystkich, których powinniśmy. Wydajemy mnóstwo pieniędzy, wkładamy ogrom pracy i wysiłku, aby spędzić czas w sposób, który często nie do końca nas satysfakcjonuje i który jest źródłem sporego napięcia - zbyt mało ruchu, zbyt dużo jedzenia, z wujkiem, który nie przestaje mówić o polityce lub teściową, która rzuca kąśliwymi uwagami… Nigdy nie zdarzyło ci się pomyśleć „jak cudownie byłoby wyjechać i uciec od tego wszystkiego”? Jak wtedy spędziłabyś ten czas? Co byś robiła?

Co prawda wyjazd nie do końca jest możliwy, ale już nie uleganie świątecznej gorączce i zadbanie o to, aby okres świąteczno-noworoczny był dobrze spędzonym czasem wolnym - jak najbardziej. Spróbuj docenić to, co możesz odpuścić - choć raz nie muszę wysprzątać mieszkania na błysk, nie muszę przytaszczyć połowy sklepu do domu i spędzić dwóch dni w kuchni. Spróbuj wykorzystać ten czas w sposób, który będzie z korzyścią dla ciebie i twoich bliski - spokojnie, uważnie, na byciu, nie zaś na realizowaniu zadań czy spełnianiu oczekiwań. Zamień „muszę”, „powinnam” na „mogę”, „chcę”, „pragnę”.

Co dobrego możemy zrobić dla siebie? Nie myślę tu rzecz jasna o osobach, które już mają odłożone książki czy filmy i tylko z utęsknieniem czekają na wolne dni… Takie „spokojne Święta”, jak w tym roku, to rzadkość. Jak mądrze wykorzystać ten czas? Jak o siebie zadbać? Wydaje się, że mądrze oznacza w zgodzie ze sobą i swoimi potrzebami - tak, jak podpowiada mi ciało i dusza. Jeśli miniony rok (albo i nie jeden) był dla ciebie bardzo intensywny, pracowity - może warto postawić na sen, odpoczynek i relaks? Nie stawiać żadnych zadań przed sobą na ten czas? Jeśli natomiast masz poczucie, że w ostatnim czasie zaniedbałeś relacje z bliskimi - może warto postawić właśnie na dbanie o nie?

W rozpoznaniu swoich potrzeb bywa pomocne pytanie o cud: wyobraź sobie, że dzień się kończy, kładziesz się do łóżka, a kiedy smacznie śpisz, przydarza się cud - wszystkie twoje trudności znikają, sprawy przyjmują pozytywny obrót, twoje potrzeby zostają zaspokojone. Wyobraź sobie, że wstajesz rano, nie wiesz przecież o cudzie, po czym poznasz, że się wydarzył? Co w tobie i wokół ciebie podpowie ci, że miał miejsce? Co się zmieniło, że teraz możesz się poczuć dobrze? Co zniknęło, a co się pojawiło? Spisz wszystko na kartce.

Postaraj się ułożyć te punkty od najłatwiejszego do najtrudniejszego do wykonania i zadbać o to, aby mogły się zadziać. Część z nich pewnie możesz wykonać od razu, inne będą wymagały czasu.

Innym ćwiczeniem może być odniesienie do bardzo obrazowej metafory Miłosza Brzezińskiego, która mówi o trzech ogrodach życia: praca, dom i rodzina oraz ja, moje hobby i zdrowie. Kiedy pielęgnujemy jeden z ogrodów, pozostałe dwa usychają i zarastają chwastami. Spróbuj wyobrazić sobie, jak te ogrody wyglądają u ciebie. Czy wszystkie są piękne i zielone, czy możesz się cieszyć każdym z nich? Czy może biegasz od jednego do drugiego, starając się zapobiec pożarowi w którymś z nich? A może tylko jeden jest piękny i okazały, a pozostałe stoją w ruinie? Który z twoich ogrodów wymaga opieki? W jaki sposób możesz o niego zadbać w trakcie Świąt?

Możesz też sobie zadać pytanie - o co mogę zadbać, aby w 2021 r. móc się cieszyć trzema pięknymi ogrodami? Jak rozkładać pracę w każdym z nich, aby móc chodzić pomiędzy nimi spokojnie, bez pośpiechu?

Ćwiczenia na budowanie i pogłębianie relacji z samym sobą

Ćwiczenie 1.

Możesz je wykonywać etapami - gdy dojdziesz do wprawy, dołóż kolejne etapy lub przejdź do kolejnego kroku.

Połóż się lub usiądź wygodnie. Zacznij od skupiania uwagi na swoim oddechu, oddychaj głęboko, powoli, równomiernie. Za każdym razem, gdy coś cię rozproszy - ponownie kieruj uwagę na oddech.

W kolejnym kroku spróbuj przeskanować swoje ciało. Skupiaj uwagę po kolei na każdej części ciała. Sprawdź, jakie doznania z niej płyną, jakie odczucia pojawiają się na skórze, poczuj, czy to miejsce jest spięte czy rozluźnione, poczuj jego ciężar lub lekkość.

Na kolejnym etapie staraj się obserwować swoje myśli, pozwól im spokojnie przebiegać przez głowę, obserwuj je, ale nie reaguj na nie. Przyglądaj im się jak chmurom płynącym po niebie.

Fot. iStock Fot. iStock

Ćwiczenie 2.

Kup zeszyt i zacznij prowadzić dzienniczek samoobserwacji.

Każdą kartkę podziela na 4 kolumny:

1. Sytuacja (kto? co? kiedy? gdzie?). 2. Myśli (co do siebie powiedziałeś? jakie myśli, obrazy wspomnienia przyszły ci do głowy?) 3. Emocje (na okładce zeszytu możesz wydrukować listę emocji i sprawdzać, która najlepiej pasuje, możesz zapisywać jej nasilenie na skali 1-10). 4. Reakcja (jak zareagowało twoje ciało? co wtedy zrobiłeś?).

Postaraj się zapisywać w nim jak najwięcej wydarzeń, szczególnie tych, które wydają ci się ważne, czy które wzbudziły silne emocje i rób to tak szybko, jak możliwe. Wieczorem postaraj się jeszcze raz pochylić na notatkami i poszukać analogii oraz ciągów przyczynowo-skutkowych. Czy w podobnych sytuacjach pojawiają się podobne myśli? Czy są to słowa, jakie powiedziałbyś swojej bliskiej osobie w takiej sytuacji? Jakimi emocjami wtedy reagujesz? Jak odpowiada na to twoje ciało? Czy jest coś, co chciałbyś zmienić?

Kiedy już mamy nieco lepszy ogląd, w jaki sposób i jakim językiem do siebie mówimy (najczęściej bardzo krytycznym, karcącym, oceniającym) oraz jakie emocje (często lęk, smutek, wstyd, poczucie winy, złość, bezsilność) i reakcje ciała to wywołuje (np. ściskanie żołądka lub gardła, trudność ze wstaniem z łóżka, wycofanie, ucieczka, płacz, etc.), możemy podjąć kroki w kierunku poprawy sytuacji.

Ćwiczenie 3.

Staraj się obserwować tego okrutnego wewnętrznego krytyka czy niezwykle wymagający głos i nie rozwijać go, nie nakręcać się w nim, a wchodzić z nim w polemikę, podważać, kwestionować, buntować się przeciwko niemu. Powiedź sobie, np.: „Przestań już! Każdy czasem jest zmęczony i mu się nie chce!”, „No trudno, będzie tak nieidealnie i świat się przecież nie zawali”, etc. A następnie postaraj się zmieniać ten nieprzychylny głos w bardziej łagodny i serdeczny. Co byś w tej sytuacji powiedziała swojej przyjaciółce? Jak byś ją wsparła, pocieszyła, uspokoiła albo zmotywowała? I w taki życzliwy, wyrozumiały sposób zwróć się do siebie.

Możesz też siebie zapytać, czego byś teraz potrzebowała, aby poczuć się lepiej. Co przyniesie mi komfort fizyczny? Co musiałoby się zadziać, abym poczuła się inaczej? I spróbuj zadbać, aby to sobie dać.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.