1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kontemplacja, czyli sztuka nicnierobienia

Kontemplacja, czyli sztuka nicnierobienia

Kontemplacja polega na odcięciu się od zewnętrznych stymulacji, siedzeniu w nieruchomej pozycji i w ciszy. (Fot. iStock)
Kontemplacja polega na odcięciu się od zewnętrznych stymulacji, siedzeniu w nieruchomej pozycji i w ciszy. (Fot. iStock)
Jest znacznie prostsza od medytacji, choć wymaga najtrudniejszego: przyjmowania rzeczy takimi, jakie są. Bez dzielenia ich na dobre i złe. W buddyzmie, z którego wywodzi się kontemplacja, wszystko jest jednością, nie ma więc sensu bić się z życiem.

Kontemplacja jest znacznie prostsza od medytacji, choć wymaga najtrudniejszego -  przyjmowania rzeczy takimi, jakie są. Bez dzielenia ich na dobre i złe. W buddyzmie, z którego wywodzi się kontemplacja, wszystko jest jednością, nie ma więc sensu bić się z życiem.

Większość konwencjonalnych metod psychologicznych i duchowych ścieżek przyjmuje, że uwolnienie negatywnych emocji, które powodują, że życie jest niesatysfakcjonujące, wymaga pracy i wysiłku: głębokiego wglądu w rodzinną przeszłość, przeżycia jej na nowo, przebaczenia i wyzwolenia przez katharsis (albo pewnych kombinacji wszystkich tych elementów). Metody te opierają się na zasadzie transformacji – zmieniamy swoje zachowanie, oczyszczamy umysł i przekształcamy percepcję. Tego rodzaju podejście zakłada, że czegoś brakuje w naszym życiu i że ten brak należy uzupełnić. Głosi potrzebę zmiany, utwierdza w przekonaniu, że „to nie jest to”. Uczy, że aby być szczęśliwym, musimy być gdzieś indziej, niż jesteśmy, robić coś innego, być kimś innym. W kontraście do nich podejście niedualne, wywodzące się z dzogczen (buddyzmu tybetańskiego) i zen (buddyzmu, który swą rozwiniętą formę uzyskał w Chinach, Korei, Japonii), zakłada, że spod władzy zakłócających spokój emocji można wyzwolić się przez nierobienie niczego.

Bez dualizmu

Niczego mamy nie zmieniać, w żadnym wypadku nie zagłębiać się w siebie i w żadnym kierunku się nie wysilać. Skąd taka nonszalancja? Z wiary w to, że wszystko, co nie jest dobrem i harmonią, nie pochodzi od Boga (który jest jedyną Zasadą Stwórczą), więc nie istnieje. Jest Jednia – jako alternatywa dla wiary w dualizm dobra i zła. A skoro jest Jednia, to tak naprawdę nie ma z czym walczyć, nie ma czego zmieniać. Boje i naciski są niepotrzebne, a nawet szkodliwe, bo sprawiają, że iluzja czarno-białego podziału przybiera na sile. Według koncepcji niedualnej nieprawdą jest przekonanie, że cokolwiek musimy zdobywać, bo wszystko, co potrzebne, już jest.

Przyjęcie niedualnego spojrzenia na siebie i otaczającą rzeczywistość wymaga otworzenia się na zupełnie nowy punkt widzenia. Idąc za buddyzmem tybetańskim czy zen, zakładamy, że oświecenie, rozumiane jako stan pełnej szczęśliwości, jest naszą naturalną kondycją, istotą natury. Pozycją wyjściową jest uznanie, że punkt, w którym jesteśmy, jest doskonały, że „to jest to”. Tylko jak „to” osiągnąć? Najtrudniej będzie zrezygnować z wysiłku. Nauczyć się odpuszczania, brania rzeczy takimi, jakie są, i uznania, że tak naprawdę niewiele wiemy, więc po co się brać z życiem za bary. W osiągnięciu takiego stanu bardzo przydatna jest praktyka kontemplacji.

Nic nie musisz

Chodzi o bardzo wyzwalające poczucie, że „niczego więcej nie potrzebujemy już robić”. Jest to doświadczenie odkrywania siebie w przejrzystym i uspokojonym stanie umysłu bez potrzeby jakiejkolwiek dyscypliny, która zwykle towarzyszy medytacji, kiedy to trzeba koncentrować się na oddechu czy obserwowaniu swoich myśli. Dlatego kontemplacja nazywana jest „medytacją, która nie jest medytacją”. Jej celem jest umiejętność pozostawania niewzruszenie spokojnym w trudnych sytuacjach. Żeby to osiągnąć, powinniśmy rozwinąć zdolność do bycia w pełni obecnym, kiedy pod wpływem niechcianych zdarzeń pojawiają się nieprzyjemne myśli i uczucia.

Kontemplacja jest trochę podobna do ćwiczeń na sali gimnastycznej – zwiększa umiejętność akceptowania niewygodnych emocji. Gdy po takim treningu wyjdziemy na boisko zwane życiem i poczęstuje nas ono podkręconą piłką, my zachowamy przytomność umysłu i nie damy się zaskoczyć. Lękowe reakcje nie wezmą nad nami góry.

Praktyka kontemplacji pozwala zauważyć prawdziwe źródło problemów. W pewnym momencie odkrywamy podstawową prawdę nauk Buddy – nasze cierpienie powstaje z powodu przywiązania albo odrzucania tego, co wydarza się z chwili na chwilę. Kontemplacja pozwala zaobserwować, że wiele z rzeczy, które wydają nam się konieczne, wcale nie jest niezbędnych.

Praktykowanie kontemplacji

Praktyka ta jest odpowiednia dla każdego niezależnie od tego, czy kiedykolwiek medytował. Kontemplacja, zwana także „samym siedzeniem”, polega na:
  • odcięciu się od silnych zewnętrznych stymulacji, takich jak towarzystwo innych ludzi, telewizja, książki czy komputer,
  • siedzeniu lub leżeniu we względnie nieruchomej pozycji,
  • pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym,
  • kontemplowaniu codziennie około 20 minut.
Przede wszystkim zapewnij sobie spokój – to najważniejsze. Możesz siedzieć na krześle, kanapie albo na poduszce medytacyjnej. Możesz nawet leżeć na plecach. Jedynym wymogiem jest pozostawanie w jednym miejscu około 20 minut. Jeśli będzie ci niewygodnie, możesz się poruszyć, nie powinnaś jednak wstawać i chodzić. Pozostawaj w wygodnej pozycji i bądź całkowicie przytomna. Stosując się do tych wymogów, po prostu rób to, co zwykle robisz. Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz. Możesz obserwować oddech, mówić mantrę czy modlitwę, ale nie musisz. Nie jest też konieczne, abyś swoją percepcją podążała za myślami. Jeśli twoją uwagę zwróci jakaś szczególna myśl, możesz ją obserwować, ale nie jest to konieczne. Oczy możesz mieć zamknięte lub otwarte. Nie ma też znaczenia, czy jesteś skoncentrowana, czy rozproszona. Jeśli cieszy cię kontemplacja, to dobrze, jeśli nie cieszy, też dobrze. W rzeczywistości nie ma czego kontemplować, więc nie ma to znaczenia. Nie możesz popełnić błędu.

Pełna akceptacja

Kontemplacja jest nauką pozostawiania tego, co jest, tak jak jest. Kiedy pozwalamy na to, nasze automatyczne reakcje – jak złość, lęk, poczucie winy lub wstyd – rozpuszczają się jak płatki śniegu spadające na ciepłą wodę czystej nieingerencji. W tym niedualnym podejściu, wzmocnionym przez praktykę kontemplacji, nie oceniamy jednych doświadczeń jako wzniosłych, a innych jako przyziemnych. Nie robimy z nich niczego więcej niż to, co nam bezpośrednio oferują. Nie poprawiamy, nie trywializujemy, nie deprecjonujemy. I przede wszystkim nie interweniujemy. Wtedy skłębione emocje i kompulsywne myśli same się rozpraszają, odpływają jak chmury na niebie. Poza tym jeśli nie reagujemy, pozwalamy, aby dany problem rozwijał się swoim trybem i rozwiązał na własny najlepszy sposób.

Jeżeli uda nam się nie utożsamić z bolesnymi uczuciami, nawiążemy kontakt ze źródłem swej istoty. Poczujemy wreszcie, że jesteśmy autentycznie nieograniczeni. Zawsze wolni, niezależnie od tego, jakie są zewnętrzne okoliczności. W buddyjskiej tradycji dzogczen nazywa się samowyzwoleniem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Wiosenne oczyszczanie - jak może wyglądać dzień na detoksie?

O czym warto pamiętać, gdy chcemy skutecznie oczyścić swój organizm? – Przede wszystkim o tym, żeby podejść do tematu bardziej holistycznie. Pomyśleć nie tylko o jedzeniu, ale też o wyciszeniu, masażu, czy właściwym oddychaniu. (fot. iStock)
O czym warto pamiętać, gdy chcemy skutecznie oczyścić swój organizm? – Przede wszystkim o tym, żeby podejść do tematu bardziej holistycznie. Pomyśleć nie tylko o jedzeniu, ale też o wyciszeniu, masażu, czy właściwym oddychaniu. (fot. iStock)
Detoks nie jest wymysłem naszych czasów. Ludzkość zna go od wieków i nazywa postem. Nowością jest to, że nie musi być serią wyrzeczeń i trwać 40 dni, a ledwie dzień lub tydzień. Efekty? Szczupłe ciało, lepsze samopoczucie. Podstawowa zasada? Powtarzalność.

Detoks nie jest wymysłem naszych czasów. Ludzkość zna go od wieków i nazywa postem. Nowością jest to, że nie musi być serią wyrzeczeń i trwać 40 dni, a ledwie dzień lub tydzień. Efekty? Szczupłe ciało, lepsze samopoczucie. Podstawowa zasada? Powtarzalność.

Rutyna nigdy nie kojarzyła mi się dobrze: kanapa, ciepłe kapcie i serial o 20.00. „Moje życie nigdy nie będzie tak wyglądało!” − obiecywałam sobie. Wszystko, co powtarzalne, przewidywalne, co nie budzi lęku, nie wywołuje charakterystycznego skurczu w brzuchu, wiązało się z nudą. Ale w moim życiu pojawiły się joga, medytacja i techniki oddechowe. Podstawowym założeniem tych praktyk jest zaś powtarzanie. Codziennie rano te same lub podobne asany i techniki oddechowe. W medytacji uwagę przenosi się na ten sam oddech, te same części ciała i ośrodki energetyczne w ciele. A jednak prawie za każdym razem te same, powtarzalne asany, pranajamy i medytacje są inne. Wyjątkowe w swej powtarzalności. Wywołują odmienne emocje i wrażenie w umyśle oraz ciele. Choć pozornie nic się nie dzieje, dzieje się wiele.

Tak samo, a jednak inaczej

Ja i Maciek też mamy wrażenie, że się powtarzamy. Piszemy o akceptacji siebie, o obserwowaniu, a nie wypieraniu emocji... Na warsztatach oczyszczających mówimy o tych samych mechanizmach i uwarunkowaniach. Opowiadamy o podobnych produktach. Często nawet powołujemy się na te same historie. I choć każdy nasz detoks, każda odnowa jest do siebie na tym najbardziej elementarnym poziomie podobna, to jednak okazuje się zupełnie inna. To prawda, że na warsztaty składają się podobne techniki i podobne oczyszczające jedzenie. Z grupą pracują najczęściej ci sami prowadzący. Zmieniają się jednak nasze smaki, doświadczenia i inspiracje, ale też (choćby nieznacznie) przyprawy, produkty i przepisy, z których korzystamy. A przede wszystkim zmieniają się uczestnicy. Ich doświadczenia, problemy, kompleksy, mocne i słabe strony. Wszystko to nadaje powtarzalności nowy wymiar.

Powtarzalna i stała jest nasza warsztatowa, oczyszczająca rutyna. Powstała po to, by detoks działał kompleksowo. Aby oddziaływał nie tylko na ciało, lecz również na umysł i emocje. Komponujemy go wielopoziomowo. Korzystamy z medycyny Wschodu i współczesnej dietetyki, z jogi, psychodietetyki i pranajam. Krok po kroku pomagamy uwolnić latami gromadzone w ciele złogi oraz toksyny mentalne. Nie wszystkie naraz. Tyle, na ile jesteśmy gotowi. Do granicy przyjemnego bólu.

Co zrobić, aby granica nie przesunęła się ku bólowi nieprzyjemnemu? Trzymać się powtarzalności. Nawet w trakcie najdelikatniejszego oczyszczania. Oczywiście najlepiej i najprościej przeprowadzać detoks podczas urlopu, lecz moje doświadczenie podpowiada, że 30 minut rano i 30 po południu na oczyszczające rytuały można wygospodarować także, chodząc do pracy.

Jak może wyglądać dzień na detoksie?

Między 6.30 a 7.00 − pobudka, a następnie 10−15-minutowy automasaż podgrzanym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (jesienią i zimą oraz wczesną wiosną) lub kokosowym (w ciepłe, letnie dni) albo ich mieszanką (w trakcie okresów przejściowych z umiarkowaną temperaturą). Masuj całe ciało od czubka głowy aż po stopy. Wykonuj ruchy podłużne na rękach czy nogach, a okrężne na brzuchu i w okolicach stawów. Po masażu obmyj wodą całe ciało pod prysznicem. W ten sposób pozbędziesz się toksyn.

Między 7.00 a 7.30 − rozciągnij ciało. Wykonaj kilka delikatnych asan jogi, np. wolnych powitań słońca lub innych ćwiczeń rozciągających. Wystarczy nawet 10−15 minut. Rozbudzisz się i pobudzisz obieg energii w całym ciele. Następnie możesz zrobić prostą technikę oddechową, np. oddychanie naprzemienne, a po nim krótką medytację. Najłatwiejszą metodą na sprowadzenie umysłu do chwili obecnej i zwiększenie uważności jest przenoszenie uwagi na oddech.

Nadi Shodhan Pranayama, czyli oddychanie naprzemienne, to jedna z najbardziej znanych technik oddechowych wywodzących się z jogi. Równoważy ona m.in. pracę prawej i lewej półkuli mózgu. Trzeba usiąść w siadzie skrzyżnym, lotosie lub na krześle, z wyprostowanym kręgosłupem i zamknąć oczy. Lewą dłoń położyć na lewym kolanie. Jej wnętrze powinno być odwrócone do sufitu. Kciuk i palec wskazujący dotykają się. Pozostałe trzy palce powinny być wyprostowane. Palec wskazujący i środkowy prawej dłoni należy położyć w okolicy tzw. trzeciego oka (między brwiami). Kciukiem zasłaniamy prawą dziurkę nosa. Robimy wydech, a następnie głęboki, powolny wdech. Teraz serdecznym palcem zasłaniamy lewą dziurkę, a prawą odsłaniamy. Robimy wydech, a następnie głęboki wdech. Czynność powtarzamy przez 9 pełnych cykli.

3 posiłki − w książce „Jak oczyścić swój organizm, czyli detoksy dla zdrowia i urody” pisaliśmy, że ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia jest szczególnie ważne w trakcie oczyszczania. I tak, śniadanie powinniśmy jeść między 7.00 a 9.00. Obiad w godzinach południowych (od 12.00 do 14.00). Kolację w opcji idealnej powinniśmy zjeść przed zachodem słońca. Możemy jednak przyjąć, że optymalna pora będzie między godziną 17.00 a 19.00 i najpóźniej 3 godziny przed położeniem się spać.

Między 18.00 a 21.00 − wieczorna relaksacja lub medytacja. Nieważne, czy pracujesz, czy oczyszczasz się w domku za miastem. Twoje ciało i umysł w trakcie detoksu potrzebują spokoju i odpoczynku. Poza snem (śpij, kiedy tylko możesz i poczujesz ochotę) warto ich dostarczyć również za pomocą medytacji. Po powrocie z pracy lub przed kolacją usiądź i „wyczyść” głowę ze zbędnych myśli. Możesz tak jak przed śniadaniem zrobić w pierwszej kolejności oddychanie naprzemienne, a następnie zamknąć oczy i przenieść uwagę na oddech.

  1. Styl Życia

W czym pomaga nam medytacja? Co zmienia?

Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów... (fot. iStock)
Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów... (fot. iStock)
Dzięki niej nie staniesz się wyższy ani przystojniejszy – twierdzi dziennikarz Dan Harris. I jak zaznacza autorka tego tekstu - ta ścieżka bywa wyboista. A jednak – przekonują – medytacja to potężne narzędzie, które pozwala być spokojniejszym, szczęśliwszym i bardziej odpornym na kryzysy.

Dzięki niej nie staniesz się wyższy ani przystojniejszy – twierdzi dziennikarz Dan Harris. I jak zaznacza autorka tego tekstu - ta ścieżka bywa wyboista. A jednak – przekonują – medytacja to potężne narzędzie, które pozwala być spokojniejszym, szczęśliwszym i bardziej odpornym na kryzysy.

W wieku 28 lat narodziłam się na nowo. Choć brzmi to pompatycznie i mało wiarygodnie, dokładnie tak czuję. Właściwie nie było to jedno, spektakularne wydarzenie, tylko ciąg wielu małych następujących po sobie „przebudzeń”. „Słyszałaś o technikach oddechowych i medytacji? Odmieniły moje życie! Pomogły mi spojrzeć na wszystko z dystansu” – mówiła w trakcie wywiadu pewna młoda aktorka. Zabrzmiała na tyle wiarygodnie, że choć niepewnie i trochę wbrew sobie, postanowiłam pójść na warsztat medytacji, a później napisać o nim tekst. Nie wszystko w jego trakcie mnie przekonało, umysł opierał się i podpowiadał ucieczkę. Z trudem wytrzymałam 6 dni bez alkoholu i papierosów, które na tamtym etapie były stałym elementem mojego życia – ale udało się. Na kilka chwil – nie wiem, czy długich, czy całkowicie krótkich – udało mi się wyciszyć wszystkie głosy w głowie. Dotknęłam czegoś nienamacalnego, ulotnego i trudnego do opisania. Poczułam szczęście płynące z samego środka, niezwiązane z żadną konkretną rzeczą czy osobą, nienarwane, wypełniające radością i spokojem. Coś się we mnie zmieniło. Kilka miesięcy później wyjechałam do Indii.

Sztuka nicnierobienia

Medytacja to sztuka nicnierobienia” – usłyszałam w aśramie Fundacji Art of Living w Indiach. To do dziś najbardziej precyzyjna definicja, z jaką się spotkałam. Nierobienie niczego w pierwszych dniach pobytu było tak przytłaczające, że miałam ochotę krzyczeć i uciekać. Dni wypełniały długie medytacje i cisza, znów medytacje i znów cisza. Tylko że w owej ciszy dużo głośniej słyszałam wszystko, co wcześniej zagłuszałam alkoholem, narkotykami i burzliwymi relacjami. Nagle bez tych zagłuszaczy wypierane emocje wylały się na moją „wyciszoną głowę” niczym wiadro pomyj. Kiedy miałam wrażenie, że mnie zaleją, medytacja pomogła mi nabrać dystansu. Spojrzeć na lęki, stres i frustracje z zupełnie innej perspektywy, skonfrontować się z nimi i dotrzeć do samego środka.

Yogi Bhajan, twórca jogi kundalini, powiedział, że medytacja jest jak sprzątanie domu. Robiłam więc gruntowne porządki. Na początku wcale nie lubiłam medytować. Zamykałam oczy i z wyjątkiem kilku magicznych momentów nie byłam w stanie uwolnić głowy z myśli. Szybko zobaczyłam, że im mocniej z nimi walczę, im bardziej chcę się ich pozbyć, tym silniej wracają. „Pozwól im płynąć jak chmurom przepływającym po niebie” – mówił głos prowadzącego. Denerwował mnie, chciałam go zagłuszyć. W końcu posłuchałam i wtedy z każdym kolejnym wdechem i wydechem odczuwałam coraz mniej złości, a umysł produkował o wiele mniej myśli. Po 3 tygodniach wróciłam do Polski. Miałam wrażenie, że unoszę się nad powierzchnią. Choć szybko wróciłam na ziemię, wydarzył się kolejny mały wielki cud. Po latach zmagań wygrałam z nałogiem. Gdzieś między kolejnymi medytacjami, asanami i oddechami przestałam mieć ochotę się niszczyć.

Szczęśliwsza o…

Zasadniczo jestem pogodnym facetem. Zdarzają się jednak chwile, kiedy moja wewnętrzna rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. W książce przywołuję przede wszystkim takie właśnie trudne sytuacje. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy pozwoliłem, aby głos w mojej głowie się rozszalał…” – zatrzymałam się na wstępie książki „Szczęśliwszy o 10%” Dana Harrisa (wyd. Samo Sedno). Poczułam, że autor i ja mamy – a właściwie mieliśmy – ze sobą wiele wspólnego. Oboje poznaliśmy, na czym polega perfekcjonizm, balansowanie na skrajnościach, niechęć do nudy, zamiłowanie do pisania, do rywalizacji i w końcu do narkotyków (w szczególności do euforycznej kokainy). To dzięki niej – tak jak Dan – przeżyłam kilka najszczęśliwszych i jednocześnie najbardziej upodlających momentów w życiu. Tak jak Dan doświadczałam następnie powolnego spadania, zamartwiania się, poczucia winy, okresowych stanów depresji, a nawet ataków paniki. Też przez wiele lat zmagałam się z „rozszalałym głosem w głowie”. Podobnie jak on w krytycznym momencie życia trafiłam na medytację. Czy dzięki niej jestem szczęśliwsza o tytułowe 10%? Nie wiem. Wiem natomiast, że zdecydowanie rzadziej miewam napady depresji. Z drugiej strony praktycznie już nie odczuwam euforii. Kiedyś tęskniłabym za tym intensywnym, roztrzęsionym stanem – dziś preferuję nudę i bezmyślność. Rzadziej się złoszczę. Choć nie! Złoszczę się nadal, ale łatwiej jest mi złości nie ulegać, nie stawać się nią. A gdy jednak tak się zdarzy, nie zanurzam się już na całe godziny, a nawet dni w poczuciu winy.

Jestem pewniejsza siebie, a mniej zadufana w sobie. Łatwiej się koncentruję. Praktycznie przestałam korzystać z kalendarza. Mniej pracuję, ale jestem bardziej wydajna. Nauczyłam się działać intuicyjnie. Siadam nad białą kartką papieru, zamykam oczy, przenoszę uwagę do wewnątrz. Głowa opada mi swobodnie, opróżnia się z myśli. Wówczas pojawiają się najlepsze pomysły, czasem mam wrażenie, że przychodzą znikąd. Przenoszenie uwagi na oddech nauczyło mnie pokory. Trudniej jest mi teraz rywalizować i manipulować. Szczególnie ciężko przychodzi mi okłamywanie samej siebie i najbliższych. Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów, bo nie podkręcają już twojego poczucia wartości, a spełnianie pozornie nieosiągalnych marzeń i wspinanie się na kolejne trudne do zdobycia szczyty nie daje ci tyle frajdy co kiedyś. Ale – jak mawiają oświeceni mistrzowie – z jednej strony szczytu czai się smutek; po drugiej czeka pełnia. Ty siedzisz na płocie.

Najlepsza amortyzacja

Historia moja i historia Dana Harrisa są jednymi z wielu podobnych do siebie. Każdy z nas w pogoni za szczęściem i fasadowym poczuciem wartości sięgnął swojego dna. I właśnie tam poczuliśmy, że wszechświat wyciąga do nas rękę. Złapaliśmy się jej i z nadgorliwością neofity pragnęliśmy uratować cały świat, w efekcie znów za bardzo się nakręcając. W końcu zrozumieliśmy, że liczy się jedynie droga, która prowadzi do równowagi. Bywa wyboista, ale medytacja to najlepsza amortyzacja. „Oczywiście nie jest ona żadnym cudownym lekarstwem. Dzięki niej nie staniesz się wyższy ani przystojniejszy. Nie rozwiążesz też wszystkich twoich problemów. Odrzuć książki specjalistów od duchowości, którzy obiecują natychmiastowe oświecenie. Z mojego doświadczenia wynika, że dzięki medytacji człowiek staje się szczęśliwszy o 10%. Ta liczba nie jest oczywiście wynikiem jakichś skomplikowanych badań naukowych. Ale musisz przyznać, że to całkiem niezły zwrot z inwestycji” – pisze Harris.

Korzyści z medytacji – udowodnione naukowo

Badania nad skutecznością medytacji prowadzone są od lat 50. XX wieku. Czego dowodzą?
  1. W trakcie medytacji nasz mózg przełącza się na fale alfa (niskie) i fale theta (wysokie). Te pierwsze związane są z byciem „tu i teraz”, kreatywnością, odpoczynkiem i pełnym dostępem do obu półkul mózgu. Z kolei fale theta połączone są ze stanem głębokiej medytacji. Zwiększanie fal theta w trakcie medytacji pobudza intuicję, wpływa na poprawę kreatywności, wspomaganie procesów uczenia się i łagodzi stres. Dlatego osoby regularnie praktykujące medytację są zrelaksowane, ale jednocześnie dużo bardziej uważne.
  2. Jak twierdzi Karolina Zarychta, psycholożka zdrowia i psychoterapeutka z Centrum Badań Stosowanych nad Zachowaniami Zdrowotnymi i Zdrowiem w USWPS we Wrocławiu, medytacja jest skuteczna w obniżaniu poziomu stresu, lęku, poprawianiu nastroju oraz w leczeniu wielu zaburzeń, np. depresji, zaburzeń lękowych, zaburzeń odżywiania.
  3. Hinduscy badacze, Wanpen Turakitwanakan, Chantana Mekseepralard oraz Panaree Busarakumtragul, udowodnili, że medytacja skutecznie obniża poziom kortyzolu i zmniejsza ryzyko wystąpienia chorób będących skutkiem chronicznego stresu (zaburzenia psychiczne, wrzody żołądka i migreny). Według ekspertów powinna być stosowana jako uzupełnienie konwencjonalnej terapii.
  4. Odpowiednio dobrane techniki oddechowe i medytacja pomagają obniżyć ciśnienie krwi. Tym samym zmniejszają ryzyko wystąpienia chorób układu krążenia i są zalecane przez kardiologów.
  5. Badania neuroobrazowania pokazują, że osoby od lat medytujące mają więcej substancji szarej w hipokampie. Ta część tzw. układu limbicznego jest związana z pamięcią oraz reakcjami emocjonalnymi. Co ciekawe, zmiany można zobaczyć również w korze czołowej. U osób, które medytują, odnotowuje się zwiększenie gęstości neuronów w tym obszarze. Dodatkowo medytacja zmniejsza zagęszczenie komórek nerwowych w prawej części ciała migdałowatego. Dzięki temu łatwiej radzimy sobie z gniewem, strachem i smutkiem.

Karolina Szaciłło: dziennikarka, współautorka książek z dziedziny dietetyki. Z mężem Maciejem prowadzi warsztaty i bloga www.medytujemy.pl, łącząc medytację ze zdrowym odżywianiem.

  1. Styl Życia

Poranna i wieczorna praktyka medytacji

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Medytacja poranna

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl. Zazwyczaj przez kilka chwil po przebudzeniu się ciała nie doświadczamy żadnych myśli. W tym początkowym stanie przytomności Świadomość pozostaje pusta, bez zawartości. Myśli pojawiają się w jej obrębie dopiero po krótkim czasie. Spróbuj poprzedniego dnia wieczorem, kiedy kładziesz się spać, odświeżyć tę praktykę w pamięci, obiecać sobie, że przetestujesz ją od razu po przebudzeniu, czyli zwrócisz uwagę na Świadomość. Możliwe, że nie od razu uda ci się uchwycić ten moment przed nadpłynięciem pierwszej myśli. Nie poddawaj się jednak. Nadal próbuj, nadal patrz. Zauważ, że najpierw budzi się ciało, potem dostrzegasz pojawiające się myśli. Na ogół wraz z ich narastającą częstotliwością zaczynasz również odczuwać subtelny lub silny ucisk w ciele albo nawet pewnego rodzaju lęk. Zwróć jednak uwagę na kolejność tego, co następuje. Najpierw nie ma nic, potem wyłaniają się myśli, a wraz z ich wzmożeniem zaczynają się pojawiać emocje czy odczucia z ciała.

Dostrzeżenie tej dynamiki może ci sporo wyjaśnić: myśli nabierają wielkiej siły, kiedy podąża za nimi uwaga. Ten sam mechanizm towarzyszy nam w ciągu dnia, zaobserwowanie go staje się jednak trudne ze względu na pobudzenie umysłu. Dlatego właśnie warto przyjrzeć się temu procesowi wówczas, gdy umysł powoli zaczyna się ożywiać po okresie nocnego wyciszenia. Zatem powtórzmy.

Uchwycić rano po przebudzeniu ten moment, w którym, choć nie ma jeszcze myśli, nie ma jeszcze świata, to jednak coś jest. Wychwycenie tego może okazać się dla ciebie bardzo doniosłym odkryciem. Wykonuj to ćwiczenie tak długo, aż uda ci się za którymś razem intuicyjnie dostrzec czystą Świadomość, bez myśli. Pozostań w łóżku dopóty, dopóki nie zdystansujesz się od myśli i od tego wszystkiego, co pojawia się wraz z nimi. Innymi słowy, przekieruj Świadomość na Świadomość. Dopiero kiedy otworzysz się na tę perspektywę, poczujesz się z nią swobodnie, będzie to znak, że czas zacząć nowy dzień.

Medytacja wieczorna

Analogicznie kontempluj wieczorem, tuż przed zaśnięciem. Zauważ, kiedy kładziesz się do łózka, w jaki sposób ciało i umysł zapadają w niebyt. Zwróć na to uwagę. Jak najpierw rozluźnia się ciało, jak umysł powoli zaczyna się wyłączać. Nie kontroluj niczego, nie próbuj niczego zmieniać. Towarzysz świadomie procesowi zasypiania ciała i umysłu. Może uda ci się również zauważyć samą Świadomość - bez zawartości, bez wrażeń. Połóż się spać z intencją, by zapamiętać sen, by być we śnie w świadomy sposób. Spędź z tą intencją parę minut wieczorem przed zaśnięciem. W tym wypadku interesuje nas nie tyle samo senne marzenie, ile fakt, że Świadomość jest obecna również we śnie. Praktykuj w ten sposób wieczorem i z rana przez najbliższy tydzień.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się - z inspiracji swojego mistrza Mooji'ego - rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości. 

  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Styl Życia

Medytacja - lek dla ciała i umysłu

Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Ukoi przeciążone od stresu ciało, wyciszy niespokojny umysł, pomoże w rozwoju duchowym - dobroczynne skutki medytacji potwierdzono w wielu badaniach (fot. iStock)
Z badań wynika, że w przypadku wielu chorób regularna praktyka medytacyjna sprawdziła się jako metoda wspierająca konwencjonalną terapię medyczną. Nieoceniona jest też profilaktyczna rola medytacji w życiu wszystkich zestresowanych.

Artykuł archiwalny 

Medytacja często jest postrzegana jako tajemna praktyka dostępna tylko dla wschodnich myślicieli, buddystów. Praktykowana przez Europejczyków potrafi budzić zadziwienie i sprzeciw. Chciałabym rozwiać te niepokoje i przedstawić wiele niezwykłych korzyści płynących z medytacji.

Na początek definicja. Medytacja, z łac. meditatio, oznacza rozmyślanie, zagłębianie się w myślach. Nie sposób wszystkie techniki medytacyjne wrzucić do jednego worka. Potrafią się różnić od siebie diametralnie, zarówno w technice, jak i w samym celu. Medytację zalecają religie Wschodu: buddyzm, zen, taoizm, hinduizm; modlitwa kontemplacyjna jest jej przykładem w praktyce chrześcijańskiej. Medytacja jest także obecna w psychoterapii i procesach samodoskonalenia się pozbawionych elementów religijnych. Warto wymienić kilka metod medytacyjnych.

W wielu przypadkach medytacja polega na powtarzaniu w kółko jakiegoś dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam.

Vipassana polega na uświadamianiu sobie własnych naturalnych reakcji w ciele na wszystkie zewnętrzne bodźce oraz na koncentracji na oddechu. Zen skupia się na liczeniu oddechów. W buddyzmie tybetańskim to proces tworzenia i niszczenia mandali. Medytacja transcendentalna to powtarzanie mantr, czyli formuł. Są mantry uniwersalne wypowiadane w sanskrycie, za odmianę mantry można także jednak uznać modlitwę różańcową do Matki Boskiej. Jest też medytacja tonglen polegająca na wizualizacji cierpienia – swojego lub czyjegoś, „wdychaniu” tego cierpienia, przetwarzaniu na poziomie serca w stan ukojenia i wydychaniu go w postaci promiennego światła. Wyróżnia się także medytację w ruchu: ćwiczenia tai-chi i qigong, a także tańce transowe.

Po co się medytuje? By osiągnąć oświecenie, pełną kontrolę nad duszą i ciałem, pozbyć się lęku przed śmiercią, a także by poprawić swoje zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne.

Więcej niż relaksacja

Podczas medytacji ciało odpoczywa, a stan głębokiej relaksacji działa uzdrawiająco na cały organizm. W zapisie badania EEG medytującej osoby pojawiają się fale alfa wskazujące na stan najwyższego odprężenia i dobrego samopoczucia. Medytacja może wzmacniać odporność organizmu i przywracać równowagę w autonomicznym układzie nerwowym (unerwiającym narządy wewnętrzne) – między układem sympatycznym, pobudzającym, np. przyspieszającym oddychanie, i parasympatycznym, hamującym, spowalniającym oddychanie. Powoduje rozluźnienie mięśni, często trwalsze niż w trakcie ćwiczeń relaksacyjnych. Co ważne, dzięki medytacji wydolność i aktywność układu nerwowego wzrastają, a nie obniżają się, jak w przypadku innych technik relaksacyjnych.

Już od lat 70. nauka bardzo interesuje się wpływem medytacji na organizm. Badania wykazały, że jest to z jednej strony metoda profilaktyczna, zapobiegająca różnym chorobom, wywołanym przede wszystkim permanentnym stresem, a z drugiej – metoda uzdrawiająca i wspierająca leczenie farmakologiczne, szczególnie w przypadku chorób przewlekłych.

Osoby praktykujące medytację są mniej nerwowe, mniej agresywne, mniej podatne na depresję, za to szczęśliwsze i zdrowsze od tych, które nie medytują. Medytacja to sposób na radzenie sobie ze stresem, a więc jednocześnie na zapobieganie niechcianym następstwom stresu, takim jak nadciśnienie, atak serca, udar, zwiększona podatność na alergie czy rozwój nowotworów. Dlaczego tak się dzieje? Stres powoduje przyspieszone oddychanie, wzrost ciśnienia krwi, napięcia mięśniowego, przyspieszenie akcji serca. Przez ciągłe napięcie wyczerpują nam się naturalne zapasy energii i spada odporność. Regularne codzienne medytowanie po 20 minutach przynosi ulgę i zmniejsza objawy u osób przewlekle chorych m.in. na astmę, cukrzycę, nadciśnienie, migreny. Tam, gdzie lekarze zalecają spokój, opanowanie, zdrowy tryb życia, bo już same leki nie pomagają, z pomocą przychodzi właśnie medytacja.

Wyciszenie umysłu

Dr Dean Ornish (ur. 1953 r.), amerykański lekarz i uczony z Uniwersytetu w San Francisco, a także założyciel Preventive Medicine Research Institute w Sausalito, od lat stosuje terapię łączącą medytację i specjalną dietę niskotłuszczową u pacjentów cierpiących na chorobę wieńcową i nowotwory prostaty.

Zaleca też medytację jako doskonałą terapię na nadciśnienie i obniżanie poziomu cholesterolu.

W jednym z wywiadów szczegółowo opisuje działanie regularnej medytacji: „Medytacja to potężne narzędzie redukujące stres, ale też dużo więcej. To praktyka i proces koncentrowania się na własnej świadomości. W wielu przypadkach medytacja polega na ciągłym powtarzaniu dźwięku, zdania, wersetu modlitwy. (…) Pewne dźwięki działają wyjątkowo kojąco i brzmią podobnie w wielu kulturach. Są to szalom, om, amen, salaam. Jeśli czujesz się lepiej ze świecką medytacją, możesz powtarzać słowo one [ang. jeden]. Rodzice, usypiając czy uspokajając dziecko, często intuicyjnie nucą mruczanki typu aaaa, yhmmmm. Zazwyczaj dźwięki zaczynają się od o lub a, a kończą na m lub n. Na przykład »ommmmmmmmmmmmm«, »amennnnnnnnnnnn« czy »szalommmmmmmm« czy »onnnnnnnnnne«.

Weź wdech i na wydechu wypowiedz swój dźwięk w przeciągły sposób, następnie znów weź wdech i powtarzaj. Możesz powtarzać dźwięk głośno bądź w myśli, choć wielu osobom łatwiej jest się skoncentrować, kiedy powtarzają na głos. Kiedy skupiasz się na swoim umyśle, zaczyna się dziać wiele dobrych rzeczy. Po pierwsze, łatwiej ci się skoncentrować, tak więc cokolwiek robisz, robisz to lepiej. Po drugie, na poziomie zmysłów, kiedy podchodzisz do czegoś z uwagą, czerpiesz z tego więcej korzyści. (…) Twój umysł zaczyna się wyciszać i zaczynasz doświadczać coraz większego wewnętrznego spokoju, radości i dobrego samopoczucia. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że to nasz naturalny stan, trwający, dopóki sami go nie popsujemy, co jest bardzo wzmacniającą świadomością. Bo kiedy czujemy się zestresowani, przestajemy oskarżać o to innych, tylko skupiamy się na tym, co możemy z tym stresem zrobić sami”.

 
Przeprowadzono badania grupy osób, które zdecydowały się na zmianę stylu życia według wskazówek doktora Ornisha (regularna medytacja, niskotłuszczowa dieta i udział w zajęciach grupy wsparcia). Po roku okazało się, że zmiany miażdżycowe częściowo się u nich cofnęły, a po pięciu latach ta korzystna tendencja była jeszcze wyraźniejsza.

Zamiast leków nasennych

Jednym z pionierów w dziedzinie psychosomatyki – łączenia umysłu i ciała w jeden system – jest Herbert Benson (ur. 1935), amerykański kardiolog, założyciel Mind/Body Medical Institute pod Bostonem i profesor związany z Harvard Medical School. W swoich badaniach, rozpoczętych 35 lat temu, koncentruje się na szkodliwym wpływie stresu na zdrowie i metodach przeciwdziałania mu. Medytację uznał za jeden ze skuteczniejszych sposobów na ograniczenie negatywnych skutków stresu.

Medytacja jako sposób radzenia sobie ze stresem jednocześnie pomaga zapobiegać nadciśnieniu, atakom serca, udarom, zwiększonej podatności na alergie czy rozwojowi nowotworów.

Benson zauważył, że w czasie wizyt kontrolnych jego pacjenci zawsze mają podwyższone ciśnienie krwi. Wysunął hipotezę, że powoduje to stres związany z wizytą u lekarza. Powrócił na uczelnię – Harvard Medical School – by rozpocząć swoje wieloletnie badania. W czasie studiów spotkał młode osoby praktykujące medytację transcendentalną, które poprosiły go o przeanalizowanie ich poziomu ciśnienia.

Tak więc Benson wraz kolegą Robertem Keithem Wallace’em przeprowadzili badania w dwóch fazach: najpierw gdy ochotnicy po prostu spokojnie siedzieli przez 20 minut, a potem w trakcie ich 20-minutowej medytacji. Wyniki okazały się zaskakujące. W czasie medytacji (w przeciwieństwie do fazy siedzenia) u badanych zaobserwowano obniżony metabolizm, wolniejsze tempo oddechu i bicia serca, a także wolniejszy przepływ fal mózgowych. Benson określił to jako reakcję organizmu na relaksację, przeciwstawiając ten stan reakcji na stres. Na podstawie badań doszedł do wniosku, że aby organizm osiągał reakcję na relaksację, można stosować różne rodzaje medytacji, w zależności od potrzeb pacjenta. Powinny zostać jednak spełnione dwa warunki: powtarzanie jakiegoś dźwięku, słowa, frazy z modlitwy lub ruchu oraz koncentracja na tym powtórzeniu, czyli odłożenie na bok wszelkich przeszkadzających myśli.

Wieloletnie badania wykazały, że od 60 do 90 proc. wizyt u lekarza jest spowodowane dolegliwościami lub chorobami pacjenta wywołanymi przez stres. Program leczenia Bensona obejmuje techniki medytacji, odpowiednią dietę, ćwiczenia fizyczne i grupę wsparcia pomagającą przeformułować negatywne myślenie w pozytywne. Efekty terapii zostały odnotowane.

75 proc. pacjentów cierpiących na bezsenność dzięki medytacji zostało całkowicie uleczonych i mogło odstawić bezpowrotnie leki nasenne, 36 proc. kobiet cierpiących na nieuzasadnioną medycznie bezpłodność zaszło w ciążę w ciągu sześciu miesięcy od zakończenia programu. U pacjentów z nadciśnieniem ciśnienie krwi zdecydowanie się obniżyło. U wielu kobiet ustąpiły napięcia przedmiesiączkowe i dokuczliwe objawy menopauzy.

Druga strona medalu

Medytacje są bezpieczne. Przestrzega się jednak, że regularne praktykowanie medytacji może wzmocnić działanie niektórych leków, zwłaszcza przeciwlękowych i obniżających ciśnienie krwi. Konieczna w takich przypadkach jest konsultacja z lekarzem prowadzącym. Medytacja może być niebezpieczna dla osób ciężko chorych psychicznie. Istnieje teoria, że podczas medytacji może pogarszać się stan osób cierpiących na schizofrenię, odradza się ją również chorym na cyklofrenię.

Konsultacja: lekarz med. Tomasz Nocuń