1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sprzeczki dobre dla związku? Zamiast unikać konfliktów, lepiej nauczmy się kłócić

Sprzeczki dobre dla związku? Zamiast unikać konfliktów, lepiej nauczmy się kłócić

Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Tam, gdzie nie ma tarcia i emocji, jest fałsz i powierzchowność – twierdzi psycholog Maria Rotkiel. Dlatego zamiast unikać konfliktów i spięć w związku, lepiej nauczmy się kłócić.

Mówi się, że wspólne mieszkanie to prawdziwy test dla związku. A może najważniejszym testem jest jednak pierwsza kłótnia? Pokazuje to, co nam się w sobie nie podoba, ale też to, czy umiemy o tym rozmawiać.
Na pewno ważny jest sam temat, który wywołuje pierwszą sprzeczkę. Tym bardziej jeśli powraca w następnych – to znaczy, że jest to punkt newralgiczny. Matka partnera, która wiecznie jest w pobliżu, pieniądze, a może była dziewczyna? Kłótnia pokazuje też naszą sferę wrażliwości i nasze granice, co nam się w sobie nie podoba i na ile to „nie podoba” znaczy „denerwuje”, a na ile „wkurza”. Na przykład przeszkadza mi to, że on odbiera po raz kolejny telefon podczas naszej randki, ale już wkurza, że odbiera mój telefon, kiedy nie ma mnie w pobliżu. Równie ważne, a może nawet ważniejsze jest to, w jaki sposób się kłócimy.

A nie jak często?
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. Coś, co jest dla nas trudne, coś, co musimy przenegocjować, coś, co powoduje emocje – to wszystko wychodzi w takich momentach spięcia. Po prostu nie wierzę w zgrane pary, które się nie sprzeczają.

Może kłócą się w sposób wyważony. Na zasadzie: „Kochanie, nie rób tak, bardzo mi to przeszkadza”. „Kochanie, nie wiedziałem, przepraszam, nie będę”.
Kiedy czytam wywiady z parami, którym nigdy nie puszczają nerwy, i tylko sobie z dzióbków spijają, to od razu wiem, że jest między nimi źle. Natomiast ludzie kłócą się na milion sposobów i sprzeczka, w której jest agresja, ranienie drugiej osoby, mówienie: „Czy ty jesteś jakimś debilem?” – to sygnał, że w parze dzieje się źle. Bo można poruszyć nawet najtrudniejszy temat, ale w odpowiedni sposób. Sztuka kłócenia się jest jedną z ważniejszych i pożyteczniejszych. To umiejętność odróżnienia komunikatu: „Naprawdę irytuje mnie to zachowanie” od: „Wkurzasz mnie” – raniącego, oceniającego i nieprawdziwego, bo przecież on mnie nie wkurza, ja go kocham, natomiast niektóre jego zachowania są dla mnie trudne. Psychologowie często mówią o tym, żeby postarać się skupić podczas kłótni na komunikatach „ja”, czyli konstruować wypowiedzi na zasadzie: „Kiedy tak robisz, to czuję…”, żeby nazywać uczucia i mówić o zachowaniu, a nie o osobie – wiem, że dla niektórych to brzmi sztucznie i śmiesznie, ale to pozwala doprowadzić nas do jakichś wniosków, znaleźć wzajemne porozumienie, zamiast zgliszczy. Bo możemy ująć sprawę tak: „Chyba jesteś jakiś nienormalny, tyle razy ci powtarzałam, że mnie to denerwuje, a ty znów to robisz, mam cię dosyć!”. Albo tak: „To zachowanie jest dla mnie bardzo trudne, prosiłam cię, żebyś tak nie robił”. I mamy dwa inne światy. Oczywiście, to nie znaczy, że masz to wszystko wyrazić spokojnym, stonowanym głosem. Nie, możesz to powiedzieć w emocjach, podnieść głos, a mimo to nie zranić drugiej osoby, nie deprecjonować wartości partnera ani waszej relacji.

Chodzi o przekazanie informacji: to mnie denerwuje, to przekracza moje granice i czuję się wtedy tak…?
Kiedy mówimy o swoich emocjach, nikogo w ten sposób nie obrażamy, co innego, gdy zaczynamy przypisywać uczucia lub ich brak partnerowi. Słowa się materializują, zostają na długo, czasem na zawsze. Nie da się ich wymazać gumką z notatnika wspólnego życia. Trzeba mieć świadomość, że jeżeli kogoś obrazimy, to mimo że nawet za chwilę będziemy tego żałowali, i tak konsekwencje raz „palniętej” głupoty możemy ponosić bardzo długo. Niestety, ponieważ ludzie uczą się siebie nawzajem, to w miarę trwania związku poznają coraz lepiej swoje słabości i drażliwe obszary. Odkrywają swoją piętę Achillesa albo nawet „pięty”: to może być trudna relacja z mamą, niezrealizowane ambicje zawodowe, nadmierna tusza czy inne kompleksy. I w kłótni, pod wpływem zranienia i wysokiej temperatury emocji, zdarza się im potem wykorzystać tę wiedzę. Uderzyć w miękkie podbrzusze. Tak nie wolno się kłócić. Tu nawet nie chodzi o to, by nie być wulgarnym, tylko by nie być agresywnym. Obrażanie, wyśmiewanie, zaniżanie czyjejś samooceny, ranienie słowami to też agresja. Życie z drugą osobą uczy wielu rzeczy, w tym tego, że z frustracją trzeba sobie radzić. Bo choć strasznie wkurza mnie jego zachowanie, to nie usprawiedliwia ono na przykład takich słów: „Jak znajdziesz sobie wreszcie pracę, która da ci więcej satysfakcji, to może przestaniesz leczyć swoje kompleksy, wyżywając się na mnie”.

Mocne.
To typowo kobieca kwestia. Mężczyźni za to są specjalistami od: „Jesteś taka sama jak twoja matka”, mimo że wiedzą (a może właśnie dlatego), iż partnerkę bardzo boli ta relacja. Tak nie wolno robić. Uczmy się mądrze kłócić. I miejmy przyzwolenie na to, że kłótnie będą się zdarzały, i o duperele, i o ważniejsze rzeczy. Przyglądajmy się tematom, o które się kłócimy, i temu, jak się kłócimy. Bo to właśnie po bolesnych kłótniach ludzie najczęściej trafiają do terapeuty. Słyszę często: „Wie pani, ja mu tego nie mogę wybaczyć. Jak on mógł powiedzieć coś takiego?!”. Naprawdę, trzy razy zastanówmy się, zanim powiemy coś w złości. Bo ludzie ranią się głównie przez nieumiejętność mówienia pewnych rzeczy i niezadanie sobie trudu, by ująć coś tak, by nie zranić, a zmobilizować do zmiany. Ucząc się kłótni, czyli mówienia trudnych rzeczy w prosty i delikatny sposób, uczymy się też asertywności.

A nie sądzisz, że czasem niepotrzebnie mówimy pewne rzeczy, nawet jeśli mamy rację? Może zamiast zastanawiać się, jak to inaczej powiedzieć, darujmy sobie nasze oceny i mądrości?
Na pewno darujmy sobie komentarze raniące i dotykające sfery, na którą druga osoba nie ma wpływu. Nie mówmy: „Twoja matka na niczym się nie zna”, jeśli matka jest dla naszego partnera bardzo ważną osobą. Bo co on może zrobić z naszą informacją? Nie mówmy też: „Zazdroszczę mojej przyjaciółce, że jej mąż więcej zarabia”. Chcesz zmobilizować go do szukania lepszej pracy – powiedz, że w niego wierzysz.

Niektóre pary w kłótni wypominają sobie pochodzenie, wykształcenie, rodziców… Rzeczy od nas niezależne.
I jeśli to się często powtarza, może stać się przyczyną rozstania. Naprawdę. Ludzie odchodzą od siebie najczęściej wtedy, kiedy kończy się ich tolerancja na zranienie. Można być raz zranionym, dwa razy, trzy, ale kropla drąży skałę. Dlatego nie ma się co dziwić, że niektórzy rozstają się nie z powodu zdrady czy wielkiego przewinienia, tylko tego, że on po raz enty obraził ją w większym towarzystwie czy znów wypomniał coś sprzed lat. Bo czara goryczy się przepełniła.

A czy nauka kłótni obejmuje też naukę godzenia się? Ja na przykład nauczyłam się o sobie tego, że w momencie, gdy napięcie sięga zenitu, muszę wyjść na kilka minut, by się uspokoić. Dopiero potem mogę wrócić do rozmowy i dojść do porozumienia.
Kłótnia to otwarcie tematu i trzeba go umieć też zamknąć. Ty nauczyłaś się o sobie bardzo istotnej wiedzy i umiesz ją teraz wykorzystać. Wiele osób tego nie robi, nie wycofuje się w momencie, kiedy czuje, że już nad sobą nie panuje, a potem, kiedy kurz bitewny opadnie, nie wraca do tematu i zamiata wszystko pod dywan. Czasami wystarczy jedno zdanie: „Nie dogadamy się w tym temacie, trudno, niech tak zostanie”. Albo: „OK, tym razem wybierzmy rozwiązanie, za którym ty optujesz, ale umówmy się, że w innej kwestii zgodzisz się na moją propozycję”. Negocjujmy, uzgadniajmy: raz niech będzie po twojemu, raz po mojemu, a może w ogóle z tego zrezygnujmy. Zamknięciem sprawy może być też: „Słuchaj, nie rozmawiajmy już o tym, to nie ma sensu”, kiedy kłótnia dotyczy np. poglądów politycznych. Musimy umieć zamykać sprawy i mieć w sobie zgodę na różnice, jakie są między nami. Poznając materię kłótni, poznajemy też swoje style kłócenia się. Jest na przykład styl „na mruka”, częściej spotykany u mężczyzn. Ona gada i gada, a on nic. To też kłótnia, tyle tylko, że oparta na biernej agresji, bo partner nie odpowiada na zadane pytania, nie wchodzi w interakcję, odgradza się murem. Jest styl „włoski”, charakterystyczny dla typów emocjonalnych. Najpierw jest dużo krzyku i nawet rzucania przedmiotami, ale emocje szybko opadają i „Włoszka” lub „Włoch” już nie pamiętają nawet, o co była kłótnia. Dlatego bardzo ważne jest, by poznać swoje style kłócenia się i umieć zwrócić uwagę na to, co może być dla mnie i dla partnera szczególnie trudne.

Niektóre osoby bardzo źle tolerują na przykład podniesiony głos. Jeśli podnosimy go momentalnie, wręcz niezauważalnie, starajmy się mówić spokojnie. Podaję to z własnego doświadczenia, bo my z partnerem kłócimy się bardzo śmiesznie. On jest introwertykiem, szybko zamyka się w sobie i wycofuje. Ja jestem bardzo emocjonalna, mówię szybko i głośno. I wiem, że to bywa dla niego trudne. Staram się nad tym panować i żeby się uspokoić, zaczynam mówić bardzo powoli i wyraźnie, co szybko doprowadza go do szału, a chwilę potem – także mnie samą. Ale to jest dobre, bo ja zaczynam się wtedy śmiać, a chwilę potem on też. Śmiech cudownie rozładowuje napięcie.

Bywa też tak, że ona po kłótni czuje się zrelaksowana, jakby zeszło z niej powietrze, ma ochotę objąć partnera. A tymczasem on jest emocjonalnym wrakiem, bo dużo go ta sprzeczka kosztowała, i musi godzinę po tym ochłonąć.
I niech ma ten czas na ochłonięcie. Miejmy szacunek dla odrębności drugiej osoby. A co do dobrego stylu samego kłócenia się: nie wyciągajmy rzeczy z przeszłości, kłóćmy się o jedną, konkretną i bieżącą sprawę, nie o całokształt. Nie przywołujmy też osób trzecich na zasadzie „Nie dziwię się, że twoja żona cię rzuciła”. Nam, kobietom, zdarza się to często. Jesteśmy mistrzyniami dziwnej dyscypliny, w której od niewstawionego talerza do zmywarki w tempie kosmicznym przechodzi się do zarzutu, że on nie rozmawia z ojcem już od roku. A to dlatego, że często myślimy na skróty i wszystko łączy się dla nas w jakiś większy kontekst. Często w tym rozumowaniu jest dużo racji, bo nasz partner rzeczywiście może nie mieć uważności na potrzeby drugiej osoby, o czym mówiła mu jego żona i ojciec, a teraz jego podejście uwidacznia się w stosunku do domowych obowiązków – ale jeśli do jednego worka wrzucimy jego eksżonę, ojca i niepozmywane talerze, może być to komunikat nie do ogarnięcia. O wiele lepiej będzie usiąść z partnerem i na spokojnie z nim to przegadać, wspomnieć o ojcu, o byłej żonie i dodać: „Zastanów się, czy ty tak nie masz w relacji, że ludzie cię o coś proszą, a ty nie słuchasz, co ich bardzo irytuje. Wiem, że nie robisz tego złośliwie, ja ci tylko mówię, jak to jest odbierane, że może wkurzać i być powodem wielu konfliktów”. I naprawdę nie trzeba być psychologiem, żeby tak rozmawiać. Ale być człowiekiem, czytać mądre książki i fajne gazety, uczyć się siebie i rozwijać.

W wielu związkach kłótnia staje się codziennym rytuałem, pretekstem do tego, by drugiej osobie „nawtykać”.
Ja powiedziałabym raczej, że jest wtedy pretekstem do rozładowania napięcia. Ale to bardzo zły sposób. Istnieje tyle innych metod i dróg, by odreagować, partner nie jest naszym workiem treningowym.

Jeden z psychologów mówił niedawno w wywiadzie, że nie martwią go pary, które się często i burzliwie kłócą, tylko te, które już tego nie robią.
Ja powiedziałabym, że martwią mnie pary, które nie przychodzą do mnie w emocjach, bo związki, w których jest chłód i obojętność, rokują najgorzej. Podsumowując, nie bójmy się emocji, także tych trudnych, ale kłóćmy się w sposób konstruktywny.

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek, w tym „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” i „Nas troje, czyli rodzinne nastroje”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Od zakochania do dojrzałego związku

W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
Podstawą dojrzałego związku są wspólne cele, bagatelizowane na początku różnice mogą stać się przeszkodą nie do pokonania - tłumaczy Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt.

W początkowej fazie znajomości zakochani najchętniej w ogóle nie rozstawaliby się. W pewnym momencie to „zakleszczenie” się kończy. Zakochanie to faktycznie wyjątkowy moment w związku. Można powiedzieć - niepowtarzalny, pod wieloma względami. Wszystko dzieje się po raz pierwszy: pierwsze spojrzenia, spotkania, dotyk,  potem: wyjawianie tajemnic, rozmowy o przeszłości, dzieciństwie, planach na przyszłość, pocałunki, intymne kontakty…  To budzi niesamowicie pozytywne uczucia. Ekscytacja i niemal euforia towarzyszą każdemu spotkaniu, oczekiwaniu na telefon, rozmowę, wiadomość. Po kilku tygodniach partnerzy spotykają się coraz częściej, spotkania trwają coraz dłużej i dochodzi do nich w bardzo różnorodnych sytuacjach. To już nie tylko randki w kinie i kolacje przy świecach, ale wspólne weekendy, wyjazdy we dwoje, poznawanie znajomych. Zakochani stają się coraz mniej zahamowani i bardziej skłonni do wzajemnego pochwalania się i ganienia. Stają się bardziej empatyczni, rozwijają swoje własne zwyczaje, systemy porozumiewania się, scenariusze wzajemnych kontaktów.  

Jak wykorzystać ten proces dla budowania dojrzałej relacji? Od początku ważna jest szczerość i uczciwość w związku, a także bycie w kontakcie z samym sobą, świadomość własnych uczuć tu i teraz. Dzielenie się zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi myślami i odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby jest podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu.

Na przykład? Kiedy osoba jest świadoma swoich własnych uczuć w danym momencie - warto pamiętać, że są to: złość, smutek, radość, strach - ma wolność wyboru i zachowania. Kiedy partner spóźnia się na kolację albo spotkanie może powiedzieć: „Jest mi przykro, kiedy nie przychodzisz punktualnie. Czuję się wtedy dla ciebie mało ważna. Możemy o tym porozmawiać?”. Albo: „Złości mnie, kiedy umawiasz się ze mną, a przychodzisz razem z koleżanką. Oczekuję, że będziesz to ze mną omawiała w przyszłości, dobrze?”.

Aby związek mógł przejść w kolejną fazę, potrzebne są wspólne cele. Nie muszą być identyczne. Jednocześnie wspólne planowanie, rozmowy na temat przyszłości mogą korzystnie wpłynąć na cementowanie relacji. Jeśli cele nie będą zsynchronizowane co do głównych założeń, takich jak na przykład posiadanie albo nie dziecka, miejsce zamieszkania, jeśli zbagatelizujemy te różnice na początku, to potem mogą się okazać przeszkodą w stworzeniu trwałego związku.

Kiedy związek zaczyna dojrzewać? Kiedy mija pierwsza faza związku (około 8-9 miesięcy), „partnerzy silniej odczuwają, że ich indywidualny interes jest nieodłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku.[...] Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jednostki) w relacjach z innymi ludźmi. [...]  Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwyższając w ten sposób jego ważność we własnej przestrzeni życiowej"*. To także czas, kiedy budujemy swoje granice w związku. Dlatego tak bardzo ważna jest świadomość własnych granic. Gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz się ty? Samo zadawanie sobie takiego pytania w związku, rozmowa o tym może zwiększyć naszą wiedzę i odczuwanie samych siebie.

Jak stawiać granice w związku, żeby nie zranić partnera? Drogowskazem w stawianiu granic powinny być nasze uczucia i znajomość własnych potrzeb. Warto szukać odpowiedzi na pytania: „ jak ja się czuję, kiedy mój partner proponuje to czy tamto albo zachowuje się w stosunku do mnie w taki albo inny sposób? ”, „czego potrzebuje, chcę, co tak naprawdę lubię?”.  Jeśli będziemy przekraczać siebie, nie wyjdzie nam to na dobre, a tym bardziej nie przysłuży się relacji. Wcześniej czy później „wyjdzie”, być może bocznymi drogami, w nieadekwatnej sytuacji, nasza złość czy zranienie.

Ale może się zdarzyć, że postawienie granicy będzie raniące dla partnera. Wtedy konieczna jest rozmowa, żeby zrozumieć, co kryje się za taką sytuacją. Być może nasze zachowanie przypomina mu jakieś niedokończone sytuacje z przeszłości i otwiera niezabliźnioną ranę. Może ma inny system wartości, wychowanie, wiarę, zasady i stąd mogą wynikać jego uczucia. Tego nie wiemy. To może oczywiście dotyczyć nas samych. Dlatego im bardziej jesteśmy świadomi siebie, tym łatwiej budować dobre relacje. Stawianie granic to wyraz troski i szacunku do siebie i do partnera. I pamiętajmy: asertywność to nie tylko umiejętność mówienia NIE, ale także mówienia TAK.

*cytaty pochodzą z: B. Wojcieszke „Psychologia miłości”

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

  1. Seks

Związek w wibracji 4 - inwestycja

Pewność, przewidywalność, formalność - na takich podstawach powstaje związek w wibracji 4. (fot. iStock)
Pewność, przewidywalność, formalność - na takich podstawach powstaje związek w wibracji 4. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Związek stabilny, formalny, trwały, oparty na tradycji. Bezpieczny. Ludzie, których urodzeniowe wibracje po dodaniu dają cztery, tworzą relacje odpowiedzialne. Romanse i flirty na boku w grę nie wchodzą, prędzej obrączki, małżeńskie akty i wspólne bankowe konta.

Wibracja "cztery" daje związkowi energię planety Saturn, czyli mamy do czynienia z powagą, ograniczeniami, pracą.

Cyfra parzysta to także zamknięcie. Taka para nie będzie prowadziła domu nadmiernie otwartego, w którym drzwi się nie zamykają. Imprezy towarzyskie raczej niezbyt często będą się odbywały, ale imieniny, święta, chrzciny - tak. Bo czwórka to idea rodzinności, stałości, powtarzalności, rytuału, niedzielnych rosołów, wakacji rezerwowanych rok wcześniej, albumów ze zdjęciami. Bez zapowiedzi z butelką wina nie ma co do takich znajomych wpadać. Uznają to za niepotrzebny wyskok, który zaburzy im czytanie bajek dzieciom, bajek, jak każdego dnia, o godzinie dziewiętnastej.

Wydatki tacy ludzie mają zaplanowane, pieniądze idą na praktyczne przedmioty. Żadnych fajerwerków, za to rutyna, harmonogram, zasady, przewidywalność. Bezpieczeństwo zarówno emocjonalne, jak i finansowe. Jest dom z ogródkiem, istotne są też pieniądze, bo cztery to ziemia i materia. Często jest to para zapracowana, która prowadzi firmę rodzinną, albo po prostu ciężko pracują dzień w dzień. Ważne jest dla nich dbanie o ogród, porządki w domu, samochodowe przeglądy, dodatkowe zajęcia dzieci. Wszystko działa w ramach schematu - wydarzenia mają swoje miejsce i swój czas. Na wyrażanie uczuć nie ma już przestrzeni, na sentymenty, gorące uniesienia, fanaberie też nie. Kiedy ludzie żyjący w tej wibracji mają dobry nastrój, idą na zakupy do jakiegoś dużego sklepu i nabywają porządny telewizor albo kanapę w niebrudzącym kolorze. Ich związek cementują dobra materialne, które służą wygodzie i prestiżowi.

Cztery naznacza perfekcjonizmem, dlatego starają się być idealną parą, z tradycyjnym podziałem ról kobiecych i męskich. Ludzie ci cenią sobie stałość, wręcz surowość, a nawet chłód. Dla nich liczy się przede wszystkim zaufanie, racjonalizm, stabilizacja, pieniądz. To związek inwestycja. Wibracja ta rzadko przynosi rozwody, bo ludzie ją tworzący są nastawieni na budowanie i utrwalanie, a nie na rozpad i zmiany.

  1. Seks

Sprośne słówka. Dlaczego warto świntuszyć – tłumaczy Kasia Miller

Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Język seksualny może być barwny i lekki. Zależy to tylko od braku naszych ograniczeń. (fot. iStock)
Mówienie o seksie jest niełatwe. Tym bardziej więc powinniśmy baraszkować słownie. W ten sposób bowiem oswajamy tę sferę, otwieramy się na seksualną energię. Dlaczego jeszcze warto świntuszyć? – tłumaczy Katarzyna Miller.

Przeczytam ci mój limeryk: Pewna figlarka z miasta Łodzi Udawała, że nie wie, o co chodzi Pewien pan jej powiedział Bowiem sporo już wiedział I teraz z tym panem chodzi.

Ale świntuszysz. Ładnie to tak?
A nieładnie? Układanie sprośnych limeryków to przecież świntuszenie najwyższych lotów. A ten jest delikatny. Mam mocniejsze. Jesteśmy pruderyjni i załgani. Nie uczymy młodzieży rozmawiania o seksie, a z drugiej strony wylewa się on z każdego filmu. I kiedy tylko bractwo się ze sobą spotka i nieco rozluźni, zaczyna się sprośne gadanie. Na imprezie, na konferencji, na babskich plotkach czy przy męskim piwie. Pod wpływem alkoholu – bo o to najłatwiej – albo zmęczenia, bo wtedy trochę odpuszcza kontrola. Albo, jak jest poważniejsza aura, zaczynają się zwierzenia. Ale to już wymaga dużego poczucia bezpieczeństwa i wzajemnego zaufania.

Zwykle ludzie boją się tak do końca otworzyć, więc przygadują nie wprost.
Na początek zawsze jest niekonkretnie i o innych. Żarty, zabawa, trochę sprośności. Tak, żeby się temperatura nieco podniosła. Nasza przyduszona zakazami seksualność tylko czeka, by ją wypuścić na wierzch. Cokolwiek by kultura robiła.

A że zwykle nie ośmielamy się posunąć za daleko, to sobie choć poopowiadamy sprośności?
To taki wentyl. Musimy bezpiecznie spuścić nieco napięcia, które się wiąże z tym trzymaniem i udawaniem. Więc niby z dystansem, niby to nie ja, można się pośmiać z innych, ale trochę tego zakazanego dreszczyku poczuć. Często na tym poprzestajemy. A czasami nie. Na przykład na imprezie znikamy z kimś w drugim pokoju.

Chcesz powiedzieć, że świntuszenie to też rodzaj gry wstępnej?
Może być też grą zamiast. Ale możemy się na tym nie zatrzymać. Bo takie gierki, nieprzyzwoite słówka, dwuznaczności sprawiają, że ludzie zaczynają inaczej się zachowywać. Zmienia się ich sposób mówienia, tembr głosu. Skóra się zaczerwienia, żywiej gestykulują. Może to być nieporadne, ale i prowokujące – to, jak się ciało rusza, kiedy mówimy o seksie. Oddech zaczyna być przyspieszony. To są objawy podniecenia.

Przy gadaniu o seksie?
Tak. Czemu pytasz? Nigdy nie gadałaś o seksie?

Do pewnego stopnia zawsze mnie to zawstydza.
Czyli do pewnego stopnia jesteś wciąż grzeczną dziewczynką? Myślę, że świntuszenie to jeden ze sposobów, by przestać wreszcie nią być. Bo tak długo, jak długo twoja głowa kontroluje te sprawy, czyli słuchasz swego wewnętrznego rodzica, który pilnuje zasad, twoje wewnętrzne dziecko się wstydzi. Nie chce słuchać albo nie mówi, a więc nie podnosi tego poziomu energii. W związku z tym ciało nie może tej energii poczuć.

Czyli rozmowy o seksie mogą być drogą do oswojenia się z seksem?
Też. Kiedy zaczynasz używać pewnych słów, oswajasz się z ich znaczeniem. Jeżeli np. boisz się pieniędzy, uważasz je za brudne, nie wiesz, jak je zarabiać. Dopóki tego nie zobaczysz, nie zaczniesz o tym mówić jasno i otwarcie, dopóki nie oswoisz się z myślą, że chcesz i możesz mieć pieniądze, dopóty one nie przyjdą. Tak samo z seksem. Jeśli się wstydzisz, niby słuchasz, ale nie odważasz się o tym mówić sama, a kiedy coś mocniejszego usłyszysz, to ojej, nie, no takie świństwa, oni są obrzydliwi, chamscy – to znaczy, że zamykasz sobie dostęp do tego poziomu energii. To jest właśnie kontrola. „Brzydkich słów nie mówię”. Zachęcam każdego, kto tak myśli, do zadania sobie pytania: Co by się stało, gdybym to jednak zrobił?

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz powiedziałam głośno słowo „kurwa”, wyzwoliło to we mnie olbrzymią energię. U mnie w domu to był szczyt wulgarności...
Przekroczyłaś ważny próg. Wielu kobietom przydałoby się podobne doświadczenie. Spotykam damy, które do trzydziestki czy czterdziestki docierają w stanie niemal nienaruszonym. Buźka w ciup, nóżki razem złożone, rączki na kołdrze. Może się nawet z kimś kiedyś przespała, ale żadnej z tego frajdy nie było, raczej rozczarowanie. Jednym z dobrych sposobów terapeutycznego otwierania, jeśli taka osoba oczywiście tego chce, będzie zabawa w powtarzanie różnych zakazanych wyrazów z lat dziecinnych. Małe dzieci często chodzą po domu i mówią: kupa, dupa, siki, gówno... I w ten sposób uczą się ważnych rzeczy. Jeśli oczywiście trafią na sensownych dorosłych, których to nie bulwersuje. W normalnym rozwojowym cyklu to jest konieczny punkt programu. Bo oswaja nie tylko ze słowami, ale też z tymi czynnościami czy rzeczami, które oznaczają. Z częściami ciała na przykład. Jeśli dziecko słyszy, że takie czy inne słowo jest zakazane, jednocześnie dostaje przekaz, że owa czynność czy część ciała jest „zakazana”, jakaś nieakceptowana, wstydliwa czy brudna. A więc to, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

Posłuchaj tego: Pewnemu panu ze Słomnik Sterczał ów narząd jak pomnik Wreszcie rzekła żona, nieco przerażona Wiesz co, Józiu, kup sobie odgromnik
„Limeryki plugawe”, z których pochodzi to cudo i które tu sobie dla inspiracji poczytujemy z przyjemnością, zostały tak zatytułowane przez ich autora Macieja Słomczyńskiego właśnie dlatego, że tak nazywają je niektórzy dorośli. A co w tym jest plugawego? Plugawe są jedynie te słowa, gesty czy czyny, za pomocą których chcemy kogoś pomniejszyć, pozbawić godności, wykorzystać jego słabości.

Czyli intencja może być plugawa, nie same słowa. Oczywiście. Kiedy człowiek chce się pobawić erotycznie, baraszkuje sobie słownie. Jak widać, robią to ludzie wysokiej kultury. I to jest piękny przejaw tego aspektu naszej duszy, który nie daje się zdominować. Przejaw pewnej wewnętrznej wolności, dystansu. Zabawa pozwala odetchnąć, zapomnieć na chwilę o tym, co mówią rząd, Kościół i rodzice. I nic się nie dzieje. Możemy być dalej porządnymi ludźmi. A więc: chcesz być bliżej czegoś, zacznij o tym mówić.

 
Wciąż pokutuje przekonanie, że świntuszenie to męska domena. A tymczasem u nas świntuszy nawet szacowna noblistka... Raz pewna dama w Lubomierzu Tarzała swego gacha w pierzu. „Czemu to czynisz?” – jęczał gach, A ona na to dictum: „Ach, zbyt goły jesteś, Kazimierzu...”
Dobrze, że podniosłaś ten temat. Bo to kolejny mit. Kobiety są świetne w świntuszeniu, często lepsze od panów, bardziej frymuśne... Wyzwalamy się, wracamy do siebie. Lubimy to robić po cichutku i w zaprzyjaźnionym gronie. Jak kółko gospodyń. Gospodynie wiejskie najbardziej świntuszyły. Przecież ludowe piosenki i przyśpiewki są prawie wyłącznie o seksie. Mocno nieprzyzwoite. I jakoś ludzie się nie gorszyli. A i dzieci słyszały.

Żenujące, nieprzyzwoite, brzydkie, świńskie, gorszące... Ależ te słowa mają ładunek. Stąd pewnie olbrzymia energia, która wiąże się z przekraczaniem tych granic w sobie. Tymczasem na ostatniej płycie Maria Peszek śpiewa: „I lubię ten smak, gdy w ustach mam słowo »fuck«”.
Nareszcie w przestrzeni medialnej, w masowym przekazie pojawiła się seksualność kobiety, nie z męskiej perspektywy, tylko tej realnej, z pazurem. To wartość.

A jeśli kogoś mówienie o „tych sprawach” zawstydza? Chyba nie ma sensu się zmuszać, udając, że nas to nie rusza?
Nie ma. Chodzi o to, żeby się zorientować, gdzie ja w tym wszystkim jestem. I tę granicę co milimetr przesuwać. Badać ją. Bawić się tym. Nie ma bez tego rozwoju.

To, że ktoś dorosły wstydzi się wypowiedzieć neutralne przecież słowo „cipka”, świadczy o tym, że w ogóle się wstydzi tego narządu. Że do jakiegoś stopnia wypiera seks.

A czy takie nazywanie po imieniu, często wulgarne, nie odziera tej sfery z tajemnicy, z romantyzmu? Przecież nie chodzi o wulgaryzmy na siłę czy przeklinanie. Tylko o nieuciekanie w fałszywy wstyd. Zależy zresztą, co mamy na myśli. Jeśli tajemnica oznacza niewiedzę i chowanie się za nią, to absolutnie nie jest to wskazana opcja, szczególnie gdy się chce mieć satysfakcjonujące życie seksualne. A romantyzm? Jeśli to ma być wspólne wąchanie kwiatków i śpiewanie serenad, to ma sens jedynie jako gra bardzo wstępna. Przecież seksualność to dzikość, zwierz w nas. Ci, którzy sobie z nim nie radzą, chcą go okiełznać za pomocą jakichś idealistycznych wizji. Zwykle osoby, które tak marzą o romantycznych zbliżeniach, po prostu boją się seksu, bo go nie znają, nie znają siebie i swoich ciał.

Nie jest wartością do starości zachować poziom rozwoju 14-latki. To nie sukces. To zatrzymanie się, zamieranie. Przyjemnym kierunkiem jest akceptacja siebie i innych – tego, co jest. A nie cały czas: ojej, pan dmuchnął i starł puszek mojej niewinności. Można powiedzieć, że nie dziewictwa oczekuje się po 40-letniej damie...

Również w sensie metaforycznym, prawda?
W każdym. Nie nieśmiałości i niewiedzy seksualnej spodziewamy się po dorosłym mężczyźnie. Możemy to nawet lubić u 20-latka, który nadrabia entuzjazmem. Chodzi o to, żeby tę seksualność oswajać. Między innymi znajdując dla niej odpowiednie słownictwo, co nie jest łatwe po polsku. Ale może być dla twórczych ludzi wcale nie takie trudne. I oswajać siebie.

Młodzi ludzie czują się zażenowani tym, że są podnieceni i wydani na ogląd. Lubią być z tymi uczuciami ukryci, bo się nie czują pewnie. Ale im człowiek starszy, tym większe ma prawo, a nawet obowiązek czuć się z tym pewniej. Ma prawo czuć się podniecony. To normalny stan. Nic tak nie podnieca jak cudze podniecenie. To jest energia i ona się udziela. Są oczywiście tacy, których podnieca pozorny chłód. Ale zważ: pozorny, nie prawdziwy. Tam, pod spodem, ma być wulkan podniecenia schowany pod płaszczykiem zasad. Które ona czy on dla niego łamie. Perwersja. Mężczyzny nie podnieca zimna ryba. Kobieta nie chce drewnianego słupa.

Uświadomiłaś mi, że okazanie podniecenia jest tabu.
Niestety jest. Mówienie o tym też. Mało tego, ludziom się wydaje, że okazywanie podniecenia to coś poniżającego, a już przeżywanie podniecenia niespełnionego jest groźne dla zdrowia. Niby dlaczego? Przecież to przeżycie jest boskie samo w sobie. Jaka to była ulga dla mnie, kiedy się zorientowałam, że nic się nie stanie, kiedy się podniecę i z tym zostanę. Bo po pierwsze, sama decyduję, czy coś z tym robię dalej, czy nie – mogę przecież sama pójść do pokoju obok, jeśli dojdę do wniosku, że tak chcę. Mogę też uznać, że sam fakt, że to przeżyłam, jest uroczy.

Taka miła zmiana stanu... Skoro tak uznaję, mogę o tym mówić bez poczucia tabu.
W jakiś sposób oswajamy się z tym językiem. W tej radości też leży siła seksu. Świntuszenie, masturbacja, dziecięcy erotyzm, fantazje, pozwalanie sobie na nie – to wszystko otwiera człowieka na tę sferę. To rodzaj treningu – czerpanie przyjemności z tej przestrzeni. Jestem mężczyzną, więc jestem seksualny. Jestem kobietą, więc jestem seksualna. Jestem żywa, więc jestem seksualna. Jeszcze żyję, więc jestem seksualna. Póki żyję.

  1. Psychologia

Jak się kłócić w związku? Do czego potrzebne są nam kłótnie?

Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Pary często narzekają, że ciągle się kłócą. I że z tych kłótni nic dobrego nie wynika. „Gdybyśmy tylko mogli raz na zawsze skończyć z tymi konfliktami, to by było dobrze”. Ale czy na pewno?

Jak się kłócić, żeby wygrać?

Kłótnie i konflikty są ważne dla relacji, bo pokazują, że nam zależy, że jesteśmy zaangażowani, że chcemy zmian. Stanowią również cenne źródło informacji o nas i partnerze. Kłótnia, która jest „wygrana”, może naprawdę coś zmienić w związku.  Ale ważne jest to, jak rozumiemy słowo „wygrana”.

Długotrwałe związki opierają się na pewnej równowadze – zwycięstwo jednej strony staje się początkiem kolejnej „rozgrywki”, choć może na innym polu czy adresowanej mniej wprost. Wiele par tkwi w ten sposób w permanentnym konflikcie, nawet jeśli tematy kłótni wydają się zmieniać.

W tym sensie wygrana jednej ze stron konfliktu jest przegraną całej relacji. Jeśli rozwiązanie konfliktu ma przynieść więcej niż chwilową jednostronną satysfakcję, powinno odpowiadać na potrzeby obu stron, ale też związku jako całości. I chodzi tu zarówno o te potrzeby, które już znaliśmy, jak i te, które odkrywamy podczas kłótni. Jest to zatem okazja, żeby poszukać kierunku zmiany nie tylko dla siebie, ale i dla całej relacji.

Dobra kłótnia nie polega tylko na tłuczeniu talerzy

Pary, które unikają kłótni, zwykle wikłają się w konflikty zawoalowane i trudne do zaadresowania. Z drugiej strony samo ekspresyjne wyrażanie emocji może być zarówno niebezpieczne, jak i jałowe. Konstruktywne rozwiązanie konfliktu wymaga, żeby pozostać w kontakcie ze sobą i z drugą stroną. Oznacza to, że próbujemy rozumieć i siebie, i partnera/partnerkę.

Jeśli wiemy, co czujemy, to nie dajemy się ponieść emocjom bez opamiętania – widzimy drugą stronę, jej reakcje na nasze działania, dostrzegamy momenty, kiedy coś się zmienia w rozmowie i wnosi nową perspektywę. Dzięki temu dialog może się rozwijać, a nie wciąż zapętlać. W trakcie gorącej kłótni często obie osoby równocześnie czują się słabszą stroną. Niesie to ryzyko mocnych działań, które wykraczają poza ramy obrony. Jeśli zachowasz świadomość hierarchii rzeczy, które są dla ciebie ważne, będzie ci łatwiej brać odpowiedzialność za to, co w czasie kłótni mówisz i jak.

Jak i kiedy się kłócić?

Konflikty pojawiają się w każdej relacji. Są rzeczą normalną i zwykle nie odbywają się w idealnych warunkach. Ich długotrwałe powstrzymywanie, wyczekiwanie, łagodzenie do niczego nie prowadzi – konflikt i tak się rozgrywa, tyle że poza uwagą i świadomością pary. Warto pamiętać, że kłótnie mają charakter intymny – mówimy delikatne i trudne rzeczy o sobie i drugiej stronie – więc lepiej nie prowadzić ich przy świadkach.

Czego nie mówić w kłótni?

Szczerość pozwala budować głęboką relację. Nie znaczy to jednak, żeby podczas kłótni mówić wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Jest szereg krzywdzących zachowań (poniżanie, porównywanie itp), mających długotrwałe konsekwencje, które nie ustają wraz z wyciszeniem konfliktu. Destrukcyjne jest też odnoszenie się do delikatnych tematów, które nie są związane z obszarem aktualnej kłótni. Kiedy jesteśmy z kimś blisko znamy jego/jej najbardziej bolesne miejsca i wykorzystywanie tego podczas kłótni bardzo obniża poczucie zaufania w relacji i wyrządza wam obojgu wiele krzywdy.

Czy powstrzymywać emocje czy nie?

Dobrze jest wiedzieć, co się czuje. Kiedy już to wiem, mogę decydować, w jaki sposób chcę to zakomunikować drugiej stronie. Im lepiej siebie znam, tym lepiej mogę tę wiedzę wykorzystać dla dobra związku. Warto poświęcić trochę czasu i uwagi, by zastanowić się, które emocje stanowią dla mnie szczególnie duże wyzwanie (lęk, złość, smutek, bezradność itp), i uczyć się tego, w jaki sposób je adresować podczas konfliktów.

Czy można planować kłótnie?

W przypadku tematów, które się powtarzają w kłótniach, można zaplanować rozmowę, stworzyć dla niej odpowiednie warunki i wyznaczyć jej ramy. Przygotowując się do niej, zastanów się, o co ci chodzi i o co może chodzić drugiej stronie? Jakie potrzeby za tym stoją? Pomocna jest też próba docenienia sytuacji: w jaki sposób rozwiązanie tego konfliktu może być rozwojowe dla waszej relacji? Co byłoby zwycięstwem dla was oboja i początkiem czegoś dobrego?

A jeśli naprawdę boisz się konfliktów...

Jeśli sama myśl o konfliktach wywołuje w tobie silne emocje, to warto zastanowić się, skąd bierze się taka postawa? Może nie chodzi o twój obecny związek, a wydarzenia z przeszłości. W takiej sytuacji warto najpierw zająć się sobą i swoją historią, aby wzmocnić siebie i uwierzyć, że konflikty - odpowiednio adresowane - mogą stanowić szansę na rozwój i bliskość dla obu stron.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.