1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co to jest samokontrola – co nam daje i czemu warto ją ćwiczyć?

Co to jest samokontrola – co nam daje i czemu warto ją ćwiczyć?

Codzienne praktyka jogi to doskonała praktyka samokontroli (Fot. iStock)
Codzienne praktyka jogi to doskonała praktyka samokontroli (Fot. iStock)
Dlaczego dobrze jest postawić na samokontrolę? – tłumaczy dr Jacek Buczny, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, specjalista w zakresie badania samokontroli, siły woli i motywacji.

Dlaczego dobrze jest na nią postawić? Do czego prowadzi nadmierna samokontrola? – tłumaczy dr Jacek Buczny, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, specjalista w zakresie badania samokontroli, siły woli i motywacji.

Obecnie rzadko sobie czegoś odmawiamy. A tu nagle: postaw na samokontrolę!
To brzmi wręcz obrazoburczo, prawda? Nasze współczesne konsumenckie rozpasanie bierze się z dwóch czynników. Po pierwsze, od zakupu konkretnej rzeczy oczekujemy czegoś więcej niż tylko posiadania, oczekujemy też przyjemności korzystania z tej rzeczy. Po drugie, od zakupów czegokolwiek oczekujemy powiększania tej przyjemności. Nie wystarcza nam sam fakt, że kupujemy krem, to powinien być krem w designerskim opakowaniu i dobrze, żebyśmy przy okazji dostali punkty, które potem będziemy mogli wymienić na nagrody. Wszystko zgodnie z dominującym przekazem: „Bierz z życia, co najlepsze, masz prawo do przyjemności”. I to widać nie tylko w sferze zachowań konsumenckich, ale też w sferze cielesności. Z jednej strony ulegamy złudzeniu podejmowania autonomicznej decyzji o tym, jak chcemy wyglądać, a z drugiej, dopasowujemy się do tego, co modne lub pożądane. Ale przyjemność, jaką czerpiemy z obcowania z pięknymi rzeczami i pięknem własnego ciała, jest krótkotrwała i wymagająca ciągłego podsycania i pomnażania. Stąd nasze wieczne niezadowolenie. Mischel twierdzi, że na to, co przyjemne, lepiej poczekać. Odroczona, nie natychmiastowa, a nawet niematerialna nagroda może być znacznie ważniejsza i w efekcie przyjemniejsza niż nagroda natychmiastowa i materialna. Poza tym odraczanie kształtuje nasz charakter.

Jakie cechy konkretnie będą w tym przypadku kształtowane przez samokontrolę?
Uczymy się cierpliwości i budujemy w sobie przekonanie, że jeśli czegoś konkretnego nie dostanę, to nic złego się nie stanie. Odraczanie gratyfikacji sprzyja rozwijaniu zdolności do radzenia sobie z trudnymi sytuacjami.

Także gdy przez korek spóźniamy się na spotkanie? Czy tego typy samokontrola emocji może przynieść pozytywne skutki dla naszej psychiki?
Na co dzień, zwłaszcza w pracy, oczekuje się od nas perfekcjonizmu. Nic dziwnego, że nie lubimy sytuacji, gdy coś krzyżuje nasze plany. Wolimy, jak rzeczy układają się po naszej myśli, bo chcemy mieć wpływ na swój los. Może to jednak skutkować tendencją do kontrolowania wszystkiego, także tego, czego kontrolować nie możemy – jak czas czy myśli innych ludzi. Kiedy sobie to uzmysłowimy, jest szansa, że nabierzemy dystansu.

Spojrzenie na siebie z perspektywy trzeciej osoby „schładza” system emocjonalny, wzmacniając jednocześnie aktywności systemu refleksyjnego, który odpowiada za racjonalność w działaniu. Jest nawet taka technika – „mucha na ścianie”. Wyobrażamy sobie siebie w sytuacji, gdy się pieklimy lub denerwujemy, ale z perspektywy muchy, która siedzi na ścianie i patrzy na nas. To może ostudzić nasze „podgrzane” emocje. Druga rzecz to zdolność do znoszenia frustracji. Możemy ją zwiększyć poprzez zmianę interpretacji danej sytuacji – zamiast: „mogłam wyjść wcześniej, nie spóźniłabym się na autobus”, można pomyśleć: „wyszłam wcześnie, ale autobus się spóźnił”.

W kontekście kontroli i radzenia sobie ze zbytnią emocjonalnością warto wspomnieć także o jodze jako codziennej praktyce. Jej dobroczynny wpływ na nasz umysł potwierdza wiele badań naukowych. Joga oprócz ćwiczenia ciała, pomaga także zdobyć zdolność „przepuszczania” myśli przez świadomość. Dzięki temu uczymy się zachowania równowagi umysłu.

Samokontrola kojarzy się z przymusem, niepozwalaniem sobie na pełnię potencjału. Nękano nas tym w dzieciństwie, odwołując się przede wszystkim do samokontroli emocji.
Kontrola ma dwa źródła: zewnętrzne (narzucone) i wewnętrzne (wynikające z wyboru). Ludzie bardziej wytrwali są wtedy, kiedy kontrola bierze się u nich z wewnątrz. Problem pojawia się, gdy ludzie skupiają się na realizacji standardów i oczekiwań innych. Lepiej podjąć decyzję, co dla mnie jest istotne. Dzięki temu kontrola własnego działania będzie nieco łatwiejsza, gdyż nie będzie wymagała bacznej kontroli postępów.

Mischel pisze, że większa, ale nie nadmierna samokontrola daje nam radość, ale też, że aby się kontrolować, musimy być szczęśliwi.
Odraczanie gratyfikacji jest warunkowane między innymi wysoką samooceną, wiarą w siebie, ale także wymaga realistycznych przekonań o własnych możliwościach. Czyli odnosi się do tego, co człowiek naprawdę osiągnął, przy refleksji dotyczącej własnych wad i niedoskonałości. Jest jedną z podstaw budowania względnie trwałego poczucia szczęścia. Badania potwierdzają, że wszelkie techniki autoafirmacji, które polegają na tym, że ktoś staje przed lustrem i mówi sobie: „Jestem wielki“, doprowadzają do depresji.

Dlaczego tak się dzieje i jaki wpływ na to ma samokontrola? Psychologia jest w stanie to racjonalnie wyjaśnić?
Istnieje bowiem rozdźwięk między tym, jaki jesteś naprawdę, a tym, co sobie mówisz, i to jest przyczyną obniżenia nastroju i cierpienia. Autoafirmacje nie prowadzą do pozytywnych skutków, gdyż uświadamiają istnienie rozbieżność między faktami i oczekiwaniami. To może rodzić frustrację i zniechęcać do samokontroli. Lepiej jest myśleć, że mogę być nieco lepszy i jestem w stanie zrobić mały krok do przodu, zamiast stawiać na zmianę o 180 stopni.

Mischel twierdzi, że samokontrola rozwija się między innymi wtedy, kiedy tworzymy tzw. intencje implementacyjne, czyli postanowienia mające postać planu: „Zamierzam wykonać to i to, jeśli pojawi się sytuacja sprzyjająca realizacji tego planu”. Jak to wygląda w praktyce? Pierwsza kwestia: trzeba wybrać sobie konkretną sferę, która jest dla nas łatwiejsza do kontroli. Powiedzmy nauka języka. Planujemy, że będziemy raz w tygodniu poświęcali godzinę na naukę języka. A jeśli danego dnia nie będzie nam się chciało, to planujemy: „Popracuję teraz 15 minut, a 45 jutro”, albo: „Pomyślę o zaplanowanych wakacjach we Francji, bo dlatego uczę się francuskiego”. Druga kwestia: musimy się za to wynagradzać. Najlepiej wyznaczyć sobie punkt, w którym uznamy, że jesteśmy w połowie drogi. Czyli kolejna intencja: „Jeśli dotrwam do połowy podręcznika, pójdę do francuskiej restauracji”.

Ale w pewnym momencie może pojawić się również nadmierna samokontrola. Jak odróżnić ją od tej korzystnej dla naszego charakteru?
Przejawia się wtedy w tendencji do perfekcjonizmu, który w niektórych sytuacjach może prowadzić do nieprzyjemnych doświadczeń. Wiąże się on bowiem ze zbyt wysokimi oczekiwaniami i nadmiernym obwinianiem siebie za porażki. Ponadto badania wykazały, że zbyt duża samokontrola może skutkować wyczerpaniem energetycznym, co w pewnych sytuacjach prowadzi do powstawania uzależnień. Dlatego warto mieć w zanadrzu „techniki”, które sprzyjają odbudowaniu w nas tego, co samokontrola wyczerpała. Najprostsze i najbardziej dostępne to sen, pozytywne emocje i pozytywne relacje z bliskimi ludźmi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Dorosły facet a łobuz, do tego w krótkich spodenkach. Ma fantazję i urok, ale życie z nim na dłuższą metę może doprowadzić do szewskiej pasji. Nie potrafi czy nie chce zachowywać się dojrzale? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka.

Kim jest współczesny Piotruś Pan?
To mężczyzna, który nie dorósł, bo nie miał okazji tego zrobić. Dorosłość, w tym psychologicznym wymiarze, to wolność wyboru i jednocześnie uznanie konsekwencji tychże wyborów. Branie odpowiedzialności za siebie, uznawanie granic swoich i innych ludzi.

A nie jest tak, że dzisiaj my wszyscy, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, stajemy się coraz częściej Piotrusiami Panami? Chcemy wolności, a nie odpowiedzialności.
Z mojej perspektywy ten syndrom jednak głównie dotyczy mężczyzn. Kiedy pracuję z kobietami, często żalą się, że mają w domu chłopców, którzy nie dotrzymują słowa – mieli odkładać pieniądze na remont kuchni, a okazuje się, że w tajemnicy kupili sobie drona. Zdecydowanie rzadziej spotykam się z sytuacjami, w których to mężczyźni narzekają na niedojrzałe emocjonalnie partnerki.

Kto nie dał dorosnąć Piotrusiowi?
Nadmiarowa i sklejona z nim matka, wyręczająca go we wszystkich aspektach życia. Nie dała mu poczuć tego, czym jest odpowiedzialność. Taka matka uznaje, że dziecko to jej przedłużenie. Nie pozwala mu się wyodrębnić.

Mam teraz w głowie obrazek sprzed kilku lat, kiedy odwiedzałem kuzyna w Szwajcarii i zobaczyłem, że dużo częściej niż u nas wychowuje się tam dzieci do samodzielności. Na jednym z placów zabaw w Zurychu zaobserwowałem sytuację, gdy malutki chłopiec chciał wdrapać się na huśtawkę, a obok stała mama, która przyglądała się temu cierpliwie i z uśmiechem. W końcu po którejś nieudanej próbie chłopiec się wdrapał. Był szczęśliwy, że zrobił to sam. U nas takie obrazki są rzadsze.

Druga sprawa to separacja ojca w pierwszych etapach życia malucha, rodzaj lękowej pacyfikacji zaangażowania mężczyzny w proces aktywnego uczestniczenia w rozwoju dziecka. Na zasadzie: „źle go trzymasz, daj, ja go wykąpię, przecież główka mu opada”. Najczęściej ojciec wycofuje się wtedy ze swojej roli, ma poczucie, że nie jest dość silny. To też nie najlepiej świadczy o mężczyznach, którzy „wywieszają białą flagę”, bo tak im łatwiej, wygodniej. Albo nie ma ich w domu.

Mężczyźni nie są często na tyle silni, sami w sobie osadzeni, żeby powalczyć o swoje ojcostwo i powiedzieć: „idź zajmij się sobą, odpocznij, jest bezpieczny pod moją opieką”. Nie walczą, bo dla nich to wygodniejsze, w tym czasie obejrzą sobie coś na Netflixie. A przecież pierwiastek męski, w tym zdrowym wymiarze, to jest pierwiastek walki, konfrontacji i uznania. Są takie sytuacje w życiu mężczyzny, kiedy trzeba się z czymś wreszcie zmierzyć…

Taki chłopiec jako mężczyzna nie potrafi uruchomić w sobie męskiego pierwiastka?
Żeby go w sobie uruchomił, musi mieć z czego brać, dostać wcześniej. Jeśli zatem nie ma takich formujących doświadczeń, to łatwiej jest z czegoś zrezygnować, niż wziąć odpowiedzialność za to, że są takie sytuacje w życiu, w których trzeba się trochę wysilić, poczuć smak porażki, zmierzyć się z trudnościami. To część życia taka sama jak przyjemność, a dziś cywilizacyjnie próbujemy uciec od tego, co trudne, nieprzyjemne.

W najnowszym filmie Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” mamy bohatera, który przypomina mi Piotrusia Pana. Błażej ucieka od realu, żyje w bajce, w której buduje swoją Nibylandię. Ale jest też nietypowy: założył rodzinę, ma partnerkę i dziecko, a nawet chciał je mieć.
Ja nie zobaczyłem tu klasycznego Piotrusia Pana. Uważam, że ten bohater wykonuje jakąś pracę nad sobą, uczestniczy w życiu rodziny, zarabia na siebie. To nie jest tak, że on leży i pachnie albo oczekuje, że ktoś mu coś da i zrobi za niego. Jest zaangażowany w rodzicielstwo. Buduje dom na obrzeżach miasta, który niekoniecznie musi być Nibylandią. I pomimo różnych swoich deficytów stara się spełniać role życiowe, które wiążą się z odpowiedzialnością – być ojcem i partnerem.

Jest w tym filmie scena, jedna z pierwszych, kiedy Błażej stoi za kamerą i kręci relacje z warsztatów, a ja widzę, że jest tym poruszony, dostrzegam szklące się oko w reakcji na to, co przeżywają uczestnicy spotkania. Coś się w nim wtedy otwiera, coś mu się przypomina – być może jakiś rodzaj traumy. Dlatego dla mnie to jest bardziej opowieść o poranionym, porzuconym i samotnym dziecku w ciele mężczyzny.

Wiele kobiet po tym filmie mówiło mi: „to taki facet, który nic nie robi, tylko pali jointy, nie potrafi nawet sprzątnąć kubków po sobie i trzeba o wszystkim za niego myśleć”. To także słowa partnerki Błażeja…
Może dlatego, że oglądanie filmu to czysta projekcja siebie na ekran, a kobiety często narzekają dzisiaj na mężczyzn, na ich brak poczucia odpowiedzialności, lojalności czy dotrzymywania słowa. Warto, żeby się to zmieniło, ale w nowej tożsamości mężczyzny w równowadze pomiędzy sobą i światem, a nie w schemacie „zajedź się, mężczyzno, i zatyraj dla swojej rodziny”. Błażej nosi w sobie tęsknotę za nieobecnym ojcem i potrzebą wzmocnienia przez męski pierwiastek. Nie bardzo miał od kogo dostać tę energię, żeby poczuć się pewniej ze sobą w dorosłych rolach.

Brak zainteresowania brudnymi kubkami w mieszkaniu to nie jest dla mnie zachowanie Piotrusia Pana, tylko otwierająca się na nowo trauma tego porzuconego, wewnętrznego dziecka. Taki rodzaj rozedrgania, wybicia z rytmu, za który odpowiada wewnętrzny ból. Bo co odróżnia Piotrusia Pana od zranionego dziecka? Piotruś jest skoncentrowany na sobie, nie bierze za nic odpowiedzialności, kłamie, potrzebuje wysokiej stymulacji, zabawek, to może być jakiś gadżet albo przedmiotowe traktowanie kobiety w relacji. Tak jak dziecko, które mówi: „mamusiu już więcej tego nie zrobię”... a potem robi to po raz kolejny. Ale dlaczego miałby stać się dorosły, jeżeli nikt nigdy mu na to nie pozwolił?

Piotruś Pan wiąże się często z odpowiedzialnymi kobietami.
Bo taki mężczyzna jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak kiedy faza zauroczenia mija, okazuje się, że ten mężczyzna nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niestety, kobiety wtedy myślą, że zrobią z niego dorosłego mężczyznę. Otóż nie zrobią. To jest jego zadanie.

Co jest w stanie zmienić takiego mężczyznę?
Kryzys, strata czegoś życiowo ważnego: związku, relacji, komfortu na skutek utraty pracy. Jakieś bardzo silne doświadczenie, które daje okazję do tego, żeby się urealnić i ponieść konsekwencje.

Na czym polega terapia Piotrusia Pana?
Jeśli trafia do gabinetu sam, a nie ciągnięty za uszy przez partnerkę, to już jest diagnostyczne, bo to znaczy, że on musiał się urealnić. Wie, że coś zepsuł. Mężczyźni, którzy trafiają na indywidualną terapię, chcą coś ze sobą zrobić. Czegoś się o sobie dowiedzieć i coś zrozumieć. To jest praca nad przeformułowaniem celu, z tego, co spieprzył, na to, co to mówi o nim w relacji. Często motywacją jest chęć tego, żeby zrobić wszystko, co się da, i uratować swój związek. Jeśli będzie w stanie urealnić się w tym, że rozpad związku to objaw, a celem jest zmiana siebie, to jest dobra prognoza.

Jakie problemy ma Piotruś Pan? Z czym się do ciebie zgłasza?
Z tym, że inni nie dają mu tego, czego oczekuje. Albo że się do niego przyczepiają, każą mu coś robić i brać na siebie odpowiedzialność, a on się wtedy obraża. „Ktoś chce mnie zmienić na siłę, więc nie chcę być w takim związku”. Wieczny chłopiec wchodzi też często emocjonalnie w pozycję dziecka, czyli tłumaczy swoje postępowanie, usprawiedliwia się, bywa, że kłamie i deklaruje, że coś zrobi – przestanie chodzić do kasyna albo grać z kumplami online – ale nic się nie zmienia. A kobieta to akceptuje, z pozycji grożącego palcem rodzica, że toleruje to już ostatni raz…

Tak się nie da żyć!
Motywacja do zmiany rośnie, gdy to już drugi, czwarty i kolejny związek się rozpada. Mężczyzna zaczyna dostrzegać schemat: coś jest nie tak. Znam takie historie, że facet przychodzi i mówi: „Rozwalił się mój piąty związek na przestrzeni 15 lat, ale trafiłem na mądrą kobietę, bo potrafiła mi powiedzieć, dlaczego się rozstaliśmy. A ja zobaczyłem, że wcześniej było podobnie”. Jako terapeuta cieszę się, bo to pokazuje, że Piotruś Pan zaczyna się urealniać w tym, że jakaś odpowiedzialność leży po jego stronie. Wtedy mogę go wspierać i wzmacniać, dodawać mu odwagi do wzięcia tej odpowiedzialności, bycie mężczyzną, a nie chłopcem.

Najważniejsze jest to, że Piotruś Pan przyszedł na terapię i już wie, po co to zrobił. Nazwał swój problem. Później dochodzimy do kwestii odpowiedzialności, w procesie psychoterapii staramy się stworzyć okoliczności do tego, żeby brać tę odpowiedzialność najpierw w najmniejszych sprawach. Chociażby w tym, że ma przyjść do gabinetu zawsze o tej samej godzinie. To również praca nad jego genogramem, nad tym, jaka była jego rodzina, jakie ma schematy przywiązania, wzorce i wartości. Bo jednym biegunem dysfunkcyjnych zachowań jest Piotruś Pan, a z drugiej strony mamy dziecko-bohatera, które czuje wewnętrzny przymus opiekowania się całą rodziną, przejmuje role niewydolnych dorosłych, choć jest dzieckiem. To też jest w jakimś sensie niedojrzałe, choć chroni rodzinę przed rozpadnięciem się. Mężczyzna, który wyrasta z dziecka-bohatera, w przeciwieństwie do wiecznego chłopca, w ogóle nie skupia się na sobie. Nie ma w jego życiu miejsca na przyjemności. Dźwiga wszystko na swoich barkach, jest nadodpowiedzialny, nie umie odpoczywać...

Sam byłeś dzieckiem-bohaterem, a później przekułeś to w coś pozytywnego, wykorzystałeś ten zasób w życiu i dzisiaj jesteś psychoterapeutą. Czy z bycia Piotrusiem Panem też da się wyciągnąć coś dobrego na przyszłość?
Jestem przekonany o tym, że da się to wykorzystać i między innymi po to jest właśnie proces terapii. Zasób polega na tym, żeby rozwijać korzyści, redukować koszty emocjonalne. Chodzi o to, żeby to było bardziej zbalansowane. Kiedy Piotruś Pan dojrzeje, to nadal będzie kreatywny i pełen pasji, ale jednocześnie nie będzie wypadał z różnych ról: partnera, ojca. Dorosłość też jest od tego, żeby czerpać z tej radości wewnętrznego dziecka, które ma w sobie każdy z nas. Ale najpierw trzeba zbudować się na nowo, przyglądając się wartościom, które są nam bliskie, ale też otoczeniu mądrych mężczyzn. Czasem to jest dawno niewidziany wujek, który w dzieciństwie nauczył nas łowić ryby i podarował scyzoryk. Zresztą w filmie, o którym wspominałaś, również pojawia się postać wujka, który jest dla głównego bohatera wzorcem korekcyjnym.

Pożegnanie się z wiecznym chłopcem w sobie musi być jednak nieprzyjemne...
Wzięcie na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności nie jest przyjemne. Lepsze jest życie w kompulsji, pobudzeniu. Bo dzieciństwo, o jakim marzymy, to ciągła stymulacja i radość. Ale musi w nim też znaleźć się czas na posprzątanie swoich zabawek. Nie pozbycie się ich, ale uporządkowanie.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Tylko nie mów, że ma odejść. Jak pomóc kobiecie doświadczającej przemocy

Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. (Fot.iStock)
Artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?” wywołał na naszym FB ożywioną dyskusję. Jedna z naszych Czytelniczek, socjolożka Iwona Zielińska-Poćwiardowska, która osobiście doświadczyła przemocy w związku, a dziś zawodowo zajmuje się tym tematem, wie jak bardzo złożony i trudny jest proces wychodzenia z takiej relacji. To nierówna walka. Trzeba mieć dużo siły i wsparcia, by wyrwać się z toksycznego związku. Napisała o tym artykuł, który publikujemy.

Niedawno na Facebooku czasopisma „Zwierciadło” ukazał się artykuł „Przemoc słowna w związku – co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem?”.

Pod tekstem lakoniczny komentarz Pauliny Młynarskiej: Odejść. Wiele lat temu, kiedy byłam uwikłana w trudny związek przemocowy, taka rada, rzucona z irytacją przez moją ówczesną przyjaciółkę, wywołała we mnie falę wstydu i upokarzających siebie samą myśli. Z przemocowym partnerem wtedy jeszcze się nie rozstałam, ale z przyjaciółką tak. Do dziś nie mamy kontaktu, choć minęło prawie 13 lat. Inni znajomi, którym powiedziałam o przemocy, słuchali w milczeniu, unikając kontaktu wzrokowego. Nie winię ich. Ludzie naprawdę nie wiedzą, jak reagować. Mi pomogła wizyta w Poradni Rodzinnej, do której udałam się w poszukiwaniu pomocy dla mojego przemocowego partnera... A jakże! To typowe zachowanie w związku współuzależnieniowym. Mądrej terapeutce z poradni udało się jednak stopniowo i delikatnie przekierować moją uwagę i troskę z partnera na siebie. I tak, pół roku później, wzmocniona terapią, ostatecznie zakończyłam tę relację. Teraz jestem w zdrowym i szczęśliwym związku, ale od kilku lat zajmuję się badaniem przemocy w rodzinie i związkach intymnych i wiem, że rada „odejdź” jest cały czas tak samo nieskuteczna i tak samo krzywdząca. Dlaczego? Kobieta dokładnie wie i bez takich rad, że powinna odejść. Może nie po pierwszym incydencie i może nie po drugim – wtedy jeszcze wierzy, że to tylko tak wyjątkowo, sporadycznie, bo „on ma trudny czas w pracy”. Po trzecim i czwartym już podejrzewa, że sprawa jest poważniejsza, a po kolejnych wie, że tak będzie stale, że nie jest w stanie go zmienić, więc albo to zaakceptuje, albo powinna odejść. Pojawia się wewnętrzny konflikt, romantycznie nazywany konfliktem serca i rozumu. Kobieta wie, że to, co się dzieje, nie jest „normalne”, czuje się poniżona i skrzywdzona, wstydzi się przed innymi i sama przed sobą, że na to pozwala. Ale jest jeszcze druga strona związku przemocowego – pełna czułości i obietnic, ta, która powoduje, że krzywdy idą w niepamięć.

Chemia przemocy

Każdy przemocowy epizod powoduje wyrzut kortyzolu i adrenaliny, zwanych hormonami stresu. Po nim następuje zwykle okres miodowy, a wraz z nim tak silne działanie oksytocyny i dopaminy (hormony przywiązania i szczęścia) jak w początkowym okresie zakochania. To doprowadza do uzależnienia mózgu od tej chemicznej huśtawki hormonów. U obojga partnerów. W rezultacie, nawet jeśli kobieta raz za razem doświadcza złego traktowania, jej mózg nie będzie chciał odejść, ponieważ czuł się cudownie, kiedy partner był dobry i miły. Tworzy się tzw. przywiązanie przez traumę. Do tego mogą jeszcze dochodzić trudne doświadczenia z dzieciństwa, które wzmagają i tendencje do stosowania przemocy, i do bycia ofiarą. Mieszanka hormonów i przeszłych doświadczeń doprowadza do wytworzenia się silnych mechanizmów współuzależnienia, które powodują zaburzenie poczucia własnej wartości i realistycznej oceny partnera i związku. Kobieta umniejsza doświadczane krzywdy, a momenty euforii w okresie miodowym wynagradzają jej momenty podłego traktowania (które nierzadko usprawiedliwia). Ta intensywność emocji wytwarza przekonanie o wyjątkowości relacji, czego inni jej zdaniem nie są w stanie zrozumieć, oraz ogromny strach przed jej utratą. Dlatego poradzić kobiecie będącej w związku przemocowym, żeby odeszła, to trochę tak, jakby poradzić osobie uzależnionej od alkoholu, żeby przestała pić. Oczywiście, że powinna odejść, żeby ratować siebie i dzieci, jeśli je ma. Może nawet jej się to uda za siódmym razem (tyle średnio prób podejmuje kobieta, zanim skutecznie odejdzie), ale na pewno lakoniczna i pozbawiona empatii porada „to od niego odejdź” jej w tym nie pomoże. Wbije tylko mocniej w poczucie winy. Kobieta, która nie zbudowała w sobie wystarczającej siły, by ostatecznie rozstać się z partnerem, a zamiast życzliwego wsparcia otoczenia słyszy od bliskich jej osób, że powinna odejść, raczej zacznie oddalać się od tych osób i unikać z nimi kontaktu, niż przyklaśnie, że to doskonały pomysł. Będzie się czuła zawstydzona swoim współuzależnieniem i słabością. Wstyd to zresztą jedna z najsilniejszych barier w sięganiu po pomoc. Żeby ją dostać, najpierw trzeba zgłosić i ujawnić problem, a to bardzo trudne. W Polsce wciąż panuje przekonanie, że przemoc domowa to sprawa dwojga ludzi, ewentualnie rodziny, a nie problem społeczny. To utrudnia mówienie o doświadczanej przemocy oraz utrwala niską społeczną świadomość na ten temat. Dodatkowo media, pokazując dramat jakiejś rodziny, często podkreślają nieskuteczność policji i innych instytucji, wzmacniając przekonanie kobiety o bezsensownym wysiłku i zdaniu na siebie samą. Bywa też tak, że sięganie po pomoc może eskalować zachowanie przemocowe sprawcy, jeśli się o tym dowie. I kobieta najnormalniej w świecie się boi.

Jak pomagać?

W jaki sposób możemy więc wspierać kobietę, która doznaje przemocy w związku? Jeśli mówi o tym sama, jest to sygnał, że poszukuje wsparcia, nawet jeśli wprost nie prosi o pomoc. Najpewniej oznacza to, że sytuacja jest już na tyle kiepska, że potrzeba uzyskania pomocy jest silniejsza od wstydu. Najważniejsza jest wtedy empatyczna reakcja, w stylu: „To musi być bardzo trudne. Jak mogę ci pomóc?”. Można podzielić się swoją historią przemocową, jeśli taką mamy, i tym, jak sobie z tym poradziliśmy, co nam pomogło. Stosować takie zasady, jak w grupie wsparcia: słuchać, nie radzić, nie krytykować. Jeśli kobieta nie mówi o przemocy, ale wiemy, że jej doświadcza, warto powiedzieć: „Widzę, że coś niepokojącego się u was dzieje. Widzę, że on cię źle traktuje i martwię się o ciebie”, „Wiem, że może trudno ci o tym mówić, ale jak będziesz chciała porozmawiać, to jestem”. Można też dać coś do przeczytania na temat przemocy albo podesłać test online dla ofiar przemocy. Czasem taka dawka wiedzy może zadziałać motywująco.

A co z tym odejściem? Jeśli kobieta jest na tym etapie, że rozważa rozstanie, dobrze będzie wówczas pomóc jej zaplanować to od strony praktycznej. Kobiety często odwlekają decyzję o rozstaniu z powodów finansowych lub braku możliwości wyprowadzki. Bywa oczywiście, że są to realne przeszkody, ale znacznie częściej jej bezsilność i poważnie osłabiona wiara w siebie powodują, że perspektywa wyprowadzki po prostu ją przerasta. Dobrze, jeśli obok znajdzie się ktoś, kto pokaże, że da się to zrobić. Jeśli kobieta ma taką możliwość, zaproponować jej udział w grupie wsparcia dla kobiet – to daje potężną siłę. Pandemia spowodowała, że wiele z takich grup działa online, dzięki czemu nawet kobiety mieszkające na wsi lub w małych miejscowościach mogą w nich uczestniczyć.

W końcu, w sytuacji kiedy kobieta jest już zdecydowana by odejść, należy wspierać ją w tej decyzji i zaoferować praktyczną pomoc, np. spakować i przewieźć rzeczy, popilnować dzieci, pomóc uzyskać poradę prawną (m.in. w Centrum Praw Kobiet), pomóc znaleźć nowe miejsce zamieszkania. Co prawda zmienione kilka miesięcy temu przepisy pozwalają policji na natychmiastowe usunięcie sprawcy z domu, ale w praktyce trudno to wyegzekwować, więc by uwolnić się od przemocy, często łatwiej samej się wyprowadzić, niż zmusić do tego partnera. To smutne, ale tak niestety to wygląda. Ogromnie ważne jest wsparcie w pierwszych kilku tygodniach po wyprowadzce. Przemocowy partner będzie robił wszystko, by przekonać kobietę do powrotu, a ona najpewniej będzie szarpana sprzecznymi emocjami, bo huśtawka hormonów i wieloletnie współuzależnienie nie ustają z dniem wyprowadzki. Dlatego najlepiej by było w tym okresie otoczyć kobietę systemem wsparcia złożonym z przyjaciół, rodziny i psychologa. To pomoże jej przejść przez ten okres „odstawienia” i wytrwać w decyzji o odejściu.

Na koniec ważna uwaga – choć tekst ten dotyczy głównie ofiar-kobiet w związkach heteroseksualnych, opisane w nim mechanizmy podobnie działają w sytuacji przemocy w związkach jednopłciowych oraz w sytuacji mężczyzn doświadczających przemocy ze strony partnerek. Podobne też są zasady udzielania pomocy.

Gdzie uzyskać pomoc:

Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie: 800 120 002 – numer bezpłatny, czynny całą dobę

mail: niebieskalinia@niebieskalinia.info

Centrum Praw Kobiet, telefon interwencyjny: 600 070 717 – całodobowa

Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)Dr Iwona Zielińska-Poćwiardowska, socjolożka, badaczka przemocy w rodzinie i systemów wsparcia w Polsce i Wielkiej Brytanii. Aktualnie realizuje projekt z badaczami z Uniwersytetu w Lincoln na temat wpływu migracji na przemoc wśród polskich kobiet i uzyskiwanie przez nie pomocy. (Fot. archiwum prywatne)

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Perfekcjonizm czy naturalność...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.