1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Partner i pieniądze - jakie nawyki finansowe przenosimy do związku?

Partner i pieniądze - jakie nawyki finansowe przenosimy do związku?

Kobiety w związkach mają zwykle dość jasne oczekiwania finansowe, nawet jeśli nie mówią o nich głośno. (fot. iStock)
Kobiety w związkach mają zwykle dość jasne oczekiwania finansowe, nawet jeśli nie mówią o nich głośno. (fot. iStock)
Temat pieniędzy w związku jest często tematem, który dzieli i różni partnerów. Każde z nich wyniosło ze swojego domu jakiś element wiedzy ekonomicznej i wyrobiło swoiste nawyki myślowe, jak i rzeczywiste w zarządzaniu sferą pieniądza w swoim życiu.

Co zrobić, gdy nasze wizje na ten, jakże ważny obszar wspólnego życia, znacząco się rozmijają?

To, co ma wpływ na wypracowanie konsensusu w zakresie zarządzania naszym domowym budżetem i swoimi finansami, to przede wszystkim:

  • Nasze zarobki i realne możliwości zarobkowania
  • Dotychczas odłożone pieniądze i majątek wypracowany samodzielnie przed związkiem
  • Nawyki i wzór kontrolowania wydatków i generowania przychodów wyniesiony z domu
  • Sposób myślenia o pieniądzu, dobrobycie
  • Indywidualne potrzeby
  • Nasze osobiste i wspólne cele
W kwestii zarobków, w Polsce nadal utrzymuje się tendencja, że mężczyźni zarabiają średnio o 20% więcej niż kobiety. Kobiety bardzo dążą do tego, aby wyrównać płace, słusznie wskazując, że płeć nie jest żadnym wymiernym determinantem wpływającym na wyniki w pracy. Jednakże w mentalności Polek funkcjonuje nadal głęboko zakorzeniony wzór rodziny, w której to mężczyzna w większym stopniu dba o dobrobyt i bezpieczeństwo finansowe. Zatem z jednej strony równouprawnienie, a z drugiej potrzeba zaspokojenia potrzeby bezpieczeństwa finansowego przez mężczyznę rodzą konflikt wewnętrzny w oczekiwaniach kobiet, co sprzyja nieporozumieniom w temacie finansów w związku.

Jak wygląda kwestia kobiecego spojrzenia na to, co wypracował jej partner, zanim zostali parą?

Większość z nas uważa to za przejaw zaradności, pracowitości, uporządkowania. Taka sytuacja, w której partner posiada „bufor” bezpieczeństwa jest dla kobiety elementem zaspokajającym w indywidualnym stopniu potrzebę bezpieczeństwa, przez co wspólne początki, jak choćby urządzanie się w nowym mieszkaniu może być dla niej przyjemniejsze.

Jak wygląda natomiast sytuacja z nawykami wyniesionymi z domu?

Sytuacja zazwyczaj jest bardzo analogiczna, jak ta w domu rodzinnym. Niemniej jednak każde pokolenie naturalnie stara się o podniesienie poziomu życia, korzystając z nadarzających się coraz to nowych okazji. Możliwość zarabiania w świece wirtualnym, otwarte rynki zbytu, bankowość elektroniczna i swobodny przepływ dóbr oraz informacji sprzyjają rozwojowi i stwarzają nowe szanse dla osiągnięcia większych korzyści finansowych. Prawda jest taka, że poziom na jakim żyli rodzice partnera czy partnerki często odpowiada poziomowi, do jakiego oni dążą (jeśli mieli w domu dobrobyt), lub od jakiego uciekają (jeśli żyli w biedzie).

Kobietom w związku zwykle zależy na tym, by mężczyzna myślał o pieniądzach. Polki chcą czuć się zarówno niezależne finansowo, ale także wspierane przez partnerów w zarządzaniu wspólnym budżetem. Chcą mieć pewność, że ich partner wie, jak przedstawiają się przychody, wydatki, ile mogą wydać na wakacje, a ile na remont. Pragną wiedzieć, że na Święta znajdą pod choinką prezent dla siebie i również same będą mogły go dla partnera kupić. Nikt z nas nie lubi rozczarowań… A takie właśnie zdarzają się, gdy kobieta słyszy od swojego partnera kolejną z rządu obietnicę, o tym co od niego dostanie lub gdzie z nim wyjedzie, po czym okazuje się, że oszacowanie wydatków i możliwości finansowych leży po jej stronie. Rozczarowanie i kłótnia gotowe! Jeśli kobieta słyszy od partnera obietnicę, to przyjmuje za pewnik, że nie będzie musiała się troszczyć o całą logistykę. W końcu czyja to obietnica? Po czyjej stronie leży odpowiedzialność jej spełnienie?

Myśląc o finansach, warto porozmawiać też o wspólnym nawyku oszczędzania, nawet jeśli wyniesione domowe wzorce propagowały zasadę Carpe diem!

Dobrze jest też pomyśleć o odkładaniu na zaspokojenie indywidualnych potrzeb po to, by nie kojarzyć sobie bycia razem z pożegnaniem się ze spontanicznymi przyjemnościami, które lubimy sobie sami sprawiać od czasu do czasu. Warto zatem przy podziale domowego budżetu uwzględnić wydatki osobiste jego i jej. Jak choćby kawa i gazeta w ulubionej kawiarni, seans w grocie solnej, czy wyprawa na ryby. Buduje to poczucie wolności w związku i sprawia, że nie uruchamia nam się skrót myślowy pod hasłem: ”jesteś w związku, pożegnaj się z wolnością.”

Oprócz środków na nasze indywidualne potrzeby, warto myśleć o finansowaniu realizacji wspólnych celów. Marzy Wam się podróż do Indii? Co możecie zacząć już dziś, by zbliżyć się do realizacji tego celu? Odkładanie na wspólne cele buduje poczucie wspólnoty i integruje, jak niegdyś kolacja domowników przy klepisku w centrum chaty.

Warto też pamiętać, że pieniądz w związku ma ogromną moc. Moc sprawczą, stwórczą, jak i niszczącą. Dzięki niemu można sprawić ukochanej/ ukochanemu prezent, spełnić marzenie, pomóc w realizacji indywidualnych zamierzeń, zaimponować. Można też w nieumiejętnym sposobie zarządzania finansami obnażyć swój brak zaradności, brak odpowiedzialności za dobro swoje, drugiej osoby i dobro wspólne, brak szacunku. Chciejmy zatem przejmować od siebie te nawyki i sposoby dbania o wspólny dobrobyt, które nam służą i zaspokajają ważne dla nas potrzeby. O pieniądzach, skoro są tak ważne, warto poważnie porozmawiać. W związku, żadne z partnerów nie powinno czuć się wykorzystywane finansowo.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Skuteczna firma windykacyjna

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Główny celem każdej firmy windykacyjnej jest pomoc wierzycielom przy ściąganiu niezapłaconych zobowiązań. Na rynku funkcjonuje wiele takich przedsiębiorstw, w związku z czym warto wybrać to najskuteczniejsze. Jak jednak ocenić efektywność danego windykatora? Czym jest skuteczna windykacja? Decyduje o tym kilka czynników

Główny celem każdej firmy windykacyjnej jest pomoc wierzycielom przy ściąganiu niezapłaconych zobowiązań. Na rynku funkcjonuje wiele takich przedsiębiorstw, w związku z czym warto wybrać to najskuteczniejsze. Jak jednak ocenić efektywność danego windykatora? Czym jest skuteczna windykacja? Decyduje o tym kilka czynników.

Czym jest firma windykacyjna?

Windykator może działać zarówno jako osoba fizyczna, jak również i osoba prawna – obecnie obowiązujące przepisy nie regulują wykonywania tego zawodu. W praktyce pozwala to w zasadzie każdemu na podjęcie działań mających na celu ściągnięcie wierzytelności innej osoby.

Firmy windykacyjne mogą działać w przeróżnych formach prawnych, dopuszczalne jest również wykonywanie takiej profesji w ramach tzw. działalności nierejestrowanej lub jednoosobowej działalności gospodarczej. Cel każdego windykatora jest jednak zawsze ten sam – ściągnąć od dłużnika zobowiązanie w możliwie pełnej wysokości i przy jak najkrótszym czasie. W praktyce to jak długo przyjdzie czekać wierzycielowi na odzyskanie swoich pieniędzy zależy głównie od skuteczności danej firmy windykacyjnej, ale także i zachowania samego dłużnika.

Od czego zależy skuteczność firmy windykacyjnej?

Efektywność firmy windykacyjnej zależy w głównej mierze od jej doświadczenia, a to zdobywa się z czasem. Wierzyciel może oczywiście wybrać tańszego windykatora, jednak w praktyce nie może on najczęściej pochwalić się wieloletnim doświadczeniem, które występuje w przypadku firm działających na rynku od wielu lat. Czas trwania danej firmy jest więc pierwszym ważnym wyznacznikiem, który może pomóc przy wyborze windykatora. Im dłużej działająca firma, tym większe prawdopodobieństwo jej skuteczności.

Kolejną ważną przesłanką są opinie klientów firmy windykacyjnej. Jeśli nie możemy ich odnaleźć lub jest ich bardzo niewiele, lepiej zastanowić się nad wyborem takiego windykatora. Oczywiście spora liczba negatywnych komentarzy powinna od razu skłonić wierzyciela do poszukiwań innej firmy windykacyjnej.

Skuteczne firmy windykacyjne dosyć często prezentują na swoich stronach internetowych efekty swoich działań pod postacią liczby i wartości odzyskanych długów (oczywiście z poszanowaniem ochrony danych osobowych wierzycieli oraz dłużników). Jest to następny wyznacznik efektywności danej firmy.

Nie bez znaczenia pozostaje również fakt przestrzegania przez daną firmę powszechnie obowiązującego prawa. Pamiętajmy, że windykatorzy są ograniczeni w swoich działaniach, tzn. nie przysługują im kompetencje zarezerwowane dla komorników (nie mogą m.in. dokonywać zajęć nieruchomości i innych składników majątkowych dłużnika, nie mogą informować o zadłużeniu pracodawcy i rodziny dłużnika). Jeśli firma windykacyjna miała zatarg z prawem lub stosuje niedozwolone metody odzyskiwania długów, będzie to widoczne nie tylko w komentarzach niezadowolonych klientów, ale także i rejestrach karnych. Dosyć często też informacje o nieuczciwej firmie windykacyjnej pojawiają się na łamach portali internetowych oraz gazet, ogłaszane są również przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Pojawienie się w takim zestawieniu powinno odciągnąć wierzyciela od wyboru danego windykatora.

Czy windykator gwarantuje odzyskanie długu?

Niezależnie od stopnia swojej skuteczności żadna firma windykacyjna nie powinna gwarantować swoim klientom 100% sukcesu jeśli chodzi o odzyskiwanie zaległych zobowiązań. Sytuacja prawa wierzyciela, jak i dłużnika może być bowiem bardzo skomplikowana, po stronie dłużnika może mieć miejsce przedawnienie długu, zaś sam windykator może również zaprzestać swojej działalności jeszcze przed odzyskaniem pełnej należności. Wszystko to powoduje, że niemożliwe jest zagwarantowanie odzyskania całego długu. Nie ma przy tym znaczenia czy wierzyciel wybierze młodego lub dużo bardziej doświadczonego windykatora. Jeśli firma zapewnia o sukcesie, powinno to być ostrzeżeniem dla każdego wierzyciela.

Skierowanie sprawy do windykacji nie oznacza więc, że w każdym przypadku uda się ściągnąć całe zobowiązanie. Oczywiście z drugiej strony firma windykacyjna, która działa na rynku już od dłuższego czasu pozwala przypuszczać, że jest dużo bardziej skuteczna niż młody windykator, który dopiero rozpoczyna swoją praktykę. Jeśli wierzyciel nie wie gdzie znaleźć odpowiednią dla siebie firmę, może skorzystać z rankingów firm windykacyjnych, których jest pełno w sieci. Oczywiście wybór jednego windykatora nie oznacza, że wierzyciel jest z nim związany na zawsze – podobnie jak w przypadku adwokatów lub radców prawnych, można zmieniać ich w zależności od potrzeby. Jeśli firma windykacyjna okaże się nieskuteczna, można ją prosto zmienić na inną, która być może okaże się bardziej efektywna w swoich działaniach.

https://www.inlegis.pl

Jeżeli zainteresował Państwa opisany wyżej temat, zapraszamy do kontaktu z Kancelarią (tel.: +48 793 101 800, +48 71 729 21 50 lub e-mail: kancelarie@inlegis.pl) - reprezentujemy klientów na terenie całej Polski.

Patron merytoryczny artykułu:

Kancelaria Wrocław - Radca prawny INLEGIS Kancelarie Prawne sp. z o.o. sp. k. ul. Podwale 83/7 50-414 Wrocław tel. 71 729 21 50]

  1. Psychologia

Zaufanie w związku – kiedy może prowadzić na manowce?

Bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze. (fot. iStock)
Bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze. (fot. iStock)
Z badań wynika, że jesteśmy strasznie podejrzliwi. W 2015 roku zaufanie wobec innych ludzi deklarowało jedynie 15,4 proc. Polaków. Ale wystarczy, że ktoś z tych innych zostanie naszym partnerem, by nasza ufność nie miała granic.

Oczywiście, są też osoby, które nie ufają partnerowi lub partnerce. Kontrolują, czytają esemesy i maile, rozliczają z każdej minuty, bez wytchnienia podejrzewając zdradę. Ale nie o nich chcę mówić. Chcę mówić o kobietach, które ufają tak bardzo, że oddają partnerowi kontrolę nad wspólnym majątkiem. Gdy związek się kończy, zostają z niczym. A często również z długami partnera.

Dookoła tyle rozwodów, a te kobiety jakby o tym nie wiedziały. Zachowują się tak, jakby ich związek miał trwać wiecznie, nawet gdy są już oznaki rozpadu. – Nie niepokoiła się pani tym, że nic do pani nie należy? – dopytuję na sesji. – Nie. Przecież mu ufałam – mówią zdziwione. Jasne, że jestem za tym, żeby ludzie sobie ufali. I żeby nie myśleli o rozwodzie, gdy są w dobrym związku. Ale bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze.

Aneta ma 48 lat, dorosłe dzieci i męża, który wyprowadził się z domu. Dom budowali razem, ale formalnie należy do jego matki, Aneta jeszcze mieszka w nim z córką, ale już wie, że będzie się musiała wyprowadzić. Dlaczego dom należy do jego matki? Ze względów podatkowych. Te względy podatkowe od początku odgrywały dużą rolę w ich życiu, ale Aneta się nimi nie zajmowała, podpisywała wszystko, co mąż dawał jej do podpisania. – Dlaczego? – pytam. – Bo on prowadził wszystkie nasze sprawy, ja zajmowałam się domem i dziećmi, chociaż formalnie firma była na mnie. – Dlaczego? – pytam znowu, bo chcę zrozumieć tę kolejną historię, w której on kontroluje wszystko i od początku ma ją w szachu. – Bo on miał długi w urzędzie skarbowym po swojej firmie, którą w końcu zamknął, więc następną założyliśmy na mnie, ale to on ją prowadził. Miał moje pełnomocnictwo, tylko czasem musiałam sama coś podpisać.

I wszystko było dobrze, jedno dziecko, potem drugie, budowanie domu, urządzanie, ona się tym wszystkim zajmowała, a on prowadził firmę i dawał jej pieniądze na życie. Dzieci dorosły, Aneta miała więcej czasu na spotykanie się ze znajomymi i on nagle zaczął podejrzewać ją o zdradę i robić awantury, w końcu wyprowadził się z domu i złożył pozew o rozwód. Może dlatego, że spotkał inną kobietę…? Ale bardziej dlatego, że chciał pozbyć się długów, które znów zaczęły mu ciążyć. Oddał więc żonie zarządzanie firmą, którą zadłużył na cztery miliony. W dodatku wyprowadził z firmy wszystkie maszyny, bo znów założył własną, i będą mu teraz potrzebne. Zrobił to wszystko tak sprytnie, że prawnicy nie dają Anecie wielkich szans. Będzie musiała znaleźć pracę, wynająć mieszkanie, spłacić cztery miliony długów, no a potem już będzie łatwiej.

Zuzanna ma 35 lat, dwoje kilkuletnich dzieci, jest rozwiedziona, pracuje naukowo. Mąż prowadził firmę, ale mu nie szło za dobrze. Miał długi w urzędzie skarbowym i w ZUS-ie, nie mógł dostać kredytu, więc Zuzanna wzięła kredyt na siebie, żeby pomóc mu wybrnąć z kłopotów. On wziął pieniądze, ale długów nie spłacił, za to znalazł nową kobietę i z nią zamieszkał. Zuzanna została z kredytem. Wystąpiła o rozwód i alimenty, zostały przyznane, ale komornik nie ma z czego ich ściągać, bo pierwszeństwo mają ZUS i urząd skarbowy, a i tak mąż nie wykazuje żadnych dochodów. Zuzanna spłaca kredyt, ale nie starcza jej na normalne życie. Za to mąż ma się świetnie. Przyjeżdża po dzieci dobrym samochodem, który formalnie należy oczywiście do jego nowej partnerki. Zabiera je do restauracji i na zagraniczne wakacje, ale na prośbę o alimenty lub spłatę własnego kredytu bezradnie rozkłada ręce. – Niestety, nie mam dochodów.

Ewa, 51 lat, była w zupełnie innej sytuacji. To ona prowadziła firmę, której on był współwłaścicielem. Założyli ją razem i przez lata prowadzili wspólnie, ale on coraz mniej się angażował, aż przestał zupełnie. Był zajęty swoim życiem osobistym. Zdradzał Ewę i oszukiwał w wielu sprawach, często wracał pijany w środku nocy. Miała dość. Dzieci są już dorosłe, postanowiła uporządkować własne życie. Chciała się rozwieść za porozumieniem stron, złożyła pozew i poprosiła męża, żeby się wyprowadził. Mieszkali w jej domu po rodzicach, on miał swoje mieszkanie sprzed ślubu. – Wyprowadzę się, jak przepiszesz na mnie swoje udziały w firmie – usłyszała od niego. Przepisała. – Dlaczego? – pytam zdziwiona. – Bo chciałam, żeby się wyprowadził. Mówił, że to nic nie zmieni, dalej tam będę pracować i tyle samo zarabiać, jedynie bez udziału w zyskach. To miała być jego rekompensata za rozwód – tłumaczy niewinnie. Ale mąż się nie wyprowadził. Nadal wraca w środku nocy pijany i robi awantury. Za to znowu zajął się firmą. Część udziałów sprzedał koledze, który stał się jego wspólnikiem. Razem podziękowali Ewie za współpracę.

Jak to jest, że na drodze potrafimy stosować zasadę ograniczonego zaufania, a w życiu lekceważymy sygnały ostrzegawcze? Każda z opisanych przeze mnie kobiet wiedziała, że jej mąż nie jest uczciwym człowiekiem. Ale wszystkie oddały mu władzę nad swoją sytuacją materialną. Żadna z nich nie zadbała o siebie. Z nadmiaru zaufania, naiwności, braku edukacji ekonomicznej, poczucia, że zadbanie o swoje interesy kłóci się z miłością…?

Kinga ma 29 lat i nowego chłopaka, z którym zamierza spędzić resztę życia, bo cudownie im razem. Jest tylko jeden drobiazg, który ją niepokoi. Ona płaci za wszystko. Za kino, obiad, taksówkę. Na początku on sięgał do kieszeni, ale okazywało się po chwili, że zapomniał portfela, nie zdążył do bankomatu albo karta mu się rozmagnesowała. Potem przestał sięgać i tłumaczyć, Kinga płaci więc za wszystko. – I jak się z tym czujesz? – pytam. – Niezbyt fajnie. Gdyby nie miał pieniędzy, nie byłoby sprawy, ale pracuje i zarabia, więc nie rozumiem sytuacji – przyznaje. – To dlaczego z nim o tym nie porozmawiasz? – To byłoby takie nieromantyczne!

Jeśli nie chcemy być wykorzystywane, warto dbać o swoje interesy. Nieromantycznie, ale za to bezpiecznie.

  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Myśli miliona warte. Jakie mamy nieświadome przekonania na temat pieniędzy?

„Zasługuję na to, by wydawać pieniądze” – to dobry skrypt, pod warunkiem że zachowujemy dyscyplinę finansową i nie wydajemy więcej niż zarabiamy. (Fot. iStock)
„Zasługuję na to, by wydawać pieniądze” – to dobry skrypt, pod warunkiem że zachowujemy dyscyplinę finansową i nie wydajemy więcej niż zarabiamy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Najczęstsza przyczyna kłopotów finansowych? Wcale nie kryzys! To skrypty zakodowane w nieświadomości: przekonania, lęki i oczekiwania związane z pieniędzmi. Jeśli je rozpoznasz, masz szansę na lepsze zarobki, spokój i zadowolenie. Ze stanu konta i z życia. Jak to zrobić? Czytaj dalej.

Ted Klontz, psycholog, coach finansowy i współautor książki „Wired For Wealth” („Ukierunkowanie na bogactwo”), dorastał w latach 40. ubiegłego wieku w ubogiej rodzinie w południowym Ohio. Pewnego dnia jego farmę odwiedził wuj, który kilka lat wcześniej opuścił rodzinne strony i dorobił się na handlu nieruchomościami. Czy rodzina była zadowolona, że mu się powiodło? Ależ skąd!

– Całe dzieciństwo słyszałem, jak na niego psioczyli – opowiada Klontz. – Uważali, że dorobił się, bo oszukiwał ludzi. Podświadomie zanotowałem: „jeśli chcesz być odrzucony przez rodzinę, miej pieniądze tak jak wuj”.

Klontz wyjechał z farmy, skończył studia, znalazł dobrze płatną pracę. Ale za każdym razem, gdy przybywało pieniędzy na koncie, szastał nimi na prawo i lewo. Potem rzucał się w wir pracy, by oddawać długi. Gdy przekroczył czterdziestkę, ze zgrozą zauważył, że nie ma żadnych oszczędności. – Zacząłem się zastanawiać, dlaczego nie umiem odłożyć pieniędzy, a jeśli nawet dużo zarobię, to wydaję to od razu – opowiada Klontz. – Aż odkryłem, że moimi finansami kieruje nieświadome przekonanie: „bogaci są źli, a wypchany portfel oznacza porzucenie przez bliskich”.

Każdy z nas ma w głowie taki skrypt finansowy, czyli ugruntowane, bardzo często irracjonalne przekonania na temat tego, czym są pieniądze, jaką rolę odgrywają w życiu, co można i powinno się z nimi robić. Uaktywniają się za każdym razem, gdy w grę wchodzi zarabianie, wydawanie, oszczędzanie. „Rozkazują nam” wysupłać ostatni grosz na kolejne buty, godzić się na marną pensję, inwestować w beznadziejne interesy czy drżeć przed biedą nawet wtedy, gdy mamy spore oszczędności. Za posłuszeństwo tym skryptom płacimy nie tylko odsetkami na karcie kredytowej, ale zdenerwowaniem, kłopotami ze zdrowiem i napięciami w relacjach z bliskimi. Dlaczego mają nad nami taką władzę?

Trochę mitu, trochę prawdy

„Pieniądze szczęścia nie dają”, „W życiu najważniejsze są pieniądze. Reszta przyjdzie sama”, „Pieniądze nie rosną na drzewach” – każda rodzina ma własne przysłowia i powiedzenia dotyczące pieniędzy. Jako dzieci bezkrytycznie przyswajamy te „motta”, które dają ramy naszemu skryptowi pieniężnemu. Oprócz tego obserwujemy rodziców i nieświadomie przejmujemy ich podejście do pieniędzy. Dlatego jeśli np. ciągle martwili się, że im nie starczy do pierwszego, możemy mieć głęboko zachwiane poczucie bezpieczeństwa finansowego. A jeśli w rodzinnym domu nigdy nie brakowało pieniędzy – przekonanie, że nie musimy się starać, bo pieniądze i tak się znajdą. Ci, którzy wychowali się w ubogich domach, nierzadko oszczędzają ponad miarę i mimo pokaźnej sumy na koncie wciąż czują się biedni.

Nierzadko skrypty pieniężne są – dla odmiany – efektem buntu przeciwko rodzicielskim nakazom. Jeśli rodzice uznają oszczędzanie za cnotę, to my wydajemy na prawo i lewo. Jeśli ambicją zamożnego ojca jest chwalić się bogatymi dziećmi, na złość możemy pracować w niskopłatnym zawodzie i ciągle nie mieć kasy. Z dzieciństwa wynosimy też skojarzenie pieniędzy z traumatycznymi sytuacjami. Gdy rodzice awanturują się o wydatki, nie rozumiemy, że tak naprawdę chodzi o zażyłość ojca z koleżanką z pracy. Kojarzymy: pieniądze równa się złość, strach, rozwód. Te silne emocje mocno zapisują się w nieświadomości i wpływają na kształt naszego skryptu pieniężnego.

Ted Klontz twierdzi, że w każdym skrypcie pieniężnym jest sporo prawdy. Dlaczego więc tak często wiodą na manowce? Bo mamy do nich bezkrytyczny stosunek, zbyt kurczowo się ich trzymamy i nie potrafimy dostrzec pułapek, które na nas zastawiają. Jak odkryć własny? Pomoże w tym pewne ćwiczenie.

Twój skrypt finansowy

Weź czystą kartkę i na górze napisz hasło „pieniądze”. Potem wypisz dziesięć słów, które kojarzą ci się z pieniędzmi. Zakreśl te, które mają negatywny wydźwięk. Zastanów się: Dlaczego mam takie skojarzenia? Skąd się wzięły? Jakie sytuacje z rodzinnego domu mogły wpłynąć na takie myślenie o pieniądzach? Przeczytaj poniższe opisy i przekonaj się, jaki skrypt pieniężny za tym stoi.

„Im więcej pieniędzy, tym życie jest lepsze” – według tego skryptu poczucie bezpieczeństwa, zadowolenia z siebie i satysfakcji z życia jest utożsamiane ze stanem konta. Dlaczego więc mimo pokaźnych oszczędności twoje życie wcale nie jest lepsze ani bardziej szczęśliwe? Bo im więcej energii i czasu poświęcasz pieniądzom, tym mniej masz go na to, co daje najwięcej szczęścia, czyli na spędzanie czasu z bliskimi, pomoc innym i zaangażowanie w pracę, która daje poczucie sensu.

„Pieniądze są złe” – ten skrypt często kieruje tymi, którym ciągle brakuje pieniędzy. Bo kojarzą się z podłością, oszustwem, przestępstwem i niemoralnością. Oczywiście, są ludzie, którzy wzbogacili się na nieszczęściu innych. Ale są też tacy, którzy dorobili się majątku ciężką pracą, talentem lub po prostu mieli szczęście. Mają udane rodziny i są szanowani przez pracowników. Dobrze pamiętać, że pieniądze nie są ani złe, ani dobre. To my decydujemy, czy wykorzystamy je w dobrych, czy złych celach.

„Nie zasługuję na pieniądze” – taki skrypt najczęściej mają osoby z niską samooceną, poczuciem odpowiedzialności za innych, pracujące w zawodach związanych z pomaganiem ludziom. Wydają szybko to, co mają, lub wybierają niskodochodowe zajęcia. Ten skrypt oznacza nie tylko brak stabilności finansowej, ale też niedocenianie siebie, swoich praw i możliwości. Odmawianie sobie nie tylko pieniędzy, ale też radości, szacunku i satysfakcji z tego, kim się jest i co się robi.

„Zasługuję na to, by wydawać pieniądze” – to dobry skrypt, pod warunkiem że zachowujemy dyscyplinę finansową i nie wydajemy więcej niż zarabiamy. Niestety, w kulturze konsumpcyjnej jesteśmy nieustannie zachęcani do zaspokajania kaprysów i zadłużania się. Rada dla tych, którzy kierują się tym skryptem: znajdź takie sposoby na poprawę nastroju, za które nie musisz płacić, np. spacer, miłe popołudnie z partnerem, spotkanie z przyjaciółką.

„Pieniędzy nigdy dość” – to skrypt dusigroszów, na dodatek uzależnionych od pracy. Takich, którzy zarabiają i oszczędzają. Oszczędzają też sobie cieszenia się przyjemnościami, za które trzeba zapłacić, sprawiania radości innym – bo to kosztuje. Rada: uwierz bliskim, jeśli zarzucają ci, że jesteś sknerą lub pracoholikiem. Zainwestuj w siebie i swój rozwój – umów się z coachem i dowiedz, jak docenić to, co masz i zadbać o siebie oraz bliskich.

„Pieniędzy zawsze starczy” – plus tego skryptu to poczucie bezpieczeństwa i optymizm. Minus: nieodpowiedzialność i brak myślenia perspektywicznego, uwieszenie się na rodzicach lub partnerze. Katastrofa jest wtedy, gdy rodzice odmówią finansowania dorosłej latorośli, a partner nie będzie w stanie dłużej być fundatorem lub po prostu odejdzie. Dlatego zawczasu warto opracować plan awaryjny i wcielać go w życie, np. co miesiąc odkładając jakąś sumę.

„Pieniądze są bez znaczenia” – to prawda, że nie kupimy za nie miłości, bliskości, satysfakcji z pracy czy rodzinnego szczęścia. Ale ten skrypt świetnie uzasadnia bezmyślne wydatki, głupie decyzje finansowe, niechęć do lepiej płatnej, ale bardziej wymagającej pracy. Czy nam się to podoba, czy nie, pieniądze mają znaczenie. Są potrzebne do tego, by wyjechać z przyjaciółmi na weekend, wyleczyć zęby czy kupić urodzinowy prezent partnerowi. By nie martwić się długami, tylko koncentrować na rozwoju osobistym i pracy.

„Dzięki pieniądzom jestem kimś” – owszem, można być kimś dobrze ubranym, bywającym w drogich restauracjach czy modnych kurortach. Ale czy kimś kochanym, lubianym i szanowanym? Pieniądze mają się tak do tego, kim jesteśmy, jak młotek do stolarza. To tylko narzędzie, które człowiek może mądrze wykorzystać. Po to, by czuć się bezpiecznie, mieć środki na przyjemności, pasje i ambicje.

Koniec z tabu

Jaki jest najbardziej rozpowszechniony skrypt pieniężny w naszych czasach? „O pieniądzach się nie rozmawia”. Bo to niegrzeczne, nieeleganckie, w złym stylu.

– W kulturze, gdzie seks traktuje się jak sport, a kretyński humor jest na porządku dziennym, pieniądze pozostają wciąż tematem tabu – twierdzi Deborah Price, psycholożka z Money Coaching Institute w Kalifornii. – Nawet w bliskich związkach rozmawianie o zarobkach, wydawaniu i oszczędzaniu jest dla wielu osób trudne. Dlaczego? Ponieważ zwykliśmy kojarzyć pieniądze nie tyle z zaspokojeniem potrzeb, co ze sobą: poczuciem wartości, kontrolą nad swoim życiem, potrzebą szacunku i miłości.

Rodzice Teda Klontza nie znosili bogatego wuja, bo był niezależny i otwarty na świat. Oni byli nieufni i bali się obcych. Wyjazd z Ohio odbierali jako opuszczenie ich, a odrzucenie przez wuja ich stylu życia – jako pogardę. Uświadomienie sobie tego wymagałoby od nich wysiłku intelektualnego i emocjonalnego. Łatwiej było psioczyć na wuja.

Jeśli z powodu skrępowania rozmawianiem o finansach nie nazwiesz swoich emocji i wyobrażeń z nimi związanych, to pieniądze – ich brak lub koncentracja na gromadzeniu – będą zastępować potrzeby, jakich nie chcesz sobie uświadomić. Dlatego na zakończenie zrób jeszcze jedno ćwiczenie: z przyjaciółką lub inną zaufaną osobą porozmawiaj o swoich pierwszych wspomnieniach związanych z pieniędzmi, o tym, jakie podejście do zarabiania i wydawania mieli twoi rodzice, kiedy pieniądze sprawiły ci radość, a kiedy przykrość. Pozwoli ci to poznać swoje wyobrażenia, emocje i przekonania związane z pieniędzmi oraz porównać je z przekonaniami innych. I przełamie tabu mówienia oraz myślenia o zarabianiu.

  1. Psychologia

Nadmiar bliskości w związku - jakie są granice prywatności?

Nasza potrzeba intymności powinna być uszanowana również w związku. (fot. iStock)
Nasza potrzeba intymności powinna być uszanowana również w związku. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Miłość to układ bez tajemnic? Otóż nie! Nadmiar bliskości może generować pewne problemy, a odpowiednia doza oddzielności podsyca zainteresowanie sobą – mówi psycholożka i psychoterapeutka dr Kinga Tucholska.

Jak rozumieć intymność w codziennej miłosnej relacji? Brytyjski socjolog Anthony Giddens napisał: „Niektórzy są zdania, że intymność może być duszna i przytłaczająca, i taka rzeczywiście jest, jeśli rozumieć ją jako żądanie nieprzerwanej bliskości emocjonalnej”. Kiedy tej bliskości robi się za dużo?
Każde żądanie, w tym żądanie intymności, samo w sobie jest przytłaczające. A pragnienie nieprzerwanej bliskości jest przytłaczające o tyle, że pozostaje w sprzeczności z naturą intymności, która nie może być stanem trwałym – przecież nawet między najbliższymi osobami poziom intymności się zmienia. Intymne będzie to, co moje, co dla mnie ważne i do czego mają wstęp tylko ci, których do tego upoważnię. Wszyscy mamy potrzebę intymności dla dwojga – w znaczeniu wchodzenia w bliskie relacje, dzielenia się sobą, tworzenia więzi, porozumiewania się i bycia rozumianymi na głębokim poziomie, po zdjęciu noszonych na co dzień masek... Intymność w tym rozumieniu oznacza szczególną bliskość – psychiczną i fizyczną – z drugą osobą.

Gdzie zatem przebiega granica, której nie powinno się przekraczać? Mamy dziś większe społeczne przyzwolenie na obnażanie swojej prywatności, czy jest zatem coś, co człowiek powinien jednak zachować dla siebie?
Granica intymności jest tam, gdzie ją sobie wyznaczymy. Każdy ustala ją indywidualnie – jest ona efektem życiowych doświadczeń, treningu społecznego oraz nabytych wzorców kulturowych. Znakiem naszych czasów jest rzeczywiście coraz większe społeczne przyzwolenie na pokazywanie tego, co intymne, na odsłanianie tajemnic. Dopóki sprzyja to zwiększaniu bliskości między ludźmi – jest dobre. Jeśli jednak obnażanie się ma jedynie skupić uwagę innych, pokazać, jak interesujący czy bezpruderyjni jesteśmy – służy manipulowaniu innymi i jest handlowaniem sobą.

A czy swobodne prezentowanie partnerowi własnej fizjologii jest nadużyciem intymności? Opowiadanie o miesiączkach, szczegółach porodu, choroby, depilacji?
Intymność oznacza pełną otwartość na siebie nawzajem, również na fizjologię. Na początku związku bywa ona mniejsza – gdy się poznajemy, staramy się przecież wytłumiać „intymne” odgłosy w toalecie, nie raczymy partnera widokiem obcinanych paznokci itd. W miarę zacieśniania związku nie robimy już problemów z rzeczy naturalnych, zwykłych i nie krępujemy się już sobą. I mimo, że na co dzień nie korzystamy z toalety przy partnerze czy nie obcinamy przy nim paznokci u nóg, to jednak przyjmiemy za naturalną jego pomoc, gdy zachorujemy i nie będziemy w stanie same wykonać tych czynności. Jednakże wymuszona bliskość, która nie ma zaplecza w postaci więzi psychicznej, oddala ludzi od siebie. Napięcie emocjonalne, które się wówczas pojawia, czyni ją nieznośną.

Czy stawiać mur między światem męskim a kobiecym, np. w tak prywatnej strefie, jaką jest korzystanie z łazienki, dbanie o urodę? Ukochana w maseczce z błota, a łazienka jest wspólna...
Reakcja na widok męskiej maszynki do golenia versus damskiej leżącej na widoku w łazience, intymnej bielizny obojga – to może być test tolerancji tego, co intymne, a co nie, w danym związku. Ale już podpaski w widocznym miejscu mogą razić, choćby tylko ze względów estetycznych. Podobnie błoto na twarzy, farba na włosach czy papiloty. Właśnie ze względów wizualnych możemy nie chcieć zmieniać podpasek nawet przy najbliższej osobie, nie zaś dlatego, że się wstydzimy czy krępujemy swojej fizjologii.

Czyli na dłuższą metę przekroczenie granic intymności odziera związek z tajemnicy?
Im głębszy związek, tym większa bliskość, tym bardziej przesunięte indywidualne granice prywatności, tym większy wspólny intymny świat dwojga. Nadmiar bliskości może generować pewne problemy. Zainteresowaniu sobą sprzyja pewnego rodzaju oddzielność. Stan fuzji, w którym partnerzy wszystko o sobie wiedzą i czują jak jedno, może być pierwszym krokiem do zaniku wzajemnego zainteresowania, także erotycznego. Odrębność i pewna doza tajemniczości – ale nie ukrywanych tajemnic – wzbudza zainteresowanie i podtrzymuje napięcie. Sekret i w tym przypadku wydaje się tkwić w znalezieniu dynamicznego punktu pomiędzy wzajemną bliskością a odrębnością, indywidualnością każdego z partnerów.

Co prowokuje ludzi do łamania granic prywatności w związku?
Może to być skrajna ciekawość, a lepiej chyba powiedzieć wścibstwo, które zwykle związane jest z potrzebą kontroli nad sytuacją i partnerem. Przeglądanie kieszeni, zaglądanie do czyjejś komórki może też wynikać z niepewności i lęku – że dzieje się coś złego, o czym nie wiem, a czemu – poznając prawdę – mogłabym zapobiec. Naruszenie intymności wywołuje złość, a równocześnie poczucie bezradności, upokorzenia i utratę zaufania do osoby, która się tego dopuściła. Odbierane bywa jako zdrada, a nawet gwałt. Bardzo często ten brak zaufania zostaje później przeniesiony na innych.

Co w takim razie z bliskością fizyczną? Kiedy przyzwolenie na dotyk może być przekroczeniem intymności?
W zależności od rodzaju związków łączących ludzi teoretycy wyróżniają tzw. kategorie haptyczne (związane z dotykiem): dotyk społeczny (gdy podajemy na przywitanie rękę nowo poznanej osobie), dotyk zawodowy (fryzjera – gdy masuje naszą głowę), dotyk przyjacielski (ciepły), dotyk miłosny (będący sygnałem więzi uczuciowej, np. w stosunku do dziecka), dotyk seksualny (zmysłowy, namiętny) itp. W każdym z tych przypadków dotyk pozytywny, dobry – to taki, na który dane jest przyzwolenie i który odbierany jest jako przyjemny. Zgoda na dotyk jest zaproszeniem do przestrzeni osobistej. Dotyk, na który nie ma przyzwolenia lub który u dotykanego budzi zawstydzenie – to zły dotyk, gwałcący granice intymności. Pragnienie dotykania i bycia dotykanym jest naturalną, fizjologiczną potrzebą człowieka, bardzo mocno związaną z innymi potrzebami: bezpieczeństwa, kontaktu, stymulacji i intymności. Na poziomie cielesności ściśle się one przenikają. To dlatego starożytni gotowi byli przyjąć, że skóra, ciało jest jedynie pośrednikiem w przekazywaniu wrażeń dotykowych, a właściwym zmysłem, organem dotyku jest dusza lub serce. Coś z tej intuicji pozostało do dziś. O sprawach znaczących emocjonalnie i poruszających mówimy przecież, że nas bardzo dotknęły. Czyjś dotyk może więc przeniknąć nas do żywego.

Intymność a seks. Czy te dwie sfery są ze sobą tożsame?
One się przenikają, ale nie są ze sobą tożsame. Intymność cielesna, czyli obdarzanie się czułym, przyjemnym dla obu stron dotykiem, może prowadzić do kontaktu seksualnego, ale nie musi. Nawiasem mówiąc, to, jak często partnerzy dotykają się wzajemnie w nieseksualny sposób, to, czy czerpią przyjemność z bycia blisko siebie w sensie fizycznym – może być jednym ze wskaźników jakości ich związku. Bywa i tak, że ktoś decyduje się na przygodne kontakty seksualne, by doświadczyć samego dotyku, objęcia, przytulenia. Wiadomo też, że nie jest warunkiem koniecznym dla seksu osiągnięcie intymności, bliskości psychicznej. Jeśli jednak ona jest, seks nabiera innej jakości. Jest szansą na doświadczenie i pogłębienie bliskości fizycznej i psychicznej.

Dlaczego intymność, prywatność domaga się uszanowania?
To, co intymne, prywatne jest wartością samą w sobie, dlatego że jest integralną częścią „ja”. To, co mam w torebce, jest częścią mnie samej. To, jakie emocje przeżywam, co kocham, czego się boję – to cała ja. Tak moje „ja” istnieje, tak się wyraża – poprzez zawartość torebki, poprzez emocjonalne przeżycia. Nienaruszanie tego, co moje (przestrzeń mojego biurka, zawartość folderów w osobistym komputerze, moje uczucia), jest wyrazem szacunku dla mnie samej – inaczej odbieram to jako sygnał lekceważenia. Prywatność stanowi istotny warunek osobistego bezpieczeństwa. Przestrzeń prywatna, intymna, to taka, w której jesteśmy najbardziej sobą, odprężeni, swobodni, w której czujemy się bezpiecznie. Nikt nie ma prawa do niej wtargnąć. Możemy do niej ewentualnie kogoś zaprosić.