1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Nie jestem macho... Czy zawsze jesteśmy za równouprawnieniem?

Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Nie jestem macho. Czy kobiety mi wybaczą? - Archetypy związane z płcią, mimo dążenia do równości, są w nas mocno zakorzenione. (fot. iStock)
Anna, 48 lat, elegancka, zadbana, na pierwszy rzut oka widać, że to kobieta sukcesu. I rzeczywiście. Od wielu lat zajmuje coraz wyższe stanowiska w korporacji. Uwielbia swoją pracę, nie wyobraża sobie bez niej życia. Oprócz tego ma dom, kochającego męża, z którym rok temu obchodziła srebrne gody, oraz dwoje dorosłych już dzieci. Zadowolona, pewna siebie, spełniona. A jednak coś ją dręczy.

– Myślę o rozwodzie – wyznaje w końcu, choć jeszcze chwilę wcześniej kreśliła ciepły obraz swojego małżeństwa. Rzecz w tym, że jej mąż od roku nie ma pracy. – Twierdzi, że szuka, ale wszystko, co znajdzie, jest poniżej jego aspiracji. Ja uważam, że nie powinien wybrzydzać. Niech by poszedł choćby do pracy fizycznej. Ale on siedzi w domu.

– I co robi? – pytam, podejrzewając depresję.

– Pierze, gotuje, sprząta, prasuje, czyta, słucha muzyki, uprawia ogródek. To on zawsze zajmował się domem i dziećmi. Ale dzieci są już dorosłe i nie potrzebują opieki.

– A dobrze się nimi zajmował?

– Doskonale. Mogłam spokojnie pracować. Dla niego praca nie była tak ważna jak dla mnie. Naprawdę lubi sprzątać i czekać na mnie z obiadem.

– To świetnie się państwo dobrali.

– Ale przecież mężczyzna powinien pracować, a nie siedzieć w domu.

Tyle się mówi o nieodpłatnej pracy kobiet, że to jak drugi etat, że powinna być opłacana, a my same nie traktujemy jej jak pracy. Oburzamy się na określenie „siedzieć w domu”, bo co to za robota przy dwójce dzieci, ale gładko przechodzi nam ono przez usta, gdy „siedzi” ktoś inny, a nie my.

– Czy mąż powinien pracować ze względów finansowych? – pytam.

– Nie, nie ma takiej potrzeby. Zarabiam dużo, wystarczy na nas dwoje.

Przez kilka lat pracował. Potem na świat przyszły dzieci. Później znów znalazł pracę, ale po kilku miesiącach firma, która go zatrudniała, splajtowała. Założył więc własną, wspólnik go jednak oszukał i został z długami. Ponownie znalazł pracę, ale jak tylko spłacił długi, rzucił ją. Podobno nie odpowiadała mu atmosfera. Potem zatrudniał się jeszcze kilka razy, miał coraz krótsze przebiegi, w każdej firmie coś było nie tak, rezygnował.

– Ma 52 lata i niezbyt zachęcające CV, co chwila przerwy. Właściwie nie dziwię się, że nie może znaleźć nic dobrego. Ale niech znajdzie cokolwiek – mówi Anna.

– Przecież już kilka razy to zrobił, tyle że rzucił – przypominam.

– On nie umie przystosować się, nie umie być ani podwładnym, ani szefem.

– Ale świetnie sprawdza się w domu?

– Wszystko potrafi zrobić. Kobiety narzekają, że wszystko na ich głowie, a ja mogę spokojnie pracować.

Więc skąd te myśli o rozwodzie? Ano stąd, że wszyscy wokół twierdzą, że Anna daje się wykorzystywać. Koleżanki w pracy żartują, że mniej by ją kosztowało, gdyby wzięła Ukrainkę do prowadzenia domu i kochanka. „Jak tam twój Ludwiczek?” – pytają lekceważąco. Mama Ani wciąż się martwi, że córka tak ciężko pracuje, żeby utrzymać męża darmozjada. Ejże, darmozjada?!

Domagamy się równości i partnerstwa, ale co innego kobieta, a co innego mężczyzna. O kobiecie w tej samej sytuacji co ów „darmozjad” mówimy zwykle, że poświęciła się dla męża i dzieci. To wyłącznie kobiecy przywilej, z którego co niektóre potrafią korzystać.

Beata, lat 56. Kiedy trzydzieści lat temu poznała przyszłego męża, od razu wiedziała, że zostanie jego żoną. Nie, nie zakochała się od pierwszego wejrzenia. To on zakochał się w niej bez pamięci. Był wykształcony, zaradny, obrotny, uznała, że przy nim nie zginie. Ona była delikatna, nieśmiała, nie chciała sama mierzyć się z życiem. I przez wiele lat wszystko grało. Beata nie pracowała zawodowo, on zapewniał jej wygodne życie.

Na świecie pojawiły się dzieci, był wspaniałym ojcem. To on je kąpał, opowiadał bajki na dobranoc, Beata wieczorami była zbyt zmęczona. On robił zakupy, a w dodatku obsypywał ją kwiatami.

– Nie kochałam go, ale wiedziałam, że zawsze mogę na niego liczyć. Byliśmy dobrym małżeństwem, bardzo o mnie dbał – wspomina.

I nagle się zepsuł. Zaburzenia psychiczne, trafił do szpitala. Beata została sama z trójką dzieci. Była przerażona. Wpadła w depresję. Dziećmi na szczęście zajęła się jej siostra.

Mąż w końcu wrócił do domu, ale odmieniony. Stwierdził, że jej nie kocha, że to wszystko jej wina, że nie będzie więcej pracować. Nie pomogły prośby ani groźby. Przeszedł na rentę i siedzi w domu.

Beata nie może na niego patrzeć. Strasznie ją zawiódł. Gdyby nie jej rodzina, nie miałaby z czego żyć. A miał być opoką. Wzięła rozwód. Z jego winy. Ale co z tego, skoro nie może go wyeksmitować z mieszkania? Gdyby jej się to udało, może jeszcze ułożyłaby sobie życie…

Beata to kobieta w pewnym wieku. Idea partnerstwa nigdy nie była jej bliska. Co innego Eliza, lat 26, inne pokolenie. Atrakcyjna, świetnie wykształcona, stawia na karierę zawodową, ale jest już kobietą po przejściach, o których szybko chciałaby zapomnieć. Nieudane małżeństwo, szybki rozwód z jej inicjatywy. Na szczęście nie mieli dzieci.

Zaciągnęli jednak wspólny kredyt na mieszkanie. Po rozwodzie ona w nim pozostała, bo bardzo je lubi. On powrócił do swojego przedślubnego, lecz dalej spłaca połowę kredytu. Teraz chciałby sprzedać mieszkanie i oddać dług bankowi, ale Eliza się na to nie zgadza. Nadal chce tam mieszkać, a on bez jej zgody nic nie może zrobić.

Kiedy pytam, czy nie boi się, że przestanie płacić, odpowiada: – To komornik wejdzie mu na pensję. Połowa kredytu jest na niego. Ja jego części nie zamierzam płacić.

Nie znam się na tych przepisach, ale faktem jest, że on płaci, a ona mieszka i ani myśli z tego rezygnować.

– Jestem kobietą, byłam jego żoną, nie zamierzam wyjść z małżeństwa tak jak weszłam – Eliza nie ma żadnych wątpliwości.

A ja mam coraz więcej. Chyba nie tylko mężczyźni nie dojrzeli do partnerstwa.

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie?
Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją?
Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości?
Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą.
Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza.
Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem.
Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry.
Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz.
Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program?
Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić?
Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić?
Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas.
Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc.
Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia?
Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują?
Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział.
Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu.
Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Depresja poporodowa - smutek nad kołyską

W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie. (Fot. iStock)
Dopada matki noworodków częściej, niż się wydaje. Nie wolno jej lekceważyć. Czym jest depresja poporodowa wyjaśnia dr Ewa Woydyłło. 

Kobieta w ciąży z niecierpliwością oczekuje na maleństwo, a potem zamiast fali szczęścia ogarnia ją przygnębienie. Jak to możliwe? To problem, który dotyka statystycznie 10–15 procent kobiet po urodzeniu dziecka, a o którym mało się mówi. Nazywa się depresja poporodowa (w skrócie PPD: Post Partum Depression) i jak każda depresja objawia się obniżonym nastrojem, zniechęceniem, smutkiem, płaczliwością, drażliwością, zaburzeniami snu. Czasami towarzyszy temu brak apetytu lub – wprost przeciwnie – wilczy apetyt. Dochodzi do tego strach i zamartwianie się o zdrowie: swoje i dziecka, czasem spadek zainteresowania maleństwem, uczucie beznadziei i bezradności. Snują się po głowie ponure myśli, np.: „nie poradzę sobie, na pewno coś robię nie tak, jestem złą matką...”.

Pierwszą książką na temat depresji poporodowej, jaką miałam w ręku, była autobiograficzna opowieść 38-letniej gwiazdy Hollywood Brooke Shields, zatytułowana „Lunął deszcz: Moja przeprawa przez depresję poporodową” (wyd. Hyperion, 2005 r.  – przyp. red.). Ta książka zapoczątkowała w USA tzw. antistigma crusade – akcję społeczną mającą na celu uwolnienie od piętna osoby dotknięte tym problemem, niesprawiedliwie potępiane przez otoczenie. Autorce chodziło o pokazanie na własnym przykładzie niepojętego dla większości ludzi załamania nerwowego matek noworodków. Brooke Shields zaszła w ciążę po długim procesie leczenia bezpłodności i urodziła zdrową córeczkę. Upragnione macierzyństwo nie sprawiło jej jednak radości. Po porodzie pogrążyła się w smutku i niechęci do wszystkiego, a zwłaszcza do zajmowania się dzieckiem. Książka wywołała wielką dyskusję, a problemem zainteresowały się nie tylko inne młode matki i ich rodziny, lecz także lekarze i terapeuci.

Czy depresja poporodowa to efekt burzy hormonalnej? Zmiany nastroju zależą od tego, co się dzieje w mózgu. To tam jest źródło tego, że czujesz się przygnębiona albo nie chce ci się wstawać i popadasz w apatię. W organizmie kobiety po porodzie rozgrywa się, tak jak pani mówi, prawdziwa burza hormonalna. W momencie przyjścia dziecka na świat następuje gwałtowny spadek poziomu estrogenu i progesteronu. Niektóre kobiety doznają podobnego stanu w okresie przedmiesiączkowym, kiedy też obniża się poziom owych hormonów, powodując pogorszenie nastroju, płaczliwość, niepokój (tzw. syndrom PMS). Po porodzie zmniejsza się również wydzielanie hormonu tarczycy, a wraz z tym następuje spadek aktywności. W momencie gdy te trzy elementy się zbiegną, obniżony nastrój gotowy. Ale rozchwianie hormonalne nie jest jedyną przyczyną depresji poporodowej.

Co jeszcze może ją wywołać? Przyczyną tego zaburzenia jest także wyczerpanie fizyczne i psychiczne położnicy. Zmęczenie ciążą, porodem, napięciem i stresem, które czasami wiąże się z rozmaitymi lękami: czy urodzi się zdrowe dziecko, czy bardzo będzie bolało, czy mąż nie odejdzie, czy zachowam urodę, czy nie stracę ładnej sylwetki, czy nie będę miała rozstępów na brzuchu... Sam poród niekiedy pozostawia nieludzkie zmęczenie. Potem następują tygodnie i miesiące, które toczą się w całkowicie innym rytmie. Jeżeli kobieta traktuje swoje nowe zadania bardzo poważnie i w niczym sobie nie odpuszcza albo nie ma nikogo do pomocy, to obowiązki zaczynają ją przerastać i może wpaść w psychiczny dół. Dziś wokół młodej matki nie stoi kilkanaście dorosłych kobiet – ciotek, nianiek czy mamek, jak to bywało dawniej. Pozostawiona sama sobie, bez doświadczenia, z całkowicie zależnym od niej maleństwem, często zwyczajnie sobie nie radzi. Kiedyś dostałam od znajomych kartkę: „Nasz Krzysio skończył trzy miesiące, a my się czujemy, jakbyśmy trzy miesiące temu wsiedli do pociągu, który nie zatrzymuje się na żadnej stacji i w dodatku nie mamy miejsc siedzących”.

Na wymienione czynniki biologiczne często nakładają się przyczyny o charakterze społecznym czy interpersonalnym. Na przykład to, czy tylko kobieta, czy także partner i cała rodzina czekali na dziecko z radością. A może było przeciwnie? Może kobieta nie ma stałego partnera, może ciąża była przygodna... To wszystko ma wpływ na to, co czuje, myśli i przeżywa matka noworodka.

Czy depresja pojawia się zaraz po porodzie? W ciągu pierwszego roku po urodzeniu dziecka depresja może wystąpić w dowolnym momencie, wcale nie natychmiast po porodzie. Czasami kobieta przez pewien czas jakoś się trzyma, ale w końcu sił jej braknie i przychodzi załamanie.

U niektórych matek pojawia się tzw. baby blues – stan przypominający depresję, ale przebiegający łagodnie i mijający samorzutnie po kilku dniach. Ale jeśli depresyjne objawy nie ustąpią w ciągu dwóch tygodni, to należy udać się do lekarza. Przedłużających się objawów depresji nie wolno lekceważyć. Lekarz powinien postawić diagnozę i zalecić odpowiednie leczenie. Są już leki przeciwdepresyjne, które może przyjmować nawet karmiąca matka, zresztą nie zawsze konieczne. Wielu kobietom skutecznie pomaga psychoterapia. Najczęściej jest prowadzona metodą poznawczą, tzn. terapeuta nie pyta o dzieciństwo, nie wchodzi w głębokie analizy, tylko sugeruje, w jaki sposób można usprawnić swoje funkcjonowanie. Najlepiej jeśli kobieta przyjdzie z partnerem, bo jest z nim na co dzień i mogą dać sobie najwięcej wsparcia. Nieporozumienia pomiędzy nimi wynikają czasem z tego, że on nie wie, co ona czuje, ona się nie domyśla, czego on by chciał... – i trzecia osoba w postaci specjalisty może im tę rozmowę o emocjach i wzajemnych oczekiwaniach ułatwić. Bo nie chodzi tylko o jakość życia kobiety, lecz także dziecka, a za to odpowiedzialni są oboje rodzice.

A jeśli ojciec dziecka gdzieś odfrunął albo nie jest gotów na taką pomoc lub uważa, że to są babskie sprawy – to takiej kobiecie trzeba zapewnić grupę wsparcia, grupę innych matek. We wspólnej rozmowie uświadamiają sobie, że w swoich problemach nie są odosobnione, że inne też przez to przechodzą.

Ale kobieta często wstydzi się albo boi komukolwiek mówić o złym samopoczuciu, żeby nie uznano jej za wyrodną matkę. Tłumaczy więc sobie: „Jestem zmęczona, niewyspana, popłaczę w poduszkę i samo przejdzie”. W końcu prawdopodobnie kiedyś przejdzie, tylko że skutki tego mogą się bardzo długo ciągnąć. Nie mówiąc już o tym, że utrata pierwszych miesięcy nawiązywania kontaktu z dzieckiem, uczenia się, jak być matką, jak przeżywać macierzyństwo – może zostać zaprzepaszczona na zawsze. Kobieta nigdy już tego nie nadrobi, więc pozostanie w niej poczucie winy, wielkiej straty, krzywdy. Leczenie depresji poporodowej jest zresztą dość proste. Bywa, że kobieta bierze udział w psychoterapii przez kilka tygodni, ale czasami wystarczy jedna wspierająca rozmowa.

Do czego może prowadzić nieleczona depresja poporodowa? Może stać się przewlekła, przerodzić w chroniczny stan pesymistyczny. Młoda matka nabierze negatywnego stosunku do siebie. Jej depresyjne stany odczuwa także dziecko – staje się nerwowe, płaczliwe, nie rozwija się harmonijnie. Wtedy ona myśli, że jest złą matką i będzie się do dziecka odnosić albo nadopiekuńczo, albo niechętnie. Narastanie obniżonego nastroju rzutuje więc nie tylko na relację matki z dzieckiem, ale i na stosunek dziecka do matki, bo ono nie dostaje od niej uśmiechu, pieszczoty, tylko irytację, złość, płacz. Wprawdzie nie rozumie słów, ale odczytuje sygnały emocjonalne, odczuwa, czy matka jest szczęśliwa, czy nie. A ponieważ depresja powoduje, że kobieta czuje się nieszczęśliwa, to u małego człowieka może pojawić się przekonanie, że to on jest źródłem tego nieszczęścia, co w jakimś sensie jest prawdą.

Jaką rolę powinni odegrać bliscy młodej matki? Domownicy nie powinni lekceważyć jej złego samopoczucia, mówiąc: „Przestań, nie marudź, tak chciałaś tego dziecka, a teraz płaczesz, daj spokój, weź się w garść, zajmij się wreszcie małym, jak na prawdziwą matkę przystało”. Bliscy powinni skierować ją do lekarza – jeśli jeden nie pomoże, trzeba iść do drugiego. Nie wolno kobiety zostawić z tym problemem samej, bo może sobie z nim nie poradzić. To jest trochę tak, jak ze złamaną nogą – jeśli nie włożysz jej w gips, to będziesz kuleć.

Kobiecie, która wychodzi z połogu, trzeba możliwie szybko pomóc powrócić do normalnego życia. Zwłaszcza jeśli do tej pory była czynna zawodowo i lubiła swoją pracę. Najpewniej, gdy decydowała się na macierzyństwo i traktowała je poważnie – przeżywała wielki stres związany z tym, czy uda jej się powrócić do tego, czym się wcześniej zajmowała. Może też pojawić się tęsknota do siebie sprzed porodu: „Byłam zgrabna, szczupła, pięknie ubrana, brałam udział w życiu publicznym, a teraz jestem non stop zajęta tylko dzieckiem i nie mam światu nic do zaoferowania”. To dołujące myśli. A jeżeli jeszcze rodzina, zwłaszcza partner, nie docenia jej w roli matki, to już samo to może spowodować depresję.

Czytałam o kobiecie, która po porodzie targnęła się na życie swego dziecka. Czy za to też należy winić depresję? Nie depresję, lecz jeszcze inny rodzaj problemu – psychozę poporodową. Dotyka kobiety, które mają do tego pewne predyspozycje, nie są przygotowane na ciążę lub bardzo ciężko ją przechodziły. Psychoza charakteryzuje się – oprócz stanów depresyjnych – także urojeniami, oderwaniem od realnego życia. Zdarza się rzadko, może jednej kobiecie na tysiąc. Będąc w stanie psychozy matka obsesyjnie myśli, żeby dziecku zrobić coś złego, lecz bardzo rzadko kończy się to tragicznie.

Pamiętam pacjentkę, która miała już dorosłe dziecko, ale w pamięci ciągłe poczucie winy: kiedy urodziła synka, cały czas uporczywie myślała o tym, żeby wyrzucić go przez balkon. Nigdy nie podjęła takiej próby, ale mówiła, że musiała być bardzo czujna i ostrożna, by tego nie zrobić. To troszeczkę przypomina lęk wysokości – ludzie, którzy cierpią na tę fobię, nie mogą wchodzić na balkon, nie dlatego, że boją się, że ten się pod nimi oberwie, tylko że spojrzą w dół i... wyskoczą. Niektóre matki cierpiące na psychozę poporodową dręczą również myśli, żeby targnąć się na własne życie. To zaburzenie schizoidalne – polega na rozszczepieniu: z jednej strony jestem sobą, a z drugiej jest coś we mnie, co mnie od tego realnego życia odrywa. To niebezpieczne, ale na szczęście dotyka niewielu kobiet.

  1. Psychologia

Depresja u osób starszych - czy to zjawisko normalne?

- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Czy stany depresyjne u ludzi w podeszłym wieku są czymś normlanym? „Absolutnie nie!” – protestuje dr Ewa Woydyłło. „Jesień życia może być kolorowa”. 

Często słyszymy: „starość się Bogu nie udała”. Czy pani też tak uważa?
Bogu wszystko się udało, także starość, tylko człowiek zaczyna to poprawiać. Gdyby nie ingerencja medycyny, to tylko bardzo zdrowi ludzie dożyliby później starości. Wtedy nie obserwowalibyśmy tylu niezdolnych już do samodzielności staruszków. Ale my odkryliśmy sposoby na przedłużanie życia – mamy lekarstwo na każdą infekcję, schorzenie... Drzewo wiadomości dobrego i złego w przypowieści o Adamie i Ewie jest w jakimś sensie odpowiedzią na to, co człowiekowi tak bardzo się teraz nie podoba. To skutek tego, że Adam skusił się na to jabłko...

Ale starość jest smutna, bo wiąże się z nią wiele różnych dolegliwości i ograniczeń...
No tak, ale byłoby ich znacznie mniej, gdybyśmy pozwalali człowiekowi odchodzić w sposób naturalny, a my często przeciągamy czyjeś życie aż do degeneracji komórek, które nie mają przecież zdolności do wiecznego funkcjonowania.

Ludzie w podeszłym wieku, we wspaniałej formie, i fizycznej, i psychicznej, się zdarzają, ale to statystyczna rzadkość. Większość ludzi, którzy dożywają dziś 90 czy więcej lat, zawdzięcza to medycynie. Obecna średnia życia to efekt pomocy medycznej, bo biologicznie człowiek nie zmienił się aż tak bardzo od tysięcy lat.

Bliscy osoby starszej, która wpada w stany depresyjne, mówią nieraz: „w tym wieku to normalne”. Czy rzeczywiście objawy depresji u seniorów są naturalnym odruchem psychicznym?
Absolutnie nie! Jeśli nawet przychodzą lękowe chwile, to są to tylko chwile. A chwila, nawet przykra, przerażająca... – przemija. To nie depresja. Z depresją jest zresztą tak, że częściej dotyka ludzi około 60. niż później. W tym bowiem okresie życia umiera wielu ich znajomych, bliskich lub najbliższych, a to przygnębia, czasem nawet załamuje. Ale przecież dwudziestolatek, który traci kogoś kochanego, też bardzo to przeżywa. Więc są to sprawy uniwersalne, niezależne od wieku. Z tą tylko różnicą, że u osób w podeszłym wieku te straty się kumulują.

W wieku 60 lat większość kobiet przechodzi na emeryturę, i starsi o 5 lat mężczyźni – czy to nie powód do apatii, przygnębienia...?
Z przejściem na emeryturę jest jak z każdą zmianą – jeśli była wyczekiwana, to jest szczęściem. Osoby, które pragnęły uwolnić się od kieratu pracy zawodowej, wreszcie robią to, na co wcześniej nie miały czasu – zajmują się wnukami, pielęgnują ogródki, podróżują, czytają książki... One czekały na tę wolność i smakują ją jak truskawki z bitą śmietaną.

Czy zawsze smakują? Znam takie osoby, które też niby czekały na emeryturę, a kiedy przestały pracować zawodowo, wpadły w czarną dziurę.
Jeśli „niby” czekały, to ja nie będę zgadywać, ale jeżeli ktoś naprawdę czeka, to może przez chwilę nie potrafić znaleźć sobie miejsca, ale wkrótce wypełnia wolną przestrzeń tym, co wcześniej było w jego życiu na drugim planie. Takie osoby nie zapadają w depresję.

Znakomicie pokazuje to film „Schmidt” Alexandra Payne’a z Jackiem Nicholsonem w roli 66-letniego emeryta. Pan Schmidt osiągnął sukces w zawodzie – w dniu przejścia na emeryturę firma zorganizowała mu pożegnalny benefis. Miał kochaną żonę, ustawioną życiowo córkę, wiernych przyjaciół, pełne konto w banku..., a jednak poczuł się wyrzucony na aut, zbędny. Wcisnął się w szlafrok i bezmyślnie przerzucał kanały telewizyjne. Nic go nie cieszyło. Kiedy rok później umarła mu nagle żona, wpadł, jak to pani mówi, w czarną dziurę. Ale potem wyruszył w podróż i zaczął uczyć się nowego życia. Bo każda zmiana wymaga nauczenia się nowych rzeczy.

Ale trzeba mieć do tego chęć.
W tych sprawach to nie nazywa się „chęć”, a raczej „pokora”. Jeśli życie nas przerasta, trzeba do pewnych spraw podejść z pokorą, dostosować się, zaakceptować to, co jest, zmienić pewne nawyki...

Oczywiście, ze starości nie ma się co cieszyć, pojawia się świadomość, że niedługo zgasną światła, a podoba mi się w tym cyrku – więc zawsze towarzyszy temu uczucie pewnego żalu. Ale przecież wiadomo, że kiedyś te światła zgasną. Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan. Lepiej większą uwagę skierować na innych i zapytać siebie: „Co ja jeszcze mogę KOMUŚ po sobie zostawić?” – to może być wnuczek, sąsiadka, kościół, do którego będę codziennie chodzić i podlewać kwiaty.

Wielu ludziom bardzo trudno przychodzi jednak zaakceptowanie zmian i ograniczeń związanych ze starością.
Niektórym ludziom trudno zaakceptować cokolwiek, nawet gdy mają 20 lat. Jak się dobrze rozejrzymy, to zobaczymy tyle samo przygnębionych i zgorzkniałych trzydziestolatków, co ludzi starszych. To nie przychodzi tylko z końcem życia. Jeśli ktoś nie potrafił zaakceptować utraty jakiegoś życiowego daru, jak miał 20 lat, to trudno mu przyjdzie to zrobić także wtedy, gdy będzie mieć 115.

Nie tylko ciało się starzeje, mózg także...
To zasmuca, ale między „zasmuca” a „wpadam w depresję” jest ocean różnicy. Kogoś zasmuca na przykład to, że nie może już jeździć na nartach, że nie urodzi dziecka..., ale może jeszcze przeczytać książkę, pójść na koncert, zrobić pyszne konfitury z wiśni, może zrobić wiele rzeczy, by sprawić sobie radość. Bywa, że człowiek jest smutny, przygnębiony, bez względu na to, czy pracuje, czy nie. Bo dużo zależy od charakteru, osobowości – jedni są bardzo otwarci na nowe, inni zamknięci.

Często, kiedy prowadzę samochód, włączam sobie płytę z balladami Bułata Okudżawy – w jednej śpiewa, że człowiek mądry, rozumny lubi się uczyć, jest ciekawy nowych rzeczy, a durak lubi pouczać, uważa się za najmądrzejszego, myśli, że wszystko wie najlepiej, niczego nie musi się już uczyć, jest zamknięty na inność, na zmiany – to osoba zastygła. I dla duraków starość jest najgorsza.

... zrzędliwa, uparta, złośliwa, oskarżająca, roszczeniowa?
Tak, bo do starości trzeba się też przygotować, trzeba się jej nauczyć, tak jak uczymy się prowadzić samochód. Jeśli ktoś wchodzi w nową sytuację kompletnie nieprzygotowany, to niech się nie skarży, że sobie z nią nie radzi.

Usłyszałam kiedyś od mocno starszego pana: „Dopóki fakt, że żyję, obchodzi choć jedną osobę, nie jestem bezwartościowy”. Był bardzo pogodnym staruszkiem. Samotność, poczucie, że się jest już nikomu niepotrzebnym bolą chyba najbardziej...
To prawda. Ale samotność towarzysząca starości wynika często z tego, że odeszli bliscy, dzieci powyjeżdżały w świat albo w ich sercach brak miejsca dla rodziców... Czy z tego powodu mamy siedzieć i narzekać? Nie! Trzeba poszukać innego rozwiązania. Jeśli nie ma przy nas tych, których byśmy chcieli, to szukamy sobie innych. Bo najlepsze na samotność są spotkania z ludźmi.

Kiedyś przyszła do mnie córka ze swoją matką staruszką, która na wszystko narzekała, wszystkim miała coś za złe, chodziła przygnębiona i nieszczęśliwa. Dziewczyna zapytała mnie, co może dla tej matki zrobić. Pomoc, jaką w takich przypadkach staram się wyczarować, polega na tym, że zadaję takiej zgorzkniałej kobiecie dwa pytania: „Niech mi pani powie, czy lubi pani ludzi, którzy są wciąż ze wszystkiego niezadowoleni? Czy pani chętnie spotykałaby się z kimś, kto wiecznie narzeka i ma o wszystko pretensje?”. Czasami trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim zacznie się narzekać i krytykować innych. Kiedy odwiedzą nas dzieci czy wnuki, to zamiast mówić, jacy to wszyscy wokół są okropni, trzeba zapytać, co u nich słychać, upiec pyszne naleśniki z konfiturą, zaśpiewać wnukowi starą piosenkę, najlepiej sprośną... Wtedy młodzi chętnie będą mamę czy babcię odwiedzać.

Czy przyczyn stanów depresyjnych u osób starszych nie należy również upatrywać w niezdrowym trybie życia?
Oczywiście, szczególnie w braku ruchu, a im mniejsza aktywność fizyczna, tym szybciej słabnie sprawność biologiczna. W tym okresie ten ruch siłą rzeczy może nie być intensywny, ale przecież nikt nie każe staruszkom biegać maratonów. Zamiast siedzieć przed telewizorem, powinni jak najwięcej spacerować, co najmniej 2 godziny dziennie, ale nie pomiędzy straganami czy w supermarketach, tylko na świeżym powietrzu, w otoczeniu zieleni, nawet w deszczu, kaloszach i pelerynie. Każdego dnia pamiętać, żeby nie zastygać.

Często podróżuję po świecie i obserwuję starych ludzi. W Kalifornii z zachwytu oczu nie mogłam oderwać od grupy staruszków, którzy każdego poranka w białych luźnych strojach i tenisówkach ćwiczyli w parku tai chi. Potem wsiadali do busa i jechali na wegetariański lunch, wieczorem do muzeum czy na koncert. Ale w Stanach starych ludzi nie nazywa się „old”, tylko „senior cityzen”, czyli „obywatel senior”, i organizuje się dla nich różne zajęcia, spotkania, wyjazdy... oni cały czas są w jakiejś grupie. U nas też już coraz więcej robi się dla osób po 60., ale wciąż za mało jest miejsc, gdzie mogliby wspólnie spędzać czas.

Czyli zamiast depresanta – spacer, tai chi, taniec...
Tak, to najlepsze lekarstwo. Wie pani, kto ma najgorszą starość? Osoby, które osiągając późny wiek, oglądają się za siebie, a tam nie ma nic pięknego. Każdy z nas posiada skarbnicę, która nazywa się pamięcią – i jak ten skarbiec jest pusty albo pełen cuchnących śmieci, z którymi trzeba dalej żyć, to te stare lata rzeczywiście są straszne. Dlatego przez całe swoje życie zbierajmy piękne wspomnienia. Jak będziemy pięknie żyć, to i jesień życia będzie kolorowa.

  1. Psychologia

Fikcyjny męski świat - jakiego szczęścia szukają mężczyźni?

Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Jeśli marzenia przesłaniają radość z realnego życia, to jest sytuacja alarmująca. Toniemy w fikcji. Oddajemy władzę nad sobą. Tego my, mężczyźni, nie lubimy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On mówi, że najbardziej marzy o podróży dookoła świata albo o spędzeniu roku w Aśramie, albo o żeglowaniu po morzach i oceanach. Ona słucha i nie może w to uwierzyć…
Coraz więcej takich par przychodzi po pomoc. Marzyli o wspólnym życiu, często coś już razem zbudowali, mają dzieci, mieszkanie na kredyt, pracują, starają się, a tu nagle mężczyzna tęskni za rajem gdzieś indziej, nie wiadomo gdzie, w każdym razie nie tutaj, nie w tych warunkach. To jest gra w „gdyby nie wy”; gdyby nie te czasy, rodzina, praca, obowiązki, gdyby nie ten kraj, klimat, okoliczności, moje życie byłoby cudowne!

Gdyby nie ta kobieta…
Tak, wszystko jest nieodpowiednie – krajem rządzą idioci, szef i współpracownicy to banda przygłupów. Klimat niesprzyjający. A rodzina? Ci mężczyźni często mówią: „Tylko obowiązek mnie trzyma. Ale tak w ogóle to przegrałem życie”. Albo: „Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądało, trzy razy bym się zastanowił, zanim założyłbym rodzinę”. Mówią to w obecności swoich kobiet, partnerek. Fatalnie! Jak te kobiety mogą się czuć? „Szczęście dla niego jest gdzieś poza mną, poza naszą rodziną”. To rodzi ogromny smutek, cierpienie.

Kobiety biorą odpowiedzialność na siebie: „A więc nie jestem dla niego wystarczająco dobra, ze mną nie może być szczęśliwy”. Czy mężczyźni o tym wiedzą?
Tak, często zapewniają: „To nie ma z tobą nic wspólnego”. W gabinecie psychoterapeuty kobiety płaczą, nie wierzą w te zapewnienia.

Przed czym on ucieka?
Powiedzieć, że przed prawdziwym życiem, to byłoby zbyt trywialne. Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam, w tej fikcji, żyje. O takich właśnie zagrożeniach związanych z ucieczką w świat fikcji traktuje amerykański serial „Czarne lustro”. W pierwszym odcinku nowej serii programista tworzy zaawansowaną grę komputerową. W tej wirtualnej rzeczywistości gra główną rolę. Bardzo szybko staje się ofiarą własnej gry, ponieważ nie może z niej wyjść. Film jest dobrą metaforą, jak łatwo utknąć w wewnętrznej grze umysłu, ponieważ wydaje się taka realistyczna, prawdziwa. Ci mężczyźni, którzy tworzą fikcyjne, idealne światy, mają tendencję do zamykania się w nich, a w końcu pogrążania.

W jaki sposób?
Mężczyznę tak pochłania jego własna wirtualna rzeczywistość, że nie widzi dziecka, które przychodzi i chce na przykład wyciągnąć tatę na spacer. Mówi do dziecka: „Idź z mamą”. Albo synek pokazuje rysunek, ale ojciec jest psychicznie nieobecny, nie odwzajemnia potrzeby kontaktu dziecka, docenienia, miłości.

Słyszę, że coraz więcej młodych mężczyzn marzy o długim odosobnieniu, najlepiej w klasztorze w górach. To także forma ucieczki?
Po powrocie może się okazać, że czujemy się zagubieni, oderwani od realiów. Dlatego wielu współczesnych mistrzów zaleca raczej kilkudniowe odosobnienia i codzienną praktykę jako dużo bardziej użyteczne sposoby wzmacniania motywacji do życia. Dosyć powszechną formą ucieczki jest też funkcjonowanie od urlopu do urlopu albo od weekendu do weekendu.

Pół roku intensywnej pracy w napięciu i stresie po to, aby wyjechać na dwa tygodnie do raju?
A potem okazuje się, że raj wcale nie jest rajem – bo brak, który mamy w sobie, rzutujemy na wszystko wokół; wszystko wydaje się nie takie. Szczęście jest za horyzontem, a horyzont, gdy idziemy w jego kierunku, stale się oddala. Przez pięć dni się mordujemy, w weekend imprezujemy, potem leczymy kaca, a szczęścia i ulgi dalej nie ma.

Nie sposób odpocząć?
Wyjazdy wakacyjne na deskę czy na narty przestają być zdrową formą dbania o siebie, ładowania akumulatorów. Stają się celem samym w sobie, pogonią za czymś, co nieosiągalne. Nam, mężczyznom, brakuje odpowiedniej filozofii życia, wspierającego podejścia do tego, co się wydarza. Filozofia stoików i taoistów byłaby tu bardzo użyteczna. Taoiści mówili, że mędrzec poznaje świat, nie ruszając się z miejsca. Mędrzec to nie starzec z siwą brodą, ale ten, kto odkrył, zrozumiał bezpośrednią ścieżkę do wewnętrznej wolności i szczęścia – ten ktoś może mieć 30 lat. Umie cieszyć się życiem tak mocno jak się da. Uświadomienie sobie, że nie mamy innego życia oprócz tego, które mamy, może być bardzo otrzeźwiające. Skoro tak, bierzemy, co jest!

Szczęście jest stanem wewnętrznym, który zależy od nas. Jak miałoby to wyglądać w praktyce?
Szczęście to sposób percepcji. Wielu mężczyzn zgłasza na przykład wielkie zmęczenie kłótniami polityków, podziałami w rodzinach. Najlepsze, co możemy zrobić, to widzieć, co się dzieje – tak, kłócą się, plotą głupoty – a jednocześnie pytać siebie, czego uczę się z tych obserwacji, jak mogę się do nich odnieść, na co mam wpływ, co zależy ode mnie. Łatwo zauważyć, czego nie chcemy. Czego więc chcemy? Stoicy zwracali uwagę, abyśmy koncentrowali się na tym, co zależy od nas, i podejmowali kroki kształtujące życie w zgodzie z naszymi wartościami. Wyjściowe założenie, że nie mogę żyć tak, jak chcę, ponieważ przeszkadzają mi w tym rodzina, rząd, kraj, ustrój, warunki, jest – już na starcie – pozbawianiem siebie możliwości rozwoju, sprawczości i spełnienia. Oddajemy władzę nad sobą czemuś poza nami. Nieprzyjemne uczucie. Wzmacnia izolację, stany depresyjne, poczucie przegranej, frustrację. Jednak otwarcie na radość wcale nie jest proste. Wywraca świat do góry nogami, a kto to lubi.

W jakim sensie?
Gdy pielęgnujemy przekonanie, że tu jest syf, a gdzieś jest raj (tylko nas tam nie ma), świat wydaje się uporządkowany; wiadomo, czego się trzymać, są ustalone, niepodważalne punkty odniesienia. Teoretycznie wiemy już, że możemy otworzyć się na przeżywanie i doświadczanie radości. Nie możemy jednak tego zrobić, ponieważ jesteśmy uzależnieni od swojego nieszczęścia. Nie w sensie mentalnym – intencjonalnie przecież każdy chce być szczęśliwy. Trudno zmienić wewnętrzny stan, ponieważ utrwalił się w naszych ciałach, w neurologii, w nawykach. Jeśli zaczynamy i kończymy dzień tak samo – z tymi samymi myślami, powtarzanymi przez lata opiniami o świecie, o życiu – wtedy wytwarzamy w sobie identyczne jak dotąd stany psychiczne i emocjonalne. Te stany z kolei sprawiają, że działamy ciągle tak samo, toniemy w nawykowych zachowaniach.

Co może być skutecznym sposobem zmiany?
Tworzenie nowych, zdrowych nawyków. Choćbyśmy sobie w kółko powtarzali: „Niechby się wreszcie coś zmieniło”, nic się nie zmienia, ponieważ ciągle produkujemy tę samą chemię w mózgu i w ciele, która podtrzymuje znany nam stan. Czasem zdarza się coś wstrząsającego, nierzadko dramatycznego, co wybija z rytmu życia i wymusza zmianę. Nie warto jednak na to czekać.

W jaki sposób mężczyzna może zacząć tworzyć nowe, zdrowe nawyki?
Od zrobienia czegoś inaczej – poeksperymentowania, choćby na początku z ciekawości i dla zabawy. Na przykład zamiast porannej kawy pijemy herbatę albo sok owocowy. Zamiast przeglądania codziennej prasy idziemy na spacer, słuchamy muzyki. Dostarczamy sobie pozytywnych bodźców. Na naszą neurobiologię wspaniale działa na przykład kontakt z pięknem, ze sztuką. Wiele dzieł sztuki, obrazów, na które być może nie byłoby nas stać, możemy obejrzeć w Internecie. Chodzenie nago po mieszkaniu i wykonywanie zwykłych czynności, takich jak gotowanie czy sprzątanie, może generować zmianę w neurobiologii, ponieważ przełamuje rutynę. Po prostu od czasu do czasu zróbmy coś innego niż do tej pory. Jeśli lubimy samotność, zaprośmy do siebie znajomych. Jeśli dużo imprezujemy, pobądźmy w samotności. Przełamując stereotypowe zachowania, przebudowujemy sieci neurologiczne w mózgu. My, mężczyźni, lubimy spektakularne zmiany. Tymczasem wielką różnicę czynią małe, codzienne wybory, zmiana nawyków, wspierające interpretacje tego, co się dzieje. Jest jeszcze jeden aspekt naszego tematu: mężczyznom trudno docenić to, czym w istocie gardzą.

„Mam się cieszyć tym przegranym życiem?”.
To, oczywiście, trudne do przyjęcia. Dlatego dobrze zacząć od obserwowania uczucia pogardy – do kraju, warunków, obowiązków. Gdy zaczynamy przyglądać się, czym pogarda jest, z czego wynika, do czego prowadzi, czym owocuje, być może uznamy, że nie chcemy już tego doświadczać. Że to od nas zależy, jak przeżywamy życie. Że w naszej mocy jest odzyskać władzę nad sobą, ten męski raj.