1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Uzdrowić związek, zanim dojdzie do zdrady

Uzdrowić związek, zanim dojdzie do zdrady

W momencie, gdy czujesz, że w twoim związku zaczyna brakować czegoś ważnego, a mimo tego chcesz nadal o niego walczyć, podziękuj swojemu parterowi za to, co dla ciebie robi. (Fot. iStock)
W momencie, gdy czujesz, że w twoim związku zaczyna brakować czegoś ważnego, a mimo tego chcesz nadal o niego walczyć, podziękuj swojemu parterowi za to, co dla ciebie robi. (Fot. iStock)
Kiedy pragniemy być w związku i poznajemy kogoś, kto nas pociąga, koncentrujemy się wyłącznie na tym, co uważamy za pozytyw. Potem, gdy związek zaczyna się stabilizować, fokusujemy się na tych cechach partnera, które służą zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa emocjonalnego i materialnego. Gdy wszystko idzie gładko włączamy automatycznego pilota i zaczynamy podziwiać widoki. I kiedy stają się one nieco nudne i monotonne pojawia się ryzyko zdrady. 

Pamiętacie zapewne dowcip o Jasiu, którego wszyscy w domu mieli za niemowę, ponieważ nigdy nie odzywał się ani słowem. Aż do pamiętnego dnia… gdy po skończonym obiedzie zapytał, jakby nigdy nic: "A gdzie kompot?". - Jasiu! - zakrzyknęli zdumieni domownicy – To ty mówisz?! Dlaczego nigdy wcześniej się nie odzywałeś? - Bo zawsze był kompot – odparł Jasio.

Może się wydawać, że to niezbyt mądry dowcip, ale tak nie jest, zaś ukazana w nim sytuacja opisuje jedną z ważnych prawd o ludzkiej naturze: „Zaspokojona potrzeba przestaje być bodźcem". Zauważcie, że kiedy bardzo, ale to bardzo chce się wam pić i ta potrzeba wysuwa się na pierwszy plan, zrobicie wszystko, by ją zaspokoić. Jeśli nie byłoby wokół was nic do picia, wyruszylibyście na poszukiwanie kropli wody. Podobnie z głodem. Gdy już jednak jesteście napojeni i najedzeni, a w lodówce zgromadziliście zapasy, nie myślicie już o tym więcej. Teraz możecie spokojnie przeczytać książkę, obejrzeć film albo zająć się czymkolwiek innym.

Automatyczny pilot, czyli zaspokojone potrzeby w związku

Jak to się ma do naszych relacji? Otóż, kiedy tęsknimy za miłością, pragniemy być w związku i wreszcie poznajemy kogoś, kto nas pociąga, koncentrujemy się niemal wyłącznie na tym, co uważamy za pozytyw i co przybliża nas do spełnienia potrzeby bliskości. Partner wydaje się nam atrakcyjny, bawią nas jego żarty i chłoniemy każdy gest, który świadczy o zainteresowaniu.

Gdy związek zaczyna się stabilizować i zaczynamy zastanawiać się nad stworzeniem rodziny, fokusujemy się na cechach partnera, które służą zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa emocjonalnego i materialnego. Potem, gdy wszystko idzie gładko i nasze potrzeby są zaspokojone, można powiedzieć, że włączamy automatycznego pilota i zaczynamy podziwiać widoki. Kiedy stają się one, w naszej ocenie, nieco monotonne, a nawet nudne, wchodzimy w niebezpieczny etap. Zaczynamy umniejszać wagę potrzeb, które zostały zaspokojone, koncentrując się na tym, czego nie mamy. Parter, który dba o naszą codzienność, ale nie dostarcza romantycznych podniet, partnerka, która zajęta pracą i dziećmi przestała malować paznokcie i chodzić na fitness – stają się powoli nieatrakcyjni. Nie stanowią dla nas bodźca i nie mobilizują nas do tego, byśmy zabiegali o ich uwagę. W odróżnieniu od osób, z którymi mamy do czynienia na zewnątrz naszej relacji.

Gdy więc w końcu pojawi się obietnica czegoś romantycznego i ekscytującego (a teraz to jest największa potrzeba w naszym przewidywanym życiu), to jesteśmy na dobrej drodze, by zdradzić partnera. I nie musi to być zdrada fizyczna. Czasem wcale do niej nie dochodzi, ale… logujemy się na portalu randkowym, by przeżyć wirtualny romans lub wzdychamy do przystojnego kolegi z pracy. Umieszczając realizację potrzeby emocjonalnego zaangażowania poza związkiem, zabieramy mu ważny aspekt jego istnienia.

Wybaczcie, jeśli nieco to upraszczam, ale tak mniej więcej wygląda ta dynamika zauważona przez Abrahama Maslowa.

Nieoczekiwana zamiana ról

Gdy postępujemy bardzo nieświadomie, lekceważąc to, co posiadamy i zastępując to bez namysłu czymś innym, w naszym pojęciu bardziej atrakcyjnym, możemy popełnić błąd tak jak Michał, 49-letni inżynier.

- Nasze 15-letnie małżeństwo – toczyło się siłą inercji – opowiada. - Niestety, doprowadziliśmy do tego, że w końcu porozumiewaliśmy się tylko w kwestiach dotyczących dzieci, zakupów, codziennej logistyki, remontów i napraw. W dodatku Marianna nie pracowała zawodowo, więc jej ewentualne pretensje - dziś z perspektywy wiem, że także te uzasadnione - traktowałem jak fochy i czułem się wykorzystywany. Nie miałem racji. Marianna kochała dom, dbała o niego i wkładała weń wiele pracy, ale wieczory spędzane przy telewizorze - w większości w milczeniu - stawały się powoli nie do zniesienia - wspomina.

Dalszy ciąg wyda ci się pewnie banalny – kontynuuje Michał. - Poznałem Beatę, atrakcyjną rozwódkę, i zacząłem się z nią spotykać. Najpierw traktowałem to dość niewinnie. Ale jej zależało na mnie, no i wielkim atutem nowego układu był seks. W naszej sypialni z Marianną emocje już wyparowały. Zaangażowałem się, a kontrast między namiętnym związkiem z Beatą i brakiem emocji w domu sprawił, że po roku wyprowadziłem się i… do dziś tego żałuję. Nowy związek się nie utrzymał. Kiedy zamieszkaliśmy razem z Beatą, zacząłem wkrótce tęsknić za dziećmi, żoną i domem. Tam było moje miejsce. Nie wiem nawet do końca, z czego to wynikało, ale to tam z nimi czułem się sobą. Teraz mieszkam sam. Marianna nie chce mojego powrotu, motywując to dobrem dzieci, które przeżyły stres. Wiem, że to moja wina, ale będę próbował… Mam nadzieję, że kiedyś znowu będziemy razem - przyznaje Michał.

Jak widać, na przykładzie historii Michała, czasem to, co wtapia się w tło, to, czego nie zauważamy, jest prawdziwą bazą naszego życia. Bazą zaspokojonych potrzeb. Zatem warto je docenić. Czy możemy? Oczywiście. Wystarczy pamiętać o tym, co ważne. Będąc najedzonym, być świadomym i wdzięcznym za to, że nie czujemy głodu.

Jeśli czujesz, że w twoim związku zaczyna brakować czegoś ważnego...

1. Zastanów się, co jest w nim dobre, a co jest wyzwaniem (czyli smuci cię, martwi lub denerwuje) i zauważ, czy nie jest tak, że braki przesłaniają ci dobre strony? 2. Skoncentruj się na pozytywach: - uświadom sobie, a potem wypisz (aby znowu nie zapomnieć) to wszystko, co robi dla ciebie partner; - wszystkie sytuacje, w których się sprawdza, w których możesz na niego liczyć; - to, za co jesteś mu wdzięczny/wdzięczna; - to, o czym nie musisz myśleć, ponieważ on robi to za ciebie; - wszystkie jego cechy charakteru, które cenisz, lubisz, szanujesz. 3. Na koniec podziękuj swojemu parterowi za to, co dla ciebie robi i nie zapomnij co jakiś czas podziękować mu znowu, aby ożywić uczucie wdzięczności.

A najlepiej po prostu o tym wszystkim porozmawiajcie, bo ważne jest abyście oboje nauczyli się skupiać uwagę na tym, co was łączy, a nie na tym, co dzieli.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Bez wolności nie ma bliskości

Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak jesteśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej pierwotnej potrzebie. O tym, gdzie leżą granice wolności w relacji, mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Mogłoby się wydawać, że dobra relacja poszerza nasze horyzonty, a nie je zawęża – zyskujemy, a nie tracimy. Tymczasem utarło się na przykład, że wieczór panieński czy kawalerski, które poprzedzają wejście w związek, są ostatnim oddechem wolności.
Wchodząc w związek, robimy miejsce w naszej codzienności dla drugiego człowieka, udostępniamy fragment swojej przestrzeni. Wydaje mi się, że słowo „udostępniamy” jest tu bardziej właściwe niż słowo „oddajemy”. „Udostępnić” znaczy dobrowolnie umożliwić komuś podejście blisko do siebie. Dlaczego więc utarło się, że wejście w relację to wyrzeczenie się wolności? Mam wrażenie, że bardzo wybiórczo myślimy o wolności, że interpretacja tego pojęcia jest okrojona. Generalnie emocjonalny rozwój człowieka możemy podzielić na trzy zasadnicze fazy. Pierwsza to zależność, kiedy po prostu w pełni zależymy od naszych opiekunów, druga faza to przeciwzależność, kiedy „wyodrębniamy siebie” – do tego konieczny jest bunt, aż w końcu „dopływamy” do wolności, czyli trzeciej fazy. Ta dojrzała wolność oznacza możliwość wyboru, decydowania o sobie. Dość często tę trzecią fazę mylimy z drugą – uważamy, że wolność to bunt, to wyrwanie się z jakiegoś uwięzienia, to powiedzenie „nie”, a najlepiej wykrzyczenie tego „nie”. Tymczasem właściwie pojmowana wolność dokładnie w tym samym stopniu dotyczy sprzeciwu co aprobaty. Wolność to przecież także możliwość powiedzenia „tak”. Więc równie dobrze można powiedzieć, że wieczór panieński czy kawalerski, a potem sam ślub to pochwała, świętowanie wolności. I ta wolność w związku jest bardzo potrzebna.

Czemu ona służy?
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości.

Na pierwszy rzut ucha mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie…
Przytoczę fragment pewnego wiersza Wisławy Szymborskiej pt. „Jestem za blisko, żeby mu się śnić”. Brzmi tak:

„Jestem za blisko, żeby mu się śnić. Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu/pod korzeniami drzew. Jestem za blisko. [...] Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,/przed którym rozsuwają się ściany./[...] Ja jestem za blisko, żeby mu z nieba spaść”.

Chodzi o to, że bliskość prawdziwie rozumiana wiąże się z zachowaniem części wolności. Inaczej nie mamy do czynienia z bliskością, tylko z symbiozą, która tak naprawdę w dorosłym życiu, z wyjątkiem krótkich chwil intymności seksualnej, jest powrotem do dziecięcego sposobu przeżywania, a to nie służy ani żadnemu z partnerów, ani samej relacji. Dystans jest potrzebny, a nawet konieczny. Konieczny jest jakiś rodzaj zaskoczenia. To, co ludzie często uważają za ogromną zaletę, zdobycz, mówią z dumą: „Znam go/ją na wylot”, jest w gruncie rzeczy kłodą dla związku, bo to już jest za blisko, by… mu się śnić. Każdy z partnerów musi mieć swoją przestrzeń, swoją wolność właśnie, swój świat. Powiedziałyśmy na samym początku, że wchodząc w relację, jakiś fragment swojej przestrzeni udostępniamy drugiemu człowiekowi, to bardzo ważne, ale równie ważne wydaje mi się dbanie o to, by mieć taki fragment, którego mu nie udostępnimy.

Jednak ta wolność musi mieć jakieś ramy, granice. Można je ustalić? A może wręcz należy je ustalić?
Jeśli pytasz o spisanie tych granic w punktach, myślę, że to ma sens jedynie w sytuacjach kryzysowych, to znaczy wtedy, kiedy już jedna ze stron wyraźnie zasygnalizowała, że poczucie wolności tej drugiej strony przekracza jej próg, że w jakiś sposób została zraniona. Jednak takie wytyczanie granic a priori wydaje mi się niemożliwe, sztuczne, bez sensu. Życie zawsze nas zaskoczy. Tu raczej konieczne jest rozeznanie na bieżąco, przy każdej kolejnej „okazji”, tu konieczna jest możliwość dialogu. Wyobrażam sobie na przykład sytuację, kiedy partner ma od dzieciństwa przyjaciółkę. Głupim byłoby oczekiwanie czy wymaganie, że teraz, gdy ma żonę, z tej przyjaźni zupełnie zrezygnuje. Ale istotne jest, w jaki sposób będzie tę przyjaźń teraz „realizował”. Czy na przykład będzie nadal, tak jak kiedyś, gdy był singlem, zwierzał jej się z intymnych spraw, czy będzie wciąż spędzał z nią tyle samo czasu co wcześniej, czy będzie chciał spotykać się zawsze z nią sam, bez obecności swojej żony itd. Wyobrażam sobie związek, są takie, w którym każde z partnerów ma swoje grono znajomych i spotykają się z nimi w pojedynkę. Ale… nikt nie czuje się nieważny czy mniej ważny od przyjaciółki, kumpla. I może to poczucie jest jedną z takich granic wolności w relacji.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska) Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska)

Mówimy często, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
No właśnie, a ja dodałabym jeszcze, że nasza wolność w związku kończy się tam, gdzie zaczyna się dobrostan partnera. Tę granicę wyznaczać może zatem właśnie poczucie ważności. Jeśli żona zaczyna czuć się drugoplanowa, nieważna czy mniej ważna od znajomej, koleżanki z pracy albo przyjaciółki, to może oznaczać, że przekroczona jest granica wolności. Tu może mieć znaczenie także jakiś rodzaj symetrii, to znaczy, czy to tylko jedna ze stron „żyje swoim życiem”, a druga w tym czasie zawsze czeka w domu, czy obie strony „rozchodzą się” raz na jakiś czas, by potem do siebie wrócić. Myślę, że granicą wolności jest też poczucie lojalności w relacji. Czyli jeśli moja partnerka czuje, że nie byłem wobec niej lojalny, bo właśnie na przykład zwierzyłem się z jakichś ważnych rozterek przyjaciółce, a nie jej, to może być to także przekroczeniem granicy wolności w tej relacji. Jednak to są trudne sytuacje, bo to poczucie przekroczenia granicy wolności bywa subiektywne.

Ale rozumiem, że poczucie bycia zranioną jest jednak takim wyznacznikiem.
Przy założeniu, że to dojrzała relacja, a raczej że to dwoje względnie dojrzałych osób ją tworzy, wtedy zdecydowanie tak.

Są wyznaczniki przekroczenia tych granic wolności „wewnętrzne”, tak jak wspomniane poczucie nieważności czy zranienia. A czy są – i jeśli tak, to jakie – wyznaczniki „zewnętrzne”?
Myślę, że są takie kategorie „zewnętrzne” niejako ponad ustaleniami konkretnej pary. I taką kategorią wydaje się na przykład nasza tożsamość kulturowa. To znaczy, niezależnie od naszego stosunku do religii, wyrastamy z korzenia tradycji judeochrześcijańskiej, w związku z tym siedem z dziesięciu przykazań to jest coś, co stanowi granice wolności, także w relacjach osobistych. Kolejna kategoria to prawo. Oczywiście, zdrada w związku nie jest karana, ale jest ona argumentem, który może przesądzić podczas rozwodu o zawyrokowaniu winy jednej ze stron. Czyli, pośrednio, te granice wolności odnoszące się do relacji osobistych warunkuje także prawo.

A jaki wpływ na nasze granice wolności czy w ogóle interpretację pojęcia „wolność” ma nasz dom rodzinny, to, w czym wyrastaliśmy?
Z pewnością istnieje jakiś rodzaj przekazu generacyjnego, istotnie „nosimy” w sobie różne wzory.

Myślę na przykład o mężczyźnie, który wychował się w domu, w którym zupełnie normalne, naturalne było, że ojciec spędzał wieczory z kumplami, a matka odgórnie „przydzielona” była do opieki nad dziećmi. Dla niego taki schemat mieści się w granicach wolności mężczyzny.
Może być tak, że się w tych granicach mieści i on będzie robił dokładnie to samo, sądząc, że ma do tego pełne prawo, ale może być też tak, że jeśli patrzył na cierpienie matki, nie powieli tego schematu i jej cierpienie uzna właśnie za wyznacznik przekroczenia granicy wolności. Pytanie tylko, czy ta matka pokaże, że cierpi, albo wręcz w ogóle będzie sama wiedziała, że cierpi. Bo czasem jest tak, że ktoś nasze granice dalece przekracza, ale my, z różnych powodów, nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie dopuszczamy tego do siebie. Przytoczę tu film „Zawieście czerwone latarnie”. Obserwujemy harem pewnego chińskiego możnowładcy. Norma kulturowa dopuszcza, że mężczyzna może mieć wiele żon, czyli mamy tu naszą „zewnętrzną” granicę wolności formalnie nieprzekroczoną. Kobiety teoretycznie pogodzone są z sytuacją, bo ta jest „normalna”. Tymczasem ten film jest opisem potwornej walki, rywalizacji między kobietami, u której źródła leży straszliwe cierpienie większości z nich z powodu tego, że jest ich więcej niż jedna. Choć nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego walczą… Czyli tu istnieje kolejna trudność, kultura mówi ci, że nie powinnaś cierpieć, a ty czujesz coś innego i szukasz dla tego ujścia. Chodzi mi o to, że te granice nie zawsze są uchwytne. Nie zawsze czujesz, że twój mąż przekracza twoje granice wolności, czasem zaczyna cię po prostu na przykład coraz częściej boleć głowa. Nie wiesz, co ci jest, chcesz zrobić tomografię, a tam nic nie znajdziesz, bo chodzi o to, że czujesz się mniej ważna od koleżanki męża, z którą on od miesiąca prawie codziennie zjada lunch i rozmawia o czymś więcej niż pogoda.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak zostaliśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej naszej pierwotnej potrzebie.

  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Psychologia

Namiętność ma dwa oblicza – po czym poznać, że działa na naszą korzyść?

Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
W języku polskim pojęcie namiętności najczęściej odnosi się do seksualności i zmysłowości. Wiąże się je ze stanem odczuwania do drugiej osoby silnego i nieodpartego uczucia, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem. Jednak definicja szerzej traktuje ten termin i określa namiętność jako stan silnego odczuwania emocji bądź jako uczucie skierowane ku danej pasji lub zainteresowaniu. Rzecz jasna, zainteresowanie to dotyczyć może innej  osoby lecz nie musi.

Namiętność to najlepsza pożywka dla literatury i filmu. Doskonale sprzedają się historie burzliwych związków i fabuły, w których bohater rzuca na szalę niemal wszystko, by osiągnąć namiętny cel. Ale czy to, co gwarantuje sukces na taśmie filmowej lub na kartkach książek, sprawdza się także w życiu?

Kiedy emocje zdają się władać nami bez reszty, droga prowadzi już do nieba lub do piekła. Możliwości pośrednich nie ma.

Można by przyjąć, że pierwsza możliwość przytrafia się nam, gdy traktujemy namiętność jako inspirację. I mimo że jest ona silna, to my mamy ją a nie ona nas. Zachowujemy nad nią kontrolę. Kiedy jednak to namiętność ma we władaniu nas - inspiracja zamienia się w desperację…

Zatem… czy kieruje tobą inspiracja czy desperacja? W jakim kierunku idą silne uczucia namiętności, które posiadasz?

Oto kilka zasad, które pomogą ci to zdefiniować (na przykładzie stosunku, jaki masz do swojego partnera/ partnerki):

  1. Osoba partnera stale obecna jest w twoich myślach. Możesz powiedzieć, że więcej myślisz o nim niż o sobie i własnych potrzebach.
  2. Wyobrażasz sobie przyszłość tylko z tą osobą. Bez niej życie nie wydaje się atrakcyjne.
  3. Twoje samopoczucie zależy od sytuacji w związku. Jeśli coś się nie układa, jesteś w dołku. Jest dobrze – rosną ci skrzydła.
  4. Dostosowujesz swój rytm do partnera, podporządkowujesz się jego planom, nie dbając o własne.
  5. Twój stan emocjonalny jest odbiciem stanu partnera. Jego zły nastrój nie pozwala, abyś ty był pogodny, jego zadowolenie jest źródłem twojego.
  6. Trudno ci zagospodarować wolny czas, kiedy nie jesteście razem. Większą jego część przeznaczasz na myślenie o was.
  7. Nie chodzisz sam/ sama do kina, na spacery, na spotkania z przyjaciółmi. Zaniedbujesz ich, aby być ze swoim partnerem.
  8. Jesteś zazdrosny/ zazdrosna. Wszelkie sytuacje, które wymykają się spod kontroli, budzą twój niepokój.
Jeśli identyfikujesz się z większością tych tez, twoja namiętność nosi znamiona desperacji.

Co zrobić, aby to zmienić?

  • Zauważ, że to jak żyjesz, jest skutkiem twojego wyboru.
  • Postaraj się wziąć odpowiedzialność za swoje życie i decyzje.
  • Zauważ wpływ przeszłości na to, kim jesteś, i staw jej czoła.
  • Poproś o pomoc
Kartezjusz proponuje złoty środek:
Całe szczęście i pomyślność naszego życia zależą od dobrego użytku, jaki zrobimy z naszych namiętności.
Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Psychologia

Odejść czy zostać? – Czy potrafimy przebaczyć kłamstwo w związku?

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Oto pytanie, które powraca od momentu, gdy kłamstwo zostaje odkryte. Czy mogę zostać z człowiekiem, który mnie okłamał? Czy uda mi się odzyskać zaufanie? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym wszystko musi toczyć się szybko. Im bardziej wtapiamy się w tę mentalność, tym mniejszą mamy tolerancję na frustrację. Już nie umiemy czekać na odpowiedź, na spotkanie, na to, że będzie lepiej…

Podczas pierwszej konsultacji pacjenci zaczynają od następujących pytań: Ile czasu to zajmie? Z iloma sesjami należy się liczyć? Jak długo to wszystko potrwa? Gdy wyjaśniam im, że nie mam kryształowej kuli i nie wiem, jak będą „reagować” na terapię, że to zależy także od nich i okaże się w trakcie sesji, są rozczarowani…

Chęć szybkiego załatwiania spraw przenosi się na związek. Dziś nie chce nam się walczyć o to, żeby go utrzymać. Kiedy coś idzie nie tak, rozstajemy się. Nie akceptujemy ograniczeń, wysiłku i energii, których wymaga związek i stała praca nad nim. Niektórzy pacjenci przychodzący na terapię par (czyli zainteresowani odbudową i wysiłkiem na rzecz uratowania relacji) buntują się w końcu przeciwko zadawanym ćwiczeniom, ponieważ – jak mówią: „nie mają odwagi” albo są „zbyt leniwi”.

Dodatkowo, dziś to wiele kobiet odchodzi. Jakby dzięki rewolucji feministycznej rekompensują sobie setki lat, gdy były uwięzione w małżeństwie, i nie wyobrażają sobie, że mają nadal poświęcać własny rozwój dla rodziny. W efekcie w ponad 50 proc. par w odpowiedzi na moje pytanie „odejść czy zostać” pada odpowiedź: „odchodzę” (75 proc. w Paryżu). Marie-Claude Gavard w swojej książce o związkach pisze: „słowa «na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozdzieli» można by zamienić na: «na dobre, unikając złego, dopóki rozwód nas być może nie rozdzieli»” (Gavard, 2011).

Po pierwsze, musisz sobie zadać pytanie o to, jak widzisz ciąg dalszy: na co chcesz poświęcić swoje zasoby i energię psychiczną – na odbudowę swojego związku czy na odbycie żałoby po nim?
To nie pytanie pułapka. Nie ma dobrej ani złej odpowiedzi, tylko wolny wybór. Być może jeszcze go nie dokonałaś. Nie martw się, czytaj dalej, a odpowiedź do ciebie przyjdzie.

Być może mówisz sobie też: „Chciałabym zostać z moim partnerem, gdyż mimo tego, co mi zrobił, nadal bardzo go kocham, ale wydaje mi się, że nigdy nie zdołam mu przebaczyć i na nowo zaufać”.

Choć można odbudować związek, to niekiedy trauma wywołana przez kłamstwo okazuje się tak niszcząca, że osoba oszukana nie czuje się zdolna – mimo że chciałaby – na nowo angażować się w daną relację. Jeśli czujesz, że chciałabyś, ale samodzielnie nie dasz rady, nie wahaj się poszukać pomocy w terapii indywidualnej albo terapii par.

Oto odpowiedzi 108 uczestników sondażu na pytanie: „Czy jesteś w stanie przebaczyć kłamstwa partnera?”:

  • Nie mam ochoty próbować – 8,30%
  • Nie zdołałabym – 25,90 %
  • Przebaczyłabym, ale nie zaufałabym na nowo – 13%
  • Po pewnym czasie przebaczyłabym i zaufała na nowo – 43,50%
  • Nie mam żadnych problemów z kłamstwem partnera – 9,30%
Na pytanie, co pomogłoby im odzyskać zaufanie, kobiety w większość wskazywały: komunikację, całkowitą przejrzystość, uważność, przeprosiny, poczucie szczerego żalu partnera, odbudowanie intymności i czas. Mężczyźni w większości wymieniali: czas, a niektórzy – komunikację.

Ważne jest to, żeby jeśli zdecydujesz się zostać, zrobić to w jak najlepszych okolicznościach, czyli pod warunkiem zaangażowania obu stron w odbudowę związku i zaufania. Oboje musicie uczestniczyć w tym procesie. Partner jest zobowiązany przyjąć odpowiedzialność za to, co zrobił, a ty musisz zrezygnować z chęci ukarania go za to. Zrezygnować oznacza więc przebaczyć.

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. Zatem czy zostajesz, czy nie – czytaj dalej.

Akceptacja krzywdy - jakie przynosi korzyści?

Akceptacja to pierwszy krok na drodze ku odbudowie – związku lub twojej własnej. Poświęćmy nieco czasu wyjaśnieniu istoty akceptacji.

Zaakceptować nie oznacza godzić się, przyzwalać na zło, które partner ci wyrządził, czy je usprawiedliwiać. Nie oznacza także podporządkowania, rezygnacji ani kapitulacji. Podporządkować się to zrobić coś, nie mając wyboru, poddać się, być pasywnym. Akceptacja jest natomiast aktywna: aktywnie przyjmujesz emocje, akceptujesz realność zachowania, ponieważ rozpatrujesz je w kontekście ogólnym.

Zaakceptować to przyjąć doświadczenie takie, jakim jest tu i teraz. Zaakceptować to pozwolić na to, co się dzieje w twoim wnętrzu. Czujesz bolesne emocje, nie ma co ich wyganiać, bo tylko wrócą jeszcze mocniejsze. Nie chodzi o to, żeby pławić się w swoim nieszczęściu ani robić z siebie ofiarę, a pozwalać sobie na odczuwanie.

Przeżywasz bardzo bolesne doświadczenie, masz prawo źle się czuć i potrzebować czasu, żeby poczuć się lepiej. Psycholog Ilios Kotsou słusznie zauważa: „Życie jest momentami nieprzyjemne, ale nie sposób uniknąć wewnętrznego dyskomfortu bez, w pewnej mierze, unikania życia” (Kotsou, 2014).

Zaakceptować to także wyrazić zgodę na konfrontację z rzeczywistością: partner cię okłamał, wasz związek przechodzi kryzys albo się skończył. Nie możesz zmienić tego, co się zdarzyło. Chodzi o to, żeby przyjąć fakty, a energię wkładaną w wyparcie, w powstrzymywanie bolesnych emocji i pragnienie zemsty przeznaczyć na wyleczenie ran.

Akceptacja jest początkiem wglądu. Pozwala działać zamiast reagować, przyjmować to, czego nie można zmienić, i działać wtedy, kiedy można (Kotsou, 2014). Pomaga wprowadzać zmiany niezbędne, żeby sytuacja się nie powtórzyła – zmiany w związku albo w drodze do rozstania.

Oczywiście nie sposób zaakceptować po prostu dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Akceptacja wymaga czasu, zachodzi w sercu i w trzewiach, a nie w głowie. Zbyt szybka akceptacja w myśl „i tak nie mam wyboru, muszę zaakceptować, nie odejdę” jest czymś sztucznym. W ten sposób będziesz tylko gromadzić negatywne emocje, żal, gniew i ten ropiejący wrzód ukryty w głębi twojego jestestwa w końcu pęknie, a wtedy – zakażenie gwarantowane! Zatem trzeba go oczyścić, zoperować i zdezynfekować teraz. Teraz, nie za dziesięć lat.

Żeby wyleczyć się z tego doświadczenia, musisz uświadomić sobie, że przebaczasz dla siebie, nie dla partnera. Pielęgnując żal, gniew, nienawiść, karzesz samą siebie – nie kogoś innego. Te emocje powodują niepokój twojego serca i twojej duszy – nie jego. To siebie najbardziej krzywdzisz. Jak twierdzi Christophe André „szczęście odpornych polega na tym, że mają broń” (André, 2015).

Podkreślam te słowa, bo to podstawa: zaakceptować nie oznacza godzić się. Nie chodzi o to, że jeśli podczas lektury uświadamiasz sobie, że partner stosuje wobec ciebie przemoc emocjonalną lub fizyczną – masz usprawiedliwiać jego zachowanie albo powiedzieć sobie: „Biedak, miał trudne dzieciństwo, akceptuję to, że traktuje mnie przemocowo”. Możesz sobie powiedzieć: „Akceptuję fakt przeżytego doświadczenia, akceptuję moje negatywne emocje, przebaczam sobie, że pozwoliłam na takie traktowanie, a teraz akceptuję to, że odejście będzie dla mnie bolesne mimo tego wszystkiego, co mi zrobił”.

Jednym z pierwszych etapów pojednania jest to, że twój partner przejdzie swoją część drogi. Ważne, aby uzmysłowił sobie, że mimo wszystkich powodów, które skłoniły go do kłamstwa (historia rodzinna, kontekst związku itd.), dokonał wyboru: wyboru kłamstwa i zdrady twojego zaufania. Ważne jest i to, żeby uznał swój błąd i poprosił o wybaczenie. To etap istotny dla pojednania i niezbędny, żebyś mogła mu przebaczyć – te dwie sfery należy rozgraniczyć. Najpierw trzeba przebaczyć, potem zdecydować lub nie o pojednaniu, a następnie kontynuować lub zakończyć relację.

Olivier Clerc doskonale ilustruje ten koncept następującym przykładem. Wyobraź sobie, że w szemranej dzielnicy zostajesz zaatakowana białą bronią i tylko twój napastnik może ci zrobić opatrunek. Byłoby to dramatyczne i źle rokowało dla twojego przeżycia. Być może wykrwawiałabyś się, w desperacji czekając, aż przyjdzie zszyć ranę, którą właśnie ci zadał. Na szczęście możesz iść do lekarza, który ją zszyje, i sama ją odkazić oraz pielęgnować, aż się zabliźni (Clerc, 2015).

Fragment pochodzi z książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”. - Jej autorka, Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, szeroko rozpatruje problem kłamstwa i zdrady. Udziela także praktycznych porad (ćwiczenia, medytacje): jak poczuć przebaczenie? jak okazać sobie współczucie? jak ukoić emocje? w jaki sposób komunikować problemy dzieciom i innym osobom?