1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Do czego służą emocje?

Do czego służą emocje?

123rf.com
123rf.com
Czy gdyby jakaś wróżka powiedziała ci, że może zabrać twoje emocje, te złe, „negatywne”, ale też te dobre, „pozytywne”, sprawić, być przestała doświadczać bólu, lęku, złości, ale też radości, miłości – poprosiłabyś ją o to? Psycholog Ewa Klepacka-Gryz wyjaśnia, z czego wynika nasza tęsknota za emocjonalnym resetem i czy jest w ogóle możliwa do zaspokojenia.

Człowiek sukcesu jawi nam się jako osoba spokojna, zrównoważona, potrafiąca zachować zimną krew w każdej sytuacji, opanowana, nieulegająca szantażom emocjonalnym, kierująca się w życiu rozumem, a nie emocjami, silna, odporna psychicznie, niebojąca się zmian. Przy takim kimś czujemy się bezpieczni, ba!, sami chcielibyśmy tacy być. A gdyby tak to „w środku”, tę wrażliwą, miękką część, także utwardzić albo – jeszcze lepiej – ukryć, nawet przed samym sobą?

O emocjonalnym zerostanie po raz pierwszy usłyszałam na mityngu AA, kiedy pisałam książkę o emocjach towarzyszących trzeźwieniu. „Jeśli nie chcesz wrócić do picia – przestań czuć: nie wczuwaj się w emocje innych ludzi, a swoje utrzymuj na poziomie linii prostej – nie bądź smutny, ale też zbyt wesoły”. Wtedy pomyślałam, że to jakiś terapeutyczny chwyt, stan przejściowy pomagający wyjść z najtrudniejszego stanu emocjonalnego rozchwiania. Jednak minęło kilka lat i w moim gabinecie zaczęli pojawiać się pacjenci, którzy oczekują, że zresetuję ich serca.

Po co mi te emocje?

– Kiedy odchodziłam z poprzedniej firmy, usłyszałam, że jestem zbyt emocjonalna. Merytorycznie super, ale kilka razy zdarzyło mi się chlipać w łazience albo wybiec z gabinetu prezesa bez słowa. Czy możemy coś z tym zrobić? – żali się Marta. – Co chciałaby pani z tym zrobić? – pytam. – No nie wiem, chyba żebym tak się wszystkim nie przejmowała.

Kamila ma na terapii swój rytuał: przychodzi, siada w fotelu i płacze. – No widzi pani, znowu. Dlaczego ja jestem taką beksą? Przecież wcale nie chcę płakać. Ta terapia wcale mi nie pomaga – chlipie. Kiedy tłumaczę jej, że to dobry znak, że czuje się u mnie bezpiecznie, że płacząc, obniża nagromadzone napięcie emocjonalne, nie chce mi uwierzyć. Jest wściekła na mnie, na siebie i dopytuje, ile jeszcze potrwa to jej „rozmemłanie”.

Bywa, że pacjenci już na pierwszej wizycie ostrzegają, że nie chcą zajmować się emocjami. Jak pewna 30-latka. – Ostatnia terapeutka kazała mi mówić o dzieciństwie, a kiedy opowiadałam  o jakichś trudnych wydarzeniach, komentowała: „Nie czuje pani smutku, pani emocje są z głowy,  proszę poczuć to, o czym pani mówi”. Dlatego teraz chcę rozmawiać o swoich problemach, a nie o emocjach – powiedziała

Trafiają do mnie ludzie, którzy starają się „trzymać w ryzach”, raz w tygodniu siadają przede mną i beznamiętnym głosem opowiadają o tym, co im się przydarzyło, i wierzą, że sam akt uczestniczenia w terapii pomoże uleczyć ich cierpienie. Szanując ich opór, nie pytam, co czują, przynajmniej na początku, ale sama staram się być bardziej żywa i spontaniczna niż zwykle. – Kiedy przychodzę, pani  mnie zawsze wita uśmiechem, czy pani nigdy się nie smuci? – pytają wtedy. – Jasne, że bywa mi  smutno, przykro, źle, tak jak każdemu, ale tutaj zajmujemy się tym, co w pani – tłumaczę. Czasami po takim dialogu następuje przełom, pacjent zaczyna mi ufać. Ale bywa, że więcej się nie pojawia albo próbuje „skontrolować” swoje cierpienie na przykład antydepresantem. Ta „pigułka szczęścia” bywa bardzo pomocna, czasami człowiek nie jest w stanie bez niej funkcjonować. Jednak często zaczyna z lekami zbyt wcześnie.

Edyta przeżyła bolesne rozstanie. Na pierwszej sesji trzymała się z całych sił, żeby się nie rozpłakać. – Jestem bardzo silna i dzielna – przekonywała, nie wiem, czy mnie, czy bardziej siebie. Kolejny raz pojawiła się dopiero po miesiącu, kiedy leki zapisane przez psychiatrę zaczęły działać. Ale wcale nie była silna, raczej zamrożona, zdezorientowana, zatrzymana. – Nie mogę się rozkleić ani załamać – tłumaczyła. – Nie mnie jedną zostawił facet. Inni ludzie przeżyli większe tragedie i wcale po nich tego nie widać. To smutne, bardzo smutne, że dziś oczekujemy od siebie nie tylko kontrolowania zachowań (nieujawniania uczuć), ale też nieczucia. Wielu z nas spokój, opanowanie czy radzenie sobie ze stresem kojarzy z zamrożeniem emocjonalnym, brakiem czucia, otępieniem, obojętnością. Emocje wydają nam się niepotrzebne, a wręcz niepożądane. Wiadomo, że świat jest, jaki jest. Grunt to nie reagować, nie przejmować się. Dajemy sobie prawo do przeżywania emocji jedynie w kontrolowanych warunkach, na przykład w kinie.

Naprzeżywać się na zapas

– Jestem po trzech rytuałach ayahuaski, jestem czysta emocjonalnie, jak biała kartka, teraz chcę się dalej rozwijać – poinformowała mnie na pierwszej sesji Beata. – Wie pani, to było jak zejście do najczarniejszych podziemi podświadomości. Przeżyłam to, teraz czuję jedynie spokój.

Coraz częściej przychodzą do mnie pacjenci, którzy za pomocą roślinnych psychodelików leczą swoje cierpienie. Najmodniejsza z nich to ayahuaska, zawierająca psychoaktywną substancję DMT i MAOI, która wywołuje intensywne efekty wizualne, euforię i halucynacje. Mniej znana jest iboga – wywołująca najpierw wizje podobne do marzeń sennych, a potem introspekcje: podniesienie nastroju, uspokojenie, zrelaksowanie, jasność psychologiczną. Obydwie rośliny podobno nie uzależniają. Zażywane są w trakcie uroczystego ceremoniału, pod okiem kapłana – szamana, uzdrowiciela. Przez niektórych owe ceremonie nazywane są przyspieszoną terapią. „Załaduj wszechświat do działa. Wyceluj w mózg i strzelaj” – takie podobno jest działanie roślinnych psychodelików. Za jedyne 400 do 800 zł za sesję możesz mieć odlot, w trakcie którego spotkasz się z samą sobą, poczujesz wszystkimi swoimi zmysłami, skonfrontujesz z własnym cieniem, zrozumiesz sens życia i wyjdziesz poza kontrolę.

Po co? Po to, by wrócić do swojego pancerza ze stali, odcięta od czucia, czujna w głowie, gotowa na wszystko, co ci się przydarzy, z miną pokerzysty w każdej sytuacji.Czy da się poprzeżywać na zapas? Raz na kwartał, w doborowym towarzystwie, bez lęku z powodu braku kontroli, bez wstydu (jednym ze skutków zażywania ayahuaski są silne wymioty)? No cóż, raczej nie.

Emocje pojawiły się w rozwoju filogenetycznym bardzo wcześnie, co świadczy o ich szczególnej roli dla człowieka. Pełnią funkcję identyfikatora relacji pomiędzy nami i otoczeniem. Dzięki nim albo za ich pomocą oceniamy wszystko, co nam się przydarza, a także nasze szanse uporania się z tym. Emocje pozwalają nam zachować życie, ustrzec się przed tym, co niebezpieczne, w odpowiednim momencie, adekwatnie do sytuacji uruchomić pierwotny mechanizm: walcz albo uciekaj. Są przez nas nie tylko przeżywane, ale także zapamiętywane i odtwarzane, nierzadko jako niespodziewane i niepożądane doznanie typu nagły lęk bez wyraźnego powodu.

W procesie doświadczania i zapamiętywania emocji biorą udział dwie struktury w mózgu: hipokamp – odpowiadający za pamięć deklaratywną, tzn. zapis przebiegu emocjonalnego zdarzenia, i ciało migdałowate, które przechowuje ukrytą pamięć emocjonalną, tzn. doznanie emocjonalne doświadczane w sytuacji danego wydarzenia. Wiele naszych lęków (zwłaszcza tych bez powodu) ma swoje korzenie w doświadczeniach z wczesnego dzieciństwa, kiedy hipokamp jeszcze nie funkcjonował, ale ciało migdałowate zarejestrowało doświadczane wtedy emocje. Jeśli dodać do tego ostatnie doniesienia naukowców, że w komórkach dziedziczymy pamięć emocjonalną naszych przodków… osiągnięcie zerostanu emocjonalnego jest raczej niemożliwe. Możemy kontrolować swoje emocje na poziomie działań, jednak w sferze doświadczania emocji – nie. Choć wielu z nas próbuje.

Efekt? Coraz mocniejszy pancerz mięśniowy i paniczny lęk przed rozluźnieniem, pomimo bólu i napięcia w ciele. Pacjenci przychodzący na sesje łączone, które prowadzę razem z terapeutą manualnym, coraz częściej boją się położyć na stole do masażu, a ci którzy się kładą, w trakcie sesji rozluźniającej czują zawroty głowy albo sztywność, w momencie kiedy napięcie puszcza. W rozluźnionym ciele z napięć uwalniają się zamrożone emocje, a to dla wielu jest przerażające. Pacjenci z dwojga złego wolą rozmawiać o emocjach, aniżeli je czuć.

Wróć do siebie w swoim własnym tempie Szanując obawy pacjentów i rozumiejąc ich lęki, uważam, że powrót do czucia każdy z nas ma prawo odbywać we własnym tempie i nawet w zaciszu swojego mieszkania, jeśli taka jest jego wola. Z całym przekonaniem twierdzę, że wiele warsztatów, na których jest obowiązek spektakularnego przeżywania i uwalniania emocji, czy sesji terapii manualnych, w trakcie których terapeuta jest ekspertem, a pacjent narzędziem w jego rękach – bardziej szkodzi niż pomaga. Bo każdy z nas, jeśli tylko chce, może stać się najlepszym terapeutą dla samego siebie. Wystarczy poznać odpowiednie metody i wybrać te najlepsze dla siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Szybko i wygodnie. Wykup ubezpieczenie przez internet bez wychodzenia z domu

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
W czasie pandemii coraz więcej spraw możemy załatwić przez telefon oraz internet. Kolejnym ułatwiającym życie sposobem na oszczędność czasu i pieniędzy jest wykupienie pakietów ubezpieczeniowych online. Dlaczego warto? Przekonaj się.

Co mogę ubezpieczyć przez internet?

Internet w dobie pandemii koronawirusa jest zbawienny. Dzięki niemu możemy załatwić niemal wszystko bez wychodzenia z domu. Jest to najbezpieczniejsza opcja, a przy tym daje dokładnie te same możliwości, co wizyta w sklepie czy w punkcie usługowym. Podobnie jest z ubezpieczeniami – wszystko możemy zrobić online. Zapoznać się z pakietami, opcjami dodatkowymi, a także – w razie wątpliwości – porozmawiać z konsultantem przez telefon, na czacie czy wideokonferencji.

Warto wybierać również ubezpieczenia przez internet. Bez problemu opłacimy w ten sposób składki za samochód, nieruchomości czy podróże. Warto pamiętać, że im więcej ubezpieczeń wykupimy u jednej firmy, tym większe będziemy mieli korzyści. Przede wszystkim finansowe – wielu ubezpieczycieli dodaje zniżki za transakcje w sieci, ale też bywają dodatkowe upusty, jeśli ubezpieczamy wszystko w pakiecie.

Aby dowiedzieć się, ile zapłacimy za konkretne ubezpieczenie, dobrze jest skorzystać z kalkulatora ubezpieczeń, który można czasem znaleźć na stronie internetowej ubezpieczyciela. Dzięki temu możemy dokładnie przewidzieć, ile wyniesie składka np. w mtu24.pl. Kalkulator daje możliwość dodawania i usuwania dodatkowych opcji ubezpieczenia, aby wybrać taki pakiet, który najbardziej nam odpowiada.

Pakiet ubezpieczeń komunikacyjnych przez internet

Ubezpieczenie komunikacyjne to nic innego jak OC. Jest to obowiązkowy zakres ochrony, który musi posiadać każdy właściciel pojazdu mechanicznego.

Ubezpieczenie OC zaczyna działać w momencie zdarzenia na drodze – kolizji lub wypadku. Wszystkie szkody powstałe na skutek stłuczki są pokrywane z ubezpieczenia komunikacyjnego sprawcy. Warto zatem jeździć bezpiecznie i odpowiedzialnie.

Do ubezpieczenia OC warto dokupić zawsze szereg pakietów wspierających. Może to być pełne AC albo ubezpieczenie pojedynczych części – szyb czy opon. Dobrze też mieć w pakiecie ubezpieczenie NNW oraz Assistance. Wszystkie formalności można załatwić przez internet, a dzięki temu właściciel pojazdu ma zagwarantowany większy spokój.

Ubezpieczenie podróżne online

Wybierając się za granicę, warto zakupić ubezpieczenie podróżne online. Pozwoli to bezstresowo cieszyć się każdą wycieczką. Natomiast w razie wypadku czy choroby, możemy spokojnie udać się na leczenie bez obawy o koszty.

Dla przykładu, ubezpieczenie podróżne w mtu24 daje możliwość leczenia na całym świecie, z wyłączeniem USA, Kanady, Japonii oraz Chin. Wygodne jest również to, że w ramach jednej polisy można ubezpieczyć do dziesięciu osób, co ułatwia sprawę, kiedy podróżujemy większą grupą. Za niewielką kwotę otrzymujemy gwarancję leczenia i Assistance nawet do 300 000 zł.

Dodatkowo można dokupić pakiety gwarantujące ubezpieczenie w przypadku choroby przewlekłej lub uprawiania sportów ryzykownych. Należy też pamiętać, że świadczenia obowiązują od następnego dnia, więc jeśli planujemy podróż, nie odkładajmy zakupu ubezpieczenia na ostatnią chwilę.

Bezpieczny dom. Zadbaj o siebie i bliskich

Przez internet ubezpieczyć możemy również nieruchomość. Ubezpieczenie domu to jeden z tych wydatków, na których nie powinniśmy oszczędzać. Oczywiście składka rocznego ubezpieczenia jest zależna od wybranego wariantu, wartości nieruchomości oraz przedmiotów, a także ewentualnych pakietów dodatkowych. Warto wcześniej skorzystać z kalkulatora na stronie ubezpieczyciela, aby wybrać najlepszą dla siebie opcję.

Ubezpieczając dom, pamiętajmy, że podstawowy pakiet chroni wyłącznie przed ogniem oraz zdarzeniami losowymi. Warto więc wybrać idealny pakiet, który zapewni dodatkową ochronę w razie kradzieży elementów stałych oraz wyposażenia nieruchomości. W ten sposób zyskujemy pełną gwarancję, niezależnie od zaistniałej sytuacji. Wiele osób decyduje się też na dodatkowe pakiety Home oraz Medical Assistance, które kosztują niewiele, a pozwalają zachować spokój nawet w najbardziej nieprzewidywalnych sytuacjach.

Dobre ubezpieczenie to bezpieczny dom. Dzięki temu możemy spać spokojnie, ponieważ w razie pożaru, przepięcia czy zalania oraz innych zdarzeń losowych, ubezpieczyciel wypłaci nam odszkodowanie. Jednak pamiętajmy, że jest ono zależne od wielu czynników i konkretna suma zostanie podana dopiero po dokładnych oględzinach i oszacowaniu kosztów.

  1. Psychologia

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie.
Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze?
Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości?
Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka?
Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo?
Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców?
Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania?
Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym?
Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi?
To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził.
Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało?
Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe.
No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie?
Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia.
Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz?
Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości?
Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Chcesz uporać się z lękiem? – Przestań walczyć z życiem

Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Co najskuteczniej oddala nas od lęku? Bycie. Samo uczestniczenie w chwili obecnej. Filozof Marcin Fabjański twierdzi, że można nauczyć się tej trudnej sztuki – poprzez medytację i zmianę przekonań. Ale praca nigdy się nie kończy!

Zdaniem Marcina Fabjańskiego, filozofa i nauczyciela medytacji, lęk bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały. Całkowicie przewidywalny, bo zależny od nas, zachowujący się grzecznie, pod naszą kontrolą. – Wtedy czujemy się bezpiecznie. Ale świat stały nie istnieje, ze swojej natury jest zmienny. Zatem lepszą strategią jest zaniechanie buntu przeciwko własnemu doświadczeniu i dostrojenie się do procesu, który jest w nas i wokół nas – mówi.

Jego książka „Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu” traktuje o tym, jak medytować i badać proces życia. – Jest pełna osobistych opowieści z klasztorów Wschodu i miast Zachodu, gdzie metodami Buddy i Epikteta toczyłem boje z własną neurozą i głupotą, by przekonać się, że jeśli walczysz z życiem – przegrasz – opowiada. Jego zdaniem życiowe kłopoty wynikają z tego, że upieramy się, że ma być tak, jak my chcemy. To ego jest takie uparte. Stanowi opór przeciwko życiu. Istnieje jako pewnego rodzaju przekłamanie rzeczywistości. Z lęku zamrażamy rzeczywistość i żyjemy w opowieściach umysłu, które nie są prawdą. Żyjemy uczepieni jakiegoś scenariusza. Walczymy, męczymy się i napinamy, żeby obraz naszego życia był właśnie taki. A może lepiej z wewnętrznym spokojem poddać się nurtowi życia, zmianom, których nie da się uniknąć? To dynamiczny proces, wieczna niespodzianka. Problem polega na tym, że to właśnie niespodzianek najbardziej się lękamy.

Oblicza neurozy

W przyjrzeniu się lękom pomocna jest teoria neurozy niemieckiej psychiatry i psychoanalityczki Karen Horney, na którą powołuje się w swojej książce Marcin Fabjański. Według niej są trzy rodzaje reakcji na rzeczywistość, które oddzielają nas od spontanicznego przeżywania rzeczywistości, i sprawiają, że tworzymy neurotyczne strategie wymyślonych światów. Te neurotyczne ruchy to: „do”, „od” i „obok” życia.

Strategia „do” może polegać na ulokowaniu całego szczęścia w związku lub w karierze zawodowej. W tym przypadku wydaje nam się, że coś zewnętrznego ukoi nasz lęk. – Jest to ścieżka przepychania się z życiem, żeby coś mieć, coś trwałego – mówi Marcin Fabjański. – Prędzej czy później tego pożądanego kogoś lub czegoś zabraknie. Wtedy cały świat się rozpada, a lęk się nasila, zapętla.

Strategia „od” jest zarówno ucieczką od problemów, jak i budowaniem tożsamości na kontrze wobec czegoś. – Widać to wyraźnie choćby na przykładzie życia politycznego – mówi Marcin Fabjański. To nie tylko niezdrowe, ale i sztuczne. Odcinanie się od świata powoduje większe cierpienie.

Strategia „obok” oznacza udawanie, że jestem niezależny, bo żyję w swoim świecie, a wszystko, co znajduje się poza nim, nie ma tak naprawdę znaczenia. – Ta strategia jest jednym z niebezpieczeństw ludzi, którzy chcą medytować. Bierze się z niezrozumienia, czym jest medytacja. Bo jest ona czymś dokładnie odwrotnym: konfrontacją z życiem, nie ucieczką. Otwarciem się na samo życie, a nie tylko na opowieść o nim – tłumaczy.

Neuroza polega na tym, że się w nią niemal religijnie wierzy. I to uniemożliwia rozwój potencjału człowieka. Nie żyjemy pełnią swoich możliwości, tylko idziemy wąską ścieżką urojeń: że świat jest niebezpieczny, a ludzie źli. Że przestępczość wzrasta, a w jedzeniu jest sama chemia. Nic dziwnego, że czujemy wypalenie, brak sensu życia, nudę.

Fałszywe opowieści

– Kobiety, które przychodzą do mnie na warsztaty, często żyją opowieścią pod tytułem „jestem złą matką”. Zakłada ona, że istnieje wzorzec dobrej matki, która kocha swoje dziecko zawsze i bezwarunkowo. Ale ten wzorzec jest kompletnie nierealny, niemający nic wspólnego z procesem życia. Kiedy przychodzi chwila, w której kobieta złości się na dziecko, budzi się w niej poczucie winy, bo obraz matki, wokół którego zbudowała tożsamość, się sypie. A gdy coś ważnego ulega zniszczeniu, budzi się lęk – mówi Marcin Fabjański.

Kiedy w jakiś sposób się określamy, ta tożsamość staje się źródłem cierpienia. – Na przykład uznaję, że jestem człowiekiem sukcesu. Co się stanie, kiedy poniosę porażkę? –pyta filozof. – To uderzy bezpośrednio we mnie. A kiedy mam trochę szerszy obraz, kiedy rozumiem, że życie rządzi się swoimi prawami i charakteryzuje je zmienność, a ja jestem czymś znacznie szerszym niż myśl o sukcesie, to w chwili niepowodzenia nie wpadam w depresję, nie zaczynam się bać.

Często ludzie po poniesieniu porażki robią wszystko, żeby odbudować dawne status quo, podnieść z ruin tożsamość. Silna potrzeba natychmiastowego sukcesu uderza w nasze morale. Tymczasem i buddyści, i antyczni mędrcy nauczają, że poczucie własnej wartości powinno wypływać jedynie z powodu tego, że jest się człowiekiem. Dlatego, gdy nie udaje ci się być tym, kim zawsze pragnęłaś być, pomyśl, że może tak właśnie chciało życie, że może jego scenariusz jest lepszy niż twój. Nie bój się zaufać w mądrość świata, tak naprawdę tylko to nam pozostaje na tej ziemi. Wierzyć, że jest dla nas jakaś rola do spełnienia.

Rezygnacja z „moje”

Jak dotrzeć do prawdy o życiu? Są tacy, którzy latami siedzą w Himalajach, by to zrobić, a my byśmy chcieli na skróty, w jeden weekend.

Fabjański zaznacza, że podstawą dostrojenia się do procesu życia jest obserwacja samego siebie i swoich wyobrażeń. Uważność na to, jakie mamy oczekiwania wobec rzeczywistości, jaki według nas ma być świat oraz inni ludzie. Pomaga bycie świadomym tego wszystkiego, co się dzieje w naszych myślach i w ciele. Kiedy wszechświat nie spełnia naszych oczekiwań, pojawiają się napięcia, duszności, bóle.

– Obserwacja siebie i życia jest potrzebna, aby mieć podstawy do sformułowania realnego celu. Proces życia nie jest obietnicą szczęścia, tylko zaproszeniem, żeby otworzyć się na to, co się dzieje, zamiast na to, co sobie wyobrażamy – tłumaczy.

A gdy się dzieje źle? W tym momencie dochodzimy do pierwszej konstatacji, że nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie dzieje się tak, jak chcemy. A życie z konieczności składa się z takich chwil, w których nie czujemy się tylko szczęśliwi. Dlaczego mamy być zawsze zadowoleni? Dzięki pogłębianiu praktyki filozoficznej szczęście możemy czerpać ze spokoju i nie mylić go z ekscytacją, jaką odczuwamy, gdy staje się coś, o czym marzyliśmy.

Według Fabjańskiego bez praktyki medytacyjnej nie jesteśmy w stanie podążyć za procesem życia: –  Istota medytacji to odzwyczajenie naszych mózgów od wizji, które nam wtłoczono. Zwrócenie uwagi na to, że jest jeszcze coś takiego jak samo życie. W zauważeniu życia przeszkadzają myśli, które tworzą opowieści. Medytacja ich nie wyeliminuje, ale sprawi, że rzadziej będą nas uwodzić.

Kolejny sposób na opanowanie źródła lęków? Rezygnacja ze słów: „ja”, „mój”, „moje”. – Te słowa zamrażają życie. Na przykład mówimy: „mój samochód”. Co w tym samochodzie naprawdę jest mojego oprócz pewnego aktu prawnego? I oprócz moich emocji, które są w ten samochód wpakowane? Bo kiedy ktoś go zadraśnie, będę cierpieć. Tak naprawdę on jest swój, jest częścią danego środowiska, za 100 lat nie będzie już go w takiej postaci – zauważa Fabjański.

„Mój”, „moje” to jedne z urojeń. Trening odzwyczajania się od tych słów możemy zacząć w momencie, gdy stłucze nam się „mój” ulubiony kubek. Potem przechodzimy do bardziej zaawansowanych elementów treningu, na przykład „mojego” dziecka, w końcu „mojego” ciała. Czy ono jest moje? Może raczej należy do przyrody? A świadomość? Też nie jest nasza. W ten sposób dochodzimy do ostatecznego buddyjskiego punktu widzenia, że nie ma nic, co można by nazwać „moim” albo „mną”. To jest ten najbardziej radykalny stopień rozumienia rzeczywistości. Wtedy brak lub strata przestają tak przeszkadzać, bo rozumiemy, że nie możemy utracić czegoś, czego nigdy nie mieliśmy. Przestajemy się bać sytuacji, kiedy zostaniemy z pustymi rękami.

Dlatego, idąc za Markiem Aureliuszem, Marcin Fabjański ostrzega: nie zakochuj się we wróblu, bo on już odleciał. Widok ćwierkającego wróbelka przynosić nam może radość. Co się stanie, gdy uleci ona wraz z nim? Trening stoicki dąży do tego, żeby poczucie radości wiążące się ze spokojnym stanem umysłu nie było zależne od tego, czy akurat patrzymy na wróbla, czy też nie. – W treningu medytacyjnym w jakimś stopniu się to osiąga – mówi Fabjański. – Można doprowadzić do takiego stanu psychofizycznego, w którym nie jest się już uzależnionym od tego, co się dzieje na zewnątrz. Można odczuwać rodzaj szczęścia także wtedy, kiedy zewnętrzne warunki są ogólnie niekorzystne.

Można też być spokojnym w momencie niepewności. Bo niepewność bierze się z wewnętrznych mechanizmów, ze sposobu myślenia o sytuacji. Najlepsza metoda, żeby nie cierpieć przez poczucie niepewności, to zaakceptowanie faktu, że wszystko jest niepewne. Stoicy szukali poczucia spokoju w zrozumieniu, że wszystko ciągle się zmienia. Żadna strategia, ani ta, która zakłada, że za pięć lat zostanę dyrektorem holdingu, ani ta o domu wypełnionym głosami trójki dzieci, nie uwolni nas od lęku ani nie zapewni szczęścia. Szczęście bezpieczniej jest budować na spokoju płynącym z bycia w chwili obecnej. Wtedy mamy je natychmiast.

Ekspert: dr Marcin Fabjański filozof, nauczyciel medytacji, twórca szkoły dostrojenia się do procesu życia, dziennikarz, autor wielu książek („Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu”, PWN 2014, najnowsza to „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, Znak 2020).

  1. Psychologia

Filmoterapia - pozwól sobie na doświadczanie uczuć i emocji

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nieważne, czy siedzisz na wielkiej sali kinowej, czy we własnym salonie. Nie ma znaczenia, czy jest to megahit, czy skromna offowa produkcja – na ekranie zawsze oglądasz siebie. Bo nawet najbardziej niewiarygodną historię i tak przefiltrowujesz przez swoje doświadczenia i emocje. Na tym właśnie polega magia kina!

„Tylko prawdziwe ryzyko może sprawdzić prawdziwość wiary” – to zdanie z filmu „Bóg nie umarł” dogłębnie poruszyło moje serce. Sprawiło, że zmęczenie minionego dnia odeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wcisnęłam przycisk: „stop” na pilocie, musiałam przez chwilę pobyć sama ze sobą. Chciałam delektować się kolejno każdym wyrazem. Tak, właśnie tak, dokładnie to potrzebowałam usłyszeć, dokładnie w tym momencie życia…

Czasami jakiś film, nawet jeśli obejrzany przypadkiem, bez polecenia, zachęcającej recenzji, za to w odpowiednim momencie życia, nastroju, stanie ducha dotyka cię do żywego, porusza w sercu jakąś strunę, sprawia, że czujesz się tak, jakbyś usłyszała głos Boga. Jakiś wątek z życia bohatera, niekoniecznie pierwszoplanowego, melodia będąca tłem dla sceny, której nawet do końca nie rejestrujesz, miejsce, które jedynie mignie na ekranie, a ty czujesz, że już tam jesteś, albo jedno krótkie zdanie, nawet mało znaczące dla motywu przewodniego filmu – potrafią uwieść, zapaść na trwałe w pamięć, a może nawet odmienić, uleczyć. A potem latami wracasz do tego samego filmu, do tej jednej jedynej sceny. Albo kupujesz płytę z muzyką z filmu i słuchasz jej na okrągło. Z uwagą śledzisz kolejne dzieła reżysera, bo pragniesz nowych, podobnych doznań. Tak właśnie tworzy się magia. Powiedz mi, jakie oglądasz filmy, a powiem ci, kim jesteś – brzmi jak wróżenie z fusów, a jednak ma głęboki sens.

Czy masz swój ulubiony film?

Do kina chodzę rzadko, trochę z braku czasu (czy możliwości), a trochę dlatego, że nie przepadam za tłumem i gwarem sal kinowych. O wiele bardziej wolę zacisze kina domowego i odpowiednie towarzystwo, bo wspólne przeżywanie fabuły i rozmowy w trakcie, a także spory po i konieczność konfrontacji z faktem, że bliski mi człowiek nie podziela mojego zachwytu, są równie cenne jak film.

Nie jestem filmową koneserką, nie czuję obowiązku bycia na bieżąco z najmodniejszym repertuarem kin. Zdarza mi się po ciężkim dniu pracy bezmyślnie włączyć komputer i obejrzeć mało znaczący serial. Jak większość Polaków lubię komedie – na poprawę nastroju, czasami popłaczę na typowym „wyciskaczu łez”, nie pogardzę również kontrolowanym strachem na filmie mrożącym krew w żyłach. Czasami jestem zła sama na siebie, że kolejny wieczór straciłam, bezmyślnie gapiąc się na ekran. Obejrzałam nawet „50 twarzy Greya”, w końcu z jakiegoś powodu ten film widziało 1,8 miliona Polaków. Jednak film, który porusza mnie do dna, a potem wracam do niego przez lata, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nadal działa, przytrafia mi się niezwykle rzadko. Tak było z „W pustyni i w puszczy” tym z 1973 roku. Każdy kolejny raz, kiedy go oglądam, jest jak powrót do samej siebie, tej sprzed laty, dwunastolatki, która z wypiekami na twarzy śledziła losy Stasia i Nel. To taki mój intymny rytuał – kiedy na ekranie pojawiają się końcowe napisy, zatrzymuję obraz i wyciągam z pawlacza pudełko z dziecięcymi skarbami: ulubiona maskotka, którą dostałam na 12. urodziny, album ze szkolnymi zdjęciami i pamiętnik, a w nim moje najskrytsze marzenia i plany na dorosłe życie.

Czy gdyby nie historia o Stasiu i Nel, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej? Dlaczego właśnie ten film poruszył mnie tak bardzo? Czy bohaterski Staś Tarkowski był prototypem mojej pierwszej miłości? No cóż, w autoterapii tajemnica również obowiązuje.

Czy masz podobnie? Jaki jest twój ulubiony film? Czy lubisz wracać do siebie tamtej, sprzed ekranu, na którym po raz pierwszy oglądałaś swój najważniejszy film?

Każdy odczuwa inaczej

Tomasz Raczek w książce „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów” przyrównuje sztukę oglądania filmów do medytacji vipassany: „Jesteśmy oderwani od codzienności i pogrążeni w uważnym obserwowaniu tego, co na ekranie”. Zdaniem krytyka, dzięki uważnemu oglądaniu filmu możemy zobaczyć nie tylko to, co na ekranie, ale także wejrzeć w głąb siebie. Z uwagą i przede wszystkim z uważnością obejrzany film trafia nie tylko do naszej głowy, ale przede wszystkim porusza emocje, daje nam szansę się z nimi skonfrontować i przeżyć w bezpiecznych warunkach, w końcu płacz w kinie to rzecz ludzka. „To, co widzisz na ekranie, to zaledwie 50 proc. filmu. Drugie tyle zostaje wyświetlone na osobistym ekranie psychiki i wyobraźni”. Ów osobisty ekran uwarunkowany jest naszym intelektem, wrażliwością, doświadczeniem życiowym, samopoczuciem w danym momencie i przede wszystkim umiejętnością bycia w „tu i teraz”. Wszystko, co widzisz i słyszysz podczas projekcji, jest filtrowane przez twoje serce i duszę. Dlatego niektóre filmy doskonale pamiętasz przez wiele lat, a inne wręcz kompulsywnie chcesz oglądać w kółko lub na każde święta.

Zdaniem Tomasza Raczka nieodłączną częścią procesu przeżywania filmu jest możliwość przegadania go – podzielenia się swoimi spostrzeżeniami, opiniami, a przede wszystkim emocjami. Opowiadając o filmie, który cię poruszył, mówisz tak naprawdę o sobie: swoim poczuciu humoru, wrażliwości, o swoich marzeniach i lękach. To prawda, natychmiast po obejrzeniu filmu „Bóg nie umarł” zadzwoniłam do przyjaciółki. Okazało się, że widziała ten film i wcale jej nie zachwycił. Wręcz przeciwnie, jej zdaniem był za mało tajemniczy, za to przewidywalny i zbytnio epatujący amerykańskim katolicyzmem. Zrobiło mi się przykro, bo myślałam, że czujemy podobnie. – To pogadajmy o czuciu, a nie o filmie – zaproponowała przyjaciółka. No właśnie, jak często, spierając się z kimś na temat filmu, mamy odwagę rozmawiać nie o fabule, czyli zewnętrznym ekranie, tylko o tym, co w nas? W czasach epatowania indywidualnością i tzw. zdrowym egoizmem, pod przykrywką których często skrywamy swój lęk przed bliskością i pokazaniem prawdziwej twarzy, przeżywanie i dzielenie się swoimi odczuciami to prawdziwe wyzwanie. Ile razy zdarza ci się zachwycać jakimś modnym filmem, bo tak wypada, bo wszyscy się zachwycają? A nawet jeśli pozwalasz sobie na słowa krytyki, to płyną one bardziej z twojej głowy niż z serca? Oczywiście, masz prawo zachować swoje odczucia dla siebie, najważniejsze jednak, byś nie ukrywała ich przed samą sobą.

Co mówią o tobie obejrzane filmy?

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej, dlatego podświadomie identyfikujemy się właśnie z tą postacią i zaciekle jej bronimy w rozmowach o filmie. A kiedy, zwłaszcza ktoś bliski, krytykuje naszego bohatera, czujemy się dotknięci do żywego. Czasami masz wrażenie, że ty i twój partner siedzący obok w kinie widzieliście dwa różne filmy. Czujesz się wtedy rozczarowana i zawiedziona. Dlaczego on mnie nie rozumie? – zadajesz sobie pytanie. To nie tak, to nie o ciebie chodzi, tylko o film. Jeśli chcesz być zrozumiana – opowiedz o swoich odczuciach związanych z filmem. To podobnie jak w realnym życiu, kiedy ktoś interpretuje konkretne wydarzenie w inny niż my sposób, czujemy się osobiście dotknięci. Niezgodność w myśleniu nie oznacza niezgodności w czuciu. Świadome oglądanie i przeżywanie filmu pozwoli poczuć ci tę różnicę. Obrazy, kolory, dialogi, muzyka, ruch – to wszystko uruchamia naszą wewnętrzną projekcję. Wszystko, co w nas trudne, co budzi lęk, a nawet wstręt – przenosimy na ekran, rzutujemy na bohatera filmu i dzięki temu stajemy się obserwatorami naszego życia. I to jest właśnie najważniejszy cel uważnego oglądania filmów, często wykorzystany przez terapeutów stosujących metodę filmoterapii.

Zdaniem Tomasza Raczka nawet krótka drzemka w kinie ma działanie terapeutyczne – staje się swoistą śluzą, przez którą widz przedostaje się ze swojej codzienności do rzeczywistości przedstawionej w filmie. Jeśli ta rzeczywistość jest ci wyjątkowo bliska, być może właśnie to jakaś część ciebie, twojego cienia, czegoś, co ukrywasz nawet przed samą sobą. Na ekranie możesz ją w bezpieczny sposób obejrzeć, przeżyć, z dystansu znaleźć rozwiązanie problemu.

Zdarza mi się, że pacjent przez całą sesję opowiada o filmie, który go poruszył. Czasami, pomimo zachęty, wcale nie chce rozmawiać o tym, co to w nim otworzyło, tylko cały czas koncentruje się na historii bohatera. Mam wrażenie, że jesteśmy w gabinecie we trójkę, a w pewnym momencie ja i pacjent wchodzimy w role terapeuty filmowego bohatera. Uwierzcie mi, że takie sesje są bardzo terapeutyczne. Nie zawsze wszystko musi być ujawnione i nazwane wprost.

Dlatego jeśli w trakcie kinowego lub domowego seansu odkryjesz, że jakaś scena cię porusza – zatrzymaj się i wsłuchaj w siebie. Co czułaś, oglądając film? Co wywarło na tobie wrażenie i dlaczego? Jak postąpiłabyś na miejscu ulubionego bohatera? Gdybyś była reżyserem, jak zmieniłabyś zakończenie? Jeśli czujesz taką potrzebę, porozmawiaj o tym z kimś bliskim.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Dlaczego warto rozmawiać o filmach?

  • To jeden z najelegantszych i najdyskretniejszych sposobów mówienia o sobie, bez bycia posądzonym o egocentryzm.
  • To świetny sprawdzian tego, jak bardzo jesteśmy otwarci na odmienne zdanie i wytrzymali na rzeczy trudne do zaakceptowania. Możemy przekonać się, gdzie są nasze ograniczenia i z czego wynikają. I czy stać nas na nieuleganie emocjom, gdy temat wymaga raczej racjonalnej analizy.
  • Rozmowa o filmie uczy uważności w odbieraniu świata, co w czasach kłopotów z zagospodarowywaniem nadmiaru jest bezcenne.
  • Pozwala spojrzeć na problemy szerzej i z różnych perspektyw.
  • Może być też dobrym treningiem precyzyjnego posługiwania się językiem emocji i pozwoli w przyszłości uniknąć nieporozumień wywołanych nieprecyzyjnym komunikatem wysyłanym do bliskiej osoby.
Źródło: Tomasz Raczek, „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów”, Latarnik 2015

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.