1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Boisz się? To skacz! Psycholog Tomasz Kozłowski na strach przepisuje... skoki spadochronowe

Boisz się? To skacz! Psycholog Tomasz Kozłowski na strach przepisuje... skoki spadochronowe

Strachu nie należy zagłuszać, trzeba wyjść mu na spotkanie. (Fot. Getty Images)
Strachu nie należy zagłuszać, trzeba wyjść mu na spotkanie. (Fot. Getty Images)
Tomasz Kozłowski, psycholog, skoczek spadochronowy, ratownik górski wraz z dwoma kolegami wzniósł się balonem na wysokość ponad 11 tys. metrów i wykonał skok ze stratosfery. Bał się, ale przełamał lęk. Dziś jako element coachingu proponuje klientom skoki ze spadochronem. W tym szaleństwie jest metoda! Bo strachu nie należy zagłuszać, trzeba wyjść mu na spotkanie.

Po waszym skoku ze stratosfery gratulował wam sam Felix Baumgartner. A jednak tuż przed bałeś się… Bałem się przede wszystkim nieznanego, przecież nikt na świecie w formacji spadochronowej jeszcze z takiej wysokości z balonu nie skoczył. Lekarz Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej powiedział nam, że na górze od śmierci będzie dzielić nas właściwie 15 sekund, bo tyle czasu upływa od ewentualnego uszkodzenia instalacji tlenowej do utraty przytomności, potem zostaje minuta, może dwie do zgonu. Ta informacja spowodowała, że zacząłem się naprawdę bać, a emocje falowały. Raz czułem, że dam radę, potem górę brały lęki – to była ciągła walka ze sobą, ale jednak bardzo cenna, bo takie zmagania dają kapitał na całe życie. Ostatecznie było bardzo bezpiecznie. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej zamknęła 1/3 przestrzeni powietrznej kraju, mieliśmy najlepszy sprzęt, pomagała nam jednostka GROM-u. Zresztą sam sprzęt spadochronowy nie był dla mnie problemem – jest i tak zawsze sprawdzany, poza tym ma też spadochron zapasowy i automat. Problemem była dla mnie instalacja tlenowa, bo się na tym kompletnie nie znałem. Mimo wszystko – skoczyłem.

Przed głównym skokiem miałem w głowie wiele scenariuszy dotyczących tego, jak będę lądował, jak sobie poradzę z przeszkodami typu linie energetyczne, budynki, woda czy lasy, które mogą okazać się bardzo niebezpieczne. Gdy wznieśliśmy się ponad chmury, wszystkie problemy zniknęły. To, co urastało do rangi dramatu, nie było już widoczne. To było nie tylko doznanie emocjonalne, ale i duchowe. Nie w pełni rozumiem znaczenie tego słowa, ale jeżeli cos mógłbym nazwać mistycznym, to była to właśnie ta piękna chwila tam w górze.

A potem powstała książka „Historia tysiąca leków”. Skok otworzył we mnie jakąś przedziwną przestrzeń i automatycznie coś zaczęło się dziać. Spisywałem to, a odtwarzając sobie ważne przeżycia z okresu przygotowań, samego skoku, ale i wcześniejszych doświadczeń, np. takich jak błędna diagnoza choroby, przygody na wspinaczce w Alpach czy przeprowadzka do Nowej Zelandii, poczułem coś zupełnie odmiennego od wcześniejszych doznań. Pisanie samo w sobie było nieprawdopodobnym przeżyciem, a rok 2015 okazał się dzięki temu najlepszym rokiem w moim życiu, i tak właśnie powstała książka „Historia tysiąca leków”. Sam ją wydałem, czego też musiałem się przecież od początku nauczyć. Fajnie jest wchodzić w obszary, których się kompletnie nie zna. Skok, cały ten projekt, łącznie z napisaniem i wydaniem książki, pokazał mi właśnie to: ty też możesz! Wiesz, co zrobiłem, kiedy egzemplarze przywieziono z drukarni? Wyjąłem pierwszy z góry i zadedykowałem go samemu sobie. Napisałem w nim: „Tomek, idź zawsze za swoją intuicją, bo nigdy cię nie zawiodła!”.

W książce wyznajesz: „Moje życie to niekończąca się historia leków”. Czy po skoku zniknęły? Jak głosi teoria opanowywania trwogi, jeden z podstawowych leków wynika z naszej świadomości nieuchronnej śmierci. Skacząc, w nieco przewrotny sposób doświadczamy tego, że pokonujemy śmierć. Opisałem skok, ponieważ chciałem pokazać, że zwykły człowiek może skoczyć ze stratosfery, ale może też sobie poradzić z jakąś trudną sprawą osobistą, bo przecież wszyscy jesteśmy różnymi lękami owładnięci. To nie spowodowało, ze ja się magicznie pozbyłem lęków – po prostu je diagnozuję, akceptuję i sprawniej sobie z nimi radzę. Mówię sobie: „Skoczyłeś ze stratosfery, to dasz sobie radę i z tym”. Gdybym miał skoczyć jeszcze raz, to już nie byłoby to dla mnie wyzwaniem i dlatego właśnie nie wziąłem udziału w następnym takim przedsięwzięciu. Miałem zaproszenie do skoku z 22 tysięcy, ale odmówiłem, bo ja już tego nie potrzebuję. Wcześniej wyobrażałem sobie, jaka może się pojawić kolejna poprzeczka, a tu się okazało, że pokonanie tego ogromnego lęku anulowało wszystkie inne poprzeczki. Stałem się bogatszy, bo w moim przekonaniu nie jest bogaty ten, kto ma dużo, ale ten, któremu wystarczy to, co ma. Dzięki temu człowiek jest szczęśliwy i zadowolony.

Bardzo dobitnie opisujesz moment największego strachu. Fragment zatytułowany „Śmierć” jest inny niż wszystkie. To moment najbardziej wyraźny, surowy, wręcz atawistyczny. Było to prawdziwe spotkanie człowieka z samym sobą. Podjęcie decyzji o tym, że nie polecę, a potem pewność, że jednak skoczę. To decyzja zerojedynkowa. Nie da się skoczyć do połowy. I to stało się dla mnie bardzo cenne. Doświadczenia siebie jako skutecznego człowieka, który poradził sobie z własnym ogromnym lękiem, czyli z czymś, co jest niematerialne – nie da się niczym zastąpić, ani pieniędzmi, ani pozycją społeczną, ani wsparciem innych. To największa nagroda.

W chwili ostatecznej decyzji: skoczyć czy nie, co przeważyło? Kto w tobie podjął tę decyzję? To ciekawe, bo sam tego chyba do końca nie wiem. Ale tak samo jak prawdziwy jest odpowiedzialny Tomek, który się boi, że w razie czego jego syn zostanie sam – tak samo prawdziwy jest szalony Tomek, który chce być szczęśliwym, spełnionym człowiekiem pragnącym doświadczyć największej przygody życia. I tym razem ten drugi zadecydował. Jednak obaj są w pewnym sensie tożsami. To nie są dwa różne bieguny. Według mnie każdy powinien mieć swój świat. Moim światem są skoki spadochronowe, było nim ratownictwo górskie, była wspinaczka. Ja po prostu muszę mieć kontakt z surową przyrodą, bo właśnie tam mogę spotkać samego siebie.

Jesteś psychologiem, a zarazem skoczkiem spadochronowym i ratownikiem górskim. Czy te różne z pozoru obszary okazują się do siebie podobne? Wszystkie rzeczy, które wydarzyły się w moim życiu, nierozłącznie zazębiały się ze sobą. To, że wszedłem w obszar interwencji kryzysowej, również zaczęło się w górach. Byłem już starszym ratownikiem górskim, a równolegle pracowałem w Jeleniej Górze na skromnym etacie psychologa w poradni psychologicznej.

Na szkoleniu wspinaczkowym, które zresztą sam zorganizowałem, zginął mój kolega – ratownik. Była to pierwsza tragedia, która dotknęła moje środowisko, moją grupę wiekową, czyli tych, którzy ze mną wstępowali do GOPR-u. Lawina przysypała siedem osób. Tuż po tym rozmawiałem na temat tej trudnej, również psychologicznie, sytuacji z szefem szkolenia GOPR. Mówiłem mu, że konsekwencje psychiczne dotkną ratowników, nawet jeśli będą one odroczone w czasie. Nie przekonałem go wtedy – wydawało mu się, że ta tematyka nie dotyczy twardego męskiego środowiska. Rok później w lawinie zginęło kolejnych dwóch naszych ratowników. Wtedy dostałem krótki telefon: „Tomek, zielone światło, organizuj pomoc psychologiczną”. Spotkało się to z pozytywnym odbiorem i GOPR zaczął wysyłać mnie na różne szkolenia z interwencji kryzysowej. Zobaczyłem, że zespoły są w stanie podnieść się po tak ciężkiej tragedii jak te dramatyczne straty i pracować dalej. Zacząłem się interesować procesami  grupowymi w zespołach. Przyglądałem się ludziom funkcjonującym w zespołach w wojsku, policji, w drużynach sportowych, w pogotowiu górskim. Dzisiaj, konsultując zespoły biznesowe, widzę, że działa to dokładnie tak samo. Jeśli popatrzymy na problem przez pryzmat diagnozy, to sprawdza się to tak samo w interwencji kryzysowej i w zespole menedżerskim. Ściśle trzymam się tego prostego scenariusza: diagnoza, procedury, rzetelne podejście do pracy, wnioski, zmiany, sprawdzenie i rekonstrukcja. Nic więcej nie trzeba  – zarówno w psychologii, w pracy z zespołami, jak i w innych dziedzinach życia.

Również w pokonywaniu lęków? Nie warto zagłuszać negatywnych emocji. Jeśli człowieka boli ząb, to idzie do dentysty, ale do tej słusznej decyzji mobilizuje go właśnie ból. Tabletka jest tylko zagłuszaczem, nie walczy ze źródłem bólu. Tak samo jest z lękiem. Jeśli człowiek nie spotka się z nim i nie zaakceptuje go – to go nie pokona. Pewna pani profesor nie zgodziła się kiedyś ze mną w tej właśnie sprawie. Jej zdaniem nie wolno lęku akceptować, trzeba z nim walczyć, a akceptacja walką nie jest – mówiła. Jednak w moim przekonaniu trzeba się w pewnym sensie zaprzyjaźnić ze swoim wrogiem i wtedy, kiedy go poznamy, można go ujarzmiać. Natomiast tam, gdzie lęk staje się patologiczny, czyli wkracza w nasze życie na tyle mocno, że zaczyna je dominować i utrudniać, potrzebny jest ktoś, jak na przykład psycholog, kto nas rzetelnie w tej kwestii zdiagnozuje. Jeśli będziemy taką Zosią Samosią, to możemy nie dostrzec, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek, nie zauważymy nawet, że jest ciemno... Boli mnie ząb – idę do dentysty, brzuch – do internisty, ale jeśli paraliżuje mnie lęk – to w tajemnicy pogadam sam ze sobą. Nie zawsze to się sprawdza. Przychodzi moment, że sami sobie nie poradzimy.

Powinniśmy skoczyć z nim z dużej wysokości? Skok ze spadochronem może być terapią? W działaniach coachingowych bardzo często wykorzystuję właśnie skoki. Staram się tak przygotować proces, żeby w jednej z ostatnich sesji była praca tuż przed skokiem spadochronowym i zaraz po nim. Przygotowujemy się, omawiamy emocje, lecimy, skaczemy, a potem wracamy i pracujemy jeszcze dwie, trzy godziny. Człowiek patrzy na siebie przed skokiem i po nim, i zdaje sobie sprawę, że w ciągu kilku godzin doświadczył siebie w dwóch kompletnie różnych odsłonach. Podczas sesji ze skokiem tworzy się bardzo dużo metafor, które można potem wykorzystać do pracy z samym sobą. Nie da się wyperswadować lęku przed skokiem, tak jak i nie da się opowiedzieć zapachu i smaku sernika. Po prostu trzeba skoczyć. Co więcej – kiedy człowiek się tego wcale nie boi, no to po co to robić?

Takie emocje jak lęk gwarantują głębokie przeżycie i fantastyczną nagrodę po wylądowaniu. To brzmi dziwnie, ale właśnie wtedy człowiek doświadcza siebie samego i widzi, że jest w stanie zrobić coś, o czym przez całe życie myślał, że nigdy się na to nie odważy. W takiej sesji skaczę jako kamerzysta i nie jestem złączony z osobą, która wkracza w nasz świat po raz pierwszy. Spadam naprzeciw niej, obserwując jej zachowanie, i dzięki temu możemy to potem omawiać z dwóch perspektyw. Ludzie mają zupełnie odmienne wyobrażenie siebie od tego, które potem widzą na nagranym przeze mnie filmie. Mówią zwykle: „byłem przerażony”, a ja mam nagraną uśmiechniętą, szczęśliwą, dobrze bawiącą się osobę. Często nie widzimy siebie takimi, jakimi rzeczywiście jesteśmy. Nelson Mandela powiedział: „Ciemną stroną naszego życia nie są nasze słabe strony, tylko te mocne”. Nie dajemy sobie prawa, by być sprytnym, sprawnym, uśmiechniętym, fajnym, szczęśliwym, silnym itd. Nie, to nie my – mówimy – to raczej ktoś inny. A to jesteśmy właśnie my, tylko musimy wyjść poza cieplutką strefę komfortu. Nie doświadczymy siebie, siedząc w bezpiecznym, wygodnym fotelu. Mamy dwie drogi: albo ulegniemy lękom, albo się z nimi skonfrontujemy. Jeśli ulegniemy, możemy spędzić całe życie skuleni w kącie z naszymi potworami, zastanawiając się, czy pokonamy je, czy nie, tyle tylko, że nawet najlepsze zastanawianie się niczego nie zmieni.

Nie wszystkie konfrontacje zawierają aż tak duży element ryzyka. Ja inaczej interpretuję ryzyko. Akurat w skokach spadochronowych, statystycznie rzecz biorąc, ryzyko jest najniższe ze wszystkich aktywności sportowych. Ale nie dociera to do nas, emocjonujemy się katastrofami lotniczymi czy nagłaśnianymi wypadkami spadochronowymi. A one nagłaśniane są tak mocno właśnie dlatego, że tak rzadko się zdarzają. Na całej planecie podczas skoków rocznie ginie około 20 osób. A jak się okazuje, najbardziej kontuzyjnym sportem jest… cheerleadering! Te dziewczyny są podnoszone na wysokość 3–4 metrów i zdarza się, że spadają, łamiąc sobie nogi, czasami dochodzi nawet do uszkodzeń kręgosłupa, ale one nie mają procedur bezpieczeństwa.

Pomimo ryzyka wciąż dużo czerpię ze skoków, bo lecąc z kimś, w pełni doświadczam tego, jak ważne jest obcowanie z drugim człowiekiem. Kiedy spadasz, widzisz tylko czyjąś uśmiechniętą twarz… Nie ma znaczenia wiek, pozycja społeczna czy pieniądze – po prostu jesteś z drugim człowiekiem. Namówiłem do skoku setki osób. I one wszystkie dzięki temu w jakimś drobnym ułamku stały się szczęśliwsze.

Co daje poczucie bezpieczeństwa przed skokiem? Procedury i jeszcze raz procedury. W ramach projektu „Polska Stratosfera” tworzyliśmy bardzo dużo procedur ewakuacyjnych i wymyślaliśmy długą listę rzeczy, które mogą przeszkodzić nam w realizacji rekordu. Tego typu postawa – oparta na obawach o to, co może się stać w czasie wznoszenia, lądowania czy jakichś kłopotów z balonem lub sprzętem spadochronowym – jest niezwykle ważna. To dzięki tworzeniu bardzo dobrych procedur nasz skok ze stratosfery odbył się bez żadnych kłopotów. Dziś dochodzę do wniosku, że po części może właśnie dlatego, że się po prostu baliśmy i wszystko dokładnie przeanalizowaliśmy. To była rzetelna diagnoza. Zabrzmi zabawnie, ale zastanawialiśmy się nawet nad tym, jak ściągnąć puchowe buty, które mieliśmy na nogach, i do tego dorobiliśmy sobie takie małe klapy do przydeptywania tak, aby nie trzeba było się schylać, bo schylając się, można było uderzyć w coś sprzętem tlenowym i go uszkodzić.

Jak to działa w pracy psychologa? W przeniesieniu na pracę z człowiekiem pokazuje, że warto sięgać do podstaw. Tak samo chodzi tu o prawdę i o to, żebyśmy rzetelnie postawili diagnozę. Dobrze zdefiniowany problem pozwala dobrze określić cel, do którego zmierzamy, daje szansę na ewentualne modyfikacje. Pozostaje tylko nie popsuć roboty. A jeśli będziemy postępować zgodnie z procedurami, zgodnie z etyką i z tym, na co się umawiamy – to wszystko będzie dobrze. Wydaje mi się, że na pracę psychologa, na pracę z człowiekiem, można spokojnie przenieść moje doświadczenia z górskich akcji ratunkowych czy ze skoków spadochronowych, również w formacjach. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku musimy wiedzieć, jaki mamy problem, co mamy z nim zrobić, co ma być na wejściu, co na wyjściu, i wtedy rzetelnie przeprowadzić całą procedurę, nawet jeśli w projekcie jesteśmy tylko drobnym trybikiem w maszynie. To proste – czasami nie uruchomisz ogromnej maszyny bez małego kluczyka.

Co trzeba przećwiczyć przed skokiem tandemowym, w który zabierasz swoich klientów? To, co musi zrobić pasażer, czyli osoba, która z nami leci, by skoczyć, to odpowiednio ułożyć się w powietrzu i przygotować do lądowania. Trenujemy to wcześniej. Tego typu skoki są bardzo korzystne dla osób, które mają silną potrzebę kontroli, piastują wysokie stanowiska, którym towarzyszy silne poczucie odpowiedzialności. W powietrzu okazuje się, że odpuszczenie tej kontroli może być paradoksalnie niezwykle korzystne, wręcz budujące. Bo oto człowiek, który posiada ogromną władzę, na 15 minut oddaje swoje życie w ręce innego człowieka, którego na dodatek wcześniej nie widział na oczy. I co? Okazuje się, że nic złego się nie dzieje. Czyli jeśli na chwilę stracimy kontrolę nad naszym dzieckiem, naszymi finansami, nad naszym życiem, to i tak wszystko będzie w porządku. Świat się będzie dalej kręcił, a powietrza na planecie nie zabraknie.

Większość z nas ma silną potrzebę stałego zarządzania życiem i całym otoczeniem. Widzę to, gdy skaczę z menedżerami, z ludźmi odpowiadającymi za pracę zespołów, za ogromne projekty. Widzę też, że znacznie łatwiej skacze się z kobietami, bo bez oporu przyznają się do swoich lęków. Mężczyźni mają z tym większy problem, choć często boją się dokładnie tak samo. A może ty skoczysz?

Nie, ja za bardzo się boję. Tym bardziej powinnaś! Boisz się – to skacz! Jeśli ktoś się nie boi – skakanie nie ma sensu. Skok to aktywność, która pięknie czyści mózg, porządkuje sprawy, oddziela rzeczy ważne od banalnych, restartuje system. I to właśnie dlatego, że tu nie mamy możliwości wyeliminowania lęku poprzez zamknięcie drzwi. Musimy sobie z nim poradzić, a radzenie sobie z lękiem to również konfrontacja z nim. Wszyscy jesteśmy w stanie uruchomić wewnętrzne zasoby samopomocy – trzeba tylko zrobić pierwszy krok. Podczas skoku spadochronowego, wejścia do jaskini czy wspinaczki wzbogacamy te zasoby. Tego nie da się opowiedzieć – to trzeba przeżyć.

Każdy z nas ma swoich tysiąc lęków i tysiąc dróg, na które wchodzi, ale ma także tysiąc dróg, których, niestety, nie eksploruje, pozostając w miejscu. Namawiam ludzi, żeby podejmowali wyzwania. Pokonujemy siebie tylko wtedy, kiedy nasza ciekawość jest większa niż lęk albo kiedy uwierzymy w to, że akurat ta metoda zadziała. To najważniejsze. Lęk czasami wyznacza nam fantastyczne kierunki. Pokonywanie tysiąca lęków daje szansę na tysiąc zwycięstw. Jako psycholog, skoczek, ale i człowiek wierzę w odważne otwieranie tym lękom naszych wewnętrznych drzwi.

Tomasz Kozłowski, psycholog, coach, specjalista interwencji kryzysowej, skoczek spadochronowy, instruktor ratownictwa górskiego, autor książki „Historia tysiąca lęków”. Wraz z dwoma kolegami 3 grudnia 2014 roku, wznosząc się na wysokość 11 tys. metrów, wykonał skok spadochronowy ze stratosfery.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Władza ma różne oblicza. Jak na nas działa? Dlaczego tak łatwo jej ulegamy?

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. (fot. iStock)
Przedmiot pożądania jednostek i całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i pociągająca, a gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania?

Przedmiot pożądania jednostek i  całych zbiorowości. Potężna siła, której trudno się oprzeć. Ponoć najlepszy afrodyzjak. W  dodatku wszechobecna: działa w  społeczeństwie, pracy, szkole, bliskich relacjach. Nęci, kusi, mami. Dlaczego wydaje się nam tak atrakcyjna i  pociągająca, a  gdy już jej ulegamy – zmienia nas nie do poznania? Co tak naprawdę nam daje? A  może także coś odbiera, tylko tego nie widzimy?

Świetlica szkoły podstawowej w  jednej z  warszawskich szkół. Dorota Wiśniewska-Juszczak, doktor psychologii na Uniwersytecie SWPS, jest świadkiem następującej sceny: Pewna mama przychodzi po swoją sześcioletnią córkę. Właśnie zaczęła się przerwa, więc korytarz jest pełen rodziców i  dzieci, a  wśród nich owa dziewczynka uśmiechnięta na widok mamy. Opiekunka ze świetlicy krzyczy z  daleka: „A  córka pochwaliła się już tym, co zrobiła?”. Mamę rozpiera duma, ogarnia podwójna radość, bo mało tego, że widzi rozradowaną córkę, to jeszcze słyszy w  słowach pani zapowiedź pochwały. A  pani z  uśmiechem, przy wszystkich, na cały głos, donosi na dziewczynkę – że była niegrzeczna, że usiłowała ugryźć koleżankę. Na koniec dorzuca: „No, chyba niedługo kupimy jej kaganiec!”.

– Stanęłam jak wryta – opowiada Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Byłam tak zszokowana zachowaniem pani nauczycielki, że kompletnie odebrało mi mowę. I  dopiero później dotarło do mnie, że oto doświadczyłam czysto władczego zachowania. Od lat naukowo zajmuję się władzą, badam różne jej przejawy, a  teraz jestem świadkiem jej działania w  najmniej oczekiwanym miejscu. Pani mająca nad ową dziewczynką przewagę, także fizyczną, całym swoim zachowaniem pokazała: „Ty się w  ogóle nie liczysz, ja mogę na oczach całego świata, nawet przy twojej mamie, zbesztać cię i  pokazać, że jesteś nikim”. Potem dowiedziałam się, że owa mama zainterweniowała u  dyrekcji szkoły, co na szczęście przyniosło rezultaty. Ale na początku pani nie mogła zrozumieć, o  co chodzi. Tłumaczyła, że to był żart. Tego, że dziewczynka płakała, że została upokorzona przy mamie i  kolegach, pani „trzymająca władzę” w  ogóle nie brała pod uwagę. To doświadczenie pokazało mi, badaczce tego tematu, jak wszechobecna może być władza. Bo niezależnie od tego, czy ktoś dzierży ją w  relacji z  uczniem, czy z  partnerem, czy z  podwładnym, tak samo może uzurpować sobie prawo do przekraczania norm. Pani przedszkolanka przekroczyła je, oceniając swoją uczennicę publicznie, używając określenia „założymy kaganiec”. Inni „władcy” dają sobie inne prawa, a  wszystko tylko dlatego, że uważają: „Nam z  racji sprawowanej władzy wolno więcej niż innym”. Czasami robią to bezrefleksyjnie, bez złych intencji, tak było chyba w  przypadku pani przedszkolanki, co jednak nie zmienia faktu, że konsekwencje takich zachowań mogą być bardzo negatywne.

Patrzę na ciebie z góry

Zespół badaczy z  Uniwersytetu SWPS z  dr Aleksandrą Cisłak badał metafory związane z  pojęciem władzy. Okazuje się, że wszystkie potoczne określenia na ten temat trafnie oddają, czym ona jest. Bo jak „się patrzy na kogoś z  góry”, to nawet fizycznie odczuwa się przewagę nad osobą stojącą niżej. To dlatego zarządy, dyrekcje sytuują swoje gabinety na wyższych piętrach korporacji – nikt w  firmie nie powinien mieć wątpliwości, do kogo należy ostatnie zdanie.

Władza kojarzy się przede wszystkim z  polityką, życiem społecznym i  zawodowym. Psychologowie Annette Y. Lee Chai i  John A. Bargh w  książce „Władza. Pokusy i  zagrożenia” definiują ją jako – z  jednej strony – zdolność do wywierania wpływu na innych ludzi, a  z  drugiej – do opierania się ich oddziaływaniu.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Według mnie to, czym jest władza, najlepiej oddaje definicja mówiąca, że to asymetria wpływu, czyli taka relacja, w  której jedna strona ma wpływ na drugą, podczas gdy ta druga strona nie ma wpływu na tę pierwszą. A  dodatkowo jedna ze stron ma dostęp do zasobów, a  druga ich nie ma. Te zasoby mogą być różne: polityczne, zawodowe, prywatne, na przykład dostęp do stanowisk, pieniędzy, a  w  sferze prywatnej – do dzieci, przyjaciół, seksu. Partnerzy rozgrywają tymi zasobami w  trakcie rozwodu – mąż chce odciąć żonę od pieniędzy, żona męża od dzieci. Partner o  mniejszych zasobach ma, oczywiście, mniejsze szanse w  tej próbie sił.

Psycholożka podkreśla, że władza nie istnieje sama dla siebie. Jak wynika z  badań, jakie przeprowadziła na Uniwersytecie SWPS razem z  Janiną Szwykowską-Ziemniak, władza zawsze występuje w  jakiejś relacji. Pokazuje to między innymi eksperyment polegający na tym, że zaproponowano ludziom, żeby wybrali sobie niski lub wysoki fotel. Z  wcześniejszych badań wynikało, że wysoki fotel, podobnie jak duży gabinet albo gabinet położony wyżej, aktywizują poczucie władczości. I  co się okazało? Że ludzie siedzący na wysokim fotelu przejawiali władczość tylko wtedy, gdy ktoś siedział na niskim fotelu, gdy natomiast ten fotel był pusty, poczucie władczości się nie ujawniało.

Czy to oznacza, że owo poczucie może zrodzić się w  każdym z  nas bez względu na cechy osobowości, a  jedynie w  sprzyjających warunkach zewnętrznych?

– Wszystko wskazuje na to, że tak – odpowiada psycholożka. – Badamy nie tylko ludzi, którzy mają władzę, ale także tych, którym stworzy się warunki do jej aktywizowania, i obserwujemy, co się z  tymi ludźmi dzieje. Okazuje się, że zdecydowana większość z  nich ulega czarowi władzy.

O  tym, że to sprzyjające warunki czynią z  nas władców, świadczy fakt, że ten sam człowiek może w  jednej sytuacji być władczy, a  w  drugiej podporządkowany.

Jestem mocarzem

Dorota Wiśniewska-Juszczak podkreśla, że powód ulegania pokusie władzy jest prosty – bo daje natychmiastowe korzyści. Tuż po jej przejęciu człowiek dostaje ze świata zewnętrznego dużo sygnałów, że jest supergościem. Wielu ludzi go komplementuje, chce się z  nim przyjaźnić, zaprasza, obdarowuje, dużo wokół niego się dzieje.

Wiele badań pokazuje, że władza daje napęd i  energię do działania, podnosi poziom optymizmu, poprawia samopoczucie, samoocenę i  kreatywność. To między innymi dlatego rządzącym udaje się zacząć i  skończyć dużo więcej projektów niż tym pozbawionym władzy. Aktywizowanie podwładności uruchamia bowiem w  mózgu procesy hamowania, co powoduje, że ludzie podejmują działania z  opóźnieniem. Natomiast u  rządzących włącza się apetytywny (popędowy) system dążenia związany z  ośrodkiem nagród. W  osiąganiu celów bardzo pomaga im także to, że potrafią stawiać granice. W  jednym z  eksperymentów przeprowadzonych przez amerykańskiego psychologa Adama Galinsky’ego i  jego współpracowników wywołano u  badanych – za pomocą wspomnień o  sprawowaniu bądź podleganiu władzy – poczucie władczości i  podwładności. A  potem włączono wentylatory. Ustawiono je tak blisko, żeby wiały prosto w  oczy, czyli przeszkadzały. Okazało się, że 70 procent osób z  grupy władczej jakoś na to zareagowało: przestawiło wentylatory albo poprosiło o  ich wyłączenie, natomiast z  grupy podporządkowanej zrobiło to tylko 30 procent.

– Sprawowanie władzy daje same korzyści – mówi Dorota Wiśniewska-Juszczak. – Największą jest to, że ludzie mogą wywierać wpływ na innych, zmieniać rzeczywistość w  takim kierunku, jaki jest dla nich korzystny. Szkoda, że nie myślą o  tym, co zauważyła dopiero na zakończenie swojego premierowania Ewa Kopacz – że każda władza przemija. Rzadko kto myśli o  długoterminowych konsekwencjach, bo dopóki mamy wokół siebie admiratorów, rozsmakowujemy się w  sprawowanej funkcji i  nie widzimy żadnych zagrożeń. Często mówię menedżerom, że to pierwszy krok do ich klęski. Bo jak otaczają ich tylko pochlebcy, którzy przyklaskują każdej ich decyzji, to kreowany przez nich obraz sytuacji może być nieprawdziwy. A  to jest niebezpieczne. Szef nie ma bowiem wszystkich danych do oceny sytuacji, przeszacowuje więc swoje możliwości, kierując się podsycanym poczuciem mocy oraz fałszywym przekonaniem, że musi się udać. Nie docenia natomiast ryzyka. Efektem są niefortunne posunięcia, co może skończyć się utratą stanowiska.

Rządzę, więc mogę wszystko

I  to jest ta dobra strona wybieralnej władzy – że szef, który się nie sprawdził, może ją stracić. Inaczej niż w  bliskich związkach, gdzie rządzenie pozbawione weryfikującej oceny innych, karmione silnymi emocjami, a  często także zakamuflowane, rozkwita najbardziej. Tu władcy mają największe pole do popisu.

Profesor Eugenia Mandal w książce „Miłość, władza i  manipulacja w  bliskich związkach” pisze, że w  intymnych relacjach możemy właściwie bez ograniczeń kontrolować, wymagać, wymuszać, manipulować. A  wszystko za pomocą kar (także przemocy), nagród, pieniędzy, autorytetu, seksu. Profesor przytacza badania, z  których wynika, że osoba mniej zaangażowana ma w  związku większą władzę, silniejszy wpływ na partnera. Może zatem dyktować warunki bardziej kochającemu, co psychologowie nazwali zasadą mniejszego zainteresowania. Tę zasadę dobrze ilustruje powiedzenie: kochasz – służysz, jesteś kochany – rządzisz.

Henry Kissinger mawiał, że władza to najlepszy afrodyzjak, który przyciąga kobiety. Czy przyciąga także mężczyzn do kobiet mających władzę?

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Niekoniecznie. Z  moich obserwacji wynika, że jeżeli w  relacji między kobietą a  mężczyzną na dobre zagości władza, sprawowana w  dodatku niepodzielnie przez jedną stronę, to jest to dla związku zagrażające. Dobry bliski związek opiera się bowiem na zaufaniu, lojalności, ciepłych uczuciach, wartościach, a  tego wszystkiego brakuje w  relacji opartej na podporządkowaniu, lęku, rozgrywkach. Strona podporządkowana staje się biernym obserwatorem, dominująca natomiast wini ją za bierność, nieudolność, powolne podejmowanie decyzji, zły nastrój, brak optymizmu i  nawet nie zauważa, że to ona kręci tym kołem.

Dlaczego jedni potrafią rządzić, a  inni nie? Wpływają na to nie tylko sprzyjające okoliczności, ale także cechy charakteru i  osobowość. Psychologia mówi o  dużej korelacji z  władzą takich cech, jak: ekstrawertyczność, inteligencja oraz stereotypowo postrzegana męskość, czyli potrzeba dominacji, rywalizacji, narzucania swojej woli. To, oczywiście, nie oznacza, że każdy nosiciel takich cech będzie pchał się do władzy, ale ma zdecydowanie większe szanse niż ludzie ugodowi, koncyliacyjni, łagodni.

Szefowie akcentują inny aspekt władzy: odpowiedzialność. Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Z  badań wynika, niestety, co innego: że ludzie zazwyczaj sięgają po władzę ze względu na możliwości, jakie im daje, a  nie na odpowiedzialność. Kiedy menedżer myśli o  awansie, to widzi przede wszystkim profity: wysokość zarobków, samochód do dyspozycji itp., rzadziej kieruje się potrzebą rozwoju firmy i  podwładnych. Oczywiście, istnieją liderzy, którzy sięgają po władzę dla realizowania wartości, misji, ale to mniejszość. Trwają badania dotyczące związku cech osobowości z  preferowaniem władzy rozumianej jako odpowiedzialność lub jako możliwości. Na razie nie ma na ten temat jednoznacznych doniesień.

Świat z  perspektywy kota

Mówi się, że władza deprawuje. Ile w tym prawdy?

– Dużo – odpowiada psycholożka. – Kiedy w  eksperymentach wzbudzano nawet na chwilę poczucie władzy poprzez na przykład przydzielanie losów na loterii czy dawanie pewnej kwoty pieniędzy do podziału w  grupie, to zawsze u  tych ludzi pojawiało się subiektywne poczucie, że oto można postrzegać innych jako podporządkowanych. Tacy ludzie zaczynają wtedy, jak określił to prof. Bogdan Wojciszke, patrzeć na świat z  perspektywy kota, a nie myszy. A  jak już człowiek staje się tym mentalnym kotem, to uważa, że wolno mu więcej. Ci z  eksperymentu nie sprzątali po sobie, zjadali ostatnie ciasteczko, narzucali swoje normy. Tymczasem od rządzącego wymaga się więcej.

Badania pokazują, że gdy aktywizuje się poczucie władzy, to pojawia się podwójna moralność, podwójne standardy. Posłowie deklarują walkę z  oszustami, a  sami oszukują, lecąc do Madrytu tanimi liniami, podczas gdy rozliczają wyjazd jako podróż samochodem.

Ludzie władzy patrzą na innych stereotypowo, szczególnie wtedy, gdy mają liczną grupę podwładnych, których grupują w  kategorie. Ułatwia im to rządzenie, ale też powoduje, że oceniają innych przez pryzmat kategorii, a  nie indywidualności. A  ponieważ to oni ustalają owe kategorie, rozdają karty, to uważają, że są lepsi, ważniejsi.

Chcesz kogoś poznać, daj mu władzę – mówi porzekadło. Psychologia w  pewnym sensie je potwierdza, zwracając uwagę na metamorficzny efekt władzy, który polega na radykalnej zmianie zachowania człowieka po tym, jak tę władzę uzyskał. Ludzie stają się wtedy pewni siebie, trzymają innych na dystans, koncentrują się na sobie, gdy coś idzie nie po ich myśli, wpadają w furię, pozwalają sobie na otwarte ujawnianie emocji. Ten stan trafnie oddaje inne określenie: woda sodowa uderzyła mu do głowy.

Jak się przed tym bronić?

– Jedyny sposób to trenowanie empatii. Razem z  koleżanką Olą Cisłak, z  którą badam władzę, doszłyśmy do wniosku, że to, czego powinno uczyć się liderów, to patrzenia z  perspektywy drugiej strony. Nauczyciela – patrzenia z  perspektywy ucznia, dyrektora – z  perspektywy pracownika, rodziców – dziecka, jednego partnera – z  perspektywy drugiego. Bo władza tylko na chwilę pozbawiona tej perspektywy koncentruje się na sobie. Warto podporządkowanie zamienić na relację partnerską, niekonfrontacyjną, choć wiem, że brzmi to trochę utopijnie. Owszem, czasami trzeba tę władzę zaakcentować. Na przykład w  sytuacji kryzysowej, żeby bez dyskusji pokierować zespołem, albo w  relacji rodzice – dziecko, kiedy trzeba dziecku zapewnić bezpieczeństwo. Ale w  większości sytuacji najlepsze rezultaty przynosi nienarzucanie zdania, tylko zapraszanie do dyskusji i  uwzględnianie opinii drugiej strony.

Mówi się, że bycie szefem oznacza bycie samotnym.

– Nie kupuję tego stwierdzenia. Jeżeli władczy szef, ojciec, mąż czuje się samotny, to na własne życzenie. Widocznie zamknął się w  wieży z  kości słoniowej, przestał zauważać potrzeby podwładnych i  patrzeć z  ich perspektywy, a  więc sam zapracował na swoją samotność.

Władza może dobrze wypełnić swoje zadania pod pewnymi warunkami. Po pierwsze, nie może być pozostawiona sama sobie, bez kontroli. Po drugie, musi się otworzyć na informacje zwrotne od „strony rządzonej”. To wszystko także dla jej dobra. Bo jeśli tych warunków nie uwzględni, straci kontakt z  rzeczywistością, realną ocenę sytuacji, przyjaciół. To są straty długoterminowe, o  których rządzący nie myślą.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: – Moja studentka zastanawia się w  swojej pracy magisterskiej, kim jest prawdziwy przywódca. Spośród wielu definicji wybrała następującą: lider to ktoś, kto w  chwili zagrożenia mówi: „Chodźcie za mną”, natomiast władca woła: „Naprzód”. Ja bym dodała: Dziel się władzą, bo tak długo, jak się nią dzielisz, tak długo wszyscy mają z  niej korzyści.

  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.

 

  1. Psychologia

Chcesz zmienić swoje życie? Zmień myślenie

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Kiedy mówisz „muszę”, wyzwalasz swoje lęki, zrzucasz na siebie niechcianą odpowiedzialność, wywierasz presję, która odbiera ci wolną wolę. Wypowiadając „ale”, w zasadzie odwołujesz wszystko, co zostało powiedziane wcześniej. - Zmień nawyki językowe i zacznij opowiadać o sobie tak, jakby nie było dla ciebie rzeczy niemożliwych - przekonuje Thimon Von Berlepsch w książce "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem" i pokazuje, jak zmiana myślenia może zmienić życie.

Thimon Von Berlepsch , autor książki 'Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem' (Fot. Random House - Carsten Sander) Thimon Von Berlepsch , autor książki "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem" (Fot. Random House - Carsten Sander)

Wypowiadamy wiele słów, które działają jak zaklęcia. Mówimy: „nie umiem tego zrobić”, „zawsze mam problem z…”, „próbowałem, ale mi się nie udało” i skazujemy się na porażkę. Następnym razem nie podejmiemy się tego zadania, choć w zasadzie nie poświęciliśmy wystarczająco dużo energii i czasu by je wykonać. Nie tylko zawodowo, ale i prywatnie.

Thimon Von Berlepsch przekonuje, że można odzyskać kontrolę nad życiem zmieniając sposób opowiadania o nim. Ważne są nie tylko te słowa, które słyszymy od innych, ale przede wszystkim te, którymi określamy siebie. Choć autor jako najskuteczniejszą z metod zmiany swojego myślenia wskazuje na autohipnozę, zawarł w książce również wiele cennych rad, które warto wprowadzać w życie od teraz. Prawda - wyjęte z kontekstu mogą brzmieć jak frazesy („porzuć negatywne myślenie”, „niemożliwe uczyń możliwym”, „weź za siebie odpowiedzialność”, „skończ z pustymi obietnicami”), ALE nabierają sensu, kiedy poznamy mechanizmy zachodzące w mózgu podczas wdrażania ich w życie.

(Fot. Unsplash) (Fot. Unsplash)

Niemiecki coach i hinotyzer tłumaczy nam też, skąd bierze się czarnowidztwo i przygotowanie na najgorszy scenariusz. Ponieważ trudno jest oszukać ewolucję, bardziej nastawiamy się na wyszukiwanie zagrożeń niż na dostrzeganie pozytywów. A przecież tak tygrysa szablozębnego już nam nie grozi… Aby pozbyć się lęku można modyfikować myślenie, zachowanie, odczucia i przeświadczenia – zarówno te pierwotne, jak i te, których nabraliśmy w dzieciństwie.

„Świadomie jesteś w stanie przetwarzać od pięciu do dziewięciu nowych informacji na sekundę. Wydaje ci się, że to dużo? Podświadomie przetwarzasz ich aż 2,3 miliona na sekundę” – pisze Thimon Von Berlepsch. Odbierając tak wiele bodźców możesz wpadać w pułapki. Na przykład negatywnej autohipnozy nieświadomej, która odpowiedzialna jest za destrukcyjne nastawienie. Jak sobie z nią poradzić – odpowiedzi znajdziesz w książce "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem".

'Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem' "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem"

  1. Psychologia

"Przyjdzie wilk i cię zje". Do czego może prowadzić wychowanie oparte na strachu?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. (Fot. iStock)
Rodzice straszą dzieci z wielu powodów: z braku czasu, lepszych pomysłów, dlatego, że ich też w dzieciństwie straszono… Wydaje się to niegroźne, a jest krzywdą i wychowawczą porażką. 

Wielu dorosłych uważa, że autorytet należy budować na strachu. W związku z tym wiele dzieci jest grzecznych tylko wtedy, gdy mama i tata patrzą… Używanie straszaków to bardzo skuteczna metoda wychowawcza – oczywiście jeśli chce się wychować człowieka posłusznego, i nic poza tym. Jeśli jednak nade wszystko pragniesz, by twoje dziecko było mądre, pewne siebie, spokojne i szczęśliwe, nie idź tą drogą. Prowadzi może i na skróty, ale donikąd.

Poczekaj, aż tata się dowie…

Cygan, dziad z worem, diabeł, Baba Jaga… Tradycja, w tym znakomita większość bajek, stworzyła wiele postaci służących do straszenia dzieci. Są wprawdzie nierealne, ale właśnie w tym tkwi ich wielka siła oddziaływania na wyobraźnię. Dlaczego straszenie abstrakcyjnymi postaciami jest tak skuteczne? Bo dziecko samo wymyśla swój strach. W zależności od wieku wybierze też, czego ma się bać – czy samego spotkania, czy porwania, a może zjedzenia…

Do straszenia idealnie „nadają się” też realne, konkretne osoby („poczekaj, pan sąsiad cię zabierze”), ale najskuteczniejsze i najbardziej obciążające psychikę dziecka jest straszenie członkami rodziny („jak tatuś wróci…”, „no, jak powiem babci…”). Zawieszasz głos i nie precyzujesz, co się wtedy właściwie stanie. A dziecko w swojej wyobraźni tworzy dalszy scenariusz. Tylko że podczas, gdy ty już dawno o tym zapomnisz, ono nadal będzie nosiło w sobie strach i podświadomie czekało na wymierzenie kary. Gdy tato wraca i nic się nie dzieje, maluch wcale nie odczuwa ulgi i nie dochodzi do wniosku, że mama użyła straszaka, bo była bezradna – ono cały czas się boi.

Dzieci nie rozumieją, że to było powiedziane tak sobie, na niby, dla żartu. Boją się naprawdę. A dorośli się potem dziwią, dlaczego maluch wpada nagle w histerię czy zaczyna się nieracjonalnie zachowywać. Nie kojarzą wybuchów paniki, nocnego moczenia, kłopotów ze zdrowiem czy problemów z nauką z tym, że kiedyś go nastraszyli.

Przestanę cię kochać

Elementarną potrzebą emocjonalną każdego dziecka jest poczucie bezpieczeństwa i bycie kochanym. Dlatego aby najskuteczniej nastraszyć dziecko, wystarczy zagrozić mu, że to utraci. Odbieranie miłości to niezwykle uniwersalny straszak, bo można go zastosować zarówno do bieżących zachowań („umyj zęby, bo będzie mi smutno”), jak i do tych bliżej niesprecyzowanych („nie po to tyle się staram, żebyś wyrósł na byle kogo”).

Warto wiedzieć, jakie skutki wywołuje mówienie do dziecka np.:

„To przez ciebie jestem smutna/y”. W konsekwencji za każdym razem, gdy rodzic ma gorszy nastrój, dziecko obarcza siebie za to winą. A ponieważ nie umie wymyślić, co takiego zrobiło, dręczą go nieuzasadnione wyrzuty sumienia. W skrajnym przypadku, gdy mama czy tata poważnie zachorują, dziecko może żyć w przekonaniu, że to przez nie, bo za mało się starało.

„Denerwujesz mnie”. W tym komunikacie brak jakichkolwiek konkretów i dlatego jest on tak skuteczny. Dziecko musi samo odgadnąć, co ma robić, żeby rodzic przestał się gniewać. Zamiast na nauce czy zabawie skupia się więc na zadowalaniu mamy czy taty. Jest rozdrażnione, płaczliwe, ma kłopoty z koncentracją i nie może pozwolić sobie na naturalne zachowanie, ponieważ wciąż się kontroluje, żeby rodzice byli z niego zadowoleni.

„Piotruś jest grzeczniejszy niż ty”. Każde dziecko, które to usłyszy, pomyśli, że mama albo tata już go nie chcą, nie kochają. Maluchy bardzo długo nie rozumieją, że między rodzicami a dzieckiem istnieje silna biologiczna więź, więc żarty w rodzaju „wymienię cię, nie chciałam takiego dziecka, wezmę sobie inne” – traktują z całkowitą powagą. Poza tym w wyniku takich komunikatów przestają lubić dzieci, które podejrzewają o to, że mogą być ich konkurentami o względy rodziców, bo są np. grzeczne, dobrze się uczą...

„Mam już dość takiego zachowania”. Pierwsza myśl dziecka jest taka: „mama/tata chce mnie zostawić”. Gdy rodzic wychodzi i ma zostać samo, choćby na krótko – wpada w panikę. Boi się, bo nigdy nie wie, kiedy groźba zostanie zrealizowana. Nie może znieść chwili bez mamy czy taty. Groźba, że je zostawią, może przetrwać w dziecku nawet kilka lat i być przyczyną tego, że – już jako nastolatek – nie będzie chciało np. jechać na kolonie.

„Jeśli coś zrobisz/czegoś nie zrobisz, będę bardzo zła/y”. Dziecko, które ciągle słyszy taki komunikat, w przyszłości może podejmować życiowe wybory opierając się na strachu, stosując kryterium braku kary, a nie wewnętrznej satysfakcji.

Robi to, co mu każą

Czymkolwiek lub kimkolwiek dziecko jest straszone, wcześniej lub później zrozumie, że dorośli mówili mu bzdury. Baba Jaga nie istnieje, w piwnicy nie ma wilka, od brudnych zębów czy jedzenia cukierków przed obiadem się nie umiera, mama nigdy mnie nie zostawi, bo jestem sensem jej życia, a to, czy mam porządek na biurku, nie przełoży się na mój sukces zawodowy. Wkrótce i tak dziecko zweryfikuje słowa rodziców, a ci bezpowrotnie stracą swój autorytet.

Poza tym jeśli maluch słyszy jedynie groźby, zamiast  racjonalnych powodów, to nie wie, dlaczego właściwie powinien coś robić. Myć zęby, jeść marchewkę, mówić prawdę albo być uczciwym czy miłym wobec innych. Nie widzi i nie rozumie korzyści płynących z przestrzegania zasad współżycia społecznego. Dziecko straszone umie robić to, co mu w danej chwili każą. Tylko czy o to chodzi?

Wychowanie oparte na strachu to ogromna pokusa dla rodziców. Przynosi wprawdzie natychmiastowy skutek, ale w dłuższej perspektywie przybywa strat. Jest wyrazem braku cierpliwości dorosłych i ich bezradności. Nie straszmy zatem dzieci, bo to po prostu wychowawcza porażka.

Zamiast straszaka

  • Gdy czytasz dziecku bajkę, w której pewnych postaci maluch może się bać, daj mu jednoznaczną informację, że to tylko literacka fikcja. Powiedz np.: „Jak to dobrze, że Baba Jaga istnieje tylko w bajkach, a my nigdy jej nie spotkamy”.
  • Nigdy nie żartuj, że przynosi ci zawód, że je zostawisz. Raczej mów mu, jakie chcesz, żeby było – bez komentarza, co się stanie, gdy takie nie będzie.
  • Poświęcaj mu czas, wykaż się cierpliwością, tłumacz wszystko, co tylko się da. Dzieci słuchają osób, z którymi są głęboko związane.
  • Nie zmuszaj do robienia czegoś tylko dlatego, że ty tak chcesz. Nie myl sukcesu wychowawczego z posłuszeństwem.
  • Nie pozwalaj, by inni straszyli twoje dziecko – nawet gdy jest nieposłuszne, niegrzeczne. Jeśli o czymś takim usłyszysz, zawsze mów, że to tylko żart, nieprawda, że tak nie jest. Dziecko doceni twoją szczerość. Nawet za cenę konfliktu z dziadkami czy nauczycielką broń dziecko przed strachem.

  1. Psychologia

Wymykaj się lękowi, żyj swoim życiem i celebruj pozytywy

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Lęk dotyczy problemów. Może wiązać się z przeszłością, teraźniejszością lub przyszłością, ale zawsze polega na zamartwianiu się tym, co w życiu idzie nam nie tak. To koleina, w której brniemy. Możesz się z niej wydostać, jeśli odnajdziesz w życiu rzeczy, które osłabiają lęk, i nauczysz się je celebrować.

W tym celu musisz przenieść uwagę z sytuacji wywołujących lęk na pozytywne aspekty twojej codzienności. Dostrzeganie pozytywów lub przyjemnych, wolnych od lęku myśli to ważny pierwszy krok na tej drodze. Pomaga nam od nowa nauczyć się myśleć i czuć. Doskonałym sposobem jest tworzenie listy lub kolekcji przedmiotów, które nie wzbudzają w tobie lęku. Mogą to być konkretne osoby lub sytuacje albo czynności, na przykład porządkowanie w szufladach, czytanie czy jogging. Zapisując je, zyskujesz materialne narzędzie, które pomaga ci przypomnieć sobie to, co dobre. Ponieważ jednak lęk bywa w nas silnie zakorzeniony, trudno może być go wyeliminować samym pisaniem. Zwykle trzeba dodać do tego celebrowanie.

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. To pomaga nam uwierzyć w dobro i nie stracić go z oczu. Choć nasz mózg charakteryzuje się negatywnym nastawieniem, ma też ośrodek samonagradzania, który zachęca nas do koncentrowania się na pozytywach. Kiedy zrobimy coś, nawet małą rzecz, żeby uczcić przyjemne aspekty życia, mózg aktywuje wydzielanie dopaminy, potężnego hormonu szczęścia, która zwalcza hormony stresu i lęku, m.in. kortyzol. Doświadczamy przypływu szczęścia i energii, które zaczynają przeganiać lęk.

Celebrowanie może mieć wiele najróżniejszych form. Wypróbuj podane sposoby lub wymyśl coś własnego.

  • Brodzenie po kałużach.
  • Zjedzenie zdrowej przekąski.
  • Podskoki.
  • Gra w klasy.
  • Rysowanie kredą.
  • Czytanie.
  • Delektowanie się kawą lub herbatą.
  • Śpiew.
  • Zabawa ze zwierzątkiem domowym.
  • Wycieczka na łono natury.
Celebrowanie tego, co w życiu pozytywne, zmniejsza lęk i daje nam poczucie lekkości, zadowolenia i spokoju psychicznego.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.