1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dziecko jest lustrem rodziców, w którym odbijają się także ich problemy

Dziecko jest lustrem rodziców, w którym odbijają się także ich problemy

Wychowanie działa, kiedy daje się dziecku możliwość odczuwania własnej wartości, miłości do siebie; kiedy staje się on asertywny, zdolny do poruszania się ku temu, co kocha. (Fot. iStock)
Wychowanie działa, kiedy daje się dziecku możliwość odczuwania własnej wartości, miłości do siebie; kiedy staje się on asertywny, zdolny do poruszania się ku temu, co kocha. (Fot. iStock)
Psycholog dziecięcy jest trochę jak detektyw. Problemy z dzieckiem to tylko wierzchołek góry lodowej, a trop często prowadzi do relacji między rodzicami. Daniele Gargano, włoski psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, pracuje w Polsce z dziećmi i ich rodzicami. Jak z pozycji cudzoziemca ocenia wychowanie w Polsce?

Czym jest dla ciebie wychowanie?
Edukować, z łaciny ex-ducere, znaczy „wyciągać coś z kogoś”. Michał Anioł twierdził, że rzeźbiąc, wydobywa po prostu swoje dzieło z kamienia... Po czternastu latach doświadczeń w zawodzie wiem, że stwarzając jednostkę, musimy dać jej wartości – niezależnie od metody wychowawczej. Patrząc na dorosłych i to, na co cierpią, widzę „dziury”, jakie w sobie noszą. Braki, które zazwyczaj powstały w dzieciństwie. To pozwala zrozumieć, co trzeba dać dziecku, aby stało się wielkim dorosłym – zdrową, szczęśliwą osobą, zdolną do tego, by żyć pełnią życia. Wychowanie działa, kiedy daje się człowiekowi możliwość odczuwania własnej wartości, miłości do siebie; kiedy staje się on asertywny, zdolny do poruszania się ku temu, co kocha. Sprzyja temu ciesząca się sporą popularnością w Polsce metoda Montessori i inne metody, które stawiają dziecko w centrum, czynią je zdolnym do wybierania tego, co dla niego najlepsze. Dziecko odkrywa siebie, może wyrażać się na swój sposób. System edukacyjny bywa kastrujący, narzuca zbyt statyczną formę. Nie uwzględnia tego, że różnimy się między sobą. Kiedy poznaję kogoś, zawsze próbuję ocenić, jakie jest jego poczucie wartości. Ten, kto naprawdę kocha siebie, ma wielki potencjał!

Umysł dziecka, jego miłość własną kształtują rodzice.
Stąd tak ważna rola treningów rodzicielskich. Praca z dzieckiem to w dużej mierze praca z rodzicami, a psycholog to niejako trzeci rodzic, pomagający w wychowaniu. Obserwuję, jak rodzice obchodzą się z dzieckiem w codziennym życiu, w domu, staram się zrozumieć, co należy zmienić – nawet najdrobniejsze rzeczy mogą mieć znaczenie – i przygotowuję plan interwencji. Zaburzenie dziecka zawsze odgrywa pewną rolę w równowadze rodziny. Moim zadaniem jest odkryć te zależności.

Czyli dziecko odzwierciedla problem całej rodziny?
Zwykle za problemem dziecka stoi problem pary. To, co zgłaszają rodzice, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Dziecko woła: „Pomocy, statek tonie!”?
Dokładnie tak. Rodzice widzą tylko niewielki wycinek sytuacji. Najchętniej przekazaliby mi dziecko do „naprawy” i odebrali już „normalne”. Tymczasem muszą się przygotować na otwarcie puszki Pandory. Często nie zdają sobie sprawy, jakie konsekwencje może mieć ich zachowanie. Trzeba pamiętać, że dziecko funkcjonuje według schematu kopiuj–wklej. Powtarza nasze słowa, zdania. Naśladuje sposób poruszania się. Obserwując, jak chodzi dziecko i jego rodzice, wiem, na kogo patrzy, z kogo bierze przykład.

Ciało opowiada wiele historii. Podobnie jak rysunki...
Bardzo lubię rysować z dziećmi, wiele rzeczy przy okazji wypływa. Moja praca dyplomowa dotyczyła rysunków dzieci otyłych. Bardzo eksperymentalny temat: przeanalizowałem wiele prac, znalazłem wspólne elementy, sporo zrozumiałem. Dziecko to wszechświat – jest tam wszystko... Jednocześnie w pracy z nim kluczowa jest prostota. Ono potrafi powiedzieć wprost: „Boję się wilka”. Dorosły w podobnej sytuacji krąży wokół tematu.

Zależy, co ten wilk dla niego oznacza...
Jakiś czas temu rozmawiałem z osobą z Włoch, której brakuje w Polsce barów – do tego stopnia, że płacze z tego powodu. Dziwne, prawda? Trzy litery, a mogą stać się całym światem... Dla nas, Włochów, bar to nie jest miejsce, do którego idziemy pić – budujemy tam nasze relacje. Kiedy ktoś to traci i nie znajduje odpowiedniej rekompensaty, w pewnym sensie staje się niepełnosprawny.

Na pewno wykorzeniony, wykluczony...
I niewygodnie mu się do tego przyznać. Z dzieckiem łatwiej dotknąć sedna sprawy. Mówi, że boi się wilka, ciemności, ale cokolwiek to jest, i tak trzeba będzie „przejść” przez rodzica. Dziecko przejmuje nasze lęki, można je nimi zarazić. Jeśli więc pomogę rodzicowi rozwiązać jego problem związany z fobią, dziecko zrobi kopiuj–wklej. Jest naszym lustrem. Czasem rodzice skarżą się, że dziecko zachowuje się, jakby cierpiało na zespół natręctw. A tu okazuje się, że ojciec jest pedantem i robi awanturę o byle pyłek.

Mówisz, że pracujesz z dziećmi w ich środowisku. Jak to wygląda w praktyce?
Kiedyś zadzwonili do mnie ze szkoły w sprawie chłopca, który się skandalicznie zachowywał, sikał na ławkę. Tymczasem podczas naszego spotkania w gabinecie był spokojny, dobrze ułożony – idealne dziecko. Zrozumiałem wtedy bezsensowność pracy w gabinecie.

Zbyt abstrakcyjne, laboratoryjne?
Nic nie wypływa – brak bodźców, jakie daje dom, klasa, ulica. Brak nagrody, nawet gdyby miało nią być oburzenie.

Brak publiczności.
Jeśli wystrojona, wymalowana dziewczyna pójdzie gdzieś, gdzie nikogo nie ma, szpilki i szminka tracą rację bytu. W większości przypadków wykonuję pracę z dzieckiem w jego domu. Rodzice szybko dostrzegają w tym sens. Jeśli problem, który zgłaszają, pojawia się zwykle o ósmej rano, jemy razem śniadanie. Muszę być na miejscu, kiedy coś się wydarzy, inaczej mija się to z celem. Opowieść rodziców nie wystarcza – to, co opowiedziane, zawsze jest przepuszczone przez filtry.

Śniadanie o ósmej rano? Od razu robi się blisko.
Wchodząc do domu, zostaję włączony w system rodzinny, w dynamikę relacji. Kiedy dzielisz różne tajemnicze stany ducha, tworzy się rodzaj sojuszu. To działa.

A jeśli idziesz do kogoś do domu i nic się nie dzieje?
Dzieje się, dzieje.

Zawsze? Za pierwszym razem?
Ja to bodźcuję, wywołuję. Wkładam kij w mrowisko i obserwuję. Na przykład to, że rodzic spieszy dziecku z pomocą, nie pozwalając, by samodzielnie rozwiązało problem, nauczyło się czegoś. Wzmacniając jego zależność. Czasem rodzice oburzają się, kiedy zdają sobie sprawę z istoty problemu. Pamiętam lekcję, jaką dostałem kiedyś od mojego profesora. Pracował od dłuższego czasu z klientką w żałobie. Aż któregoś dnia powiedział jej: „Mam dość! Za każdym razem, kiedy do mnie przychodzisz, opowiadasz to samo. Jestem terapeutą, mam ci towarzyszyć w bólu, ale nie daję już rady. Nie zmieniasz ani na jotę perspektywy!”. Nie wiem, czy to godne polecenia, w każdym razie terapeuta zagrał tą kartą. Ta dziewczyna przeżyła mały szok, ale dzięki temu zmieniła punkt widzenia. Tak naprawdę ten człowiek powiedział: „Tak jak ja, widzą cię też inne osoby w twoim otoczeniu”. W terapii trzeba być kreatywnym.

Przełamywać schematy.
Czasem rodzice wzmacniają podświadomie negatywne zachowania dzieci, choćby przez to, że na nie odpowiadają. Weźmy matkę, która skarży się, że jej mała córeczka rzuca w nią przedmiotami. Co robi ta kobieta? Złości się, krzyczy, wymierza kary. Tłumaczę, że reagując w ten sposób, nie pozwala, by sytuacja się uspokoiła. To jak lać benzynę na ogień.

A może matka nie jest dość obecna i dziecko prowokuje ją, próbuje przywołać jej uwagę?
Dlatego za każdym razem trzeba przeprowadzić śledztwo, znaleźć mechanizm przyczyna–skutek. Kara za rzucanie rzeczami może być skuteczna w przypadku starszego dziecka. Jeśli dziecko ma trzy lata – nie zadziała. Trzeba zrozumieć, dlaczego to robi.

Może chce się bawić?
Dobrze jest poszukać strategii, zaproponować coś nowego. Dziecko przewróciło budowlę z klocków? Możesz zrobić z tego zabawę: teraz rzucamy zielonymi, teraz żółtymi... I już kształtujesz mózg dziecka – widzi, że gest złości, frustracji można zamienić w coś pozytywnego. Na pewne rzeczy można też po prostu przymknąć oko. Kiedy dziecko zobaczy, że środowisko wokół niego jest wyrozumiałe, będzie spokojniejsze. Być może następnego dnia wykona całkiem inny gest, zrobi coś pożytecznego.

Pewnego dnia, gdy wychodziłem do pracy, moja córka, która miała zaledwie rok i dopiero zaczynała chodzić, przyniosła mi buty. Nie prosiłem o nic, to była jej inicjatywa. W szkole też się to zdarza – nagle dziecko podaje ci torbę. Wie, że – jeśli zrobi coś dla ciebie – będzie miało z tego korzyść: uścisk, przybicie „piątki”. Kiedy trafiam na dzieci, które tak postępują, wiem, że są wrażliwe społecznie. Że takie rzeczy jak uśmiech, poklepanie po plecach mają dla nich dużą wartość. Że w porównaniu z innymi będą szczęśliwsze.

Czują się dość silne, by pomóc innym. Rozpoznają swój potencjał – „mogę to zrobić”.
A nie ma chyba gorszej przypadłości niż wyuczona bezradność. Kiedy dziecko ją rozwija, to jakby utknęło w kałuży smoły. Są dzieci, którym nikt nie pokazał ich potencjału. Nie nauczył rozwiązywania problemów czy choćby wyobrażania sobie rozwiązań. Potem, dorastając, ześlizgują się w bardzo trudne stany, bo nie widzą wyjścia z pewnych sytuacji. A wyjście jest zawsze. W mojej pracy kluczowy jest moment, dla wielu nieuchwytny, kiedy zaczynam dostrzegać zmianę.

Otwiera się jakaś szczelina?
Jeśli uda mi się włożyć w nią stopę, wygrałem. Widzę, że dana osoba weszła na nową drogę, nie jest już taka jak wcześniej. Zawsze może, oczywiście, wrócić do starych nawyków, ale teraz jest już świadoma, ma wybór. Porusza mnie, kiedy rodzice płaczą – widać, że dotknąłem czegoś ważnego, coś się transformuje. Czasem chcą mnie nawet uścisnąć, bo pomogłem im zobaczyć ich dziecko innymi oczyma. Nie jest już tym chodzącym nieszczęściem, które przewraca dom do góry nogami. Staje się przedmiotem ich miłości. Wprawdzie ma problem, ale go rozwiąże.

Dla wielu par problemy zaczynają się wraz z pojawieniem się dziecka na świecie.
To rewolucja w związku, przesunięcie centrum. Kobieta przechodzi dużą przemianę psychofizjologiczną: ciało przekształca się, coś w środku rośnie, a po dziewięciu miesiącach wychodzi, zabierając energię. Nic nie jest już takie jak wcześniej. Kobieta potrzebuje czasu, żeby wrócić do formy. W 2006 roku pracowałem w szpitalu psychiatrycznym we Włoszech, zajmowałem się depresją poporodową. Spotkałem kobiety, których dzieci miały po 14 lat, a one wciąż cierpiały na ten rodzaj depresji.

Być może niektórym kobietom trudno nawet dostrzec tę zależność.
Mężczyzna tym bardziej tego nie rozumie: patrzy na partnerkę i nie rozpoznaje jej. Nie pojmuje, że w tej samej osobie neuroprzekaźniki działają inaczej, zmieniają się emocje, popęd. Mężczyzna zastanawia się: „Czy to moja wina? Co zrobiłem źle?”. Czuje się zagubiony. Relacja między matką a dzieckiem budowana jest dzień po dniu – poprzez karmienie, kontakt fizyczny. Ojciec próbuje się włączyć, ale musi pogodzić się z tym, że zawsze będzie zajmował drugie miejsce. Wielu cierpi z tego powodu – poznałem kiedyś mężczyznę, który po tym, jak urodziło mu się pierwsze dziecko, popadł w alkoholizm. Był zazdrosny o to, że dziecko jest teraz najważniejsze. Świeżo upieczeni ojcowie mówią mi: „Czuję się jak głupek”. Muszą robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robili. Doświadczają dysonansu – w biurze lew, a w domu zmienia pieluchy... Taki ojciec woła: „Nie zgadzam się, chcę być jak Rambo!”. Niektórzy kupują nowy samochód, żeby potwierdzić swoją męskość. Inni próbują rywalizować z partnerką – zwalniają się z pracy, zostają z dzieckiem w domu.

Jakie było twoje doświadczenie?
To był piękny czas, bogaty w trudności i odkrycia. Czujesz się satelitą dla relacji matka–dziecko, krążysz wokół. Codziennie masz być w stu procentach dyspozycyjny, żeby dostarczyć wszystko, co potrzebne. Jednocześnie bardziej niż logiki potrzebujesz mądrości, znajomości emocji...

Niezła szkoła dla terapeuty.
Doświadczyłem tego na własnej skórze, musiałem zmierzyć się z różnymi problemami. Mam teraz inną perspektywę, jestem „w klubie”. To dotyczy nie tylko mojej pracy: jeśli masz spotkanie biznesowe, możesz poruszać różne tematy, żeby przełamać lody, ale wystarczy, że wyjmiesz zdjęcia dzieci, wykonujesz milowy krok. Kiedy masz dziecko, wiesz, co to opieka, odpowiedzialność. Posiadanie dzieci czyni cię pełnym, pozwala odkryć pewne aspekty siebie, których wcześniej nie znałeś.

Tylko dzięki dzieciom można je poznać?
Nie, ale fakt posiadania dzieci daje dodatkową motywację. Weźmy osoby nieasertywne w pracy, takie, które zostają po godzinach, one zawsze mówią szefowi „tak”. Rodzi im się dziecko i nagle zaczynają mówić „nie”. Wcześniej przez usta by im to nie przeszło, teraz jest to najbardziej oczywista odpowiedź. Albo inna sytuacja: ktoś jest mi winien pieniądze i nie chce ich oddać. Jeśli nie mam dzieci, mogę się nad tym prześlizgnąć, jako ojciec podchodzę do sprawy inaczej. To już nie tylko moje pieniądze, ten człowiek odbiera je również mojemu dziecku. Uruchamiają się określone mechanizmy, myślę wręcz: „Nie pozwolę odbierać chleba swojemu potomstwu!”.

Jakie jakości pomagasz rozwijać ojcom podczas warsztatów, które dla nich prowadzisz?
Obok asertywności i poczucia wartości stawiam na empatię. Często mężczyźni traktują swoją słabość, wrażliwość jako coś niemęskiego – przekonani na przykład, że mężczyzna nigdy nie płacze. Nie wiedzą, jak obchodzić się z emocjami. Nie znajdują miejsca dla swojej ekspresji. A potem dzieją się piękne rzeczy... Na przykład dziecko mówi: „Tęsknię za mamą”, a ojciec: „Tak, ja też tęsknię za mamą”. Wszyscy jesteśmy ludźmi, tata też bywa smutny. Popełnia błędy. Współcześni ojcowie wciąż szukają swojej roli, swojego miejsca. Jeszcze całkiem niedawno to, czy ojciec był, czy go nie było, niewiele zmieniało.

Pozornie.
Dlatego mówię, że tyle jest osób z „dziurami”.

Twój rodak, reżyser Nanni Moretti, nazywa to deficytem opieki.
Deficyt opieki – tak, bardzo powszechna przypadłość.

Dziecko sprawia, że dotykasz tych ran.
Otwiera puszkę...

To okazja, by coś uzdrowić, ale też wyzwanie.
Zajmowanie się dzieckiem jest bardzo terapeutyczne, zawsze wnosi coś dobrego do naszego życia. Mamy dużo do nauczenia się od dzieci – nie dlatego, że wiedzą więcej, ale dlatego, że są mniej uwarunkowane. Dzięki mojej kilkuletniej córce mogę patrzeć na świat w inny sposób. Widzę, że rzeczy, które mi przeszkadzały, sprawiały ból, Evie nic nie robią. Nie ma negatywnych wspomnień związanych z ludźmi, miejscami, przedmiotami... Ja mam dobrą pamięć – jeśli ktoś zajdzie mi za skórę, ciężko mi o tym zapomnieć. Obserwując zachowanie dziecka, odkrywasz, że można inaczej. Bo dziecko, zbesztane czy ukarane, szybko do nas wraca – przychodzi, obejmuje, kocha tak jak wcześniej. Uczy nas, że zmniejszając wagę, jaką nadajemy słowom, gestom, możemy żyć lepiej.

Lekcja dystansu...
Teraz w Polsce sporym zainteresowaniem cieszy się ACT – terapia akceptacji i zaangażowania. Jednym z jej elementów jest dyfuzja poznawcza – technika, dzięki której możemy oddzielić się od własnych myśli czy emocji. Chociażby żartując z poważnych rzeczy.

We włoskim macie na to ładne słowo – sdrammatizzare, czyli oddramatyzować.
Kiedy w dzieciństwie pozwalałem sobie na pewne żarty, mama mnie karała. A ta forma terapii właśnie tego uczy. Jeśli chory na nowotwór będzie powtarzać „mam raka”, w którymś momencie przestanie przywiązywać do tego taką wagę. Bo samo słowo budzi strach, ale użyte tak, jakby chodziło o szklankę czy telefon, zostaje odarte ze znaczenia. Ślady tego podejścia znajdziemy w „Imieniu róży”: słowo „róża” przywołuje takie wartości jak „piękno”, „miłość”, „zapach”, ale jeśli będziesz je powtarzał w nieskończoność...

Zwiędnie.
Można powtarzać te poważne rzeczy głosem Kaczora Donalda czy innych postaci. Dzięki temu wszystkie znaczenia, jakie nadajesz słowom, zmniejszają się. To pomaga ludziom powiedzieć: „Jestem gejem” albo „Nie jestem dobrym ojcem”. Ciężkie rzeczy stają się lżejsze.

Mam wrażenie, że ciężary, jakie dźwigają dzieci, związane są z narzucanymi im bardzo wcześnie zajęciami. Taniec, sport, języki... Nie mają czasu na to, by być dzieckiem!
Rodzic, tak jak trener, powinien zrozumieć zasoby i możliwości dziecka. Umieć ocenić, kiedy jest czas na naukę, zabawę, odpoczynek. Zabawa jest podstawą rozwoju dziecka – powiedziałbym, że do 15. roku życia. Ale nie ma sensu kupować dziecku zabawek, jeżeli się z nim nie bawisz. Wciąż spotykam się z tym błędem: przedkłada się ilość nad jakość. Jeśli jakieś zajęcia powinny być obowiązkowe, jest to moim zdaniem medytacja. Ludzie sięgają po nią zwykle w połowie życia, kiedy przychodzi kryzys, tymczasem takich rzeczy należy się uczyć w bardzo młodym wieku.

Uczysz córkę medytacji? Jak?
To proste: kopiuj–wklej. Oddycham, recytuję jakąś prostą mantrę albo po prostu intonuję OM, a ona mnie naśladuje. Medytacja, oddech mają wielką moc. Robisz coś, co modyfikuje twoje ciało, twój stan ducha! Można sobie wyobrazić różnicę między dzieckiem, które wie, co to medytacja, i takim, które nigdy się z nią nie zetknęło. To jak ferrari i trabant. Pierwsze, kiedy poczuje się źle, pójdzie na chwilę do kącika, zrelaksuje się. A drugie płacze, desperuje, generuje napięcia. Widzę, że w dzisiejszych czasach dzieci są coraz bardziej zestresowane.

We Włoszech też?
Tam życie płynie jednak innym rytmem, zwłaszcza w porównaniu z frenetyczną Warszawą. Mamy nasze momenty relaksu, które tu wywoływałyby pewnie w ludziach poczucie winy. O siódmej wieczorem odcinamy się od pracy, oddajemy się różnym rozrywkom. Celebrujemy posiłki – to czas, kiedy rodzina zbiera się razem, można wymieniać opinie, kłócić się...

Macie nieco inne wartości...
Najbardziej uderza to, że dla wielu osób w Polsce dużą wartością jest cierpienie. To sprzyja depresji, przy takim podejściu trudniej ją leczyć. Mam nadzieję, że ten kraj stanie się trochę bardziej pozytywny – ludzie potrzebują więcej się śmiać, podawać sobie ręce. To mocno wpływa na dzieci.

Daniele Gargano włoski psychoterapeuta poznawczo-behawioralny. Zajmuje się problemami rodzinnymi i związanymi z mieszkaniem poza własnym krajem. Prowadzi treningi rodzicielskie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.

  1. Psychologia

Wpływ rodziców na związek. Rozmowa z Katarzyną Miller

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O tym, jak ważne jest, by zminimalizować wpływ rodziców na swój związek, ale też zdać sobie sprawę z tego, że dom nosimy zawsze w sobie – z psycholog Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk.

Niektórzy porównują związek do podróży. Jak często wybieramy się w nią na jednym wózku z rodzicami? Bardzo często, dlatego powinniśmy ich z tego wózka jak najszybciej wysadzić.

Z drugiej strony psychoanaliza mówi, że dzieciństwo ma wielki wpływ na to, jacy jesteśmy, więc wprawdzie wysadzić rodziców z wózka powinniśmy, ale czy i tak nie będą na nim siedzieć w archetypicznym wymiarze? Ja mam na myśli to, żeby podziękować rodzicom za to, co nam dali, i dalej pójść swoją drogą. Ale masz rację, z rodzicami jesteśmy związani na zawsze. Poza tym dzieci bardzo często chcą, by rodzice jak najdłużej na nich coś łożyli: pieniądze, opiekę, uwagę. To są dzieci nie do końca wypuszczone spod skrzydeł, przyzwyczajone do bezwolności, które na przykład chcą, żeby ich matki opiekowały się ich dziećmi. To, jaka ilość kobiet w Polsce jest na etatach babć, jest nie do uwierzenia. Na pewno jedną z przyczyn stanowi to, że nadal jesteśmy trochę za biedni, by pozwolić sobie na opiekunkę do dziecka. Z jednej strony dziadkowie dają wnukom wiele dobrego i są przeciwwagą dla rodziców, z drugiej robią im też wiele krzywdy, a to rozpieszczają, a to wkładają do głowy dziwne rzeczy... Ja na przykład miałam paskudną babcię, i to jedyną, jaką znałam. Dewotka, nic jej nie obchodziło, tylko zdanie księży. Rzymski katolicyzm bardzo się dokłada do naszych złych wspomnień z dzieciństwa, jest dosyć histeryczny i bardzo emocjonalny, no i często prowadzi do obłudy, typowo polskiej dulszczyzny.

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? Po prostu ich lubić, nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, czyli bardziej lubić niż nie lubić. Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre. Jeśli tylko znajdziesz coś fajnego w swojej mamie, tacie, teściu czy teściowej, to doceń to i powiedz na głos. Przecież spędzisz z nimi kawał życia – wspólnie tkacie dywan, po którym będziecie razem chodzić. Tkajcie go więc w ładnych kolorach, choć wiadomo, że w miarę używania trafi się też brzydka plama. Jeśli nic dobrego nie możesz powiedzieć o teściowej, to chociaż jej podziękuj: „Dziękuję ci za twojego syna”. Oczywiście wiele babek się zapiera, że nie będą mówiły innym czegoś miłego, bo oni im też nie mówią. Albo się zrażają: „Ja mu to już raz powiedziałam, ale on nie zareagował, więc przestałam”. Nie można przestawać, trzeba kontynuować. Jeśli cokolwiek chcesz osiągnąć, to musisz to robić wytrwale. Przecież jak się chcesz nauczyć jeździć, to trzeba się do tego na początku zmusić i regularnie powtarzać. Zmuszasz się, żeby się czegoś nauczyć, bo ci na tym zależy. A na relacjach ci nie zależy?

Do związku wnosimy też często naszego wewnętrznego rodzica... Boże, ile osób bierze udział w jednym związku! Moi rodzice, jego rodzice, nasi rodzice wewnętrzni, a do tego byli partnerzy. Seks łączy nas jak więzy krwi.

Jak często rodzic wewnętrzny okazuje się podobny do prawdziwego rodzica? Bardzo często. Mało tego, jeszcze częściej partner jest podobny do tego naszego wewnętrznego rodzica. Super, jeśli to jest ciepły rodzic, gorzej jeśli sekujący.

Sami wybieramy sobie takiego partnera? Oczywiście. Ludzie nieustannie mylą się w jednej sprawie: wydaje im się, że w życiu dokonują określonych wyborów, łącznie z wyborem partnera, by lepiej się poczuć. Otóż nie, my chcemy się czuć tak, jak czuliśmy się w domu – bo to już znamy, to jest bezpieczne. Owszem, jeżeli ktoś się napracuje, to może sobie ofiarować nowy start, z którym będzie dużo bardziej szczęśliwy, ale musi być dla siebie na tyle ważny, żeby mu się chciało i żeby nie zaprzestać tego wysiłku.

Czyli znów konsekwencja. Tak jest. Ja na przykład po latach zdałam sobie sprawę z tego, że facet, z którym jestem już bardzo długo, czyli mój Edek, często dowala mi tak jak moja mamusia. Kiedy to zrozumiałam i sobie ponazywałam, nagle zaczęłam zupełnie inaczej ustawiać to nasze wspólne życie. Przede wszystkim przestałam cierpieć – bo my zawsze cierpimy na własne życzenie. Skoro więc chcę z nim nadal być, to muszę zmienić coś w sobie, w moim podejściu. Zdać sobie sprawę z tego, że niby się z mamusią rozstałam, ale za to szybko podrzuciłam ją w jego skórę. Dalej ją sobie funduję, na własne życzenie. Jego zachowania interpretuję jako krzywdę, bo to samo robiła mi mama. Poza tym ja go prowokuję. Oczywiście on gra też w swoją grę. Ale jeśli ja się wycofam, to on też przestanie.

Czyli jest pewna prawda w twierdzeniu, że dobieramy sobie partnerów takich jak nasi rodzice? Pewnie, że jest. Ktoś powie: „Ale moja mama była gospodarna, a moja żona nie jest”. No ale gospodarność nie musi być tą najważniejszą rzeczą, może jest podobna w innych.

A czy wybieramy sobie partnerów podobnych do rodzica, z którym byliśmy bardziej związani, czy z którym się częściej kłóciliśmy? Kwestia, z kim byliśmy bardziej związani, jest dość skomplikowana. Wiesz, jaka jest psychoterapeutyczna prawda? Że jeśli najpierw przepracujesz rodzica, z którym twoim zdaniem było ci gorzej, to potem okazuje się, że z tym drugim też tak wesoło nie było. Kiedy rodzice się często kłócą, to nie dają się zaakceptować jako para. Jako dziecko musimy wybrać, czyją stronę bierzemy. Więc decydujemy i potem ładujemy pozytywy w tę jedną osobę, a drugą zaczynamy odsądzać od czci i wiary.

Chcemy udowodnić sobie, że dobrze wybraliśmy... A potem po latach okazuje się, że nie było wcale tak czarno-biało. To są czasem wstrząsające odkrycia. Moja przyjaciółka po kilkuletniej terapii zrozumiała, że jej biedna mama, uciemiężona żona alkoholika, tak naprawdę leżała na swoich dzieciach, żądała od nich współczucia i każde w pewien sposób skrzywdziła. Podczas gdy tata był ciepłą, fajną osobą, którą ona też stopniowo wykańczała, może i tak by pił, ale na pewno przez jej historię cierpiętnictwa nie miał szansy się przebić ze swoją.

Ja dokonałam dobrego wyboru w dzieciństwie, czyli przyznałam rację tacie, ale po latach, jak przepracowałam sobie konflikty rodziców, dostrzegłam w tym wszystkim też winę taty. Mama miała więc podstawy – jako kobieta – by go nie do końca uszanować.

Edka wybrałaś jednak kluczem mamy? Nie do końca, on ma też dużo z mojego taty. Ja dzięki ojcu mam bardzo dobre relacje z mężczyznami, bo stoję za sobą i nigdy się im nie daję. Potrafię być wredna, nie przeraża mnie, gdy ktoś tak o mnie mówi. Choć w sumie to nie jestem wredna, ja po prostu umiem o siebie zawalczyć. Natomiast w związku z Edkiem na początku zachowałam to cierpiętnictwo, które wyniosłam z domu, cierpiętnictwo mojej mamy. Ale już się go pozbyłam.

Chcemy wyjść z domu, lecz ciągle go w sobie nosimy. Tak, to odwieczny paradoks. Nie możemy się całkowicie odciąć od tego, co znamy z domu, bo to dół góry lodowej nas trzyma, nie góra – dół, czyli to wszystko, co w nas nieuświadomione, ukryte. Poza tym rodzice często nie chcą wypuścić nas na wolność i ciągniemy ich za sobą w postaci ogona. Dlatego gdy jesteś pierwszy raz w domu swojego chłopaka, patrz na jego rodziców. Jeśli tatuś jest kapeć, a mamusia po nim jeździ, to twój chłop prawdopodobnie będzie chciał, żebyś to ty była tą silną stroną w związku, która go niesie, a w dodatku ubóstwia. Jeśli tatuś jest macho i rozstawia rodzinę po kątach, zobacz, jak traktuje syna. Jeśli go gnoi, to jest to zniszczone dziecko, a jeśli syn jest do niego podobny i tatuś jest z niego dumny, gadają sobie o osiągnięciach, a mama lata dookoła stołu – to ty będziesz miała tak samo. Albo może być tak, że jego rodzice są ze sobą mocno związani, a on jest gdzieś z boku – wtedy dostałaś od losu małego, niedokochanego chłopczyka, który będzie się czepiał twojej spódnicy. Oczywiście przyszli teściowie mogą okazać się bardzo fajnymi i sympatycznymi ludźmi, ale i tak zobaczysz w nich coś, co ci się nie spodoba. Co nie znaczy, że masz każdego chłopaka z tego powodu odrzucać...

Wystarczy, że pomyślisz o swoich rodzicach... No właśnie, zastanów się, co on zobaczy, jak przyjdzie do ciebie. Z każdym facetem warto bardzo jasno porozmawiać o rodzicach – swoich i jego. Na pewno wasz związek ma być ważniejszy niż związek z rodzicami. Bardzo wiele dorosłych dzieci jest uwikłanych w różne zaszłości. Oczywiście jeśli chcesz szukać tylko takiego, który jest samodzielny, to możesz długo szukać. Masz takiego, jakiego masz, jeśli cię nie gnębi, nie poniża, nie nadużywa – to z jego psychologicznymi problemami można sobie poradzić. Ty też pewnie masz jakieś swoje.

Może byłoby nam łatwiej w związkach, gdybyśmy od razu sobie to mówili: „Słuchaj, nie będzie ci ze mną łatwo, mam skomplikowaną relację z mamą, ojciec był w moim życiu praktycznie nieobecny, do tego w mojej rodzinie kiepsko jest z komunikacją”. Kiedy miałam kilkanaście lat i zakolegowywałam się z chłopakami albo zaczynałam z jakimś chodzić, to my sobie o tym wszystkim mówiliśmy, i to bardzo szczerze. Nastolatki są bardzo uczciwe wobec siebie i takie wyznania bardzo ich do siebie zbliżają. Mają o czym porozmawiać, mogą sobie powspółczuć, wysłuchać się nawzajem, pośmiać się z tego i też to unieważnić, powiedzieć: „Daj sobie spokój z matką, mamy siebie”.

Bardzo czule wspominam chłopaka, z którym byłam od siódmej klasy – strasznie nas połączyło to, że mogliśmy sobie pourągać na nasze mamuśki. Wiedział, co ja z moją przechodzę, pocieszał mnie, rozumiał i stawał w mojej obronie. Był moim rycerzem, moją tarczą przed domowym chłodem. Oczywiście, że wolałabym mieć fajniejszą mamę, która by powiedziała: „Wpadnij kiedyś na herbatę” czy „Nie łaźcie tyle po ulicach, posiedźcie sobie w domu”, bo my ciągle chodziliśmy, a to do kina, a to do parku, bo w domu nie było nam wolno. Jak patrzę, jak moja sąsiadka przyjmuje kolegów swojego syna na korytarzu, to zawsze sobie myślę: „Boże, to jak oni tam przyjmą przyszłą synową?”.

Poza tym jeśli ona nie zna jego znajomych, to jakby nie znała jego... ...a on czuje się tak, jakby nie miał domu, nie uczy się, jak przyjmować gości, jak zapraszać ich do siebie, jak zapytać, co im potrzeba. No, jak się dostaniesz do takiego domu, dziewczyno...

…przyjmą cię w korytarzu. Albo sprawią, że tak się poczujesz.

Może wtedy zrozumiesz, jak on miał z nimi ciężko... ...i zaczniesz mu współczuć. Chciałam przestrzec kobiety przed dwiema rzeczami. Po pierwsze, żeby za bardzo nie żałowały swoich ukochanych, bo będą im matkowały, a do tego babki mają niesłychaną tendencję. Po drugie, aby za bardzo nie chciały, żeby to on im wyrównał to, czego nie dostały w dzieciństwie. I jeszcze jedno – żeby nie marzyły o tym, że teściowa będzie ich mamą. A marzą. To znaczy te, które mają niedobrą mamę. Jak mają naprawdę fajną, to myślą, że żadna inna nie będzie lepsza, więc wychodzą za mąż razem ze swoją mamusią. Natomiast jak mają niedobrą, to marzą, że teściowa im to wynagrodzi. Oczywiście zdarzają się fajne teściowe, ale i tak żadna nie będzie twoją matką. Jest taka zmyła w mówieniu do teściowej „mamo”...

No właśnie, zalecasz czy przestrzegasz przed tym? Obecnie jest tendencja do mówienia po imieniu i to jest dobra tendencja. Według mnie słowo „mama” można mówić tylko do jednej osoby w życiu. Oczywiście można komuś powiedzieć: „Chciałabym, żebyś była moją mamą”, ale to zawsze jest tylko zastępstwo, czyli inna kobieta się nami opiekuje w imieniu mamy.

Matki często mają idealną wizję partnerki dla swojego syna i czasem on z taką dziewczyną rzeczywiście się wiąże, tylko potem coś im nie wychodzi, on ma już nową, a mama nadal wzdycha do tamtej. I często nadal się z nią przyjaźni.

No ale czy ona rzeczywiście wybiera wtedy idealną dziewczynę dla syna, czy raczej dla siebie? Raczej dla siebie, czasem podobną do niej, czasem taką, jaką chciałaby być. To naturalne i ludzkie, a czasem nieświadome. Na pewno jak się zakolegowałaś ze swoją byłą teściową, to nadal się z nią koleguj. Przecież to nikomu nie szkodzi, a jest więcej sympatii w świecie. Dlatego tak lubię francuską literaturę i filmy, w których aż roi się od podobnych relacji, gdzie była żona mojego faceta jedzie z nami na wakacje i w dodatku wszyscy się lubimy. Ale to jest możliwe tylko przy wysokim stopniu świadomości i akceptacji tego, że wszyscy jesteśmy zarówno fajni, jak i ułomni.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Materiał partnera

Pieczone placuszki owsiane w wersji dla najmłodszych – wypróbuj smakowity przepis z wykorzystaniem kaszki!

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Okres urozmaicania diety jest wyjątkowy pod wieloma względami. Poznawanie nieznanych dotąd smaków, zapachów i rozwijanie zmysłu dotyku z miesiąca na miesiąc otwiera malucha na kolejne doświadczenia związane z jedzeniem. Podawanie kaszek zbożowych to świetna okazja do próbowania przez dziecko posiłków w różnorodnych odsłonach. Odkryj smakowity przepis na placuszki owsiane, które z pewnością zainteresują niejednego małego smakosza!

Urozmaicone i wartościowe posiłki to bardzo ważny element prawidłowo zbilansowanego jadłospisu już w okresie niemowlęcym. Różnorodność w miseczce czy na talerzyku zachęca malucha do próbowania nowych smaków, a co za tym idzie – buduje fundament prawidłowych nawyków żywieniowych w przyszłości.

Kaszki to delikatne zbożowe posiłki, które wspierają rodziców podczas wprowadzania nowości do diety dziecka.

Kaszki przeznaczone dla najmłodszych – czyli te ze wskazaniem wieku na opakowaniu – zawierają różnorodne zboża, których każda ich partia przechodzi nawet kilkaset testów jakości i bezpieczeństwa. Ich wartość odżywcza jest zgodna z wymaganiami prawa, dzięki czemu niemowlęta i małe dzieci otrzymują posiłek dostosowany do ich potrzeb na różnych etapach rozwoju.

Przykładem produktów zbożowych odpowiednich dla najmłodszych są kaszki BoboVita Porcja Zbóż. Poza tym, że stanowią dobry wybór, zawierają nawet 7 rodzajów starannie wyselekcjonowanych różnorodnych zbóż. Charakteryzuje je 0 % dodatku cukru*, a także zgodnie z przepisami prawa dla tej kategorii produktów 0 % konserwantów**, 0 % barwników** i 0 % wzmacniaczy smaku**. To wartościowe propozycje, które świetnie urozmaicą jadłospis niemowlęcia – czy wiesz, że sprawdzą się także w nietypowym wydaniu?

Pieczone placuszki owsiane z twarożkiem i bananem dla niemowląt po 8. miesiącu życia

Do przygotowania ok. 10 sztuk placuszków potrzebne będą:

Piekarnik nagrzej do ok. 180 stopni Celsjusza. W misce wymieszaj kaszkę z sodą. W oddzielnym naczyniu połącz za pomocą miksera lub blendera masło, przecier owocowy, jajo oraz twarożek. Masę przełóż do miski z suchymi składnikami i wymieszaj do uzyskania zwartej i jednolitej konsystencji. Z całości uformuj ok. 10 kulek i umieść je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Każdą kulkę delikatnie spłaszcz. Przygotowane placuszki piecz ok. 20 minut, aż do momentu delikatnego zrumienienia. Gotowe!

*Zawierają naturalnie występujące cukry, pochodzące ze zbóż, owoców i mleka.

**Zgodnie z przepisami prawa kaszki dla niemowląt i małych dzieci nie mogą zawierać konserwantów, barwników i wzmacniaczy smaku.

Ważne informacje: Zaleca się kontynuację karmienia piersią podczas wprowadzania pokarmów uzupełniających. Karmienie piersią powinno trwać tak długo, jak jest to pożądane przez matkę i dziecko. Karmienie piersią jest najlepsze dla dziecka.

  1. Psychologia

Nie skazujmy dzieci na rywalizację. Uczmy je współpracy

Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka.

Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska-Juszczak. Współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, więc rodzice wychowują dzieci do rywalizacji. Argumentują: chcemy, aby umiały sobie radzić. Czy to dobra strategia?
Oczywiście, że ważne jest, aby dzieci umiały sobie w życiu radzić. Jednak co to znaczy umieć sobie radzić? Czy oznacza to umiejętność walki z przeciwnościami losu, znoszenia porażek? Czy jednak wygrywanie? A może oznacza to konkretne umiejętności? Od zdefiniowania przez nas pojęcia „radzenia sobie” zależą nasze pomysły na wychowanie…

Często radzenie sobie bywa utożsamiane z osiąganiem sukcesów, rzadziej – z dobrymi relacjami z ludźmi. Dlaczego nie doceniamy relacji?
Dla wielu rodziców sukcesy dzieci, najlepiej spektakularne, są ich sukcesami. A czy spektakularne będzie pochwalenie się: „moja córka jest lubiana w przedszkolu”? Ponieważ myśląc o sobie, koncentrujemy się na skuteczności, to na dzieci również patrzymy z tej perspektywy – żeby miały osiągnięcia, które można zmierzyć, zważyć. Natomiast kwestie związane z cechami wspólnotowymi są niewymierne, dlatego schodzą na drugi plan.

Rodzice często podsycają ducha współzawodnictwa. Czy słusznie? Czy rzeczywiście rywalizacja jest sukcesotwórcza?
Rywalizacja, jak wykazali amerykańscy badacze Deci i Ryan, zabija motywację wewnętrzną: uczę się i rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innej osoby, grupy. Nie jesteśmy jednak w stanie funkcjonować bez porównań. Nawet nie musimy pokazywać dziecku, że na przykład Kasia jest lepsza, ono samo doskonale to widzi. Ale ono może to porównanie odebrać inaczej – że jest gorsze od innych. Myśli wtedy: nie spełniam oczekiwań rodziców, Kasia bardziej by je spełniła. I to jest niebezpieczne. Badacze już w początkach lat 80. wykazali, że skłaniani do rywalizacji uczniowie i studenci mieli gorsze wskaźniki zdrowia psychicznego.

Ale z drugiej strony nie można oszukiwać dziecka, że jest w czymś świetne, skoro nie jest.
Dziecko porównuje się z innymi i na tym też polega budowanie jego tożsamości. Ale wzmacnianie przez nas różnic nie jest potrzebne. Nam się wydaje, że to motywuje, a może być wręcz odwrotnie – może zniechęcić do działania. Trzeba pamiętać, że dzieci są bardzo różne. I może się okazać, że porównując córkę z innymi dziećmi osiągającymi sukcesy na jakimś polu, przeoczyliśmy to pole, na którym ona by się sprawdziła. Nie zauważamy tego, ponieważ koncentrujemy się bardziej na innych dzieciach niż na własnym. Porównujmy osiągnięcia dziecka z jego własnymi wynikami sprzed rozpoczęcia trenowania: kiedyś nie umiałaś skręcać na rowerze, a dziś już to potrafisz.

Córka chce tańczyć, bo koleżanka tańczy, ale córce brakuje talentu. Wyperswadować jej to zajęcie?
Nie można tego zabronić, ale można pomóc jej znaleźć jakiś inny obszar, w którym jest dobra. Ciągłe porównania z koleżanką, w których wypada gorzej, nie wpłyną dobrze na jej samoocenę. Jak pokazują badania, jeżeli w ważnej dla nas dziedzinie ktoś bliski osiąga sukcesy większe niż my, to albo pomniejszamy znaczenie dziedziny, która do tej pory wydawała się dla nas istotna, albo oddalamy się od tej osoby, aby ochronić samoocenę. Wielce prawdopodobne, że przyjaźń dziewczynek bardzo by na tym ucierpiała. Powinniśmy porozmawiać z córką na ten temat. I nawet jeśli w pierwszej chwili się zbuntuje, powie, że nie jesteśmy dla niej autorytetem, to ważna jest sama rozmowa, wysłuchanie, co ona myśli, wyrażenie naszego zdania, z którym gdzieś w głębi duszy jednak dzieci się liczą. W tym konkretnym przypadku możemy także zaproponować, żeby córka opowiadała o sukcesach koleżanki, cieszyła się razem z nią, choć to oczywiście trudne, ale możliwe.

Jednak trudniejsza dla dziecka jest chyba sytuacja odwrotna – kiedy to rodzice stymulują je do czegoś, co jest poza jego zasięgiem.
Badania pokazują, że małe dzieci bardzo łatwo stosują się do naszych instrukcji. Gdy skłaniamy je do rywalizowania, niezwykle szybko przejmują taki sposób funkcjonowania. A rywalizacja zabija wewnętrzną motywację nawet u dzieci czteroletnich. Dopiero dzieci po 12. roku życia potrafią same rozsądzić, czy chcą wchodzić w rywalizację. Natomiast maluchy, stymulowane przez nas do rywalizacji, będą rywalizować. Wynika to z ogromnej potrzeby akceptacji. Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, kiedy wygrywa. Pewnie rodzice tak nie myślą, sądzą tylko, że jeżeli będą dziecko zachęcać do ćwiczeń, pilnować, to ono będzie im potem wdzięczne. Natomiast sami nie wiedzą, kiedy wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości tylko wtedy, gdy osiągnie sukces.

Podsyca to szkoła, która stawia na rywalizację. O tak. Pamiętam zakończenie roku w przedszkolu mojej córki Zosi. Część dzieci dostała nagrody za rysunki, które zwyciężyły w konkursie. Zosia nie była wśród nich. Muszę powiedzieć, że doświadczyłam dwóch rodzajów uczuć. Po pierwsze, pojawiła się emocja, którą szybko chciałam wymazać z pamięci: Szkoda, że moja Zosia nie dostała nagrody. Bo to było miłe dla rodziców usłyszeć nazwisko swojego dziecka wyczytane na uroczystości. Drugie uczucie to rodzaj współczucia, gdy spojrzałam na córkę, której było z tego powodu przykro. Pytała: „a gdzie wisi mój rysunek, dlaczego nie dostałam nagrody?”. A jej rysunek nigdzie nie wisiał. Odpowiadałam wymijająco, bo widziałam, że to dla niej bardzo ważne. To dobre przedszkole, ale nawet w nim, pewnie nieświadomie, pojawiła się rywalizacja.

 
Można przecież powiesić rysunki wszystkich dzieci.
Rzeczywiście w końcu znaleziono sposób, by pokazywać również te nienagrodzone rysunki. Ale za podsycanie rywalizacji odpowiedzialni są w dużym stopniu rodzice, którzy wychowują swoje dzieci na „czempionów”. Oddają je do dobrych szkół jak do korporacji o 8 rano, a odbierają o 18. Wożą na języki, konie, aikido, aby pokazać, że ich dziecko jest najlepsze. Wydają dużo pieniędzy, ale poza tym nie mają żadnych zasług. Bo samo płacenie za zajęcia dzieci jest w gruncie rzeczy łatwe. Taka sytuacja jest podwójnie niebezpieczna, bo po pierwsze, rodzice tracą wpływ na dziecko (przejmuje je szkoła korporacja), i po drugie, zaczynają niepostrzeżenie traktować swoje dziecko przedmiotowo, jako dostarczyciela sukcesów podnoszących ich osobisty prestiż. Ducha rywalizacji podsycamy też, wypytując, jaką ocenę dostał kolega. Nawet jak tego nie skomentujemy, to nasze pytanie jest dla dziecka sygnałem, że przywiązujemy wagę do porównań, do rywalizacji.

Tymczasem tak naprawdę w pracy, poza nielicznymi wyjątkami, istotna jest współpraca. A my do tego nie przygotowujemy.
Niestety, system szkolny stawia na indywidualne osiągnięcia, a więc także na rywalizację. Profesor Czapiński trafnie zauważył, że jeśli Polacy nie zaczną współpracować, to w pewnym momencie nasz kraj przestanie się rozwijać, ponieważ indywidualne osiągnięcia już zdobyliśmy, natomiast sukcesy sportowe w grach zespołowych, budowanie dróg, mostów, kręcenie filmów wymagają pracy zespołowej, a my nie jesteśmy tego nauczeni. Współpracy bowiem trzeba się nauczyć, ona nie jest uwarunkowana genetycznie.

Pewna nauczycielka argumentowała, że zajęcia w grupie się nie sprawdzają, bo i tak pracuje tylko jedna osoba.
Uczenie zespołowe wymaga bardzo dużo pracy ze strony nauczyciela. Kilkanaście lat temu Eliot Aronson zrobił badania, które pokazują, jak współpraca może fantastycznie działać, gdy zastosuje się „system układankowy”. Polega to na tym, że każda osoba uczy się jakiejś części materiału, a potem przekazuje zdobytą wiedzę kolegom. Jeśli kolega nie pozna części, której uczą się pozostali, nie zrozumie całości. Mnie ta metoda sprawdza się od kilku lat w prawie wszystkich grupach, z którymi realizuję seminarium z psychologii społecznej.

A jak uczyć dzieci współpracy w rodzinie?
Bracia i siostry mogą na przykład wspólnie zajmować się dbaniem o porządek. Moi rodzice fantastycznie to wykorzystali. Mam brata i siostrę i każdy z nas był za coś odpowiedzialny. To powodowało, że wzajemnie się pilnowaliśmy, ale gdy czasami ktoś z nas nie mógł czegoś zrobić, umawialiśmy się, że zrobimy to za niego. Po prostu sami się dogadywaliśmy. Bo współpraca polega na tym, że jesteśmy odpowiedzialni za różne rzeczy, ale wspólnie korzystamy z owoców pracy wszystkich. Jesteśmy systemem i musimy dziecku pokazać, że jako rodzina współpracujemy, że do tego systemu każdy coś dokłada, że każdy ma w nim swoją ważną rolę do odegrania i że ten system nie będzie działał, jeżeli zawiedzie choćby jedno ogniwo. Bo to nie chodzi o to, że robimy wszystko razem, ale że każdy zrobi to, co do niego należy. I że taki podział pracy ma wymierne korzyści.

Co dziecko zachęca do takiej wymiany?
Pochwały, a nie porównywanie, że inni robią to lepiej. Mój kolega z katedry dr Konrad Maj odkrył, że do wymiany wiedzy, doświadczeń, do większej współpracy zachęca tzw. nagroda kooperacyjna przyznawana całemu zespołowi. Wyobrażam sobie, że w rodzinie z dwójką dzieci można powiedzieć: „słuchajcie, jak uda nam się w sobotę rano posprzątać dom, to po południu idziemy na lody”. Wszyscy wtedy skorzystamy w takim samym stopniu, a nie że Krzyś dostanie samochód, a Basia lalkę. Natomiast w rywalizacji zawsze ktoś wygrywa, a ktoś inny przegrywa. Są oczywiście dziedziny takie, jak sport, w które wpisana jest rywalizacja. Ale w nauce, pracy, życiu zdecydowanie bardziej sprawdza się współpraca.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: psycholog społeczny, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej i Osobowości SWPS. W pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem.