1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sposób na miłość - zobaczcie w sobie piękno

Sposób na miłość - zobaczcie w sobie piękno

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Żeby znaleźć miłość, trzeba… stać się miłością. Odczuwać miłość i wdzięczność do siebie nawzajem, do życia. Ten wewnętrzny stan kasuje wszystkie problemy, jest jak filtr; to, co niepożądane, zostaje odcedzone jak kawowe fusy. 

Żyłam kiedyś z pewnym mężczyzną tylko przez jeden dzień – opowiada Sondra Ray w swojej książce „Cud związków miłości”. Był bogaty i być może jego bogactwo odebrało mi jasność widzenia. Nie byłam w stanie dostrzec prawdy, dopóki nie zamieszkaliśmy razem. Gdy tylko rozpakowaliśmy swoje rzeczy, zaczął szukać pretekstów do walki. Powtarzałam mu, że nie chcę walczyć. To go bardzo rozzłościło. Powiedziałam mu, że zasługuję na pokój i on także. Wybiegł z impetem z domu, rozgniewany, że z nim nie walczę. Wrócił po godzinie, uspokoił się. Powiedział, że mam rację, zasługuję na pokój, ale on tak nie umie żyć. Powiedziałam mu, że go rozumiem, ale że musimy się natychmiast rozstać.

To podstawowa kwestia, twierdzą nauczyciele, czy naprawdę chcemy pokoju w naszych związkach. Wyobrażanie sobie doskonałego związku jest ekscytującym i ważnym zajęciem. Jakiego związku pragniemy? Właśnie w tym kierunku będzie podążać nasza uwaga i energia. Sztuką jest wznieść się ponad konflikt i gniew. Wybrać pokój.

Jesteś miłością

W książce „Efekt cienia” lekarz i nauczyciel Deepak Chopra pisze o pewnym zdarzeniu związanym z Internetem. Ostatnio namiętnie korzysta z Twittera, który pozwala internautom „ćwierkać” z tysiącami ludzi w sieci. Otóż pewnego dnia ktoś zadał mu pytanie: „Poszukuję miłości. Jak mogę znaleźć tę właściwą? Czy ona w ogóle istnieje?”. Chopra odpowiedział spontanicznie: „Przestań szukać tej właściwej. Bądź nią”. Ku jego zdumieniu odpowiedź została rozesłana do milionów ludzi. Zdał sobie sprawę, że przyczyną, dla której brzmiała tak nowatorsko, jest fakt, że miłość urosła już do takiego problemu, że naprawdę gubimy się w tym, gdzie ona jest i czy w ogóle istnieje. Odpowiedź, która jemu wydawała się naturalna, dla wielu była egzotyczna.

Dlaczego tak bardzo pragniemy miłosnych związków? Ponieważ miłość jest stanem naturalnym, jest kosmiczną siłą, która pragnie przywrócić wszystko do stanu jedności. Musimy tylko intensywnie wpatrywać się w otaczający świat – sugeruje Chopra – aby ujrzeć dowody, że prawda, kształt, porządek i rozwój trwają od milionów lat. Zmagając się ze wszystkim, co miłością nie jest, zestrajamy się z tą nieskończoną siłą. Wszechświat opiera się na jedności, więzi i miłości, przypomina też inny nauczyciel Willigis Jäger w książce „O miłości”. To dlatego opierając swoje działania na lęku i walce, tak fatalnie się czujemy – po prostu działamy przeciwko życiu. Z perspektywy jedności wygląda to tak, jakby gałęzie jednego drzewa zaciekle walczyły przeciwko sobie. To dlatego też, jak wyjaśnia Bob Mandel w „Terapii otwartego serca”, tak bardzo chcemy usłyszeć te słowa: „I nie opuszczę cię aż do śmierci”. Ale jak to zrobić, skoro związki nie działają tak, jak należy; coś przeszkadza miłości.

Niestety, projektujemy

Pułapki, w które nieustannie wpadamy, to projekcje. Jeśli kogoś kochamy, a mimo to zauważamy, że ciągle mamy do niego pretensje, co tak naprawdę się dzieje? Krytykując słabości kochanej osoby, widzimy w nim matkę, ojca lub jeszcze inną osobę z przeszłości – to zdarza się bardzo często. Osoba, z którą tworzymy związek, niejako staje się dla nas tą osobą, ponieważ nieświadomie tak ją kreujemy. Tych projekcji dokonujemy nieświadomie. To dlatego w naszych związkach najważniejsza jest świadomość: Dlaczego tak reaguję? Z czego to wynika? Jeśli związek znalazł się w impasie, z pewnością ugrzęźliśmy w jakimś wzorcu z przeszłości. Chcemy wierzyć, że to jest problem jego, jej, nie mój. Jeśli nie udaje mi się związek, najważniejsze pytanie brzmi: Jaki jest mój wkład? Dlaczego potrzebuję takiego zachowania w mojej przestrzeni? Jaką mam z tego „korzyść”? Twój partner jest twoim guru, twoim lustrem, twierdzi Sondra Ray.

John Bradshaw w „Twórczej mocy miłości” wyjaśnia, na czym polega siła lustra. Nosimy w sobie – w każdym razie zdecydowana większość z nas – skrzywdzone wewnętrzne dziecko. Jego potrzeby niemal zawsze pozostają nieuświadomione do chwili wejścia w związek miłosny. Dlatego miłość partnerska to wielka szkoła dusz. Rozwija nas w znacznie większym stopniu niż… psychoterapia, dyscyplina religijna i rewolucje społeczne. Moje zaangażowanie w związek dało mi o wiele więcej niż wszystkie terapie razem wzięte – przyznaje terapeuta Bradshaw.

No więc spotykamy kogoś, kto – jak oczekujemy – da nam szczęście. Postanawiamy ze sobą zamieszkać. I wtedy ujawnia się skrywany ból, lęk i niezaspokojone potrzeby z przeszłości, które nosimy w sobie, i które teraz zamieniają się w złość i wzajemne pretensje. Wrzeszczymy, tupiemy i obrażamy się. Każda ze stron odtwarza potrzeby swojego skrzywdzonego wewnętrznego dziecka. Chcemy uciekać, bo przeczuwamy – i słusznie – że pozostanie w związku wiąże się z ryzykiem i niepewnością, a rozwiązaniem problemów jest przyjęcie odpowiedzialności za swoje psychiczne rany. Gdy przejmiemy odpowiedzialność, budzi nas świadomość, ten szczególny rodzaj uwagi, która obejmuje wszystko, co się dzieje, z intencją zachowania równowagi i jasności umysłu. Świadomość sprawia, że wstrzymujemy działania odruchowe i bez osądzania, życzliwie i współczująco obserwujemy, co czujemy, co się dzieje. W chwilach, gdy potrafimy dostrzec własne aberracje i zmienić swój sposób reagowania, dokonują się w nas uzdrawiające przemiany; transformujemy lęk w siłę.

Wielkie chwile bólu

Gdy partner naciska nasze guziki bólu, mamy wspaniałą szansę uczenia się i rozwoju, przekraczania ograniczeń i oczyszczania świadomości, przypominają nauczyciele. To wielka chwila, z której – paradoksalnie – moglibyśmy się nawet ucieszyć!

W związkach opartych na świadomości, a nie na ego, każdego dnia wybieramy miłość zamiast konfliktu, harmonię zamiast lęku, pokój zamiast bólu, poczucie bezpieczeństwa zamiast złości, pewność w miejsce zmartwień. Depresję i brak przekształcamy w ufność i obfitość. Wzmacniamy jakości ducha, jaźni. Opuszczamy myśl: „Co mogę zyskać od ciebie?”. Pytamy: „Co możemy sobie wzajemnie dać?”. Coraz częściej czujemy się sobą, wolni i pełni zaufania.

Uczymy się dostrzegać piękno i pełnię osoby, z którą tworzymy związek; i nie ma to nic wspólnego z tym, w jakim jest wieku, jak wygląda, jakie ma przekonania. John Bradshaw pisze, że sztuką życia i miłości jest w tej frustrującej osobie obok widzieć światło i doskonałość. I czuć wdzięczność za spotkanie z kimś tak niepowtarzalnym.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Miłość na skróty? Nie, dziękuję. Jak zbudować solidną i długotrwałą relację?

Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. (Fot. iStock)
Szybko, mocno, piorunem. Kochamy się na skróty. Szukamy łatwych błyskotek, szybkich podniet. A potem gryziemy z bólu palce i płaczemy samotni. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Takie relacje dają wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

Kontakt z Internetu, randka przy butelce wina. Seks jak najbardziej „w porządku”,  a znajomość się nie rozwinęła. Do drugiej randki nie doszło, za daleko trzeba by dojeżdżać. On się już nie odezwał, ona zapomniała, jak miał na imię. Robert chyba.

– Takie znajomości w naszych czasach to nic niezwykłego – uważa psycholog Katarzyna Platowska. – Makdonaldyzacja życia sprawia, że jesteśmy nastawieni do niego konsumpcyjnie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Etap wzajemnego poznawania partnerów i dochodzenia do decyzji: „chcę iść z tobą do łóżka” – uległ w ostatniej dekadzie wyraźnemu skróceniu. Dawniej mężczyznę wybierano z wielką starannością, bo „do żeniaczki”, na wiele lat. Dziś szukamy partnera na… kilka orgazmów. Oczekujemy – jak przystało na członków konsumpcyjnego społeczeństwa – że ma być po prostu przyjemnie. W końcu: „Jesteśmy tego warci!”.

Dorosłe dzieci

Pragnienie miłości? Bycie na topie? Rozładowanie napięcia seksualnego? W szybkiej decyzji o seksie kryje się jeszcze coś – tęsknota za doskonałością dzieciństwa.

– Seks jest podświadomym sposobem dorosłych ludzi na powrót do symbiozy, którą przeżywaliśmy jako dziecko z matką i za którą w głębi duszy tęsknimy – uważa Anna Gawkowska, psycholog i terapeutka. – Aby poczuć tę symbiozę, dostać namiastkę bliskości i miłości, śpieszymy się do łóżka. Tyle że szybkość zdarzeń i fakt, że już na pierwszej randce zanurkujemy pod wspólną kołdrę, tego nie zagwarantuje. Z reguły okazuje się, że po jakimś czasie, zwykle niedługim, związek i tak się rozpada.

– Jeśli nie jesteśmy w stanie być ze sobą blisko emocjonalnie, to osiągnięta przez seks symbioza nie da nam spełnienia, jest tylko fizyczna i na krótko zaspokoi nasze ciało. Kiedy więc pożądanie gaśnie, relacja kuleje i skutecznie się rozpada – podkreśla Gawkowska.

Wniosek? Mało popularny i niemodny: poczekać, bliżej się poznać, iść do łóżka dopiero wtedy, kiedy przekonamy się, że partnerowi naprawdę na nas zależy, że jesteśmy dla niego ważni jako człowiek. W przeciwnym razie będziemy jedynie „zaliczać się nawzajem”, seks będzie wartością samą w sobie, a nie kolejnym krokiem ku relacji i bliskości.

Zawrotna szybkość łóżek

Chcielibyśmy zbudować solidną i długotrwałą relację, ale… zapomnieliśmy, jak to się robi. Oto kolejny problem nowoczesnej miłości. Nie potrafimy budować związku, przejść wszystkich etapów, które są konieczne, by się poznać. Przykład. Beata i Jurek zaczęli bardzo nowocześnie: na randkowym portalu, spodobali się sobie na zdjęciach, potem wymienili się numerami komórek. I już pierwszy sms sprawił, że Beata poczuła się dziwnie: Jurek zaczął zwracać się do niej per „skarbie”. W drugim napisał: „Chciałbym cię zobaczyć, przytulić, dotknąć, pocałować”. Beata stwierdziła, że to nie jej tempo, że on za szybko skraca dystans. I tak mu też odpisała. Jego odpowiedź brzmiała: „dobrze skarbie”. Wycofała się.

– Dojrzałą emocjonalnie kobietę zastanowi taka szybkość i skłoni, by jeszcze bardziej zwolnić rozwój akcji – uważa Gawkowska. – Ale osoba, która długo była samotna lub nie dostała dość ciepła w domu rodzinnym i teraz ma deficyt, zareaguje pozytywnie na taką nadmiarową i nieadekwatnie szybką bliskość. Bo bycie czyimś „skarbem” czy przytulanie i całowanie są czymś intymnym, łączą bliskich sobie ludzi.

Zdrowy człowiek nie powinien dopuszczać do siebie każdego, lecz wybrać osobę, której pozwoli się do siebie zbliżyć. Ale i z tym jest coraz trudniej. Skrócenie dystansu między ludźmi to znak naszych czasów: od razu mówimy sobie na ty, wszyscy jesteśmy kolegami. Powierzamy dość osobiste sprawy nawet nowo poznanej osobie. Poznajemy ludzi wirtualnie i – zanim jeszcze ich zobaczymy – opowiadamy im o bardzo osobistych przeżyciach. To plus pustka, jaką nosimy w sercu, prowadzi nas szybko do łóżka, po trzech miesiącach znajomości zaręczamy się, a pół roku później... jesteśmy już po ślubie.

Zawieranie znajomości przez Internet czy randki online są także symptomem pośpiechu. Już na starcie zdradzamy swoje intencje. Wiadomo przecież, że szukamy partnera. Od razu więc przechodzimy do rozmowy nie o tym, czy i po co chcemy się spotkać, a gdzie i kiedy to spotkanie ma mieć miejsce. To prawdziwy bieg na skróty.

– Ta chęć szybkiego poznania się jest zrozumiała, bo przecież pragniemy stać się częścią czyjegoś życia, być kimś ważnym dla drugiej osoby. Ale gwarantują to raczej związki długotrwałe: ktoś zna nas młodych i starych, wesołych i smutnych, energicznych i zmęczonych – i akceptuje w każdej odsłonie. To pozwala nam podejść do siebie z troską i czułością, bliskością i intymnością, nawet bez pożądania, ale z miłością. To zupełnie inne przeżycia niż te z początku znajomości – twierdzi Anna Gawkowska.

 
Szybkie skracanie dystansu ma jeszcze jedno zadanie: łagodzi napięcie. Poznawaniu się dwojga ludzi towarzyszy spore napięcie, dużo niewiadomych i znaków zapytania. Ludzie mają na to różne sposoby: rzucanie się w relację jak kamikaze jest jednym z nich.

– „Błyskawiczne” związki mogą czasem zadziałać, ale to raczej rzadkość – uważa Gawkowska. – Lepiej przeprowadzić jakąś weryfikację: poznać potencjalnego partnera i wyeliminować tych, którzy szukają tylko łatwego seksu lub są nie z naszej bajki. Bo absurd tkwi właśnie w tym: spieszymy się z pogłębianiem relacji, by przeżyć coś, co nam może dać tylko budowanie związku przez długie miesiące czy lata.

Konieczne fazy

Związek nie zawiązuje się ot tak. Zanim to nastąpi musi przejść przez pewne fazy. I to ma głęboki sens. Długie poznawanie się sprawia, że mamy okazję pokłócić się, poróżnić, rozwiązać jakiś problem życiowy, przeżyć trudniejsze chwile, gorsze dni. To pomaga przyjrzeć się nam jako parze, sprawdzić, czy umiemy być ze sobą na dobre i na złe, czy łączy nas coś więcej niż tylko pożądanie. Bo ono trzyma nas kilka miesięcy, może kilka lat, szczególnie na początku, kiedy chemia mocno nas spaja. Ale to nie oznacza jeszcze prawdziwego uczucia. – Gdy pożądanie wygaśnie, poróżni nas pierwszy problem i związek się skończy – ostrzega Gawkowska.

Lepiej związać się na stałe z kimś, z kim nam się dobrze rozmawia, choć nie jest cudownie w łóżku – bo za kilkanaście lat to drugie nie będzie mieć dużego znaczenia, a to pierwsze – ogromne. W większości przypadków rozstajemy się nie dlatego, że przestaliśmy się kochać, tylko że nie potrafimy wybaczać sobie tego, co nas poróżniło. Świadczy to niekiedy o tym, że związek nie został zbudowany na solidnych fundamentach, tylko na zauroczeniu, pożądaniu i tęsknocie za miłością. Coraz mniej mamy związków, które partnerzy budowali powoli, etap po etapie, w których trwają przez długie lata, czerpiąc miłość, radość i czułość.

– Każdy wspólnie pokonany kryzys pozwala nam wzrastać, jeśli jesteśmy w stosunku do siebie i partnera uczciwi – uważa Platowska. – Ale kiedy jest trudno, nie szukamy rozwiązania tu i teraz. Szukamy rozwiązania na zewnątrz: nowego związku, kochanki, kochanka...

Nowa dawka energii

Daje ją każdy nowy związek. I czasem myślimy, że ta energia poniesie nas przez kolejne lata. Tak niesie Julitę, która wciąż w kimś się zakochuje i... zawsze kończy we łzach. Marzy o wielkiej miłości, szuka, próbuje... Tylko co z tego, skoro ciągle źle wybiera?

We współczesnym świecie niewiele jest stałości. Szukamy błyskotek, podniet: łatwych, szybkich, ekscytujących, takich jak sporty ekstremalne, narkotyki, seks. Nie staramy się poznać uczuć i potrzeb partnera. Bliskie relacje kojarzą się nam najbardziej z przyjemnościami – wspólnymi posiłkami, najlepiej przy świecach, wyjazdami, najchętniej zagranicznymi, z kinem i imprezami, no i oczywiście z uprawianiem seksu. Jeśli partner nie spełnia tych wszystkich oczekiwań, zaczynamy rozglądać się za kolejnym.

– Nasze czasy cechuje ogromna możliwość wyboru – mówi Gawkowska. – Dawniej partnera wybierało się w tej samej wsi, dziś możemy poznawać ludzi z całej Polski, a nawet świata. Nie miałam orgazmu już któryś raz z rzędu? Nie pasujemy do siebie w łóżku? On jest kiepskim kochankiem? Szybko stwierdzamy: „to zły związek” i szukamy nowego. A w Internecie są tysiące propozycji „lepszych modeli”, na które można bez trudu wymienić ten „szwankujący” – ładniejszych, przystojniejszych, bogatszych, sprawniejszych w łóżku, z lepszym ciałem...

To bogactwo wyboru oszałamia i sprawia, że ludziom trudno się czasem zatrzymać. Daje poczucie, że może tuż za rogiem czeka na nas ktoś jeszcze lepszy, królewicz na białym koniu. A przecież, żeby zbudować trwałą relację, trzeba się zatrzymać przy jednym partnerze, a pozostałym powiedzieć „dziękuję”. Inaczej wpadniemy w pułapkę stałego poszukiwania.

– Są ludzie, którzy nigdy nie wchodzą w bliskie relacje, ale wciąż takich poszukują i dzięki temu zyskują poczucie, że są na dobrej drodze, bo robią, co mogą – uważa Gawkowska. – Obstawianie jednocześnie dwudziestu ofert jest świetną metodą na uniknięcie prawdziwego związku. Pozwala też uniknąć kontaktu z tym, co nas wewnętrznie boli, konfrontacji z własnym cierpieniem. Kolejne zakochania i nowi podniecający kochankowie są doskonałym sposobem znieczulania się.

Tak więc, jeśli pragniemy bliskości i miłości, musimy wybrać jedne drzwi i pozamykać inne. Poznamy kogoś na portalu randkowym? Czemu nie? Ale gdy już zaczniemy się z kimś spotykać, zamknijmy tam swoje okienko. Człowiek ma taką konstrukcję, że lepiej mu w stabilnym, długotrwałym związku – bezpieczniej, intymniej, przytulniej, prawdziwiej. Taki związek daje wielką satysfakcję i poczucie spełnienia – nie tylko w łóżku, lecz w życiu. Ale do tego trzeba mieć odwagę.

  1. Psychologia

Ćwiczenia na szczęśliwy związek

Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Przedstawiamy ćwiczenia na udany związek, które podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju. (Fot. iStock)
Czy udany związek to kwestia odpowiedniego treningu? Ciekawe ćwiczenia podsuwają duchowi nauczyciele i trenerzy rozwoju.

Gdy mija pierwsza fascynacja i zauroczenie partnerem, prędzej czy później pojawia się konflikt. Jak zauważa Bob Mandel, nauczyciel duchowy i autor książek (m.in. „Terapia otwartego serca”), większość konfliktów rozgrywa się według starych schematów, złych nawyków, mających swe korzenie w dzieciństwie, zgodnie z nabytymi wówczas i wciąż aktualnymi przekonaniami. – W kwestiach uczuć nasi rodzice z pewnością są pierwszymi modelami ról – mówi Mandel. Jego zdaniem przejawiamy skłonność do naśladowania w dorosłym życiu sposobu, w jaki zwracali się do siebie i do nas. Lub też przeciwko tym sposobom się buntujemy, co wychodzi na jedno. To bowiem, czemu najdłużej stawiamy opór, najdłużej w nas tkwi. Nie stworzysz harmonijnego związku, póki nie uwolnisz własnej psychiki od rodziców.

Bob Mandel proponuje następujące ćwiczenie (wykonuj je w trakcie czytania instrukcji, nie czytaj całości przed zakończeniem):

Ćwiczenie na rozbrajanie starych schematów

Zrób cztery odrębne listy i wymień w nich:
  1. pięć problemów w związku twoich rodziców;
  2. pięć problemów w relacji twojej matki z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  3. pięć problemów w relacji twojego ojca z tobą, gdy byłaś dzieckiem;
  4. pięć problemów w twoim ostatnim związku.
A teraz zwróć uwagę na powtarzające się wzorce. To, czego nie lubisz w swoim partnerze, bywa często tym, czego nie wybaczyłaś swoim rodzicom. – Podjęcie decyzji o przebaczeniu i zaniechaniu odwetu stanowi kluczowy moment przemiany – mówi Bob Mandel. Według niego decyzja dzielenia się własnym bólem, a nie złością, jest decyzją o ponownym pokochaniu drugiej osoby. Gdy skupisz się na rzeczywistości, jaką jest twoja relacja z partnerem, przestaniesz myśleć o tym, co wam zagraża. A gdy wizja rozstania pryśnie, znikną także dawne wzorce.

Ćwiczenie na porozumienie

Przebaczanie i zaniechanie odwetu to droga, którą warto iść, ale zanim stare schematy ustąpią miejsca nowym nawykom, warto nauczyć się empatycznej komunikacji w związku. Silnych emocji i zranień nie da się uniknąć, ale można o nich rozmawiać w bezpieczny i nieraniący sposób. Harville Hendrix i Helen Hunt w książce „Miłosna odnowa. Program ćwiczeń dla par” proponują stosowanie się do kilku poniższych zasad:
  1. Każde wyrażenie negatywnych emocji następuje wyłącznie po umówieniu się na rozmowę, która zostaje przeprowadzona, gdy to tylko możliwe, najlepiej natychmiast.
  2. Obie strony pozostają w pełni obecne do zakończenia rozmowy.
  3. Osoba, która opisuje zachowania, które ją denerwują u partnera, nie posługuje się wyzwiskami, nie krytykuje cech charakteru partnera lub jego punktu widzenia, skupia się jedynie na zachowaniach. Używa jak najczęściej zaimka „ja” i opisuje własne uczucia i przeżycia.
  4. Partner, do którego skierowany jest komunikat, słucha z empatią, wyobraża sobie drugą stronę jako zranione dziecko, pamięta, że jej odczucia mają swoje korzenie w dzieciństwie.
  5. Osoba, która słucha, powinna przyjąć komunikat, ale to nie znaczy, że ma na niego zareagować. Zwłaszcza że prawdopodobnie nie jest jego adresatem ani pierwotnym powodem, ale zrobiła coś, co go uruchomiło i otworzyło wcześniejsze zranienia u partnera.
  6. Podczas całej rozmowy partnerzy powinni się otaczać gestami pełnymi troski.

Ćwiczenie na własną przestrzeń

W związkach z dłuższym stażem, w których czujemy się wystarczająco bezpieczni, początkowa chęć robienia wszystkiego razem ustępuje miejsca potrzebie zadbania o własną odrębność. Chcemy poświęcać czas swojemu hobby, mieć chwilę tylko dla siebie, ulubiony fotel czy ukochany kubek na poranną kawę. Najczęściej też lubimy mieć „swoją połowę” we wspólnym małżeńskim łóżku. Bob Mandel w książce „Co dwa serca, to nie jedno” proponuje, by zamieniać się jednak od czasu do czasu miejscami. – Pary często mają olbrzymie wspólne łoże, lecz każdy z partnerów śpi tylko na swojej połowie. Może to być symboliczny przejaw separacji, gdzie jedna ze stron ma tylko 50 proc. własności. Zamiana miejsc w łóżku prowadzi do pełnego udziału w związku, jak również do przeniesienia własności na całe łóżko. Co więcej – odkryjesz, że przenikasz do snów swojego partnera, doświadczasz jego aury i seksualności, a tym samym wzmacnia się psychiczna więź między wami. To prosta gra, ale może mieć potężny skutek. Spróbuj! – pisze Mandel.

Ćwiczenie na jedność w związku

Iwona Kozak, nauczycielka ajurwedy i jogi kundalini, podkreśla, że zgodnie z najstarszą medycyną ajurwedyjską miłość nie jest romantycznym uniesieniem, lecz głębokim uczuciem duchowym, które wymaga stałej pielęgnacji, cierpliwości i prawidłowego odżywiania się. To, co jemy, robimy, myślimy – wpływa na jakość i głębię doznawanej przez nas miłości – decyduje o tym, czy jest to jedynie chwilowe doznanie, czy stan naszego istnienia. Poniżej znajdziesz ćwiczenie, które pomoże pogłębić doznanie miłości zarówno zakochanym parom, jak i tym, które zapomniały, że miłość trzeba pielęgnować:

Część pierwsza: Usiądźcie na podłodze po turecku, wasze plecy niech się dotykają. Dłonie leżą na kolanach, wnętrza dłoni dotykają kolan. Macie wyprostowane kręgosłupy i zamknięte oczy. Oddychacie przez nos. Skupcie się na oddechu, zauważając każdy wdech i wydech.

Podczas wdechu otwieracie się na miłość. Podczas wydechu uwalniacie toksyczne emocje – wybaczacie. Róbcie to od 2 do 5 minut, po czym otwórzcie oczy.

Część druga: Odwróćcie się do siebie. Nadal siedzicie po turecku, ale teraz twarzą w twarz. Wasze dłonie są na kolanach, a wnętrza dłoni są skierowane do sufitu. Oczy zamknięte. Oddychajcie cicho i spokojnie. Wypowiadajcie (w myślach, nie na głos) to, co was boli, to, co chcecie zmienić, co chcecie wybaczyć. Przeznaczcie na to 2–3 minuty.

Część trzecia: Pozostając w tej samej pozycji, otwórzcie oczy i spójrzcie na siebie. Komunikujcie wasze uczucia do siebie (nie na głos, lecz nadal w ciszy).

Choć podczas tego ćwiczenia każda para dozna czegoś innego, to wspólnym przeżyciem będzie poczucie jedności i więzi, która was łączy, która jest wartością większą niż słowa czy doznania fizyczne.

  1. Psychologia

Namiętność ma dwa oblicza – po czym poznać, że działa na naszą korzyść?

Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
Inspiracja czy desperacja? - W którą stronę pchają cię emocje i uczucia? W stronę kreatywności, czy wypalenia i destrukcji? (fot. iStock)
W języku polskim pojęcie namiętności najczęściej odnosi się do seksualności i zmysłowości. Wiąże się je ze stanem odczuwania do drugiej osoby silnego i nieodpartego uczucia, które powoduje utratę kontroli intelektualnej nad zachowaniem. Jednak definicja szerzej traktuje ten termin i określa namiętność jako stan silnego odczuwania emocji bądź jako uczucie skierowane ku danej pasji lub zainteresowaniu. Rzecz jasna, zainteresowanie to dotyczyć może innej  osoby lecz nie musi.

Namiętność to najlepsza pożywka dla literatury i filmu. Doskonale sprzedają się historie burzliwych związków i fabuły, w których bohater rzuca na szalę niemal wszystko, by osiągnąć namiętny cel. Ale czy to, co gwarantuje sukces na taśmie filmowej lub na kartkach książek, sprawdza się także w życiu?

Kiedy emocje zdają się władać nami bez reszty, droga prowadzi już do nieba lub do piekła. Możliwości pośrednich nie ma.

Można by przyjąć, że pierwsza możliwość przytrafia się nam, gdy traktujemy namiętność jako inspirację. I mimo że jest ona silna, to my mamy ją a nie ona nas. Zachowujemy nad nią kontrolę. Kiedy jednak to namiętność ma we władaniu nas - inspiracja zamienia się w desperację…

Zatem… czy kieruje tobą inspiracja czy desperacja? W jakim kierunku idą silne uczucia namiętności, które posiadasz?

Oto kilka zasad, które pomogą ci to zdefiniować (na przykładzie stosunku, jaki masz do swojego partnera/ partnerki):

  1. Osoba partnera stale obecna jest w twoich myślach. Możesz powiedzieć, że więcej myślisz o nim niż o sobie i własnych potrzebach.
  2. Wyobrażasz sobie przyszłość tylko z tą osobą. Bez niej życie nie wydaje się atrakcyjne.
  3. Twoje samopoczucie zależy od sytuacji w związku. Jeśli coś się nie układa, jesteś w dołku. Jest dobrze – rosną ci skrzydła.
  4. Dostosowujesz swój rytm do partnera, podporządkowujesz się jego planom, nie dbając o własne.
  5. Twój stan emocjonalny jest odbiciem stanu partnera. Jego zły nastrój nie pozwala, abyś ty był pogodny, jego zadowolenie jest źródłem twojego.
  6. Trudno ci zagospodarować wolny czas, kiedy nie jesteście razem. Większą jego część przeznaczasz na myślenie o was.
  7. Nie chodzisz sam/ sama do kina, na spacery, na spotkania z przyjaciółmi. Zaniedbujesz ich, aby być ze swoim partnerem.
  8. Jesteś zazdrosny/ zazdrosna. Wszelkie sytuacje, które wymykają się spod kontroli, budzą twój niepokój.
Jeśli identyfikujesz się z większością tych tez, twoja namiętność nosi znamiona desperacji.

Co zrobić, aby to zmienić?

  • Zauważ, że to jak żyjesz, jest skutkiem twojego wyboru.
  • Postaraj się wziąć odpowiedzialność za swoje życie i decyzje.
  • Zauważ wpływ przeszłości na to, kim jesteś, i staw jej czoła.
  • Poproś o pomoc
Kartezjusz proponuje złoty środek:
Całe szczęście i pomyślność naszego życia zależą od dobrego użytku, jaki zrobimy z naszych namiętności.
Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.