1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nałóg to głód miłości, akceptacji i sensu życia

Nałóg to głód miłości, akceptacji i sensu życia

Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji.(Fot. iStock)
Kiedy Mały Książę rozmawiał z Pijakiem, ten wyznał mu, że pije, bo chce zapomnieć. Zapomnieć, że się wstydzi. „Czego się wstydzisz?” – spytał Mały Ksiażę. „Wstydzę się tego, że piję” – odparł Pijak.

– Przepiłem 20 lat swojego życia – mówi Maciej Kiełbasiński, neofita, instruktor terapii uzależnień. – Długo wydawało mi się, że piję tak jak wszyscy: dla towarzystwa, poprawy humoru, żeby ukryć swoją nieśmiałość, nadwrażliwość, lęk przed kobietami. Po kieliszku stawałem się duszą towarzystwa, byłem pierwszym po Bogu, miałem przyjaciół, dziewczyny, dobrą zabawę. Moje życie składało się na przemian z pijackich ciągów i okresów odrabiania strat. Przez wiele lat wydawało mi się, że umiem pogodzić moje uzależnienie z normalnym funkcjonowaniem; skończyłem szkołę, dostałem się na studia, zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Po coraz dłużej trwających ciągach starałem się wyhamować, „zebrać do kupy”, żeby po raz kolejny udowodnić sobie, że nie jestem zerem. Udawało mi się nie pić przez kilka miesięcy. Mówiłem sobie wtedy: ”Nie jest ze mną tak źle, potrafię obyć się bez alkoholu”. Ożeniłem się, bo liczyłem, że jak będę mężem, ojcem – przestanę pić. Podziałało, ale na krótko. Przychodził taki dzień, że musiałem się napić. Swoje alkoholowe ciągi planowałem ze szczegółami: brałem zwolnienie z pracy – 6 dni, dokładnie zaplanowane: trzy na picie, dwa na kaca, jeden na dojście do siebie. Kupowałem w sklepie wódkę, zwykle kilka butelek na zapas, żeby nie zabrakło, i kilka piw na kaca, bo tak się trząsłem, że utrzymanie w rękach szczoteczki do zębów stawało się problemem. Przy tym im więcej piłem, tym lepiej funkcjonowałem w świecie zewnętrznym. Miałem coraz lepszą pracę, więcej pieniędzy. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że nałóg w niczym mi nie przeszkadza, a nawet że jestem lepszy od innych, mądrzejszy, sprytniejszy. Ale w głębi duszy czułem coraz większą pustkę.

Kręta droga w dół

Tak naprawdę nie jest istotne, czy przedmiotem uzależnienia jest alkohol, narkotyk, papieros, lekarstwo, jedzenie, seks, hazard, praca… Sięganie po substancję psychoaktywną czy kompulsja, czyli natrętne wykonywanie pewnych czynności spowodowane wewnętrznym przymusem – jest zawsze metodą uniknięcia problemów i trudnych emocji. Dążeniem do chwilowej poprawy nastroju, próbą ukrycia niskiego poczucia własnej wartości, a w konsekwencji ucieczką od życia i samego siebie.

Etiologia uzależnień nadal nie została wyjaśniona. Co było pierwsze: jajko czy kura? Czy określona osobowość sprzyja popadaniu w nałogi, a może to uzależnienie zmienia osobowość? Wiadomo, że istnieją pewne czynniki sprzyjające uzależnieniom, takie, jak: błędna hierarchia wartości, niski stopień autonomii, skłonność do wchodzenia w toksyczne relacje, niska odporność na frustracje, niedojrzałość emocjonalna. Charakterystyczną oznaką uzależnienia jest sięganie po substancję psychoaktywną, pomimo coraz bardziej bolesnych konsekwencji: fizycznych, psychicznych, moralnych, prawnych, duchowych i społecznych. Jak to działa?

Podstawowe mechanizmy uzależnienia:

Uzależnienie emocjonalne, czyli nałóg potrzebny do regulacji uczuć
– Osoba uzależniona nie potrafi zidentyfikować się ze swoimi emocjami. Albo próbuje je ukryć, albo postępuje wbrew nim – mówi Maciej Kiełbasiński. – To potęguje konflikt wewnętrzny, prowadzi do kompulsywnych zachowań czy konieczności sięgnięcia po substancję psychoaktywną. W ten sposób izoluje się od świata, popada w samotność, pozostając sam na sam ze swoim nałogiem. Nabiera fałszywego przekonania, że świat i ludzie jej nie rozumieją. Tłumaczy sobie, że sięga po takie środki dlatego, że ma życiowe problemy, a nie zauważa, że to właśnie uzależnienie je powoduje. Boi się, że zostanie rozszyfrowana ta część jej prawdziwego ja, na które składa się także: bezradność, wrażliwość, potrzeba miłości i akceptacji. Ten lęk paraliżuje ją do tego stopnia, że ukrywa go pod przykrywką złości, agresji i gniewu, wywołując w swoim otoczeniu ciągłe uczucie niepokoju. Ludzie bojąc się, że uzależniony wpadnie w kolejny ciąg picia czy ćpania, starają się zejść mu z drogi, dać spokój i nie denerwować, a to stwarza komfort do trwania w nałogu. A przecież na tym najbardziej mu zależy.

System iluzji i zaprzeczeń – nałogowy sposób manipulowania własnym myśleniem po to, by łudzić się, że nie jest się uzależnionym i że uzależnienie nie powoduje żadnych strat.
– Cechą charakterystyczną każdego nałogu jest pewien mechanizm myślowy, który cały czas przekonuje chorego, że nie jest uzależniony. Dlatego za wszelką cenę chce odzyskać kontrolę nad zachowaniem lub substancją psychoaktywną – tłumaczy Maciej Kiełbasiński. – Najbardziej zdradzieckie są okresy pomiędzy ciągami, kiedy osoba uzależniona zachowuje się w sposób normalny. Przecież ktoś, kto przez dłuższy czas może powstrzymać się od picia, ćpania czy innych kompulsywnych zachowań – nie może być chory! Podejmuje więc kolejną próbę, mówiąc sobie, że wypije tylko jeden kieliszek wódki, raz zagra w ruletkę lub wypali tylko jednego skręta. Tym samym popycha pierwszą kostkę domina, która przewraca kolejną i kolejną, aż do kompletnego wycieńczenia organizmu lub... utraty wszystkich pieniędzy w kasynie. Kiedy udaje się wyjść z ciągu, zderza się z tymi konsekwencjami. Kolejny raz nie dotrzymał słowa, utracił zaufanie do siebie i zaufanie innych. Budzi się niskie poczucie własnej wartości, wstyd i potworny lęk. Osoba uzależniona powtarza sobie, że to był ostatni raz, ale bez profesjonalnej pomocy nie jest w stanie dotrzymać danego sobie słowa. Wszyscy uzależnieni zakłamują, racjonalizują i minimalizują swój problem.

Poczucie kontrolowania uzależnienia
– To mechanizm, z którym najtrudniej jest się rozprawić – mówi Kiełbasiński. – Pacjenci, którzy zgłaszają się na leczenie, ciągle wierzą, że ,,trochę się podleczą”, a dzięki terapii znajdą sposób na kontrolowanie swojego uzależnienia.

Zaburzone relacje z innymi ludźmi
– Osoba uzależniona nie potrafi nawiązywać poprawnych relacji z otoczeniem. Traktuje innych instrumentalnie, przenosząc na nich odpowiedzialność za konsekwencje swojego nałogu – mówi Kiełbasiński. – Rodzina płaci jej długi, żona usprawiedliwia nieobecności w pracy, fakt uzależnienia wszyscy utrzymują w tajemnicy. Chory chce się do kogoś przytulić, pożalić nad swoim losem, czasem złoży jakąś nierealną obietnicę, która da bliskim nadzieję, że wszystko się ułoży. I... dalej korzysta z nałogu.

Gra o życie

W miarę postępującego uzależnienia, także pozytywne emocje – radość, zachwyt, poczucie sukcesu... – powodują tak silne napięcie, że osoba uzależniona musi się „znieczulić”: wypad do kasyna albo na zakupy dla uczczenia sukcesu, agresywny seks w nagrodę po okresie wymuszonej wstrzemięźliwości, kompulsywne objadanie się po udawaniu na przyjęciu, że „jem tyle co wróbelek”.

Emocją, która nasila się w kolejnych etapach uzależnienia, jest wszechogarniający lęk. Żeby go łagodzić, osoba uzależniona coraz częściej sięga po substancję psychoaktywną czy ucieka się do innego kompulsywnego zachowania. Ulga „po zażyciu” jest coraz krótsza, a pojawiające się napięcie – silniejsze. Zduszone emocje pojawiają się szybciej, a powodów do niepokoju jest więcej, bo nałóg sieje coraz większe spustoszenie w życiu uzależnionego. W pracy zawala więcej spraw, ludzie mniej mu ufają. Ostatkiem sił próbuje zachować pozory normalności.

– Po kilku latach picia zrezygnowałem z podejmowania długoterminowych zobowiązań, np. nauki języka, gry w tenisa – opowiada Maciej Kiełbasiński. – Wiedziałem, że nie stać mnie na systematyczność, bo ciągi były coraz dłuższe i nie byłbym w stanie sprostać zobowiązaniom. Poza tym obowiązki przeszkadzały mi w piciu. Całe moje życie zaczęło być podporządkowane chorobie. Zacząłem czuć nienawiść do samego siebie. W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu trzeźwieć i postanowiłem zapić się na śmierć. Po dziesięciomiesięcznym ciągu sięgnąłem dna.

Czym jest owo sięgnięcie dna w uzależnieniu? Czasami to jakieś traumatyczne wydarzenie: nagła choroba, wypadek samochodowy, strata pracy, pieniędzy, rodziny. Innym razem nakaz sądu do przymusowego leczenia albo czyjaś bezinteresowna pomoc, albo... spotkanie na swojej drodze kogoś, kto w uzależnionym dostrzeże człowieka.

– Wtedy zwykle po raz pierwszy pojawia się poczucie własnej bezsilności wobec nałogu – mówi Adam Przywara, OFM, kapelan w Ośrodku Terapii Uzależnień. – To mistyczna chwila, w której cały świat się zatrzymuje.

– Kiedy uzależniony widzi, że życie wymknęło mu się spod kontroli i zapanował w nim taki bałagan, że nie potrafi poskładać go w całość, pojawia się nadzieja, że gdzieś jest ktoś lub coś, co może mu pomóc – dodaje Maciej Kiełbasiński. – I zaczyna się gra o życie.

Zdaniem ks. Marka Dziewieckiego, autora artykułu: ,,Choroba alkoholowa, a zniewolenie sfery duchowej”, każde uzależnienie jest dążeniem do iluzorycznego, natychmiastowego szczęścia i pojawia się tam, gdzie brakuje szczęścia rzeczywistego. Chwytamy się go wtedy, gdy w sposób bolesny, choć często nieświadomy, doświadczamy, że droga, którą podążamy, prowadzi donikąd, jednak brak nam odwagi, by uznać ten fakt i zmienić swoje życie. Przy użyciu substancji psychoaktywnej lub nałogowego zachowania wprowadzamy się więc w odmienny stan świadomości, ograniczając tym samym wewnętrzną wolność i gubiąc sens życia, czyli podstawy swojej duchowości. Uzależnienie niszczy wolność emocjonalną, intelektualną, zabija wrażliwość. Człowiek w szponach nałogu oszukuje samego siebie. Najważniejsze dla niego staje się zapewnienie sobie komfortu, by tkwić w uzależnieniu. Nawiązuje toksyczne relacje – solidaryzuje się z innymi uzależnionymi i manipuluje ludźmi. Zamiast rozwiązywać problemy, ucieka przed nimi w nałóg.

Gdzie powinien szukać rozwiązania? W powrocie do duchowości. To ona jest odpowiedzią na nurtujące go pytania i lekarstwem na paraliżujące lęki. Pomaga stworzyć dojrzałą hierarchię wartości, a relacje opierać na miłości i odpowiedzialności.

Nie wystarczy abstynencja. Leczenie to nie tylko przezwyciężenie mechanizmów nałogu, lecz zmiana postawy wobec życia. Na początku musi być świadoma decyzja, że do radzenia sobie z problemami nie potrzeba już alkoholu czy narkotyków. Ale żeby to osiągnąć, konieczne jest zajrzenie w głąb swej duszy.

Ważne spotkania

Zdaniem Adama Przywary, uzależnienie to choroba braku miłości. Maciej Kiełbasiński zaś uważa, że wynika ona z nieznajomości samego siebie, realizowania w sposób przymusowy wartości, które są sprzeczne z tymi, jakie uzależniona osoba wyznaje, nieumiejętności nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Ale obydwaj zgodnie twierdzą, że drogą wyjścia z nałogu jest drugi człowiek.

– W rozwoju duchowym zawsze chodzi o spotkanie: z Bogiem, z drugim człowiekiem. Spotkanie, które nas zmieni, np. ustali na nowo to, co dla nas istotne w życiu – mówi Adam Przywara.

Po latach walki ze swoim demonem osoby uzależnione wiedzą wszystko o mechanizmach i znakach ostrzegawczych, zaliczają kolejną terapię, pobyt w następnym ośrodku, znają swoje słabości, ale i tak wracają do nałogu, bo brakuje im wiary w coś, co ich utrzyma w stanie abstynencji, duchowego pogłębienia, odnalezienia sensu życia. Potrzebny jest ktoś, kto w umiejętny sposób ukaże im prawdę o nich samych.

– Kiedy otrzymujesz pomoc z zewnątrz, gdy zauważasz innych ludzi, którym udało się wyjść z nałogu, budzi się wiara. Zaczynasz ufać, że w tym względzie są mądrzejsi od ciebie i sięgnięcie po ich doświadczenia pozwoli ci na wyjście z samotności, budowanie swojego życia od nowa, krok po kroku – mówi Maciej Kiełbasiński.

Adam Przywara jako kapelan w ośrodku uzależnień pełni rolę pośrednika między uzależnionymi a Bogiem.

– Nieważne, czy i w co wierzysz – mówi im. – Spróbuj zastanowić się, czy jakaś Siła Wyższa – jakkolwiek ją pojmujesz – nie była w przeszłości obecna w twoim życiu.

Doskonale pamięta Pawła, 26-letniego narkomana, który pięciokrotnie próbował popełnić samobójstwo. Ostatnim razem wypił butelkę „Kreta” (silnie żrącej substancji) i poczuł wtedy, że coś każe mu iść do ludzi. Była noc. Wybiegł z domu i poszedł na stację benzynową. Tam zemdlał. Cudem go uratowano. Po pobycie na oddziale psychiatrycznym, trafił do Ośrodka Terapii Uzależnień. W ramach praktyki pracy zajmował się umierającymi w hospicjum.

– Przez dwa tygodnie widziałem go codziennie w kaplicy – opowiada kapelan. – Szlochał, a ja czułem, że dzieje się w nim coś ważnego. W czasie rozmowy okazało się, że zaczął analizować swoje życie. Poczuł, że tamtej nocy kierowała nim jakaś siła większa od niego. To był początek zmiany. Zaczął odkrywać, kim jest i czego naprawdę pragnie.

Trudne przebudzenia

Chorzy, którym udało się wyrwać z matni nałogu, przyznają: gdy po wielu latach uzależnienia budzisz się do życia, nie wiesz, kim jesteś. Emocjonalnie znajdujesz się na etapie, na którym to się zaczęło.

– Kiedy podjąłem leczenie w ośrodku terapii uzależnień, miałem czterdzieści lat – mówi Maciej Kiełbasiński. – Jednak emocjonalnie byłem na etapie 14-latka, bo to właśnie wtedy sięgnąłem po pierwszy kieliszek.

Zaczyna się dość skomplikowany proces. Najpierw pojawia się radość, że udało ci się pozbyć obsesji, która towarzyszyła uzależnieniu. Po dwóch, trzech latach wychodzenia z jakiegokolwiek nałogu, rozglądasz się dookoła i dostrzegasz, że większość decyzji, jakie w życiu podjąłeś, była temu podporządkowana. Po raz pierwszy jasnym wzrokiem patrzysz na swojego partnera, dzieci, przyjaciół, pracę i zadajesz sobie pytania: „Co ja tu robię? Kim jestem?”. Znika poczucie winy, odkrywasz, że inni także mają swoje wady i swoje problemy. Twoje życie nabiera sensu, zaczynasz powoli rozumieć siebie, a tym samym świat, który cię otacza.

– Żeby odważyć się być sobą, ujawnić światu swoje mocne strony, ale także własne słabości, musisz przełamać lęk przed odrzuceniem – mówi Kiełbasiński. – Skonfrontować się z tym wszystkim, przed czym uciekałeś w uzależnienie. Następnym krokiem jest bolesne rozliczenie się z przeszłością. Trzeba stanąć oko w oko z cierpieniem odczuwanym z powodu zaprzepaszczonych spraw, zmarnowanych okazji i porzuconych celów. W takich chwilach warto posiąść umiejętność rezygnacji: nie na dziś czy jutro, ale na zawsze. Musisz pogodzić się z faktem, że pewnych rzeczy już nie odzyskasz, niektórych wydarzeń nie cofniesz, a życie toczy się dalej i trzeba wziąć za nie pełną odpowiedzialność.

Co jeszcze? Kiedy obudzisz się ze złego snu, być może będziesz za wszelką cenę pragnął, żeby odzyskał spokój ktoś bliski, ktoś, kto cierpiał z powodu twojego uzależnienia przez całe lata, np. twoja matka, która nie dożyła momentu, kiedy przestałeś pić. Poczujesz się wtedy bezradny, no bo jak przekazać jej wiadomość, że z tobą już wszystko w porządku? Może twój partner, który dzielnie trwał przy tobie, gdy byłaś uzależniona od zakupów, albo przegrałaś w kasynie wszystkie swoje oszczędności, nagle odszedł, rzucając ci na do widzenia: „Teraz już poradzisz sobie beze mnie”. Być może w pierwszej chwili pomyślisz: „Jak on mógł mi to zrobić?! Nie warto było się leczyć”, może nawet pojawi się myśl o powrocie do uzależnienia... Ale po chwili przyjdzie refleksja: „Zrobiłam to dla siebie. Skoro udało mi się wyjść z nałogu, poradzę sobie ze wszystkim”. To pierwszy znak pojednania ze sobą, zgoda na swoją przeszłość. Powoli zaczniesz rozpoznawać, co jest dla ciebie ważne: miłość, dobroć, akceptacja, prawda, szczerość, otwartość, zamiast: manipulacji oraz oszukiwania siebie i innych.

– Na początku ważne jest, żeby nie czuć się samotnym – mówi Maciej Kiełbasiński. – Najbliżsi wydają ci się obcy, często nie rozumieją, że sama ich obecność i miłość nie pomogą ci w leczeniu, że musisz iść na terapię, do grupy wsparcia, do ludzi, którzy podzielą się swoim doświadczeniem. Zaczynasz naprawiać swoje relacje z bliskimi, znajdujesz nowych przyjaciół...

Jednego musisz się nauczyć: prawidłowo odczytywać własne emocje i uczucia w danej chwili, bo dopiero wtedy możesz kontrolować swoje zachowanie. Jeżeli wstałeś lewą nogą, będziesz mógł skorygować plan dnia tak, żeby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji. Może zrezygnujesz ze spotkań z ludźmi, którzy źle na ciebie wpływają, przełożysz na inny termin zajęcia, które wymagają odpowiedniego nastroju czy koncentracji, a tym samym oddalisz od siebie możliwość powrotu do uzależnienia.

– Bo przecież nie chodzi o substancję czy zachowania, od których byłeś uzależniony, tylko o pewien stan emocjonalny, który te zachowania lub przymus sięgnięcia po substancję powodował – dodaje Maciej Kiełbasiński. – Jeśli wiesz, jakie sytuacje wywołują twoje konkretne emocje, potrafisz nad nimi zapanować. Do dziś czasami ludzie zarzucają mi, że martwię się przede wszystkim o siebie. Tak, bo moje emocje są najważniejsze – zapanowanie nad nimi daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jeśli mam dobry kontakt z samym sobą, mam dobry kontakt także ze światem.

Postęp w rozwoju duchowym widać po tym, z jaką dojrzałością podchodzisz do życia. Kiedy byłeś w nałogu, towarzyszyła ci niepewność, teraz – spokój.

– Wynika on w dużej mierze z powierzenia życia czemuś lub komuś większemu od nas samych – tłumaczy Adam Przywara.– A także z akceptacji swojej niedoskonałości. W duchowości jest miejsce i na smutek, i na radość, na rozgoryczenie i nadzieję, na upadek i powstanie. Bóg akceptuje słabość człowieka.

– Uzależnienie może dotknąć każdego, i wierzącego w jakąś konkretną religię, i agnostyka, i ateistę… – tłumaczy Kiełbasiński. – Jeżeli ktoś uważa inaczej, powinien wyzbyć się egocentryzmu. Ludzie czasem sądzą, że alkoholizm, hazard czy narkomania mogą przydarzyć się innym, ale nie im. Uważają się za lepszych i podejmują ryzyko „pierwszego razu” – pierwszy kieliszek, pierwszy pobyt w kasynie, pierwszy skręt… no bo przecież nic się nie stanie.

Kiedy jest już za późno, gdy już tkwisz w uzależnieniu po uszy, potrzebujesz wiary, która może ci dać siłę do wydostania się z pułapki nałogu.

– Przełomowy moment uznania swej bezsilności, bez zaakceptowania której pozbycie się nałogu staje się niemożliwe, wiąże się z tym, że człowiek „bez siły” musi posiąść moc z zewnątrz – mówi Kiełbasiński. – To może być grupa ludzi, ośrodek terapeutyczny czy Bóg w koncepcji chrześcijańskiej. Kiedy posiądziesz dar wiary, zaakceptujesz, że to nie ty jesteś Bogiem i nie od ciebie zależy końcowy efekt twoich starań czy postawionych sobie celów. Ty możesz jedynie planować działania, ale efekty pozostawiasz opiece boskiej, losowi,– jakkolwiek chcesz to nazwać. Taka postawa zapewni ci wewnętrzną równowagę, spokój duszy, bo przestajesz zmagać się z życiem i jego przeciwnościami, tylko akceptujesz wolę tej siły wyższej wobec ciebie. A kiedy twoje wnętrze przestanie być zapieczone przymusem osiągania tego, czego chcesz, to okaże się, że zostanie ci to po prostu ofiarowane.

Czy grozi ci uzależnienie? Sygnały ostrzegawcze:

  • Obniżanie napięcia emocjonalnego, pocieszanie się, nagradzanie przy użyciu substancji psychoaktywnej (alkoholu, narkotyków) lub zachowań kompulsywnych (przymusu gier hazardowych, seksu, zakupów).
  • Unikanie sytuacji stresujących i „wyręczanie się” innymi ludźmi w załatwianiu swoich spraw oraz rozwiązywaniu własnych problemów.
  • Zaprzestanie na pewien czas używania substancji i zachowań uzależniających (czasowa abstynencja), przeplatane okresami ciągów.
  • Wielokrotnie podejmowane, nieudane próby rzucenia nałogu, charakteryzujące się powtarzaniem bez przerwy tych samych mantr: „muszę ograniczyć palenie”, „muszę przestać chodzić na zakupy” itd.
  • Dominujące emocje, często niezależne od realnych wydarzeń, to lęk i złość, które są pretekstem do sięgnięcia po substancje lub zachowania uzależniające.
  • Pogarszanie się relacji z innymi ludźmi: izolacja, ucieczka w samotność, notoryczne kłamstwa, coraz częstsze manipulacje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

On, nałóg i ja

Ani uzależniony mężczyzna, ani współuzależniona od niego kobieta nie dadzą sobie rady sami, dlatego oboje potrzebują pomocy - mówi Katarzyna Miller. (Ilustracja Adriana Dziewulska)
Ani uzależniony mężczyzna, ani współuzależniona od niego kobieta nie dadzą sobie rady sami, dlatego oboje potrzebują pomocy - mówi Katarzyna Miller. (Ilustracja Adriana Dziewulska)
Mówi, że pije, gra, bo miał trudne dzieciństwo. Albo dlatego, że skrzywdziła go była żona. A ona myśli: uzdrowię go. – Pomysły o uzdrowieniu mężczyzny to początek drogi do współuzależnienia – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Jak rozpoznać, czy mój partner uzależnił się od gier w sieci, zakupów, pornografii? Może on to po prostu lubi, to jego sposób na relaks?
Ludzie nie rozumieją, co to jest uzależnienie. Wydaje się im, że to coś, co bardzo często robią, co lubią i co daje im dużo frajdy. A tak nie jest. Istotą uzależnienia jest robienie czy zażywanie tego, co kiedyś dobrze nam robiło, dawało ulgę, ale teraz robi bardzo źle. Mimo to nie przestajemy, nawet jeśli zagraża to naszemu życiu. Nie patrzymy na konsekwencje, na koszty, aż w pewnym momencie nic więcej nie ma znaczenia, tylko „to”. Tym „czymś” może być wszystko. Gdybym wciąż jeździła na rowerze i nawet rozmawiając z mężem, przyjaciółką i szefem, myślała tylko o tym i czekała napięta, że za chwilę znów wskoczę na siodełko, to mogłabyś uznać, że jestem uzależniona.

Rower rządziłby twoim życiem?
Właśnie! To byłaby całkiem inna sytuacja niż ta, kiedy po prostu lubiłabym jeździć, a w wolnym czasie interesowałabym się markami i modelami różnych jednośladów. Jeśli rower byłby tylko moim hobby, to w sytuacji, kiedy czytałabym o rowerach, podeszłoby do mnie dziecko, bez złości skupiłabym się na rozmowie z nim. A gdy jestem uzależniona, to złoszczę się, gdy bliscy mi w tej czynności przeszkadzają.

Gdzie jest granica, za którą zostaje się rowero-, praco- czy innym holikiem?
Zapytałabym raczej: kto łatwo i szybko znajdzie się za tą granicą? Ten, kto ma różne emocjonalne deficyty, bo nie doświadczył (i z tego powodu nie potrafi sobie dać): samoakceptacji, poczucia wewnętrznej wartości, spokoju i bezpieczeństwa. Dlatego potrzebuje czegoś, co wyciszy jego lęk i głód dobrych odczuć wobec samego siebie. A nawet uzasadni prawo do życia i nada temu życiu jakiś sens. Tym czymś mogą być: narkotyki, alkohol, zakupy, hazard, seks, pornografia, czyli używki i czynności powszechnie niepochwalane. Ale są i takie, które przynoszą społeczne głaski, jak pracoholizm, i dlatego trudno je leczyć. Znam wiele osób uzależnionych od kłótni, złości, lęku czy cierpienia. One zawsze znajdą pretekst, aby zrobić awanturę albo poczuć się ofiarą. Łatwiej przeżywać silne emocje, bo są znane, oswojone, wiadomo, jak z nimi się obchodzić, niż wkładać wysiłek w poprawę swojego położenia.

Katarzyna Miller: Znam kobiety, które w ten sposób zostały alkoholiczkami, bo zaczęły pić z mężczyznami, żeby oni pili mniej. Uzależnienie ma to do siebie, że pochłania coraz więcej i więcej świata wokół. (Ilustracja Adriana Dziewulska)Katarzyna Miller: Znam kobiety, które w ten sposób zostały alkoholiczkami, bo zaczęły pić z mężczyznami, żeby oni pili mniej. Uzależnienie ma to do siebie, że pochłania coraz więcej i więcej świata wokół. (Ilustracja Adriana Dziewulska)

Można nie zauważyć, że narzeczony i na przykład gry to nierozłączna para?
Można, bo są mężczyźni, którzy bardzo się z tym kryją. Dopiero gdy zamieszkają z partnerką i nie są w stanie już się tak pilnować, wychodzi na jaw, że oddają się czemuś w specjalny sposób. Bo na przykład nie mają pieniędzy, choć dobrze zarabiają. A więc na co je wydają? Albo noce spędzają przy komputerze i wcale nie spieszą się do seksu.

Są jakieś sposoby, żeby odkryć prawdę, zanim zainwestujemy we wspólne mieszkanie?
Ten, kto bardzo coś ukrywa, jest zazwyczaj nadmiarowo fajny – dużo obiecuje, daje, komplementuje. Taka hojność powinna nas skłonić do uważności. Warto też ufać swojej intuicji i traktować poważnie to, że zaczynamy czuć się w tej relacji niedobrze. Trzeba wtedy poobserwować partnera. Mówi, że kocha? No, ale jest go przy mnie coraz mniej. Zapewnia, że mu zależy? Ale ja czuję, że mu przeszkadzam, że chciałby robić coś beze mnie.

Nie wmawiać samej sobie, że przesadzam?
Ważne też, by nie nadawać rzeczywistości znaczenia, jakie nam pasuje. Na przykład kobieta widzi, że jej nowy mężczyzna ma zawsze drogi zegarek, modne gadżety i ciuchy. Myśli więc, zadowolona, że jest bogatym estetą i że będzie jej z nim świetnie. A może jest uzależniony od zakupów?

Zakochane patrzymy na mężczyzn przez różowe okulary.
Wiele kobiet na początku nie chce widzieć ani słyszeć sygnałów ostrzegawczych. Nie traktuje poważnie słów mężczyzny, kiedy on mówi wprost: „Za często gram, za dużo wydaję na gadżety, osiem godzin siedziałem przed ekranem”. Najsensowniej wtedy powiedzieć: „Może przyjrzyj się temu, skonsultuj ze specjalistami”. Niemądrze jest mówić od razu: „Na pewno przesadzasz”. Wiele kobiet bagatelizuje zachowanie partnera, nawet kiedy kolejny raz się upije czy przegra pensję. Dlaczego? Bo w głowie noszą iluzję: „Ja go zmienię”. Niejedna kobieta lubi się wzruszyć, że swoją miłością uzdrowi ukochanego, jeśli usłyszy, że on tak brzydko się zachowuje, bo miał trudne dzieciństwo. Albo dlatego, że była żona go skrzywdziła. Takie pomysły o uzdrowieniu mężczyzny to początek drogi do współuzależnienia. A więc do sytuacji, kiedy jego emocje staną się dla kobiety ważniejsze niż jej własne. Będzie mu współczuć, wspierać, pomagać, opiekować się i wybaczać. A więc traktować jak dziecko zamiast jak dorosłego – i wymagać na przykład dotrzymywania umów. A ponieważ szybko okaże się, że nie może mu ufać, to też zacznie go pilnować i kontrolować.

Niemożliwe jest szczęście we troje: on, ja i to „coś”?
Jeśli na przykład kobieta przyłapie partnera na masturbacji i przemilczy to, bo pomyśli: „Jak zamieszkamy razem, to nie będzie tego robił” – bardzo się pomyli. Istotą uzależnienia od masturbacji nie jest brak stałej partnerki, tylko używanie seksu jako regulatora emocji i wypełniacza emocjonalnych dziur. Żadnego mężczyzny uzależnionego od czegokolwiek kobieta, z którą jest, nie obchodzi do tego stopnia, aby zaprzestał swojego uzależnienia. Ona jest mu potrzebna, ale jako zaplecze gospodarcze. Jako ktoś, kto zapewnia mu warunki do tego, aby mógł spokojnie nadal ćpać, pić, grać. Ona jest po to, żeby się nim zajęła, jak zemdleje ze zmęczenia po całonocnej masturbacji czy grach. Lub żeby wezwała pogotowie do jego zawału po przepracowaniu. Ona jest dla niego ważna jako jego wygoda, a nie jako osoba.

Miłość nie leczy nałogów?
Na samym początku może się tak wydawać, i to obojgu. Ale nadejdzie taki moment, zazwyczaj po kilku miesiącach, kiedy on znów sięgnie po alkohol czy seks, żeby poradzić sobie z emocjami, które go zaleją. No, a po tym jednym razie ruszy lawina, która w końcu zmiecie jej spokój i złudzenia. Jeśli ona uwierzy w jego zapewnienia, że już nigdy, że bez terapii i pracy nad sobą da radę przestać, to powinna od razu iść na spotkanie wspólnoty współuzależnionych.

Tylko rozstanie ma wtedy sens?
Sens ma tylko terapia, i to obojga. Rozstanie to dobry pomysł, ale niełatwy, jeśli kobieta jest współuzależniona. A jest, gdy wychowała się w rodzinie, w której były alkohol czy przemoc, a więc rosła w lęku i nie czuła się kochana. Aby przetrwać, musiała nauczyć się skupiać na emocjach rodziców, podążać za ich nastrojami i zaspokajać ich potrzeby, a nie swoje. Dla niej więc to nic nowego, że partner woli napić się, niż iść z nią do kina, że wkurza się o byle co, że raz jest słodki, a raz krytyczny, i nigdy nie wiadomo, w jakim nastroju będzie za chwilę, że nigdy go nie ma, bo: „Przecież pracuję, o co ci chodzi?”. Ani uzależniony mężczyzna, ani współuzależniona od niego kobieta nie dadzą sobie rady sami, dlatego oboje potrzebują pomocy.

A jeśli jej nie poszukają?
Jego uzależnienie zacznie kontrolować ich życie. Ona będzie wymyślała sposoby na jego nałóg, będzie stawiać warunki, które pozornie mają rozwiązać problem, a tak naprawdę tylko go spotęgują. Powie mu na przykład, że może pić, ale tylko w domu. Znam kobiety, które w ten sposób zostały alkoholiczkami, bo zaczęły pić z mężczyznami, żeby oni pili mniej. Uzależnienie ma to do siebie, że pochłania coraz więcej i więcej świata wokół. A więc ten mężczyzna w końcu i tak zacznie pić poza domem. No, a wtedy ona będzie płakać, krzyczeć, szukać go. Nie uczy się nas psychologii człowieka – i kobieta współuzależniona myśli, że kieruje nią miłość. Tymczasem może kierować nią stare marzenie o tym, że uratuje rodzica, który był alkoholikiem.

A inne powody trwania w związku z nałogowcem?
Znam niejedną młodą kobietę, która związała się z artystą i uznała, że on taki jest, że ma humory, raz jest obecny, a raz nie, a potem wraca i przynosi kolejną piosenkę napisaną dla niej, i patrząc jej w oczy, zapewnia, że cały czas myślał o niej na tym zatraceniu. No i ona się wtedy wzrusza i wybacza. Ale co z tego, że on przynosi piosenkę? Kobieta w takiej sytuacji powinna skupić się na sobie: co ona czuje, kiedy okazuje się, że jej partner znika z domu albo że jest nieodpowiedzialny, że nie dba o jej emocje i potrzeby. Ważne jest też to, żeby taka kobieta wiedziała, że to nie dusza artysty, ale uzależnienie powoduje, iż on jest niestabilny emocjonalnie. Kobieta o tym nie myśli, jeśli on dla niej jest jak narkotyk, bo wtedy, kiedy go wreszcie dostanie, zapomina o tym, jak bolało, kiedy go nie było. Jeśli w jej domu takie rzeczy się działy, to dla niej chleb powszedni i ona w taki związek wchodzi jak w masło. No i tak wspiera jego i swoje uzależnienia.

Co zrobić, kiedy dostajemy piosenkę zamiast odpowiedzialności i uczciwości?
Zdrowa kobieta pilnuje swojego dobrostanu. A więc do takiego artysty, który wróci po kilku dniach, powie: „Piosenka jest piękna, ale z tobą jest coraz gorzej”. On oczywiście zaatakuje: „O co ci chodzi!?”. Ona się jednak mu nie da i powie: „Źle się czuję w takim związku, jeśli będziesz dalej tak robił, to ja odejdę”. No i jeśli on nie przestanie znikać, kłamać, to ona odejdzie. I to jest ta różnica między współuzależnioną a zdrową kobietą.

Można zostać z „artystą” i nie zatracić siebie we współuzależnieniu?
To bywa możliwe przy wewnętrznej sile, świadomości i opanowaniu. Znam kobiety, ale nie jest ich dużo, bo to bardzo trudne, które powiedziały: „Ja go kocham, jest dla mnie interesujący, on będzie żył jak chce, a ja przy nim tak, jak ja będę chciała i mogła”. Taka kobieta nie weźmie na siebie choroby mężczyzny, skupi się na chronieniu siebie. A więc będzie sprawdzać, czy kontakt z nim jej czymś nie grozi. No i wie, że może liczyć tylko na siebie. Nie ma złudzeń, nie daje się zwodzić. Bo on, jak każdy uzależniony, ma momenty, kiedy powie: „Już mam dosyć, przestaję pić”, ale ona wie, że to bajer.

Smutne… Nie ma żadnej nadziei?
Może być tak, że świadoma kobieta, kiedy będzie już wiedziała, co jest grane, postawi partnerowi warunek: „Idziesz się leczyć albo koniec z nami”. No i są mężczyźni, którzy się wtedy zaczynają leczyć i wychodzą na prostą. To ci, w których poza destrukcją jest także chęć życia. Ale muszą tak naprawdę sami tego chcieć i pracować nad powrotem do zdrowia z pomocą specjalistów. Podstawowa zasada, jaką musi przyjąć kobieta, która widzi, że jej mężczyzna ma problem, brzmi: możesz zmienić tylko siebie, jego nie.

A więc musimy wiedzieć, czy same nie jesteśmy uzależnione?
To ma ogromne znaczenie, bo druga zasada mówi: nałóg (a jest nim też współuzależnienie) to ucieczka od realności. Trzeba wiedzieć, jak to działa, że najpierw ucieka się od przykrości emocjonalnych w to, co daje przyjemność, na przykład seks, alkohol czy gry. Dzięki temu odczuwa się ulgę, satysfakcję, euforię. Traktuje się te odczucia jak nagrodę za trudy życia i różne przykrości. Szybko jednak te nagrody zaczynają być jak opętanie – nie umiemy bez nich żyć. A potem nas zabijają.

Dlaczego tak się dzieje, że nałóg nas zabija?
Nie umiemy sięgać po nic innego, co by nam mogło dać to samo, czyli poczucie ulgi, satysfakcji, przyjemności. Palacz zaciąga się i odczuwa natychmiastową ulgę – krótką, ale od razu. Kiedy rzuci palenie, potrzebuje czegoś innego, co mu tę ulgę da. Ale to nie jest takie proste. Aby poradzić sobie z życiem na trzeźwo, potrzebna jest praca nad sobą i pomoc wspólnoty, jaką są choćby Anonimowi Alkoholicy, Anonimowi Uzależnieni od Seksu i Miłości czy Anonimowi Jedzenioholicy.

A gdy spotyka się dwoje uzależnionych? Mogą być razem?
I często są, sami nie wiedząc, jak to z nimi naprawdę jest. Na przykład kobieta może być uzależniona od czegoś innego niż mężczyzna i uważać, że jej nałóg to nic w porównaniu z jego. Ona wydaje za dużo na ubrania, a on bierze kokainę! I niestety, rozkręcają się w swoich nałogach, bo mają sobie za złe, bo się tym usprawiedliwiają. I cierpią okrutnie. Mogą być razem, jeśli oboje równolegle podejmą pracę nad swoimi uzależnieniami i będą w tym wytrwali. Gdy staną się odpowiedzialni za siebie samych, a nie za partnera. Gdy będą szanować siebie, trzeźwość i dojrzałość. Mogą być wtedy z siebie dumni, ale już zawsze powinni być uważni. 

  1. Styl Życia

Rynek e-papierosów w Polsce a COVID-19

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Lockdown i obostrzenia – te słowa mocno wpłynęły na wiele branż, które praktycznie z dnia na dzień zostały zmuszone do stawienia czoła nie tylko nowym restrykcjom oraz wytycznym, ale także zamknięciom galerii handlowych. Zarówno małe jak i duże przedsiębiorstwa zdecydowały się na podjęcie wszelkich możliwych kroków, których celem było zapewnienie im utrzymania ciągłości finansowej, ale także kontaktu z pracownikami. Na jakie rozwiązania zdecydowały się działające w Polsce firmy?

Internet – klucz do sukcesu

Związana z pojawieniem się koronawirusa i wszelkich zagrożeń z nim związanych, potrzeba zapewnienia pracownikom bezpieczeństwa sprawiła, że charakter pracy wielu osób zmienił się w znaczący sposób. Pandemia w licznych firmach utrudniła przeprowadzanie spotkań oraz szkoleń – zarówno dla nowozatrudnionych pracowników, jak i dla tych obecnych już w strukturach przedsiębiorstw.

Międzynarodowe przedsiębiorstwo tytoniowe British American Tobacco Poland oraz zajmująca się sprzedażą papierosów elektronicznych spółka CHIC, chcąc poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, zdecydowała się na organizację spotkań i szkoleń w trybie on-line. Rozwiązanie to okazało się być możliwością pozwalającą na skuteczne przeprowadzanie onboardingu oraz na efektywne przeprowadzanie spotkań i szkoleń.

Jednym z większych projektów zorganizowanych przez obie firmy był cykl szkoleń – CEN Academy. Organizowane w ramach cyklu kursy pozwoliły pracownikom na podniesienie kwalifikacji w wielu obszarach – tematy obejmowały między innymi zarządzanie projektami, kreatywne myślenie oraz efektywne wystąpienia i prezentacje.

Nie zapomniano także o nowych pracownikach – bez problemu odnaleźli się na nowych stanowiskach dzięki szkoleniom stworzonym specjalnie z myślą o nowopowstałej strukturze managerskiej „Akademia Managera”.

Kiedy więcej znaczy lepiej

Wspomniane już wcześniej wprowadzone na czas pandemii ograniczenia w handlu, a co za tym idzie spadek odpowiedzialności galerii handlowych, zmusiły część przedsiębiorców do rozszerzenia zakresu działalności. Na takie rozwiązanie zdecydowała się między innymi jedna z firm zajmująca się sprzedażą detaliczną – w jednym z polskich miast otworzyli miejsce stanowiące połączenie showroomu, kawiarni oraz strefy warsztatowej.

Frontem do Klienta

Zamknięcie centrów handlowych zmusiło przedsiębiorców do poszukiwania niestandardowych i tymczasowych rozwiązań umożliwiających klientom dostęp do ich produktów. Skuteczną metodą okazały się być mobilne punkty sprzedaży ustawiane przed galeriami. Na skorzystanie z tego rozwiązania zdecydowały się między innymi mająca w swojej ofercie e-papierosy sieć sklepów eSmokingWorld.

Wirtualne zakupy

Przedsiębiorcy z różnych branż zauważyli, że otwarcie kanału sprzedaży internetowej jest dla wielu z nich odpowiednim krokiem podczas zamknięć galerii handlowych oraz izolacji. Prowadzenie sklepu internetowego pozwoliło im na nieprzerwane pozyskiwanie konsumentów oraz na zapewnienie ciągłości sprzedaży oferowanych produktów. Choć jak wiadomo, prowadzenie działań z zakresu handlu elektronicznego wiąże się z dodatkowymi kosztami, to wiele firm, które już wcześniej prowadziły sklepy internetowe, odnotowało ogromne wzrosty w tym modelu sprzedaży.

Patrząc na powyższe przykłady, można odnieść wrażenie, że prokonsumenckie podejście przynosi korzyści. Pozwala również na budowanie pozytywnych skojarzeń z marką. Aprobatę przedsiębiorstwom przynosi także pamiętanie i dbanie o swoich pracowników. W końcu co może lepiej świadczyć o firmie niż zadowoleni klienci i szczęśliwi podwładni?

  1. Styl Życia

Jacek Poniedziałek – po prostu życie

Jacek Poniedziałek:
Jacek Poniedziałek: "Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami". (Fot. Monika Stolarska)
Niespokojny duch. Lubi prowokować i eksperymentować. Jacek Poniedziałek gra w teatrze i kinie, tłumaczy i reżyseruje. W swoim szczerym do granic przyzwoitości, a nawet bardziej, „(nie)dzienniku” opisuje, jak pokonał uzależnienie i odzyskał radość z bycia sobą.

Ile to już dni trzeźwości?
Rok, dwa miesiące i dwa tygodnie.

„(Nie)Dziennik” miał pewnie funkcję auto-terapeutyczną?
Tak, był zamknięciem pewnego etapu w życiu.

Nie boisz się, że uzależnienie od alkoholu i narkotyków to choroba, która wraca?
Pamiętam bardzo dobrze siebie sprzed ponad roku i to, jak się czułem, jak wyglądałem i jak funkcjonowałem wśród ludzi i w pracy. W tej chwili nie mam potrzeby, żeby do tego wrócić. Nauczyłem się też paru skutecznych sposobów, żeby przechytrzyć głody. Na przykład wizualizuję sobie siebie nie w stanie spełnienia i szczęścia, tylko w stanie upadku, kiedy bełkoczę i jestem takim zdechłym wrakiem leżącym w kącie, który budzi tylko uczucie żałości. Nikt nie lubi tak się czuć. To po pierwsze. Po drugie, wiem, że nie jestem od tego wolny i bardzo łatwo mógłbym w to wpaść ponownie. Jestem też w trakcie długoterminowego leczenia. Biorę delikatny antydepresant, który bardzo mi pomaga. Odnalazłem równowagę. Nie potrzebuję euforii, żeby czuć zadowolenie i radość z każdego dnia. Cieszę się małymi rzeczami.

Marek Edelman w jednej z rozmów z Beresiem i Burnetką na pytanie o to, co jest najważniejsze w życiu, odpowiada, że po prostu życie. To brzmi dość makatkowo i można się z tego śmiać, dopóki się tego nie doświadczy. Dla mnie to najtrafniej dotknięty opis fenomenu życia, z jakim się spotkałem.

Jacek Poniedziałek: 'Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę'. (Fot. Monika Stolarska)Jacek Poniedziałek: "Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę". (Fot. Monika Stolarska)

Skąd wziął się pomysł na prowadzenie dziennika?
Reżyser teatralny Krzysztof Garbaczewski poprosił mnie o napisanie wariacji na temat „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, zwłaszcza jego fragmentu nowojorskiego. Robiliśmy wtedy, właśnie w Nowym Jorku, polsko-amerykański projekt oparty na poezji Białoszewskiego i Allana Ginsberga. Moje pisanie chciał wykorzystać w przedstawieniu, ale się z tego wycofał i te zapiski pozostały w moim kompie. Nie miałem zamiaru tego ciągnąć, ale po powrocie ze Stanów skontaktował się ze mną redaktor z wydawnictwa W.A.B. i złożył mi propozycję, żebym kontynuował. Zgodziłem się bez wielkiej wiary, że to wydam i że to będzie interesujące. Na początku nie widziałem w tych notatkach wyraźnego kierunku, wewnętrznego nurtu, który stanowiłby o ich sile, dlatego często porzucałem tę robotę. Po kilku miesiącach, wracając do tekstu, zacząłem z niepokojem obserwować, jak często pojawiają się tam stany nieważkości.

Zorientowałeś się, że jesteś uzależniony, czytając swoje notatki?!
Tak to niestety było. Kilkanaście lat żyłem dosyć ostro, ale też bez przesady, to nie jest tak, że byłem non stop napruty. Bo ja jestem neurotykiem i też histerycznie o siebie dbam. Zdawałem sobie sprawę, że mam problem, ale jednocześnie gdzieś to wypierałem. I skuteczne zapominałem. Tak działa jeden z najważniejszych mechanizmów uzależnienia: mechanizm iluzji i zaprzeczeń. Parę dni jesteś trzeźwy i od razu wydaje ci się, że stany upojenia to są tylko epizody. Dopiero po lekturze moich zapisków dotarło do mnie, że pod wpływem jestem o wiele, wiele za często. My się lubimy oszukiwać i czasami oszukujemy się skutecznie. Mój brat, który umierał na marskość wątroby w strasznych mękach, przez ostatnie dwa, trzy lata życia, mimo że nie był w stanie zerwać z alkoholem, w rozmowach z nami z najświętszym przekonaniem mówił, że kontroluje sytuację.

Jednak dziennik to nie był jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na terapię. Drugim było kilka z rzędu stanów urwanego filmu, co mnie przeraziło, bo ja nie lubię tracić kontroli. Nie lubię nie wiedzieć, co się ze mną dzieje, a to były czasem wielogodzinne epizody blekautu. I to mnie przeraziło, że ja sobie albo komuś zrobię krzywdę, nawet o tym nie wiedząc. Funkcjonujesz wśród ludzi, rozmawiasz, pijesz, stawiasz, żartujesz, tańczysz, ale w ogóle o tym nie wiesz, nic potem nie pamiętasz, ani minuty.

Dosyć niesamowite.
Trochę jak lunatyzm. Wtedy zdecydowałem się na terapię w zamkniętym ośrodku. I tam zrozumiałem, że ta książka musi mieć jakiś głębszy sens, nie może być tylko zbiorem historii o imprezach, chłopakach, ćpaniu, piciu czy też o filmach i książkach, które mi się podobają. Interesująca będzie tylko wtedy, jeśli dam w niej świadectwo głębokiego, ale w gruncie rzeczy budującego doświadczenia, którym jest trzeźwienie. Taki problem jak ja mają miliony ludzi w naszym kraju i mogą w mojej historii odnaleźć też siebie. Nie napisałem tego z intencją, żeby innym pomagać, ale jeśli ten dziennik pomoże choć jednej osobie, nie posiadam się ze szczęścia.

Wspomniałeś, że dzięki zapiskom w dzienniku zauważyłeś swoje uzależnienie. A nie miałeś wcześniej sygnałów od przyjaciół, bliskich?
Byłem – choć od kilku lat pracuję nad sobą i to się zmieniło – wybuchowy, impulsywny, niecierpliwy. Nie słuchałem, narzucałem swoje zdanie, często nie mając o tym pojęcia. To się wiązało z emocjami, które w terapii nazywa się stanami głodu. Kiedy pojawia się gniew, to on jest sygnałem podwójnym. Pojawia się po to, żeby się nachlać albo naćpać i żeby się znieczulić, a z drugiej strony jest sygnałem od organizmu, że powinieneś coś zrobić, bo masz jakiś nierozwiązany problem.

W programie 12 kroków AA jest przekaz o odpowiedzialności wobec innych za swój nałóg i wyrządzone przez siebie krzywdy. Czy ty zdobyłeś się na przeprosiny?
To było trudne. Pod koniec odwyku zostałem poproszony przez terapeutów o wybaczenie mamie, o napisanie do niej listu. Mama już wtedy nie żyła, umarła w 2016 roku. Kiedy pisałem ten list, który przybrał formę wiersza, litanii przebaczenia, pojawiły się w nim także kobiety z mojego teatralnego środowiska, które kiedyś zraniłem i którym okazałem brak cierpliwości. Niekontrolowane wybuchy złości itd. Dokonałem ekspiacji i tę litanię wysłałem do wszystkich tych kobiet i innych osób, z którymi pracuję w teatrze.

Jak to przyjęto?
Bardzo pięknie. Napisali do mnie bardzo osobiste i pełne empatii wiadomości. Między innymi o tym, że już dawno temu mi wybaczyli, że widzą i rozumieją moją mękę. Jak dokona się takiego aktu ekspiacyjnego i przeprosi się za swoje błędy z całego serca, to niemal nie zdarza się, żeby ci ktoś nie wybaczył, żeby nie zareagował w sposób, który buduje, otwiera serce i wywołuje łzy. To są łzy ulgi.

Podczas lektury „(Nie)Dziennika” znalazłem kilka fragmentów typu: „Już nie jestem fit and hot, ale tragedii nie ma”, albo: „Patrzę na swoje zdjęcie sprzed kilkunastu, nawet kilku lat i w gardle więźnie mi rozdzierający szloch rozpaczy i żalu”. Dlaczego tak bardzo boisz się upływu czasu?
Wyjęte z kontekstu, tak się nie robi. Jestem po prostu próżny. Widzę, jak się szybko zmieniam, tu nie chodzi tylko o to, że się starzeję, ale też o to, jak widzą mnie inni ludzie. Nasza cywilizacja jest cywilizacją obrazka. Każdy chce być atrakcyjny, ja też. Mój przypadek polega na tym, że się tego nie wstydzę. Jestem seksualnym zwierzakiem, namiętnym, to jest obszar, który przez większość lat mojego życia budził moje największe zainteresowanie i ciekawość i któremu poświęcałem ogromną ilość czasu i energii. Choć teraz podejrzewam, że jak będę miał 70 lat, to już z pewnością nie będzie mi się chciało [śmiech].

Czujesz nadciągającą andropauzę?
Zobaczymy. Doceń to, że szczerze o tym piszę. Kobiety potrafią mówić i pisać o menopauzie, jak choćby Krysia Janda, bez jakiegoś wielkiego wstydu i dramatu. A u mężczyzn ten temat jest tabu. To się wiąże z niewygodnym słowem „libido”. Miałem wielu partnerów, w tym trzech stałych, i wiem, że momenty braku popędu przeżywają wszyscy na każdym etapie życia, z różnych powodów, czasami ze względu na psychiczne obciążenia, lęki, zmęczenie albo stres. A mężczyźni się śmiertelnie boją o tym mówić i uważają, że to ich kompromituje.

Twój ostatni partner był od ciebie znacznie młodszy.
Tak, o 25 lat. To proste, Eros i Tanatos. Ta para w wiecznym, morderczym uścisku. Ucieczka przed śmiercią. Zawsze wybierałem młodszych partnerów. Z jednym, i to zasadniczym, wieloletnim wyjątkiem. Ale on tylko potwierdzał regułę. Ja trochę dorastałem w cieniu śmierci. Ojciec, brat, babcia, potem drugi brat. W przeszłości rodziny też wiele traum, bo to były pokolenia wojenne. To się zawsze przekazuje kolejnym pokoleniom.

Mówi się o traumie transgeneracyjnej, o dziedziczeniu traum.
Myślę, że z tego u mnie wynika ta wielka potrzeba zbliżeń cielesnych, które po prostu dają poczucie, że się żyje. Ja to tak interpretuję, a jak jest naprawdę, nie wiem.

Z tego, co piszesz, wyziera poczucie odrzucenia, nawet ze strony matki. Niby wiesz, że ona cię kocha, ale się jakoś mijacie.
Nie potrafiliśmy rozmawiać. Jak patrzę na młodszych ludzi, którzy nie mogą się dogadać ze swoimi rodzicami, to myślę sobie, że to jest w gruncie rzeczy takie proste i jednocześnie najtrudniejsze. Bo trzeba zejść trochę ze swojego ego, tej źle pojętej niezależności. Często nie dopuszcza się tej matki, która jest prosta, nie rozumie niuansów, nie posługuje się tym samym językiem i cały jej światopogląd jest zlepkiem tego, co usłyszy w telewizji albo jej powie sąsiadka. Ona miała tyle niepokoju związanego ze mną, jak się dowiedziała, że jestem gejem. Jak znikałem z telewizji na jakiś czas, to się martwiła. Ten lęk natychmiast wywoływał we mnie złość. Nie potrafisz wtedy zrezygnować ze swojej upiornej, źle pojętej dumy, to chyba na tym polega. Brakuje nam pokory i dlatego nie potrafimy rozmawiać z rodzicami. Widzimy w nich już tylko sędziów, wrogów, zamiast zobaczyć w nich człowieka, który właśnie w taki sposób wyraża miłość i troskę.

Twój rozwój zawodowy jest dowodem na to, że wciąż chcesz pokazać coś więcej. I nie chodzi tylko o ambitne wyzwania aktorskie, zacząłeś tłumaczyć, reżyserować. Może twoje dzieciństwo jest nie tylko kłębkiem bólu, ale dało ci też napęd?
Może. Ale to nie jest tak, że chciałem coś pokazać czy udowodnić, tylko wyrwać się z paraliżu otoczenia, chodziło o wolność. Jak poznałem Korę, mając 17 lat i będąc jeszcze nieukształtowanym chłopakiem, to zafascynowała mnie kondycja artysty. Tryb dnia, sposób życia, pewnego rodzaju nieregularność, swoboda.

Pamiętam taki obrazek z dzieciństwa. Gdy mama chciała się dobudzić przed pójściem na nocną zmianę do pracy, zawsze prosiła mnie, żebym zmielił jej kawę. Uwielbiałem to robić. Mieliśmy stary, brązowy ręczny młynek do kawy. Do dziś pamiętam ten zapach. Zalewałem jej tę kawę gorącą wodą, robiłem taką plujkę, a ona ją piła i szła do pracy. To ładne wspomnienie, ale wiąże się z tym kieratem fabryki, roboty w określonych godzinach w wielkiej firmie. Nie chciałem tak skończyć. Uciekłem przed tym.

Mówiliśmy o upływie czasu. Czy kiedyś lubiłeś siebie bardziej niż teraz?
Wręcz przeciwnie. Może to jest kwestia pogodzenia ze sobą, zrozumienia swojego miejsca? Większa wiara w to, że jestem silny. Teraz wierzę, kiedy ludzie mówią mi, że mam dużą siłę, osobowość. Jako aktor i jako człowiek. Wcześniej wydawało mi się, że jestem słaby, niedoceniany, nieinteresujący. Że jeżeli mi się coś udaje, to są to fuksy, przypadki. Ambicje zawsze miałem dosyć duże, natomiast ich spełnianie szło trochę opornie. Porównywanie się z innymi przeważnie wychodziło na moją niekorzyść, aż w końcu przestałem się porównywać. Krok po kroku zrzucam z siebie te skorupy lęku i niewiary, te ostatnie lata to mi właśnie przyniosły, radość z bycia sobą.

Nie ukrywasz rozczarowania tym, jak traktuje się w naszym kraju osoby nieheteronormatywne. Masz jeszcze poczucie, że Polska to jest twoje miejsce?
Kocham Polskę i chciałbym, żeby tu było lepiej. Chciałbym zmieniać społeczeństwo u podstaw, jego mentalność, uczyć większej otwartości i empatii wobec drugiego. Takim wzorem, z którym się zetknąłem niedawno i który jest dla mnie fenomenalnym przykładem otwartości i mądrości życiowej, jest Daniel Rycharski. Ostatnio zagrałem w filmie o nim „Wszystkie nasze strachy” w reżyserii Łukasza Rondudy.

Rycharski to gej i artysta wizualny mieszkający na polskiej wsi. Jest otwarcie homoseksualny i jednocześnie bardzo wierzący, należy do ruchu Wiara i Tęcza. Z jakimś rozczulającym, nieprawdopodobnym uporem Syzyfa próbuje budować społeczeństwo otwarte w konserwatywnym środowisku wiejskim. To jest dla mnie w ostatnich latach jedna z najsilniejszych i najjaśniejszych inspiracji, żeby tutaj tkwić i budować, bo kiedy spojrzymy na historię innych krajów europejskich, choćby Irlandii, wszystko wskazuje na to, że wahadło poglądów i sympatii politycznych w końcu przechyli się w drugą stronę.

To, że jest u nas tak, jak jest, wynika z lęku, zresztą nie tylko z lęku konserwatywnej części społeczeństwa przed tą bardziej otwartą, że im coś narzuci. My wszyscy boimy się, że dostaniemy po ryju, jeśli zwrócimy się z wyciągniętą ręką do kogoś o różnym od naszego światopoglądzie. Tymczasem z moich doświadczeń wynika, że kiedy spotykasz się z człowiekiem twarzą w twarz i jesteś otwarty, szczery i nie masz w sobie agresji, a tylko słuchasz, to jest możliwe porozumienie z każdym, naprawdę.

(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa W.A.B.)

Jacek Poniedziałek rocznik 1965. Aktor, tłumacz, reżyser teatralny. Od 2008 roku w zespole Nowego Teatru w Warszawie. Grał u: Krzysztofa Warlikowskiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Krzysztofa Garbaczewskiego, Michała Borczucha. Na ekranie występował między innymi w: „Rewersie”, „Ziarnie prawdy”, „Sercu miłości” i „Eterze”. Grywa także w serialach, takich jak „M jak miłość” i „Chyłka – Inwigilacja”. Jego „(Nie)Dziennik” ukazał się w marcu 2021.

  1. Kultura

Igor Brejdygant - książki pisarza i nowy serial "Rysa"

Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Igor Brejdygant: Nigdy nie będę hołubił zła. (Fot. Maciej Ziemkiewicz/Agencja Gazeta)
Ja się chyba długo bałem, że nic ze mnie nie będzie. Ale nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś – mówi pisarz i scenarzysta Igor Brejdygant.

Jeśli ktoś zajrzy do Internetu, żeby sprawdzić, kim jest Igor Brejdygant, przeczyta, że to: pisarz, scenarzysta, reżyser, producent reklam, fotograf, aktor. Dużo… A jeśli ktoś zapyta pana, to jaka będzie pańska odpowiedź? Co jest najbliższe pana sercu?
To zależy, kiedy zostanę o to zapytany. Dziś odpowiem pani: scenarzysta, bo pracuję nad adaptacjami serialowymi moich dwóch książek, „Rysy” i „Układu”. Chociaż nie, właśnie wczoraj skończyłem pisać kolejną książkę, „Wiatr”, więc na dziś odpowiedź brzmi: scenarzysta i pisarz. Moment wyznacza to, kim jestem. Ale rzeczywiście pytanie jest zasadne. Mam za sobą takie historie, kiedy zatrzymywała mnie drogówka i, nie wiem dlaczego, padało pytanie: „Czym pan się zajmuje?”. Zawsze miałem chwilę zawahania, która budzi w policjantach pewien niepokój, no bo jak człowiek nie wie, czym się zajmuje, to raczej nie jest z nim dobrze… A ja po prostu naprzemiennie zajmuję się różnymi rzeczami. Czasem zazdroszczę ludziom, którzy oddają się jednej dziedzinie, tak jak na przykład mój brat Krzysiek [Zalewski – przyp. red.], który jest muzykiem i nie ma co do tego żadnych wątpliwości! No ale cóż, jest, jak jest – dzięki jednej aktywności odpoczywam od drugiej. I jeszcze odkurzam. Najbardziej czekam właśnie na ten moment dnia, kiedy oddaję się sprzątaniu.

Ktoś mógłby powiedzieć, że łapie pan zbyt wiele srok za ogon.
I że się w związku z tym rozwadniam. Ale nie mam poczucia, że działam po łebkach. Dostrzegam też zalety takiej wielozadaniowości – być może fakt, że zajmuję się wieloma rzeczami, sprawia, że szerzej patrzę na świat. Poza tym może wstyd mówić to głośno, ale nie do końca wiem, co jest najbliższe mojemu sercu. Teraz na przykład zaczyna mnie znosić dość mocno w stronę reżyserii serialowej, a może też kinowej. Od zawsze działam w trybie płodozmianu, bo od zawsze miałem problem z dookreśleniem się, zrozumieniem, kim jestem. Poszukiwania wciąż trwają.

Uciążliwy stan?
Nie znam innego, nie mam porównania. Myślę, że tu trudność dotyczy przede wszystkim komunikacji ze światem zewnętrznym, tego, że z marketingowego punktu widzenia nie odgrywam konkretnej roli, nie ma jak mnie określić dla odbiorcy. Nie bardzo umiem przybierać konkretną formę, chyba kiedyś Gombrowicz zraził mnie do wkładania się w takie sidła. Unikam tak zwanej gęby.

Czytelnicy bez wątpienia lubią pana w sidłach pisarza. Pana kryminały cieszą się ogromną popularnością. Kryminały w ogóle są od pewnego czasu jednym z najpopularniejszych wyborów. Skąd ten trend? Jaka jest pana diagnoza?
Widzę co najmniej trzy powody. Pierwszy jest taki, że lubimy się bać, ale mając jednocześnie poczucie bezpieczeństwa. To chyba atawizm, przez dziesiątki tysięcy lat, kiedy stawaliśmy się ludźmi, dużo było lęku, myślę, że jesteśmy od niego uzależnieni. A lepiej zażywać go w domowych pieleszach niż w ciemnej bramie, w realu. Drugi powód to też bardzo ludzka fascynacja – tajemnica. Nasza egzystencja, jakkolwiek bardzo byśmy pozbawiali ją duchowości, oświecali, i tak pozostaje tajemnicą. W kryminale też jest tajemnica, niewiadoma. Trzeci powód to według mnie możliwość oderwania się od rzeczywistości. Wniknięcie w kryminalną łamigłówkę na chwilę odpina nas od trosk.

Czyli funkcja terapeutyczna?
Psycholog powie na pewno, że żadna ucieczka nie ma terapeutycznej mocy, ale ja odpowiem, że oderwanie człowieka przeciążonego codziennością, stresem, problemami i zabranie go na wycieczkę krętą drogą jest, powiedzmy, taką quasi-hipnozą.

Mówi pan, że lubimy się bać, ale przecież my mamy, szczególnie dzisiaj, tyle lęku dookoła. Czy kryminał nie jest kolejnym zanurzaniem się w mrok, czy to nie jest trochę przeniesienie się z deszczu pod rynnę?
Rzeczywistość jest dziś tak zawikłana, że trudno się połapać, o co chodzi. Ludzie szturmują Kapitol, bo myślą, że światem rządzą gady, mamy dziwną i niezrozumiałą zarazę itd. Dzieją się rzeczy niestworzone. A w kryminale jest jednak wszystko ogarnięte. W końcu znajduje się ten zły, dobro przeważnie jednak zwycięża, jest więc katharsis.

Czyli to także wyraz tęsknoty za porządkiem świata?
Wciąż chyba jednak lubimy – mówię to z nadzieją – kiedy zło ponosi klęskę.

Podkreśla pan, że świat kryminału to fikcja, jednak coraz więcej jest pozycji, które właśnie mocno osadzone są w faktach, także tych politycznych. I w tym przypadku, czytając, można mieć wrażenie, że niemal ogląda się serwis informacyjny!
Rzeczywiście, mam wrażenie, że jest dziś coś takiego jak kryzys fikcji. Ale on wynika z popytu, ludzie tak chcą. Kiedy pisałem serial „Paradoks”, panie odpowiedzialne za marketing przy każdym kolejnym odcinku pytały mnie z nadzieją w oczach, czy będą mogły wreszcie napisać, że to jest oparte na prawdziwej historii. Czytelnicy i widzowie też często oczekują, że powiem: „Te wydarzenia naprawdę miały miejsce”. A moim zdaniem to pułapka. Po to wymyślono, zresztą już bardzo dawno, fikcję, żeby ludzi odrywać od rzeczywistości. Jeśli pójdziemy w weryzm, to prędzej czy później będziemy mieć odczucia, o których pani wspomniała, tak jakbyśmy włączyli serwis informacyjny. Z relaksem niewiele ma to wspólnego.

Sądzi pan, że ta moda wkrótce minie?
Myślę, że tak. Tym bardziej że ten rodzaj opowieści jest obciążający dla obu stron. Widza przygniata, a na autora nakłada, a przynajmniej powinien nakładać, bardzo dużą odpowiedzialność. Od dłuższego czasu biorę udział w cyklu „Opowiem ci o zbrodni” [program telewizyjny emitowany przez kanał Crime+Investigation Polsat – przyp. red.]. Lubię to, ale to dla mnie najcięższa praca. Bezpieczniej czuję się w fikcji, opowiadanie prawdziwych historii to stąpanie po bardzo cienkim lodzie, w sensie moralnym. Bo prawda – jak wiadomo – jest nieprawdopodobnie złożona, wielowątkowa. Zawężanie jej do wytyczonego nurtu, konieczne, by móc ją w ogóle zreferować, jest wyzwaniem. Można kogoś skrzywdzić, przyprawić komuś gębę, ofiara ma rodzinę, podobnie sprawca itd. Beletryzowanie rzeczywistości to duże ryzyko, potrzeba ogromnej pracy i ostrożności. I nie wierzę, że tworząc dokument, można być w stu procentach w zgodzie z prawdą, autor zawsze musi dokonać wyboru, kogoś polubi bardziej, a to determinuje kierunek dalszej pracy. Kiedy pisałem „Paradoks”, rozmawiałem z policjantem śledczym. Powiedział mi, że podoba mu się mój scenariusz, bo dotyka kwestii rzadko poruszanej. Chodziło mu o to, że śledczy jest niemal bogiem, bo tak wiele zależy od jego intuicji, przekonania. Od tego, za czym on pójdzie, zależą ludzkie losy, a zwykle przy jednej sprawie to losy wielu osób. Trochę podobnie jak z reżyserem dokumentu, tyle że w pracy śledczego odpowiedzialność jest większa. Tutaj błędne ukierunkowanie może kosztować bardzo wiele, najlepszym przykładem jest sprawa Tomasza Komendy.

Gigantyczne obciążenie…
No właśnie, akurat ja jakoś intuicyjnie zawsze byłem tego świadomy, jeszcze zanim zacząłem pisać, wiedziałem, że w zasadzie każdą prawdę można udowodnić, a już obecne czasy – czasy fake newsa – wybitnie to obnażają. Pójdziesz jakimś tropem, a potem… już wszystko musi się zgadzać. Bardzo na to uważam, kiedy przygotowuję się do programu „Opowiem ci o zbrodni”.

Rozumiem, że kiedy siada pan do pisania fikcji, odczuwa ulgę. A czy w fikcji można przesadzić, popłynąć?
Można odjechać, dlatego tu też nakładam sobie pewne ramy. Taką moją zasadniczą ramą jest zasada, że nigdy nie będę hołubił zła. Nie, i koniec. Mam kłopot nawet z takimi wybitnymi pozycjami kina, jak na przykład „Joker” czy niektóre filmy Tarantino. Dla mnie to jest już na granicy flirtu ze złem, za daleko. Poza moim dekalogiem. To oczywiście nie oznacza, że nie ciekawi mnie geneza zła. Zawsze się zastanawiam, dlaczego morderca jest, jaki jest, w niektórych książkach przyglądam się temu, próbuję zrozumieć, ale nigdy złem się nie rajcuję.

Psychologia postaci staje się dla pana coraz ważniejsza z każdą kolejną książką?
Zawsze mnie to intrygowało. To jest jakby osobny kryminał w kryminale – którędy podążają myśli i emocje moich bohaterów. I chyba trochę bardziej interesują mnie zawiłości kobiecej psychiki. Teraz napisałem powieść „Wiatr”, którą właśnie będę składał do wydawnictwa, tu mężczyzna jest głównym bohaterem i muszę przyznać, że jego psychika jest mniej złożona. Myślę, że po mamie, skądinąd śpiewaczce operetkowej, jestem introwertykiem, więcej życia spędzam na przyglądaniu się niż na referowaniu, częściej obserwuję, niż uczestniczę, i z czasem widzę w ludziach coraz więcej. Pewnie dlatego w każdej kolejnej książce jest rzeczywiście coraz więcej psychologii postaci.

A wtedy, kiedy się pan coraz dłużej ludziom przygląda, to robi się coraz smutniej czy jest w panu nadzieja?
Mam teraz problem z nadzieją, ale to raczej nie wynika z obserwacji jednostki, tylko trendów, które panują na świecie. Jak mówił Erich Fromm, ludzkość przemieszcza się po wahadle między koszmarem czy tragedią a nudą. Wydaje mi się, że chwilę temu dotarliśmy do punktu kulminacyjnego „nudy” i teraz właśnie niestety się odbijamy… Widzę, jak budzą się w nas demony. Ale łatwiej zrazić się do ludzkości w ogóle niż do jednostki. Bo kiedy przyjrzeć się każdemu z osobna, widać niejednoznaczności, nikt nie jest ani jednoznacznie dobry, ani jednoznacznie zły, na szczęście.

Jakie demony są dziś w panu?
Na przestrzeni lat poznałem siebie z różnych stron i powiem tak – bywało ze mną znacznie gorzej. Ale to sprawiło, że wiem, iż demony istnieją, i to jest cenna wiedza. Najgorszy jest chyba demon lęku, mnie długo pchał w nieciekawą stronę. Przez lata mówiłem, że najbardziej boję się siebie. Ale dziś już tak nie jest. I to mnie cieszy niewymownie.

Pisanie pomaga obłaskawić demona?
Pomaga. Różne rzeczy, które kotłują się w głowie, można przelać na papier. Swoje ciężkie przeżycia po kawałku wkładam w swoich bohaterów, to też forma terapii. To jedno. A drugie – to, że osiągnąłem jakiś sukces, sprawiło, że podbudowane zostało moje poczucie wartości. To dało mi także rodzaj spokoju. Ja się długo bałem, że nic ze mnie nie będzie.

Za późno przyszedł ten moment?
Nie, nie mam żalu. Na tyle dobrze pamiętam, skąd przychodzę, że jest we mnie tylko zadowolenie. Poza tym z wora tamtych doświadczeń wciąż czerpię, pewnie między innymi dzięki temu mam coś do powiedzenia. Przemawia do mnie zasada, że wszystko jest po coś, wszystko ma sens. Poza tym idę po swoje stopniowo, kawałek po kawałku. Gdyby bomba atomowa sukcesu wybuchała na początku drogi, to jak później miałbym podnosić sobie napięcie… Może dzięki temu uniknąłem wyścigu z samym sobą. No i Oscar za reżyserię wciąż przede mną!

Mówi pan o worku, z którego czerpie – jest w nim także choroba alkoholowa.
Tak, mówię o swoich doświadczeniach, bo tak zwany dwunasty krok na drodze wychodzenia z nałogu dotyczy tego, by dać nadzieję tym, „którzy jeszcze cierpią”. Nie mówię, że nie mam nałogu, bo ma się go już zawsze, ale dzięki sile wyższej, jak ją nazywamy, choroba mnie już nie topi. Do tego udało mi się coś osiągnąć, poczuć spełnienie – jestem żywym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno. Swój pierwszy scenariusz kinowy pisałem wiele lat temu, będąc na terapii, wszystko jest możliwe. Naprawdę wszystko. Pamiętam, jak podczas spotkania z Ewą Woydyłło powiedziałem do niej z przerażeniem, że boję się, że jak rzucę nałóg, to przestanę być artystą. Na co ona, dość nawet, jak mi się wtedy wydało, brutalnie, zapytała: „A cóż pan jako artysta do tej pory osiągnął?”. Więc wtedy miałem poczucie bycia artystą, dziś nie czuję się przesadnie artystą, ale… dla odmiany coś tworzę!

A czy nie kusi pana czasem, żeby wydostać się choćby na chwilę z mroku kryminału?
Kusi, oczywiście! Kusi mnie komedia. Miłość mnie kusi… Zresztą w mojej kolejnej powieści już się trochę odkryłem. Mam tylko nadzieję, że dostrzegą i docenią to czytelnicy.

Igor Brejdygant
, scenarzysta, pisarz, reżyser, fotograf i aktor. Urodził się w 1971 roku w Poznaniu. Studiował na Wydziale Organizacji Sztuki Filmowej w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jest autorem powieści kryminalnych: „Szadź”, „Rysa”, „Paradoks”, „Układ”, a także twórcą scenariuszy filmowych i serialowych, między innymi: „Palimpsest”, „Zbrodnia”, „Prosta historia o morderstwie”

Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN. Serial „Rysa” można oglądać na platformie ipla, a od 13 kwietnia także na kanale AXN.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

"Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać!" - mówi Anthony Hopkins. (Fot. Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację?
Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca?
Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie "Ojciec" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać?
Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie.
No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje?
I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć?
Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana?
Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala?
Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach?
Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne?
Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.
Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda?
Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości.
Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) "Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga?
Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym?
Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.