1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mindfulness dla rodziców - jak znaleźć równowagę na co dzień?

Mindfulness dla rodziców - jak znaleźć równowagę na co dzień?

Każdy rodzic wie, jak wspaniałe i jednocześnie męczące jest zajmowanie się dziećmi. Dlatego praktyka wyciszania umysłu może bardzo pomóc w czerpaniu pełnej satysfakcji z rodzicielstwa. (fot. iStock)
Każdy rodzic wie, jak wspaniałe i jednocześnie męczące jest zajmowanie się dziećmi. Dlatego praktyka wyciszania umysłu może bardzo pomóc w czerpaniu pełnej satysfakcji z rodzicielstwa. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Niewiele rzeczy na świecie jest równie wyczerpujących emocjonalnie co wychowywanie dzieci. I równie satysfakcjonujących. Psycholog Corinne Sweet podpowiada, jak sprawić, by między tymi dwoma biegunami była równowaga.

W książce „Dziennik uważności” czytamy o momentach, w których praktyka uważności pomogła pani w opanowaniu bólu po operacji czy lęku podczas próby kradzieży. W czym jeszcze przydaje się w pracy i życiu prywatnym? Zaczęłam medytować 30 lat temu. Nauczono mnie bardzo prostej techniki. Siedzisz w wygodnej pozycji, z zamkniętymi oczami i powoli oddychasz. Przy wdechu myślisz: „wznoszenie”, przy wydechu – „opadanie”. Zauważyłam, że jeśli medytuję w ten sposób codziennie, a nawet częściej – zwłaszcza kiedy mam ważny projekt do skończenia, jak na przykład książkę, czy jestem w okresie większej podatności na stres – pomaga mi to w skupieniu. Poza tym medytacja wypełnia mnie spokojem, jest dla mnie źródłem dobrego samopoczucia i spełnienia. W mojej pracy terapeutycznej często wykorzystuję techniki mindfulness, by pomóc ludziom w skupianiu się na teraźniejszości, w celu odciągnięcia ich myśli od przeszłości i przyszłości, które są przyczyną lęków, zmartwień i negatywnych schematów myślowych.

Umiejętność bycia w chwili przydaje się zwłaszcza zestresowanym rodzicom. Z technik mindfulness mogą korzystać także dzieci. Sama jestem rodzicem i wiem, jak wyczerpujące emocjonalnie jest wychowywanie młodego człowieka. Niemowlęta i maluchy potrzebują nas 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, a i starsze dzieci bez przerwy czegoś chcą. Jeśli na dodatek jesteś pracującym rodzicem, masz poczucie ogromnego wyeksploatowania, emocjonalnego i energetycznego. Masz wrażenie, jakby codziennie wyczerpywały się twoje zasoby spokoju i uwagi. Kiedy uczysz się uspokajać umysł i szybciej odzyskiwać równowagę, stajesz się bardziej świadoma jako rodzic, co pomaga ci zachować cierpliwość, gdy maluch co pięć minut pyta: „A dlaczego?” lub bez przerwy płacze.

Kiedy uczysz się relaksować i być obecną w danej chwili, potrafisz w 100 proc. wykorzystać każdą minutę spędzoną na zabawie z maluszkiem czy czytaniu bajek, dzięki czemu buduje się między wami bardzo silna więź. Choć w naszej codzienności zwykle skupiamy się na zarabianiu pieniędzy i ogarnianiu domu, to najważniejszym zadaniem powinna być nauka zachowywania spokoju w obecności dzieci. Oczywiście dzieci także można uczyć technik mindfulness. Najlepiej robić to poprzez zabawę. Możecie zagrać w grę polegającą na wyłapywaniu z otoczenia wszystkich czerwonych rzeczy i wymienianiu ich nazw. Podczas długiej jazdy samochodem spróbujcie zagrać w grę pt.: „Kto pierwszy zobaczy kwiatek?”. Wszystkie zabawy, które pozwalają dziecku skupiać się na tym, co dookoła niego, pomagają być bardziej świadomym, zwłaszcza jeśli jest zmęczone, chore czy smutne. Poza tym takie zabawy to świetny pomysł na rodzinne spędzanie wspólnego czasu.

Niektórzy twierdzą, że dzieci mają naturalny talent do życia chwilą, który my stopniowo tracimy. Dzieci żyją w 100 proc. w teraźniejszości. Przeszłość to dla nich ostatnie 5 minut, a przyszłość – następna minuta. Dzieci świetnie sobie radzą z przeżywaniem wszystkiego, co dzieje się tu i teraz, a jednocześnie z odpuszczaniem tego, kiedy mija. Potrafią płakać rzewnymi łzami, kiedy stłuką sobie kolano, by chwilę potem bawić się kolorowymi kredkami. Wszyscy kiedyś byliśmy dziećmi i umieliśmy być w „tu i teraz” po prostu, bez konieczności nauki. Z czasem zaczęliśmy być bardziej poważni, przejmować się tym, co dopiero się zdarzy, i rozmyślać o rzeczach, które już się wydarzyły. Nasze umysły stały się zagracone i zatęchłe, jak dawno niesprzątane mieszkania. Warto je przewietrzyć i posprzątać. Wrócić do stanu umysłu z czasów dzieciństwa. Zacząć żyć prościej, tak jak robią to dzieci. Cieszyć się z tego, co przynosi każdy dzień. Przyjmować rzeczy po kolei, minuta po minucie, chwila po chwili…

Corinne Sweet psycholog, psychoterapeutka, autorka poradników psychologicznych, dziennikarka radiowa i telewizyjna, autorka książki „Dziennik uważności” z prostymi medytacjami na każdy dzień.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czas - dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara. Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze?

Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara.

Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i ambitny tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani minuty. W konsekwencji uważa, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie odnosi wrażenie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. Nie myśli, że ma wartość samo w sobie.

Wkracza więc w dorosłość jako osoba, która działa pod nieustanną presją czasu, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie, wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli chwilę i dla dziecka, i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a kiedy coś robi, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli prowadzi z kimś rozmowę, skupia się tylko i wyłącznie na niej. Nie myśli wtedy, co zrobi później. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Jesteśmy obecni w teraźniejszości. Nie przeżywamy też lęku, napięć czy wątpliwości związanych z sytuacjami, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, ma walor ożywiania nas, niezamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń.

To przychodzi z wiekiem

Kiedy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość godzin! Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to nie były nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. Pojawia się niepokój, że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez lata zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czegoś innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, żeby nadgonić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że pozostało mu go coraz mniej. Wreszcie jednak wie, czego chce, i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy, nie przedstawia dla nas większej wartości. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem postępowania. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas zwyczajnie się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje: smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia drobne przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Na zadanie sobie pytań: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.
 
Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy na przykład od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy, czy pory dnia. Albo wstańmy godzinę wcześniej, poobserwujmy swoje ciało, jak się budzi, co czujemy w poszczególnych jego częściach – to dobry początek na nawiązanie ze sobą bliskiego kontaktu. Umówmy się ze znajomym na kawę w zupełnie nowym miejscu, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się w niej szybko zorientować. I to nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwości wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo się boimy, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe grzebanie się w przeszłości jest jednym ze sposobów radzenia sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że ta retrospekcja: „dlaczego tak się zachowałem, dlaczego to zrobiłem…” – nic nam nie da. Przyniesie jedynie poczucie winy i spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, również nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza.

Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby w przyszłości zrobić, ustawiają się w sytuacji, która otwiera przed nimi wiele wspaniałych możliwości... Karmiąc swoje ego, żyją tak naprawdę w lęku przed sukcesem, w oderwaniu od tego, co się dzieje tu i teraz.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a w przyszłość wybiegający, by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć?

Bo wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a to napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niego uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – by czuć się bezpiecznie. A przecież życie jest procesem. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie zatem przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca i oddechu – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ekspert: Teresa Raczkowska psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną

Zresetuj się - wskazówka dla pracujących poza domem

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję czasu odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna. Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”. Możesz też zaparkować pod budynkiem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, wytrzyma jeszcze kwadrans dłużej, bez większej szkody dla przebiegu całego dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Bo prawda jest taka, że gdy zaczniemy zauważać to, co jest wokół, ale i w środku nas, będziemy mieć coś do dania drugiej osobie, bo dopiero wtedy możemy poświęcić jej całą naszą uwagę.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno jest nam realizować plany i postanowienia?

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przez całe życie ciągle coś zaczynamy – naukę, pracę, związki. Nieustannie też coś planujemy, często jedno i to samo. Dlaczego w snuciu planów jesteśmy świetni, a w ich realizacji już nie?

Karol, lat 42, informatyk, ojciec 15-letniego syna: – Od kilku lat w nowym kalendarzu sporządzam listę spraw, które chciałbym załatwić w nadchodzącym roku: basen, koszykówka, dieta, rzucenie palenia, czas dla syna. Ale potem okazuje się, że lista sobie, a życie sobie. Bo obowiązki zawodowe, choroba, wyjazd. Zastanawiałem się, dlaczego nie udaje mi się wytrwać w postanowieniach, choć naprawdę przez pierwsze tygodnie mocno skupiałem się na zapisanych punktach i bardzo się starałem, żeby tym razem je zrealizować. Zauważyłem jednak, że im częściej przypominam sobie o postanowieniach, tym bardziej się stresuję. W końcu plany stają się mało ważne, choć przecież nie wykreśliłem ich z kalendarza.

Karol powiela schemat noworocznych postanowień, jak zresztą robi to wielu z nas. Na czym ten schemat polega? Na tym, że najpierw coś planujemy, a potem sobie uświadamiamy, że plany oznaczają przymus robienia tego, co postanowiliśmy, więc się do ich realizacji zniechęcamy, co z kolei nas złości i stresuje. A ponieważ uczucia te nie są przyjemne, zaczynamy wypierać postanowienia, wmawiać sobie, że nie są ważne. I mimo że widnieją nadal na pierwszej stronie kalendarza, ignorujemy je. Aż do następnego roku, kiedy znów zapisujemy je w kalendarzu i znów powielamy stary schemat.

Chcę, nie muszę

Dlaczego tak się dzieje? Błąd tkwi w założeniu, że najważniejsze są postanowienia, a nie my, nasze uczucia, możliwości, potrzeby. Karol doszedł do tego sam po kilku sesjach terapii.

– To było jak olśnienie – nagle uświadomiłem sobie, że nie jest ważna ta głupia lista, tylko ja, który mam ją realizować. Dotarło do mnie, że używając siebie jako narzędzia do wykonania postanowień, zapomniałem o szacunku dla samego siebie. I pamiętam ten moment, to było na szóstej sesji. Przeczytałem punkty, a było ich sześć, wykreśliłem trzy i powiedziałem: „Teraz to ja chcę pracować nad tym, kim jest ten człowiek, który ma spełnić postanowienia, a nie nad postanowieniami”. Przewartościowałem zupełnie cały proces. Z jednej strony analizowałem, tak na chłodno, kim jest ten mężczyzna, którym jestem teraz, a z drugiej – kim jest ten, którym chcę być. I co jest pomiędzy, jaki dystans dzieli jednego od drugiego. Wtedy dokonałem kolejnego ważnego odkrycia: Nie muszę od razu być tą wymarzoną osobą, mogę stawać się nią powoli. I dopiero wtedy przyszła duża motywacja, żeby zacząć coś w życiu zmieniać.

Karol wspierany przez psychologa zaczął pracę nad umiejętnościami potrzebnymi do zrealizowania kolejnego celu. Na pierwszy ogień poszedł punkt: muszę poprawić relacje z synem. Skreślił słowo: „muszę”, napisał: „chcę”. W planowaniu najbardziej obciąża nas właśnie to „muszę”. Bo na ogół nie liczymy się z możliwościami, jakimi w tym momencie dysponujemy, tylko sobie coś narzucamy, rozkazujemy. Nawet kiedy jest nam to „coś” bardzo potrzebne, nie wolno się przeciążać, katować, bo po prostu w tym momencie i tak nie będziemy w stanie tego osiągnąć.

Drogę dochodzenia do celu najlepiej podzielić na małe odcinki. Karol postanowił, że najpierw popracuje nad formą swojej komunikacji z synem. Kiedy psycholog zapytał go, co oznacza dla niego dobra relacja z synem, odpowiedział: „Taka, w której otwarcie możemy rozmawiać o trudnościach, o tym, co nam przeszkadza w osiągnięciu zgody i porozumienia, o tym, co możemy robić wspólnie”. Dla Karola od tej pory cel nie był już pustym frazesem, ale miał kształt konkretnych kroków. Bo często bywa tak, że cel jest wzniosły, wyrafinowany jak perspektywa dobrej kolacji, a brakuje konkretów, owego menu, które by go wypełniły. Menu Karola składało się z wielu punktów, które dopisywał, na przykład: „Akceptuję to, czego do tej pory nienawidziłem w synu”, „spokojnie rozmawiam z nim, a nie wpadam w furię, gdy robi coś nie tak”.

– Tym, co odróżniało ten proces od poprzednich prób porozumienia się z synem, było to, że teraz miałem poczucie szacunku do siebie, że czułem się podmiotem tego procesu, a nie przedmiotem, który wykonuje tylko pewne działania.

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? W jakim czasie? Co mogę zrobić, żeby zdobyć siły i umiejętności do tego potrzebne? Poradzę sobie sam czy mam szukać wsparcia? Gdzie?

Akcja realizacja

Samo postawienie celu nie wystarczy. Trzeba zobaczyć, co znajduje się „pod” nim. Chcę nauczyć się angielskiego? Czyli zakładam, że po drodze mogę kaleczyć język, narażać się na śmieszność, mieć opory w nawiązywaniu kontaktu z cudzoziemcami. I przyjmuję, że te wszystkie pochodne celu są w porządku. Nauka języka oznacza wysiłek, ale też zgodę na krytykę, na to, że ją uniosę. Trzeba cel „porozbijać”, zobaczyć, co się za nim kryje, jakie umiejętności, jakie cechy charakteru. Może odwaga do mierzenia się zarówno z krytyką otoczenia, jak i z wewnętrznym krytykiem, który szepcze: „Nie mów po angielsku, bo się ośmieszysz”?

Ważne, żeby ten proces miał pewną dynamikę, żeby dać sobie czas na jego realizację. A kiedy już ten czas upłynie, warto sprawdzić, co się w tym okresie udało, a co nie. Jeżeli nowe otwarcie nie wyszło, to trzeba się zastanowić dlaczego. Ale nie szukajmy wtedy łatwych odpowiedzi w zewnętrznych okolicznościach, takich jak brak czasu albo zły nauczyciel. Posprawdzajmy przyczyny, które leżą po naszej stronie. Czy na przykład nie dokonaliśmy niechcący wobec siebie nadużyć? Czy nie zadaliśmy sobie gwałtu, że chcemy czegoś, co nie jest realne teraz, już? Bo czy realne jest zakładać, że po roku nauki angielskiego będziemy wykładać w tym języku fizykę kwantową? Nie. Dlaczego zatem zmuszamy się do tego, co nie jest możliwe? System, który nakazuje, że musimy być „jacyś”?

Piotr, lat 34, menedżer w dużej korporacji, dostał propozycję pracy w Singapurze. Na początku nie posiadał się z radości, bo wyjazd oznaczał awans, większe zarobki, poznanie nowego kraju. Ale szybko pojawiły się też wątpliwości: Ma pojechać sam czy z rodziną (żoną i dwójką dzieci w wieku przedszkolnym)? Czy sobie poradzi z tak dużym wyzwaniem zawodowym? Czy odnajdzie się w nowym klimacie i kulturze? Przed podjęciem decyzji musiał zadać wiele pytań sobie, ale także jak najwięcej dowiedzieć się o tym, co czeka go w nowej pracy i nowym kraju. Poznać długoterminową „prognozę pogody” dla tego miejsca i się do niej przygotować.

Bo na to, czy uda nam się zrealizować plany, czy nie, wpływają dwie siły: my sami i system. Obydwie trzeba uwzględnić, planując ważne przedsięwzięcie. Gdy nie będziemy dobrze przygotowani, system może utrudnić albo wręcz uniemożliwić zadanie. Dlatego zawsze dobrze jest najpierw rozpoznać wszelkie okoliczności, w jakich przyjdzie nam działać, zarówno zewnętrzne (w przypadku Piotra będzie to np. kultura kraju), jak i wewnętrzne (całe swoje know-how). Potem wyznaczamy sobie mniejsze cele, na przykład: kupię książkę do angielskiego, poszukam kogoś wokół mnie, kto może mi pomóc. Do celu lepiej iść małymi kroczkami.

Zawsze jest jakieś wyjście

Jedną z trudności, jaką musimy przejść przy nowych otwarciach, są nawyki. Dlatego zawsze trzeba je uwzględniać. I albo dopasować system do nawyku, czyli na przykład wynająć mieszkanie blisko pracy, jeżeli rzeczywiście rano trudno nam się podnieść z łóżka, albo zmienić nawyk.

Piotr w końcu wyjechał do Singapuru ze swoją rodziną. I okazało się, że nowa kultura totalnie wybiła go z przyzwyczajeń. Do tego stopnia, że żona Piotra Basia śmiała się, że ma nowego męża. Basia też się zmieniła. Wcześniej zarzekała się, że nie będzie mieć więcej dzieci, że chce wrócić do pracy. A w Singapurze zamarzyła o trzecim dziecku i zaszła w ciążę.

Nowe otwarcia zmieniają perspektywę myślenia. Nagle widzimy coś, czego w ogóle wcześniej nie dostrzegaliśmy.

Na ogół jednak w pierwszym odruchu opieramy się zmianom. Ale gdy nie mamy wyjścia, powoli je akceptujemy. Potwierdzają to badania nad stosunkiem pracowników do nowych procedur wdrażanych w firmach.

Paweł Gniazdowski z Lee Hecht Harrison DBM Polska: – Z badań wynika, że ludzie dzielą się na trzy grupy: tradycjonalistów, innowatorów i tych, którzy adaptują się do nowości. Pierwsi dostrzegają w zmianie przede wszystkim zagrożenia i niewygody. Drudzy upatrują w niej szansę na rozwój. Przeważającą część zespołu stanowią pracownicy szybciej lub wolniej adaptujący się do tego, co się wydarza. W odróżnieniu od pozostałych ludzie z tej grupy nie mają potrzeby podtrzymywania silnych emocji (pozytywnych lub negatywnych) wobec nowych rozwiązań. Najchętniej wyrażają na ten temat zdawkowe opinie i przyjmują postawę wyczekującą. Nie hamują innowacji, choć mogą w praktyce regulować jej tempo. Ich stosunek do całego procesu zmian z czasem staje się coraz bardziej racjonalny i zdroworozsądkowy. Co najważniejsze, ta właśnie grupa decyduje o ostatecznych praktycznych efektach reform.

W życiu prywatnym zachowujemy się podobnie. Pierwszą reakcją jest lęk przed utratą poczucia bezpieczeństwa, przed „nie wiem” po drugiej stronie. Tymczasem zmiana nie oznacza, że wszystko się skończyło, że oto rodzimy się na nowo. Istnieją przecież mocne filary, które się nie zmieniają, jak rodzina, przyjaciele, związki. I to one dają poczucie bezpieczeństwa.

Czasem emocje aż kipią, wylewają się z nas, a my trzymamy się kurczowo starego, bo boimy się, że gdy coś utracimy, będziemy cierpieć. Ale kiedy trwamy w oporze i nie chcemy dopuścić nowego, też cierpimy. Tkwimy bowiem w wewnętrznym rozwodzie – z jednej strony żal nam tego, co odeszło, z drugiej – to, co nowe, jest nieuchronne jak pory roku. W takich momentach chowa się gdzieś ta część nas, która przecież wie, że zawsze mamy wyjście. Mogę zrezygnować ze studiów i wybrać inne. Mogę wyjechać. Mogę się rozwieść.

Nowe otwarcie jest szczególnym momentem, w którym cała nasza uważność musi być na najwyższym poziomie. A często niedobrze ją ukierunkowujemy – skupiamy się na tym, co mamy osiągnąć, a nie na tym, czy jesteśmy do tego gotowi, czy mamy predyspozycje, czy tego chcemy. W takich momentach „światło” powinniśmy kierować do środka, nie na zewnątrz. Wtedy widzi się to, co najważniejsze. Karol określił ten stan „rozszerzeniem siebie”.

– Dosłownie poczułem się mocniejszy, spokojniejszy. Zmieniły się niby tylko moje relacje z synem, a tak naprawdę zmianie uległo wszystko, całe moje życie. Osiągnąłem stan spokoju, który mój psycholog nazwał „wewnętrzną latarnią morską”. Ta latarnia pomaga mi trzymać się właściwego kierunku, gdy wokół szaleją sztormy. Odnalezienie jej jest niezwykle trudne. Ale jak się ją już w sobie ma, to nic nie jest straszne. Człowiek wie, co planować, wybierać, dokąd iść.

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku? Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna? W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia? Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób? Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”. Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie? No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu. Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste. Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog? Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia? Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić? Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych? Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S? Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres. Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji? Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz? Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Psychologia

Odpowiedź przychodzi w ciszy

Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Zatrzymują nas choroby, wypadki, utrata pracy, ale to niebezpieczne przystanki. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma – mówi Małgorzata Jakubczak, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

Wszyscy dzisiaj nie mamy czasu, przynajmniej tak mówimy. No właśnie – tak mówimy, bo tak myślimy. Ale też odwrotnie – tak myślimy, bo tak mówimy. Powtarzając jak mantrę: „nie mam czasu”, a tym samym wdrukowując w swój umysł takie przekonanie, z czasem zaczynamy wierzyć, że tak jest.

Lepiej nazywać konkretne czynności, jakie mamy do wykonania? Zdecydowanie tak. Bo jeżeli określenie „nie mam czasu” zastąpimy innym, konstruktywnym własnego autorstwa, to zobaczymy, że tak naprawdę sami wybieramy sposób, w jaki swój czas wykorzystujemy. Dostrzegamy też, że powodem braku czasu jest pośpiech, przymus. To właśnie przymus czyni nas niewolnikami nie tylko swoich obowiązków, ale także tego, co lubimy. Raptem okazuje się, że wszystko jest przymusem. Alternatywą dla „nie mam czasu” może być powiedzenie „zajmuję się tym i tym, jestem zaangażowana w to i to”. Im bardziej precyzyjne określenie, tym większa jasność, co mamy zrobić i dlaczego.

Robimy jednak sto rzeczy naraz. Taka strategia jest stresująca i nieproduktywna. Lepiej ustalić plan zajęć. Na przykład: przez godzinę bawię się z dzieckiem, przez kolejną sprzątam, a na koniec gotuję.

Dlaczego takie podejście bardziej się sprawdza? Ponieważ poszczególne czynności wymagają innego rodzaju skupienia – jedne twórczego myślenia, inne mechanicznego powtarzania. Gdy robimy jednocześnie kilka rzeczy, nasz biedny mózg przeskakuje z aktywności na aktywność i nie nadąża. Bardzo trudno wtedy tak naprawdę na czymś się skupić.

Nawyki jednak trudno zmienić. Jestem fanką „efektu aha”. Czyli doświadczenia, które weryfikuje myślenie. Aha! Jednak dzień, w którym do tego wszystkiego, co robię, dorzucam półgodzinny spacer, o paradoksie, okazuje się spokojniejszy, choć przybyło mi zajęć! Co tu zadziałało? To, że zrobiłam coś dla siebie. Każdy rodzaj aktywności nastawionej na siebie ma magiczną właściwość mnożenia czasu.

Pośpiech wynika z nadmiaru zajęć? W ogóle nie. W jakimś sensie każdy z nas ma tyle obowiązków, ile lepiej lub gorzej jest w stanie wypełnić. Nawet ci, którzy biorą udział w wyścigu szczurów, są w stanie podołać swoim zadaniom, przynajmniej przez jakiś czas. Śpieszymy się, bo mamy wdrukowany od dziecka taki oto przekaz: człowiek, który nic nie robi, marnuje czas. Słyszymy: nie siedź tak, rusz się, weź się do czegoś. Czas jawi się w tych naukach jako wartość, którą trzeba w dwójnasób wykorzystać. To bardzo mocno uwewnętrznione przekonanie.

Co zrobić, żeby zwolnić? Zwalniają ci, których zatrzymało życie: choroba, wypadek, utrata pracy, emerytura. To są jednocześnie bardzo niebezpieczne momenty, bo mogą nas załamać. Więc sama się zatrzymaj, zanim życie cię zatrzyma.

Tak po prostu? Niewykonalne. Dla człowieka smakującego życie jak najbardziej! Smakosz delektuje się tym, co robi, nie żałuje na to czasu, pieniędzy, pozwala sobie na zagłębienie się w coś, co go ciekawi, co sprawia mu radość. Każdy, kto potrafi się zatrzymać, ma z tego pożytek. Jedni będą się cieszyć z samego faktu zatrzymania, inni dostaną okazję do zobaczenia tego, czego dotąd nie widzieli, dla innych będzie to luksus, snobizm nawet, że proszę, wszyscy się śpieszą, a ja nie muszę.

Trzeba jeszcze wiedzieć, co z tym odzyskanym czasem zrobić? Założyć nogę na nogę i patrzeć w sufit? Jeżeli to sprawia komuś frajdę, czemu nie? Ważne, żeby wiedzieć, co lubimy, co jest dla nas ważne. Żeby jednak to wiedzieć, trzeba siebie poznać. Z założenia wiele czasu poświęcamy innym, natomiast sobie – mało. Nie mamy takiego nawyku. Minęły czasy robienia rachunku sumienia, który był rodzajem dialogu ze sobą. Kiedyś ludzie pisali dzienniki, teraz piszą blogi, ale bardziej dla innych, świata.

Dlaczego nie lubimy posiedzieć sam na sam ze sobą? Bo to tak, jakbyśmy siedzieli z nieznajomym. Ktoś, kto siebie zna, z przyjemnością pobędzie ze sobą, nie szuka wtedy panicznie zajęcia ani towarzystwa. W takich chwilach przychodzi refleksja, co mam dziś naprawdę do zrobienia. Wystarczy, że ze sobą pogadam, i już mam świadomość wyboru – czy zrobię coś powoli, czy będę pędzić bez trzymanki, na oślep. Nie chodzi jednak o to, żebyśmy zamieniali się w mędrców, zagłębiali w zakamarki duszy, tylko żebyśmy mieli nawyk kontaktowania się ze sobą.

Masz na to jakiś sposób? Tak, zadawanie sobie prostego pytania: jak się mam? Jeżeli odpowiedź będzie brzmiała: mam się niefajnie, to spróbuję ten stan zmienić, bo pierwszym powodem do zmiany jest niewygoda. Ale to nie musi być rewolucyjna zmiana. Zacząć jednak trzeba od dialogu ze sobą: dlaczego jestem zdenerwowana? Nikt mi tego nie powie. Odpowiedzi są w nas, musimy tylko skontaktować się ze sobą. Namawiam ludzi na codzienny rytuał, wystarczy zatrzymać się na cztery minuty. Jak się mam? Odpowiedź przychodzi w ciszy, kiedy umysł i ciało są zintegrowane.

Dzisiaj nie wypada się nie śpieszyć… To prawda. Śpieszymy się, bo wszyscy się śpieszą. Panuje moda na życie w pędzie, na próbowanie wszystkiego, co życie zsyła. Jeżeli mamy trzy propozycje na wieczór, to wydaje nam się, że jak z którejś zrezygnujemy, to dużo stracimy. Już samo słowo „rezygnacja” rodzi żal. Świat ma nam dużo do zaproponowania, a my musimy wybierać to, co dla nas najlepsze.

Pomocne lektury: Małgorzata Jakubczak „Rozwijanie uważności na co dzień”, Difin, Warszawa 2011, Dominique Loreau „Sztuka umiaru”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011, i „Sztuka prostoty”,  Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2008, Jon Kabat-Zinn „Gdziekolwiek jesteś, bądź”, IPSI Press, Warszawa 2007.

Małgorzata Jakubczak pedagożka, nauczycielka uważności i empatycznej komunikacji. 

  1. Psychologia

Słuchanie jest aktem miłości

Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Umiejętność słuchania wiąże się z otwartością na autentyczne zaangażowanie się w relację. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Kiedy naprawdę kogoś słuchamy, to ta osoba jest w centrum naszej uwagi, staje się  ważniejsza niż jakiekolwiek inne nasze potrzeby.

Kiedy naprawdę kogoś słuchamy, to ta osoba trafia do centrum naszej uwagi, staje się  ważniejsza niż jakiekolwiek inne nasze potrzeby.

Gdy całkowicie się na kimś koncentrujemy i poświęcamy mu całą swoją uwagę, rozmówca czuje, że dajemy siebie całkowicie. Wtedy w pewnym sensie traci poczucie własnej odrębności i energetycznie zespala się z nami.

Sztuka słuchania w 6 krokach

1. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że przestajemy oceniać. Nasz rozmówca staje się dla nas jak czysta biała kartka. Przyjmujemy tę osobę w danym momencie taką, jaka ona jest.

2. Prawdziwe słuchanie polega na tym, że kiedy druga osoba mówi, nie planujemy tego, co mamy zamiar powiedzieć. Nie zajmujemy się sobą, swoim punktem widzenia i swoimi emocjami, tylko próbujemy wczuć się w położenie rozmówcy.

3. Prawdziwe słuchanie jest celem samym w sobie.

4. Prawdziwe słuchanie wymaga uważnej obecności. To stan bycia, którego doświadczasz, dając całą uwagę temu, co robisz. W takim słuchaniu nie jest nawet konieczna bliska fizyczna obecność, w ten sposób można też rozmawiać przez telefon. Chodzi po prostu o pełną świadomość tego, co się wydarza podczas rozmowy.

5. Prawdziwe słuchanie polega nie tylko na uważności na słowa, ale także na sygnały pozawerbalne, na przykład ton głosu czy mowę ciała.

6. Po prawdziwym wysłuchaniu, kiedy odpowiadamy tej drugiej osobie, więcej jest w nas empatii i autentyczności. Jesteśmy bardziej w tu i teraz, a więc także bliżej siebie.