1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Biznesplan nie działa w miłości!

Biznesplan nie działa w miłości!

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Wielu kobietom odnoszącym sukcesy w życiu zawodowym nie układa się życie prywatne. Siła i decyzyjność, które w pracy są ich mocną stroną, w związku generują tylko ból. O tym, jak przestać podchodzić zadaniowo do miłości, z psychoterapeutą Michałem Dudą rozmawia Aleksandra Nowakowska.

Czy wszystkie kobiety sukcesu mają pecha do mężczyzn? Te, z którymi rozmawiam, żalą się, że są albo słabi, albo je odrzucają. A najczęściej i jedno, i drugie.
Mówimy o pewnym rodzaju silnych kobiet, które mają duże problemy ze stworzeniem relacji. Ich siła jest głównie społeczna, wykorzystywana do funkcjonowania w świecie, ale nie jest siłą psychologiczną potrzebną do tworzenia relacji. Kobiety te wewnętrznie czują się słabe, odrzucone, potrzebujące. I z tego powodu trudno im otwarcie wchodzić w relacje. Często stosują w nich metody, które działają w pracy. One zarządzają relacjami.

W jaki sposób?
Egzekwują różnego rodzaju prawa i obowiązki z pozycji asertywności, która znajduje zastosowanie na przykład w korporacjach. Czyli: stałe monitorowanie, intensywna kontrola, domaganie się uwagi i zaangażowania, oczekiwanie określonych zachowań. Z jednej strony chcą być dostrzegane przez partnera i zrozumiane także w swoich słabościach, a z drugiej – używają do tego siły. To podwójny komunikat, na który nie wiadomo, jak reagować. I nie chodzi tu o kierowanie oczekiwań, domaganie się czegoś w związku. Mamy przecież prawo do swoich pragnień i potrzeb. To kwestia sposobu, w jaki to się robi. Na pewno nie powinien on polegać na wchodzeniu w rolę znaną z pracy. Ludzie nie są w związku po to, żeby wypełniać zadania wyznaczone na dzisiejszy dzień. Nie na tym polega relacja między dwoma kochającymi się osobami.

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. Po części wynika to z tego, że one same sobie wszystko organizują. A facet, którego da się zorganizować, nie jest tym, o co im chodzi. To jest raczej facet, którym się będzie trzeba zajmować, którego być może trzeba będzie utrzymywać, którego można sobie kupić.

Przez jakiś czas ta strategia jednak działa.
Tak, ale one liczą, że przyniesie konkretny rezultat. Że zainwestowana energia sprawi, że on się w końcu zacznie jakoś inaczej zachowywać. Natomiast mężczyzna będzie korzystał z dobrodziejstw tak długo, jak się da, i raczej nie odwzajemni się spełnieniem jej życzeń. Tylko koszty będą coraz wyższe.

Kobiety, które znam, twierdzą, że marzą o silnym mężczyźnie.
A on zwykle ma jakiś walor – albo jest ładny, ma jakiś talent, coś potrafi. Ale na ogół jest zainteresowany sobą, nie ma specjalnie ochoty, żeby angażować się w tę relację. Najczęściej słabo radzi sobie w świecie, dlatego też odpowiada mu ta znajomość. W tym przypadku kobieta zapewnia mu wiele, a on zaczyna się przyzwyczajać i chce coraz więcej. Nie jest to dobry sposób na „wychowanie sobie mężczyzny”. Jednak silne kobiety nie są zwykle w stanie przestać dawać, zarządzać, organizować. One w ten sposób kontrolują i robią to jakby z automatu. A jednocześnie czują się porzucone, niedostrzeżone, bo dla nich nikt się nie stara. Naprawdę jest to kłopot. Niezwykle trudno jest przekonać je do zmiany stylu bycia w relacji, ponieważ ta metoda osiągania sukcesów bardzo często gra ważną rolę w ich życiu. One potrzebują mieć kontrolę.

Skąd ta potrzeba?
Chodzi o poczucie zagrożenia. Wszyscy radzimy sobie z brakiem bezpieczeństwa na dwa w miarę konstruktywne sposoby. Pierwszy z nich to wejście w związek. Jeśli uda się stworzyć relację, która jakoś funkcjonuje, do pewnego rodzaju lęków się nie wraca. Jeżeli jednak w związku coś się chwieje, często wpadamy w rodzaj otchłani, paniki, depresji. Tak się dzieje, jeśli związek ma być drogą do osiągnięcia stabilności wewnętrznej. Drugim sposobem ratowania się jest robienie kariery, budowanie sobie lepszego losu poprzez pozycję społeczną. Taki ktoś musi cały czas wkładać wysiłek w to, żeby nie osunąć się z powrotem w stan lękowy. Karierę robi z desperacją, doskonaląc tylko te narzędzia, które są skuteczne i pozwalają iść naprzód, ale trzyma się jedynie znanych rozwiązań. Poza tym najczęściej odczuwa niewielką satysfakcję z tego, co osiągnął, nie potrafi identyfikować się ze swoimi sukcesami. Korporacje uwielbiają takich pracowników, bo są oni w stanie bardzo dużo zrobić, żeby zasłużyć na uznanie. Odrzucenie jest dla nich czymś niesamowicie trudnym, dlatego tak bardzo się starają. Bezpieczeństwo to silna motywacja.

Czego boją się kobiety zarządzające relacjami?
Kieruje nimi lęk przed pustką, samotnością, odrzuceniem, brakiem uwagi. Żeby tego nie przeżywać, używają siły wobec mężczyzny. A siła zawsze budzi reakcję obronną. Gdy partner je odpycha, one sięgają po coraz więcej siły. Spirala się nakręca i kończy się zwykle odrzuceniem. Po kilku takich próbach czują się poranione i już nie chcą relacji. Tęsknią jednak za bliskością i jak patrzą na szczęśliwe pary, coś im się zaciska w środku. Ale zamiast to przeżyć, wolą iść do pracy i zająć się kolejnym arkuszem Excela.

Albo dzieje się tak, że w miejsce jednego mężczyzny, który odrzucił, pojawia się następny, bardzo podobny. I historia się powtarza.
Bo one aktywnie poszukują, starają się, dążą, stosują strategie. Ich potrzeba jest prawdziwa, to nie jest coś mało ważnego. Jeśli ktoś nie ma poczucia bezpieczeństwa, ciężko mu przestać poszukiwać go na zewnątrz.

Czasami wpadają w pewien rodzaj słabości, który kojarzy mi się z niedojrzałością.
Nawet dziecinnością. To niepokój, o którym mówiłem. Często zdarza się, że zostały w jakiś sposób odrzucone przez rodziców, którzy nie byli nimi zainteresowani. Teraz mają podobny styl życia jak oni – są skoncentrowane na pracy. Tam szukają matki, ojca. To jest oparte na realnym cierpieniu. Z tymi uczuciami muszą sobie poradzić i radzą sobie tak, jak potrafią. Stąd się bierze ta dziecinna słabość, ona jest po części regresywna. Słabość i delikatność są doświadczeniem, którego te kobiety potrzebują. To uczucie niezbędne do odczuwania szczęścia. Jako „dzieci” mogą sobie na te uczucia pozwolić. Jako osoby dorosłe zaprzeczają im i trudniej jest im kochać.

A jednocześnie jest w nich sporo agresji.
Tak. A mężczyźni bombardowani tym agresywnym zarządzaniem sami stają się bierno-agresywni. Przyciśnięci do muru, zaczynają odpowiadać przemocą. Mogą sprawiać ból psychologiczny, ale zagrożenie przemocą fizyczną w tych relacjach też występuje. Ci mężczyźni, bywa że uzależnieni, czują się skrzywdzeni i uważają, że wiele im się należy. I wymagają, bo tak sobie radzą z bólem z przeszłości. A kobiety dają, nic nie dostając w zamian, i w końcu zaczynają atakować, trafiając w bolesne miejsca. Zdarza się, że faceci odpowiadają ogniem i to generuje niebezpieczne sytuacje. Ale często nawet to nie zraża tych kobiet, żeby brnęły dalej w relację. Przynajmniej czują kontakt. To lepsze niż samotność i bezpieczniejsze niż bliskość. Siła to ich mocna strona.

One wówczas tłumaczą, że ci mężczyźni potrzebują ich pomocy.
Opiekowanie się biednymi stworzeniami jest nieskomplikowaną formą relacji. To jest łatwe źródło energii, a dodatkowo spełniają sen o troskliwej uwadze, której nie dostają. Część osób opiekuje się innymi dlatego, że przynajmniej do pewnego momentu dają się im kontrolować. Takie opiekowanie się to zupełnie inna relacja niż związek dwóch osób, które są samodzielne, czegoś ciekawe, czegoś poszukują, bo sprawę wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa mają już za sobą. Spotkanie dwóch osób, które nie potrzebują pomocy, tylko chcą relacji, to jest zupełnie inny świat. Natomiast kobiety, o których mówimy, tak naprawdę nie szukają relacji, bo się ich boją.

Przychodzi moment, że kobieta sukcesu naprawdę ma już dosyć bólu, który przeżywa. Jak może sobie pomóc?
To nie będzie proste. Drogą wyjścia jest zmiana orientacji z ulgi, w którą uciekają z miejsca lęku, zarządzając mężczyznami, na przyjemność. Chodzi o zastanowienie się, co lubią. Nie w związku, ale w ogóle. Takie osoby podchodzą zadaniowo właściwie do wszystkiego – do jedzenia, do wyglądu, do sprawności fizycznej, do seksu. Jedzą, ćwiczą, kochają się tak jak powinno się to robić, ale niekoniecznie tak, żeby sprawiało im to przyjemność. Posiadanie władzy i osiąganie celów wydaje się przyjemne, ale nie jest. Daje rodzaj haju, lecz nie poczucia kontaktu ze sobą. One potem czują się bardziej zmęczone i puste niż szczęśliwe.

Rzeczywiście – trudno im poczuć przyjemność.
Jeden z przywilejów, który ociera się o pewien rodzaj przyjemności, to możliwość kupienia sobie tego, na co ma się ochotę. Te kobiety mają do tego dostęp. Ale nawet jeżeli ubierają się w drogich sklepach, jedzą w dobrych restauracjach, nie sądzę, że są w stanie poczuć do końca przyjemność. Przyjąć ją. To jest bliższe jakiemuś rodzajowi dumy, ambicji, samozadowolenia, ale nie przyjemności. One permanentnie się doskonalą, interesują je zajęcia, które mają je czegoś nauczyć. Robią to, bo czegoś im brakuje, nie sięgają po to dla przyjemności. Z jednej strony kiedy taka osoba jest w tym trybie, czuje się pewnie, jest nie do ruszenia. Bo to są naprawdę bardzo silne osoby. Z drugiej strony jednak można szybko je doprowadzić do „rozpadu”. I to jest realne, one naprawdę się rozpadają psychicznie. Bo starają się, starają, cały czas zasługują na coś, czego nie można dostać. A im bardziej się starają, tym bardziej czują się odrzucone.

Czego im brakuje?
Kontaktu ze sobą, ze swoimi prawdziwymi potrzebami. To jest początek zmiany, potem w relacji mogą już odpowiedzieć sobie na pytania: „Czy ja lubię to, co on robi, czy też nie? Czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy ja w tym jestem? Co czuję przy nim i co czuję do niego?”. Sądzę, że one już wcześniej dostają dużo sygnałów z ciała, pojawiają się w nich emocje, silne reakcje, które je ostrzegają, że droga, którą zmierzają, nie jest właściwa. Zdarza się, że ich przyjaciółki sugerują, że ten związek jest pomyłką. One zresztą same to czują, ale wolą nie skupiać się na uczuciach, bo to wiąże się z lękiem. Po prostu nie chcą czuć.

Jeśli miałbym dać im konkretną radę – co jest ryzykowne, bo każda rada może przez nie zostać zamieniona w program – powiedziałbym: „Na początek zacznij być ciekawa tego, co sprawia ci przyjemność, a co nie. Nie myśl o tym, nie pytaj innych, tylko próbuj i ucz się siebie. Zastanów się na przykład, co naprawdę miałabyś ochotę zjeść dzisiaj na kolację”.

Michał Duda: psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie  Psychologii Procesu. Pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości. (Fot. iStock)
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie.
Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze?
Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości?
Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka?
Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo?
Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców?
Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania?
Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym?
Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi?
To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził.
Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało?
Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe.
No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie?
Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia.
Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz?
Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości?
Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Chcesz uporać się z lękiem? – Przestań walczyć z życiem

Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Lęk często bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały (fot. iStock)
Co najskuteczniej oddala nas od lęku? Bycie. Samo uczestniczenie w chwili obecnej. Filozof Marcin Fabjański twierdzi, że można nauczyć się tej trudnej sztuki – poprzez medytację i zmianę przekonań. Ale praca nigdy się nie kończy!

Zdaniem Marcina Fabjańskiego, filozofa i nauczyciela medytacji, lęk bierze się z pragnienia, żeby świat wokół nas był stały. Całkowicie przewidywalny, bo zależny od nas, zachowujący się grzecznie, pod naszą kontrolą. – Wtedy czujemy się bezpiecznie. Ale świat stały nie istnieje, ze swojej natury jest zmienny. Zatem lepszą strategią jest zaniechanie buntu przeciwko własnemu doświadczeniu i dostrojenie się do procesu, który jest w nas i wokół nas – mówi.

Jego książka „Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu” traktuje o tym, jak medytować i badać proces życia. – Jest pełna osobistych opowieści z klasztorów Wschodu i miast Zachodu, gdzie metodami Buddy i Epikteta toczyłem boje z własną neurozą i głupotą, by przekonać się, że jeśli walczysz z życiem – przegrasz – opowiada. Jego zdaniem życiowe kłopoty wynikają z tego, że upieramy się, że ma być tak, jak my chcemy. To ego jest takie uparte. Stanowi opór przeciwko życiu. Istnieje jako pewnego rodzaju przekłamanie rzeczywistości. Z lęku zamrażamy rzeczywistość i żyjemy w opowieściach umysłu, które nie są prawdą. Żyjemy uczepieni jakiegoś scenariusza. Walczymy, męczymy się i napinamy, żeby obraz naszego życia był właśnie taki. A może lepiej z wewnętrznym spokojem poddać się nurtowi życia, zmianom, których nie da się uniknąć? To dynamiczny proces, wieczna niespodzianka. Problem polega na tym, że to właśnie niespodzianek najbardziej się lękamy.

Oblicza neurozy

W przyjrzeniu się lękom pomocna jest teoria neurozy niemieckiej psychiatry i psychoanalityczki Karen Horney, na którą powołuje się w swojej książce Marcin Fabjański. Według niej są trzy rodzaje reakcji na rzeczywistość, które oddzielają nas od spontanicznego przeżywania rzeczywistości, i sprawiają, że tworzymy neurotyczne strategie wymyślonych światów. Te neurotyczne ruchy to: „do”, „od” i „obok” życia.

Strategia „do” może polegać na ulokowaniu całego szczęścia w związku lub w karierze zawodowej. W tym przypadku wydaje nam się, że coś zewnętrznego ukoi nasz lęk. – Jest to ścieżka przepychania się z życiem, żeby coś mieć, coś trwałego – mówi Marcin Fabjański. – Prędzej czy później tego pożądanego kogoś lub czegoś zabraknie. Wtedy cały świat się rozpada, a lęk się nasila, zapętla.

Strategia „od” jest zarówno ucieczką od problemów, jak i budowaniem tożsamości na kontrze wobec czegoś. – Widać to wyraźnie choćby na przykładzie życia politycznego – mówi Marcin Fabjański. To nie tylko niezdrowe, ale i sztuczne. Odcinanie się od świata powoduje większe cierpienie.

Strategia „obok” oznacza udawanie, że jestem niezależny, bo żyję w swoim świecie, a wszystko, co znajduje się poza nim, nie ma tak naprawdę znaczenia. – Ta strategia jest jednym z niebezpieczeństw ludzi, którzy chcą medytować. Bierze się z niezrozumienia, czym jest medytacja. Bo jest ona czymś dokładnie odwrotnym: konfrontacją z życiem, nie ucieczką. Otwarciem się na samo życie, a nie tylko na opowieść o nim – tłumaczy.

Neuroza polega na tym, że się w nią niemal religijnie wierzy. I to uniemożliwia rozwój potencjału człowieka. Nie żyjemy pełnią swoich możliwości, tylko idziemy wąską ścieżką urojeń: że świat jest niebezpieczny, a ludzie źli. Że przestępczość wzrasta, a w jedzeniu jest sama chemia. Nic dziwnego, że czujemy wypalenie, brak sensu życia, nudę.

Fałszywe opowieści

– Kobiety, które przychodzą do mnie na warsztaty, często żyją opowieścią pod tytułem „jestem złą matką”. Zakłada ona, że istnieje wzorzec dobrej matki, która kocha swoje dziecko zawsze i bezwarunkowo. Ale ten wzorzec jest kompletnie nierealny, niemający nic wspólnego z procesem życia. Kiedy przychodzi chwila, w której kobieta złości się na dziecko, budzi się w niej poczucie winy, bo obraz matki, wokół którego zbudowała tożsamość, się sypie. A gdy coś ważnego ulega zniszczeniu, budzi się lęk – mówi Marcin Fabjański.

Kiedy w jakiś sposób się określamy, ta tożsamość staje się źródłem cierpienia. – Na przykład uznaję, że jestem człowiekiem sukcesu. Co się stanie, kiedy poniosę porażkę? –pyta filozof. – To uderzy bezpośrednio we mnie. A kiedy mam trochę szerszy obraz, kiedy rozumiem, że życie rządzi się swoimi prawami i charakteryzuje je zmienność, a ja jestem czymś znacznie szerszym niż myśl o sukcesie, to w chwili niepowodzenia nie wpadam w depresję, nie zaczynam się bać.

Często ludzie po poniesieniu porażki robią wszystko, żeby odbudować dawne status quo, podnieść z ruin tożsamość. Silna potrzeba natychmiastowego sukcesu uderza w nasze morale. Tymczasem i buddyści, i antyczni mędrcy nauczają, że poczucie własnej wartości powinno wypływać jedynie z powodu tego, że jest się człowiekiem. Dlatego, gdy nie udaje ci się być tym, kim zawsze pragnęłaś być, pomyśl, że może tak właśnie chciało życie, że może jego scenariusz jest lepszy niż twój. Nie bój się zaufać w mądrość świata, tak naprawdę tylko to nam pozostaje na tej ziemi. Wierzyć, że jest dla nas jakaś rola do spełnienia.

Rezygnacja z „moje”

Jak dotrzeć do prawdy o życiu? Są tacy, którzy latami siedzą w Himalajach, by to zrobić, a my byśmy chcieli na skróty, w jeden weekend.

Fabjański zaznacza, że podstawą dostrojenia się do procesu życia jest obserwacja samego siebie i swoich wyobrażeń. Uważność na to, jakie mamy oczekiwania wobec rzeczywistości, jaki według nas ma być świat oraz inni ludzie. Pomaga bycie świadomym tego wszystkiego, co się dzieje w naszych myślach i w ciele. Kiedy wszechświat nie spełnia naszych oczekiwań, pojawiają się napięcia, duszności, bóle.

– Obserwacja siebie i życia jest potrzebna, aby mieć podstawy do sformułowania realnego celu. Proces życia nie jest obietnicą szczęścia, tylko zaproszeniem, żeby otworzyć się na to, co się dzieje, zamiast na to, co sobie wyobrażamy – tłumaczy.

A gdy się dzieje źle? W tym momencie dochodzimy do pierwszej konstatacji, że nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie dzieje się tak, jak chcemy. A życie z konieczności składa się z takich chwil, w których nie czujemy się tylko szczęśliwi. Dlaczego mamy być zawsze zadowoleni? Dzięki pogłębianiu praktyki filozoficznej szczęście możemy czerpać ze spokoju i nie mylić go z ekscytacją, jaką odczuwamy, gdy staje się coś, o czym marzyliśmy.

Według Fabjańskiego bez praktyki medytacyjnej nie jesteśmy w stanie podążyć za procesem życia: –  Istota medytacji to odzwyczajenie naszych mózgów od wizji, które nam wtłoczono. Zwrócenie uwagi na to, że jest jeszcze coś takiego jak samo życie. W zauważeniu życia przeszkadzają myśli, które tworzą opowieści. Medytacja ich nie wyeliminuje, ale sprawi, że rzadziej będą nas uwodzić.

Kolejny sposób na opanowanie źródła lęków? Rezygnacja ze słów: „ja”, „mój”, „moje”. – Te słowa zamrażają życie. Na przykład mówimy: „mój samochód”. Co w tym samochodzie naprawdę jest mojego oprócz pewnego aktu prawnego? I oprócz moich emocji, które są w ten samochód wpakowane? Bo kiedy ktoś go zadraśnie, będę cierpieć. Tak naprawdę on jest swój, jest częścią danego środowiska, za 100 lat nie będzie już go w takiej postaci – zauważa Fabjański.

„Mój”, „moje” to jedne z urojeń. Trening odzwyczajania się od tych słów możemy zacząć w momencie, gdy stłucze nam się „mój” ulubiony kubek. Potem przechodzimy do bardziej zaawansowanych elementów treningu, na przykład „mojego” dziecka, w końcu „mojego” ciała. Czy ono jest moje? Może raczej należy do przyrody? A świadomość? Też nie jest nasza. W ten sposób dochodzimy do ostatecznego buddyjskiego punktu widzenia, że nie ma nic, co można by nazwać „moim” albo „mną”. To jest ten najbardziej radykalny stopień rozumienia rzeczywistości. Wtedy brak lub strata przestają tak przeszkadzać, bo rozumiemy, że nie możemy utracić czegoś, czego nigdy nie mieliśmy. Przestajemy się bać sytuacji, kiedy zostaniemy z pustymi rękami.

Dlatego, idąc za Markiem Aureliuszem, Marcin Fabjański ostrzega: nie zakochuj się we wróblu, bo on już odleciał. Widok ćwierkającego wróbelka przynosić nam może radość. Co się stanie, gdy uleci ona wraz z nim? Trening stoicki dąży do tego, żeby poczucie radości wiążące się ze spokojnym stanem umysłu nie było zależne od tego, czy akurat patrzymy na wróbla, czy też nie. – W treningu medytacyjnym w jakimś stopniu się to osiąga – mówi Fabjański. – Można doprowadzić do takiego stanu psychofizycznego, w którym nie jest się już uzależnionym od tego, co się dzieje na zewnątrz. Można odczuwać rodzaj szczęścia także wtedy, kiedy zewnętrzne warunki są ogólnie niekorzystne.

Można też być spokojnym w momencie niepewności. Bo niepewność bierze się z wewnętrznych mechanizmów, ze sposobu myślenia o sytuacji. Najlepsza metoda, żeby nie cierpieć przez poczucie niepewności, to zaakceptowanie faktu, że wszystko jest niepewne. Stoicy szukali poczucia spokoju w zrozumieniu, że wszystko ciągle się zmienia. Żadna strategia, ani ta, która zakłada, że za pięć lat zostanę dyrektorem holdingu, ani ta o domu wypełnionym głosami trójki dzieci, nie uwolni nas od lęku ani nie zapewni szczęścia. Szczęście bezpieczniej jest budować na spokoju płynącym z bycia w chwili obecnej. Wtedy mamy je natychmiast.

Ekspert: dr Marcin Fabjański filozof, nauczyciel medytacji, twórca szkoły dostrojenia się do procesu życia, dziennikarz, autor wielu książek („Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu”, PWN 2014, najnowsza to „Uwolnij się! Dobre życie według siedmiu filozofów-terapeutów”, Znak 2020).

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.

  1. Psychologia

Jak być w pełni sobą? 12 praktyk, które pomogą uwolnić się od ograniczeń

Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Każdy pragnie żyć pełnią życia w zgodzie ze sobą. Blokują nas ograniczenia, które często tkwią w nas samych. Oto 12 kroków, dzięki którym droga ku wewnętrznej wolności stanie się prostsza.

1. Praktykuj akceptację

Pogódź się z tym, jak jest. Całościowo. Nie staraj się niczego zmienić, zrozumieć, uniknąć. Przyjmij każdą swoją myśl, emocję i okoliczności, w których się znajdujesz. Stań przed lustrem i powiedz do siebie: „Akceptuję siebie dokładnie taką, jaką jestem”. Powtarzaj kilka razy dziennie.

2. Ćwicz zaufanie

Nawiąż kontakt ze sobą -  jeśli masz poczucie swojej jaźni, duszy, jestestwa, jesteś bezpieczna.

3. Wzmacniaj poczucie bezpieczeństwa

Znajdź sobie miejsce, które jest dla ciebie schronieniem. Może to być twój pokój, sypialnia a tam półka z ulubionymi przedmiotami. Albo wizualizacja, która przenosi się w bezpieczne miejsce. Chodzi o azyl, w którym możesz się w każdej chwili schronić.

4. Rób rachunek sumienia

Zamiast kłócić się bezproduktywnie z krytykiem wewnętrznym, naucz się obiektywnie określać swoje mocne i słabe strony. Zrób listę trzech swoich cech, nad którymi chcesz popracować. Bądź jednak dla siebie łagodna, postępuj ze sobą życzliwie.

5. Słuchaj mądrych ludzi

Wybierz sobie kogoś w rodzaju mistrza. Osobę, która poprowadzi cię przez zwątpienia i zakręty mądrą wskazówką. Może to być ktoś znany ci z kart książki albo osoba z całkiem bliskiego otoczenia.

6. Bądź gotowa przejść własne ograniczenia Sporządź listę tego, co chcesz osiągnąć w życiu. Zastanów się, co cię ogranicza i co możesz zrobić, żeby przestało cię blokować.

7. Pielęgnuj poczucie pokory

Poznanie prawdy o sobie to ciężka praca. Poproś siłę wyższą, żeby pomogła ci na tej drodze samowiedzy. Licz się z tym, że zaliczysz upadki w poznawaniu siebie. Ale za każdym razem się podnoś.

8. Ucz się przebaczać

Trzeba mieć odwagę, żeby umieć przebaczyć. Jeśli tego nie zrobimy, głęboka uraza wnika w głąb naszej istoty. W naszym ciele powstają napięcia, które powodują zmęczenie i choroby. Wówczas nie ma możliwości, żeby żyć pełnią siebie.

9. Pomagaj, rób coś dla innych

Zastanów się, co możesz zrobić dla świata. Pomagaj, zajmij się wolontariatem lub rób to na własną rękę w najbliższym otoczeniu.

10. Myśl o sobie dobrze

Możesz powtarzać mantrę: „Jestem w porządku. Jestem w porządku. Jestem w porządku.” Te słowa uwalniają od strachu, który pochodzi z ego i otwierają na nowe możliwości. Jeśli jesteś w porządku, należy ci się wszystko, co do ciebie pasuje.

11. Dbaj o życie duchowe

Medytuj, uczęszczaj na warsztaty rozwojowe, czytaj lektury o tematyce duchowej, ćwicz jogę. Dbaj o swego ducha tak, jak pamiętasz o swoim ciele – które karmisz, myjesz, robisz mu badania. Sfera duchowa również wymaga starania.

12. Praktykuj bezwarunkową miłość

Do najbliższych, do przyjaciół, do świata. W słowach i myślach posyłaj im współczucie. Myśl również o tych osobach podczas medytacji, wysyłając w ich kierunku światło.

  1. Psychologia

Rywalizacja kobiet. Co zrobić z zazdrością?

Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa - mówi Peruquois. (Fot. Instagram Peruquois)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dlaczego kobiety mają obsesję na punkcie wyglądu i dlaczego rzadko się do tego przyznają? O co i dlaczego tak naprawdę rywalizujemy? Co najbardziej rozbija relacje między siostrami? Czyli co zrobić z zazdrością – podpowiada terapeutka i australijska pieśniarka i kompozytorka Peuquois.

Jest pani piękną kobietą o niezwykłym głosie, podróżuje po świecie, daje koncerty, prowadzi warsztaty, stać panią na spełnianie marzeń. Można powiedzieć – tylko pozazdrościć. Często spotyka się pani z zazdrością?
Ostatnio rzadziej, choć od dzieciństwa ten motyw mi towarzyszy. Uważam, że zazdrość to temat ważny szczególnie dla kobiet. Nic tak skutecznie nie rozbija siostrzeństwa. A niemal wszędzie, gdzie jeżdżę, kobiety skarżą się, że brak im wsparcia innych kobiet, nie mają do nich zaufania, czują się samotne i pozbawione czegoś ważnego. To prawda – żaden związek z mężczyzną nie jest w stanie zastąpić siostrzanej więzi. Skoro więc chcemy kobiecą wspólnotę odbudować, musimy coś zrobić z naszą zazdrością.

Czyli co konkretnie?
Jeśli się pojawia, trzeba przez nią przejść. Bo zazdrość jest bramą do wspólnoty. Jeśli ją ignorujemy, spychamy pod dywan – każdy związek, każda wspólnota prędzej czy później się rozpada.

Skąd w ogóle bierze się zazdrość?
Z braku miłości. Jeśli w dzieciństwie nie czuliśmy się kochani albo wystarczająco kochani, w jakimś stopniu nasze serce jest zamknięte. W związku z tym nie jesteśmy w pełni zdolni do kochania innych i siebie. Jesteśmy więc odcięci od źródła miłości w sobie. Zwykle tego nie widzimy, czujemy jedynie jakiś brak, niespełnienie, choć nie wiemy, czego nam brakuje. Zaczynamy się więc rozglądać wokół, szukając podpowiedzi. Przyglądamy się innym, porównujemy się z nimi. Może oni mają to coś, czego nam brak? To pierwszy krok do zazdrości. W świecie kobiet porównywanie się przeważnie dotyczy wyglądu. Nie ma w tym nic dziwnego, bo zarówno nasza natura, jak i rola, jaką odgrywamy w społeczeństwie, są nastawione na piękno i oparte na pięknie.

To nie stereotyp czasem?
I tak, i nie. Nasza fascynacja pięknem, chociaż dziś wywindowana niebotycznie i spaczona przez kulturę, jest jak najbardziej naturalna. Kobiety symbolicznie to dla ludzkości wyrażają. Podobnie jak mężczyźni wyrażają dla ludzkości waleczność. Choć oczywiście na głębokim poziomie i jedni, i drudzy są waleczni i piękni. Problem powstaje, gdy wmiesza się w to umysł ze swoimi przepisami i pomysłami, czym jest piękno, a czym nie jest. I ze swoimi próbami używania tego piękna w jakimś celu, manipulowania za jego pomocą. Jeśli zamienimy je na walutę, która ma coś nam dać, kupić czy coś dla nas zdobyć, sprowadzamy je do powierzchowności. I piękno traci swoją naturalną jakość, którą jest emanacja miłości. Staje się zewnętrzną urodą, która przecież przemija i którą zawsze da się porównać, ocenić.

Piękno ma w sobie każdy, urodę – już niekoniecznie. Kobieta, nawet najpiękniejsza, zdegradowana do roli pięknej powierzchowności zaczyna czuć strach. Ocenia siebie i inne kobiety, porównuje się z nimi i próbuje odwrócić to przemijanie zewnętrznej urody – w sensie kanonu, który dziś jest szczególnie bolesny, bo oznacza wieczną młodość. Mamy być jak lalki. Bez zmarszczki, śladu zmęczenia, zbędnego włoska. Dlatego kobiety mają dziś niemal obsesję porównywania się. I jednocześnie mało która się do tego przyzna. To temat tabu. Zauważyła pani?

Bo to wstyd. Przyznanie się jest uznaniem faktu, że biorę udział w tym upokarzającym konkursie piękności…
W którym nie ma wygranych. Są same przegrane, oddzielone od siebie kobiety. Wiem, w jaki sposób zazdrość się rodzi, bo doświadczyłam tego w dzieciństwie. Mam siostrę, niedużo starszą, która od najmłodszych lat wyzwalała w ludziach agresję. Wyglądało tak, jakby już się z nią urodziła. Ja z kolei byłam powszechnie lubiana. Dla dziecka, które przecież chce być kochane, a spotyka się z odrzuceniem, to bardzo trudne doświadczenie. Za trudne, by mogło sobie z tym samo poradzić. A więc siostra strasznie zazdrościła mi tego, że wszyscy mnie kochają, a jej nie – jak uważała. Doświadczała niezwykle silnych uczuć. Całe nasze dzieciństwo było przepełnione jej zazdrością.

Jak sobie pani z tym radziła?
Nie było mi łatwo, bo byłam świadomym dzieckiem. Miałam w sobie dużo miłości i współczucia dla siostry. Nie rozumiałam, dlaczego mnie nie cierpi, dlaczego wszystko, co robię, wyzwala w niej takie uczucia. Starałam się ją jakoś rozbroić, przypodobać się jej. Ale to nic nie dawało. Przyznaję z bólem, że zazdrość całkowicie nas rozdzieliła. Kiedy miałam 17 lat i obie wyzwoliłyśmy się spod wpływu mamy, straciłyśmy ze sobą kontakt. Nasz przykład pokazuje, że nieuzdrowiona zazdrość potrafi doprowadzić do rozpadu najważniejszych związków. Próbowałam wiele razy wyciągać do niej rękę, jakoś zasypać tę przepaść między nami, ale mi się nie udało. Czuję wielki smutek.

Mam podobne doświadczenie z dzieciństwa, tyle że to ja byłam tą siostrą, która doświadczała zazdrości. Wejście w to miejsce i spotkanie się ze sobą w nim było jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu.
Bo to niezwykle silne uczucie. Zazdrość ma energię bliską opętania, szaleństwa. Z zazdrości można stracić kontakt ze sobą, z rzeczywistością, nawet zabić. Gratuluję, że miała pani odwagę się z tym zmierzyć. Pamięta pani mój filmik na YouTube? Mówiłam tam o tym, że jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę działają w przypadku zazdrości i rozbrajania jej skutków, jest przyjrzenie się jej z otwartością i szczerością. Trzeba otworzyć to zaciśnięte miejsce i pozwolić uczuciom, które tam zostały schowane, się wyrazić, przepłynąć przez ciało. W zasadzie to jedyna rzecz, która pomaga ją uzdrowić.

Ale to jest właśnie najtrudniejsze…
Bo zazdrość jest jedną z emocji, których najbardziej się wstydzimy. Nie chcemy się przyznać, nawet przed sobą, że ją odczuwamy. Ja? Zazdrosna? Skąd. To upokarzający, poniżający stan, kojarzący się z porażką. Dlatego przyznanie się: „Jestem zazdrosna, czuję się gorsza”, jest tak trudne, a jednocześnie to pierwszy krok w stronę uzdrowienia. To po prostu jeden z normalnych ludzkich stanów. Każdy człowiek ją zna. Kiedy czuje pani zazdrość, w którym miejscu ciała i w jaki sposób pani ją odczuwa?

Czuję zacisk wokół serca, jakby zapadanie się w klatce piersiowej.
No właśnie. Kiedy serce się zamyka, zaciska, trudno je otworzyć i pokazać komuś innemu, bo to dokładnie odwrotna energia. Dlatego zazdrość tak nas od siebie oddziela. Próbujemy schować swoje uczucia, więc przestajemy być w pełni sobą. Nie jesteśmy w stanie się otworzyć i wnieść do relacji istotnej części nas. A przecież na bardzo głębokim poziomie my, wszystkie kobiety, jesteśmy połączone ze sobą i z uniwersalną kobiecością, archetypem. A więc nie tylko doświadczamy tych samych uczuć, ale również doskonale wiemy, kiedy któraś siostra w naszej obecności odczuwa zazdrość. Zazdrość ma specyficzny rezonans, który czujemy i już. Zazdrość przemawia i patrzy w specyficzny sposób – nawet jeśli próbujemy to ukryć. Nie da się. Powoduje, że robimy się krytyczne, sarkastyczne albo chłodne, zamknięte, sztuczne. Chodzi więc o to, byśmy zaczęły być wobec siebie szczere. Pierwszy krok to przyznać się przed sobą, drugi – przyznać się tej siostrze, której czegoś zazdrościmy.

Pani tak robi?
Nauczyłam się tego. Miałam naprawdę dużo doświadczeń tego typu i one pomogły mi oswoić zazdrość swoją i innych kobiet. W tym tę chyba najtrudniejszą, bo o mężczyznę. Przez jakiś czas byłam w związku z mężczyzną, który miał kilka kobiet.

Jednocześnie?
Tak. Był indiańskim uzdrowicielem. Razem ze mną miał siedem żon w różnym wieku. Dlatego uważam, że mogę mówić o zazdrości – przeszłam bardzo świadomie przez jej ogień. Chciałam być z tym mężczyzną, bardzo go kochałam. Mogłam ten fakt zaakceptować i próbować to doświadczenie jakoś zmieścić w sobie, rozszerzyć świadomość albo odejść. Zostałam. I poradziłam sobie z tym dokładnie tak, jak to opisałam. Czułam zazdrość, ten ścisk serca, oddzielenie, które budziło we mnie nienawiść, nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. W końcu ból stał się nie do zniesienia i musiałam coś z tym zrobić. Więc poszłam i powiedziałam im o tym wprost. Dzięki temu te uczucia mogły przeze mnie przepłynąć. Potem już za każdym razem o tym rozmawiałyśmy. To bardzo nas zbliżyło. I zazdrość zaczęła się rozpuszczać.

Dla większości kobiet takich jak ja – wychowanych w zachodnim świecie – taka sytuacja jest trudna do wyobrażenia.
Bo obnaża fundamentalny strach kobiety – że jakaś inna zabierze jej mężczyznę, jakby można było go sobie wziąć jak przedmiot. Warto sobie zdawać sprawę z tego, że nasza rywalizacja o mężczyzn w dużym stopniu bierze się z tego, że mylimy miłość z chęcią posiadania i wiele naszych związków to współuzależnienie. Chcemy, żeby ktoś nas kochał bezwarunkowo, na wyłączność, bo przenosimy na niego nasze niedokochanie z dzieciństwa. Nie nauczyliśmy się kochać siebie, więc chcemy, żeby ktoś nam ten brak zapełnił. To niewiele ma wspólnego z kochaniem drugiego człowieka. Moje doświadczenie pomogło mi to zrozumieć. Nauczyłam się wiele o miłości, wolności, o tym, że związek jest wspólną podróżą, a nie czymś stałym. Ale zgadzam się – wejście na taki poziom jest trudne. I wcale nie zachęcam do takich prób kogoś, kto nie czuje się gotowy.

Czuła się pani kochana?
Tak. Miałam szczęście, bo trafiłam na mężczyznę połączonego ze źródłem miłości w sobie. Ktoś taki nie kocha tylko osobowości kobiety, jej ciała czy wyglądu. Kocha też to, co jest głębiej, rozpoznaje świadomie jej istotę, korzeń, który łączy ją z uniwersalną kobiecością. Jedni nazywają to źródłem życia, inni – boskością. To duchowy poziom miłości, bez którego kobieta podświadomie czuje się niepełna. Niewielu jest mężczyzn, którzy umieją kochać w taki sposób, a jeszcze mniej takich, którzy świadomie widzą tę różnicę. Jeśli mężczyzna kocha kobietę jedynie powierzchownie, tworzy w niej oddzielenie. Bo na poziomie duszy, istoty, ona nie czuje się kochana, czuje brak głębokiej więzi, choć nawet nie umie tego nazwać. A każda kobieta wyczuwa ten poziom i tęskni za spotkaniem w tym obszarze. Można powiedzieć, że dziś to zjawisko o globalnym zasięgu.

Jest też inny rodzaj zazdrości. Na przykład kiedy jakaś kobieta ma jakieś talenty i próbuje przejawić je w świecie, nie zawsze spotyka się ze wsparciem innych kobiet. Często próbują ściągnąć ją w dół. Pani doświadczyła czegoś takiego?
Kobiety reagują na to na dwa sposoby. Albo ściągają ją w dół, nie pozwalając się wybić, albo poniżają same siebie, przez co czują się niewartościowe, zazdroszczą jej i ją w związku z tym odrzucają ze swojego grona. Doświadczyłam tego boleśnie na początku swojej kariery muzycznej. Nie pomyślałam nawet o tym, że jako młoda i utalentowana muzyczka będę dla innych kobiet w branży konkurencją i zagrożeniem. Nie dostałam od nich zachęty, wsparcia, którego szukałam. Zamiast tego napotkałam wrogość, oschłość,odrzucenie. To bolało. Z mężczyznami udawało mi się dużo lepiej dogadywać. To oni wprowadzili mnie w świat muzyki. Mam wrażenie, że wiele z nas doświadczyło czegoś podobnego. To powoduje, że gdzieś w głębi siebie boimy się pokazać, w pełni urzeczywistnić, boimy się swoich talentów, piękna, swojej mocy. Wolimy się nie wychylać, nie pokazywać, pozostać w średniej krajowej. Bo wtedy nie jesteśmy dla nikogo zagrożeniem. Nie zagrażamy niczyjemu poczuciu wartości, nie wywołujemy zazdrości, a więc nie narażamy się na odrzucenie.

Z czego się to bierze?
Według mnie z tego samego, z braku miłości. Z poczucia, że ona jest jakoś ograniczona, więc trzeba o nią walczyć, rywalizować. Bo jeśli ktoś jeden ściąga uwagę i zainteresowanie, to dla innych już tego nie starczy. Tymczasem jeśli się otworzymy na miłość w sobie, nigdy jej nam nie zabraknie, takie jest moje doświadczenie. Moim zdaniem to poczucie braku miłości jest też uzasadnione historycznie. Wojna zabiera mężczyzn. Zostają kobiety, które zaczynają rywalizować o garstkę pozostałych przy życiu potencjalnych partnerów. Mężczyzna jest jak słońce, które oświetla kobietę. Jeśli umie spojrzeć w głąb jej duszy, to energia jego miłości otwiera kobietę na jej własną miłość. Dlatego kobiety o niczym innym nie myślą, nie mówią i nie marzą, tylko o mężczyznach i o takiej miłości. Czyli o połączeniu dusz. Więc kiedy tylu mężczyzn ginie na wojnie, zdarza się, że niemal całe pokolenie znika, pojawia się uczcie braku, głębokie przekonanie, że nie ma wystarczająco dużo mężczyzn, więc trzeba jakoś się bardziej postarać, coś aktywnie robić, żeby dla nas starczyło. I choć dziś realnie nas to nie dotyczy, to poczucie braku odziedziczyłyśmy. Wraz z mechanizmem rywalizowania. W krajach, gdzie było wiele wojen, rezultatem może być na przykład to, że kobiety robią wszystko, by wyglądać na atrakcyjne seksualnie. Albo stają się silne i przejmują męskie role, by spotkać się z mężczyznami na ich gruncie. To się zaczyna już w szkole. Ta desperacja, by zdobyć uwagę, miłość – widzimy to w dzisiejszej kulturze – zasiewa ziarno lęku i oddzielenia wśród kobiet.

Dlatego kobieta, która doświadcza zazdrości, niezależnie od tego, czy to ona zazdrości, czy jej zazdroszczą – powinna przyjrzeć się i zastanowić, w jaki sposób używa swoich talentów i darów. Czy dzieli się nimi ze światem, czy używa ich, by zdobyć uwagę i miłość i stać się lepsza od innych. Takie podejście wymaga głębokiego spotkania ze sobą i szczerości. Ale to jest właśnie jeden z pozytywnych efektów zazdrości. Zachęca do spojrzenia w głąb siebie. Uświadamia nam, że w jakimś stopniu jesteśmy odcięte od źródła miłości w sobie. I możemy to źródło odzyskać. My, kobiety, musimy się nauczyć na nowo wspierać się wzajemnie w wychodzeniu do świata, w stawaniu w swojej pełni. Jesteśmy w naturalny sposób kręgiem siostrzanym. To nasze najważniejsze, bazowe połączenie. Trzeba je odzyskać. To staram się robić, podróżując po świecie: pomagać kobietom nawiązywać na nowo relacje. Namawiam: zbierajcie się, róbcie coś w grupach, śpiewajcie razem. Oddychajcie razem, tańczcie, medytujcie, rozmawiajcie. Rozwój przebiega dużo szybciej, kiedy się wzajemnie wspieramy. Dużo szybciej, niż kiedy każda z nas jest sama.

Peruquois australijska pieśniarka i kompozytorka tak zwanej muzyki świata, nazywana Głosem Bogini. Z wykształcenia jest muzykiem jazzowym, ale przez wiele lat studiowała muzykę rdzennych ludów, m.in. w Meksyku i w Indiach. Jej koncerty są zawsze wielkimi wydarzeniami. Stworzyła również praktykę jogi głosu. Pracuje z kobietami, pomagając im odzyskać głos i dostęp do własnej mocy. Prowadzi warsztaty i spotkania dla kobiet.