1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na czym polega flirt i kiedy zaczyna się flirtowanie?

Na czym polega flirt i kiedy zaczyna się flirtowanie?

Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Słodki i lekki jak beza, poprawiający samopoczucie jak czekolada – flirt to przepis na smaczne życie. I udany związek. Psychoterapeutka Katarzyna Miller twierdzi, że umiejętność flirtowania pokazuje także, na ile jesteśmy otwarci na innych, świadomi siebie i inteligentni emocjonalnie.

Flirt to błyskotliwa rozmowa o miłości, podsuwająca partnerowi pewne myśli, oceny uczuciowe czy sugestie – nie zawsze prawdziwe. Zmuszają one jednak do szybkiej orientacji, błyskawicznej riposty i zręcznej reakcji na każdą, najsubtelniejszą nawet uwagę” – pisała w latach 70. Michalina Wisłocka w swojej słynnej „Sztuce kochania”. Już wtedy ubolewała nad tym, że sztuka flirtu ginie. Na czym polega flirt i czy w obecnych czasach to już przeżytek?
Ujmę to inaczej: flirt wymaga inteligencji, a już na pewno inteligencji emocjonalnej, empatii i zainteresowania drugim człowiekiem, o co ostatnio trudno. Wszyscy zajmują się tylko sobą. Oczywiście my, terapeuci, uczymy, by najpierw pokochać siebie, ale robimy to dlatego, że ludzie siebie właśnie nie lubią, a jak siebie nie lubią, to o wiele bardziej się sobą zajmują, bo cały czas myślą o tym, jacy są nieszczęśliwi. Nie robią różnych fajnych rzeczy, nie bawią się, nie cieszą życiem, nie flirtują, tylko ciągle się zastanawiają, dlaczego innym jest dobrze, a im nie.

Druga sprawa: nasz świat jest dzisiaj mocno audiowizualny, każdy stara się głównie dobrze wyglądać, co samo w sobie nie jest jeszcze takie złe, od zawsze przecież ludziom na tym zależało, ale dziś to jest ważniejsze niż bycie, niż spotkanie z drugim człowiekiem. Sztuka konwersacji też zanika. Jak często nieładnie mówią te wszystkie ładne osoby! Zobacz, ile jest dziś eventów, a jak mało przyjęć. A co się robi na eventach? Załatwia interesy. Bo dziś zamiast być, trzeba się pokazać, zapromować. W świecie nastawionym na interesy nie ma flirtu. Ktoś cię zaczepia w barze, bo myśli, że coś z tego będzie. A co ma być? Interes. Tymczasem flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą, i koniec.

Kiedyś flirtowanie było po prostu formą towarzyskiej rozrywki.
Ciekawa jestem, kiedy ostatnio zdarzyło się naszym czytelnikom przegadać z kimś całą noc. Nawet nie pamiętam, kiedy mnie samej się to zdarzyło, a jeszcze kilka lat temu to była moja specjalność. Kiedyś książki czytało się po to, by o nich porozmawiać. A jak się kogoś poznawało, to pierwsze pytanie brzmiało: „Co teraz czytasz?”. Były też mody i prądy, na przykład wszyscy czytali literaturę iberoamerykańską, dziś wszyscy czytają szwedzkie kryminały, ale kto o tym rozmawia? Czyta się w cichych kącikach, a czytanie to przecież bardzo towarzyskie zajęcie. Pozamykaliśmy się na siebie.

I zrobiliśmy się strasznie spięci, zestresowani. Czy to też nie przytępia naszej ochoty na flirt?
A jakże! Bo popatrz, gdzie się flirtuje. Tam, gdzie nie ma napięcia i gdzie się ludzie lubią. Ja kupę swojego życia spędziłam na flircie, dlatego uznaję go za coś ogromnie ważnego.

Seksuolog Kazimierz Imieliński w książce „Sekrety seksu” pisze, że flirt powinien być podstawą wychowania młodzieży.
Bo flirt sprawia, że umiesz się zachować w towarzystwie, powiedzieć miłe słowo, być uprzejmym, co z kolei zapewnia ci sympatię innych, powodzenie, a potem umiejętność wybierania partnerów.

Skupmy się na tej ostatniej wartości. John Grey, autor „Marsjan i Wenusjanek na randce”,  porównuje flirtowanie do zakupów. Najpierw musisz poprzymierzać, powybierać, pomarudzić, żeby wiedzieć, co do ciebie najlepiej pasuje. Czy po takim zachowaniu możemy rozpoznać, kiedy zaczyna się flirt?
Oj, cudowne porównanie, bardzo mi się podoba. Dodam, że zakupy, podobnie jak flirt, są też polowaniem.

W czasach naszych babek flirt był jedynym sposobem na rozeznanie się na rynku matrymonialnym.
Flirt był i jest nadal świetną grą wstępną. Nam, kobietom, jest potrzebny czas na rozpalenie się, na wzniecenie pożądania. Najpierw czujemy ciekawość, rodzaj zachwytu, chęć na seks pojawia się dużo później, bo kobieta musi poczuć to całym ciałem, a nie jedną jego częścią, jak facet. Poza tym we flircie świetne jest to, że daje możliwość próbowania, rozgrywania całych sytuacji pomiędzy różnymi adoratorami, bo kiedy już jednego się rozflirtowało, to na wieść o tym zbiegają się kolejni, jak ćmy do światła. W ten sposób kobieta może mieć cały pęczek adoratorów i dać sobie z nimi radę, czyli sprawić, by nadal chcieli się przy niej kłębić w nadziei, że zostaną wybrani.

Jest taka słynna scena z „Przeminęło z wiatrem”, gdzie Scarlett O’Hara rozdziela na przyjęciu „łaski” pomiędzy wpatrzonych w nią jak w obrazek mężczyzn. Wszyscy oni są zachwyceni i przekonani, że fakt, że jest ich tylu, potwierdza tylko to, że ona jest wybitna. U nas w szkole coś takiego działo się na przerwach: chłopcy stali koło jednej dziewczyny, która była popularna i lubiana, a inne stały z boku i zgrzytały zębami.

Flirt zaspokaja też naszą próżność.
Tak, ale we flircie karmimy się wzajemnie, i to jest najfajniejsze. Kwitniemy na tej grządce sobie wspólnie. I podlewamy siebie nawzajem.

Najbardziej jednak podoba mi się w nim to, że rodzi się błyskawicznie. Od błysku w oku, uśmiechu, zabawnej uwagi… i od razu coś się zaczyna dziać. Jest akcja, z elementami fechtunku i trafieniami czasem aż do krwi, kiedy przeradza się w rywalizację o to, kto ma ostrzejszy język, ale i pieszczot, które potrafią się tak rozkręcić, że czasem już nie wiadomo, co z tym dalej zrobić.

Może to nas właśnie powstrzymuje przed flirtowaniem? Boimy się, że za bardzo się w nim nakręcimy albo damy drugiej stronie mylne wrażenie, że mamy ochotę na romans.
Jeśli ktoś sobą nie umie powodować, to tak się dzieje. W przeszłości, gdy nie byłam jeszcze zbyt pewna siebie i biegła w kwestiach damsko-męskich, często miałam wrażenie, że coś się zbyt szybko urwało lub za daleko zabrnęło. Od czasu, kiedy stałam się pewna siebie i wiem, czego chcę, bardzo wyraźnie mi się wyświetliło, że flirt to samo dobro, sama śmietanka. Jeśli się po nim za dużo nie spodziewasz i nie traktujesz jako konieczny wstęp do wieszania firanek – możesz odnieść z niego wyłącznie profity.

Ale skąd wiedzieć, czy tak świadomie podchodzi do flirtowania także druga strona?
Tego nie sposób wiedzieć od początku. Może się zdarzyć, że pan, z którym flirtujesz, jest bardzo głodny i desperacko chce kogoś poderwać, ale to łatwo poznać, bo on wtedy przechodzi od razu do ofensywy. Wtedy trzeba powiedzieć: „Bardzo się słodko flirtowało i może w innej sytuacji i gdzie indziej chętnie bym kontynuowała, ale aktualnie jestem zajęta”, zabrać swoją torebkę i iść do innego stolika. Myślę, że doszło obecnie do takiej smutnej sytuacji, że mniej jest facetów, którzy flirtują dla samego flirtu, a więcej robi to dla wyrwania. I jak się nie dajesz im wyrwać, to serwują ci pogardliwą minę na zasadzie: „A coś ty taka ważna?!”. Ale proszę się tym nie zrażać. Bo flirt to najprostszy sposób, by poprawić sobie i innym samopoczucie. Ja im jestem starsza, tym bardziej lubię mówić ludziom miłe rzeczy, przestałam się też martwić tym, co inni sobie pomyślą. Gdy mi się ktoś podoba, to od razu mu mówię. Raz tylko mnie zatkało. Wsiadłam do taksówki i oniemiałam na widok taksówkarza. Dziś bym wiedziała, co powiedzieć: „Ależ pan piękny! Czy to nie grzech tak konfundować kobietę?” (śmiech).

Pięknie powiedziane. Trochę chyba za tym tęsknimy – by flirtowanie polegało na tym, że ktoś nam ładnie mówi o miłości…
No, ogląda się teraz te piękne filmy kostiumowe jak „Z dala od zgiełku”, którym niedawno się zachwyciłam. Jest tam taki bohater, którego główna bohaterka odrzuca, a on wtedy mówi jej tak pięknie, jak nie Anglik i jak nie mężczyzna, tylko jak świadoma istota. Że choć ona go nie chce, to on będzie blisko, by się nią opiekować.

Flirt kiedyś, ale i dzisiaj, zbyt często zabijały dwie rzeczy: dosłowność i wulgarność.
Dzisiejsze audiowizualne czasy lubią epatować nagością, ciałem, ale jak wszystko jest na sprzedaż, to jest to zwyczajnie nudne. Flirt wymaga tajemnicy, nie można wyłożyć wszystkich kart na stół. Flirt musi być też subtelny. Najgorsze są takie krążące w Internecie czy wypełniające podręczniki dla uwodzicieli gotowce, które mają zapewnić powodzenie.

Chodzi o takie przykłady flirtu jak np. „Czy bardzo bolało, jak spadałaś z nieba?...” albo: „Wpadłaś mi w oko, nie zepsuj tego”.
Ja bym bardzo nie chciała słuchać takich wytrychów. We flircie nie chodzi o zaczepkę, tylko o adorację, czyli przekazywanie zaciekawienia i zachwytu. Tu nie ma realizacji jakiegoś planu, osiągnięcia celu, flirt można zakończyć w każdym momencie, i to bezboleśnie. Oboje dajemy sobie jedynie chwilę relaksu, łyk szampańskich bąbelków, rodzaj energetycznego podkręcenia, które zapewnia nam potem dobry humor, dużo ochoty na różne inne rzeczy, po prostu fajny dzień – i to wszystko. To może być początek romantycznej znajomości, ale też nie musi. Mój Edek ostatnio poszedł do piekarni i pyta: „Czy są słodkie babeczki?”, na co pani ekspedientka: „Tak, jesteśmy tu dwie, z koleżanką”. Wystarczy przejść obok kogoś i się do niego uśmiechnąć – to już jest flirt, albo powiedzieć komuś komplement: „Jaka szkoda, że pan wysiada, a ja wsiadam”.

Och, to przykład flirtu, który chciałoby się usłyszeć! Gdyby tak ludzie mówili sobie takie miłe rzeczy w komunikacji miejskiej...
Mnie spotkało w autobusach wiele miłych sytuacji. Raz na przykład jakiś szarmancki pan zagadał do mnie: „Jest pani przepięknie ubrana, wygląda pani jak kasztan”, a miałam wtedy na sobie jakieś brązy i rudości. To było przeurocze, ale przyznaję – trzeba mieć wysoką samoakceptację, żeby coś takiego powiedzieć. Tymczasem ludzie są dziś bardzo niepewni siebie i jednocześnie narcystyczni. A flirt jest przekroczeniem narcyzmu, zwróceniem uwagi na drugą osobę.

Dziewczyny, które przychodzą do ciebie na terapię czy warsztaty, mają z tym problem, jeśli chodzi o flirtowanie?
Do mnie przychodzą przede wszystkim wrażliwe dziewczyny, powiedziałabym nawet: nadwrażliwe. I tak, mają trudność we flirtowaniu, dlatego ich tego uczę. To wyjątkowe dziewczyny, one nie tyle mają niskie poczucie wartości, co uświadomiony problem z poczuciem wartości, a to dwie kompletnie różne rzeczy.

Umiejętność flirtowania podnosi ich samoakceptację? To znaczy, że kiedy zaczyna się flirt, odsuwamy na bok kompleksy?
I to jak! Co więcej, moje dziewczyny uczą się flirtować także ze sobą. Uwielbiam, jak kobiety ze sobą flirtują. To w ogóle osobny rozdział: warsztaty w kręgu kobiet. Czasem przychodzą na nie dziewczyny, które mówią od progu: „Przyszłam niechętnie, bo nie lubię być z kobietami”. Zapewne oberwały kiedyś od mamusi, od siostry, od cioci i jeszcze od pani nauczycielki w szkole, więc nic dziwnego, że nie ufają kobietom. Po kilku dniach warsztatów zaczynają się uczyć ufać sobie i ta ilość ciepłych słów, zachwytów, dotknięć, muśnięć, głosu pieszczotliwego, ale też rozkosznego podkpiwania z siebie – jest porażająca. I to wsparcie, którego sobie udzielają: „Masz takie cudne nogi, pokazuj je częściej”, dziewczyny pięknieją wtedy nieprawdopodobnie, bo one mają zasoby, tylko ich nie używają. Flirt coś takiego robi z nami, że zaczynamy myśleć, że skoro mnie gdzieś przyjmują z zachwytem, to mogę wreszcie rozchylić płatki i zapachnieć. Tak, zdecydowanie zbyt rzadko mówimy sobie miłe rzeczy. A zasada jest jedna: im więcej dobrego wyślesz, tym więcej do ciebie wróci.

To się chyba nazywa flirtowaniem z życiem...
Absolutnie. Ja zawsze powtarzam, że życie jest niesłychanie seksualne. Jeśli w to uwierzymy, to każdy dzień będzie przygodą. Raz przygodą siedzenia w domu, a raz przygodą wycieczki do Paryża. Jedno i drugie jest cudowne. Nie myśl: „O Boże, co tu sobie zrobić na śniadanie?”, tylko: „Dzisiaj zrobię sobie jajecznicę ze szczypiorkiem, cudownie!”.

Czasem przychodzą do mnie dziewczyny i żalą się: „A bo ja nie mam faceta...”. Mówię im wtedy: „To zacznij flirtować. Ze wszystkimi. Z listonoszem, sąsiadem, panem w budce, konduktorem. Masz się nauczyć lekkości, a nie tego, że facet ma cię zaprosić na kawę i zaraz poprosić o rękę”. Tłumaczę im, by mężczyzn traktowały jako miłą nację, która przydaje nam coś dobrego już samym tym, że jest. Jak kwiaty – rosną, pachną i kwitną, ale przecież nie będziesz zrywać ich wszystkich, ani nawet wąchać, ale popatrzyć na nie przez chwilę i ucieszyć się, że są – możesz. Dziewczyny, zwłaszcza te młodsze, często nie wiedzą, jak się zachować, gdy ktoś je podrywa. Bo mamusia mówiła: „Nie daj się wykorzystać, im chodzi tylko o jedno”. Jak byłam jeszcze młoda i niewinna, to był w moim otoczeniu bardzo fajny chłopak, który zawsze witał mnie słowami: „Cześć, śliczna”. Strasznie go lubiłam, ale cały czas się zastanawiałam: „No ale dlaczego on nie robi nic więcej?”. Skoro jestem taka śliczna, to on powinien przecież chcieć się przynajmniej umówić. Potem do mnie dotarło, że samo to, że mnie tak ładnie nazywał, było cudne. Wiesz, on mi się podobał, a że byłam jeszcze gąską, to nie odpowiadałam mu w taki sposób, żeby go zachęcić, tylko czekałam, co pewnie mu się znudziło. A może po prostu lubił mówić dziewczynom, że mu się podobają? I tu chciałam podkreślić, że tacy flirciarze są bezcenni, choć ich żony mogą czuć się z tym różnie. Najlepiej jak mają do tego stosunek swobodny, czyli przypatrują się temu z przymrużeniem oka, wiedząc, że facet lubi się podobać i sprawiać przyjemność innym, ale nie przekracza nigdy granicy przyzwoitości.

Niektórzy nazywają flirt wentylem bezpieczeństwa w stałym związku. Ktoś ci się podoba, poflirtujesz, pozachwycasz się nim, nakarmisz się jego zachwytem i nie narazisz udanego związku na szwank.
Dokładnie tak. Flirt jest niezwykle karmiący i pomaga wieść naprawdę satysfakcjonujące życie.

Słyszałam, że zalecasz też flirtowanie w stałych związkach. Na czym polega flirt w takich relacjach i czym może się różnić od tego z nieznajomymi?
Ja to wręcz zapisuję na receptę. Jeżeli się wam robi nudno, zacznij z nim flirtować. Jak? Ano tak: on zmywa – przytul się do jego pleców i powiedz: „Jakiego ja mam mena!”. Albo włóż mu karteczkę do kieszeni: „Myślę o tobie i czekam, aż wrócisz”, żeby znalazł ją, jak dotrze do pracy. Nagraj się na pocztę głosową: „I just call to say I love you”. W życiu musi być miejsce na coś lekkiego, fajnego, niezobowiązującego. Flirt jest jak deser, flirt to deser życia! Ale ładnie mi się powiedziało, prawda (śmiech)?

Katarzyna Miller  
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

„Nie chcę o tym rozmawiać” - o tajemnicach i ciemnych stronach związku mówi Wojciech Eichelberger

Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Byłam pewna, że Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta mówiący o wolności jako warunku miłości, powie, że trzeba uszanować „nie” partnera. Sama jednak nieraz odczułam, że przemilczanie nie zbliża do szczęścia. Jak więc zachować się, gdy partner czy partnerka niby Sinobrody mówi: „do tego pokoju w moim sercu nie wolno ci wchodzić!”?

Znajomy postanowił sam wyremontować nowe, duże mieszkanie, ale tego nie robi i stoi ono puste, a on z żoną nadal mieszkają w kawalerce. Żona z nim o tym nie próbuje rozmawiać, choć ją to frustruje, bo to tylko wywołałoby dziką awanturę.
Nic nie mogę powiedzieć o tym mężczyźnie, bo go nie znam. Ale na kanwie tej historii możemy pofantazjować na temat ewentualnej ukrytej przyczyny. Może ten mężczyzna nie chce lub nie może wyremontować nowego, wspólnego mieszkania, bo nieświadomie dąży do tego, aby ten związek nie trwał długo? Boi się zażyłości, dłuższej perspektywy we dwoje, bo chce być wierny mamie? Może obawia się rodzicielstwa (większa przestrzeń życiowa często wyzwala w kobietach pragnienie zapełniania jej potomstwem) albo ma uczulenie na farby i wstydzi się do tego przyznać? Cokolwiek jednak by to było, skoro ma moc wyzwalania z pozoru nieuzasadnionych wybuchów złości lub prowokuje do izolowania się, możemy być pewni, że głębokie przyczyny ukryte są w strefie cienia, czyli w nieświadomości. Wszyscy mieszkamy we wspaniałych pałacach umysłu, ale większość z nas używa tylko jednego pokoju. Do pozostałych boimy się nawet zbliżyć, a strych i piwnice budzą w nas paniczny lęk. Rezygnujemy więc z wiedzy i doświadczenia i zaludniamy nasz umysł demonicznymi tworami wyobraźni, skutecznie sami siebie strasząc.

Mówiąc metaforycznie: on nie chce remontować swojego mentalnego pałacu, bo wyobraża sobie, że coś strasznego się tam ukrywa?
To najogólniejsza, symboliczna interpretacja powodów jego zachowania. Ciąży na nas kulturowe tabu zabraniające zaglądania szczególnie do piwnic (cielesność, popędy, tj. seks, agresja, potrzeba indywidualnego przetrwania) i na strychy (miłość, duchowość, ekstaza, wolność). To kulturowe tabu każe nam siedzieć w ciasnym pokoju, wznosić oczy do nieba i modlić się, by ktoś nas stąd zabrał. To wielkie i zasmucające marnotrawstwo możliwości, jakie stwarza człowiecze życie. Na szczęście coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że warto wreszcie rozgościć się w swoim dziedzictwie. Odkrywa, że od zawsze mieszkamy w niewymownie pięknym, przebogatym pałacu bez ścian i okien. Przeczuwa, że nie wykorzystują swojego potencjału fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego - i pragnie to zmienić.

Czy jednak czasem trudności i lęki nie są zbyt duże, by warto było zdobywać się na remont?
Jeśli chcemy poczuć siebie, być u siebie w pokoju z samym sobą, wyjść z cienia na światło, to tylko ta droga nas tam doprowadzi. Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności. Wtedy często słyszą i mówią: „tylko nie dotykajmy tej sprawy”, „to zbyt bolesne”, „nie chcę o tym rozmawiać” itp. W ten sposób zawężona zostaje przestrzeń, w jakiej ich miłość może się rozwijać. Zamiast poczucia wolności, wsparcia, wspólnego i fascynującego penetrowania możliwości, jakie niesie życie, ich związek staje się polem minowym, po którym poruszamy się  napięciu i lęku. Są jednak tacy, których to kręci, bo dramat i napięcie były ich udziałem od zarania. Każdy jednak, kto chce odpowiedzialnie uczestniczyć w byciu z drugą osobą, ma obowiązek zaglądać do wszystkich nieużywanych komnat, a przede wszystkim do piwnic i na strychy. Bo jeśli na skutek kaprysu losu jakiś zamknięty pokój sam się otworzy, nagromadzona w nim energia cienia może okazać się tak wielka, że osoba, która nie odważyła się na remont, zostanie sama, gdy jej partner ucieknie w popłochu.

Nie rozumiem żony tego znajomego. Gdyby ta sprawa jej nie dotyczyła, to mogłaby odpuścić rozmowy, ale milcząc, mieszka wciąż jak studentka.
Najwidoczniej obawia się, że usłyszy: „Nie szanujesz moich granic i słabości, nie rozumiesz mnie, więc: do widzenia!”. A gdyby prawdziwa była nasza hipoteza, że on nie remontuje mieszkania, bo szuka pretekstu, by ten związek zerwać, to jej naciski są wodą na jego młyn. Na dłuższą metę jednak strategia przemilczania neurotycznych ograniczeń partnera jest destrukcyjna. Jeśli ludzie chcą spędzić życie we dwoje, to muszą być otwarci i zażarci w odzyskiwaniu, przewietrzaniu i remontowaniu nierozpoznanych obszarów umysłu. W przeciwnym razie – prędzej czy później – wpuszczą partnera na minę i zagrożą miłości.

A może ona dobrowolnie i szczerze zrezygnowała z większego mieszkania, doceniając uroki mieszkania z ukochanym w kawalerce?
Jeśli dobrowolnie dla związku zrezygnowała też z macierzyństwa – to szczęść Boże tej parze. Przyznam jednak, że mój psychoterapeutyczny sceptycyzm każe mi powątpiewać w taką możliwość. Szczególnie w dobrowolną i pogodną rezygnację z macierzyństwa. Ten rodzaj szlachetnego poświęcenia z reguły okazuje się bombą z opóźnionym zapłonem. I jeśli zostaną w kawalerce z nieprzepracowanym problemem, będzie on się potęgował, powodując kurczenie się przestrzeni szczerości, swobody i wolności w związku. Dlatego trzeba rozmawiać, pytać o przyczyny. Robić wszystko, co możliwe, by nie dać się zniewolić neurotycznym objawom, cieniowi partnera. To szkodzi zarówno zniewalanemu, jak i zniewalającemu, który żyje w nieustannym lęku i napięciu, bojąc się swojego cienia – czyli siebie samego.

Ale może to jednak wyraz szacunku dla partnera nie zmuszać go, by zajrzał w swój cień?
To raczej współuzależnienie, a nie szacunek. Stajemy się tak sojusznikiem w ukrywaniu drzwi do ciemnych pokoi. Jak żona alkoholika, która pomaga mężowi ukryć konsekwencje jego picia, co pozbawia go szansy na zbudowanie jakiejkolwiek motywacji, by się zmierzył z nałogiem i rozpoczął walkę o swoją wolność i godność. Osoba współuzależniona czerpie bowiem nieuświadomioną satysfakcję z roli nieustannie frustrowanej wybawicielki. Gra w: „Ja cię zbawiam, ale ty się nie dajesz zbawić. Bo jakbyś się dał, to ja bym cię już nie mogła zbawiać i poczułabym się bezużyteczna”.

Naciskać więc, by rozmawiać na trudne tematy i pytać o niezrealizowane plany. Tylko jak?
To niełatwe. Na początku związku każdy chce się pokazać z najlepszej strony, ukrywa więc nieposprzątane pokoje i związane z nimi lęki. Gdy po zakończeniu godowego tańca widać, że wnosimy w posagu sporo nierozwiązanych problemów, często wypychamy ze świadomości tę konstatację. Trudno w czas postąpić mądrze. Raczej zaklinamy rzeczywistość, odkładając sprawę w nieskończoność. Tymczasem im szybciej zaczniemy o tym rozmawiać, tym lepiej. Oczywiście w duchu zrozumienia: „Widzę, że z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów masz kłopot z tym, żeby w ogóle zacząć ten remont. Zauważyłam, że gdy próbuję dowiedzieć się, czemu tak się dzieje, to się strasznie bronisz. Więc skoro to jest sprawa, której nie chcesz przede mną ujawnić, to idź do psychoterapeuty i spróbuj z nim o tym porozmawiać. To ułatwi nam życie. Przy okazji pokażesz, że nasz związek jest dla ciebie ważniejszy niż niechęć do zajęcia się swoim problemem. Wiedz, że dla mnie jest ważne, byśmy zamieszkali w dużym, wygodnym mieszkaniu i by mieć faceta, który gdy coś obiecuje, to tak robi”.

To mądre słowa, ale z doświadczenia wiem, że raczej trudno dotrzeć w spokoju nawet do połowy takiej wypowiedzi...
Nie ma co liczyć na to, że jej adresat przyjmie ją ze spokojem i wdzięcznością: „Jak dobrze, że mi to wreszcie powiedziałaś!”. Ale jeśli mu zależy na związku, to po rozmowie prawdopodobnie coś ze sobą zacznie robić.

W bajce o Sinobrodym żona sama wchodzi do zakazanego pokoju...
Ale ona odkrywa tajemnicę Sinobrodego, nie jego cień. Sinobrody był świadomy tego, co robi – zwodził swoje ofiary i z pewnością żadnej nie kochał. Strefa cienia jest z definicji nieuświadomiona, wymyka się kontroli i działa destruktywnie wbrew naszym najlepszym intencjom. Rozwala związek z ukrycia jak rdza albo w jednym potężnym wyładowaniu, jak grom. Wracając do Sinobrodego, zachował się jednak tak, jakby chciał, by kolejna żona poznała jego tajemnicę. Dał jej klucz do komnaty pełnej trupów poprzednich żon. Tym samym postawił ją przed wyborem. Po tym, co zobaczyła, mogła stać się jego kolejną odrętwiałą z przerażenia ofiarą albo zadufaną w sobie wybawicielką – samobójczynią, która wierzy, że jej miłość go odmieni. Najprawdopodobniej Sinobrody podobnie rozgrywał poprzednie małżeństwa i pozornie nie spodziewał się, że kolejna żona przejrzy jego grę. Lecz w głębi duszy nieświadomie marzył o takiej, która nie ulegnie hipnotycznemu działaniu przemocy ani obezwładniającej zdrowy rozsądek iluzji miłosnej omnipotencji. W ciemnych zakamarkach jego umysłu nie ma bowiem zła – zło jest jawne. Mieszka tam – z jego punktu widzenia przerażająca, bo otwierająca na dobro i miłość – potrzeba ekspiacji i kary. Ludzie zakażeni nienawiścią i chęcią zemsty w swoim cieniu mają dobro. Żyją z obolałym sumieniem, które prowokuje los, by zło się wydało, a cierpienie, które zadają innym, zostało powstrzymane i ukarane.

Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska) Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska)

Jaki z tego morał?
Otóż los poprzednich ofiar Sinobrodego uczy, że zła nie da się udobruchać miłosnym oddaniem, nie da się go przeczekać i nie wolno zamykać na nie oczu. Zło trzeba zobaczyć takim, jakim jest, nazwać i ujawnić, a następnie pomóc człowiekowi, który zatracił ludzką zdolność empatii i współczucia, do uznania swojej odpowiedzialności i winy. Wtedy dopiero da on sobie prawo do tego, by przyjąć od kogoś dar miłości i zdobędzie się na symetryczną odpowiedź. W tej właśnie sprawie ostatnia żona Sinobrodego doświadczyła wglądu. Ujawnienie mężowskiej zbrodni trzeba uznać za wyraz jej najgłębszej, mądrej miłości, miłości ratującej jego duszę. Mit o Sinobrodym ostrzega, że jeśli nie odważymy się wkroczyć do mrocznych zakamarków umysłu partnera, to nie tylko pozbawiamy go szansy na przekroczenie jego ograniczeń, lecz staniemy się współodpowiedzialni za kolejne ofiary. Po to, by się tak nie stało, czasami trzeba zaryzykować związek z ukochaną osobą i nie oczekując jej wdzięczności, nie przestawać w głębi duszy kochać ją nadal.

W przypadku, o którym mówimy, wtargnięciem w strefę cienia byłoby powiedzenie: „Rozumiem, że nie chcesz mieć dzieci i nie planujesz być ze mną długo, i dlatego nie remontujesz tego mieszkania?!”.
To mocna prowokacja, ale kto wie, być może tylko taka okaże się pomocna. Bo w strefie cienia jesteśmy bezradni, nie potrafimy nazwać tego, co tam się kryje. Wiemy tylko, że nie chcemy tego dotykać. Część partnerów wytrzymuje sytuację konfrontacji z cieniem. Część ucieka i zmienia partnerów na mniej dociekliwych. Pewnej jest, że im później ujawniona jest strefa cienia, tym więcej nagromadzi toksycznej energii i tym trudniej uratować związek.

W bajce o Sinobrodym bracia ratują jego żonę i zabijają go. A wtedy ona dziedziczy majątek męża potwora i znajduje nowego kochającego partnera.
Zasłużyła na to. Podczas konfrontacji z Sinobrodym przekroczyła rolę bezradnej ofiary i naiwnej wybawicielki. Wzmocniła się i zmądrzała. Sinobrody reprezentuje agresywny, bezwzględny, wyrachowany, niezdolny do miłości aspekt mężczyzny. Bracia – pozytywny, szlachetny, mądry i opiekuńczy aspekt – potrafią nawiązać bratersko-siostrzaną, czyli bezinteresowną więź z kobietą. Optymistyczne jest to, że tych dobrych mężczyzn jest więcej. Jeśli więc kobieta odkryje groźną strefę cienia w umyśle partnera, poczuje lęk, odrazę, niechęć to powinna natychmiast wzywać braci na pomoc. Pamiętajmy też, że nic co ludzkie nie jest nam obce, że umysł każdego z nas – czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną – zawiera skrypty wszystkich postaci tego mitu. Sinobrody istnieje też w wersji kobiecej – pod postacią, którą można nazwać Sinoustą. Każdy z nas – mężczyźni i kobiety – ma coś nierozpoznanego za kołnierzem. Czasami strefy cienia partnerów dobrze się uzupełniają, jak w związkach sado-maso czy Narcyz – Kopciuszek, a wtedy przez ograniczony czas doświadczamy nawet poczucia przejrzystości i harmonii.

  1. Psychologia

Inteligencja emocjonalna - jak ją kształtować u dziecka?

Już od urodzenia trzeba otaczać dziecko bliskością, ciepłem, radością. Ogromną rolę odgrywa także obecność mamy i taty. (Fot. iStock)
Już od urodzenia trzeba otaczać dziecko bliskością, ciepłem, radością. Ogromną rolę odgrywa także obecność mamy i taty. (Fot. iStock)
Co czyni nas szczęśliwszymi? Specjaliści od psychologii pozytywnej dowodzą, że wcale nie to, czy jesteśmy bogaci i robimy karierę, tylko to, czy lubimy i rozumiemy siebie oraz innych. I co z tego wynika - czy potrafimy tworzyć satysfakcjonujące związki z ludźmi. A to wszystko w dużym stopniu zależy to od poziomu inteligencji emocjonalnej.

Co się kryje za określeniem inteligencja emocjonalna? Jest to zdolność rozpoznawania, wyrażania i kontrolowania własnych oraz cudzych emocji. A także zdolność wykorzystywania wiedzy emocjonalnej w procesie myślenia.

Obserwując grupę przedszkolaków, możemy zauważyć, że na przykład do Julki dzieci lgną, a Agatka bawi się sama w kącie. Filip zawsze zauważy, że ktoś potrzebuje pomocy, a Zosia ma problemy, żeby się czymkolwiek z rówieśnikami podzielić. Są dzieci, które od razu podporządkowują się regułom panującym w grupie, a inne muszą się długo tego uczyć. Za takimi, a nie innymi reakcjami stoi właśnie emocjonalna inteligencja. Nie jest ona związana ze zdolnościami matematycznymi, muzycznymi czy innymi. Dziecko z wysokim poziomem tej inteligencji jest otwarte na uczucia swoje i innych. Zarówno pozytywne, jak i negatywne. Potrafi na nie właściwie odpowiedzieć. W życiu codziennym przejawia się to tym, że po pierwsze - umie spostrzec emocje mamy czy kolegi z podwórka, po drugie - potrafi je nazwać i ocenić ich intensywność oraz po trzecie - adekwatnie zareagować.

Przykład: jeśli dziecko zauważy, że inne dziecko w przedszkolu siedzi w kącie skulone, to podejdzie do niego i powie: „Czekasz na mamę?”, usiądzie obok, obejmie ramieniem. Takie dziecko jest też świadome własnych stanów emocjonalnych i dobrze je identyfikuje. Umie spojrzeć na siebie z dystansu, udaje mu się łagodzić negatywne, a podtrzymywać pozytywne emocje. Przykład: dziecko przychodzi do domu i mówi, że jest w złym humorze, bo kolega nie chciał się z nim bawić. Widzimy tu, że maluch spostrzegł swoje emocje, nazwał je, znalazł przyczynę i opowiedział o nich. Dziecko, które ma niski poziom inteligencji emocjonalnej, może być na przykład odepchnięte, uderzone przez niechętne do wspólnej zabawy dziecko, bo nie wyczuje, że kolega jest zmęczony lub niezadowolony i uporczywie będzie namawiać go do zabawy. A później, jako dorosły człowiek, jeśli na przykład będzie chciało porozmawiać z szefem o swoich sprawach, a nie wyczuje, że to nie jest dobry moment, niczego nie załatwi. Chodzi o tak potrzebne reagowanie na subtelności ludzkiego zachowania.

Tego można się nauczyć

Nadal brak jest danych na temat tego, czy rodzimy się z określonym poziomem inteligencji emocjonalnej. Wyniki pewnych badań sugerują, że niemowlęta mają wrodzoną zdolność odczytywania emocji z twarzy innych oraz wyrażania swoich emocji w celu nawiązania komunikacji z otoczeniem. Niektóre cechy (np. towarzyskość), z którymi rodzi się dziecko, mogą pozytywnie wpływać na rozwój inteligencji emocjonalnej. Badania wskazują także, że wzmacniając lub tłumiąc określone predyspozycje dziecka, rodzice mogą skutecznie wpływać na jej poziom. Z reguły dzieci mają podobną inteligencję emocjonalną jak rodzice. Interesujące w tym kontekście są wyniki badań pokazujące, że poziom inteligencji emocjonalnej partnerów w parze jest najczęściej podobny. Nie wiadomo, czy ludzie tak się dobierają, czy też zmienia się to podczas trwania związku. Z pewnością inteligencję emocjonalną można ćwiczyć.

Jak możemy rozwijać w dziecku te umiejętności?

Już od urodzenia trzeba otaczać dziecko bliskością, ciepłem, radością. Ogromną rolę odgrywa także obecność mamy i taty. Warto nachylać się nad dzieckiem, mówić do niego, uśmiechać, modulować głos. A przede wszystkim być blisko. Pierwszy rok życia dziecka to fundament na całe życie.

Rozmawiać z dzieckiem o tym, co czuje i co sami czujemy. Jeśli rodzic, widząc na buźce dziecka określony grymas czy mimikę, mówi mu: „Jesteś smutny, tak?”, uczy je, że to co jest na buzi wyraża smutek. I że to jest komunikat, na który ktoś reaguje. Później, gdy mama jest smutna, zareaguje dziecko. Przyjdzie i powie: „Nie smuć się, mama.” Ważne jest uchwycenie tego, powiedzenie na przykład: „Moja kochana córeczka, mama już nie będzie smutna”. Potem warto dziecko przytulić, przekazać, że jest dla nas ważne to, co robi. Nie mówmy: „Nic się nie dzieje”, gdy nasza twarz wyraża coś zupełnie odwrotnego. Dzielmy się z dzieckiem informacją o uczuciach, bo wtedy uczy się, że można o nich rozmawiać, że nie jest to temat tabu.

Przykładowa zabawa

Narysujcie kilka buziek lalki czy misia z różnymi minkami. Wylosuj jedną i poproś dziecko, aby o niej opowiedziało. Możecie później pokazywać te minki w lusterku i rozmawiać, na przykład o tym, co mogło się stać misiowi, że ma taką smutną minkę, i jak mu pomóc.

W rodzinie ważna jest otwartość uczuć. Wiadomo, czasem trzeba się bardziej kontrolować, bo na pewne rzeczy nie ma społecznego przyzwolenia. Ale w rodzinie możemy pozwolić sobie i na płacz, i na okazywanie spontanicznej radości. W domu można skakać i szaleć ze szczęścia.

Nie żałujmy słowa „kocham”. Zwróćmy jednak uwagę, by to słowo było mówione odpowiednio ciepłym głosem, z dużą czułością. By razem z tym słowem dziecko otrzymywało pozytywny ładunek emocjonalny. I by mogło nauczyć się prawidłowego znaczenia słowa „kocham”.

W domu czasem też się kłócimy. Nie jest dobrze, jeśli dziecko często ma okazję obserwować kłócących się rodziców. Jeśli coś takiego się zdarzy, należy zawsze zadbać o to, by później wziąć dziecko na kolana, przytulić i wytłumaczyć co zaszło. Powiedzieć na przykład, że mama i tata pokłócili się, bo czasami mamy inne zdania na określony temat, czasami złościmy się na siebie, ale to nie znaczy że się nie kochamy. Potem warto pokazać dziecku, że się pogodziliśmy.

Pozwalajmy dziecku na wyrażenie negatywnych emocji. Nie zaprzeczajmy jego uczuciom. Gdy dziecko boleśnie rozbije sobie kolano, nie mówmy: „E, nie trzeba płakać” albo „Ale jesteś mazgaj”. Maluch ma prawo płakać, bo coś go boli. Żeby nauczyć dziecko inteligencji emocjonalnej, samemu trzeba umieć popatrzeć na wydarzenie z punktu widzenia dziecka.

Dajmy dziecku szansę na samodzielne rozwiązywanie konfliktów z rówieśnikami. Przykład: Dziecko złości się i rozpacza, bo kolega z piaskownicy zabrał mu łopatkę. Nie mówmy: „Jesteś niedobry. Nie ma powodów do płaczu”. Raczej: „Zdenerwowałeś się, bo Kuba zabrał ci łopatkę, twoją łopatkę. Co zrobimy? Zobacz, tu jest żółta łopatka, którą ktoś zostawił. Może damy ją Kubie, a ty weźmiesz swoją”. W tym momencie zostawmy dziecku możliwość podjęcia takiej decyzji. Poczucie, że dziecko samo podejmuje decyzję i radzi sobie z konfliktami wpływa na rozwój inteligencji emocjonalnej.

Dziecko musi słyszeć „nie” od dorosłego. Jeśli nie ma stawianych granic, przyjmuje postawę roszczeniową, bo tego nauczyło się w domu. Nie akceptuje norm grupowych, bo wtedy nie jest już najważniejsze, nie jest w centrum, nie rządzi. Stawianie jasnych granic daje dziecku poczucie bezpieczeństwa.

Jak najczęściej chwalić, by budować silne poczucie własnej wartości. Bardzo ważne w chwaleniu dziecka jest sposób w jaki to robimy. Trzeba to robić w sposób autentyczny, zwracając uwagę na szczegóły, np. „Bardzo ładnie dobrałaś kolory drzew w parku jesiennym, są takie barwne i ciekawe”. Zamiast: „Bardzo ładny rysunek”, co może zostać uznane wyłącznie za podlizywanie. W chwaleniu należy także okazywać dziecku uznanie za dokonane czyny. Pochwałą obdarujmy je nawet wtedy, gdy coś mu nie wychodzi. Powiedz: „Następnym razem zrobisz to jeszcze lepiej”. Taka nasza postawa bardziej motywuje do dalszego działania, niż słowa: „No znowu ci nic nie wychodzi”.

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.

  1. Psychologia

Kobiety w stałych związkach - czego zazdroszczą singielkom?

Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Koniec wolności, rutyna, ograniczenia – owszem, to grozi każdemu związkowi. Ale będąc z kimś „na dobre i złe”, wiesz też pewnie, że to dobre wynagradza zwykle to złe. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz ma kilka wskazówek dla rozczarowanych żon i partnerek.

Od zawsze wiedziałaś, że będziesz mieć dom, męża, dzieci. W twojej rodzinie tak było od pokoleń. Wspólne mieszkanie, dzieci, wspólne konto – tak żyli twoi rodzice, dziadkowie… Kiedy nadszedł twój czas, wybrałaś tego Jedynego, w głębi duszy wierząc, że wasz związek będzie wyjątkowy. Mijają lata, między wami bywa różnie; raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. A wokół ciebie mnóstwo singielek, które idą przez życie same, bez mężczyzny, i twierdzą, że to ich świadomy wybór.

„Wolę być sama niż samotna” – usłyszałaś niedawno na babskim spotkaniu. „Jeśli mam ochotę napić się wina, nie muszę kupować całej winnicy” – to głos koleżanki z pracy, pożeraczki męskich serc i łowczyni cudzych mężów. Roześmiałaś się w duchu na myśl o tym, co by powiedział na to twój mąż, ale ziarenko niepewności zakiełkowało i w głowie pojawiły się niepokojące pytania: Jak bardzo musiałam zrezygnować z siebie dla naszego związku? Czy samej byłoby mi lepiej? Czy on dotrzymał obietnic, które mi składał? Skoro się kochamy, to dlaczego czasami czuję się taka samotna?

Zdaniem małżeńskich terapeutów po roku, dwóch albo trzech latach nawet w najlepszym związku pojawia się poczucie rozczarowania, opuszczenia, odrzucenia. – Jeśli jesteś z kimś w związku, to prawdopodobieństwo tego, że będziesz czasami doznawała stanów dojmującej samotności jest większe, niż kiedy żyjesz sama – twierdzi Zofia Milska-Wrzosińska, psycholożka, psychoterapeutka. – Bo kiedy wchodzisz w bliską relację, otwiera się obszar związany z twoimi pragnieniami, tęsknotami, oczekiwaniami i nadzieją, że zranienia z przeszłości zostaną opatrzone, a to, co bolesne i trudne – ukojone. A to jest niemożliwe.

Czy lepiej żyć razem, czy w pojedynkę? Czy na to pytanie można w ogóle dać jednoznaczną odpowiedź? Czego tak naprawdę zazdrościsz koleżankom – singielkom? Jakie gorzkie prawdy sobie przyswoiłaś?

„Małżeństwo to koniec wolności”

Kochana, odkryłam cudowne SPA na Mazurach, może wybierzemy się tam w weekend? – rzuciła od niechcenia koleżanka. To kusząca propozycja, ale… kiedy ostatni raz po babskim spotkaniu zdecydowałaś się przenocować u przyjaciółki, twój ukochany nie był zachwycony. Nie robił ci wyrzutów, ale wiesz, że nie lubi, kiedy spędzasz noce poza domem. On jest typowym domatorem, nawet razem rzadko wychodzicie. Przyzwyczaiłaś się do tego, ale czasami z sentymentem wspominasz, że kiedyś byłaś duszą towarzystwa; uwielbiałaś imprezy, spontaniczne wyprawy za miasto, a dziś? Przecież w satysfakcjonującym związku życzenia, potrzeby i dobre samopoczucie partnera powinny być dla ciebie tak samo ważne jak twoje własne.

Przypomnij sobie, dlaczego przed laty zdecydowałaś się zrezygnować, a może bardziej – ograniczyć swoją wolność? Może dlatego, że poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, zrozumienia, a także pragnienie dzielenia wspólnych planów i pasji, czyli część MY, stały się dla ciebie ważniejsze niż część JA? Twoja koleżanka singielka w każdej chwili może wyruszyć na koniec świata, nie pytając nikogo o zgodę, ale gdy ma problem, to do ciebie dzwoni w środku nocy. A kiedy, po wysłuchaniu jej szlochów, wracasz do łóżka, złodziej twojej wolności z miłością obejmuje cię ramieniem i zaspany pyta: „Wszystko w porządku?”. Zależy ci na tym wyjeździe do SPA? Może powiedz mu o tym? Małżeństwo to nie więzienie. To od was zależy, ile dacie sobie nawzajem wolności.

„Małżeństwo to zabójca miłości”

Nawet największa miłość kończy się po okresie miodowym – tak twierdzą przeciwniczki trwałych związków. Mówią: „romans – tak, małżeństwo – nie, bo każdy facet zmienia się po ślubie”. Cóż, jest w tym trochę racji. Codzienna rutyna to zabójca pożądania. Nie kochacie się już tak często i z taką namiętnością jak w pierwszych miesiącach po ślubie. Bywają między wami ciche dni. No i twój mąż nie jest już tym dzielnym rycerzem, który nosił cię na rękach. To prawda, ale ty też nie jesteś już tą zakochaną w nim bez pamięci dziewczyną, która spijała z jego ust każde słowo. Specjaliści od terapii par przyznają, że w miarę trwania związku zmienia się dynamika miłości. W miejsce namiętności i intymności – najbardziej „apetycznych” składników – pojawiają się przyzwyczajenie i zaangażowanie. A zakochanie przechodzi w etap dojrzałej miłości.

Obecnie coraz więcej par deklaruje pragnienie funkcjonowania w tzw. wolnym związku, który podobno nie zabija wolności, niezależności, możliwości samorozwoju, i trwa dopóty, dopóki nie wygaśnie „płomienna” miłość. Takie pary trafiają do mojego gabinetu i nierzadko okazuje się, że pod seksualną i emocjonalną swobodą kryje się lęk przed bliskością lub przed odrzuceniem, a także niewyrażona tęsknota za poczuciem stabilności, spokoju i bezpieczeństwa. Małżeństwo nie jest stanem, lecz procesem, w którym pojawiają się okresy bliskości, ale też dystansu, kryzysy, rozczarowania i problemy. Na przestrzeni wspólnego życia zmienia swój kształt, zmienia się intensywność, intymność i motywacja do bycia razem. Obydwoje się zmieniacie, rozwijacie się jako para, ale także każde z osobna. Bywa, że na jakiś czas przestajecie się rozumieć, zamykacie jedno na drugie – po to, by znów wrócić do siebie „z” i „dla” miłości. Kreujecie wspólny świat, doświadczając go jednak osobno – bo miłość łączy, ale czasami też dzieli.

Zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie życie bez niego – mężczyzny, którego wybrałaś „na dobre i złe”. Jak się z tym czujesz?

„Małżeństwo to wybór na całe życie”

Skąd mam wiedzieć, że nie spotkam mężczyzny, w którym się zakocham bardziej niż w moim narzeczonym? – to najczęstsze pytanie, które zadają mi kobiety tuż przed decyzją o ślubie. Niestety, nikt ci nie da takiej gwarancji. Być może, będąc mężatką, właśnie tego najbardziej zazdrościsz singielkom – spotkania miłości życia. Choć w dzisiejszym świecie kolejne małżeństwa wcale nie należą do rzadkości, czasami okazuje się, że drugie czy trzecie również kończy się rozwodem. Zdarza się również, że wybór życia w pojedynkę jest właśnie konsekwencją kolejnej nieudanej próby. A pozamałżeńskie romanse są chwilową ucieczką od owego wyboru na całe życie. No cóż, satysfakcjonujący związek wymaga dojrzałości obydwojga partnerów. A dojrzałość to przede wszystkim umiejętność dokonywania wyboru określonej drogi życia i wykluczenie pozostałych możliwości. Wybór tego jedynego partnera wyklucza wszystkich innych, i rzeczywiście nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy w waszym małżeństwie panuje sielanka, czy akurat macie kryzys, wasza relacja, w odróżnieniu od np. przyjaźni, opiera się na wiążącej umowie, której zasady powinniście ustalić na początku. Niestety, partnerzy kierowani impulsem zakochania naiwnie wierzą, że „wszystko się samo ułoży”. Zależność, wierność, lojalność czy podporządkowanie – to nie są kajdany, ale kwestie do ustalenia.

Kiedy trafia do mnie para na terapię, pierwsze zadanie, jakie mają do wykonania, to narysować siebie i partnera w postaci kółek. Ważne jest, w jakiej odległości kółka znajdują się od siebie, czy się przecinają i co jest zawartością każdego z nich oraz części wspólnej. W niej mieszczą się wspólnie wypracowane zasady dotyczące wolności, niezależności, wspierania się, indywidualnych wyborów, prawa do dystansu i samorealizacji, czyli to wszystko, czego zazdrościsz singielkom.

  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? Pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł?
Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!?
To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą?
Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła?
Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”.
Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość.
Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie.
Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji.
Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz.
Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą?
Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.