1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Smutek - jaką niesie dla nas informację? Dlaczego odczuwamy smutek?

Smutek - jaką niesie dla nas informację? Dlaczego odczuwamy smutek?

Jak przeżywać smutek? Nie ma jednej gotowej recepty. Na pewno musisz być w bezruchu, bo tylko wtedy naprawdę możesz czuć (fot. iStock)
Jak przeżywać smutek? Nie ma jednej gotowej recepty. Na pewno musisz być w bezruchu, bo tylko wtedy naprawdę możesz czuć (fot. iStock)
Zygmunt Freud twierdził, że naszym życiem kierują dwa podstawowe popędy: do przyjemności oraz do unikania cierpienia i bólu. Nic więc dziwnego, że radość i smutek to najwięksi przeciwnicy, którzy toczą w nas nieustającą walkę. Czy rzeczywiście muszą być w stosunku do siebie w kontrze?

Czym jest smutek?

We wczesnym dzieciństwie przyjemność i cierpienie odczuwamy całym ciałem. Przyjemność to rozluźnienie, otwarcie, spokój i bezpieczeństwo, cierpienie to napięcie, zamknięcie, mobilizacja. Słowo emocje (emotion) oznacza ruch „od” czegoś (unikanie) czy „do” czegoś (dążenie), ruch, który rodzi się z przyjemności lub z bólu. Wraz z rozwojem świadomości nasz emocjonalny kalejdoskop rozszerza się o kolejne, bardziej wysublimowane doznania, emocje przekształcają się w myśli, a doznania w ciele oddzielają się od głowy. Nasze odczucia zaczynają być kojarzone z konkretnymi wydarzeniami: lęk z jakąś przykrą sytuacją, złość – z faktem naruszenia naszych granic. W ten oto sposób zaczynają się tworzyć nasze osobiste historie, np. „Zawsze spotykam mężczyzn, którzy mnie odrzucają”. Utrwalone w głowie coraz bardziej odcinają nas od doznań w ciele. Chcąc nie przeżywać trudnych emocji, zastanawiamy się, co zrobić, by uniknąć sytuacji sprawiających cierpienie: „Skoro w związkach zawsze prędzej czy później zostaję zraniona, to może lepiej nie wiązać się na stałe?”. Za cenę uniknięcia cierpienia wyrzekamy się również radości i przyjemności. Bywa, że przestajemy czuć cokolwiek.

Przeżywanie smutku i trudnych emocji

Pudełko chusteczek – nieodłączny atrybut psychoterapeuty – to postrach wielu pacjentów. „Ojej, chusteczki, czy wszyscy pani pacjenci płaczą na sesjach?”, „Ja jestem twarda, na pewno się nie rozpłaczę”. Większość ludzi pojawiających się w gabinecie psychologa wstydzi się swoich łez. Płacz kojarzy nam się ze słabością, rezygnacją, obnażeniem i przede wszystkim – depresją. Nawet pogrążeni w największej rozpaczy staramy się ukryć smutek. Opuszczone ramiona, usztywniona szyja, zamknięta klatka piersiowa, zaplecione nogi, twarz jak maska, uśmiech przez zaciśnięte usta i oczy bez wyrazu – tak często wygląda człowiek, który po raz pierwszy pojawia się w moim gabinecie. A kiedy pytam: „Smutno ci?”, pacjent próbuje przyjąć pozę pewności i zaczyna snuć swoją historię: „Jestem DDA, w dzieciństwie byłam molestowana, nie mam pracy, komornik wszedł mi na konto, ale… jakoś sobie radzę, nie jest ze mną jeszcze tak źle, pewnie inni mają gorzej…” . Czasami, kiedy słucham podobnych opowieści, serce pęka mi z żalu i współczucia, i to nie tylko z powodu przerażającej treści, ale dlatego, że ten cierpiący człowiek tak bardzo jest odcięty od swojego cierpienia i smutku.

Wolimy opowiadać smutne historie niż przeżywać smutek. Jakbyśmy łudzili się, że uczucie smutku widziane na twarzy naszego rozmówcy w jakiś magiczny sposób zmniejszy nasze cierpienie. Niekiedy nawet nazywamy nasze uczucia: „Tak, jest mi smutno”, ale to smutek z głowy, smutek, który nie ma żadnego połączenia z odczuciami w naszym ciele. Kiedy czasami zadaję pytanie: „Jak i gdzie w ciele odczuwasz swój smutek? Opisz mi, jakie to doznanie”, w oczach pacjenta widzę zdziwienie. Większość osób, które trafiają do mnie w wyniku traumatycznych wydarzeń, jest już po wizycie u psychiatry, leczonych antydepresantami, znieczulonych na smutek i wszystkie trudne emocje.

Emocje: smutek kontra radość

„W głowie się nie mieści” - to tytuł amerykańskiego, animowanego filmu wytwórni Pixar. Motyw przewodni to historia 11-letniej Riley, która razem z rodzicami przeprowadza się z Minnesoty do San Francisco. Traci przyjaciół, ukochaną grę w hokeja, stary dom i zmaga się z nową szkołą, nieakceptacją kolegów i na dodatek z trudami dojrzewania. Równoległym wątkiem są przygody jej emocji: Radości, Strachu, Odrazy, Gniewu i Smutku. W centrum dowodzenia (umyśle dziewczynki) prym wiedzie oczywiście Radość (zgodnie z teorią popędów Freuda). Pozostałe „negatywne” uczucia czasami bywają dopuszczane do głosu, np. Strach chroni przed potknięciem się o przeszkodę, a Odraza – przed zjedzeniem pizzy z brokułami. Pani Smutna jest wyraźnie na cenzurowanym: „Nie rusz, nie dotykaj, zostaw, odejdź stąd” – Radość ma z tą upartą personą pełne ręce roboty. Ilekroć Riley poczuje się smutna, Radość natychmiast ją rozwesela: przywołuje radosne wspomnienia, przypomina ukochanego Przyjaciela z Dzieciństwa, zamyka Smutną w Kole Smuteczków i nie pozwala z niego ruszać się ani na krok. Ale jak tu się radować, kiedy w świecie dziewczynki jest tyle przykrych wydarzeń? Gdy rozdźwięk pomiędzy realnością i uczuciami staje się nie do pogodzenia (zupełnie jak w życiu), w uczuciach Riley robi się totalny chaos; Radość i Smutna pogrążone w walce wypadają z centrali dowodzenia, a przy pulpicie sterowniczym zaczynają rządzić Gniew, Strach i Odraza… Nietrudno przewidzieć, co stało się dalej. Zdezorientowana dziewczynka postanawia uciec z domu i wrócić do ukochanej Minnesoty. W autobusie pogrąża się w depresji – przestaje czuć cokolwiek.

Zakończenie filmu jest cudownie trafnym i perfekcyjnie psychologicznym zdefiniowaniem znaczenia smutku: to tęsknota za tym, co było przyjemne, dawało wsparcie i miłość. Bez smutku inne emocje tracą sens.

Smutek ma gorzko-słodki smak

Czym jest smutek? Zdaniem Alexandra Lowena, twórcy Bioenergetyki, smutek to emocja wiążąca się ze wspomnieniami minionej przyjemności i z bólem po jej utracie. W zależności od natężenia może zamienić się w żal, a następnie w rozpacz. Smutek występuje wtedy, kiedy wspomnienie „dobrych” uczuć przeważa nad bólem, żal – gdy ból utraty jest większy niż wspomnienie przyjemności. Rozpacz rodzi się wtedy, gdy ból jest tak wielki, że całkowicie wyklucza przyjemność.

Smutek to energia ciągnąca nas w dół. Co robi smutek z naszą postawą? Opuszczone ramiona, zapadnięta klatka piersiowa, wciągnięty brzuch, ciężar w miednicy, słabość w nogach. Czasami pacjenci doświadczający smutku mówią: „Boję się, że ciężar smutku mnie unicestwi, że zniknę albo wypłaczę wszystkie łzy, rozpuszczę się”.

Bywa, że smutek jako emocja dopada nas znienacka, zupełnie niespodziewanie: „Wstałam rano i jakoś tak mi smutno. Może to coś z ciśnieniem?”. A kiedy przeanalizujesz miniony tydzień, okazuje się, że: przyjaciel cię nie wysłuchał, choć do tej pory zawsze mogłaś na niego liczyć, w pracy coś zawaliłaś i szef cię skrytykował, a przecież do tej pory zawsze cię chwalił, śnił ci się ukochany mężczyzna, z którym było wam cudownie, ale się skończyło. Tysiące mniejszych i większych smuteczków, które z lęku zagłuszałaś sztuczną radością, gromadziło się na dnie twojego serca, by pewnego dnia zalać cię smutkiem przez duże S. Jesteś zdezorientowana i przerażona, nie rozumiesz, co się dzieje, dlaczego widzisz świat w czarnych barwach – ty, etatowa optymistka. I na dodatek ludzie się od ciebie odsuwają, jakby bali się zarazić twoim nastrojem. Inni radzą: „Weź się w garść albo weź antydepresant”. „A może to rzeczywiście depresja?” – myślisz, a twój smutek rozrasta się o dodatkowe, niefajne emocje. Pojawia się bezsilność, rozczarowanie, złość, lęk.

Między depresją a smutkiem psychologia dostrzega jedną podstawową różnicę. W depresji przestajesz czuć cokolwiek. Dodatkowo tracisz energię i motywację do działania, przestaje ci na czymkolwiek zależeć. Nie jesteś w stanie normalnie funkcjonować. Proste, codzienne czynności są dla ciebie nie do wykonania. Znika nawet lęk, jest ci wszystko jedno. Tymczasem smutek to emocja ciepła i pełna życia. Pod warunkiem że pozwolisz sobie go przeżyć.

Jak powstają emocje

Problemem nie jest smutek czy jakakolwiek inna trudna emocja, ale myśli jej towarzyszące: „O rany, co teraz będzie, ludzie się ode mnie odsuną, nie dam rady, stracę całą swoją siłę, nigdy już nie będę szczęśliwa”. Chcąc zagłuszyć smutek, próbujemy natychmiast odkryć jego przyczynę i znaleźć metodę, by kolejny raz nie pojawiła się sytuacja, która go spowodowała. Wracamy myślami do przeszłości, zaniedbując „tu i teraz”, w nieskończoność rozpamiętujemy bolesne wydarzenia, opowiadamy je naokoło, tym samym wciąż na nowo je przeżywając i dewaluując przyczyny swojego smutku. Unikamy sytuacji, które mogłyby nas zasmucić, albo wręcz przeciwnie – przeżywamy smutek wirtualnie, oglądając melodramaty. A wszystko po to, by nie poczuć bólu.

Czy wiesz, jak powstaje smutek i wszystkie inne emocje? Najpierw pojawia się bodziec (ze świata zewnętrznego lub wewnętrznego). Bodziec wywołuje określone doznanie w ciele, np. ścisk, zimno, ciasno, drżenie. Wreszcie nazywasz to doznanie – np. zimno w okolicy serca to smutek (konkretna emocja). Kiedy uświadomisz sobie swoje uczucie i nazwiesz je – możesz podjąć konkretne działanie: „Jest mi smutno, zadzwonię do przyjaciółki”. Moment uświadomienia sobie uczucia, nazwania go najczęściej jest właśnie tą chwilą, kiedy oddzielasz się od czucia (doznanie z ciała zamieniasz na myśl). Być może pojawia się w tobie pokusa, żeby skontrolować swoją emocję: „Nie dam się smutkowi, poradzę sobie z nim, najlepiej zajmę się jakimś działaniem”. Możesz też poczuć pokusę, by zamienić smutek w radość (jak we wspomnianym filmie). Wiele z nas słyszało od dzieciństwa: „Jak jest ci smutno, zmuś się do śmiechu, a od razu ci się polepszy”. Niestety, na dłuższą metę to nie działa. Kiedy próbujesz zaśmiewać smutek, pojawia się złość, a zamrożona złość i smutek to depresja.

Jedyną skuteczną metodą jest przeżycie smutku, a jeszcze wcześniej odczucie go i akceptacja, ale w ciele, nie w głowie (patrz ramka). Kiedy nauczysz się pracować z odczuciem smutku, a nie z historią, która go spowodowała, przestanie cię tak przerażać. Wszyscy bez wyjątku bywamy smutni i nie zawsze warto szukać przyczyny, bo nawet jeśli ją znajdziesz, nie uchroni cię to przed smutkiem w przyszłości.

Dlaczego odczuwamy smutek? Smutek pozwala nam docenić to, co straciliśmy, zatrzymać się na chwilę, skontaktować ze swoim ciałem, obniżyć napięcie (np. poprzez płacz), spotkać się z własną słabością, wrażliwością i przemijalnością. Poznać i docenić smak radości, przyjemności i miłości. Nauczyć się dzielić smutek i inne trudne emocje z ważnymi ludźmi, prosić o wsparcie i je przyjmować. Człowiek, który nie wstydzi się swojego smutku, jest prawdziwy, godny zaufania i empatyczny. Jak przeżywać smutek? Nie ma jednej gotowej recepty. Na pewno musisz być w bezruchu, bo tylko wtedy naprawdę możesz czuć. Smutek, jak każda inna emocja, narasta, osiąga kulminacyjny punkt (czasami wtedy wydaje ci się, że dłużej już tego nie wytrzymasz), a potem opada i pojawia się ulga i duma, że dałaś radę, że smutek cię nie zabił. Warto wtedy spokojnie oddychać, a kiedy poziom smutku zacznie opadać i poczujesz potrzebę autentycznego ruchu, np. chęć objęcia się ramionami albo delikatnego kołysania, po prostu to zrobić. Pamiętasz? Emocja to ruch. Smutek jest jak wielka, ciężka pokrywka, pod którą znajdują się smakowite uczucia: nadzieja, ulga, radość i miłość.

Ewa Klepacka-Gryz psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Uroki tajemnicy. O sekretach, które mogą ratować i niszczyć życie

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Historyczne, polityczne, to tajemnice sensacyjne, ale tak naprawdę szokują przez chwilę. Za to sekrety nasze codzienne potrafią zniszczyć życie albo... je odbudować.

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś czyjś ważny sekret – znasz ciężar tego brzemienia. A ujawnienie czyjejś tajemnicy? Nierzadko postrzegamy taki czyn jak przewinienie podobne do zdrady. Poinformowanie żony o tym, że jej mąż ma drugą rodzinę, wnuka o zbrodni dziadka albo dziecka, że jest adoptowane... Wiadomo, otwarcie takich tajemnic wywraca ludzkie biografie. A czy tajemnice potrafią zniszczyć życie tego, kto je nosi w sobie?

– Kiedy obawiamy się, że coś, co chcemy ukryć, może wyjść na jaw, żyjemy pod stałą presją, co nie pozwala nam swobodnie oddychać – mówi Zuzanna Celmer. – Funkcjonujemy niejako w dwóch rzeczywistościach: zewnętrznej i wewnętrznej, a takie rozszczepienie na pewno nie służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Niekiedy jednak, jeśli jest się absolutnie przekonanym, że zachowanie tajemnicy w jakiejś kwestii jest konieczne dla dobra człowieka lub sprawy – wówczas klauzula „tajne” ma wysoki priorytet w hierarchii wartości. Niesiemy ją w sobie przez całe życie z poczuciem słuszności tej decyzji.

Takim szczególnym przypadkiem jest adopcja. – Kiedy rodzice uważają, że adoptowane przez nich  dziecko nie może się dowiedzieć o tym fakcie, bo mogłoby mieć żal i poczuć się odrzucone przez biologicznych rodziców, będą ukrywać tę prawdę, ale i zadręczać się tym, że może ją usłyszeć od kogoś innego – mówi Zuzanna Celmer. – W historii rodzin często kryją się zdarzenia, o których nie mówi się nawet między sobą, pokrywając je milczeniem. Dodajmy do tego tajemnice biografii poszczególnych członków rodzin, ujawniające się na przykład w ustawieniach hellingerowskich, i nasze własne sprawy czy zachowania – większe lub mniejsze – o których dla swojego dobra wolelibyśmy zapomnieć.

Oczywiście, każda epoka ma swoją specyfikę. Na przykład nieślubna ciąża córki czy wdanie się syna w tzw. nieodpowiednie towarzystwo – starannie kiedyś ukrywane, wraz ze zmianą obyczajowości i poluzowaniem norm moralnych, nie jest już hańbą czy powodem do wstydu. Może nie rozpowiada się o tym wszem i wobec, ale też nie tai przed otoczeniem. Niemniej tajemnice istnieją nadal. Związane są choćby z historycznymi zawieruchami, jak druga wojna światowa, okres powojenny czy kolejne dekady polskich dziejów. Słowo sekret wydaje się mieć lżejszy ciężar gatunkowy i bardziej oznacza umowę o niezdradzaniu czegoś przed konkretnym terminem, zanim nie zostanie to „coś” ogłoszone, wykonane lub nie nadejdzie pora, żeby to ujawnić. Natomiast tajemnica jawi się jako „tajna”, a więc ukryta tak długo, jak to tylko możliwe. Czasami aż do śmierci.

Dziewczyna i chłopak

Piotrek pojawił się na szkolnym balu przebierańców niespodziewanie – do wczoraj mówił, że to głupie. Ubrany był w czarne skórzane kozaczki na obcasie. I miał makijaż! Przebił wszystkie zakonnice, pielęgniarki, hinduskie tancerki. Był lepszy od diabła i Batmana. Ola patrzyła na niego zauroczona. Minął rok odkąd zaczęli się spotykać, ale takiego Piotrka jeszcze nie znała. Zazwyczaj bywał spięty, zamknięty w sobie, znikał na treningach siatkówki. Twardziel. Ale ona cieszyła się, że nie włóczy się po pubach i nie ogląda za dziewczynami. Tego by nie zniosła. Jej poprzedni chłopak wariował na widok każdej z jej koleżanek i wreszcie bezpowrotnie odszedł z jedną z nich. Długo czuła się zraniona, przestała ufać chłopakom.

A potem pojawił się Piotrek. Nad łóżkiem zamiast Rihanny miał plakat z Eltonem Johnem. Spokojny, długo nalegał na spotkanie. Aż poszli wreszcie do kina i... trzymali się za ręce. Potem spacer, trochę pocałunków. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko po kolei. Tak jak według Oli powinno być. Najpierw poznawanie się, chodzenie za rękę, przytulanie, dopiero potem seks, układanie życia, rodzinne wakacje, dzieci...

I oto wyluzowany i rozbawiony Piotrek rozdawał wszystkim kokieteryjne spojrzenia i co chwilę wybuchał śmiechem. Tańczył nawet z Marcinem. „Nareszcie!”– pomyślała Ola. „Otworzył się. Dziś pójdziemy do... niego”.

Po balu chciała pojechać z Piotrkiem, on jednak zaprotestował. I w tym momencie Ola naprawdę się załamała. Wiedziała, że taka noc nieprędko się powtórzy. Płakała całą drogę.

Od tej pory nie było już tak jak dawniej. Coś się popsuło. Piotrek bardzo rzadko do niej dzwonił, nie zawsze też odpisywał na jej SMS-y. „Może jestem zbyt natarczywa? Seks to przecież nie wszystko” – myślała Ola. Ale po tygodniu nacisnęła guzik przy numerze 25 na jego domofonie.

Piotr nie chciał z nią rozmawiać, ale nie dała za wygraną. Winda. Jeszcze nigdy jazda tak się nie dłużyła. Drugie piętro. Setki myśli. Piąte piętro. Miliony pytań. Siódme. Zapukała. Drzwi otworzył Marcin. Ten, z którym Piotrek tańczył na balu. „Nie męcz mnie, Olu” – powiedział Piotrek – „Ja cię nie kocham. Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi”. „Jeśli mężczyzna proponuje kobiecie przyjaźń, to znaczy, że to koniec miłości” – Ola przypomniała sobie słowa mamy.  Łzy spadały na niebieską sukienkę... Nie pamięta, jak wróciła do domu. Ale nie zapomni chwili, kiedy tajemnica wyszła na jaw.

Zadzwonił domofon. Ola odebrała. Znała ten głos! To głos Marcina. Skoczyła na równe nogi. „Skończmy te sekrety. To paranoja. Wszystkim będzie lżej. Ja i Piotrek jesteśmy razem od pół roku. Piotrek nie wiedział, jak ci to powiedzieć” – usłyszała.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: Największą tajemnicą w tej historii jest to, dlaczego Ola po raz kolejny zakochała się w kimś, kto ją zdradził. Bo to, że Piotr wybrał Marcina, a nie Martę – jest bez znaczenia. Niepokoi to, że znów została sama, oraz że przez pół roku nie dostrzegła, że jej ukochany ma kogoś innego.

Najłatwiej w tej sytuacji byłoby oskarżyć Piotrka, że ją oszukiwał i ukrywał przed nią swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Ale to pójście na łatwiznę. Ono nie wniesie do życia niczego kreatywnego. Ola musi zrobić coś trudniejszego – rozwiązać własną tajemnicę, odpowiedzieć sobie: „dlaczego wybieram takich chłopaków i wchodzę w takie związki?”. Musi zrozumieć destrukcyjny mechanizm, który popycha ją w ramiona tych, którzy ją odrzucają i ranią. Zostawiają samą.

Do rozwikłania pozostają też tajemnice rodzinne. Jaki wzór związku Ola wyniosła z rodzinnego domu? Czy mama i tata dawali jej poczucie, że jest kochana? Ta wiedza będzie jej potrzebna po to, żeby w przyszłości zbudować udany związek. Radziłabym także rozmowę z kimś starszym i godnym zaufania. Psychoanalitykiem, psychoterapeutą, szkolnym pedagogiem…

Ojciec i syn

Gdy matka opowiedziała mu wszystko, Paweł poczuł ulgę. Od lat podejrzewał jakiś rodzinny sekret. Coś, co nieuchronnie prowadziło ich rodzinę do dezintegracji, nie pozwalało budować, za to łatwo gasiło z trudem zapalany ogień. Czasem się nad tym zastanawiał. Wiedział, że jego matka poznała w młodości mężczyznę, z którym łączyło ją wielkie uczucie, że po rozwodzie wróciła z córeczką do rodzinnego domu, a presja wywierana przez konserwatywnego dziadka doprowadziła do tego, że wyszła za mąż za jego ojca.

„Zaczęłam spotykać się z twoim ojcem z czystego rozsądku” – wyznała. „Szukałam kogoś, kto zaakceptuje mnie i twoją siostrę. Chciałam uciec z domu twojego dziadka, z zaściankowego świata, w którym rozwódka z dzieckiem była traktowana jak czarownica”.

Gdy Paweł przyszedł na świat, jego matka miała 28 lat, męża, M4 i jako takie szczęście. Mąż jednak pił regularnie. Paweł pamiętał ojca od zawsze jako alkoholika. I awantury, a przede wszystkim brak kontaktu. „Zawsze czułem, że nie jesteśmy do siebie podobni, że brak między nami więzi emocjonalnej. Że ja go tak naprawdę nie kocham, a on mnie też jakoś tak, dziwnie. Moją siostrę brał na kolana, mnie nigdy. Nienawidziłem chwil, kiedy atakował mamę. Zawsze brałem jej stronę i wtedy często padały słowa: »Bo mu powiem, bo mu powiem!«. Pewnie nieraz chciał wszystko wykrzyczeć, ale mama tak to organizowała, żeby prawda nie wyszła na jaw”.

Teraz, kiedy zmarł, Paweł wiedział już wszystko. „Był bezpłodny” – powiedziała matka – „Z tego powodu odeszła od niego pierwsza żona. Tak jak ja padł ofiarą małomiasteczkowych konwenansów. Facet, a nie może mieć dzieci? Doszliśmy do porozumienia. Skoro on był dobry dla mojej córki, postanowiłam zrobić coś dla niego. Pracowałam w kancelarii prawnej. Podobałam się mężczyznom. Wiedziałam, kiedy pójść do łóżka, żeby zajść w ciążę”.

Paweł słuchał z ciekawością. Jego dorosłe życie było już poukładane, nie czuł żalu do matki: „Chroniła mnie przed prawdą, szczególnie w okresie dojrzewania, z obawy przed tym, żebym nie wykorzystywał tego przeciwko niemu. Tak było lepiej. Co mógłbym zrobić jako zbuntowany nastolatek? Gnębić „mojego” ojca, który wychowywał mnie tak, jak potrafił? Ileż energii musiał wkładać w dochowanie tej wielkiej tajemnicy? Tak naprawdę bardzo mu współczuję” – mówi z przekonaniem Paweł.

A biologiczny ojciec? „Pan z kancelarii, tuż po tym jak mnie stworzył, został wydelegowany do pracy za granicą. Najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia, że jestem na świecie. Nigdy się nie spotkaliśmy. Na początku korciło mnie, żeby go odnaleźć. Spotkanie własnego ojca na pewno stanowi jakąś pokusę. Może jest biedakiem, a może milionerem? To przecież mój prawdziwy ojciec. Tylko jeden i aż jeden, ale... z drugiej strony, po co miałbym mu fundować frustracje? Wchodzić nagle w jego może poukładane życie? Co nasze spotkanie mogłoby dla niego znaczyć? Szok? Zmianę światopoglądu? Nie, nie, nie zrobię mu tego. Na razie cieszę się wszystkimi pozytywnymi genami, jakie w sobie dostrzegam. Może właśnie po nim?”.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: W historii Pawła widać, że poznanie rodzinnej tajemnicy ma wyzwalającą, twórczą siłę. Dlaczego? Każdy z nas potrzebuje spójnej autonarracji, czyli czegoś w rodzaju powieści lub scenariusza, w którym jesteśmy głównym bohaterem. Jeśli w tym „filmie” są białe plamy i sprzeczności, nasza postać jest niepełna, czegoś jej brakuje. Odkrycie brakujących „scen” we własnej historii daje pewność, że wiemy, kim jesteśmy. Pozwala lepiej zrozumieć to, co się w życiu wydarzało i wydarza.

W chwili gdy Paweł odkrył rodzinną tajemnicę, zrozumiał, dlaczego ojczym był dla niego taki obcy. Poczuł współczucie do człowieka, którego przez lata oskarżał i nie znosił. Dopiero teraz docenił jego starania. Przestał czuć się niekochanym synem. Dzięki temu uwolnił się od ciężaru przeszłości i był wreszcie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje wybory.

Odszyfrowanie rodzinnej tajemnicy bywa szansą na odnalezienie w sobie siły życiowej, zaakceptowanie tego, kim się jest, i uwolnienie twórczej energii.

  1. Psychologia

Moc zaklęta w gniewie - wypieranie „trudnych” uczuć pozbawia nas energii

Gdy tłumimy swoją prawdziwą moc i pozwalamy innym, by mieli nad nami władzę, ogarnia nas słuszny gniew (fot. iStock)
Gdy tłumimy swoją prawdziwą moc i pozwalamy innym, by mieli nad nami władzę, ogarnia nas słuszny gniew (fot. iStock)
Jedną z najczęstszych trudności, z jakimi spotykam się w pracy terapeutycznej, jest niezrozumienie własnych uczuć. Większość z nas nie ma pojęcia, że nie przeżywając i nie wyrażając ich, zamykamy przepływ życiowej energii. Nie rozumiemy, dlaczego życie przestaje dawać nam radość, dlaczego odczuwamy emocjonalny i fizyczny dyskomfort.

Często nie pozwalamy sobie na doświadczanie tak zwanych „negatywnych emocji” - smutku, gniewu, rozpaczy - z obawy, że zostaniemy przez nie zagarnięci. Tymczasem właśnie przeżycie w pełni jakiegoś uczucia odblokowuje energię i sprawia, że znika. Terapia pomaga nam przeżyć w pełni zablokowane emocje i odzyskać utracony spokój.

Złość i gdziew budzą strach

Złość jest emocją, której najbardziej się boimy i którą najczęściej tłumimy, bo kojarzy nam się z agresją, z zadawaniem ran. Ale właśnie zabraniając sobie czuć złość, stajemy się agresywni wobec siebie. Ważne, aby oprócz przeżywania złości, umieć odczuć i wyrazić także lęk przed nią, wtedy nie będziemy musieli atakować czy oskarżać siebie lub innych. Wyrażona złość staje się dla nas źródłem energii do działania, wnosi autentyczność, siłę.

Pragniemy bliskości i namiętności w związkach, a nie mamy świadomości, że związek umiera, gdy ludzie przestają wyrażać uczucia. Tłumiąc złość, pozbawiamy się mocy, przyjmujemy rolę ofiary. Nasze ciała wyrażają tę słabość poprzez odrętwienie. Gdy tłumimy swoją prawdziwą moc i pozwalamy innym, by mieli nad nami władzę, ogarnia nas słuszny gniew. Dlatego nawiązywanie kontaktu z własną złością umożliwia nam odzyskanie własnej mocy. Tylko w ten sposób może powrócić do nas siła i energia.

To cudowne patrzeć jak ludzie, którzy czasem przez dziesiątki lat skrywali bolesne uczucia, pozbywają się ich w kilka chwil. Bardzo istotne jest nauczyć się rozumieć i akceptować swoje uczucia w momencie, gdy się rodzą, bo wtedy pozwalamy im swobodnie płynąć, zmieniać się. Taka postawa sprawia, że jak dzieci czerpiemy z życia, z naszych zmieniających się uczuć pełną radość.

Zgubne ideały

A co z tak zwanym pozytywnym myśleniem? Jeśli przeszkadza nam ono w pełnym i prawdziwym przeżywaniu naszego życia, może wcale nie jest takie pozytywne. Jeżeli myślimy „pozytywnie”, żeby nie przyznać się do strachu, bólu, złości, to okłamujemy siebie i innych. Życie może być piękne pod warunkiem, że je przeżywamy. Lubimy mieć ideały, próbujemy nawet nimi żyć, zapominamy jednak, że one „nie akceptują” życia. Dlatego zawsze warto zapytać siebie, czy żyjemy naszym prawdziwym życiem, czy naszymi idealnymi ideałami? W życiu lepiej być sobą, nieidealnym, ale szczęśliwym. Lepiej wiedzieć, co rzeczywiście czujemy i czego chcemy, niż to, co wydaje nam się, że byłoby idealnie czuć czy chcieć.

Potrzeba ideałów wyrasta z nieakceptacji rzeczywistości. Im mniej kochamy siebie, tym większą odczuwamy potrzebę bycia idealnymi. Chcemy być idealnymi dziećmi, kochankami, partnerami. W ten sposób pragniemy zdobyć akceptację i miłość. Uwierzyliśmy, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy, więc zaczynamy udawać. Boimy się mówić o swoich oczekiwaniach, bo nie chcemy być postrzegani jako egoiści. Nie potrafimy wyrazić naszego bólu, bo nasz partner miał ciężkie dzieciństwo i pomyśli, że „czepiamy się” jak jego matka. Kneblujemy sobie usta, narzucamy sztuczne miny, przyklejamy sztuczne uśmiechy, żeby utrzymać dobrą opinię o sobie, wywrzeć dobre wrażenie. Tylko, gdzie w tym wszystkim jesteśmy my?

Jeżeli nie potrafimy nawiązać kontaktu ze sobą, ze swoimi uczuciami, to nie pomoże nam czytanie książek o duchowości czy wykonywanie najwspanialszych praktyk religijnych. Ze wszystkiego możemy uczynić mechanizm represji. Nawet w jogę możemy wejść jak do wojska.

Możemy wykonywać ćwiczenia, kontrolować ciało, śpiewać mantry, odmawiać dziesiątki różańców, koronek i nigdy nie doświadczyć poruszenia serca, nie poczuć miłości. Bo niemożliwe jest medytowanie chwili obecnej, jeżeli są w nas niezagojone rany z przeszłości. Jeżeli nie możemy pokazać ich komuś bliskiemu, odsłonić się, przyznać się do bólu, złości, wyrazić gniew, przerażenie. Dopiero wtedy, gdy poczujemy się bezpiecznie sami ze sobą, gdy nauczymy się bez strachu wyrażać wszystkie swoje uczucia, będziemy mogli odczuwać tę błogość, o której piszą duchowi mistrzowie. I nie ważne, czy siedząc, leżąc, albo skacząc, delektować się własnym oddechem i chwilą obecną.

Hanka Bondarenko: poetka, aktorka, reżyserka, psychoterapeutka.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.

  1. Psychologia

Szczęśliwi po rozwodzie. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nowy związek?

Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Badania pokazują, że szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nową, dobrą miłość – mówi psycholog  prof. dr hab. Maria Beisert.

Mam znajomą – szczęśliwą mężatkę, która uważa, że rozwodnicy muszą mieć w sobie jakiś defekt niepozwalający im zbudować trwałego związku. Taki, który sprawił, że źle wybrali albo popełnili błędy skutkujące rozpadem małżeństwa. Czy rzeczywiście po rozwodzie trzeba dokonać jakiejś gruntownej zmiany w sobie, by kolejny związek mógł być szczęśliwy?
Na pewno nie mówiłabym o defekcie! Jeśli rzeczywiście ktoś ma za sobą nie jeden, ale serię nieudanych związków, można mówić o pewnych trudnościach z relacjami. A jeśli ta powtarzalność jest naprawdę duża – zaryzykować tezę o jakimś deficycie, ale na pewno nie o defekcie. Byłabym też daleka od stwierdzenia, że osoba, która się rozwiodła, sama jest sobie winna. Na związek mają wpływ dwie osoby. Nie bez znaczenia są też okoliczności zewnętrzne.

Jakie więc są szanse na to, by po rozwodzie stworzyć z nowym partnerem lepszy związek?
Naprawdę duże, pod warunkiem że przejdzie się przez wszystkie cztery fazy rozwodu: zaprzeczanie, smutek, gniew i rekonstrukcję. Cały proces trwa mniej więcej rok. Kończy się rekonstrukcją, czyli etapem spokojnej analizy tego, co miało miejsce, i planowania tego, co będzie. To czas, kiedy ludzie zaczynają zastanawiać się nad tym, dlaczego się nie udało. Nie ma już złorzeczenia, łez czy obwiniania. Człowiek potrafi przed sobą samym przyznać, że on też popełnił błędy i przyczynił się do rozwodu. Niektórzy wyrażają to na przykład tak: „Moja impulsywność popsuła związek” albo „Nigdy więcej nie będę tak zazdrosny!”.

Mam uwierzyć, że każdy dochodzi do takich wniosków?
A wie pani, że tak? Warunkiem jest oczywiście dotarcie do etapu rekonstrukcji, co niestety nie wszystkim się udaje. Niektórzy utykają już na pierwszym etapie, czyli w nieskończoność zaprzeczają, że małżeństwo się zakończyło. Miałam pacjentkę, której mąż się z nią rozwiódł i powtórnie ożenił z kimś innym, ale ona nie przyjmowała tego do wiadomości. Nadal czuła się żoną tego mężczyzny, bo kiedyś wzięli ślub kościelny. „Dla mnie liczy się tylko związek sakramentalny” – mówiła i nie chciała dać byłemu mężowi spokoju.

Rozumiem jednak, że takie nieprzyjmowanie rozwodu do wiadomości jest przez pewien czas czymś zupełnie naturalnym?
Tak. To jest prawo osoby opuszczonej, która nagle została poinformowana o decyzji partnera, by nie dowierzać, myśleć: „Nic straconego”, „Jeszcze mogę to naprawić”, by inicjować kontakt i prosić o rozmowę. Najgorsze, co może wtedy zrobić ta druga osoba, to spełniać prośby byłego partnera, będące jawnym lub ukrytym naleganiem na powrót do związku, typu: „Przyjedź, bo tak źle się czuję”.

Jak, będąc osobą porzuconą, można sobie pomóc na tym etapie?
Skorzystać ze wsparcia tych, którzy są w stanie poświęcić swój czas, potrafią słuchać – nie kwitują wszystkiego opowieściami o tym, jak oni się rozwodzili – i mają do całej sprawy pewien dystans. Nie będą więc przekonywać: „Próbuj”, „Może się uda”, „Zobaczysz, on jeszcze zmieni zdanie”. Dostrzegą np., że przyjaciółka się narzuca czy wręcz nęka byłego partnera, i będą w stanie powiedzieć o tym tak, by jej nie zranić.

A co pani myśli o zaprzeczaniu nie tyle rozwodowi, ile temu, że jest on czymś ważnym i smutnym? Niektórzy nie tylko nie płaczą po rozstaniu, ale wręcz świętują podczas organizowanych wspólnie z byłym małżonkiem imprez rozwodowych.
To dość dziwna w kontekście rozwodu demonstracja, która ma pewnie pokazać, że nic się nie stało. Może ci ludzie próbują zaprzeczyć swoim uczuciom, udowodnić sobie, że nie są przesiąknięci trudnymi emocjami. A może jest tak, jak wyczytałam kiedyś w czeskim opracowaniu dotyczącym rozwodów: „Nie żałuje ten, kto nic nie stracił”. Może oni rzeczywiście nie cierpią z powodu rozwodu, dlatego że nic w związek nie włożyli. Bo jeśli ktoś był zaangażowany w małżeństwo, po rozwodzie zawsze poczuje smutek. Będzie on towarzyszyć nie tylko osobie opuszczonej, lecz także temu, kto opuszcza – z powodu dzieci, poczucia porażki czy tego, że sprawiło się ból byłemu partnerowi.

Jak przetrwać ten drugi etap rozwodu, etap smutku, gdy jest się opuszczonym?
Chociaż osoba opuszczona ma prawo czuć się bardzo źle, to jednak warto, by zwracała uwagę na to, czy w tym smutku coraz bardziej się nie pogrąża, czy nie zaczyna wycofywać się z życia i izolować od ludzi. Jeśli tak jest, to ja bym namawiała do ściągnięcia do siebie przyjaciół. Bez oporów i wstydu. Rola przyjaciół na tym etapie sprowadza się głównie do towarzyszenia w przeżywaniu smutku. Muszą oni jednak uważać, by nie zwiększać cierpienia refleksjami typu: „Ależ ty to rzeczywiście masz życie! Teraz zostawił cię mąż, a pamiętasz, jak chodziłyśmy do szkoły, to też cię dwa razy opuszczono”.

A jak poradzić sobie z fazą gniewu?
Na tym etapie normalne są fantazje o zemście na byłym partnerze lub jego nowej dziewczynie. Na tych fantazjach powinno się jednak poprzestać. Dlatego najlepiej opowiedzieć o nich bliskiej osobie. Przyjaciel nie powinien tego gniewu podsycać. Może najwyżej zachęcić do wygadania się, wykrzyczenia czy spisania wszystkiego. To powinno pomóc obniżyć poziom agresji i rozwiać myśli o zemście.

Po czym kobieta po rozwodzie może poznać, że dobrnęła już do etapu rekonstrukcji?
Po tym, że zaczyna snuć plany na przyszłość. Wyciąga wnioski i zaczyna zastanawiać się, co dalej.

Powiedzmy, że wniosek brzmi: „Nigdy więcej związków”.
Takie stwierdzenie może być dowodem na to, że ta osoba jest jeszcze w fazie gniewu i zabraniając sobie wejścia w relację, obraca ten gniew przeciwko sobie. To może być też element gry, chęć przechytrzenia losu, deklaracja, która nie ma potwierdzenia w rzeczywistości – być może ktoś tak bardzo tęskni za byciem z drugą osobą, że woli powiedzieć, że mu nie zależy. Boi się zapeszyć.

A jeśli jednak ktoś naprawdę jest przekonany, że już nigdy nie chce się wiązać?
To ja bym powiedziała, że trudno uznać to postanowienie za całkowicie zdrowe. Należy je raczej potraktować jako przejaw lęku przed bliskością. Ludzie mogą zabraniać sobie wejścia w nową relację, bo np. są przerażeni perspektywą ciągłej obecności drugiego człowieka w ich życiu albo nie są w stanie zaakceptować faktu, że w związku trzeba brać pod uwagę potrzeby drugiej osoby. Oczywiście, chcąc uniknąć ograniczeń, pozbawiają się też możliwości wzbogacenia swojego życia, spojrzenia na świat z innej perspektywy. Rozumiem, że niektórzy, np. ofiary przemocy, mają bardzo złe doświadczenia i wydaje im się, że najlepiej się ochronią, nie wchodząc więcej w związek. Widziałam kobiety tak poranione, że nie chciały nawet patrzeć na osoby płci męskiej. Jednak proszę pamiętać: to nie jest decyzja, to ucieczka.

Mamy też drugi biegun, a na nim osoby, które jeszcze się dobrze nie rozwiodły, a już są w kolejnym związku.
Jeśli nie zdążą przejść przez wszystkie fazy rozwodu, ryzykują, że dawny związek lub jego fragmenty będą funkcjonować w ich przestrzeni i niszczyć nowy związek lub ich samych. Zdarza się, że ktoś bardzo szybko wchodzi w relację z nową osobą, bo np. podświadomie chce udowodnić, że jest lepszy niż ten, kto go zdradził. Nie zastanawia się więc nad wyborem kolejnego partnera. Zarówno polskie, jak i amerykańskie badania pokazują, że o wiele częściej w tę pułapkę wpadają mężczyźni. Oni w ten sposób próbują poradzić sobie z bólem, robią wszystko, by szybko przestać się martwić.

A w jaką pułapkę wpadają kobiety?
Kobiety mają problem z tym, że wchodzą w rolę ofiary. Często, mimo że od rozwodu upłynęło wiele lat, wciąż są niesamodzielne i wieszają się na innych. Żądają więcej pomocy, niż potrzebują, i to od zbyt dużej liczby osób. A takie wsparcie im szkodzi. Wiele rozwódek przez lata korzysta z pomocy finansowej rodziny i współczucia otoczenia. Rodzice wciąż utwierdzają je w przekonaniu, że same nie dadzą sobie rady. Pamiętam zdziwienie jednej z moich pacjentek, która dopiero cztery lata po rozwodzie pojechała po raz pierwszy sama wymienić opony, a potem wspominała: „Nie wiedziałam, że to takie proste i przyjemne. Podjeżdżam do stacji, miły pan bierze ode mnie kluczyki, a potem prosi, bym poczekała w kawiarni”. Wcześniej to ojciec tej pani jeździł wymieniać opony i zwykle kończyło się to awanturą, że moja pacjentka nie jest w stanie przekazać mu samochodu wtedy, kiedy on chce. Traktowanie dorosłej kobiety jak małej dziewczynki bardzo przeszkadza w konstruowaniu stabilnego obrazu swojej osoby, a więc także utrudnia wejście w dobry związek. Wtedy nie szuka się odpowiedniego partnera, tylko opiekuna. Kiedy dach wciąż przecieka, myśli się: „Wezmę sobie za męża majsterklepkę”, zamiast: „Zarobię na to, by móc wynająć kogoś do naprawienia dachu”. Czasem trudno wejść w jakikolwiek związek z mężczyzną.

Bywa, że wsparcia wciąż udziela były mąż. Niektóre kobiety twierdzą, że się z nim przyjaźnią.
Taka stała obecność dawnego partnera w życiu jest niebezpieczna dla nowego związku, bo prowokuje do porównań. Kiedy np. kobieta zauważa potem jakieś wady u obecnego partnera, zaczyna wspominać, że były mąż ich nie miał. To bardzo ryzykowna sytuacja. Jeśli nowa więź ma być silna, trzeba najpierw osłabić starą. Ale to nie wszystko – stara i nowa relacja muszą się różnić nie tylko intensywnością, lecz także jakością. Nowy partner powinien być kimś wyjątkowym, z kim tworzy się coś unikalnego w zakresie bliskości i seksualności. Tylko wtedy kolejny związek ma szansę być tym szczęśliwym.

Prof. dr hab. Maria Beisert jest psychologiem, seksuologiem i wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz studiami podyplomowymi Seksuologia Kliniczna na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką książki „Rozwód. Proces radzenia sobie z kryzysem”.

  1. Psychologia

Doświadczenie kłamstwa wpływa negatywnie na naszą samoocenę. Jak uzdrowić trudne emocje?

Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Gdy stajemy się ofiarami kłamstwa, tracimy nie tylko zaufanie do innych, ale również poczucie własnej wartości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
- Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ważne, aby dokładnie określić, jakie to emocje, żeby następnie móc je przepracować, przetrawić i rozwinąć  - pisze Lisa Lettesier, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Mocny koktajl emocjonalny

Podczas mojego sondażu poprosiłam uczestników o opisanie, co odczuli, gdy zostali okłamani przez osobę, z którą są w związku (lub byli w związku, ale aktualnie już nie są). Najczęściej wskazywali oni takie emocje lub uczucia, jak poczucie zdrady i utrata zaufania do partnera.

Pojawiły się również: poczucie zranienia, irytacja, obraza, niezrozumienie, uraza, pogarda, ból, poczucie wykluczenie, upokorzenie, niesmak.

Wielu respondentów zwróciło uwagę też na utratę zaufania do siebie i spadek samooceny, czemu towarzyszyły myśli w rodzaju „nie zasługuję na zaufanie”, „nie ufają mi”, „biorą mnie za imbecyla”, „traktują mnie jak dziecko, które nie jest w stanie sprostać rzeczywistości albo infantylizują mnie”, „uważają, że nie uniosę prawdy”, „nie szanują mnie”.

W rzeczywistości to, czy kłamstwo uważamy za poważne, czy nie, wiąże się z konsekwencjami, jakie ma ono dla nas, i z tym, w jaki sposób odbija się na naszej samoocenie. Stanie się ofiarą kłamstwa ze strony kogoś bliskiego, do kogo mieliśmy zaufanie; ze strony osoby, dla której wydawaliśmy się być kimś ważnym – jest zranieniem narcystycznym. Poza wspomnianym koktajlem emocjonalnym cierpi nasze ego, gdy dowiadujemy się, że inni byli na bieżąco, a my nie. Tracimy dobre zdanie o drugiej stronie, ale i na własny temat. Niekiedy umniejszanie własnej wartości jest tak mocne, że prowadzi do poczucia winy: „To moja wina, że ktoś mnie okłamał; jestem tak beznadziejną osobą, że musiał mnie okłamać albo nie zasługuję na jego szacunek”. Niektórzy mogą doświadczyć także poczucia utraty punktów zaczepienia. „Kotwice” zbudowane wspólnie z drugą osobą, we wzajemnym zaufaniu i szacunku, zrywają się.

Gdy przytłaczają nas negatywne emocje, ból może stać się nadzwyczaj uciążliwy i nasze myśli zmienić w obsesję. Wtedy wszystkimi środkami staramy się zminimalizować napięcie, odrzucając te myśli, unikając ich i starając się rozwiązać problem.

Zdrada w związku

Psycholog Dennis Ortman zidentyfikował syndrom zespołu stresu po zdradzie na tej samej zasadzie co zespół stresu pourazowego (Ortman, 2011). Jeśli dotknął cię ten zespół, prawdopodobnie czujesz przytłoczenie, wściekłość i nie potrafisz stawić czoła całej sytuacji. Nieustannie rozpamiętujesz zdradę, masz koszmary i doświadczasz retrospekcji. Możesz również odczuwać emocjonalne znieczulenie albo wprost przeciwnie: tak bardzo przepełniają cię emocje, że masz wrażenie, że za chwilę oszalejesz. Dławi cię lęk i łatwo się irytujesz. Wydaje ci się, że nie możesz nikomu ufać ani cieszyć się życiem. Rozpada się wszystko, na czym zbudowałaś obraz samego siebie lub partnera. Druga strona wydaje się nagle obca. Całkowicie kwestionujesz sposób, w jaki postrzegasz swój związek.

Poczucie zaufania i poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem należy do podstawowych potrzeb, które pozwalają budować swoją tożsamość od najmłodszych lat. Utrata tego bezpieczeństwa prowadzi do wyjątkowo głębokiego zranienia psychologicznego. Może wywołać strach, niemoc, czyli poczucie zagrożenia życia. Tak jakby to, co było postrzegane w związku jako solidne, nagle stało się iluzją.

Podobnie jak w przypadku zespołu stresu pourazowego, osoba doświadczająca stresu po zdradzie bezustannie przeżywa na nowo moment, gdy się dowiedziała prawdy lub sama ją odkryła, i wizualizuje obrazy zdrady. Może również wejść w proces unikania, żeby nigdy nie skonfrontować się ze wspomnieniem wydarzenia: odrzuca wszystkie emocje i unika ich, żeby zamknąć się w bezpiecznej wieży. W efekcie odrywa się od tego, co odczuwa, i mówi bliskim osobom: „Jest dobrze, mam to za sobą”. Christophe André pisze: „Wyjątkowy ból całkowicie zamyka świadomość na cokolwiek innego poza powstrzymaniem bólu” (André, 2015).

W rzeczywistości (i – zgadzam się – całkowicie wbrew intuicji) po to, żeby poczuć się lepiej, trzeba pozwolić sobie poczuć się gorzej. Przyjęcie bolesnych emocji i pozostawienie sobie czasu na ich odczucie to pierwszy krok w stronę dobrostanu. Całą energię, którą tracimy na walkę przeciwko emocjom, warto przeznaczyć na szukanie rozwiązania, wyjścia z sytuacji.

Przyjmowanie emocji - ćwiczenie inspirowane praktyką mindfulness

  • Usiądź wygodnie na krześle, stopy postaw płasko na podłodze, wyprostuj plecy, połóż ręce na udach, kierując wnętrze dłoni ku górze. Przyjmij pełną godności, wyprostowaną podstawę wyrażającą otwarcie na chwilę obecną.
  • Zamknij oczy i zacznij skupiać się na oddechu, oddychaj naturalnie, przez nos, nie wymuszaj zmiany rytmu.
  • Obserwuj swój oddech, to, jak powietrze wchodzi i wychodzi, oraz co czujesz w nosie, płucach, w brzuchu.
  • Obejmij uwagą całe ciało, przyjmując wrażenia przyjemne i nieprzyjemne, napięcie i odprężenie – nie próbuj niczego zmieniać, tylko obserwuj to, co już się dzieje.
  • Obserwuj poczucie uziemienia w stopach, wrażenia płynące z krzesła, na którym siedzisz, z powietrza, które otacza twoje ciało. Oddech po oddechu, moment po momencie, zakotwiczasz się mocniej w chwili obecnej, w tu i teraz.
  • Za każdym razem, gdy twój umysł zaczyna błądzić, zanotuj, w którą stronę się skierował, nie odrzucając myśli, lecz odsuwając w tył głowy, i połącz się ponownie z ciałem, które oddycha tu i teraz.
  • Gdy poczujesz wystarczające skupienie, przyjrzyj się emocjom, myślom związanym z doświadczonym kłamstwem. Oddychaj tymi emocjami, przyjmij je, aż być może poczujesz je w pewnych partiach ciała. Jeśli pojawią się obrazy, wyobraź sobie, że wyświetlasz je na ekranie kinowym i obserwujesz – tak jak oglądamy filmy.
  • Nadal oddychaj tymi trudnymi emocjami, ewentualnie powtarzaj „akceptuję, że to czuję, i tyle na razie”.
  • Postaraj się praktykować to ćwiczenie przez 20 minut.
Fragment książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”