1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Minimalizm w życiu - jakie korzyści daje samoograniczanie?

Minimalizm w życiu - jakie korzyści daje samoograniczanie?

Minimalizm w życiu staje się coraz bardziej popularnym trendem. Zmęczeni konsumpcjonizmem po prostu zaczynamy chcieć mniej. (fot. iStock)
Minimalizm w życiu staje się coraz bardziej popularnym trendem. Zmęczeni konsumpcjonizmem po prostu zaczynamy chcieć mniej. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy powinniśmy chcieć mniej? Postawić na minimalizm w życiu? Od urodzenia mamy zakodowane, że musimy mieć swój dom i samochód, swoją żonę i dzieci, swoje przekonania. Brakuje nam natomiast odruchu szczodrości i hojności – mówi Grégoire Delacourt, autor wydanej w Polsce powieści „Lista moich zachcianek”.

Samoograniczanie się to jest to, czego nam dzisiaj potrzeba? Myślę, że najważniejsze jest to, żeby nie zagarniać jak najwięcej, tylko sięgać do sedna, w głąb. Żeby ograniczać to, co negatywne, co nas zatruwa, co nam szkodzi. Bo wydaje mi się, że mądrość czy szczęście zaczynają się wtedy, gdy człowiek już nie czuje pragnienia, nie pożąda.

To w ogóle możliwe? Może w mocno dojrzałym wieku. Tak, to możliwe w pewnym momencie życia. Zdajemy sobie wtedy sprawę, że już nie chcemy emocji, które nas zatruwają, więc je od siebie odsuwamy i przyglądamy się, co zostaje, co sprawia, że czujemy się szczęśliwi. I sądzę, że tak właśnie postępuje bohaterka mojej książki Jocelyne.

A młodzi ludzie? Czy muszą przejść tę samą drogę co my, czyli zabiegać, walczyć, zdobywać, żeby w końcu się dowiedzieć, że mniej znaczy więcej? Czy można ich tego jakoś nauczyć? Napisałem tę książkę między innymi dlatego, żeby pokazać młodym ludziom, do czego takie życie w kulcie posiadania prowadzi. Przekaz na temat materializmu chyba do nich dotarł, książka dostała bowiem we Francji nagrodę przyznawaną właśnie przez młodych. Jednak antymaterialistycznego podejścia do życia uczą przede wszystkim rodzice, zaświadczając to swoją postawą. Córka bohaterki, Nadine, związana silnie z matką, traktująca ją jako wzór do naśladowania, bardzo wcześnie pojęła, że rzeczy nie mają dużego znaczenia. Dlatego jest oszczędna, nawet słowa traktuje z pewną powściągliwością. Natomiast syn, dla którego wzorem był ojciec, jest rozrzutny i pochopny. Warto przypominać słowa świętego Tomasza z Akwinu: „Szczęście polega na tym, by wciąż pożądać tego, co się ma”.

Trudno jednak tę maksymę zastosować w codziennym życiu. Także dlatego, że zdobywanie nowych dóbr to podstawowy imperatyw działania człowieka. W modelu zachodniego życia, także w polityce, religii, stosunkach społecznych, silnie zakodowane jest poczucie własności, co znajduje odzwierciedlenie nawet w języku francuskim, w którym aż roi się od zaimków dzierżawczych. Człowiek od urodzenia ma zakodowane, że musi mieć swój dom, swój samochód, swoją żonę, swoje dzieci, swoje przekonania, swoich kolegów. To z powodu silnie zakorzenionego w nas instynktu posiadania porażkę poniosły kolektywne koncepcje takie jak marksizm. W naszym życiu brakuje natomiast miejsca na pojęcie szczodrości czy hojności.

Możemy zastąpić czymś ten pęd do posiadania? Pojawiają się, owszem, alternatywy, które wymusza na nas kryzys ekonomiczny. Na przykład handel wymienny: ludzie wymieniają się mieszkaniami, usługami. Jadę gdzieś samochodem, mam trzy wolne miejsca, więc szukam kogoś, kto pojedzie ze mną, dołoży się do benzyny. W Paryżu, jeżeli ktoś nie korzysta w ciągu dnia ze swojego parkingu, udostępnia je za odpłatą komuś innemu. Ale te działania nie są związane z prawdziwym samoograniczaniem się, tylko z poczuciem lęku przed pustką. Nie wynikają z altruizmu, tylko z oszczędności, czyli nawet w czasach kryzysu siłą napędową życia jest pieniądz traktowany jak Bóg.

Można to zmienić? Myślę, że tak. Kluczowe w tym względzie będą losy następnego pokolenia, najbliższe 25 lat. Moja córka Faustine (ma 28 lat) wyprowadziła się z Paryża na prowincję, ponieważ nie chciała brać udziału w całym tym paryskim wyścigu, w tym maniakalnym zabieganiu o zdobycie mieszkania. Stwierdziła, że chce innego życia, chce zarabiać na siebie w inny sposób. W tego typu postawie widać pokrewieństwo z ruchem hipisowskim lat 60., ale nie do końca. Wówczas chodziło o niezgodę na panujący porządek społeczny i obyczajowy, dzisiaj takie zachowania wiążą się z niemożliwością przystosowania się do tego, jakimi prawami rządzi się społeczeństwo. Jak można pomóc młodym? Poprzez zachęcanie ich, żeby podążali niematerialistyczną drogą. Ich już zresztą nie trzeba zachęcać, oni to wiedzą. Tak więc nie grozi nam totalny konsumpcjonizm, jestem optymistą.

A w relacjach? Wydaje mi się, że samoograniczanie się to dobry postulat także w tej sferze. Bo dzisiaj ludzie kolekcjonują związki, zamiast nad nimi pracować. Problemy w związkach istniały zawsze. Tym, co nowe mniej więcej od pół wieku, jest natomiast względna równość kobiety i mężczyzny, co zasadniczo zmienia sytuację par. W XIX-wiecznej (i wcześniejszej) literaturze, jeżeli mężczyzna zdradzał żonę, to ona wyjeżdżała, żeby umrzeć w sanatorium w Szwajcarii. Dziś kobieta nie musi umierać z miłości, ma takie prawo. Mężczyzna z kolei może umrzeć z miłości. I o tym chciałem powiedzieć w „Liście moich zachcianek”. Dotychczas wierzyliśmy, że miłości zawsze trzeba mówić „tak”. A to nieprawda. Jeżeli pozostajemy w toksycznym, złym związku, trzeba powiedzieć mu „nie”, bo tylko w ten sposób się uratujemy. W mojej ostatniej książce, jeszcze nieprzełożonej na polski, napisałem, że czasem w związku trzeba się zagubić, żeby móc się potem odnaleźć w drugim. Bo to nie jest tak, że miłość trwa wiecznie. Uczucie między kobietą a mężczyzną jest zbyt silne, totalnie pożera, pochłania. Istotą trwałości związku jest nie to, żeby mówić „kocham cię”, bo te słowa zamieniają się czasem w skamielinę, ale żeby naprawdę kogoś pragnąć, pożądać. Pragnienie bycia z drugą osobą, czynienia dla niej dobra – to wydaje mi się w związkach kluczowe.

Jak uczyć samoograniczania się w sferze relacji? Jak przekonać młodych, że skakanie z kwiatka na kwiatek niekoniecznie prowadzi do szczęścia?

To, oczywiście, nie jest proste. Muszę powiedzieć, że przeraża mnie – jako ojca, obywatela, pisarza – obecność pornografii we współczesnym świecie. Już 11-letnie dzieciaki oglądają na swoich iPhone’ach filmy pornograficzne i wyobrażają sobie, że tak właśnie wygląda intymność z dziewczyną. Dziewczyny natomiast próbują upodabniać się do bohaterek tych filmów, żeby mieć pewność, że będą pożądane. Więc kiedy chodzę na spotkania z licealistami, grzmię przeciwko temu, ponieważ uważam, że to coś obrzydliwego i szkodliwego, co w dodatku zagraża wszystkim zdobyczom obyczajowym wywalczonym przez nasze matki.

Myślę, że powinniśmy uczyć, że nie wszystko trzeba mieć od razu, natychmiast, że kochać to znaczy pragnąć dobra dla drugiej osoby, no i to, co pani słusznie zauważyła – że nad związkiem trzeba pracować. Ale też należałoby pozbawiać młodych złudzeń, że miłość trwa do grobowej deski.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru Zwierciadła.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy ucieczka od konsumpcji jest w ogóle możliwa? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie. (Ilustracja: Getty Images)
Czy jesteśmy gotowi na rewolucję antymaterialistyczną? Obciążeni kredytami, uwiązani w pracy, której nie lubimy, ale która daje nam stały zarobek, ledwo wiążemy koniec z końcem. Czy to świat stanął na głowie, czy może to my sami mylimy potrzeby z zachłannością? Psycholog Wojciech Eichelberger wyjaśnia, czy ucieczka od wszechobecnej konsumpcji jest możliwa.

Z czym się kojarzy Panu określenie „życie na kredycie”?
Z życiem ponad stan, z nadmiernie rozbudzonymi apetytami konsumpcyjnymi. Dzięki temu – niestety – kręci się system ekonomiczny, w którym żyjemy. Nie powiem tu nic nowego. Od dawien dawna wiadomo, że ogromna maszyneria marketingu i reklamy jest właśnie po to, by wmówić ludziom, że coś, co nie jest im potrzebne, jest bardzo potrzebne – nie do tego, by godnie i spokojnie żyć, lecz do tego, by nie wyglądać gorzej niż znajomi czy sąsiedzi. Ten ekonomiczny mechanizm działa dzięki chciwości, a chciwość to przecież jeden z najgorszych ludzkich „demonów”, blokujących możliwości pojawienia się w naszym życiu moralnych i duchowych aspiracji. Bo chciwość syci się przede wszystkim tym, co materialne – a gdy się rozkręci, to nic jej nie zdoła zatrzymać, ani rozum, ani sumienie, ani moralność, ani kara boska, ani zwykła przyzwoitość. W dodatku chciwość ściśle współpracuje z dwoma innymi potężnymi „demonami”: głupotą i nienawiścią. Aktualnie widać to wyraźnie w naszych polskich igrzyskach chciwości władzy, w których wszystkie trzy demony mają niebezpiecznie wiele do powiedzenia.

Dla mnie wieczne życie na kredycie to także ciągłe niezaspokojenie. Chcemy więcej, niż możemy sobie na to pozwolić, a kredyt daje nam ułudę tego, że jednak możemy.
To życie w nieustannej pogoni za uciekającym horyzontem konsumpcyjnego szczęścia. Bo nie dość, że musimy spłacać kredyt na mieszkanie czy samochód, to na dodatek co chwila pojawia się lepszy model telefonu, nowa moda odzieżowa, fajna oferta wakacyjna, którą wybierają wszyscy znajomi – no i oczywiście rosną ceny czynszu, usług, energii, benzyny, ubezpieczeń i żywności. Ale i tak ulegniemy. Marketing wraz z reklamą wmówią nam, że jeśli nie kupimy czegoś tam, to wypadniemy z towarzyskiego obiegu oraz z wyścigu do nieistniejącego konsumpcyjnego raju, w którym już wszystko będziemy mieli i zdołamy wreszcie odpocząć.

Brzmi jak koszmar senny…
Bo jak w koszmarze przebieramy nogami w miejscu. Wiele wskazuje na to, że polska inteligencka klasa średnia, która do niedawna stabilizowała rynek i demokrację, zanika, zanim się do końca ukształtowała. Jednym z powodów jest to, że ci świetnie wykształceni i przygotowani do swojej pracy, zdolni i kreatywni ludzie nie są w stanie zgromadzić buforowego kapitału zapewniającego im poczucie bezpieczeństwa na tyle, by mogli dobrze wykonywać swoją pracę, rozwijać się zawodowo. Większość z nich jest zmuszona uganiać się za pieniędzmi, pracując ponad siły w kilku miejscach, by spłacać stare kredyty i móc zaciągać nowe.

To frustrujące. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to obecnie naszym dzieciom nie przekazujemy majątku, tylko długi.
Gorzej, bo wartość kredytu z reguły przewyższa wartość nabytych za niego dóbr prognozowaną na moment, gdy kredyt zostanie spłacony. Czyli na kredytach biedniejemy i nieuchronnie wpadamy w spiralę permanentnego zadłużenia. Bogaci się tylko bank. Świat stanął na głowie. Na pociechę możemy pomyśleć o tych, którzy mają gorzej. Na przykład w Ameryce dobrze przygotowani fachowcy po studiach, po doktoratach, muszą spłacać ogromne kredyty zaciągnięte na samą naukę. Kończąc studia, są już przykutymi do banku półniewolnikami z bardzo ograniczonymi możliwościami kreatywnych wyborów życiowych. Nie mogą pójść do klasztoru, gdy poczują taką potrzebę, albo wybrać życia na łonie natury, czy udać się w długą podróż. Muszą iść do takiej pracy, która im pozwoli spłacać kredyt, żyć na w miarę przyzwoitym poziomie i móc myśleć o założeniu rodziny.

Kredyt dramatycznie redukuje możliwość dokonywania przez nas wolnych wyborów życiowych, bardzo mocno uzależnia nas od systemu. Jak tu się zbuntować, gdy człowiek chodzi na smyczy kilkusettysięcznego długu? To tak jakby mieć wyrok w zawieszeniu. Trzeba być bardzo grzecznym i przewidywalnym.

To tak jakby chcieć się uniezależnić od rodziców, którzy płacą nam nadal za studia.
Ale rodzice przynajmniej nie ściągają z nas odsetek, chyba że te emocjonalne (śmiech). „Tyle na ciebie wydałam, że chyba mi się należy miłość, szacunek i opieka na starość”. Z odsetkami bankowymi znacznie trudniej sobie poradzić. Jak się ich nie spłaca, to ląduje się bez niczego, czyli w bezdomności albo w więzieniu. Jak tak dalej pójdzie, to coraz więcej z nas zazdrościć będzie ludziom żyjącym pod mostem – ludziom wolnym od długów, kredytów i podatków, mającym w nosie system. Będzie takich przybywać, bo im bardziej wymagający, kontrolujący i uzależniający system, tym więcej ludzi poszukiwać będzie antysystemowych rozwiązań na swoje życie. Dlatego z perspektywy interesu państwa nie jest dobrze dokręcać śrubę kredytową i intensyfikować wszelkie formy kontroli, bo coraz więcej ludzi będzie się przeciwko temu buntować.

Z jednej strony czujemy się zniewoleni, z drugiej prawie wszyscy spłacamy dziś jakiś kredyt, jesteśmy więc we wspólnocie kredytowej niewoli.
Średnio pocieszająca jest ta wspólnota niedoli. Raczej deprymująca. System jest chory, niedomaga i nikt nie próbuje go naprawić. A jeszcze 50 lat temu w Stanach jedna pracująca osoba mogła utrzymać rodzinę, kupić dom, samochód i opłacić dzieciom studia. Można było godnie żyć z własnej pracy.

Może problem polega na tym, co dziś znaczy „godnie”?
Niestety, znaczenie tego słowa na ogół ustalamy na drodze porównywania się z innymi. To napędza nasze konsumpcyjne apetyty i narcyzm. Jeśli zrezygnujemy z pewnego poziomu życia, to wypadamy z „towarzystwa”, bo już nie stać nas na wakacje nad ciepłym morzem i to cappuccino w Starbucksie, nie mówiąc już o sushi.

Czyli „godnie” zaczyna dziś oznaczać „na określonym poziomie”.
Definicja godnego życia jest dziś zrelatywizowana. Marketing i reklama, a także politycy definiują to pojęcie w zależności od swoich potrzeb. Zapomnieliśmy, że godnie można się poczuć wtedy, kiedy nie ma się długów, żyje się na przyzwoitym poziomie z tego, co się zarabia. Zgodnie z taką definicją, ktoś, kto ma dach nad głową i zarobek zaspokajający jego podstawowe potrzeby, może czuć się godniej niż uwiązany do kredytu i nielubianej pracy mieszkaniec apartamentowca. Godnie żyjących ludzi procentowo szybko ubywa na świecie. Ponoć w skali świata żyje tylko 5 proc. ludzi posiadających pewny dach nad głową, lodówkę, a w niej coś do jedzenia, jakieś drobne oszczędności i kartę płatniczą oraz podstawowe prawa ludzkie i obywatelskie. Ale i tak nie wiemy, ile z tych 5 proc. żyje na kredyt i ilu z nich należy do niegodnie i nadmiernie wzbogaconych. Na pewno jest tam ten słynny 1 proc., do którego należy 80 proc. bogactwa świata. Ale bogactwo często rozmija się z poczuciem godności. Możemy być bardzo bogaci, ale to nie znaczy, że żyjemy godnie – jeśli nasze bogactwo powstało i utrzymuje się wskutek pozbawiania innych ludzi szansy na godne życie. Deficyt godności i idąca z tym w parze nadprodukcja upokorzenia to bomba zegarowa, która może rozsadzić świat i zniszczyć naszą cywilizację. Niewiele czasu zostało, by zacząć ją rozbrajać. Światowe organizacje i fora polityczne dobrze o tym wiedzą, ale jakoś nikt nic nie robi. Zapewne dlatego, że trzeba by zdetronizować wszechpanującą chciwość.

Ale są też takie ruchy społeczne jak minimalizm czy shearing, które pokazują, że warto ograniczać swoje potrzeby i dzielić się z innymi.
Zgadza się, ale na razie zjawiska te dotyczą wyłącznie elit albo wyjątkowych jednostek znajdujących w sobie odwagę i wyobraźnię, by uciec z kultury upokorzenia i na przykład ruszyć w świat. Niedawno w Lublinie słuchałem opowieści pary młodych ludzi od lat żyjących w podróży. Jadą gdzieś daleko, zdając się na to, co przyniesie los, dorabiają po drodze i jadą dalej. Zwiedzili za grosze pół świata i bardzo to sobie chwalą. Okazuje się, że żyją nie tylko godniej, ale też na wyższym poziomie niż z kredytem i na umowach zleconych lub śmieciowych w Polsce. Są też oczywiście inne niż podróż strategie życiowe pomagające zachować poczucie kontroli nad swoim życiem, autonomię i wolność. Squoting, shearing, barterowa wymiana usług i produktów, czas jako pieniądz i inne antysystemowe oraz kontrkulturowe pomysły. Bardzo im kibicuję. Jeśliby się spopularyzowały i osiągnęły efekt skali, to globalny porządek ekonomiczny musiałby się całkowicie zmienić. Jak się temu bliżej przyjrzeć, to świat najbardziej potrzebuje takiej antykonsumpcyjnej rewolucji – w przeciwnym razie planeta nie da rady. Nie może to być oczywiście rewolucja niszczycielska i krwawa, bo taka – jak wszystkie rewolucje – nakręciłaby tylko dodatkowo to, co zamierzała zmienić. Musi to być więc rewolucja pełzająca, ale pełzająca szybko. Bo czasu mało. Dlatego w dostępnej mi skali praktykuję i promuję minimalizm, pod hasłem „Posiadać jak najmniej i tylko to, co niezbędne”. Nie jest to łatwe. Przyczyniłem się wprawdzie do stworzenia warsztatu on-line na temat minimalizmu, ale ciągle sam mam kłopot z powstrzymaniem się od kupowania w nadmiarze i pozbywaniem się tego, co zbędne.

Podobno dla najmłodszych pokoleń nie mają znaczenia marki czy nowe gadżety, ale przeżycia.
To fantastyczna wiadomość. Gdyby to się utrzymało i rozprzestrzeniło, wyszło poza wielkomiejskie elity – to byłoby zbawienne. Na razie połowa Polaków żyje w małych miejscowościach i na wsiach, gdzie takie postawy uważane są za fanaberie rozkapryszonych dzieci bogatych rodziców. Kibicuję młodym ludziom we wszystkim, co może ich czynić wolnymi. Kibicuję też ruchom wspólnotowym i samopomocowym takim jak choćby cohabitat, gdzie ludzie wspólnie budują domy dla członków swojej wspólnoty, uprawiają ekologiczne ogrody i sady, wymieniają się usługami, a co najważniejsze, tworząc społeczność ludzi ufających sobie oraz szanujących się i pomocnych. Członkowie takiej społeczności z pewnością nie myślą o zaciąganiu kredytów, bo poczucie wsparcia, bezpieczeństwa i wartości czerpią przede wszystkim ze społecznych więzi.

Kiedyś tak właśnie żyliśmy.
System komunistyczny, którego nie należy oczywiście promować w całości, miał taką zaletę, że generował pewien niedostatek, co wymagało od ludzi, żeby się dogadywali, kooperowali, pożyczali sobie różne dobra – żeby się wspierali. Chodziło się do sąsiadów, by pożyczyć szklankę cukru czy mąki, i to była normalna praktyka. Gdyby dziś ktoś taki pojawił się pod naszymi drzwiami, to pewnie puknęlibyśmy się w głowę.

Dawniej mieliśmy wspólnotę, która sobie pomagała, dziś mamy wspólnotę, w której każdy ma swój kredyt.
Niestety, to wspólnota tylko z szyldu. Nie działają tu prawie żadne mechanizmy wspólnotowe. Jest więcej rywalizacji i niechęci niż wzajemnego wspierania się. Przypomina to wspólnotę więzienną; każdy ma swój wyrok i każdy – przeciw innym – kombinuje, jak go sobie skrócić, a jak trzeba zaszkodzić innym współwięźniom, by mieć samemu choć trochę łatwiej.

Jedynym wyjściem jest niezaciąganie kredytów? Czy zaciąganie takich, jakie jesteśmy w stanie szybko spłacić?
Na ogół zaciągamy kredyt wtedy, gdy mamy pewność, a przynajmniej wiarę, że będziemy w stanie go spłacić. Cóż z tego, skoro potem musimy pracować ponad siły, zaniedbując wszystkie pozostałe obszary życia i nie mogąc spać po nocach. To dlatego dzisiaj coraz więcej młodych ludzi unika zaciągania kredytów i chodzi w ciuchach z second-handu. Nie dają się wkręcić w szpanowanie marką, mają jedną wiertarkę na kilkudziesięciu kolegów i nawet w zimie jeżdżą na rowerach. Wygląda na to, że pobierają lekcję, obserwując losy „frankowiczów”. Trudno im się dziwić, bo głęboką potrzebą każdego człowieka, a szczególnie bardziej wrażliwego i myślącego, jest wolność i niezależność. Dzisiaj, niestety, zanika chyba ostatnia ostoja ludzi w pełni niezależnych i wolnych, czyli tradycyjnych rolników potrafiących wyprodukować własną żywność. Zamieniają się oni masowo w wyspecjalizowanych, uzależnionych od kaprysów rynku producentów rolnych.

Chodzi o to, żeby dobrać poziom, na jakim żyjemy, do naszych zarobków?
Tak, ograniczać swoje potrzeby i nie dać się wkręcić w kupowanie sobie ciągle czegoś nowego i lepszego. Dawno temu jedyny raz w życiu wziąłem kredyt na samochód. Pomyślałem siebie: „Nieźle zarabiam, kupię sobie wreszcie nowy samochód”. Okazało się, że po trzech latach samochód prawie się rozleciał i był wart grosze, a ja spłacałem kredyt jeszcze dwa lata. Obiecałem sobie wtedy: nigdy więcej kredytu.

Na samochód możemy odłożyć albo kupić tańszy, używany. Ale mieszkanie bez kredytu już się nie obejdzie. Jak żyć, budząc się codziennie z tą świadomością?
Jeśli chcemy być wolni i decydować o sobie, kupujmy tylko to, na co nas stać. Unikajmy inwestycji, których nie będziemy w stanie unieść czy utrzymać. Nie kierujmy się potrzebą  robienia wrażenia na innych. Nie ulegajmy konsumpcyjnej presji reklamy ani naszej społecznej grupy odniesienia. Szukajmy stylu życia, który zapewnia najwięcej wolności, i wzorujmy się na wolnych ludziach. Pamiętajmy, że najszczęśliwsi są ci, którzy mają minimalne potrzeby materialne, dzięki czemu mogą wydawać na inne, ważniejsze potrzeby, na pasje i zainteresowania, na poznawanie siebie i świata – na godne życie.

  1. Styl Życia

Im mniej, tym więcej. Oczyść swoją przestrzeń z rozpraszaczy

Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii. (Fot. Getty Images)
– Mniej rzeczy i spraw na głowie to więcej czasu dla siebie i innych, więcej przestrzeni i życiowej energii – przekonuje blogerka i minimalistka Katarzyna Kędzierska. Radzi też, by minimalizmu nie traktować jako życiowej filozofii, a jedynie jako źródło inspiracji.

W książce „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce” zadajesz czytelnikom pytania, które wydały mi się bardzo trudne. „Jaki jest Twój plan na życie? Zastanawiałaś się kiedykolwiek, kim jesteś, jakim człowiekiem chcesz być i co jest dla Ciebie najważniejsze?”. To o wiele więcej niż tylko pozbywanie się obtłuczonych kubków z kuchennej szafki, a przecież powtarzasz, że minimalizmu nie traktujesz jak filozofii.
Rzeczywiście wychodzę z założenia, że jeśli potraktowałabym minimalizm jako filozofię, to oczekiwałabym, że to on dostarczy mi odpowiedzi na wiele pytań: jak żyć? gdzie szukać sensu? i tak dalej. Wydaje mi się jednak, że traktowanie go w ten sposób jest błędem. Każdy z nas ma przecież inny system wartości. Bez względu na niego możemy jednak skorzystać z minimalizmu jako narzędzia, chociażby po to, aby ten system wartości na nowo odkryć. Minimalizm pozwala zrozumieć, gdzie jest nasze „mniej”, a tym samym gdzie jest „więcej”, i tam przekierować zasoby i życiową energię. Mówiąc krótko, postawiłabym minimalizm o szczebelek niżej. Obawiam się, że jeśli zaczniemy mówić o minimalizmie jako o filozofii, to część osób będzie go utożsamiać z jakimś zbiorem zasad, którymi należy się w życiu kierować. A to byłaby pułapka.

Dlaczego?
Większość treści związanych z minimalizmem, które pojawiają się ostatnio w mediach i sieci, ma charakter mocno spłycony, uproszczony. Furorę robią artykuły typu „Mam 100 rzeczy. Jestem minimalistą”. Ludzie to czytają i tak jak wcześniej kompulsywnie gromadzili przedmioty, tak teraz zaczynają fiksować się na ich pozbywaniu; uzależniają się od wyrzucania. Wbrew pozorom nie jest to problem wydumany – pisze o tym do mnie w komentarzach i wiadomościach prywatnych wielu czytelników. Wstają rano i zamiast skoncentrować się na tym, co daje im radość, co jest dla nich wartością, za co są wdzięczni – zastanawiają się, co by wyeliminować ze swojego otoczenia. W takim układzie pozbywanie się staje się wartością samą w sobie, a to właśnie pułapka, o której wspomniałam.

Wprowadzenie minimalizmu do swojego życia dla wielu z nas jest pewną rewolucją, a neofici często mają skłonność do przesady.
Oczywiście; co więcej, tytuły takie jak wspomniałam, są bardzo nośne – ja nie chciałabym kierować moich czytelników w tę stronę. Uśmiecham się więc, gdy ludzie pytają, czy mając 101 przedmiotów, mogą być minimalistami, czy też jest to wykluczone... Jakiś czas temu zażartowałam nawet, że zacznę wystawiać certyfikaty dla minimalistów – to byłaby dopiero żyła złota! Masz 100 rzeczy, możesz dostać papier; masz 101 – już nie. Mówiąc zaś zupełnie poważnie – staram się zachęcać do świadomego pozbywania się lub kupowania rzeczy oraz do badania granic własnego dyskomfortu, co pomaga odpowiedzieć na pytanie, czy coś naprawdę jest mi potrzebne.

Przyznam ci się więc, że kilka miesięcy temu dałam się wciągnąć w zabawę polegającą na codziennym pozbywaniu się zbędnych przedmiotów. Pierwszego dnia miesiąca wyrzucało się jeden, piątego – pięć, a trzydziestego – trzydzieści. Było ciężko, ale miałam też poczucie, że działam w pewnych granicach, ramach, ułatwiających mi te pierwsze wielkie porządki.
To, o czym mówisz, przypomina mi grywalizację – działanie mające na celu wpłynięcie na ludzkie zachowania przy użyciu mechanizmów zaczerpniętych z gier. Mówiąc wprost: obudowanie pewnej koncepcji w grę. Wcale się od tego nie odżegnuję – na swoim blogu proponowałam kiedyś czytelnikom akcję „Wyzwanie minimalistki”. W pierwszej edycji wypisałam dokładnie miejsca, w których należy szukać zbędnych rzeczy – na liście znalazła się chociażby obecna w każdym domu szuflada „na wszystko” czy pełna zbędnych okryć szafa w przedpokoju. Z każdą kolejną edycją zadania stawały się inne i coraz bardziej skomplikowane. Rok czy dwa lata temu zapragnęłam wskoczyć na poziom wyżej i zaproponować porządki... w głowie. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że wiele osób bardzo czegoś takiego potrzebowało: nie tylko posprzątać piwnicę i domowe zakamarki, ale też sięgnąć głębiej.

Co masz na myśli, mówiąc „sięgnąć głębiej”?
Wiele zaproponowanych przeze mnie zadań bazowało na uważności, nawiązywało do praktyk mindfulness. Zachęcałam do krótkiej, dwuminutowej medytacji, skanowania ciała, zapisywania pewnych myśli i odpowiedzi na pytania. Przyznam, że kiedy zaczęłam interesować się praktyką mindfulness, poczułam, że jest to ważne uzupełnienie, które bardzo pięknie się z minimalizmem łączy. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że uważność to minimalizm w głowie.

Przyznam, że ten minimalizm w głowie pociąga mnie najbardziej. Dbam o niezagracanie sobie życia, ale myślę, że gdybyś weszła do mnie do domu, to nie powiedziałabyś, że to mieszkanie minimalistki. Mnóstwo u mnie pamiątek z podróży, książek, kolorów i wzorów... Zastanawiam się więc, czy minimalistą można być wybiórczo? Akceptować posiadanie gigantycznej biblioteki, ale nie dołączać do pędu bycia ciągle lepszym, mądrzejszym, docenianym? Do zabiegania, robienia dziesięciu rzeczy jednocześnie, posiadania setek znajomych?
Gdybym nie zaczęła prowadzić bloga i pisać o minimalizmie, pewnie nigdy nie określiłabym się mianem minimalistki – choćby dlatego, że w ogóle nie byłoby mi to do niczego potrzebne. To tylko kolejna etykietka, która bywa pomocna, ale nie określa naszego jestestwa. Dziś mówię tobie i moim czytelnikom: „Bierz z minimalizmu to, co jest dla ciebie dobre. To nie ty jesteś dla minimalizmu, tylko on dla ciebie!”. Odpowiadając zaś na twoje pytanie o kolorowe i pełne przedmiotów wnętrze – warto pamiętać, że to, co wspaniale wygląda na zdjęciach na Instagramie, niekoniecznie sprawdza się w życiu. Z kolei wiele osób lubiących wnętrza surowe, nie ma nic wspólnego z minimalizmem – po prostu wybiera taką, a nie inną estetykę. Jeśli kochasz swoje książki i bibeloty i cieszy cię ich obecność, to wspaniale!

Tym, co do mnie przemawia, jest minimalistyczna prawda, że wszystkie przedmioty wymagają uwagi, a więc i czasu. Dziś każdy gdzieś pędzi, nikt nie ma czasu.
Ja mam. (śmiech) I czuję się uprzywilejowana w wielu kwestiach: jestem wykształcona, niezależna, prowadzę własną firmę i mam sporą dowolność w zarządzaniu swoim czasem. Wiem, że nie każdy ma takie warunki. Jedną rzecz, jedno zadanie, chciałabym jednak polecić wszystkim; mnie zaproponowała je kiedyś czytelniczka prowadząca badania do doktoratu, w których brałam udział. Zostałam przez nią poproszona o skrupulatne prowadzenie dzienniczka. Przez kilka tygodni rzetelnie zapisuje się w nim wszystko, co robimy, z dokładnością co do 5 minut. Ileż dzięki temu można odkryć! Nagle widzimy czarno na białym, co dzieje się z brakującymi godzinami... Zarówno przeprowadzenie ćwiczenia, jak i uważna analiza zapisków zajmuje czas, ale później naprawdę pomaga go odzyskać.

Ja też jestem przedsiębiorcą i choć nie mogę narzekać – to, porównując się ze znajomymi, myślę, że mam ciężej. Zawsze jest coś do zrobienia, projekt do poprawienia, telefon do wykonania... Trudno się też odmawia – a nuż klient więcej do nas nie wróci...
Wielu z nas zostało nauczonych, że zawsze możemy być lepsi. Dlaczego zadowolić się czwórką plus, skoro można dostać pięć? Myślę, że paradoksalnie wiele złego uczyniło nam popularne powiedzenie „bądź najlepszą wersją siebie”, wypaczone przez to, co nazywam instagramowym coachingiem. Od dążenia do osiągnięcia tej najlepszej wersji nigdy nie ma odpoczynku. Dawno temu uświadomiłam sobie, że nie ma we mnie na to zgody – i, mając problem podobny do twojego, zdecydowałam się wykonać żmudną pracę na swoich przekonaniach. Zaakceptowałam, że nie muszę być zawsze w szczytowej formie. Mogę czasem zrobić coś nie na 120%, ale na 80 – i też jest OK. Co więcej, nikt poza mną tego nie zauważy... Truizm i banał, ale praca niełatwa.

Znajomy, widząc, że czytam napisaną przez ciebie książkę, rzucił z przekąsem: „o, kolejna, która chce ci wmówić, że masz pozbyć się ambicji i zrywać dmuchawce na łące”. Pokazałam mu twój biogram – jesteś prawniczką, przedsiębiorcą, blogerką. Nie spędzasz raczej dnia na wąchaniu polnych kwiatków.
„Mniej” przede wszystkim nie znaczy „wcale” i nie znaczy „za mało”. Podobnie jak „więcej” znaczy dla każdego co innego. Z całą pewnością nie oznacza wyzbycia się dobytku, ambicji, planów, pragnień i aspiracji. Oznacza wybranie tych, które rzeczywiście są dla nas istotne. Znowu wracam do tego, co powiedziałyśmy na początku – jeśli potraktujemy minimalizm jako narzędzie, to naszą uwagę, czas i pieniądze będziemy mogły skierować na to, co jest dla nas ważne. A ważnym rzeczom i sprawom warto poświęcać czas i energię, warto je świętować na co dzień i być za nie wdzięcznym...

Rozmawiałyśmy o minimalizmie w organizacji czasu; kolejna ważna kwestia to minimalizm w relacjach z ludźmi. Co w ogóle oznacza dla ciebie ten termin? Przyznam, że jestem raczej społeczniczką, a w swoich artykułach zawsze powtarzam, że za bardzo skupiamy się na sobie, a za mało na innych...
Dla mnie minimalizm w relacjach to po prostu zdrowe stawianie granic. Znowu – to, gdzie te granice stawiamy, jest właściwe każdemu z osobna. Przez długie lata miałam z tym trudność. Dziś wychodzę z założenia, że nie wszyscy muszą mnie lubić, nie z każdym muszę się przyjaźnić. Mogę wybrać, z kim chcę utrzymywać kontakty, podobny wybór mają osoby pozostające w relacji ze mną. Jeśli ktoś notorycznie narusza moje granice, to nie ma nic złego w tym, że wprowadzę w tej relacji swoisty minimalizm. Nie musi to zresztą oznaczać zerwania znajomości – może wystarczy sprowadzenie jej na inny poziom? Dzięki takim wyborom mogę odzyskać czas i poświęcić go osobom naprawdę dla mnie ważnym. Także w wypadku relacji może sprawdzić się prowadzenie zapisków. Może inwestujemy w relacje toksyczne? Może występuje w nich kolizja?

Zamknięci w domach na skutek pandemii, mieliśmy i pewnie nadal będziemy mieli sporo czasu na myślenie o tym wszystkim. Przy okazji oczyszczamy też przestrzeń – wielu z nas wyrzuciło ostatnio sporo zbędnych przedmiotów. Jednocześnie bardzo wzrosła sprzedaż internetowa.
Uwięzieni w domach rzeczywiście zaczęliśmy je sprzątać, bo pewne rzeczy zaczęły nam po prostu zawadzać, mocno skonfrontowaliśmy się z przestrzenią, w której żyjemy. Natomiast nie do końca zgadzam się, że tak wiele kupujemy. Na początku pandemii owszem – ludzie rzucili się na zakupy online. Jednak ostatnio trafiłam na raport, który pokazuje, że poza zakupami spożywczymi kupujemy w tej chwili dużo mniej. Dla mnie, propagatorki minimalizmu, niezwykła była odpowiedź 30% respondentów, którzy oświadczyli, że ograniczyli zakupy, bo mają zbyt dużo rzeczy. 72% powiedziało, że rzadziej kupuje rzeczy przypadkowe. Krzykliwe nagłówki w prasie są więc nie do końca prawdziwe. Myślę, że ograniczyliśmy kupowanie kompulsywne, a zakupy w sieci cieszą się wielką popularnością, bo wybieramy tam teraz niezbędne produkty dotąd znajdowane w sklepach stacjonarnych. Oczywiście istnieją i trendy przeciwne – akcją napędzającą konsumpcję stało się popularne hasło „wspieraj lokalne biznesy”. Z jednej strony chwalebne, bo zachęcające do pomagania ludziom prowadzącym małe firmy; z drugiej – trochę wypaczone, bo prowadzące do kupowania tego, co wcale nie było potrzebne.

Popularność twojego bloga i książki świadczy o tym, że za minimalizmem wielu z nas tęskni; z drugiej strony bycie ubranym codziennie w inne ciuchy, otaczanie się masą gadżetów, bycie wiecznie zajętym ciągle jeszcze świadczy o wysokim statusie społecznym.
Sześć czy siedem lat temu, gdy zaczynałam pisać o minimalizmie, było to zagadnienie zupełnie nowe, a na mnie patrzono jak na internetowego dziwaka. Dziś nadal daleko mi do mainstreamu, jednak większość z nas słyszała już co nieco o minimalizmie. Możemy więc mówić o pewnym, nawet znaczącym, postępie. Ci, którzy prognozowaniem trendów zajmują się zawodowo, wspominają o czekającej nas „kwarantannie konsumpcji”, o powrocie do lokalnego rzemiosła, o tym, że produkty staną się tak drogie, że siłą rzeczy będziemy kupować mniej. Inni mówią nawet, że wrócimy do kultury niedostatku. Czy tak będzie? Nie wiem. Tylko czas zna odpowiedź. Mam jednak poczucie, że „mniej” to nie tylko nowy luksus; w obecnych czasach „mniej” to konieczność. „Chcieć mniej” to nasza nowa rzeczywistość.

Jak zaciskanie pasa w czasie pandemii zmienić w fajną filozofię, która da nam zadowolenie, ulgę i radość?
To, że dużo wydajesz, nie sprawia, że żyjesz bardziej i mocniej. Oznacza tylko, że dużo wydajesz. A rzeczy... rzeczy mogą być piękne, użyteczne, mogą przywoływać wspomnienia, ale to nadal tylko rzeczy. Nie będą się z nami przyjaźnić, nie będą nas kochać. Może wystarczy zwykłe przesunięcie akcentu? Zamiast skupiać się na tym, czego mieć nie chcemy czy nie możemy, świętujmy radośnie to, co mamy i za co jesteśmy w życiu wdzięczni. Minimalizm to pozbycie się ze swojej przestrzeni rozpraszaczy, zagłuszaczy i odwracaczy uwagi. To szansa na odnalezienie i zrozumienie siebie, poznanie swoich prawdziwych potrzeb i wartości. To wyzwolenie wewnętrznej siły i energii, które sprawią, że doba będzie miała aż 24 godziny, a zwykłe codzienne czynności staną się magiczne. Życzę tego każdemu z nas.

Katarzyna Kędzierska, blogerka, prawniczka, minimalistka, autorka bloga Simplicite.pl oraz podcastu „Sztuka prostego życia”. W maju ukazało się nowe, poszerzone wydanie jej bestsellerowej książki „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”, wyd. Znak.

  1. Styl Życia

Minimalizm a kompulsywne pozbywanie się rzeczy - jak znaleźć równowagę?

Jedną z pułapek minimalizmu jest zaprzestanie gromadzenia na rzecz pozbywania się rzeczy. (Fot. Getty Images)
Jedną z pułapek minimalizmu jest zaprzestanie gromadzenia na rzecz pozbywania się rzeczy. (Fot. Getty Images)
Jedną z pułapek minimalizmu, w którą łatwo wpaść, jest zaprzestanie nałogowego gromadzenia na rzecz... nałogowego pozbywania się rzeczy. W ten sposób nie tylko od niczego się nie uwalniamy, ale tracimy z oczu główny cel, którym jest uproszczenie życia. Dlatego zamiast bezkrytycznie poddawać się trendom, poczuj, czego naprawdę chcesz.

Ogranicz liczbę rzeczy, najnowszy model iPhone'a wymień na starą Nokię, rzuć pracę w korporacji, a poczujesz się szczęśliwy – tak brzmi to w teorii. W praktyce prowadzi do niezłego zespołu abstynencyjnego. Nie chcę nikogo straszyć, ale przez lata namawiani byliśmy do zagłuszania „niefajnych” uczuć robieniem sobie przyjemności i nauczyliśmy się regulować emocje za pomocą kupowania. I weszło nam to w nawyk. Zatem zanim zaczniesz planować swoją szafę kapsułową (to swoisty symbol minimalizmu), zastanów się, czym jest dla ciebie nabywanie kolejnej rzeczy. Kompulsywne gromadzenie zaspokaja bowiem wiele potrzeb: podnosi poczucie wartości i ważności, zaspokaja apetyt na luk- sus i sukces, skutecznie obniża poziom lęku i stresu. Jeśli zrezygnujesz z tego bez przygotowania, to... efekt jo-jo murowany.

Przeanalizuj swój stan posiadania

Popatrz na wszystkie przedmioty, które znajdują się w zasięgu twojego wzroku, i pomyśl, czym są dla ciebie i czy naprawdę jesteś gotowy je wyrzucić. A jeśli tak – to dlaczego. Pamiętaj, że nie chodzi o mechaniczne pozbywanie się, ale o rozważną selekcję stanu posiadania, i to nie tylko w kwestii materii. Dla świadomych minimalistów uwalnianie się od nadmiaru to przede wszystkim narzędzie samopoznania. Każda rzecz, która kiedykolwiek znalazła się w twoim posiadaniu, symbolizuje coś, co jest albo było dla ciebie ważne. Czas sprawdzić, jaka to ważność i czy nadal jest aktualna.

Kiedy rozglądam się po swoim pokoju, widzę, że królują w nim książki. Potrafię sobie przypomnieć okoliczności kupienia niemal każdej z nich. Niektóre mam w dwóch egzemplarzach albo jedną w wersji papierowej, a drugą w e-booku. Już nie zliczę, ile razy próbowałam robić selekcję swojej biblioteki i prędzej czy później dawałam za wygraną. Dziś już mam pełną świadomość tego, że książki od dzieciństwa były moją odskocznią od codzienności, zabierały mnie do krainy magii, zaspokajały potrzebę przyjemności, pozwalały bezkarnie płakać, ale też śmiać się i nie mam wcale zamiaru minimalizować mojej biblioteczki, a już na pewno nie zrobię tego radykalnie i pod dyktando. No tak, ale... mam mnóstwo książek, kupuję prawie wszystkie nowości, a nie mam czasu, żeby je czytać.

A jak to wygląda u ciebie? Masz dość czasu, by zajmować się swoim stanem posiadania? Czy i czego masz za dużo, a czego za mało?

Odkryj, czego ci brak

Każda kupiona rzecz, a także sam proces kupowania wymagają naszej uwagi, zaangażowania, decyzji i troski. Uświadomiła mi to Gosia Janiszewska, założycielka bloga „Chcę mniej”. Na swoim profilu na Facebooku przedstawia się: ,,Cześć, jestem Gosia i chcę mniej... decyzji, które muszę podjąć każdego dnia, natłoku docierających do mnie informacji, domowych obowiązków i otaczających mnie przedmiotów, które ciągle przekładam z miejsca na miejsce”.

Niby nic, ale jej słowa trafiły w czuły punkt. Zdałam sobie sprawę, że nie tylko nie mam czasu na czytanie, ale generalnie nie mam czasu na nic, podobnie jak większość znanych mi kobiet. Przyznajmy, często wydaje nam się, że jesteśmy albo mamy obowiązek być wielozadaniowymi robotami. Małgosia przypomniała mi, że nasz mózg wcale nie jest wielozadaniowy, a na dodatek nie rozróżnia ważności decyzji. To prawda, że kobiety potrafią jednocześnie prasować, rozmawiać przez telefon, odpowiadać na pytania dziecka i zerkać na ekran telewizora, ale... tracą przy tym mnóstwo energii, przerzucając uwagę z jednej czynności na drugą. A świadomy minimalizm to także zajmowanie się jedną czynnością w danym momencie, czyli działanie w blokach czasowych. – Zamiast robić wszystko od razu, zbierz swoje zadania i posegreguj je – radzi Gosia – trochę tak, jak segregujesz pranie na białe, czarne i kolorowe. Gdy zaplamisz bluzkę, nie zdejmujesz jej od razu i nie włączasz pralki. Czekasz, aż się zbierze odpowiednia ilość prania. Tak samo nie pierzesz białych bluzek z czerwonym swetrem. Podziel swój czas pracy na część merytoryczną (zadania, które wymagają największego skupienia), komunikację (maile i telefony) i odpoczynek (posiłek, media społecznościowe, wiadomości ze świata) i nie „włączaj” wszystkiego jednocześnie. Ja pierwsze godziny pracy przeznaczam na zadania najtrudniejsze, wymagające największej koncentracji. Mam wtedy wyłączony telefon i zamkniętą skrzynkę mailową. Dopiero później poświęcam czas na komunikację mailową i telefoniczną. Można powiedzieć, że jak kiedyś w szkole miałam plan lekcji, tak teraz mam plan pracy. Staram się go przestrzegać. Gdy skupiam się na zadaniu, nie sprawdzam poczty, nie odbieram telefonów, nie zaglądam do mediów społecznościowych. Wszystko ma swój czas.

Minimalizm to również odkrycie i przestrzeganie swojego indywidualnego rytmu dnia po to, by obowiązki, które masz codziennie do wykonania, robić automatycznie, bez konieczności podejmowania za każdym razem decyzji. Bo mózg tyle samo energii zużywa na wybór kubka do porannej kawy, co na decyzję o poślubieniu konkretnego mężczyzny czy wyjeździe na drugi koniec świata. I tu dochodzimy do słynnej szafy kapsułowej.

Najpierw zadaj sobie pytanie, ile czasu, uwagi i energii każdego dnia zajmuje ci podjęcie decyzji, co dziś na siebie włożysz (tu piszę do kobiet, bo łatwiej mi wyobrazić sobie kobiecą argumentację). A jeszcze wcześniej ile czasu, uwagi i energii zajęło ci serfowanie po sklepach internetowych i wybieranie ciuchów, zamawianie, mierzenie, oddawanie itd. Jeśli pomyślisz : „No i co z tego? I tak nie mam zamiaru rezygnować z przyjemności serfowania, wybierania, kupowania i całej reszty, bo po prostu to lubię i w miejsce każdej wyrzuconej rzeczy kupię sobie dwie nowe?” – to zostaw na moment ideologię „chcę mniej”, usiądź, spokojnie pooddychaj i przywołaj uczucie, które ostatnio najczęściej ci towarzyszy, zwłaszcza jeśli jest ono z rodzaju „negatywnych”, albo potrzebę, której nie rozumiesz.

– Kiedy zostałam mamą, zaczęła się we mnie pojawiać silna potrzeba samotności, mimo że moja rodzina jest wspaniała – opowiada Gosia Janiszewska. – Na początku nie rozumiałam, gdzie leży problem, ale po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że jak każda kobieta mam mnóstwo ról, podejmuję ogrom decyzji i wyczuwam wiele emocji w rodzinie, na które muszę jakoś zareagować. Zrozumiałam, że moja potrzeba samotności wynikała po prostu ze zmęczenia mentalnego.

Odkryłaś już swoje dominujące uczucie? Może to smutek, rozczarowanie albo poczucie bycia nierozumianą czy wykorzystywaną? Nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się, że minimalizm w niczym ci tu nie pomoże, to gdy uprościsz swoje życie, ograniczysz codzienne obowiązki do tych naprawdę niezbędnych oraz pozbędziesz się rozpraszaczy i pożeraczy uwagi i energii – zyskasz przestrzeń na bycie ze sobą i przy sobie. Może tego właśnie potrzebujesz, a minimalizm ma być jedynie środkiem do celu?

Zdaniem blogerki dokładnie o to chodzi. Wcale nie o liczenie, ile sztuk odzieży masz w szafie, ale o to, by stworzyć przestrzeń w swoim otoczeniu, kalendarzu i relacjach na rzeczy dla nas ważne. A jeszcze wcześniej o zadbanie o czas, uważność i energię, by odkryć to, co ważne, i oddzielić je od tego, co tylko wydaje się ważne.

Poczuj, co oznacza mieć mniej

Minimalizm nie jest lekiem na całe zło. Zwłaszcza jeśli wprowadzasz go do swojego życia na siłę, bez refleksji, ulegając modzie czy łudząc się, że zagwarantuje ci szczęście. Warto o tym pamiętać po to, by świadomie zdecydować się na ten styl życia albo świadomie go odrzucić. Może warto skusić się na próbę, nie od razu na rok, ale na przykład na miesiąc bez zakupów; świadomie kontrolując czas spędzony na portalach społecznościowych czy rozmowach o niczym; rozpoczynając dzień bez automatycznego sięgania po smartfona, ale obserwując swój oddech czy przeciągając się leniwie. Spróbuj choć trochę ograniczyć swój apetyt na rzeczy, ludzi, doznania, a także emocje (czuj zamiast w nieskończoność analizować, dlaczego czujesz to, co czujesz), zamiast wyciągaćręce po kolejne coś, co musisz mieć. Połóż dłoń na sercu i poczuj jego bicie, potrzymaj w dłoniach swoją głowę, w której aż huczy od myśli, i pozwól jej choć trochę odpocząć. Stań przed lustrem i popatrz, kim jesteś bez tych wszystkich polepszaczy nastroju, wartości i ważności. Poczuj, czego naprawdę chcesz. Spróbuj odnaleźć swoją równowagę pomiędzy więcej a mniej, pomiędzy nadmiarem a prostotą.

Na zakończenie wyobraź sobie, że minimalizm pozwoli ci zyskać więcej czasu i... to naprawdę kuszące. Choć mam w pamięci bajkę o czasie, której treść bardzo mnie poruszyła. W bajce tej ludzie w pewnym miasteczku postanowili oszczędzać czas i w tym celu robili wszystko bardzo szybko, a zaoszczędzone minuty gromadzili w banku, zupełnie jak pieniądze na koncie oszczędnościowym. I była w tej bajce mała, rezolutna dziewczynka, która widząc wszystkich biegających w panice, w zawrotnym tempie, padających ze zmęczenia, spytała, po co im zaoszczędzony czas, co mają zamiar z nim zrobić. Ale zmęczeni, zagonieni biedacy patrzyli na nią niewidzącym wzrokiem i nie rozumieli, o co ich pyta.

To teraz ja zapytam ciebie – i co masz zamiar z nim zrobić?

  1. Styl Życia

Artykuły wymyślonej potrzeby - konsumpcjonizm w Polsce. Rozmowa z autorem "Książki o śmieciach"

W
W "Książce o śmieciach" Stanisław Łubieński demaskuje nasz konsumpcyjny styl życia(Fot. Albert Zawada)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie da się nie śmiecić, właściwie każdy aspekt ludzkiej egzystencji ma związek z zanieczyszczaniem planety. Stanisław Łubieński, autor „Książki o śmieciach”, wierzy jednak, że konsumpcyjny styl życia można ograniczać, i podpowiada, co zrobić, żeby zapobiegać bezsensownemu produkowaniu odpadków.

W kryminałach bardzo często detektyw przeszukuje śmieci, żeby dowiedzieć się czegoś o podejrzanym. Co o nas mówią nasze śmieci?
Że wszyscy jesteśmy do siebie bardzo podobni. Może jedni głosują na Krzysztofa Bosaka, a inni na Roberta Biedronia, ale nasze śmieci w żaden sposób nas nie wyróżniają i nie są szczególnie ciekawe. Niemal wszyscy kupujemy to samo, mamy podobny tryb życia. W czasie pisania swojej książki natknąłem się na informację o tym, jak francuscy fotografowie Bruno Mouron i Pascal Rostain robili zdjęcia śmieci różnych znanych osób dla pisma „Paris Match”, najpierw we Francji, a potem w Hollywood. Strasznie się zapaliłem, pomyślałem sobie, ale to będzie ciekawe, to wgląd w życie sław, które są przecież trochę jakby bogami. Okazały się dosyć zwykłe, taki Nicholson wyrzuca dużo listów i kopert, po jego odpadkach widać, że podjada sobie czipsy Fritos, popija je piwem Corona, używa płynu zmiękczającego Downy.

Konsumpcjonizm opanował świat. Wszyscy ulegamy konsumpcyjnemu stylowi życia?
Kupujesz sobie nowe rzeczy, nowe ubrania, dużo podróżujesz, konsumujesz. To współczesna wizja bycia szczęśliwym człowiekiem i jeśli jej nie przyjmiesz, masz poczucie braku. Wrażenie, że czegoś nie mamy albo że to, co mamy, nam nie wystarczy – nie odstępuje nas na krok. To skutek funkcjonowania w gospodarce opartej na mrzonce nieustannego wzrostu, gromadzeniu dóbr i iluzji, że wszystkim będzie coraz lepiej. Z drugiej strony – definicja śmiecia jest nieskończenie rozszerzalna, właściwie na każdy aspekt naszego życia możemy spojrzeć przez pryzmat tego, że wiąże się on z wytwarzaniem śmieci, czy to będzie pompowany przez elektrownie dwutlenek węgla, czy to będą śmieci komunalne. Nie da się nie śmiecić.

Skąd się wziął pomysł na taki temat książki?
Kiedy pisałem felietony o śmieciach do „Dwutygodnika”, nie byłem jeszcze pewien, czy to jest temat na książkę. I wtedy przydarzyła mi się historia z plastikową kulką, którą prawie zjadłem w restauracji we Włoszech. Znalazłem ją w morskiej rybie. Jadłem tę rybę i nagle poczułem, że gryzę coś, co nie jest ani ością, ani rybim mięsem. Trudno o bardziej druzgocący dowód na skalę zanieczyszczenia mórz.

Być może w restauracji La Cambusa na wyspie Lipari codziennie ktoś zjada plastikowe kulki, ale mnie się to przydarzyło pierwszy raz. Pomyślałem, trochę z przymrużeniem oka, że ten temat to może być moje przeznaczenie. Kulkę zabrałem ze sobą do domu i poszedłem z nią do dr Agnieszki Dąbrowskiej z Wydziału Chemii UW, badającej plastikowe odpady w środowisku morskim. Poddaliśmy ją tzw. badaniu spektrograficznemu, okazało się, że trudno powiedzieć ze stuprocentową pewnością, z czego jest zrobiona. Mówimy plastik, ale plastików są tysiące, zawierają składniki wymieszane w różnych proporcjach i domieszki, które zmieniają ich właściwości.

materiały prasowe materiały prasowe

To właśnie plastik jest jednym z głównych bohaterów twojej „Książki o śmieciach”. Wśród współczesnych lęków dotyczących zanieczyszczenia środowiska wysoką pozycję zajmuje strach przed mikroplastikiem, tym, że jest w nas.
Zwykłe pranie polarowej kurtki skutkuje zanieczyszczeniem wody tysiącami mikrocząsteczek plastiku, które spłyną do morza. Oczywiście, można popaść w paranoję, że plastik jest wszędzie, że spada w śniegu i jest w wodach podziemnych, i w miodzie, i w soli, nawet w naszych organizmach, ale niewiele z tym możemy zrobić. To już się dzieje i jest nie do zatrzymania. Od plastiku już nie uciekniemy, nasz świat jest od niego uzależniony, część postępu zawdzięczamy tworzywom. Prawdziwym absurdem jest to, że rzeczy jednorazowe, których używamy przez chwilę, robione są z niezniszczalnego materiału. Szał jednorazówek jest efektem rozrostu przemysłu tworzyw sztucznych, produkuje się je szybko i tanio, są łatwo dostępne, ale to one tworzą główną masę plastikowych śmieci, np. na plażach czy w lasach.

Rewersem mikrocząsteczek jest Wielka Pacyficzna Plama Śmieci.
O niej się dużo mówi, bo jest największa, jej powierzchnia to 1,5 mln km kw. Ale podobnych plam jest na oceanach przynajmniej pięć. Mówi się już nawet o Plastisferze, kontynencie z plastiku. Wizja tych skupisk, gdzie spotykają się prądy morskie, nie napawa optymizmem. Rocznie trafia do oceanu 8 mln ton plastiku. Tworzywa wydzielają różne toksyczne substancje. Jeden z raportów mówi, że wkrótce masa plastiku będzie większa niż masa pływających w oceanie ryb.

Nie potrafimy dojść do prostego dosyć wniosku, że świat, w którym żyjemy, nawet jeśli podzielony na kraje i kontynenty, to jedna całość.
Widać to najlepiej właśnie na przykładzie oceanu. To jest jeden zbiornik podzielony dla ludzkiej wygody różnymi nazwami, ale jak wrzucę piłkę na plaży w Japonii, to ona za jakiś czas może wypłynąć u brzegów Kalifornii albo Alaski. Nie myślimy o tym, że to, co dotyka inną część świata, w pewnym sensie dotyka też nas. W tym sensie rzadko czujemy solidarność z ludźmi doświadczonymi kataklizmami w innych częściach świata. Przejmuje nas powódź na Podkarpaciu, a nie mamy pojęcia, że to samo, tylko na gigantyczną skalę, dzieje się w północnowschodnich Indiach. Klimat zmienia się na całym świecie, ale przyjmuje to różne formy.

Czy w czasie poszukiwań informacji do książki zdarzyły ci się jakieś niespodziewane odkrycia?
Nie zapomnę, jak poznałem doktora Krzysztofa Kolendę, wrocławskiego herpetologa badającego wpływ śmieci na przyrodę. Przyglądaliśmy się razem odpadkom, które zbieraliśmy w lesie we Wrocławiu. W butelkach i puszkach były tysiące trupów leśnych owadów.

To uderzające, że głupia butelka czy puszka po pepsi porzucone w lesie zamieniają się w cmentarzyska. Utkwiła mi w pamięci historia o żukach, które ukochały sobie brązowe butelki po napoju.
Butelki przypominały im partnerki, działały na nie jak superstymulanty. Samce pozostawały obojętne na wdzięki prawdziwych samic, wybierały butelki, próbowały z nimi kopulować, a ich zaloty kończyły się śmiercią w pułapce. Smażyły się na tych butelkach. Ich chutliwość była zagrożeniem dla gatunku. Rozwiązanie było bardzo proste, wystarczyło zmienić kolor butelek, żeby pobudliwe żuki straciły nimi zainteresowanie. Równie proste jest rozwiązanie w wypadku leśnych śmieciowych pułapek. Wystarczy nie śmiecić. Tak, wiem, to się wydaje nierealne, ale zadziwiające jest, jak olbrzymie konsekwencje dla lasu mają te odpadki. Porzucone butelki zamienią się w masowe groby żyjących w nim owadów, małych gryzoni i płazów. Zwierząt niepozornych, ale często kluczowych dla zachowania zdrowia tego ekosystemu.

Twoja książka uświadamia, że metki „eko” czasem wprowadzają w błąd. Kiedy zagłębiamy się w badania, okazuje się, że robienie zakupów w taki sposób, żeby oszczędzać planetę, jest jak szukanie drogi w labiryncie.
Bardzo mnie bawią zabiegi pewnej dużej firmy sprzedającej wodę mineralną w plastikowych butelkach. Wymyśla ciągle nowe ekologiczne akcje, które mają pokazać, jak to bardzo troszczy się o planetę: sadzi las z leśnikami albo przekonuje, że lepsza jest woda w plastiku niż woda w szkle. Trzeba się bardzo nagimnastykować, żeby przedstawić się jako zbawca planety i jednocześnie zajmować się produkcją plastikowych butelek. Był też szampon, który się reklamował tym, że ma opakowanie w 30 proc. zrobione z recyklatu. To nie jest wielkie osiągnięcie, bo te butelki można byłoby zrobić w stu procentach z przetworzonego materiału. Wszyscy próbują się tanim kosztem podłączyć do tych ekotrendów. Naprawdę ekologiczna byłaby seria w butelkach, które można ponownie napełniać.

(Fot. Studio Fru) (Fot. Studio Fru)

Kupujemy bambusowe przedmioty, sądząc, że są ekologiczne, a one często są klejone syntetycznymi żywicami, z których uwalniają się niebezpieczne substancje.
Pułapek jest wiele. Niestety, nie można już być ufnym. Dobrze weryfikować różne podejrzane doniesienia, wszyscy czasem padamy ofiarą fake newsów. Folia biodegradowalna, w naszym przekonaniu nieszkodliwa dla środowiska, rozkłada się na przykład tylko i wyłącznie w specjalnych instalacjach, więc jeśli wrzucimy ją do śmieci zmieszanych, to nie łudźmy się, że ona się rozłoży. Ale o tym niech mówią ludzie, którzy od lat drążą ten temat. Jest na przykład Julia Wizowska, która ma blog Na Nowo Śmieci, napisała też książkę. Jeździ po kompostowniach, wysypiskach, sortowniach i dowiaduje się, jak to działa.

Mam wrażenie, że o inicjatywach takich, jak: trash challenge, czyli spontaniczne zbiórki śmieci, którym obowiązkowo towarzyszy selfie, albo plogging, połączenie zbierania odpadków i poczciwego joggingu, czy praktyki zero waste – piszesz z lekkim przekąsem.
Na początku mój stosunek do takich inicjatyw był rzeczywiście trochę ironiczny. Wydawało mi się, że to taki festiwal próżności, że te śmieci zbiera się dla zdjęcia. Może nie rozumiałem jeszcze, że takie akcje mogą mieć skalę masową właśnie dzięki mediom społecznościowym. Zbieranie śmieci jest bardzo niewdzięczne i każdy, kto to robi w wolnym czasie, jest bohaterem. W Polsce to, niestety, bardzo rzadkie, żeby przejmować się dobrem wspólnym, ale także przyszłością miejsca, w którym się żyje. W każdym lasku, w każdym rowie przydrożnym można znaleźć sterty śmieci.

Kibicuję wszystkim ruchom zmierzającym do ograniczenia ilości opakowań czy modyfikowania ich tak, by dawały się łatwo przetworzyć. Żeby zaszły jakieś realne zmiany, potrzebna jest masa krytyczna. Możemy sobie indywidualnie tupać na różne rzeczy, ale to, niestety, mało kogo obchodzi. Dopiero kiedy tupnie masa, zostanie to dostrzeżone przez wytwórców, producentów. Ale problemu zanieczyszczenia nie da się załatwić dobrą wolą producentów i zaangażowaniem konsumentów. Tutaj potrzebne są trudne, odważne regulacje prawne, żeby zapobiegać bezkarnemu, bezsensownemu produkowaniu śmieci. Czy nam się to podoba, czy nie, temat ochrony środowiska jest dziś najważniejszy i będziemy to odczuwać coraz boleśniej.

Dlaczego odpowiedzialność producentów za produkcję odpadów jest taka ważna?
Za granicą jest tak, że to producenci w większej mierze odpowiadają za finansowanie zbiórki wyprodukowanych materiałów, które powinny trafiać do recyklingu. Dzięki temu cały ten biznes, ten obieg zamknięty, staje się bardziej opłacalny, więc wszyscy się bardziej starają i efektywność zbierania, ale i przetwarzania jest dużo większa. W Czechach za wytworzenie tony odpadów plastiku producent musi wpłacić do systemu 206 euro, w Polsce – około 0,6 euro. Te opłaty muszą być wyższe. Poza tym uważam, że powinno się wprowadzić na przykład obowiązek stosowania recyklatu w nowych opakowaniach. Musi istnieć jakiś bodziec do ponownego wykorzystania materiałów.

W tym momencie recykling nie wydaje się szczególnie opłacalny. Spadły ceny ropy, więc produkcja plastiku stała się jeszcze tańsza. W czasach pandemii zamknęło się wiele zakładów recyklingu (znam przykłady z Francji) w obawie przed plagą zachorowań u pracowników. Do tego doszedł pandemiczny kryzys, kiedy to baliśmy się, że wszystko będzie przenosić wirusa, więc nastąpił powrót do jednorazówek. Rękawiczki i maseczki zużywane są w hurtowych ilościach. Producenci tworzyw rozgrywają nieprawdziwy argument, że tylko jednorazowe rzeczy są bezpieczne. Sprawa wygląda jednak tak, że nie stać nas już na jednorazowość. Od 50 lat żyjemy na kredyt Ziemi, nasza eksploatacja przekracza możliwości naturalnego odnawiania zasobów planety.

Uważasz, że jedna z najważniejszych umiejętności współczesnego człowieka to nauczyć się odmawiać, także sobie. Ty nie masz z tym problemu?
Mnie jest o tyle łatwiej, że nigdy specjalnie dużo nie potrzebowałem. Moją partnerkę denerwuje, że potrafię nosić te same ubrania przez wiele lat i nie odczuwam w ogóle potrzeby wyglądania jak poważny pisarz w średnim wieku. Mięsa nie jem przede wszystkim ze względów moralnych. Jest mi lżej na sercu, że się nie przykładam do czegoś, co jest strasznie złe i głęboko mnie niepokoi. Niestety, jeżdżę samochodem, ale w mieście wybieram rower. Nie mam potrzeby dalekich, egzotycznych podróży, bo nigdy nie znudzi mi się Polska. A jeśli już raz na jakiś czas wybiorę się gdzieś dalej, to też, wydaje mi się, nie będzie wielki dramat. Nie mówię, że wszyscy mamy się stać świętymi, mieszkać w eremie i żywić mchem. Jest taka bardzo trafna myśl, którą napisała jedna z zerowaste’owych kucharek Anne-Marie Bonneau:

„Nie potrzebujemy kilku osób, które robią stuprocentowy zero waste, tylko milionów, które robią to w sposób niedoskonały”.
Chodzi o to, żeby ludzie zadali sobie czasem pytanie, czy muszą mieć nowe, czy mogą kupić używane. Albo czy w ogóle nie wymyślają sobie jakichś fikcyjnych potrzeb.

Stanisław Łubieński rocznik 1983; pisarz i publicysta, przyrodnik amator, ptasiarz, autor „12 srok za ogon” nominowany do Paszportu „Polityki” i do Nike. Właśnie ukazała się jego „Książka o śmieciach”.

  1. Psychologia

Puść banana - uwolnij się od chęci posiadania. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Niewygoda to zawsze wyzwanie, które sprzyja rozwojowi wewnętrznemu. (Fot. Getty Images)
Niewygoda to zawsze wyzwanie, które sprzyja rozwojowi wewnętrznemu. (Fot. Getty Images)
Naszą naturalną potrzebą jest wygodne życie. Przedmioty i urządzenia, które je ułatwiają. Brak trosk, konfliktów i lęków. – Ale to dzięki niewygodom doświadczamy życia pełniej i intensywniej – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Pandemia zmusiła nas do wyrzeczeń, obawiamy się ich skutków. Tymczasem w książce „Wszystko jest łatwiejsze, niż nam się wydaje” hiszpańskiego psychoterapeuty Rafaela Santandreu przeczytałam coś zaskakującego. Właśnie wyrzeczenia mają nam dać poczucie obfitości i bezpieczeństwa!
Zgadzam się z tym, bo świadoma rezygnacja z nadmiaru wygód i dóbr jest jedną z dróg prowadzących do rozwoju duchowego. A więc do zmiany perspektywy na to, co jest prawdziwą wartością w życiu, a przede wszystkim – czym jest samo życie. Ilustrują to dobitnie historie wszystkich wielkich proroków i oświeconych, którzy albo – tak jak Jezus – doświadczali skrajnej biedy i wielkich zagrożeń, albo – tak jak Śakjamuni – dobrowolnie wyrzekali się posiadania czegokolwiek oprócz szaty, miski i kija. Śakjamuni był księciem, synem przebogatego króla Kaszmiru. Kiedy się urodził, nadworny astrolog powiedział królowi, że jego syn ma potencjał wielkiego nauczyciela duchowego. Król, który inaczej widział cel życia swojego następcy, zrobił, co mógł, aby tak się nie stało. Zapewnił synowi superkomfortowe warunki, brak jakichkolwiek trosk. A więc egzystencję pozbawioną czegokolwiek, co skłaniałoby młodego księcia do refleksji nad kruchością i przemijalnością życia. Nawet kwiaty w pałacu Śakjamuniego wymieniano każdej nocy na świeże, aby nie dostrzegł, że więdną.

Komfort i brak trosk nas… ogłupia?
Oddziela od doświadczenia prawdziwego życia, od świadomości, że my, ludzie, na równi z kwiatami, zwierzętami, górami i gwiazdami jesteśmy jego ekspresją. Król stworzył dla syna superinkubator, by podtrzymywać i umacniać w nim poczucie oddzielenia od nieustannie zmieniającego się życia. Pewnego dnia popełnił jednak błąd, gdyż zezwolił na to, aby książę przyglądał się zawodom oraczy. Śakjamuni zobaczył więc ciągnięte przez woły, spulchniające ziemię pługi. Zobaczył lecące za nimi ptaki wyjadające dżdżownice wyrzucone lemieszem na powierzchnię. Doświadczył więc tego, co nazywa się kołem życia i śmierci: oranie ziemi po to, aby posiać ziarno, z którego będzie chleb. Niszczenie pługiem schronienia dżdżownic, umożliwiające ptakom zdobycie pożywienia. Późniejszy Budda zrozumiał, że nie żyje realnym życiem, i porzucił bogactwo i władzę. Uciekł z ojcowskiego inkubatora w Himalaje w poszukiwaniu mistrzów życia. Dzięki tym wyrzeczeniom poznał piękno i bogactwo świata, w którym kwiaty nie tylko kwitną, lecz także przekwitają, dając początek owocom i nasionom. Doświadczył obfitości i cudowności prawdziwego życia. I tego, że wszystkie jego formy wyłaniają się z jednego źródła, z którym są tożsame.

Ilustracja Paweł Jońca Ilustracja Paweł Jońca

Porzucić pałac?! Wielu z nas czuje lęk na myśl, że może nie mieć lodówki z zamrażarką, która kruszy lód!
Afrykańscy Pigmeje łapią małpy w taki sposób, że wkładają banana do klatki o bardzo wąskich przerwach między bambusowymi prętami. Małpa widzi smakowity owoc, wkłada łapę do klatki, chwyta go, ale nie może wyjąć. Nie jest jednak w stanie puścić banana, nawet gdy widzi zbliżających się myśliwych. No i traci nie tylko ten owoc, lecz także wolność, a nawet życie. My postępujemy podobnie, uważając, że tylko dzięki nowemu samochodowi czy wygranej na loterii będziemy szczęśliwi! Nie tylko ręka, ale i nogi utykają nam w klatce, kiedy wszystko poza tymi naszymi bananami uznajemy za bezwartościowe. Oddajemy wolność, nierzadko zdrowie, a także całe piękno świata i smak życia za złudzenie posiadania i bezpieczeństwo.

Wyrzeczenie się „banana” daje poczucie obfitości, bo kiedy o nim zapominamy, zaczynamy dostrzegać wszystko, co poza klatką może nam dać świat?
Właśnie! Komfort ani posiadanie nie są warunkiem szczęścia. Jest nim wyrzeczenie. Dzięki niewygodom żyjemy pełniej! Doświadczamy życia intensywniej, bo poza strefą komfortu wyostrzają się nasze zmysły: słuch, wzrok, węch, dotyk. A to dlatego, że nie możemy postępować rutynowo, automatycznie, schematycznie. Jesteśmy więc obecni w swoim życiu, jesteśmy tu i teraz. Kreatywni, otwarci.

To tylko nasze neurotyczne pragnienia, uzależnienia przeszkadzają nam cieszyć się obfitością życia. Co więcej, im bardziej dbamy o swoją wygodę, tym bardziej rośnie w nas lęk, że ją stracimy. Tym więcej energii wkładamy w to, aby te wygody pomnożyć. Ale to znów wzmacnia w nas lęk przed utratą tego, co wydaje się nam warunkiem szczęścia i bezpieczeństwa. I tak wpadamy w błędne koło, bo lęku możemy się pozbyć, tylko wyrzekając się konsumpcyjnych pragnień i ograniczając je. Jeśli nam się to uda, to jesteśmy jak małpa, która puściła banana: odzyskujemy wolność, ratujemy życie i rozwijamy swoją autonomię.

Niewygoda i wyrzeczenia stwarzają warunki do rozwoju naszej niezależności?
Poza strefą komfortu rozwijamy odporność psychiczną! Pokonując różne wewnętrzne i zewnętrzne przeszkody, przezwyciężając lenistwo, a także ucząc się panować nad impulsami i emocjami – kształtujemy swój charakter. Poza strefą komfortu wzmacniamy też odporność biologiczną. Poprzez częsty i urozmaicony kontakt z bakteriami i patogenami aktywizujemy system immunologiczny.

Wychodząc ze strefy komfortu, hartujemy więc psychikę i ciało?
Właśnie! Hartujemy! Zwróć uwagę, że tego słowa się dziś nie używa. Bo też nie mamy za wiele okazji, by nabierać krzepy i odporności w zetknięciu z niewygodami i zagrożeniami. Nie mamy więc jak zdobywać umiejętności, które pomagają nam realnie o siebie zadbać. Pandemia covid-19 pokazuje, że inkubator, stworzony w pocie czoła przez naszą konsumpcyjną cywilizację, daje nam tylko złudzenie bezpieczeństwa, a w istocie nas osłabia. Nie mamy bowiem okazji ćwiczyć odporności. Co więcej, dążąc do komfortu i bezpieczeństwa, tak zapaskudziliśmy naszą planetę, że stała się toksyczna. Stoimy więc teraz jako cywilizacja przed wyborem: Czy inwestować w doskonalenie inkubatora, nie zważając na powiększające się wokół niego śmietnisko? Czy raczej postawić na sprzątanie i na ludzką naturalną zdolność do radzenia sobie z patogenami?

W zamian za śmiecenie i trucie mamy autonomiczne samochody, myślące domy!
Czyli niepotrzebne wygody, które nas pozbawiają okazji do rozwoju naszych ukrytych potencjałów. Jeszcze 30 lat temu masa codziennych wyzwań – czyli niewygód – sprawiała, że byliśmy bliżej życia, bliżej natury. Znaliśmy zasady i reguły obowiązujące na statku kosmicznym, jakim jest nasza Ziemia. Tych zasad nie da się bezkarnie łamać ani lekceważyć, bo wtedy nic nas nie obroni przed kolejnymi pandemiami.

No, ale co proponujesz w miejsce komfortu i konsumpcji?
Świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb. Pozwoli nam ona zrozumieć, że nieustanny wzrost gospodarczy nie jest najważniejszy. Podobnie jak wygody, posiadanie rzeczy i sztuczne, pozbawione patogenów środowisko. Ważna jest za to autonomia, obecność we własnym życiu. Związki z ludźmi i utożsamienie się z całym biologicznym światem. Świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb pozwala nam zrozumieć, że o poczuciu obfitości decyduje miłość, czyli afirmujący i akceptujący stosunek do wszelkich przejawów życia. Z naszym własnym życiem włącznie.

Każdy, kto już to wie, jest przygotowany do życia w świecie postpandemicznym. Co do pozostałych można mieć nadzieję, że pandemia sprowokuje ich do wewnętrznej transformacji i zobaczą, iż obecność w realnym świecie, a także związki i miłość uwalniają nas od lęku przed wyrzeczeniami, niewygodą, stratą, zagrożeniem. Kiedy mamy świadomość naszych autentycznych, głębokich potrzeb, cokolwiek by się działo, nie stracimy poczucia bezpieczeństwa, obfitości i sensu.

No, ale tak na co dzień niewygody, jak sprężyna pod tapicerką fotela, sygnalizują nam konieczność zmiany mebla, a nie rozwoju duchowego przez siedzenie na sprężynie.
No właśnie, to kolejna korzyść z niewygody – zmusza nas do zmiany. A bywa, że to, co pozwolę sobie nazwać niewygodą, ma wymiar tragedii, gdyż przejawia się, na przykład, w postaci utraty najbliższej osoby. Wtedy mamy wybór: załamać się, zamknąć w poczuciu krzywdy i zgorzknieć, czyniąc ze swego życia ponurą izbę pamięci; albo potraktować tę sytuację jako impuls do rozwoju, zaangażowania w coś pożytecznego. Wtedy świat będzie nas nadal zachwycał na wiele nowych sposobów.

Wygląda na to, że nic nam tak nie szkodzi jak wygodny fotel i brak wyzwań.
Spójrzmy na seniorów. Wielu planuje, że na emeryturze będzie tylko wypoczywać i wypoczywać. Ale kiedy to się im uda, wpadają w depresję! Nadmiar wygody rodzi poczucie bycia niepotrzebnym i braku motywacji do czegokolwiek. Niezbędna jest wtedy jakaś pasja, działalność na rzecz innych, poznawanie nowych przestrzeni. Cokolwiek, co skłoni nas do przekraczania ograniczeń i bezruchu. Emeryt musi nieźle się nagimnastykować, aby wspiąć się nawet na niewielki górski szczyt. Ale gdy mu się to uda, eksploduje radością. Niewygoda to zawsze wyzwanie, a nie problem.

Największym wyrzeczeniem, zdaniem Rafaela Santandreu, jest wyrzeczenie się życia, czyli pogodzenie się z tym, że kiedyś umrzemy. Dopiero to daje nam całkowitą wolność od lęku.
Daje nam to całkowitą wolność od lęku szczególnie wtedy, gdy poczujemy i zrozumiemy, że sami jesteśmy życiem, które nieustannie się zmienia, zanika i odradza. I że w tym sensie jesteśmy nieśmiertelni. Możemy się do tej wolności przybliżyć, wyobrażając sobie, że tracimy wszystko, co posiadamy. Także bliskich. Co by z nas wtedy zostało? Kim byśmy byli? Co byłoby sensem naszego dalszego życia? Podobne ćwiczenie to wyobrażenie sobie, że został nam miesiąc życia, bo na przykład mamy jakąś terminalną chorobę. Jak sobie wtedy zorganizujemy ten czas? Czym go wypełnimy? Poważne potraktowanie takich ćwiczeń pomoże nam na nowo ustawić hierarchię wartości i nie zmarnować czasu, jaki nam pozostał.

Ale takie refleksje przerażają!
Jeśli tak, to trzeba przypomnieć sobie, że zaledwie 75 lat temu skończyła się straszna wojna, podczas której miliony ludzi utraciły wszystko. Tych ludzi trzeba pytać, jak to zrobili, w imię czego chciało im się jeszcze żyć. Już prawie wszyscy odeszli, ale na szczęście zostawili po sobie sporo książek…

A ty co byś powiedział?
Cały czas tylko o tym mówiłem.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).