1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jesteśmy różni, ale równi. Jak przezwyciężyć barierę obcości?

Jesteśmy różni, ale równi. Jak przezwyciężyć barierę obcości?

Spróbujmy cieszyć się i wzbogacać naszą różnorodnością! (Fot. iStock)
Spróbujmy cieszyć się i wzbogacać naszą różnorodnością! (Fot. iStock)
- Wszyscy jesteśmy tacy sami. Ważne jest współczucie, współodczuwanie; zrozumienie, że wszyscy chcemy być spełnieni, szczęśliwi, uznani przez innych, szanowani. Każdy ma prawo być tutaj i żyć obok nas; być naszym sąsiadem. Możemy cieszyć się i wzbogacać różnorodnością – mówi Tanna Jakubowicz-Mount.

Radość z różnorodności, tak się łatwo mówi. Jednak by cieszyć się różnorodnością świata, potrzebujemy wielkiej otwartości. Na ogół lubimy podobnych do siebie. Inni nas niepokoją.
Postrzegamy ich jako obcych i czujemy się zagrożeni. Naruszają nasze poczucie tożsamości, a to wywołuje lęk. Nie wiemy, czego się spodziewać. Od lat w wielu miejscach na świecie pracuję z ludźmi różnych wyznań, tradycji duchowych i kulturowych. Prowadzę spotkania otwarte na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Spotykamy się w kręgu ludzi, którzy mówią różnymi językami, są na różnych ścieżkach życia, inaczej myślą, wyglądają, inaczej się modlą, zachowują, wierzą w coś innego. Chodzi nam o to, aby przezwyciężyć barierę obcości i prawdziwie się spotkać, ponieważ wiele napięć i konfliktów w świecie związanych jest z obcymi, z tymi, których nie rozumiemy i których się boimy. Najtrudniej rozbroić stereotypy, ponieważ są mocno utrwalone, przekazywane z pokolenia na pokolenie; w Polsce szczególnie te dotyczące Żydów, Cyganów, Rosjan, Niemców, ludzi o innej orientacji seksualnej. To jest problem na skalę globalną, ponieważ narasta poczucie zagrożenia spowodowane kryzysem ekonomicznym, duchowym, humanitarnym. Świat staje się nieprzewidywalny, więc łatwo uruchamia się lęk o biologiczne przetrwanie. A wtedy narastają konflikty związane z obcymi. To znany mechanizm – kanalizujemy swój lęk i nienawiść w niechęci do innych.

To „oni” zabierają nam pracę i przestrzeń życiową.
Co przecież nie jest prawdą, ponieważ „obcy” na ogół przyjmują najgorszą pracę w niechcianych zawodach. Jednak lęk tak działa: to „oni” rozpanoszą się, narzucą nam swoje obyczaje, których nie chcemy. Rozpoznajemy też mechanizm projekcji: im jest nam trudniej ze sobą, im bardziej jesteśmy niepogodzeni z różnymi częściami siebie, tym bardziej będziemy niechętni, a nawet wrodzy w stosunku do innych. Jeśli kogoś nienawidzę, to może znaczyć, że nie chcę widzieć mojego bólu, upokorzenia czy gniewu odbitego w jego oczach. Nie cierpię obcych, ponieważ nie chcę cierpieć z powodu obcego w sobie. Często mamy w sobie skrzywdzone dziecko, ofiarę, kogoś, kto podlegał opresji, na przykład wychował się w rodzinie dysfunkcyjnej. To dziecko usiłuje się jakoś bronić, opracowuje sobie strategię przetrwania, żeby się nie dać; jest pełne napięcia, gotowe do obrony. Czuje się zagrożone i broni się, atakując. Ofiara staje się oprawcą, kimś, kto jest agresywny, używa przemocy. Wytwarza się bardzo silny konflikt wewnętrzny między ofiarą a oprawcą. Jeśli tego nie rozpoznaję, wtedy złość i nienawiść projektuję na innych, oni stają się moimi wrogami, tarczą mojej niechęci do siebie.

Odrzucamy innych, ponieważ nie chcemy spotkać się z kimś nieznanym, obcym w sobie?
Zwraca na to uwagę mój ulubiony filozof, benedyktyn David Steindl-Rast: Dopóki nie spotkamy obcego w sobie, nie rozpoznamy go, nie zaakceptujemy jako części naszego człowieczeństwa, nie będziemy w stanie spotkać się z obcymi na drogach życia.

Przekraczanie lęku przed obcym zaczyna się więc od pogodzenia się ze sobą.
Tak, od odnalezienia pojednania w sercu między różnymi częściami nas, które są w konflikcie. Ja to nazywam alchemią miłości, bo tylko miłość ma moc uzdrowienia i scalenia naszego wnętrza. Ktoś o niskim poczuciu własnej wartości, kto czuje się upokorzony, wykluczony, odrzucony, chętnie szuka gorszego od siebie, Żyda, Murzyna, Cygana, żeby poczuć się lepiej. Na takiej właśnie projekcji Hitler zbudował swoją potęgę. Wykorzystał frustrację, napięcie, lęk, upokorzenie ludzi; podniósł ich z kolan, mówiąc, że są nadludźmi. Zbudował fałszywe poczucie mocy, godności, przynależności do większej całości: „Jestem silnym członkiem grupy, która ma wroga, obcego, innego, i określony plan działania, aby wroga zniszczyć”. Okopanie się na silnych pozycjach religijnych i narodowych, znalezienie wspólnego wroga daje poczucie ulgi i złudnej mocy. Prowadzi do konfliktów i wojen. Brunatna fala przemocy wraca w obecnym kryzysie i jest niebezpieczna. Na szczęście napływa druga fala, którą nazywam błękitną falą odradzania się wartości bliskich wszystkim tradycjom duchowym, takich jak szacunek dla inności, współodczuwanie i miłość.

Najbardziej przerażające wydają się konflikty na tle religijnym. Pragniemy, aby Bóg był ponad podziałami, a to się nie udaje.
Religia, która jest pozbawiona ducha, kostnieje i staje się fundamentalizmem. W imię religii dokonano największych zbrodni. To już nie jest religia – to trzymanie się kanonu, dogmatów, kodu porozumiewania się. Ktoś, kto wyznaje inną religię, niejako podważa, kwestionuje naszą wiarę: „Jakim prawem wierzy w nie wiadomo kogo? Istnieje tylko nasz Bóg. Tylko nasz jest jedyny i prawdziwy. Co oni tam odprawiają między sobą? To mi zagraża. To mnie uraża. Podważa moją tożsamość. Jestem u siebie. To mój kraj. Polska. Tutaj dziewięćdziesiąt kilka procent ludzi to katolicy. Niepotrzebni nam obcy”. W takiej postawie jest pogarda; my jesteśmy lepsi, oni są gorsi. Na ogół szerokim łukiem omijamy bezdomnych, żebraków. Nie chcemy ich widzieć, spotykać się z nimi. Podobnie ludzi starych. Nie chcemy spotykać się ze swoją starością. Boimy się przemijania i śmierci. Nie chcemy tego cierpienia. To wszystko jest ze sfery cienia, mroczne, napiętnowane. Wydobyte na światło dzienne budzi odrazę, niechęć, nienawiść. Niechęć do starych, chorych i ułomnych odzwierciedla odrzucone i wyparte części nas samych.

Gdy więc pojawia się lęk przed innym, dobrze byłoby zadać sobie kilka pytań. Na przykład: czego boję się w sobie?
Czego nie chcę widzieć, czuć? Jakie części siebie zepchnęłam do piwnicy mojego domu? Chodzi o to, aby te odrzucone, wykluczone części siebie zaprosić do domu naszego serca, zaprowadzić do jasnego salonu i zapytać, czego potrzebują? Nakarmić, utulić to wszystko w nas, co zostało skazane na wygnanie. Uznać swoją inność; jestem dzieckiem wszechświata i tak jak wszyscy mam prawo tu być. Wtedy zyskujemy przestrzeń, aby uważnie wysłuchać obcego, innego, nie oceniać, nie szukać winnych. Uważnie słuchając, odkrywamy, że na poziomie serca, uczuć wszyscy jesteśmy tacy sami. Serce to współczucie, współodczuwanie; zrozumienie, że wszyscy chcemy być spełnieni, szczęśliwi, uznani przez innych, szanowani. Każdy ma prawo być tutaj i żyć obok nas; być naszym sąsiadem. Możemy cieszyć się i wzbogacać różnorodnością. Widzimy, że inni ludzie mają takie wartości, które mogą być dla nas ważne. Odkrywamy, że inny to ja, moje lustro, w którym widzę całe spektrum mojego człowieczeństwa. Każdy z nas jest szczególny i niepowtarzalny, a jednocześnie jesteśmy tożsami w swojej istocie, utkani z tej samej energii światła i miłości, istniejącej u podłoża wszelkiego życia. Mogę czerpać z obfitości świata, ze wszystkich barw tęczy. Nelson Mandela mówił o tym, że jesteśmy narodami tęczy; Indianie mówią, że jesteśmy ludźmi białymi, czerwonymi, czarnymi, żółtymi, którzy kiedyś spotkają się razem pod ogromnym Drzewem Życia. Warto pamiętać, że tęcza to rozszczepione spektrum białego światła. W gruncie rzeczy jesteśmy światłem w różnych kolorach. Jesteśmy jednością.

Przez wiele lat przyjeżdżał do Polski mistrz zen Kwong Roshi. Miał w zwyczaju odwiedzać opactwo benedyktynów w Lubiniu i ojca Jana M. Berezę. Siadali w kręgu z innymi medytującymi. Mówili, że na głębokim poziomie nie ma różnic. Odnajdujemy tam te same pytania: Kim jestem? Po co tutaj jestem? Do czego jestem stworzona? Jakie jest moje przeznaczenie? Duchowość zaczyna się w sercu, które otwiera się na siebie i na innych, obejmuje wszystkie odrębności, całą różnorodność świata.

Tanna Jakubowicz-Mount – od 40 lat pracuje jako psychoterapeutka. Reprezentuje Psychologię Transpersonalną (4-ta siła w psychologii), która obejmuje badaniami cały rozwój człowieka włącznie ze sferą duchową. Sensem jej działania jest tworzenie przestrzeni pojednania człowieka z samym sobą, z innymi ludźmi i całą ziemską wspólnotą.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pokora. Na czym polega? Jak się jej nauczyć? Tłumaczy Wojciech Eichelberger

Pokora, czyli
Pokora, czyli "nie wiem" (fot. iStock)
Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener i doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pierwszym etapem Questu jest pokora.

Gdy widzimy, że jest inaczej, niż ludzie mówią, nie ulegajmy im. Szukajmy odpowiedzi na niepokojące nas pytania i podważajmy dotychczasowe przekonania – jeśli chcemy, aby nasze życie było spełnione. Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, trener, doradca biznesowy, przybliża nam osiem etapów programu rozwoju wewnętrznego Quest. Pokora jest pierwszym etapem.

Czym więc jest pokora, jeśli nie uległością wobec innych?
To pokora wobec własnego doświadczenia, intuicji, wizji i marzeń pochodzących z najgłębszych, najbardziej prywatnych przestrzeni naszych serc i umysłów. Te doświadczenia podważają nawykowe, odziedziczone przekonania – również te uznane za fundamentalne. Pokora drąży nasze ograniczone „wiem”, niepokoi, każe pytać i sprawdzać, aż uwalnia nas, przenosi w przestrzeń „nie wiem” – i każe ruszać w dalszą drogę. Gdy pokora ujawni iluzoryczność jakiegoś przekonania, w tym momencie rozpoczyna się w nas cudowny, acz niełatwy, twórczy proces poszukiwania nowej prawdy. Jeśli uda się ją znaleźć, to znak, że zakończył się kolejny cykl Questu. Ale mądrzejąc po drodze, wiemy, że następny jest nieuchronny i że spoczywanie na laurach czyni z nas głupców i dogmatyków.

Jeśli więc jestem przekonana, że nie umiem zbudować domu, blokuję siebie w skutecznym działaniu.
Pokora to też zdolność do zakwestionowania ulubionych przekonań na własny temat: to mogę, a tamtego nie mogę, tego nigdy się nie nauczę, niczego już nie zmienię. Z pokorą pozbywajmy się starych przekonań, bo to nieodzowny warunek, żeby proces poznawania, kreowania rzeczywistości mógł się rozpocząć. To brak pokory – czyli pycha – nie pozwala nam dostrzec rzeczywistości i odkrywać jej niepoliczalnych manifestacji. Pycha sprawia, że ignorując rzeczywistość, żyjemy w swoim filmie.

Czyli pokora to odrzucenie projekcji, nawyków, lęków.
Pokora przejawia się na wiele sposobów, ale wyrażające ją „nie wiem” jest pierwszym, koniecznym krokiem do wszelkiej wiedzy i zmiany. Jeśli uznamy, że coś wiemy raz na zawsze, to przestaniemy zadawać sobie i światu pytania, a więc zatrzymamy się w rozwoju i przestaniemy nadążać za zmianami. A przecież poznawanie rzeczywistego to proces, który nigdy się nie kończy. Nauka od niepamiętnych czasów usiłuje poznać rzeczywistość, a miliony naukowców pracujących w różnych krajach świata nadal mają co robić, ciągle zadają nowe pytania.

Czyli pokorny człowiek to ten, który wobec życia przyjmuje postawę naukowca, badacza?
W pewnym sensie tak. Moim ulubionym przykładem człowieka, który miał wielką pokorę, czyli ufał swoim zmysłom, rozumowi i intuicji, jest Giordano Bruno. Jeszcze przed Kopernikiem bez przyrządów i obliczeń zobaczył, że uświęcone przekonanie o Słońcu krążącym wokół Ziemi jest iluzją. I mimo więzienia, tortur i groźby kary śmierci bronił swojego doświadczenia do końca. Tuż przed zapaleniem stosu nakłaniano go raz jeszcze do odwołania uznanych za bluźniercze poglądów, jednak nie wyparł się ich i zginął w płomieniach.

Trudno Giordana Bruna nazwać pokornym, skoro wszyscy, w tym wielkie autorytety jego czasów, głosili coś odwrotnego niż on.
Giordano Bruno był pokorny – powtórzmy – wobec świadectwa swoich zmysłów i rozumu. Nie mógł czuć pokory wobec tych, którzy kazali mu wierzyć w coś, co się kłóciło z jego doświadczeniem. Uległość wobec dogmatyków nie ma nic wspólnego z pokorą. Jest hipokryzją lub żałosnym konformizmem. I to właśnie paradoks pokory, która z punktu widzenia zastanego porządku zdaje się zmieniać w swoje przeciwieństwo. Kiedy jednak mimo wszystko i wbrew wszystkim dochowujemy wierności sobie, to pokora rodzi autonomię, kolejną cnotę Questu.

Doszliśmy więc do tego, dlaczego św. Teresa z Ávila mówiła, że pokora jest prawdą.
Pokora polega na tym, żeby umieć przyznać się przed sobą: „nie wiem”. Jezus był uosobieniem tak rozumianej pokory. W rezultacie zobaczył rzeczywistość tak dalece inaczej niż pozostali członkowie korporacji religijnej, w której wyrósł, że najbardziej pokorny z pokornych został uznany za buntownika i zabity, choć podobnie jak wszyscy pokorni nie szukał rozgłosu, nikogo nie namawiał do zmiany poglądów – i miał zaledwie 12 uczniów i jedną uczennicę.

Jak pokora przekłada się na codzienne życie zwykłego człowieka z korporacji, dziennikarza czy nawet psychoterapeuty?
Przekonania, których pełno w naszych umysłach, przesłaniają nam cudowność tego, co rzeczywiste. Potrafią być tak ugruntowane i trwałe, że same się potwierdzają i rozmnażają. Ilustruje to dowcip o panu Brownie i sekatorze. Pan Brown był tak przekonany, że Smith nie pożyczy mu sekatora, że gdy zapukał do drzwi sąsiada, a ten otworzył mu z uśmiechem, pytając: „Witaj, Brown, co mogę dla ciebie zrobić?”, tak odpowiedział: „Mam gdzieś twój sekator, Smith!”.

W starciu z naszymi przekonaniami rzeczywistość nie ma szans. Źródłem naszych cierpień – czyli wypędzenia z mitycznego raju – są wyłącznie przekonania. Stąd zapewne konstatacja św. Teresy, że pokora – czytaj: brak przekonań – jest prawdą.

Ale przyznanie się do niewiedzy nawet przed samym sobą jest trudne, budzi lęk. Jeszcze gorzej, gdy mamy to powiedzieć innym.
Gdy za Sokratesem przyznam, że „wiem, że nic nie wiem”, to w tym samym momencie otwieram się całkowicie na to, żeby się czegoś nowego dowiedzieć, przesunąć granicę poznania. Wtedy niczego z góry nie zakładam, po prostu patrzę, słucham, jestem coraz bardziej zadziwiony cudem istnienia. Tak więc pokora to uświadomiona niekompetencja i to dzięki niej my sami i nasza cywilizacja – na zasadzie dwa kroki do przodu, krok do tyłu – jakoś się rozwijamy.

Pokora to też przyznanie się do błędu, a to bywa niebezpieczne, zwłaszcza w pracy. Łatwo wtedy stać się kozłem ofiarnym.
Przyznanie się do niewiedzy często wyzwala w innych ochotę, by nas upokorzyć. Ale pokorni nie doświadczają upokorzenia, nie są przywiązani do konkretnego obrazu samych siebie, którego musieliby bronić. Gdy na życiowym zakręcie postępujemy w zgodzie z naszą wewnętrzną prawdą, to nikt nie jest w stanie nas upokorzyć.

Quest to przede wszystkim program dla biznesmenów, ale mówienie o nich jako ludziach pokornego serca, którzy walczą o prawdę, wydaje się fikcją.
Wcale nie. Szczególnie w biznesie – w tej błyskawicznie i nieustannie zmieniającej się grze – trzeba i warto wiedzieć, czego się nie wie. Tylko wtedy jesteśmy skłonni się tego dowiedzieć albo powołać zespół ekspertów czy wybrać trudną drogę przekształceń. Popatrzmy na toczący się spór klimatyczny. Jedni mówią: „Jakie ocieplenie? My nie mamy z tym nic wspólnego. To normalne fluktuacje klimatyczne”. Drudzy: „Zmiany klimatu są skutkiem nadmiaru konsumujących wszystko ludzi, rozwoju motoryzacji, przerostu miejskich aglomeracji itd.”. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że ci pierwsi są pokorni. Ale ich przekonanie jest podejrzanie wygodne, nie zmusza do refleksji i nie każe brać odpowiedzialności. Ci, którzy twierdzą, że to my, ludzie, jesteśmy winni ociepleniu, nie próbują zaprzeczać temu, co widać gołym okiem, choć jest to dla wszystkich niewygodne, wymagające zmian i wyrzeczeń. Pokora wybiera trudniejszą drogę i każe brać odpowiedzialność na siebie.

  1. Psychologia

Smutek czy nostalgia? - Jesień to najlepszy czas na przeżywanie trudnych emocji

Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jesienią dopada nas depresyjny nastrój, od którego często próbujemy uciec. Warto jednak przyjrzeć się trudnym uczuciom i emocjom, zamiast stosować technikę wyparcia. (fot. iStock)
Jeśli pojawia się w twojej głowie myśl o ucieczce od jesiennej szarugi, choćby do ciepłych krajów, najpierw zadaj sobie pytanie: jakiej emocji chcę uniknąć?

Jesienny czas sprzyja zatrzymaniu, często też rezonuje w nas smutkiem i nostalgią. To piękny moment na to, żeby zrobić sobie pyszną herbatę, wziąć ciepłą kąpiel, otulić się kocem i wyjść na spotkanie z emocjami. Bowiem poczucie bezsensu i apatia, które często dopadają nas jesienią, pojawiają się wtedy, kiedy zamykamy się na doświadczenie całego spektrum odczuć. Co wówczas się dzieje? Niechciane emocje zatrzymują się w nas i jak brudna woda zanieczyszczają całe życie.

Emocje, które uznajemy za trudne, jak: smutek, złość, żal lub lęk, chcą tak naprawdę, abyśmy przyznali się do nich. Jeśli doświadczamy jakiegoś uczucia, ale nie akceptujemy go, to właściwie nie przyznajemy się do jakiejś części siebie. Niewiele osób ma świadomość, że kiedy blokujemy odczuwanie choćby jednej emocji, to stopniowo zamykamy się na odczuwanie w ogóle, a wtedy bardzo łatwo tracimy orientację, co dla nas jest dobre. Oddajemy swoje życie w ręce mentorów, doradców życiowych, ogólnie mówiąc – wiedzy zewnętrznej. Wówczas istnieje duże prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie zaczniemy odczuwać zagubienie, bowiem to właśnie uczucia, takie jak ekscytacja i fascynacja, podpowiadają nam, która ścieżka jest właściwa. Ludzie, którzy zamknęli się na emocje, nie mają dostępu do tej skarbnicy wiedzy.

Co złe to nie moje

W jaki sposób ocenić, czy dajemy sobie prawo do emocji? Jeśli na przykład nie chcemy przyznać się do tego, że odczuwamy złość, zaczną pojawiać się wokół nas ludzie, którzy zwyczajnie będą wywoływać w nas wzburzenie, bowiem to, co wypieramy, domaga się zawsze akceptacji i zauważenia. Kolejny etap można poznać po tym, że ludzie mówią: „ja nie czuję złości”, co oznacza: „zamknąłem się na wszystkich ludzi, którzy ją wywołują”, ale też, że wkrótce zamknę się na odczuwanie w ogóle. Taki stan nazywany jest powszechnie depresją i charakteryzuje się obniżeniem nastroju, utratą zainteresowań oraz brakiem zdolności do odczuwania przyjemności. Dlatego warto przyjrzeć się, jak to jest w moim życiu z odczuwaniem. Czy uciekam od niektórych emocji, czy raczej daję im przestrzeń w swoim ciele? Powodem, dla którego często odrzucamy niektóre uczucia, są oczywiście schematy myślowe, w jakich dorastaliśmy.

To, czego doświadczamy, możemy oceniać czasami jako wysoce niemoralne, wówczas zaprzeczamy temu, co czujemy, i w konsekwencji potępiamy tę część siebie. Tymczasem paradoks w pracy nad emocjami polega na tym, że zaakceptowane uczucia zamiast nas niszczyć i osłabiać, zaczynają nam służyć. Złość, której damy przestrzeń, transformuje się w energię seksualną, agresja zamienia się w wewnętrzną moc, lęk w radość, smutek zaczyna budzić zmysły, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu. To nie emocje są złe, to nasza ocena sprawia, że nie współpracują z nami.

Emocje zapisane w ciele

Uczucia mają swoją cielesną rzeczywistość. Jeśli na przykład odczuwamy smutek, może on pojawić się jako napięcie w klatce piersiowej lub w ramionach, złości możemy doświadczać jako ściśnięcie w brzuchu, rękach lub w szczęce – u każdego dana emocja może być zapisana w innym miejscu w ciele, może przejawiać się jako napięcie, ściśnięcie, skręcenie lub zdławienie.

Te, z którymi nie poradziliśmy sobie w dzieciństwie, czekają na moment, kiedy będziemy gotowi je odczuć. Drogowskazem może być każdy symptom z ciała.

Często na warsztatach słyszę pytanie: „Czy mam wyrazić swoją złość i powybijać szyby w tej sali?”. To, co proponuję, to przeniesienie uważności w to miejsce, oddychanie nim przy jednoczesnym rozluźnianiu ciała, bycie z blokadą lub bólem, który odczuwamy – jeśli uda ci się utrzymać kontakt z pojawiającą się emocją, poczujesz wyraźnie, jak ona ulega rozpuszczeniu. Metoda, którą ja stosuję, nie polega na wizualizacji zniknięcia, zniknięcie odbywa się poprzez akceptację. To tak, jakby to miejsce poprzez napięcie domagało się uwagi, a kiedy ją dostaje, uspokaja się. Zaskakujący jest fakt, że emocje, które świadomie odczuwamy w ciele, przestają nad nami panować.

Kiedyś pracowałam z osobą, która czuła ogromny ból i ściśnięcie w brzuchu. Kiedy przeniosła świadomość w to miejsce, pojawiła się silna agresja. Poprosiłam ją, aby pozwoliła sobie na pełne odczuwanie, ale jej wewnętrzny głos powstrzymywał ją. Po chwili jednak znowu skupiła swoją uwagę na tym uczuciu. Zrozumiałam, że agresja, którą czuła, dawała jej przyjemność i dopiero prawda, na którą się odważyła, sprawiła, że ściśnięcie w brzuchu zniknęło, a w zamian pojawiła się, jak to sama określiła, wibrująca, przyjemna świetlista energia. Ból już nigdy nie powrócił. Bo prawda, nawet jeśli początkowo jest trudna, zawsze prowadzi do wolności.

Jesteśmy istotami zdolnymi odczuwać wszystkie emocje, dlatego bądźmy dla siebie dobrzy w te jesienne wieczory, nie odrzucajmy tego, kim jesteśmy, bo nigdy nie doświadczymy swojej potęgi i swojego piękna, które każdego dnia czekają na objawienie.

Dorota Hołówka: psycholożka, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

  1. Psychologia

Milczeć czy krzyczeć - jak wyładować złość?

Brak kontroli nad emocjami to częsty skutek tłumienia złości, gniewu, smutku. Gdy nie wiemy jak rozładować emocje, kumulują się one w nas tak długo, aż w końcu muszą znaleźć jakieś ujście... (fot. iStock)
Brak kontroli nad emocjami to częsty skutek tłumienia złości, gniewu, smutku. Gdy nie wiemy jak rozładować emocje, kumulują się one w nas tak długo, aż w końcu muszą znaleźć jakieś ujście... (fot. iStock)
Co robi przestraszone dziecko? Płacze. Co robi zezłoszczone dziecko? Krzyczy. Co robi szczęśliwe dziecko? Śmieje się i tańczy. Co robi wściekły dorosły? Zwykle tłumi emocje lub jest agresywny. Dlaczego wypieramy nasze emocje?

Człowiek jest zdolny do odczuwania emocji, które można podzielić na przyjemne i nieprzyjemne. I tak jak północ i południe, dzień i noc tworzą naszą planetę, tak emocje negatywne i pozytywne są częścią naszego życia. Funkcjonowanie negatywnych emocji jest niezbędnym elementem struktury psychicznej człowieka. Kiedy pozostają uśpione, ponieważ nasi rodzice nie dali nam akceptacji wyrażania siebie w pełni, mówiąc np., że złość lub smutek „nie są w porządku”, powoli zaczynamy zatracać poczucie siebie, a energia emocji zaczyna być wykorzystywana destruktywnie. Może przybierać różne formy – stłumienia, zahamowania lub agresji. Wówczas niechciane emocje zostają wyparte i paradoksalnie przejmują nad nami kontrolę, stając się impulsem popychającym do kłamstw, kłótni i wojen. Wtedy też pojawia się brak kontroli nad emocjami, gdyż nie mogą one znaleźć innego ujścia.

Jak zrozumieć emocje?

Zwykle schemat wygląda następująco: ktoś cię obraził, spowodowało to twój wybuch, a złość skierowałaś w kierunku osoby, która cię zraniła. Pomyśl, że ta osoba tak naprawdę pomaga ci w ujawnieniu twojego ukrytego gniewu. To nie ona jest źródłem tego uczucia, źródło znajduje się w tobie. Tam szukaj. Kiedy obwiniamy innych za to, co czujemy, stajemy się bezwolni, sfrustrowani, próbujemy zmieniać innych, nie rozumiejąc, że oni są papierkiem lakmusowym tego, co wyparliśmy. Osoba, która w pełni rozumie funkcję negatywnych emocji, wie, że są one pożyteczne i że są paliwem do działania, do odkrywania prawdy i demaskowania kłamstw, które serwujemy sobie bądź innym.

Jak wyładować złość? Przejmij kontrolę!

Co robi przestraszone dziecko? Płacze. Co robi zezłoszczone dziecko? Krzyczy. Co robi szczęśliwe dziecko? Śmieje się i tańczy. Co robi przestraszony lub zezłoszczony dorosły? Zwykle tłumi emocje lub jest agresywny. Z wiekiem stajemy się lepsi w tłumieniu uczuć niż w ich wyrażaniu. Myślimy, że w ten sposób je kontrolujemy, a jest na odwrót. Szczególnie w relacji pracodawca–pracownik boimy się dopuścić do głosu trudne emocje, ponieważ kojarzą się one z brakiem profesjonalizmu. Jednak kierowanie się emocjami, a brak kontroli nad emocjami, brak kontroli nad sobą – to dwie różne sprawy. Żeby tworzyć prawidłowe relacje z ludźmi, najważniejsze jest, by nauczyć się wyrażać siebie bez ranienia i atakowania innych oraz akceptować innych bez ranienia siebie.

Od czego więc zacząć? Przede wszystkim od znalezienia wewnętrznej akceptacji, czyli np. sposobu na to, jak bezpiecznie mówić o tym, co bolesne, jak rozładować emocje bez krzyku. Jeśli doświadczamy złości w stosunku do przełożonego, możemy wyrazić ją słowami, ale uwaga na niuanse! Nigdy nie oceniajmy drugiej osoby, mówiąc np.: „Jesteś niekonsekwentny”, bo taki sposób komunikacji wywołuje chęć obrony, która może przejawić się jako atak. Lepiej powiedzieć: „Czuję złość, kiedy zmieniasz ustaloną decyzję. Żeby sprawniej pracować, potrzebuję większej stabilizacji”. Kiedy mówimy drugiej osobie szczerze o tym, co czujemy, bez oceniania, ona zaczyna się na nas otwierać.

Kolejną metodą może być wyrażanie złości w bezpieczny sposób. Możesz wykrzyczeć się w samochodzie, uderzać do woli pięściami w poduszkę. Gwarantuję, że pozwoli ci to uwolnić się od konkretnego przeżycia, bo podczas takiego procesu zostaje uwolniona pamięć komórkowa, którą zarejestrowało nasze ciało – być może już w okresie niemowlęcym – a która może mieć wpływ na to, jak działamy w życiu dorosłym. Ten prosty sposób daje możliwość doświadczenia własnej dzikości i pierwotnych instynktów, co może na początku przerażać, jednak szybko przekonasz się, że na dnie tego, co wydaje się negatywne, leży prawdziwa błogość istnienia. Jeżeli pozwolisz złości swobodnie przepływać, odejdzie chęć zranienia kogokolwiek. Jak wyładować złość na dłużej? Spróbuj każdego ranka przez 10 dni poświęcić 10 minut na taki sposób wyładowania, a będziesz zaskoczona efektami.

Jak rozładować emocje? Zauważ gniew, wybierz szczęście!

W buddyzmie istnieje praktyka tak zwanego trzykrotnego zauważania. Kiedy wyłania się sytuacja konfliktowa i np. pojawia się złość lub gniew, należy te emocje trzy razy zauważyć. Jeżeli pojawi się gniew, trzeba trzykrotnie powiedzieć: GNIEW. Pozwoli ci to wydobyć wewnętrzną świadomość, dzięki czemu będziesz mogła zdystansować się do trudnej emocji i wybrać korzystniejszą interpretację sytuacji lub zauważyć, jak się „nakręcasz”. Bo to my wybieramy to, co w danej chwili mówimy, myślimy i jak się czujemy. Im więcej świadomości chwili, tym mniej pretensji do świata. Tak jak w tej opowieści o 70-letnim staruszku, który siedział pod drzewem, cały czas się śmiejąc. Smutny młodzieniec, który przechodził w pobliżu, zapytał go, dlaczego jest taki zadowolony. Staruszek odpowiedział: „Bo kiedy byłem tak smutny jak ty, nagle zrozumiałem, że mam wybór, od tego momentu co rano zadaję sobie pytanie: Co dziś wybierasz? I tak jakoś dziwnie się składa, że wybieram szczęście”.

  1. Psychologia

Jak rozpoznać wampira energetycznego i uwolnić się od szkodliwych relacji?

Najsłabiej „opancerzonych” wampir emocjonalny może doprowadzić do całkowitej utraty poczucia własnej wartości i braku sił potrzebnych do angażowania się w życie. (Fot. iStock)
Najsłabiej „opancerzonych” wampir emocjonalny może doprowadzić do całkowitej utraty poczucia własnej wartości i braku sił potrzebnych do angażowania się w życie. (Fot. iStock)
Wampir emocjonalny wysysa z ciebie siły witalne, dobre samopoczucie i spokój. Każdy z nas spotyka w swoim życiu takie osoby. Dobrze wiedzieć jak z nimi postępować. 

Zasoby energetyczne każdego z nas są ograniczone i raz na jakiś czas potrzebujemy doładowania akumulatorów. Rozsądne gospodarowanie swoją energią życiową to ważny kawałek emocjonalnej edukacji, rozpoczynającej się już w dzieciństwie. Ekstrawertycy uczą się, że energii przybywa im w towarzystwie innych ludzi. Introwertycy stopniowo zdobywają umiejętność regularnego izolowania się od otoczenia, bo potrzebują samotności, by regenerować siły. Większość ludzi zalicza także lekcje rozpoznawania i zaspokajania swoich potrzeb oraz budowania poczucia własnej wartości i tożsamości. Ale tylko większość. Ci, którzy z jakichś powodów nie nauczyli się o siebie dbać, po jakimś czasie stają się monstrum – wampirami emocjonalnymi wysysającymi energię z innych ludzi, zagubionymi we własnych deficytach i problemach. Umiejętność obcowania z nimi to ważny element sztuki radzenia sobie w życiu.

Jak rozpoznać wampira energetycznego?

Ogólna definicja mówi, że wampirem emocjonalnym jest każdy, kto w jakiś sposób uprzykrza ci życie, kto nie wspiera cię, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze. Kontakt z taką osobą sprawia, że część energii przeznaczasz na siłowanie się: trzymanie dystansu, walkę z poczuciem winy, tłumaczenie się ze swoich czynów i korzystanie z wielu innych czynności obronnych. A potem masz poczucie straconego czasu i energii. W najlepszym wypadku. Najsłabiej „opancerzonych” wampir emocjonalny może doprowadzić do całkowitej utraty poczucia własnej wartości i braku sił potrzebnych do angażowania się w życie. Najniebezpieczniejszym skutkiem zbyt częstego przebywania w jego otoczeniu jest tzw. zatrucie zwrotne, czyli przyjęcie na siebie roli ofiary. Użalanie się nad sobą, wieczne obwinianie siebie i innych oraz agresja – to najczęstsze symptomy. W ten sposób wampir pozbawia nas obiektywnego osądu sytuacji, przestajemy brać odpowiedzialność za własne życie.

Często okazuje się, że najlepszym i najmniej kosztownym sposobem na wampira jest zerwanie z nim wszelkich kontaktów. Odcięcie się. To bardzo trudne, ale w wielu przypadkach jedyne wyjście

Wampir energetyczny a psychologia

Doktor Albert J. Bernstein, psycholog kliniczny i autor książki „Wampiry emocjonalne”, wyróżnia pięć odmian wampiryzmu: antyspołeczną, aktorską, narcystyczną, obsesyjno-kompulsywną i paranoidalną. Rozpoznanie konkretnego typu pozwala wybrać dobrą strategię obrony.

Wampir antyspołeczny w żaden sposób nie respektuje społecznych norm i ograniczeń. Uważa, że zasady są po to, by je łamać, i zazwyczaj doświadcza mniejszych lub większych problemów z prawem. W jego obecności niebezpiecznie jest zanadto się zrelaksować, stracić kontrolę nad sytuacją.

Wampir aktor to ucieleśnienie dramatyzmu. Uwielbia plotki, tryska entuzjazmem, potrafi rzucić się na szyję osobom, które widzi po raz pierwszy w życiu. Do tego nie dotrzymuje obietnic i słabo orientuje się w wymaganiach szarej codzienności. Jego życie przypomina operę mydlaną. Można ją oglądać, ale lepiej nie należeć do jej obsady.

Wampir narcystyczny uważa się za lepszego od innych, nawet jeśli jeszcze niczego nie osiągnął. Zazwyczaj zresztą ma na koncie więcej sukcesów niż rówieśnicy, co stanowi pożywkę dla jego narcystycznych przekonań. Uwielbia rywalizację, ale nie potrafi przegrywać i radzić sobie z porażkami. Lubi i rozumie ludzi, ale tylko jeśli pozwala mu to osiągnąć jego własny cel. We współpracy z nim warto wymagać, żeby najpierw wypełnił mniej przyjemną część zobowiązań, a skuteczność sądzić według czynów, a nie słów.

 
Wampir obsesyjno-kompulsywny to zazwyczaj pracoholik, przekonany o tym, że istnieje  prawidłowy i nieprawidłowy sposób na wszystko. Rzadko kiedy zmienia przekonania. Na najprostsze pytania nie potrafi odpowiedzieć prostym „tak” lub „nie”. Wszędzie potrafi znaleźć jakąś wadę, usterkę, błąd. Jest najbardziej kompetentny z kompetentnych i gardzi tymi mniej kompetentnymi. Najlepiej umawiać się z nim na konkretne rezultaty, unikać wspólnego wykonywania zadań.

Ostatni z typów wyodrębnionych przez doktora Bernsteina to wampir paranoik. Jest wyjątkowo podejrzliwy, potrafi zrobić wielką aferę z błahego powodu. Nigdy nie przebacza. Niewielkie potknięcia postrzega jako dowód braku szacunku i lojalności. Z błahego powodu potrafi zrywać wszelkie kontakty. Wizjoner. Często widzi coś, czego nie ma. W kontaktach z nim przyda się umiejętność rozpoznawania szalonych pomysłów oraz nieodpowiadania dwa razy na to samo pytanie.

Sposoby na wampira energetycznego

Kiedy już rozpoznasz, a nawet sklasyfikujesz wampira emocjonalnego w swoim otoczeniu, możesz ustalić ogólne zasady, którymi będziesz się kierować w waszych wzajemnych kontaktach. Oto kilka wskazówek, na czym się skupić:

1. Dobrze wiedzieć, jak znane ci wampiry postępowały w przeszłości. Mało prawdopodobne, by w przyszłości zachowywały się inaczej, a przynajmniej nie można w to wierzyć bez wyraźnych dowodów. Jeśli bez przerwy dajesz wampirowi „drugą szansę”, zastanów się, dlaczego to robisz.

2. Wampiry lubią, gdy słuchasz ich w samotności. Dlatego uważaj na próby odcięcia cię od ludzi, z którymi zazwyczaj konsultujesz to, co dzieje się dookoła. Weryfikuj swoje sądy i wrażenia, rozmawiaj z przyjaciółmi.

3. Zwróć uwagę na słabe strony wampirów. W momencie konfrontacji mogą bardzo ułatwić ci zadanie. Trenuj mówienie wprost, przestrzeganie kontraktów, komunikowanie własnych potrzeb i wiarę w siebie.

4. Nie wierz w to, co mówią, lecz patrz na to, co robią. Sam wybieraj najważniejsze bitwy do rozegrania z nimi. Niech będą zgodne z twoimi celami. Z wampirami nie ma sensu walczyć o drobiazgi.

5. Pamiętaj, że kiedy coś idzie nie po myśli wampira – on wszczyna awanturę. Najlepiej to zignorować.

6. Naucz się szybko rozładowywać napięcie. Dr Lillian Glass, autorka książki „Toksyczni ludzie”, opisuje prostą i skuteczną technikę: „Przez dwie sekundy robisz wdech. Zatrzymujesz powietrze na trzy sekundy, myśląc o danej osobie. Nadal o niej myśląc, wydychasz powietrze aż do utraty tchu, z całej siły. Po czym wstrzymujesz oddech na dwie sekundy. Zaczynasz od początku, do momentu kiedy czujesz, że zachowanie i słowa tej osoby przestały ci przeszkadzać”.

7. Nie wracaj myślami do nieprzyjemnych sytuacji. Nie planuj odwetu, nie generuj nowych myśli i emocji – w ten sposób tylko umacniasz „związek” pomiędzy wami. Kiedy natrętne, nieprzyjemne wspomnienie powraca, wystarczy powiedzieć sobie po cichu: „nie myśl o tym”. Można przy tym wykonać jakiś mały gest towarzyszący, np. klaśnięcie czy zaciśnięcie pięści.

8. Określ granice swojej wytrzymałości. – Często okazuje się, że najlepszym i najmniej kosztownym sposobem na wampira jest zerwanie z nim wszelkich kontaktów. Odcięcie się. To bardzo trudne, ale w wielu przypadkach okazuje się jedynym wyjściem – mówi Agata Giermakowska-Węgiełek, psycholog i coach specjalizujący się w zarządzaniu energią.

Odcięcie się to tak jakby wyjmowało się wtyczkę z gniazdka. Ważne, by wyzbyć się przy tym wszelkich emocji. Odsuwasz się całkowicie i nie dbasz już, co się stanie z wampirem. Nie życzysz mu ani dobrze, ani źle, wybaczasz i pozwalasz, by wszystko toczyło się swoją drogą. Nie oglądasz się za siebie.

Bardzo często bezpośrednim następstwem odcięcia się jest huśtawka emocjonalna. Bo to przecież niełatwe zerwać nagle kontakty z sąsiadem, przyjacielem, kochankiem, rodzicem… Pozostaje emocjonalny galimatias i pustka. Dobrze pozwolić sobie przeżyć te emocje i przygotować plan na zapełnienie pustki.

9. Weź odpowiedzialność za swoje życie. Wyznaczaj sobie cele i z dążenia do ich realizacji czerp siły życiowe. Spełnianie marzeń dodaje skrzydeł i pozwala cało wychodzić z największych nawet życiowych zawirowań. Także spotkań z emocjonalnymi wampirami.