1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ze stoickim spokojem przy świątecznym stole

Ze stoickim spokojem przy świątecznym stole

fot.123rf
fot.123rf
Pogodzić się na gwiazdkę? nic prostszego. Można podać krewnemu rękę, zapomnieć o niechęciach. Ale fakty wyglądają inaczej. Nad opłatkiem w uśmiechu zaciskamy zęby, żywiąc do siebie urazę. Chwila dobrej woli nie starcza, by się pojednać. O tym, jaką mądrość i narzędzia do refleksji w tej kwestii mogą nam zaoferować Seneka, Epiktet czy Marek Aureliusz, mówi doktor filozofii Tomasz Mazur.

Od lat prowadzi pan w Warszawie warsztaty stoickie. Ich uczestnicy twierdzą, że dzięki nim żyje im się lepiej i są szczęśliwsi. Jak to możliwe, że antyczna filozofia pomaga dwa tysiące lat później?

Dzięki ćwiczeniom stoickim, lekturze pobudzających do refleksji tekstów i rozmowom przekuwamy na warsztatach antyczną filozofię na sztukę współczesnego życia. Pewne prawdy są uniwersalne. Niektóre mądrości stoików okazują się dziś bardziej użyteczne niż kiedykolwiek.

Jakim cudem?

Stoicyzm ma konkretną ofertę na największe współczesne bolączki, na które np. psychoterapie nie zawsze są pomocne: na kryzys wartości, zagubienie, emocjoholizm, brak zakorzenienia, izolację i kryzys relacji.

Seneka pisał, że „mędrzec zadowala się sobą”. Czy to znaczy, że był egoistą? Jak jego nauki mogą uczyć dbania o relacje?

To stereotyp. Stoicyzm pochwala bycie niezależnym, ale to nie przekreśla wchodzenia w relacje. Przeciwnie. Umożliwia wchodzenie w nie bez chorobliwej współzależności, której dziś wymagamy od bliskich. Stoik nie powie: „Nie mogę bez ciebie żyć”, „nadajesz sens memu życiu”. Dzisiaj, jeśli nie słyszymy tego od ukochanej osoby, ogłaszamy kryzys w związku. Ludzie chcą być dla innych nieskończenie ważni. Amerykański psychiatra Scott Peck w książce „Drogą mniej uczęszczaną” pisze: „Ten, kto nie potrafi być szczęśliwy sam, nie stworzy szczęśliwego związku”. To stoicyzm czystej wody. Być silnym i autonomicznym, chcieć dzielić się tym, kim jestem i czego doświadczam, to warunek zbudowania więzi. Wbrew obiegowej opinii stoicyzm jest prorelacyjny. Głosi, że w kontakcie z innymi realizujemy swoje człowieczeństwo.

Dlaczego tak trudno naprawiać relacje, jednać się z bliskimi?

Po pierwsze, z braku czasu. Trzeba rozmawiać, by się pojednać. Artykułować myśli, potrzeby, słuchać. Nie tylko przy Wigilii. Jeśli zależy nam na zgodzie z rodziną, musimy wygospodarować czas w zabieganym życiu, wypełnionym obowiązkami zawodowymi i osiąganiem kolejnych celów, na bycie z tymi, którzy są ważni. Na regularne rozmowy, spędzanie czasu, uczenie się siebie. W przeciwnym razie nie pojednamy się, bo jak mamy to zrobić, skoro się nie znamy?

To są rady dla współczesnych? Doba ma 24 godziny, osiem spędzamy w pracy…

Stoicyzm zaleca ograniczenie celów życiowych. Pewnych rzeczy nie da się pogodzić. Macierzyństwo, kariera, szczęśliwy dom, podróżowanie. Nie można mieć wszystkiego. Niektórych rzeczy trzeba się, co najmniej czasowo, wyrzec. Musimy się z tym pogodzić. Nie osiągniemy wszystkich szczytów, wynajmując innych do tego, by je dla nas zdobywali. A my uparcie prowadzimy masowy outsourcing życia. W wyniku nadmiaru celów w obszary intymne angażujemy wyręczycieli. Np. zamiast samemu wychowywać dzieci, szukamy specjalisty od siadania na nocnik, mówienia. Stoicy twierdzą, że jeśli nie robisz czegoś sam, tylko zlecasz to, nie robisz tego wcale. Bo przestaje to być częścią twojego życia. Wynajmując panią do sprzątania, tracisz zakotwiczenie w miejscu, które w razie problemów powinno być twoim emocjonalnym schronieniem. Zlecając prasowanie i gotowanie, stajesz się bezdomny. Jeśli wynajmujesz organizatorkę ślubów, to przeprowadzasz outsourcing swojej niepewności związanej z zawarciem małżeństwa. Nie wiesz, co robić? Przecież to ty bierzesz ślub. Lubisz być wyobcowana we własnym życiu? Jedynie używasz siebie do życia. Ale nie żyjesz. Z krewnymi jest tak samo. Chcesz cieszyć się z nimi na gwiazdkę, to poświęć im w ciągu roku czas i zaangażuj się.

To nam załatwi zgodę na Wigilię?

To był pierwszy powód trudności w tym obszarze. Drugi tkwi w nieumiejętności pojednania. Żyjemy w świecie, który lekceważy obszar relacji. Ile godzin sztuki komunikacji mamy w szkole? Zero. Dzieci nie są tego uczone, dorośli nie umieją. Obsługujemy komputery, rozwiązujemy zadania matematyczne, ale nikt nas nie uczy mówić „przepraszam” czy „wybacz mi”. Uczymy się więc relacji z gier komputerowych, filmów, gdzie jest nieustanna walka i wojna, i bardzo silne emocje. Myślimy, że są ważne dla relacji, więc je tam przenosimy. A silne emocje przeszkadzają w budowaniu więzi. Zamiast reagować gniewem na to, co mówi kuzyn przy świątecznym stole, może warto wsłuchać się w jego wypowiedź? Ale ja tego nie umiem, bo nikt mnie nie uczył. Wiem za to, że reakcja gniewu jest naturalna, bo przecież tak często przewija się w filmach, grach. Umiejętności pojednania nie służy też pogłębiająca się elektroniczna izolacja, w jakiej żyjemy.

A nie odwrotnie? Nie jest skutkiem tego, że nie potrafimy żyć dobrze z rodziną?

Nie w przypadku Homo electronicus – typu umysłowości utworzonej przez przebodźcowanie elektroniczne. Zalewani obrazami z komputerów i tabletów słabiej radzimy sobie z obecnością żywego człowieka. Komórkę można wyłączyć, ze Skype’a się wylogować, a bycie z kimś wymaga cierpliwości. W książce „Płycizna. Co Internet robi z naszym mózgiem?” Nicholas Carr opisuje zmiany, które zauważył po latach surfowania w wirtualnej przestrzeni. Obniżył się poziom jego koncentracji, trudniej mu podążać za abstrakcyjną wypowiedzią, denerwuje się, gdy nie może szybko zareagować. Ma problem z cierpliwością. Nasz umysł dostosowuje się do bodźców. Pod wpływem Internetu rozprasza się. Analizujemy dużo informacji naraz, myślimy szybciej. Czytamy szybciej, a raczej przelatujemy tekst, wyłapując to, co najważniejsze, i rezygnując z głębszej analizy. Tracimy uważność na otoczenie. Jeśli chcesz pracować nad relacjami, ogranicz aktywność internetową.

Tego stoicy nie wymyślili…

Przewidzieli to. Epiktet pisze: „Nie czytaj przez 30 dni i zobaczysz, co się z tobą stanie”. Dobra pamięć, zdolność koncentracji, refleksji nad czyjąś wypowiedzią lub tekstem czy głębszego kontaktu z innymi, o których myślimy, że są wrodzone, w 80 procentach okazują się kwestią dyscypliny i treningu. Pierwszy krok to izolacja od bodźców. Doradzam moim stoikom, by czasem wyłączali komórkę i nie byli w zasięgu, rzadziej zaglądali na Facebooka. W ciszy skupili się na bliskich, na lekturze. W ten sposób odzyskają przytomność umysłu.

Z każdym pana słowem sztuka pojednania staje się trudniejsza.

Może dlatego właśnie niektórzy w ogóle z niej rezygnują. Wysiłek zniechęca. Jak mawiał Marek Aureliusz: „Choćbyś pękł, nie zmienisz postępowania ludzi”. Relacje wymagają wysiłku. A my nie lubimy się męczyć. Wielu uważa, że pojednanie jest zbędne, bo mają inne priorytety: samorealizację, karierę, przyjemności. Skoro mogę wejść do Internetu i zagrać w coś, uprawiać sporty ekstremalne, to po co mi więzi. Dawniej budowanie relacji było fundamentem przetrwania. Dziś nie. Jedzenie można zamawiać przez Internet, nie kontaktując się z nikim, pracować jako autor piszący dla czasopism i z tego żyć. To dziś mieści się w normie.

A co na to współczesny stoik?

Uważam, że nie wiemy już dziś, co jest normą, dlatego tego nie potępiam. Każdy szuka swojej drogi na własną rękę. Może dla kogoś radykalna wolność jest wystarczającym źródłem spełnienia i satysfakcji − nie mnie to oceniać. Starożytny stoik potępiłby to, uważając za patologię. Ja już nie mam takiej pewności. Jako współczesny stoik wybieram i realizuję relacyjny rodzaj spełnienia. Akceptuję fakt, że wchodząc w relacje, rezygnuję z części wolności. Zyskuję za to bliskość, rozumienie świata drugiego człowieka. W duchowości zawsze jest coś za coś. Więź daje mi zakorzenienie emocjonalne i stoicki spokój, którego nie zazna osoba traktująca związki pobieżnie. Filozof Martin Heidegger uważa, że samoistne zrozumienie siebie jest niemożliwe. Musimy najpierw wiedzieć, jak nas widzą inni. Bo pojmujemy świat przez ich pryzmat. Bez wchodzenia w głębokie relacje nasza introspekcja prawdopodobnie stanie się jałowa.

Załóżmy, że chcemy żyć dobrze z rodziną, ale matka mnie irytuje, ojca nie poważam, a stryja nie rozumiem, bo jest z innego świata.

Żyjemy wśród wielu wykluczających się modeli funkcjonowania, balansując na granicy wojny i akceptacji. Jeśli ktoś wyznaje radykalnie inny system wartości niż ja, to trudno o zgodę. Kiedyś pewne hierarchie wartości były wspólne, dziś już tak nie jest. Możemy wejść w środowisko ludzi, którzy uważają, że piercing i ekstremalne sporty mają wartość. Ale ja tego nie cenię, uważam, że ważna jest refleksyjność, kontakt z drugim człowiekiem. Spotkamy się przy stole i nie dogadamy się. Możemy udawać, ale na głębszym poziomie to nie nastąpi. Z czymś takim stoik potrafi się pogodzić. Jedyne, co mogę zrobić, jeśli mam obkolczykowanego dzieciaka, to zaakceptować go. Również fakt, że być może nie da się z nim pojednać. Bo on nie czuje moich wartości, a ja nie czuję jego.

Czasem żywimy niechęć do krewnych, którzy okazali się świetnymi kompanami na wakacje. Dopóki nie doszło do sprzeczki. Przy świątecznym stole konflikt nabrzmiewa, choć nikt o nim nie mówi…

Nie oceniajmy pochopnie innych i bądźmy krytyczni wobec siebie. Czy na pewno jestem bez winy? Czy przypadkiem to, że ktoś jest szorstki, nie wynika z tego, że ja taki jestem dla niego? Ciągłe badanie i sprawdzanie tego jest częścią codziennej praktyki stoików. Problem z emocjami uznają za najpoważniejszy powód konfliktów.

Co to znaczy problem z emocjami?

Zdaniem stoików nasze nastroje są konsekwencją uznania za dobre lub złe rzeczy niezależnych od nas, np. cudzych opinii. Czujemy się dobrze, gdy realizujemy coś, co uznajemy za dobre. I czujemy się źle, gdy doświadczamy tego, co uznajemy za złe. Sęk w tym, że to, czego pragniemy i unikamy, jest w mocy innych. Mamy wobec nich oczekiwania. Czy obdarzą nas miłością? Szacunkiem? Czy pomogą zbudować pozycję zawodową? Niepewność sprawia, że żyjemy na pograniczu lęku, zazdrości czy zawiści. Jeśli idę na Wigilię do krytycznej matki i oczekuję jej uznania, moje poczucie wartości zależy od niej. Jeżeli pyta, co osiągnąłem w życiu, i wyraża niezadowolenie, nie zaspokoi mojej potrzeby. A ona we mnie żyje. Nie pojednam się, bo będę sfrustrowany i wściekły. Jeśli moja siostra więcej uwagi poświęca dekorowaniu stołu wigilijnego niż wyrażeniu emocji, a ja oczekuję od niej ciepła, którego mi nie daje, bo cały czas myśli o dekoracji, bo uzależnia nastrój od tego, czy ją pochwalę, to nie ma tu miejsca na zgodę.

Czy według stoika możemy czuć? Czy tylko rozsądek się liczy?

Stoicy twierdzą, że mamy jedną podstawową emocję – radość życia, która jest zupełnie inną radością niż ta, którą czerpiemy z czegoś zewnętrznego. Trzeba doświadczyć obu, żeby ich nie mylić. Portugalski neurolog Antonio Damasio w książce „Jak umysł zyskał jaźń” opisuje emocje pierwszoplanowe i emocje tła. Pierwsze pojawiają się, gdy czegoś chcemy i to dostajemy lub nie – radość lub smutek. Drugie wychodzą na powierzchnię, gdy umysłu nie zaprzątają emocje związane z działaniem. Uzyskujemy wtedy kontakt z głębią. To cel praktyki stoickiej. Czuć radość wynikającą z tego, że żyjemy. Nie mamy do niej dostępu, zanim nie zapanujemy nad pragnieniami. Na przykład podoba się pani mężczyzna, chce się z nim umówić i nakręca się. Ulega emocji, która jest dziś narracją codzienności. Bo myślimy o życiu w kategoriach tego, co można mieć i czego chcieć. Identyfikujemy się z celami i w zależności od tego, czy przybliżamy się do ich osiągnięcia, mamy dobre lub złe emocje. Stoik powiedziałby, że nie ma znaczenia, czy on będzie panią chciał. Niech się pani skupi na tym, kim pani jest. Co jest dla pani ważne. Chce pani zbudować relację? Proszę do tego dążyć. Ale być dążeniem do stworzenia relacji, a nie samą relacją. Gdy się pani do tego zastosuje, nawiąże kontakt ze sobą. I pójdzie na spotkanie z mężczyzną, którego zapragnęła, nie pragnąc go, ale ciesząc się, że ma możliwość takiej randki. Niezależnie od tego, co z niej wyniknie.

Utrzymać spokój i cieszyć się niezależnie od tego, co się przydarza? Wyzwanie.

Jak mówił Marek Aureliusz: „Jeśli zżymasz się i złorzeczysz, że coś cię niemiłego spotkało, to zupełnie jakbyś rozliczał Boga z darów”. Dostałeś życie razem z tymi wszystkimi rzeczami. To pakiet. I teraz grymasisz? Wciąż narzekamy. Antyczne filozofie głosiły, że trzeba zmienić siebie, żeby być szczęśliwym. Czyli zrobić coś ze swoimi potrzebami. Natomiast nowożytność opiera się na przekonaniu, że możemy zmienić świat tak, by pasował do nas. Nauczono nas domagać się spełniania naszych potrzeb. Domagamy się tego od polityków, bogów, psychoterapeutów i krewnych przy świątecznym stole. Tymczasem spełnienie ulokowane jest być może w zupełnie innym obszarze.

Jak praktykować, by na święta zyskać dostęp do głębokiej radości?

Można trenować tzw. czystość oglądu. Dostrzegać to, co się naprawdę dzieje, a nie to, co nam się wydaje i co sobie dopowiadamy. Ważne, by oceniać rzeczywistość na faktycznej podstawie. Jest taki dowcip. Teściowa dała zięciowi na urodziny dwa krawaty. On, by zrobić jej przyjemność, założył jeden na Wigilię. Ona w przedpokoju przy powitaniu spojrzała na niego i rzuciła cierpko: „Co? Ten drugi ci się nie podoba?”. Czytamy często sytuacje przez pryzmat naszych stereotypów, oczekiwań. Załóżmy, że na święta przyjeżdża kuzyn i nie zwraca uwagi, że mam odremontowaną kuchnię. Ma problem, przez który jest roztargniony, ale nie chce o nim mówić. A mnie zależy, żeby dostrzegł nowe kafelki i okap. Ale on milczy. Myślę sobie, że zazdrości albo ma żal. Dopowiadam sobie i napinam się. Ale tak naprawdę nie wiem, co nim powoduje. Zamykam się, a mógłbym cieszyć się z jego wizyty.

Jakie jeszcze ćwiczenia stoickie można zastosować przed gwiazdką?

Premeditatio malorum, czyli „wcześniejsze rozważenie zła”. Chodzi o głębokie wizualizowanie różnych złych rzeczy, które mogą się wydarzyć z naszą rodziną, by docenić chwilę obecną. Przydatne może się też okazać ćwiczenie Epikteta „Dwa uchwyty”. Jeśli twoja siostra zrobiła ci świństwo, to fakt ten jest jednym ze sposobów rozumienia tej sytuacji. Nie rozwiążesz konfliktu, trzymając się tego uchwytu. Ale jest też drugi. Fakt, że to twoja siostra i że ją kochasz. Łapiąc się za ten uchwyt, możesz przekroczyć niechęć, próbując zrozumieć potrzeby bliskiej ci osoby. I ruszysz z miejsca. Staraj się świadczyć dobro, nie bacząc, czy inni będą się chcieli z tobą pojednać. Bo może nie będą chcieli. Każdy podąża własną drogą. Jeśli to zaakceptujesz, to w głębi duszy pojednasz się z innymi. I kto wie, może część z nich pojedna się także ze sobą.

Dr Tomasz Mazur – filozof, pisarz, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Założyciel Centrum Praktyki Stoickiej (), prowadzi warsztaty, na których wraz z uczestnikami przekuwa antyczne mądrości na sztukę współczesnego życia. Jest autorem książek, między innymi „Fiasko. Podręcznik nieudanej egzystencji”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Sztuka przebaczenia: czy zawsze można wybaczyć?

Nie zawsze stać nas na gest pojednania, warto jednak przyjrzeć się trudnej relacji. (fot. iStock)
Nie zawsze stać nas na gest pojednania, warto jednak przyjrzeć się trudnej relacji. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Stawiamy talerz dla zbłąkanego wędrowca, powtarzamy w codziennej modlitwie „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. A z drugiej strony – mamy opór przed pojednaniem. O sztuce przebaczania opowiada jezuita, ksiądz Jacek Prusak.

Dlaczego nawet dla katolików pojednanie w Wigilię jest takie trudne?
My, wierzący i niewierzący, jesteśmy tylko ludźmi, a przebaczenie – warunek pojednania – to trudny akt, bo można je otrzymać od Boga, jeśli da się je innym; można dać je innym, jeśli otrzyma się je od siebie, a można dać je sobie, jeśli otrzyma się je od Boga. Każda przeszkoda, zatrzymanie się lub porażka w jednym z tych trzech elementów blokuje proces przebaczenia. Nasza trudność wynika również stąd, że chrześcijańskie przebaczenie jest bardzo radykalne.

To znaczy?
Radykalne dlatego, że warunkiem przebaczania nie jest okazanie skruchy ze strony osoby, która nas zraniła. Chrześcijaństwo mówi, że skrucha jest potrzebna w relacji człowiek – Bóg. Nasza zdolność do wybaczania zależy od tego, jak głęboko przenika przez nasze życie wiara, jak mocno ktoś nas zranił, a także jakim ludzkim potencjałem dysponujemy. Bo to z jednej strony proces ludzki, a z drugiej – łaska. Trzeba pamiętać o tych dwóch perspektywach.

Jak ksiądz z perspektywy ludzkiej przekonuje, żeby wznieść się ponad krzywdę i pojednać na przykład z rodzicami?
Staram się pokazać, że zależność ofiara-sprawca jest bardzo destrukcyjna. Przy czym źródło cierpień wcale nie musi tkwić w klasycznie pojmowanej zależności ofiary i krzywdziciela. Wiele ludzi w drugiej połowie życia odkrywa, jak bardzo zostali zranieni przez życie, choć nie wzrastali w patologicznej rodzinie, byli wrażliwymi dziećmi, pragnęli spełnić oczekiwania rodziców, być kochanymi. Zabrakło jednak bezwarunkowej akceptacji. W psychologii nazywa się to dramatem udanego dziecka. Może pojawić się u nich pokusa, żeby obarczyć winą rodziców i, litując się nad sobą, pozostać w pozycji ofiary. To naturalna i zrozumiała pokusa, ale niezwykle szkodliwa. Przebaczanie, także w psychoterapii, polega na jej przezwyciężeniu.

Jak ma przezwyciężyć krzywdę ofiara przemocy?
Żadne pieniądze ani inne gratyfikacje nic tu nie dadzą. Nie pomoże też odegranie się, odreagowanie, żebyśmy byli kwita. Najlepszym zadośćuczynieniem w krzywdach emocjonalnych, fizycznych jest przyznanie się sprawcy, kimkolwiek jest, do winy i prośba o przebaczenie.

A jak się nie przyzna?
Mamy dwa wyjścia: przebaczenie albo nienawiść. Przebaczenie dla nas, katolików, to łaska, na którą trzeba się otworzyć, prosić o to Boga w modlitwie, powierzając mu jednocześnie wymierzenie sprawiedliwości. To jedyne wyjście. Bardzo silnym mechanizmem, który nami rządzi – jak pokazały ostatnie badania, rządzi nawet niemowlakami, a więc osobami bez socjalizacji czy to religijnej, czy społecznej – jest rozpoznawanie krzywdy i chęć wymierzania kary. Tak więc sprawiedliwość rozumiana jako wymierzenie kary za krzywdę zdaje się biologicznie uwarunkowana.

To znaczy, że religia idzie wbrew naturze?
W jakimś sensie wbrew naturze. Warto wiedzieć, że od wieków istniało prawo do zemsty i ta zemsta była często nieproporcjonalna do krzywdy. Potem w XVIII stuleciu przed Chrystusem Kodeks Hammurabiego wprowadził zasadę: oko za oko, ząb za ząb, a więc złagodził to prawo, ale z naszej perspektywy to i tak wydaje się barbarzyństwem. W miłosierdziu chrześcijańskim nie chodzi o to, żeby nie karać przestępców, tylko żeby, wymierzając sprawiedliwość, zdobyć się na przebaczenie.

Dlaczego kobieta ma przebaczyć gwałcicielowi?  
Żeby nie spędzić z nim reszty życia. Bo jeśli nie wyjdzie z pozycji ofiary, jeśli będzie chować w sobie zranienie, to ów oprawca będzie nadal żerował na jej życiu.

Zatem to akt egoistyczny.
Nawet jeśli myślimy, że robimy to dla siebie, inni też są beneficjentami. Bo zmieniając siebie, zmieniamy także ludzi wokół.

Wybaczam ojcu doznane krzywdy, ale on się do nich nie przyznaje. Siadamy razem do wigilii. Pojednanie jest możliwe?
Nie ma przebaczania i pojednania na siłę i na skróty. To taka fantazja, że wystarczy przełamać się opłatkiem i nastąpi pojednanie. Oczywiście, może tak się stać, ale pod warunkiem, że przechodzimy wewnętrzny proces przebaczania, którego zwieńczeniem jest podzielenie się opłatkiem.

Ten zwyczaj ma jakieś religijne uzasadnienie?
Łamanie się opłatkiem sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa, ale na początku nie było związane ze stołem wigilijnym, tylko symbolizowało komunię duchową członków wspólnoty. Poza Polską ludzie łamią się opłatkiem na Słowacji, Litwie, Białorusi, Ukrainie, w Czechach i we Włoszech. Ta piękna tradycja ma głęboki sens, bo święta Bożego Narodzenia w Kościele katolickim mają rodzinny charakter. Można potraktować ją płytko, jako kulturowy zwyczaj, a można i głębiej, jako symboliczny akt pojednania.

Dlaczego warto przejść przez ten proces?
Ponieważ przebaczenie i pojednanie uzdrawiają umysł, serce i ciało. W chrześcijaństwie uzdrowienie wewnętrzne z emocjonalnych czy fizycznych ran oznacza, że one nie znikają, tylko się zabliźniają, co widać na ciele zmartwychwstałego Jezusa. Przebaczenie otwiera nie tylko drogę do pojednania z krzywdzicielem, ale do „sklejenia” wszystkich części samego siebie. To powrót do jedności. Kiedy przebaczamy sobie, czynimy świat lepszym. Kiedy przebaczamy innym, uzdrawiamy siebie.

Jacek Prusak: doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, ksiądz, jezuita, teolog, psychoterapeuta, psycholog, publicysta. Prorektor akademii „Ignatianum” w Krakowie, adiunkt w instytucie psychologii tej uczelni.

  1. Psychologia

Gdzie są twoje czułe punkty? Czy łatwo cię zranić?

O ranach z okresu dzieciństwa, zapisanych w psychice, często świadczą nasze nieadekwatne do sytuacji reakcje. (fot. iStock)
O ranach z okresu dzieciństwa, zapisanych w psychice, często świadczą nasze nieadekwatne do sytuacji reakcje. (fot. iStock)
Pozornie niewinne zachowania bliskich potrafią dotknąć do żywego. Ranią, bo budzą urazy zamknięte w ciele. Dotkliwa migrena czy ból kręgosłupa po spotkaniu z przyjaciółką lub rozmowie z partnerem to często fizyczna manifestacja bolesnego scenariusza z przeszłości.

Bywa, że czujemy się dotknięci jednym słowem wypowiedzianym przez kogoś dla nas ważnego, pozornie niewinnym spojrzeniem, gestem czy niespełnioną obietnicą. Reakcje w owych "obiektywnie nieraniących” sytuacjach są dla nas samych zadziwiające, budzą wstyd czy poczucie winy. Skąd się biorą? A nade wszystko: jak sobie z nimi radzić?

Jak w transie

Monika jest osobą o dwóch twarzach. Na co dzień profesjonalny pracownik, czuła, zabiegająca o mężczyznę partnerka, lojalna przyjaciółka, osoba chętna do pomocy, uważna, wrażliwa, prawdziwa dusza towarzystwa. Jednak kiedy nie znajduje się w centrum zainteresowania… zamienia się w prawdziwego potwora. Z ostatnim chłopakiem zerwała tuż przed zaręczynami, kiedy mężczyzna wyszedł wcześniej z imprezy u znajomych, żeby pojechać do chorej matki. Szefowej zagroziła wypowiedzeniem, gdy ta na cotygodniowych odprawach przestała publicznie chwalić jej projekty, choć od dawna dla wszystkich było jasne, że Monika jest jej pupilką. Niedawno na ulicy zrobiła karczemną awanturę przyjaciółce, kiedy ta w trakcie ich rozmowy odebrała telefon od siostry. Monika czuje, że jej reakcje są, delikatnie mówiąc, zbyt przejaskrawione. Zdecydowała się nawet na terapię, ale kiedy pewnego razu terapeutka odwołała sesję, bo musiała zawieźć inną pacjentkę na oddział psychiatryczny, Monika obraziła się i przestała przychodzić na spotkania.

– Wiem, że coś ze mną nie tak, ale to silniejsze ode mnie – tłumaczy. – Kiedy ktoś mnie zrani, wpadam jakby w trans; przestaję racjonalnie myśleć, kręci mi się w głowie, serce wali jak szalone, brakuje mi tchu, mam ochotę biec na oślep albo rzucić się z pięściami na osobę, która mnie uraziła, a fizycznie czuję się tak, jakbym za chwilę miała umrzeć.

Chłopak Moniki, który pojechał zająć się chorą matką, przyjaciółka odbierająca telefon od siostry czy terapeutka podająca konkretny powód odwołania sesji – przecież każdy by zrozumiał wyjątkowość tych sytuacji. Monika prawdopodobnie z poziomu głowy również potrafiła zaakceptować ich zachowanie, ale czuła zupełnie coś innego. Obiektywnie nieraniące zachowania wprawiły ją w rodzaj transu, w tzw. odmienną rzeczywistość, w której racjonalne zachowania nie mają racji bytu.

Pewnie każdy z nas doskonale zna podobne sytuacje, kiedy zachowujemy się trochę jak szaleńcy, tracimy głowę, nasze ciało reaguje jak w sytuacji poważnego zagrożenia. Robimy coś, czego później bardzo żałujemy, ale bywa, że decyzje podjęte w stanie owego transu są już nie do odwołania. Dlaczego tak się dzieje?

Ranię, bo cię kocham

Otóż owe raniące zachowania, które z dystansu tracą na ostrości, a przez to nasza reakcja na nie jest dla innych ludzi niezrozumiała, budzą rany z przeszłości. Rany, które – najczęściej nieświadomie – zadawali nam rodzice czy inne ważne osoby. Bo nie mieli wystarczająco czasu, bo tak jak w przypadku Moniki mieli młodsze dzieci (kiedy Monika miała rok, urodził się jej brat, a rok później siostra). Zadawali ból, bo bagatelizowali dziecięce lęki czy marzenia. Obiecywali coś i, z braku czasu czy z nieuwagi, nie spełniali obietnicy. Dotykali niezrozumiałym dla dziecka żartem, zdradą dziecięcego sekretu czy swoim zachowaniem, którego z racji wieku nie byliśmy w stanie zrozumieć.

Monika, jak większość dzieci w rodzinach, w których w krótkim odstępie czasu przychodziło na świat rodzeństwo, prawdopodobnie nie dostała od mamy i taty wystarczającej ilości czasu, uwagi, zainteresowania, czułości, akceptacji i miłości. Jako mała dziewczynka nic nie mogła z tym zrobić, być może nawet weszła w rolę dziecka niesprawiającego kłopotów, zaradnego, samowystarczalnego, niemówiącego o swoich potrzebach. Zrobiła to, by otrzymać miłość. I wkroczyła w dorosłość z ogromną dziurą w sercu, z głodem uczuć, którego nie da się zaspokoić, z potrzebą bycia w centrum uwagi. A żeby było jeszcze trudniej, przyciąga ludzi, którzy ranią ją w podobny sposób, jak robili to rodzice.

Chłopak być może za zbyt oczywisty uznał fakt, że chora matka jest ważniejsza od Moniki. Szefowa prawdopodobnie rozpływała się w pochwałach, a potem nagle przestała. Przyjaciółka pewnie nawet nie przeprosiła, że w trakcie rozmowy odebrała telefon. Terapeutka nie odkryła niezaspokojonej, dziecięcej potrzeby Moniki bycia najważniejszą. Niby nic wielkiego się nie stało, ale ciosy zadane w najbardziej podatne na zranienia, czułe punkty bolą tak dotkliwie jak urazy fizyczne, bo budzą ból z przeszłości.

Okłamywanie, egoizm, lekceważenie, obłuda, nieuważność, niedotrzymanie obietnicy ze strony osób ważnych – wrzuca nas w świat z przeszłości, daleki od tzw. uzgodnionej rzeczywistości. Świat, w którym wracają historie z czasów dzieciństwa, subiektywne przeżycia z dawnych lat. Kiedy się w nim znajdujemy, w naszych sercach ożywają postacie, których istnienia nawet nie podejrzewamy: zranione dziecko, porzucona nastolatka, ,,ta gorsza” córka, nierozumiany samotnik… To one zagrzewają nas do walki bądź ucieczki. To za ich sprawą zrywamy zaręczyny, odchodzimy z pracy, robimy karczemną awanturę przyjaciółce, płaczemy z bezradności albo zamieniamy się w oprawcę rzucającego się z pięściami na wyimaginowanego przeciwnika. To demony przeszłości sprawiają, że nieodebrany telefon, pozornie niewinna uwaga czy chwilowa nieuważność urastają w naszych oczach do rangi dramatu i zmuszają do zerwania więzi. Najbardziej bolesne jest to, że właśnie najważniejsze, najbardziej bliskie osoby, które naprawdę nas kochają, cenią, podziwiają – uderzają w najczulsze punkty.

Uzdrawianie bolesnych miejsc

Mówi się, że osoby, z którymi jesteśmy w bliskich, ważnych relacjach, są najlepszymi terapeutami. Jeśli poczucie zranienia nie doprowadzi do trwałego zerwania więzi, owe bolesne rany stwarzają ogromną szansę transformacji. Dotarcia do bolesnych zdarzeń z przeszłości, odkrycia w sobie skrzywdzonych postaci i przede wszystkim do znalezienia możliwych rozwiązań sytuacji, które nas dotykają. Scenariusz z przeszłości domaga się bowiem szczęśliwego zakończenia. Zranienia, zwłaszcza te pozornie nieistotne, ale dla nas najbardziej bolesne, są ratunkiem dla duszy. Oczywiście nie ma gotowej recepty na transformację, jednak możliwe są pewne stałe kroki.

Krok pierwszy: Przeanalizowanie sytuacji, które najdotkliwiej nas ranią i znalezienie ich wspólnego mianownika.

Dla Moniki takim mianownikiem będzie odkrycie i zaakceptowanie dziecięcej tęsknoty za byciem osobą najważniejszą. Wszystkie sytuacje, w których kobieta czuje się niezauważona, zlekceważona, niewysłuchana – budzą jej lęk przed odrzuceniem, lęk, który korzeniami sięga dzieciństwa.

Krok drugi: Rozpoznanie intencji drugiej strony. Gdyby Monika odważnie porozmawiała ze swoim chłopakiem, szefową, przyjaciółką czy terapeutką, zrozumiałaby, że ich zachowanie nie było skierowane przeciwko niej. Nie możemy dla nikogo (poza rodzicami, w tym najwcześniejszym okresie życia) być przez cały czas najważniejsi. Dojrzałość polega na zaakceptowaniu tego faktu.

Krok trzeci: Zdystansowanie się i realna ocena sytuacji, zrozumienie, co tak naprawdę się stało. Warto pamiętać, że zranienie zawsze trafia w nasz największy kompleks i dlatego tak boli.

Krok czwarty: Odkrycie i dopuszczenie do głosu zranionej postaci. Nikt w dorosłym życiu nie zaspokoi jej tęsknot, ale możesz zrobić to sama, np. dając sobie prawo do tego, by być ważną, przede wszystkim dla samej siebie. Masz prawo także informować o tym świat, np. mówiąc osobom dla ciebie istotnym: ,,Rani mnie, kiedy podczas spotkania ze mną odbierasz telefony”, albo: ,,Wiesz, mam świadomość, że to być może dziecinne zachowanie, ale boli mnie, kiedy obiecujesz, że zadzwonisz i tego nie robisz”.

  1. Psychologia

Chcesz pożegnać stare nawyki i zrealizować cel? Przygotuj się na silną reakcję obronną twojej psychiki!

Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Marzysz o rozstaniu się z niewygodnymi nawykami? Spełnienie tego postanowienia wymaga zmiany. Natura ludzka nie lubi zmian i silnie się im przeciwstawia. Dlatego tak chętnie trzymamy się utartych ścieżek myślowych, powtarzamy te same zachowania. W ten sposób wypracowujemy nawyki, które zespalają się z nami tak bardzo, że w pewnym momencie uznajemy je za integralną część siebie, za swoje cechy. Tymczasem to tylko zachowania potwierdzające naszą autoopinię. Powielanie starych przyzwyczajeń prowadzi w stare miejsca.

Można powiedzieć, że nawyki są obszarami niepunktowanymi w grze o spełnienie marzeń. Pozornie nic się nie stanie, jeśli znów nie odłożysz rzeczy na miejsce, wstaniesz za późno, by biegać, „zapomnisz” zapłacić rachunki, a na kolację zjesz kanapkę ze smalczykiem zamiast z pomidorem. To drobiazgi, prawda, ale przez nie przestajesz posuwać się do przodu. Dlatego przed stworzeniem wizji swojego nowego lepszego życia powinnaś odkryć, co cię stopuje, co na pewno nie przybliża do celu – czyli ustalić własne indywidualne obszary niepremiowane.

Bez względu na to, czego dotyczy twoje marzenie, czy chcesz zacząć malować obrazy, czy schudnąć – obszary niepremiowane są zwykle takie same i kryją się pod postacią wymówek, np.: „Jest jeszcze czas, nie muszę się za to dziś zabierać”, „Mama napracowała się nad tym sosem, więc zjem dużą porcję, żeby czuła się potrzebna”, „Urwę się godzinę wcześniej z pracy, przecież wszyscy tak robią”. Brzmi znajomo? Wymówki, czyli racjonalizacja własnych decyzji, to przeniesienie odpowiedzialności za swoje życie na zewnętrzne okoliczności lub innych ludzi. Jest to standardowa reakcja na niepowodzenie w realizacji swojego marzenia. Widzimy w nich racjonalną, obiektywną ocenę sytuacji, a tymczasem one tylko odciągają od sukcesu. Czas to odczarować! Znasz dobrze swoje wymówki. Stań z nimi oko w oko. Aby sobie w tym pomóc, wykonaj następujące ćwiczenie: zapisz w jednym miejscu wszystkie wymówki, które usłyszysz w swojej głowie. To obnaży ich jałowość i pomoże ci następnym razem z miejsca ustalić, że to nie racjonalny ogląd sytuacji, ale zwyczajne sabotowanie swoich planów. Nawet jeśli jakiejś ulegniesz – zanotuj ją. Na przyszłość od razu będziesz wiedziała, że to tylko wykręt.

Autosabotaż

Inny rodzaj działań oddalających nas od celu to zachowania destrukcyjne. Są całkowicie sprzeczne z naszymi postanowieniami, a na dodatek pogrążają nas, wpychają w jeszcze większe niż dotychczas kłopoty, zwiększają poczucie frustracji. Oto kilka przykładów: kupujesz kolejny sweter w serwisie internetowym, zamiast zapłacić czynsz; chcesz wrócić do formy, a jedziesz windą na drugie piętro; zjadasz torcik czwartego dnia diety; chcesz lepiej zarabiać, a w pracy gadasz z siostrą na Skypie itp. Autosabotaż to krok do tyłu w ważnej dla ciebie sprawie. Czas wykryć wroga. Wypisz zachowania, które oddalają cię od celu i unikaj ich jak ognia. Zdarza ci się zapomnieć, co sobie postanowiłaś? Bywa że po kilku dniach wysokiego poziomu energii („nakręcania się”) zapominasz, co chciałaś zrobić ze swoim życiem? A może czasami pozwalasz, by ktoś zdyskredytował twoje postanowienia i zaczynasz patrzeć na nie poprzez cudzy system wartości („A na co mi ten chiński?! Tyle pracy włożyłam w angielski, po co teraz zabierać się za nowy język”)? Są to kolejne ważne grupy obszarów niepremiowanych na drodze do realizacji postanowień. Podobnie dzieje się wtedy, gdy masz wrażenie, że dostałaś „znak od losu”, że realizacja danego marzenia nie ma sensu („Drugi raz z rzędu, gdy mam iść na taniec, synek chce ze mną pograć w grę planszową”).

Gdy jesteśmy zaskakiwani kłopotami, trudnościami, reagujemy chaotycznie, emocjonalnie. Grunt to wiedzieć, że na drodze do realizacji twojego marzenia spotka cię jedna ze wspomnianych przeszkód (albo wszystkie). Dzięki temu możesz się przygotować na odparcie wroga. Przemyśl zatem wcześniej, co zrobisz, gdy znów w twojej głowie pojawi się jedna z wymówek, zaczniesz myśleć, że teraz jest zły czas na realizację planów albo ktoś wyśmieje twoje marzenie. Zastanów się, kogo poprosisz o pomoc, żeby nie wykonać żadnego z zachowań autodestrukcyjnych i jak się zachowasz, gdy złamiesz zasady i wrócisz do starego nawyku. Zaplanuj również, jakie działania podejmiesz, żeby wrócić do celu.

  1. Psychologia

Jak role pełnione w dzieciństwie przenoszą się na dorosłe życie?

Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Rodzina, często nieświadomie, przydziela nam pewne role. Wielu z nas odgrywa je później przez całe życie. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Które dziecko ma najlepiej: najstarsze, średnie, a może najmłodsze? Czy jedynacy naprawdę są samolubni i trudni we współżyciu? Jakie realne profity mamy z posiadania siostry lub brata? Dlaczego, choć czasem ich nie cierpimy, to zawsze stajemy po ich stronie? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywają rodzice? Wyjaśnia psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

Czy jest prawdą, że rola, jaką pełnimy w rodzinie, przenosi się na rolę, którą pełnimy w społeczeństwie?
Jak poradzimy sobie w dorosłym życiu, w pewnej mierze wynika z tego, jaką pozycję zajmowaliśmy w rodzinie, ale to bardziej złożona kwestia. Pierwszy czynnik, który trzeba wziąć po uwagę, to kolejność urodzenia, drugi to płeć, a trzeci fakt, czy wszystkie dzieci w rodzinie były zdrowe i pełnosprawne. To wszystko składa się na naszą pozycję w rodzinnym domu.

Wiele się mówi o specyficznych cechach, jakie kształtują się w nas w zależności od tego, którym z kolei dzieckiem byliśmy w rodzinie.
Tyle tylko, że tych cech nie nabywa się automatycznie wraz z przyjściem na świat, tylko są one wzmacniane – lub nie – przez rodziców i proces zmian, jaki zachodzi w rodzinie. Na przykład pierwsze dziecko bardzo często ma cechy przywódcze i jest odpowiedzialne – a w dorosłości nawet nadodpowiedzialne – za innych. Jeżeli ponadto długo pełniło rolę jedynego dziecka w rodzinie, to złość i zazdrość, że przestało być najważniejsze, może spowodować, że ta jego odpowiedzialność nabierze cech władczości i kontroli. Rodzice w pewien sposób to wzmacniają, kiedy powierzają mu opiekę nad młodszym rodzeństwem. Już czterolatek może dostawać zadania potrzymania butelki z mlekiem czy poukładania zabawek, a starsze dzieci być oddelegowywane do pilnowania młodszych czy pomocy w lekcjach. Jeśli zadania są odpowiednie dla wieku dziecka, to jest to naturalne, a jednocześnie rozwojowe: wykształcają się w nim jakieś predyspozycje: bycia pomocnym, rozważnym czy kontrolującym. Jeśli dzieci zostają jeszcze za to pochwalone, to się tego uczą i stopniowo staje się to ich wyposażeniem w dorosłym życiu. Z perspektywy najstarszego dziecka wygląda zwykle tak: „Musiałem to małe wszędzie za sobą ciągnąć, stale się za mną pałętało”. Środkowe dziecko z kolei ma często doświadczenie bycia niewidzialnym, ale jednocześnie dzięki temu jest świetnym obserwatorem i negocjatorem, bo musiało nim być, by dogadać się ze starszym i młodszym rodzeństwem. W dorosłym życiu daje mu to nieocenioną umiejętność ogarniania całości, widzenia szerokoaspektowego, nie zero-jedynkowego, ale też mediacji, dogadywania się, współpracy. W wielu zawodach to się bardzo przydaje.

O najmłodszych mówi się, że im wszystko wolno, są wiecznymi dziećmi, zawsze ktoś im pomoże i zajmie się nimi.
Z kolei one same mówią, że czuły się zawsze nie tak dobre jak inni, bo nie mogły dogonić starszych. Zostaje w nich taki bolesny kawałek bycia wyłączonym z życia rodzeństwa, dopominania się o to, by być traktowanym poważnie. Starsi bracia, jeśli zabierali młodszego na boisko, to robili mu łaskę, poza tym nie wpuszczali go do swojego pokoju, musiał po nich donosić ubrania, mówili o nim pogardliwie „mały” – najmłodsi mają doświadczenia bycia lekceważonym. Z drugiej strony jest w nich poczucie, że cokolwiek by się działo, ktoś im pomoże. Taka ufność może być życiowym atutem.

Ale to nie jest cały obraz. Dochodzi chociażby płeć – chłopcy nadal zajmują w rodzinie zwykle wyższą pozycję niż dziewczynki, im się na więcej pozwala, wybacza psoty i nieposłuszeństwo. Mają więcej swobody.

Wracając do pierwszego pytania, w życie zawodowe czy związki wchodzimy z określoną pozycją, wyniesioną z domu: pozycją lidera, kozła ofiarnego, mediatora, niewidzialnego, wiecznego dziecka czy maskotki. Na ile ta pozycja wpływa na nasze podejście do życia, przekonałam się podczas warsztatów, jakie prowadziłam na temat rodzeństwa na Uniwersytecie SWPS. Wszyscy uczestnicy mieli się podzielić na grupy jedynaków, najstarszych, średnich i najmłodszych dzieci w rodzinie, z rozróżnieniem na płeć. I okazało się, że w grupie najmłodszych dziewczynek wszystkie są w związkach, co było na tyle wyjątkowe w stosunku do pozostałych grup, że w żadnej innej taka prawidłowość się nie powtórzyła. Wszyscy byliśmy zdziwieni, tymczasem one patrzyły zdziwione na nas: „Ale jak to? Miałabym być sama? Przecież zawsze ktoś będzie chciał ze mną być i się mną opiekować. Tak jest zbudowany świat”. Były przekonane, że znajdą partnera, przecież są tak cudowne.

W związkach chcemy odtworzyć sytuację z domu?
Nie robimy tego świadomie, szukamy tego, co już znamy, a znamy na przykład taką sytuację, że zawsze ktoś się mną opiekował albo że ja zawsze to robiłam. Dlatego też bardzo często najstarsze córki wchodzą w związki z jedynakami lub młodszymi braćmi, a najmłodsze z najstarszymi braćmi. Nieświadomie ten klucz gdzieś działa. Czy w życiu nam to później służy? Nie zawsze, bo nas nie rozwija. Na przykład jedynak, którego mama była na każde skinienie, może mieć żonę, która będzie dla niego jak mama, a nie żona. Ona z kolei zajmowała się wszystkimi w domu i teraz też nie wychodzi z tej roli… no, chyba że się zbuntuje.

Sama jestem jedynaczką. Rodzeństwo to dla mnie obszar nieznany i fascynujący. Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć brata czy siostrę i z ciekawością obserwowałam znane mi rodzeństwa. Dla mnie to była mieszanka przyciągania i odpychania, wspólnych tajemnic, ale i częstych kłótni, miłości i nienawiści. Czy to jest reguła?
To, jakie relacje będzie ze sobą miało rodzeństwo zależy przede wszystkim od tego, w jakiej rodzinie dorastają dzieci. Ogromny wpływ na to, jak się będą układały losy sióstr i braci, mają rodzice. To, jak widzą dzieci, zwłaszcza na ile postrzegają je jako autonomiczne istoty, i to, jak się między nimi układa w parze. Na ile udało im się nie rozgrywać dziećmi jakiejś wewnętrznej walki między sobą, nie wciągać ich w sojusze przeciwko partnerowi, nie dzielić ich na „moje” i „twoje”. Przyciąganie i odpychanie, o których pani mówiła, ta miłość przeplatająca się z wrogością w relacjach siostrzanych i braterskich, mogą wynikać z różnych zaszłości i tego, jaką narrację na ten temat mieli rodzice. Czasem – nieadekwatnie do rzeczywistości – w domu jest podział na starsze dziecko i młodsze, mimo że jest między nimi różnica zaledwie roku czy dwóch, i wtedy to „starsze” dostaje obowiązki opiekuńcze wobec „młodszego”, mimo że samo jest jeszcze dzieckiem – z jednej strony ma z tego powodu gratyfikację w postaci bycia tym ważniejszym, z drugiej strony może cały czas zazdrościć bratu czy siostrze, że mają u rodziców fory.

Jeśli rodzeństwo nie jest w stanie w dorosłym życiu porozmawiać o tym w dojrzały sposób, uznać, że rodzice świadomie lub niezamierzenie „wrobili” nas w tę sytuację i napisać nową narrację na temat swojej relacji – to amplituda między miłością a nienawiścią może się utrzymywać przez cały czas. Ale niekiedy rzeczywiście nie da się tego od nowa poskładać. Bo rodzice nie są w stanie zmienić swojego zachowania, co przez postronnego obserwatora i jedno z dzieci może być postrzegane jako krzywdzące, lecz drugiemu wydaje się zupełnie naturalne. Na przykład ukochany synek dostaje mieszkanie, wsparcie finansowe, a siostra jest jakby osierocona i musi sobie radzić sama.

Rodzice są przekonani, że jej nie trzeba pomagać, bo ona i tak sobie świetnie radzi.
A synkowi ciągle coś się nie udaje, więc trzeba mu pomagać. Taki jest mit w tej rodzinie, mit, który nigdy nie został tak naprawdę zweryfikowany. Rodzice często patrzą na dzieci przez filtry, które nie zawsze są obiektywne. Tym bardziej warto w dorosłym życiu od nowa prześledzić historię własnego dzieciństwa i swojej relacji z rodzeństwem, ale ze świadomością, że każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie.

Nawet jeśli w tej samej?
Dzieci przychodzą na świat w jednej rodzinie, ale nigdy nie jest to ta sama rodzina. Wyobraźmy sobie parę, która niedawno się poznała, są w sobie po uszy zakochani i nagle dowiadują się, że będą mieli dziecko. Albo są wniebowzięci i szczerze cieszą się na tę zmianę, albo budują swoją relację na przekonaniu, że musimy być razem, bo przytrafiła się ciąża, albo myślą: „Wprawdzie nie planowaliśmy tego, ale to przypieczętuje nasz związek, który i tak mieliśmy zalegalizować”. Jak widać, w tym momencie dziecko już dostaje jakąś historię o tym, jak i po co przyszło na świat. Czy jest chciane, czy nie; czy pojawia się we właściwym momencie, czy nie – bo jego rodzice są na studiach i dziecko mieli raczej w odległych planach albo ojciec dziecka właśnie uległ wypadkowi, ma złamaną nogę i trzeba się nim opiekować.

Poza tym każde kolejne dziecko rodzi się w innej rodzinie nie tylko dlatego, że jest już na świecie jego brat czy siostra, ale też dlatego, że rodzice się zmieniają, a ich związek ewoluuje: najpierw to może być małżeństwo studenckie, potem młodzi z własnym mieszkaniem, natomiast przy narodzinach kolejnego dziecka jest już małżeństwo, w którym to on stracił pracę, a ona utrzymuje rodzinę. Czy zmarła babcia, która wcześniej matkowała dzieciom, by mama mogła kształcić się lub pracować. W każdej z tych sytuacji dziecko na dzień dobry dostaje inne wyposażenie.

Czy już wtedy pojawiają się pierwsze oczekiwania – jaką rolę to dziecko ma spełniać w rodzinie?
Tak, i czasem te oczekiwania stają się bardzo nieadekwatne do jego możliwości. Często słyszy się, że ta czy tamta dziewczyna złapała chłopaka na dziecko, bo już chciała być żoną. Wtedy dziecko – nawet jeśli w dobrej wierze – jest użyte po to, by stworzyć małżeństwo.

I jego rolą jest łączyć rodziców?
Niekoniecznie, bo związek rodziców może się już w tym czasie ukształtować. Niemniej jednak nawet jeśli rodzice są razem i są z tego powodu zadowoleni, fakt, że to dziecko do tego doprowadziło, sprawia, że ono ma już jakąś nieadekwatną rolę w rodzinie. Niektóre dzieci przeżyją tę sytuację jako wyróżnienie i podbije to ich ego, a dla innych może być to ciężar, który bardzo skomplikuje im życie.  Mogą też czuć się w obowiązku jednać zwaśnionych rodziców, kiedy się kłócą. Jest też mniej pozytywny wymiar takiej roli – kiedy na przykład matka, której bardziej zależało na związku, w sytuacjach kryzysowych szantażuje emocjonalnie ojca dziecka, mówiąc: „I co, swoją ukochaną córeczkę zostawisz?”. Dziecko jest używane do zatrzymywania ukochanego mężczyzny, jest „po coś”. I to jego życiowy bagaż. Ale każdy z nas jakiś ma.

Drugie dziecko pary przychodzi na świat w zupełnie innej rodzinie – rodzinie z małym dzieckiem.
Pierwsze dziecko mogło pełnić rolę łącznika między rodzicami, ale mogło też czuć się pępkiem świata, darem, który przydarzył się zakochanej parze. I nagle po dwóch latach temu królewiczowi lub królewnie rodzi się rywal: do miłości mamy, uwagi taty, ich czasu, do zabawek, do przestrzeni w pokoju. To dobrze i źle. Dobrze, bo rodzeństwo staje się dla niego takim poligonem, na którym uczy się bycia w relacji, tego, że czasem trzeba coś dać i z czegoś zrezygnować, żeby coś dostać w zamian – czyli z braciszkiem można się fajnie bawić w pociąg, ale trzeba będzie mu oddać też część zabawek. Źle, bo od teraz musi ciągle o coś i z kimś rywalizować. Co prawda dzieje się to w naturalny sposób i najczęściej w bezpiecznych warunkach, jeżeli rodzina jest bezpieczna, czyli kiedy rodzice mogą w każdej chwili wkroczyć i pogodzić strony. W konsekwencji do szkoły czy przedszkola dziecko wchodzi już z pierwszym doświadczeniem socjalizacji i nie przeżywa tak bardzo, że nagle musi się liczyć z innymi i że pani wychowawczyni jest nie tylko dla niego.

Bo z rodzeństwem można było to wcześniej przećwiczyć na „domowym ringu”…
Właśnie. Z drugiej strony jeśli rodzice będą rozwijać rywalizację między rodzeństwem i oceniać: „zdolny”, „mniej zdolny”, jeśli nie będą na tyle przytomni, by dostrzegać osobiste atuty danego dziecka, czyli to, co je wyróżnia, a nie co sprawia, że jest lepsze czy gorsze od swojego brata – naruszy to w nim bazowe poczucie wartości, a brata czy siostrę zamieni we wroga numer jeden. Łatwiej jest czuć wrogość czy złość w stosunku do brata niż do rodziców, stąd małe dzieci wszystkie frustracje, których doświadczają z powodu bycia odmiennie traktowanym, kierują przeciwko sobie, a nie na rodziców. Oczywiście czasem bezpośrednią przyczyną złości jest także rodzeństwo, bo jeżeli starsze dziecko nie potrafi pogodzić się z tym, że ma konkurenta do miłości rodziców, i bezkarnie terroryzuje młodsze, to maluch będzie odczuwał lęk i poczucie krzywdy, że nikt za nim nie staje. Albo na odwrót: jeśli starsze będzie musiało we wszystkim ustępować młodszemu i ze wszystkiego rezygnować, a mały będzie się panoszył, bo jemu wszystko wolno – to w starszym zrodzi się poczucie bezradności i krzywdy.

Ale tego chyba nie da się uniknąć?
Nie, to jest niemożliwe. Dlatego moja rada jest taka: to, że dzieci się ze sobą biją i kłócą, jest zupełnie naturalne. Małe kotki czy pieski też się bez przerwy podgryzają. Trzeba tylko zachować czujność, żeby nie widzieć ich konfliktów zero-jedynkowo, że któreś będzie zawsze pokrzywdzone, a któreś zawsze winne, bo to nigdy nie jest takie proste. Amplituda relacji między rodzeństwem jest zmienna: najpierw się kochają, a potem piorą, ale to jak najbardziej OK.

Poza tym jest szansa, że tej miłości z czasem zacznie być między nimi więcej.
To drugi największy profit z posiadania rodzeństwa. Oprócz tego, że jest ono naturalnym poligonem doświadczania relacji, to jak coś się złego w rodzinie dzieje, np. rodzice piją, to dzieci, nawet jeśli się kłócą, bardzo za sobą stają. Jak nie mają rodziców, którzy są dysfunkcyjni, i nie mogą na nich polegać, to mają przynajmniej brata lub siostrę. Czyli miłość, więź, bliskość. Sama pani przyznała, że tęskniła za rodzeństwem. Wszyscy tęsknimy za tym, żeby mieć się z kim bawić, z kim wymieniać swoje spostrzeżenia, komu ponarzekać na mamę i tatę. Grupa odniesienia jest nam bardzo potrzebna. W każdej rodzinie bywają kryzysy, ale jeśli w domu panuje otwartość na wyrażanie miłości, ale i złości, to brat czy siostra w takich kryzysowych sytuacjach mogą stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Można im się zwierzyć z trudnych rzeczy, takich, o których się nie rozmawia z nikim innym. To poczucie, że nie jest się w tym samym, stanowi ogromną wartość. Brat czy siostra to ktoś taki jak ja, tylko mniejszy, starszy czy o trochę innym charakterze.

Genetycznie – najbliższy krewny.
Dlatego rodzeństwo zawsze będzie jakoś tam się kochać i jednocześnie walczyć ze sobą o pozycję w rodzinie, ważność, uwagę i miłość rodziców, ale z reguły będzie też wobec siebie lojalne. Jeżeli nawet w domu dzieci mają ze sobą na pieńku i mówią: „Ja go nie kocham, ja go nie chcę”, to rzadko się zdarza, żeby nie stanęły za sobą, gdy atakuje je ktoś obcy. To działa trochę na zasadzie: „Ja mogę bić mojego brata, ale jak go uderzy jakiś chłopak na boisku, to stanę w jego obronie”. Ta lojalność pozostaje, czasem na całe życie.

Nie musimy się z rodzeństwem lubić, bo nasze charaktery czy systemy wartości są tak różne, że trudno się ze sobą kolegować, także w dorosłym życiu, ale zawsze będziemy stawać po swojej stronie. A jak tej lojalności zabraknie, to zostaje wielkie poczucie winy. Choć trzeba zaznaczyć, że trudniej jest zbudować więź z rodzeństwem, gdy rodzice nastawiają dzieci przeciwko sobie i kiedy różnica wieku między dziećmi jest większa niż 7 lat. Wtedy rodzeństwo przez dłuższy czas nie ma ze sobą kontaktu mentalnego, tak jakby każde z dzieci było jedynakiem. Ale to może się zmienić w dorosłym życiu.

Porozmawiamy o jedynakach. W społeczeństwie mają raczej czarny PR: samolubni, egoistyczni… Nawet jeśli, to czy to do końca ich wina?
Jedynacy mają i dobrze, i źle. Dobrze, bo od małego pozostaje na ich wyłączność cała uwaga rodziców i są na wyjątkowej pozycji, w której nikt im nie zagraża, ale niosą też swój ciężar. Gdy rodzice zawodzą, to jedynacy są zupełnie pozbawieni wsparcia. Jeżeli brakowało im do zabawy kuzynów albo jeśli rodzice nie mieli tyle czasu czy możliwości, by zapewnić im stały kontakt z rówieśnikami, to wchodzą w okres przedszkolny i szkolny niewyposażeni w umiejętność radzenia sobie z rówieśnikami i muszą się tego uczyć. A to nie jest przyjemna nauka. Często już jako kilkulatki mają percepcję dorosłych lub są bardziej infantylne niż inne dzieci, bo dużo czasu spędzają z rodzicami i dziadkami, czują się więc przy dzieciach trochę nieadekwatnie – z jednej strony są lepsi, bo dojrzalsi od tych „maluchów”, z drugiej gorsi, bo mogą być mało samodzielni, słabo radzący sobie w różnych sytuacjach, nie umieją się odnaleźć w takich zabawach jak przepychanki, dają się wkręcać w różne sytuacje, biorą wszystko na poważnie. I na długi czas zostaje w nich ta tęsknota za rodzeństwem.

Czy mają z góry określoną rolę do pełnienia?
Niekoniecznie. Wszystko zależy od rodziców, którzy mogą dawać jedynakowi taki przekaz: „Masz przynieść chlubę domowi, bo mamy tylko ciebie”, ale mogą też wrabiać go w rolę najmłodszego, na zasadzie: „Nie wolno ci się usamodzielnić, zawsze masz być naszym dzieckiem”. Zwykle jak małżeństwo jest nieudane i w parze coś szwankuje, to dziecko bywa wciągane do koalicji z jednym z rodziców i na przykład chłopiec zostaje uwiedziony przez mamę przeciwko ojcu. Często dla takich chłopaków, którzy słyszeli od mamy: „Ty jesteś moim mężczyzną, jesteś lepszy od taty”, to duże obciążenie, któremu chłopiec nie umie sprostać. Z tego powodu ma wewnętrzny problem poczucia swojej realnej siły i wartości. Syn zdewaluowanego przez mamę ojca doświadcza utraty możliwości identyfikowania się z mężczyzną, który powinien być dla niego najważniejszy. Niestety, wielu ojców odsuwa się lub porzuca wtedy synów, zamiast o nich walczyć. Tacy chłopcy w dorosłości mogą borykać się ze swoją tożsamością, mieć tendencję do wchodzenia w związki trójkątne. Ale bywają też dziewczynki uwiedzione w kontrze do ojca czy dziewczynki uwiedzione przez ojca przeciwko matce, który powtarza im: „Teraz ty jesteś moją kobietą, jesteś fajniejsza niż mama”…

Jak widać, jedynacy mają przechlapane, bo z jednej strony są pępkiem świata, a z drugiej są wikłani w gry między małżonkami. Ale są też profity – jedynacy często mają predyspozycje do tego, by samemu sobie świetnie organizować czas, być ciekawymi sami dla siebie. Rzadko się nudzą, bo od zawsze musieli ubogacać sobie samotne spędzanie czasu, wymyślając, tworząc, poszukując nowych bodźców i wrażeń. Sporo z nich dzięki temu nieustannie robi wiele nowych rzeczy i cały czas rozwijają siebie i swoje życie.

Ale mają też poczucie, że ktoś inny nigdy nie zrozumie ich tak dobrze, jak oni rozumieją siebie. Bo nie było tego lustra w postaci rodzeństwa.
Tak, nie było z kim zweryfikować poglądu na swój temat. Jedynak ma tylko swój wizerunek siebie, pozytywny lub nie, i nie zawsze jest on prawdziwy. Ktoś, kto ma braci i siostry, może przejrzeć się w wielu oczach i szybciej się osadzić w sobie, stwierdzić: „O, taki jestem, a taki nie, to jest we mnie fajne, a to niekoniecznie, a to tylko mi się wydaje”. Jedynak dostaje feedback tylko od rodziców, stąd może mieć problem z ugruntowanym poczuciem własnej wartości. Może żyć długo w błędnym wyobrażeniu o sobie, zadawać sobie ciągle pytanie: „Czy ja jestem coś wart, czy tylko mi się tak wydaje?”.

Czyli najpierw poczucie satysfakcji: „Wow, coś mi się udało”, by zaraz potem pewność siebie zjechała w dół, bo może to nie jest prawda?
Tak, i te skoki bywają bardzo duże i frustrujące. Szczególnie jak ktoś miał rodziców, którzy nie dawali jasnych i prawdziwych komunikatów. Normalna, zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy mama dwulatka mówi:  „Super!”, kiedy maluch zbuduje wieżę z klocków, ale też mówi: „Wiesz, to już nie było fajne”, kiedy ten sam dwulatek w złości porozrzuca klocki po pokoju. Co innego matka, która zachwyca się wszystkim, co dziecko zrobiło. I to dziecko potem nie wie, czy to, co robi, jest wartościowe czy nie, bo nie dostaje adekwatnego feedbecku, zawsze jest „super”.  Na dodatek nie ma rodzeństwa, które by powiedziało: „E tam, matka cię zawsze chwali”.

Matki potrafią chwalić nieadekwatnie, ale też z lęku, że wychowają rozpieszczonego jedynaka, wszystko umniejszać. Cokolwiek by dziecko zrobiło, zawsze jakiś Kowalski zrobił to lepiej. Niektóre matki, nie tylko jedynaków, mają problem z separacją, uważają, że dziecko jest jakby częścią ich i nie ma autonomii. One wiedzą, co to dziecko czuje i jak podchodzi do pewnych spraw, bo one jakby były tym dzieckiem. Bardzo trudno się spod tego jarzma miłości wyrwać. Dlatego dobrze jest mieć u boku też ojca, babcię czy rodzeństwo, zobaczyć, jaka jest mama w stosunku do innych, i jak mnie widzą ci inni, by móc powiedzieć sobie: „Nie, nie zwariowałem, czuję coś innego niż mama mi wmawia”. Brak wieloobrazowego odbicia w oczach innych jest częstym deficytem jedynaków, stąd ich problem z opanowaniem swojego egocentryzmu i lekceważeniem innych osób.

Czyli: warto mieć rodzeństwo!
Ostatnio pojawiło się bardzo dużo filmów o rodzeństwie. Mój ulubiony to ten, w którym Agata Kulesza mówi do swojej siostry: „Jedna z nas na pewno musiała być adoptowana”, czyli „Moje córki krowy”, ale ciekawy jest też  film „Barany. Islandzka opowieść” o braciach, którzy nie rozmawiali ze sobą latami i jako dojrzali samotni mężczyźni podejmują współpracę w imię ważnej dla ich rodziny kwestii. Widocznie we współczesnym świecie, kiedy o bliskie relacje jest trudno, zaczynają być w cenie relacje rodzinne. I dobrze. Często słyszy się opinię, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne w dzieciństwie, kiedy kształtuje się nasz charakter, i na starość, kiedy rodzice już zwykle nie żyją, koleżanki mają swoje życie, a jeszcze dzieci wyjdą z domu i nie daj Boże mąż czy żona nas opuści. Rodzeństwo pozwala nie czuć się samotnym, mieć jakieś oparcie w drugiej osobie – osobie, która zna nas od małego.

Dlatego warto w dorosłym życiu porównać te wszystkie narracje z naszego dzieciństwa: naszą narrację, narrację siostry i brata, z cierpliwością, bez komentowania, że tak było lub nie. Być może wtedy perspektywa każdego z nas trochę się rozszerzy i stanie się bardziej plastyczna. Bliżej nam będzie do siebie i do zrozumienia, czemu mój brat czy siostra są tacy, jacy są, zobaczyć, że co innego ich ukształtowało.

Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.