1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Każda chwila jest ważna. W niej szukaj szczęścia

Każda chwila jest ważna. W niej szukaj szczęścia

Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata - to recepta na szczęście. (fot. iStock)
Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata - to recepta na szczęście. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
A gdyby tak w każdą chwilę codzienności wnosić spokojny umysł i wypełnione radością serce? Świat byłby lepszy. Od czego więc zacząć? „Bądźmy świadomi wszystkiego, każdego kroku. I nie wikłajmy się w niepotrzebne historie, myśli i emocje. To wszystko.” – powtarzała Dipa Ma, wybitna mistrzyni buddyjska.

Gdy Dipa Ma, buddyjska nauczycielska medytacji i uważności, wieszała na podwórku pranie, jeden z jej przyjaciół nakręcił o tym film: trzyminutowe ujęcie w blasku słońca, w ogrodzie – łagodnie uśmiechnięta kobieta cieszy się z prania. W poświęconej jej książce („Dipa Ma”) uczniowie i przyjaciele wspominają jej niezachwianą wiarę w to, że w każdą chwilę codzienności możemy wnosić spokojny umysł i wypełnione miłością serce. Lubiła pytać: „Jak przeżywacie swoje życie? Jak zmywacie naczynia? W jaki sposób reagujecie, kiedy ktoś zajeżdża wam nagle drogę na autostradzie? Co czujecie, gdy odprowadzacie dziecko do przedszkola? A co, gdy prasujecie, robicie zakupy, rozmawiacie z sąsiadką? Gdzie jest wtedy wasza uwaga, serce i troska?”.

Duchowość to radość. To nasze – żywe i akceptujące – związki ze światem, z ludźmi, z Absolutem, z ziemią, z naturą, z domem, ze zwierzętami, z codziennymi czynnościami, z naszą pracą. To wybory, których dokonujemy z intencją dobra dla wszystkich.

Uważni najszczęśliwsi

O potędze świadomości czytamy w wielu publikacjach wydanych w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Książki Jona Kabata-Zinna, Thich Nhata Hanha, Franka Kinslowa, Ronalda Siegela i wielu innych kierują nas w stronę ukrytej rzeczywistości, naszej wiecznej, czystej świadomości, o której zapomnieliśmy, że nią właśnie jesteśmy. To tutaj ulokowana jest nasza wolność, spokój, siła i radość; duchowość, którą możemy nasycić każdą chwilę.

Nasze umysły jednak żyją w przeszłości albo w przyszłości, martwią się, żałują, pragną sukcesu, porównują się z innymi, osądzają i krytykują, przewidują, co będzie dalej, starają się uniknąć rozczarowań i porażek, planują, kontrolują. Myślenie i planowanie są w porządku; kłopot, że myślimy niemal nieustannie, co jest przyczyną naszych codziennych zgryzot. To narzędzia, których nie odkładamy nawet wtedy, kiedy ich nie potrzebujemy. Żyjemy zagubieni w myślach; częściej myślimy o życiu, niż go doświadczamy. Radość pojawia się rzadko i wymyka pod byle pretekstem. Ponieważ ciało podąża za umysłem, zestresowany, niezadowolony, pełen pretensji umysł napina ciało. Napięcie w ciele blokuje witalność i twórczą ekspresję.

Wszystkie badania szczęścia, jakie przeprowadzono na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, pokazują, że przeceniamy okoliczności zewnętrzne – od małżeństwa po życie w słonecznym klimacie – jeśli chodzi o moc uszczęśliwiania nas. Te badania wyraźnie wskazują, że jesteśmy szczęśliwi wtedy, gdy jesteśmy spokojni i radośni, bez względu na to, co robimy, i w jakim życiowym położeniu się znajdujemy. Nawet ludzie chorzy nie są mniej szczęśliwi od zdrowych, pięknych i bogatych. Różnicę stanowi jakość naszej uwagi. Najczęściej podążamy za umysłem, w którym rodzi się niezliczona ilość koncepcji, idei, pomysłów, sprzecznych dążeń i pragnień. Dawanie uwagi wytworom umysłu to prosta droga do szaleństwa. „Odpocznę kiedyś, niech tylko wydarzy się to i to”, ale tak naprawdę ta chwila nie przychodzi.

Dajmy światu odetchnąć

Wszystko się zmienia, gdy jesteśmy świadomi. Obserwujemy narratora w naszej głowie, który nieustannie opowiada historie z przeszłości albo z przyszłości, ale nie utożsamiamy się z nim, ponieważ wiemy, że nie jesteśmy nim. Możemy odczuwać gniew, ale wiemy, że nie jesteśmy gniewem. Obserwujemy osądzające myśli, demaskujemy lęki, oswajamy je i wyciszamy. Schodzimy głębiej, do serca. Dopiero wtedy możemy docenić bogactwo każdej minuty.
Poczuć zapach róży, smak jedzenia, zachwycić się zachodem słońca i rozgościć się we wspólnocie wszystkich ludzi.
Chodzi o to, by wiedzieć, co się wydarza, i poświęcać temu uwagę. Jeśli będę się spieszyła z powieszeniem prania, bo przecież czeka mnie tyle ważniejszych zajęć, utracę bezcenną chwilę, przeoczę ją, nie zauważę; stracę okazję do radości z dotykania mokrej bielizny, rozciągania jej w dłoniach, wieszania na sznurku, obserwowania, jak poddaje się subtelnym ruchom powietrza.

W pośpiechu umyka chwila za chwilą naszego życia. Pośpiech wyklucza serdeczność. To uwaga i akceptacja sprawiają, że nasz stosunek do świata i ludzi nabiera ciepła, staje się przyjazny, życzliwy i współczujący. Widzimy i przyjmujemy rzeczy takimi, jakie są. Czy ma sens zamartwianie się? Czy rozwiązania siłowe, to wszystko, co robiliśmy pod presją umysłu, przyniosły nam kiedykolwiek jakikolwiek pożytek? To jest moment zatrzymania się. Zaprzestania walki. Świadomości; jeśli narrator w mojej głowie nakazuje mi zdobyć kolejny szczyt, może lepiej podziękować mu za ambitną propozycję i raczej przygotować piknik pod tym szczytem. Podziwiać widoki, rozkoszować się chwilą, która właśnie trwa, ucieszyć się pięknem świata. Odetchnąć.

20 lat temu w moim pokoleniu modne było hasło: „Pomóż sobie, daj światu odetchnąć”. Co to znaczy pomóc sobie? Bardzo często to znaczy zatrzymać się, nie podążać za ambicjami, planami, ulepszaniem, zdobywaniem. Pobyć ze sobą w ciszy. Chwila bezruchu, spokoju, radości odświeża, harmonizuje, koi, a w konsekwencji pobudza kreatywność i zwraca ku działaniu. Działanie pod presją umysłu i działanie wynikające z ciszy to dwa różne doświadczenia. Pierwsze osłabia i udręcza, drugie obejmuje i wypełnia.

Obfitość kiełkuje w sercu

Odkrycie ciszy na dnie umysłu sprawia, że godzimy się z nieuchronnością zmian. Wiemy, że wszystko się zmienia, a opór przed zmianą unieszczęśliwia nas. Że wszystko, co mamy, to chwila obecna. Że nasze myśli nie są rzeczywistością. Że jesteśmy częścią sieci życia. Wtedy zamartwianie się, że coś pójdzie nie tak, które codziennie wypełnia nasze myśli, traci moc. Nie przywieramy do dramatów i problemów, skoro mamy świadomość, że wszystko przemija. Odczuwamy. Doświadczamy. Jesteśmy obecni, spokojni i radośni. To święty stan kairos, jak mawiają Grecy. Gdy wówczas, w tym stanie, z głębi serca pomyślimy o jakimś pragnieniu, zasiejemy ziarna zdrowia i pomyślności.
Obfitość kiełkuje w sercu, nie w zamartwiającej się głowie.
Gdy schodzimy głębiej, do serca, które jest naszym duchowym centrum, źródłem intuicji i wiedzy, wybór właściwej drogi staje się prosty i oczywisty. Ufanie sercu jest ufaniem sobie, swojej najgłębszej mądrości. Żyjemy w czasach budzenia się świadomości, duchowego wymiaru życia. Każdy z nas może być swoim mistrzem. O duchowości codzienności mówią ludzie zwyczajni, a jednocześnie niezwykli – jak my wszyscy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Szczęście jest zaraźliwe. Jak się nim dzielić?

Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Największy dar, jaki możemy komuś ofiarować, to wyrazić to, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, bo w ten sposób przekazujemy pałeczkę szczęścia dalej – mówi trenerka rozwoju osobistego Małgorzata Jakubczak.

Dlaczego o wiele łatwiej nam wyrzucić z siebie złość, niż podzielić się z kimś radością? Czasem zachowujemy się tak, jakby radość była czymś wstydliwym. W dramatycznych sytuacjach, w których targają nami trudne emocje, wspiera nas chemia, czyli hormony stresu. Działają one tak silnie, że reagują niejako za nas. Natomiast w sytuacjach emocjonalnie mniej gwałtownych do głosu dochodzi serce, czyli coś niezwykle intymnego. Kiedy poczujemy się wspaniale, spokojnie, bezpiecznie, kiedy doświadczamy stanów wzruszenia, wdzięczności, szczęśliwości, to jest to coś tak osobistego, co dotyka naszych najgłębszych pokładów odczuwania, że trudno nam dopuścić do tego innych ludzi.

Żeby dzielić się uczuciami z drugim człowiekiem, trzeba się najpierw przed nim otworzyć. A my się tego boimy. To po pierwsze. A po drugie – tak naprawdę wzrusza nas i raduje to, co jest związane z naszymi najgłębszymi pragnieniami i wartościami. Kiedy mówimy o tym, co nas cieszy, to tak naprawdę mówimy o tym, co jest dla nas bardzo ważne. Oto dostąpiliśmy radości, która wynika z zaspokojenia naszych wartości i potrzeb. Moim zdaniem może rodzić to swego rodzaju wstydliwość. Po trzecie – nie mamy za dużego doświadczenia w wyrażaniu uczuć, w których nie chodzi o zmienianie drugiego człowieka. Bo kiedy się na kogoś złościmy, to tak naprawdę naszą ukrytą motywacją jest chęć zmiany osoby, wobec której złość wyrażamy. A w momencie, kiedy mówimy: „Jestem uradowana, szczęśliwa, rozczulona” – to niczego od nikogo nie chcemy, poza tym, żeby się podzielić dobrym słowem, radością. Nie mamy wtedy poczucia, które tak naprawdę jest ułudą, że możemy jakoś zarządzać sytuacją (takie poczucie mamy, gdy się złościmy). Wyrażenie radości niczego nie zmienia na poziomie faktów – nikt nie zacznie przepraszać, ubolewać, wstydzić się, więc nie stanie się nic takiego, co mogłoby dać nam poczucie sprawczości. Myślę, że to dlatego wyrażanie radości jest takie trudne.

Powinniśmy pamiętać, że złość zawsze rodzi złość, a uśmiech – uśmiech. To prawda. Jesteśmy bowiem genetycznie wyposażeni w tak zwane neurony lustrzane, które sprawiają, że mamy naturalną zdolność do empatii, do odczuwania tego, co czuje drugi człowiek. Czyli w momencie, kiedy ktoś cierpi, my też współcierpimy, a gdy ktoś się raduje, my też zaczynamy się radować. To dlatego dzielenie się radością, wdzięcznością, szczęściem jest takie cenne. Tak naprawdę największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej.

To bardzo twórcze zadanie! Także wartościowe i cenne społecznie. Ludzie, którzy wyrażają otwarcie dobre uczucia, multiplikują je tak, jak się multiplikuje wszystko, w czym się synergicznie uczestniczy. W ten sposób pozwalamy radości płynąć szerokim strumieniem.

Do wyrażania ciepłych uczuć potrzebne są jednak jakieś narzędzia, a my ich nie mamy. Pierwszym krokiem jest oswojenie słów, które pomogą nam powiedzieć, że na przykład czujemy rozrzewnienie, wzruszenie, wdzięczność, radość, ulgę, szczęście. Bez słów trudno wyrazić to, co czujemy. Uważam, że powinniśmy uczyć się mówienia zdań typu: „Bardzo się cieszę. Jestem ci wdzięczna. Mam dla ciebie dużo uznania. Ufam ci”. Jeżeli będziemy ćwiczyć się w ich używaniu, jeżeli powtórzymy je raz, drugi, trzeci, to zadomowią się w naszym aktywnym słowniku, co z kolei spowoduje, że następnym razem łatwiej nam będzie po nie sięgnąć. Rada więc jest bardzo prosta: dzielić się przyjemnymi uczuciami z jak największą liczbą osób.

Pokazałaś mi w praktyce, jak to się robi. Kiedy zadzwoniłam do ciebie po miesiącach milczenia, nie zareagowałaś wyrzutem, tylko wykrzyknęłaś z radością: „Jak się cieszę, że dzwonisz!”. Dlaczego jedni potrafią okazywać radość, a inni nie? Myślę, że ma to związek z poziomem samoświadomości. Wierzę, że kiedy człowiek jest bardziej świadomy siebie, tego wszystkiego, czego doświadcza, jaką moc ma nasz umysł, to po prostu wie, że każdą sytuację, na przykład to, że ktoś nie dzwoni przez rok, można zobaczyć i zinterpretować na sto sposobów. Ja wolę wybierać jasną stronę życia.

Można się tego nauczyć? Być może są tacy ludzie, którzy rodzą się optymistami. Natomiast ja wierzę, że to jest nie tylko kwestia osobistych wrodzonych predyspozycji, ale również rozwijania określonych kompetencji osobistych. Jako nauczycielka mindfulness chcę podkreślić, że trening umysłu wpływa na nasze postrzeganie świata, zarządzenie uwagą i emocjami oraz świadome wyrażanie siebie. W każdej sytuacji możemy dostrzec coś okropnego albo coś dobrego. Im bardziej człowiek jest świadomy siebie samego, swoich uczuć, tym bardziej dostrzega, że ma wpływ na rzeczywistość, że tak naprawdę sam dokonuje wyboru, gdzie skieruje uwagę: czy na to, co niefajne, czy na to, co fajne.

Ktoś może zapytać: a dlaczego mam nie kierować uwagi na to, co niefajne? Dlatego, że uwaga jest rodzajem energii życiowej, która wzmacnia to, na czym się skupiamy. Jeżeli kieruję uwagę na przykre aspekty sytuacji, to tym samym niejako automatycznie je wzmacniam. I odwrotnie – jeżeli zaakcentuję swoją uwagą radość, przyjemność, wyjątkowość, to z kolei wzmacniam te aspekty życia. Zawsze potęguję to, na czym się skupiam. Życzenia, komplementy, wyrażanie dobrych uczuć – to nie są tylko czcze, dekoracyjne słowa, one mają moc. Wyrażając je, inwestujemy swoją życiową energię w coś dobrego.

W pozytywnej energii wszyscy poczujemy się lepiej i może choć trochę ten świat stanie się lepszy. Jeśli potrafimy wyobrazić sobie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, że tworzymy łańcuch współzależności, to można bardzo łatwo sobie wyobrazić, że kiedy pani A nakrzyczy na niżej postawioną w hierarchii panią B, to pani B będzie w pracy niemiła dla podwładnych...

To klasyczna „kolejność dziobania”. Ale tak samo działa kolejność uśmiechania się! Jeżeli pani A uśmiechnie się serdecznie do pani B, to ona będzie miła w pracy i na koniec dnia sto osób będzie zadowolonych. Ktoś jednak musi zacząć.

Małgorzata Jakubczak trenerka rozwoju osobistego, pierwsza w Polsce nauczycielka MBSR (Mindfulness Based Stress Reduction), programu opracowanego przez zespół pod kierunkiem profesora Jona Kabata-Zinna. Prowadzi Polski Instytut Mindfulness.

  1. Psychologia

Wzór na szczęście według Martina Seligmana

Co wpływa na nasze szczęście? Jakie czynniki są kluczowe? (fot. iStock)
Co wpływa na nasze szczęście? Jakie czynniki są kluczowe? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czym jest szczęście? Od wieków myśliciele i mędrcy Wschodu i Zachodu zgłębiali definicje eudajmonii, dzieląc się radami pod tytułem: jak żyć, aby być szczęśliwym? Dzisiaj temat jest równie aktualny jak wieki temu.

Amerykański psycholog, ojciec psychologii pozytywnej Martin Seligman, na kanwie swoich badań i bogatego doświadczenia, stworzył formułę szczęścia, którą można zdefiniować według następującego wzoru: S = U + O + W. - Co znaczą te skróty?

"S" to stały poziom odczuwanego szczęścia, który łatwo zmierzyć, zgodnie z zaleceniami autora, za pomocą skali szczęścia ogólnego Sonji Lubomirsky.

"U" to ustalony zakres emocji pozytywnych, częściowo zdeterminowany przez geny, częściowo zależny od nas samych. Naukowiec zauważa, że każdy z nas ma ustalony zakres emocji pozytywnych i negatywnych. W praktyce znaczy to tyle, że niektórzy mają większe wrodzone skłonności do pesymizmu czy optymizmu. Połowa to geny a druga połowa zależy od nas samych. Seligmanowskie „U" szczęścia posiada „Sternika”, który kieruje nas w stronę smutku lub szczęścia i jest dziedziczony. Z kolei tak zwany „termostat szczęścia”, niczym rachunek sumienia, sprowadza nas na ziemię, gdy jest nam za dobrze i wyciąga z kłopotów, gdy zdarzy się nieszczęście.

"O" to okoliczności twojego życia i tzw. hedoniczny kołowrót, który sprawia, że ludzie szybko przyzwyczajają się do rzeczy dobrych, uważając, że im się należą. Większy wpływ na odczuwany poziom szczęścia mają okoliczności zależne od nas samych: małżeństwo czy przyjaciele aniżeli te, które są poza naszą kontrolą lub mamy na nie mały wpływ: zdrowie, klimat, pieniądze, rasa czy płeć. Wyniki badań prowadzonych przez Seligmana pokazują, że w różnych miejscach na świecie okoliczności zewnętrze determinują poczucie szczęścia tylko w 8- 15%.

"W" to czynniki znajdujące się pod kontrolą twojej woli (odwaga, wiedza, umiarkowanie). - I to jest najważniejsze zagadnienie w formule szczęścia, jak i w psychologii pozytywnej. Zmiana tych czynników może przyczynić się do trwałej poprawy samopoczucia, ale wymaga dużo motywacji, własnej pracy i wewnętrznej samodyscypliny.

Co podnosi, a co obniża poziom szczęścia?

Pieniądze? - W ubogich krajach, gdzie nędza nie pozwala ludziom na zaspokojenie podstawowych potrzeb, pieniądze jak najbardziej podnoszą poziom szczęścia; w krajach zamożnych pieniądze nie mają już takiego znaczenia - podaje Seligman.

Małżeństwo/związki partnerskie? - Tak, silnie korelują z poczuciem szczęścia. Miłość i szczęście w jednym stoją rzędzie.

Przyjaciele, znajomi i bliscy? - Ich liczba charakteryzuje ludzi szczęśliwych, a im więcej kontaktów towarzyskich, tym wyższy poziom szczęścia.

Zdrowie? - Tu niespodzianka, bo zdrowie ma słaby związek ze szczęściem, ale już choroba - poważna i długotrwała - obniża zadowolenia z życia. Nie oznacza to, że w konsekwencji musi prowadzić do głębokiej depresji czy nadmiernego pesymizmu, ale może obniżyć poczucie szczęścia, a co za tym idzie - jakość życia.

Religia? - Daje nadzieję i sens życia, stąd wpływa na wyższy poziom szczęścia. Niezależnie od wyznania, ta nadzieja to rodzaj szansy i perspektywy na lepsze jutro.

Inteligencjawykształcenie? - Wbrew oczekiwaniom, nie wpływa na poczucie szczęścia, przynajmniej w stopniu silnym.

Rasa i płeć także nie korelują z poczuciem szczęścia.

Klimat? - kolejna niespodzianka. Okazuje się, że nie ma znaczenia! I tak oto Finlandia (a za nią Dania, Szwajcaria, Islandia i Norwegia) to w rankingach 2020 najszczęśliwszy kraj w Europie, a przecież tak daleko im do klimatu gorącej Hiszpanii.

Badania ojca psychologii pozytywnej z pewnością nie kończą i nie wyczerpują definicji szczęścia, ale mogą skłonić do refleksji nad tematem jakości życia. Jeśli jednak kogoś to nie przekonuje, możemy skorzystać z innych koncepcji, choćby Alberta Einsteina, który matematycznym wzorem i ciętym językiem określił szczęście jako:

a (szczęście) = x + y + z, gdzie "x" – to praca, "y" – rozrywki, a "z" – umiejętność trzymania języka za zębami.

Anna Kasica Bogucka: psycholożka, autorka licznych publikacji o tematyce rozwojowej.

  1. Psychologia

Nie bój się szczęścia

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czy sugerujesz, że boimy się szczęścia?! – spytacie. Ja nie sugeruję. Ja to wiem. Tak jak już dawno temu wiedział Adam Asnyk, autor tego wdzięczno-gorzkiego wierszyka:

Siedzi jamnik na drzewie I ludziom się dziwuje: Czemu żaden z nich nie wie, Gdzie się szczęście znajduje?

Wielu myślicieli twierdzi, że człowiek wręcz nie chce być szczęśliwy. Jak to jest, przecież większość deklaruje, że chce. Świadomie tak, ale nieświadomie albo w szczęście nie wierzy, albo się go boi. Jeśli za długo jest dobrze, zaczynam się zastanawiać, kiedy i jak się zepsuje: bo to niemożliwe, bo na to nie zasługuję, bo trzeba będzie za to drogo zapłacić, bo inni będą mi zazdrościć, bo lepiej się nie przyzwyczajać (właściwe podkreślić). Dla poczucia kontroli lepiej już ten niebezpieczny spokój samemu zburzyć. Żeby już się stało. A potem znów pomarzyć sobie o szczęściu. Czy więc nie ma szczęśliwych ludzi? Są. Ale przyznaje się garstka.

„Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem – usłyszałam od pogodnego, ciepłego mężczyzny. – Robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą. Mam gdzie mieszkać. Jestem sam, ale to odpoczynek po pracy pełnej ludzi. Lubią mnie ci, dla których pracuję. Zarabiam tyle, ile mi wystarcza. Ale nie mów moim kolegom z pracy, że ci powiedziałem, że jestem szczęśliwy. Oni mnie nie znoszą. Oni niczego nie lubią, na wszystko narzekają. Zatruliby mi życie”.

Ilu znasz prawdziwie szczęśliwych ludzi? Wszyscy znamy stany, które nazywamy szczęściem: kiedy mija ból, fizyczny lub psychiczny. Kiedy znaleźliśmy dobrą pracę, wygraliśmy pieniądze, dostaliśmy spadek, ktoś nas pochwalił itp. Kiedy się zakochamy z wzajemnością. Jest takie śliczne powiedzenie: „Szczęście ty moje”, do ukochanej osoby lub do dziecka…

Mówimy też: jakie to szczęście, że złamałam lewą rękę, a nie prawą (praworęczni), że mama umarła spokojnie i nagle, a nie w długich męczarniach… To tak zwane szczęście w nieszczęściu. W pierwszych latach mojej pracy terapeutycznej oddałam jej się tak bardzo, aż się poważnie rozchorowałam. Gdy już na nic nie miałam sił, poczułam, jak to dobrze, że przyszła ta choroba, bo inaczej bym się wykończyła. Wtedy odkryłam parę wspaniałych paradoksów. Choroba może być ratunkiem, istotnym sygnałem. Mogę jednocześnie cieszyć się, że coś minęło i że było. Mogę jednocześnie gratulować sobie takiego oddania pracy, gdyż wiele się nauczyłam, dowiedziałam się od samej siebie, jak jest ona dla mnie ważna, a jednocześnie jak uchronić się przed przeciążeniem na przyszłość, nie tracąc radości i entuzjazmu. Odkryłam, jak nierozerwalnie wszystko się ze sobą w życiu łączy. Jak nie ma lewej strony bez prawej, jasnej bez ciemnej. I, co istotne, że ciemna nie jest właściwie ciemna. Że tyle przynosi darów.

Są ludzie, którzy gardzą szczęściem. Nawet jego pojęciem. Określają je jako infantylną potrzebę, płytką emocjonalność, ucieczkę od prawdziwego życia i zupełnie durną antyintelektualną postawę. Lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowoloną świnią – twierdzą. Na studiach filozoficznych zajmowałam się przede wszystkim etyką. Niepokoiło mnie długo to zdanie. Dziś nie mam wątpliwości: zarówno wiecznie niezadowolony, jak i wiecznie zadowolony Sokrates (jak każdy z nas) ma, co najmniej, tendencje do sztywności. Pełny człowiek zna wszystkie możliwe ludzkie stany. I nic do tego nie ma inteligentne, lubiące czystość stworzenie, jakim jest świnia.

Dziś mogę powiedzieć, że ci „myśliciele” to ludzie NIESZCZĘŚNI. Używają wiedzy i inteligencji do podtrzymania epidemii poczucia niskiej wartości przy jednocześnie wielkiej ambicji nadwartości, na którą choruje ludzkość. Są szkodliwi dla siebie i innych. Wierzą im ci, którzy jeszcze nie wierzą sobie i nie wiedzą, że to możliwe...

Mimo to szczęście się trzyma. Tych, którzy się go świadomie uczą, tych, którzy je szanują i nie mylą z ciągłym przeżywaniem przyjemności. Tych, którzy siebie nie zostawiają, gdy jest trudno. Niektórzy twierdzą, że szczęście tylko BYWA. Bardzo chcę wam przekazać, że JEST, bo to po prostu przeżywanie własnego życia. I szczęściem jest pisać do was.

Katarzyna Miller - psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Styl Życia

Poranna i wieczorna praktyka medytacji

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl - zaleca nauczycielka duchowa Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Poranna i wieczorna medytacja przynosi wiele dobrego. Praktykę tę zaleca Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa i autorka książki "Oświecenie 24h na dobę".

Medytacja poranna

Kiedy obudzisz się z rana, zwróć uwagę na moment, w którym przychodzi pierwsza myśl. Zazwyczaj przez kilka chwil po przebudzeniu się ciała nie doświadczamy żadnych myśli. W tym początkowym stanie przytomności Świadomość pozostaje pusta, bez zawartości. Myśli pojawiają się w jej obrębie dopiero po krótkim czasie. Spróbuj poprzedniego dnia wieczorem, kiedy kładziesz się spać, odświeżyć tę praktykę w pamięci, obiecać sobie, że przetestujesz ją od razu po przebudzeniu, czyli zwrócisz uwagę na Świadomość. Możliwe, że nie od razu uda ci się uchwycić ten moment przed nadpłynięciem pierwszej myśli. Nie poddawaj się jednak. Nadal próbuj, nadal patrz. Zauważ, że najpierw budzi się ciało, potem dostrzegasz pojawiające się myśli. Na ogół wraz z ich narastającą częstotliwością zaczynasz również odczuwać subtelny lub silny ucisk w ciele albo nawet pewnego rodzaju lęk. Zwróć jednak uwagę na kolejność tego, co następuje. Najpierw nie ma nic, potem wyłaniają się myśli, a wraz z ich wzmożeniem zaczynają się pojawiać emocje czy odczucia z ciała.

Dostrzeżenie tej dynamiki może ci sporo wyjaśnić: myśli nabierają wielkiej siły, kiedy podąża za nimi uwaga. Ten sam mechanizm towarzyszy nam w ciągu dnia, zaobserwowanie go staje się jednak trudne ze względu na pobudzenie umysłu. Dlatego właśnie warto przyjrzeć się temu procesowi wówczas, gdy umysł powoli zaczyna się ożywiać po okresie nocnego wyciszenia. Zatem powtórzmy.

Uchwycić rano po przebudzeniu ten moment, w którym, choć nie ma jeszcze myśli, nie ma jeszcze świata, to jednak coś jest. Wychwycenie tego może okazać się dla ciebie bardzo doniosłym odkryciem. Wykonuj to ćwiczenie tak długo, aż uda ci się za którymś razem intuicyjnie dostrzec czystą Świadomość, bez myśli. Pozostań w łóżku dopóty, dopóki nie zdystansujesz się od myśli i od tego wszystkiego, co pojawia się wraz z nimi. Innymi słowy, przekieruj Świadomość na Świadomość. Dopiero kiedy otworzysz się na tę perspektywę, poczujesz się z nią swobodnie, będzie to znak, że czas zacząć nowy dzień.

Medytacja wieczorna

Analogicznie kontempluj wieczorem, tuż przed zaśnięciem. Zauważ, kiedy kładziesz się do łózka, w jaki sposób ciało i umysł zapadają w niebyt. Zwróć na to uwagę. Jak najpierw rozluźnia się ciało, jak umysł powoli zaczyna się wyłączać. Nie kontroluj niczego, nie próbuj niczego zmieniać. Towarzysz świadomie procesowi zasypiania ciała i umysłu. Może uda ci się również zauważyć samą Świadomość - bez zawartości, bez wrażeń. Połóż się spać z intencją, by zapamiętać sen, by być we śnie w świadomy sposób. Spędź z tą intencją parę minut wieczorem przed zaśnięciem. W tym wypadku interesuje nas nie tyle samo senne marzenie, ile fakt, że Świadomość jest obecna również we śnie. Praktykuj w ten sposób wieczorem i z rana przez najbliższy tydzień.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się - z inspiracji swojego mistrza Mooji'ego - rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości. 

  1. Psychologia

Fikcyjny męski świat - jakiego szczęścia szukają mężczyźni?

Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jeśli marzenia przesłaniają radość z realnego życia, to jest sytuacja alarmująca. Toniemy w fikcji. Oddajemy władzę nad sobą. Tego my, mężczyźni, nie lubimy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On mówi, że najbardziej marzy o podróży dookoła świata albo o spędzeniu roku w Aśramie, albo o żeglowaniu po morzach i oceanach. Ona słucha i nie może w to uwierzyć… Coraz więcej takich par przychodzi po pomoc. Marzyli o wspólnym życiu, często coś już razem zbudowali, mają dzieci, mieszkanie na kredyt, pracują, starają się, a tu nagle mężczyzna tęskni za rajem gdzieś indziej, nie wiadomo gdzie, w każdym razie nie tutaj, nie w tych warunkach. To jest gra w „gdyby nie wy”; gdyby nie te czasy, rodzina, praca, obowiązki, gdyby nie ten kraj, klimat, okoliczności, moje życie byłoby cudowne!

Gdyby nie ta kobieta… Tak, wszystko jest nieodpowiednie – krajem rządzą idioci, szef i współpracownicy to banda przygłupów. Klimat niesprzyjający. A rodzina? Ci mężczyźni często mówią: „Tylko obowiązek mnie trzyma. Ale tak w ogóle to przegrałem życie”. Albo: „Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądało, trzy razy bym się zastanowił, zanim założyłbym rodzinę”. Mówią to w obecności swoich kobiet, partnerek. Fatalnie! Jak te kobiety mogą się czuć? „Szczęście dla niego jest gdzieś poza mną, poza naszą rodziną”. To rodzi ogromny smutek, cierpienie.

Kobiety biorą odpowiedzialność na siebie: „A więc nie jestem dla niego wystarczająco dobra, ze mną nie może być szczęśliwy”. Czy mężczyźni o tym wiedzą? Tak, często zapewniają: „To nie ma z tobą nic wspólnego”. W gabinecie psychoterapeuty kobiety płaczą, nie wierzą w te zapewnienia.

Przed czym on ucieka? Powiedzieć, że przed prawdziwym życiem, to byłoby zbyt trywialne. Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam, w tej fikcji, żyje. O takich właśnie zagrożeniach związanych z ucieczką w świat fikcji traktuje amerykański serial „Czarne lustro”. W pierwszym odcinku nowej serii programista tworzy zaawansowaną grę komputerową. W tej wirtualnej rzeczywistości gra główną rolę. Bardzo szybko staje się ofiarą własnej gry, ponieważ nie może z niej wyjść. Film jest dobrą metaforą, jak łatwo utknąć w wewnętrznej grze umysłu, ponieważ wydaje się taka realistyczna, prawdziwa. Ci mężczyźni, którzy tworzą fikcyjne, idealne światy, mają tendencję do zamykania się w nich, a w końcu pogrążania.

W jaki sposób? Mężczyznę tak pochłania jego własna wirtualna rzeczywistość, że nie widzi dziecka, które przychodzi i chce na przykład wyciągnąć tatę na spacer. Mówi do dziecka: „Idź z mamą”. Albo synek pokazuje rysunek, ale ojciec jest psychicznie nieobecny, nie odwzajemnia potrzeby kontaktu dziecka, docenienia, miłości.

Słyszę, że coraz więcej młodych mężczyzn marzy o długim odosobnieniu, najlepiej w klasztorze w górach. To także forma ucieczki? Po powrocie może się okazać, że czujemy się zagubieni, oderwani od realiów. Dlatego wielu współczesnych mistrzów zaleca raczej kilkudniowe odosobnienia i codzienną praktykę jako dużo bardziej użyteczne sposoby wzmacniania motywacji do życia. Dosyć powszechną formą ucieczki jest też funkcjonowanie od urlopu do urlopu albo od weekendu do weekendu.

Pół roku intensywnej pracy w napięciu i stresie po to, aby wyjechać na dwa tygodnie do raju? A potem okazuje się, że raj wcale nie jest rajem – bo brak, który mamy w sobie, rzutujemy na wszystko wokół; wszystko wydaje się nie takie. Szczęście jest za horyzontem, a horyzont, gdy idziemy w jego kierunku, stale się oddala. Przez pięć dni się mordujemy, w weekend imprezujemy, potem leczymy kaca, a szczęścia i ulgi dalej nie ma.

Nie sposób odpocząć? Wyjazdy wakacyjne na deskę czy na narty przestają być zdrową formą dbania o siebie, ładowania akumulatorów. Stają się celem samym w sobie, pogonią za czymś, co nieosiągalne. Nam, mężczyznom, brakuje odpowiedniej filozofii życia, wspierającego podejścia do tego, co się wydarza. Filozofia stoików i taoistów byłaby tu bardzo użyteczna. Taoiści mówili, że mędrzec poznaje świat, nie ruszając się z miejsca. Mędrzec to nie starzec z siwą brodą, ale ten, kto odkrył, zrozumiał bezpośrednią ścieżkę do wewnętrznej wolności i szczęścia – ten ktoś może mieć 30 lat. Umie cieszyć się życiem tak mocno jak się da. Uświadomienie sobie, że nie mamy innego życia oprócz tego, które mamy, może być bardzo otrzeźwiające. Skoro tak, bierzemy, co jest!

Szczęście jest stanem wewnętrznym, który zależy od nas. Jak miałoby to wyglądać w praktyce? Szczęście to sposób percepcji. Wielu mężczyzn zgłasza na przykład wielkie zmęczenie kłótniami polityków, podziałami w rodzinach. Najlepsze, co możemy zrobić, to widzieć, co się dzieje – tak, kłócą się, plotą głupoty – a jednocześnie pytać siebie, czego uczę się z tych obserwacji, jak mogę się do nich odnieść, na co mam wpływ, co zależy ode mnie. Łatwo zauważyć, czego nie chcemy. Czego więc chcemy? Stoicy zwracali uwagę, abyśmy koncentrowali się na tym, co zależy od nas, i podejmowali kroki kształtujące życie w zgodzie z naszymi wartościami. Wyjściowe założenie, że nie mogę żyć tak, jak chcę, ponieważ przeszkadzają mi w tym rodzina, rząd, kraj, ustrój, warunki, jest – już na starcie – pozbawianiem siebie możliwości rozwoju, sprawczości i spełnienia. Oddajemy władzę nad sobą czemuś poza nami. Nieprzyjemne uczucie. Wzmacnia izolację, stany depresyjne, poczucie przegranej, frustrację. Jednak otwarcie na radość wcale nie jest proste. Wywraca świat do góry nogami, a kto to lubi.

W jakim sensie? Gdy pielęgnujemy przekonanie, że tu jest syf, a gdzieś jest raj (tylko nas tam nie ma), świat wydaje się uporządkowany; wiadomo, czego się trzymać, są ustalone, niepodważalne punkty odniesienia. Teoretycznie wiemy już, że możemy otworzyć się na przeżywanie i doświadczanie radości. Nie możemy jednak tego zrobić, ponieważ jesteśmy uzależnieni od swojego nieszczęścia. Nie w sensie mentalnym – intencjonalnie przecież każdy chce być szczęśliwy. Trudno zmienić wewnętrzny stan, ponieważ utrwalił się w naszych ciałach, w neurologii, w nawykach. Jeśli zaczynamy i kończymy dzień tak samo – z tymi samymi myślami, powtarzanymi przez lata opiniami o świecie, o życiu – wtedy wytwarzamy w sobie identyczne jak dotąd stany psychiczne i emocjonalne. Te stany z kolei sprawiają, że działamy ciągle tak samo, toniemy w nawykowych zachowaniach.

Co może być skutecznym sposobem zmiany? Tworzenie nowych, zdrowych nawyków. Choćbyśmy sobie w kółko powtarzali: „Niechby się wreszcie coś zmieniło”, nic się nie zmienia, ponieważ ciągle produkujemy tę samą chemię w mózgu i w ciele, która podtrzymuje znany nam stan. Czasem zdarza się coś wstrząsającego, nierzadko dramatycznego, co wybija z rytmu życia i wymusza zmianę. Nie warto jednak na to czekać.

W jaki sposób mężczyzna może zacząć tworzyć nowe, zdrowe nawyki? Od zrobienia czegoś inaczej – poeksperymentowania, choćby na początku z ciekawości i dla zabawy. Na przykład zamiast porannej kawy pijemy herbatę albo sok owocowy. Zamiast przeglądania codziennej prasy idziemy na spacer, słuchamy muzyki. Dostarczamy sobie pozytywnych bodźców. Na naszą neurobiologię wspaniale działa na przykład kontakt z pięknem, ze sztuką. Wiele dzieł sztuki, obrazów, na które być może nie byłoby nas stać, możemy obejrzeć w Internecie. Chodzenie nago po mieszkaniu i wykonywanie zwykłych czynności, takich jak gotowanie czy sprzątanie, może generować zmianę w neurobiologii, ponieważ przełamuje rutynę. Po prostu od czasu do czasu zróbmy coś innego niż do tej pory. Jeśli lubimy samotność, zaprośmy do siebie znajomych. Jeśli dużo imprezujemy, pobądźmy w samotności. Przełamując stereotypowe zachowania, przebudowujemy sieci neurologiczne w mózgu. My, mężczyźni, lubimy spektakularne zmiany. Tymczasem wielką różnicę czynią małe, codzienne wybory, zmiana nawyków, wspierające interpretacje tego, co się dzieje. Jest jeszcze jeden aspekt naszego tematu: mężczyznom trudno docenić to, czym w istocie gardzą.

„Mam się cieszyć tym przegranym życiem?”. To, oczywiście, trudne do przyjęcia. Dlatego dobrze zacząć od obserwowania uczucia pogardy – do kraju, warunków, obowiązków. Gdy zaczynamy przyglądać się, czym pogarda jest, z czego wynika, do czego prowadzi, czym owocuje, być może uznamy, że nie chcemy już tego doświadczać. Że to od nas zależy, jak przeżywamy życie. Że w naszej mocy jest odzyskać władzę nad sobą, ten męski raj.