1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak osiągnąć sukces w realizacji postanowień noworocznych?

Jak osiągnąć sukces w realizacji postanowień noworocznych?

123rf.com
123rf.com
Wprowadzenie trwałej zmiany w życiu oznacza wyjście ze strefy komfortu. Wymaga wysiłku i poświęcenia, a do tego potrzebne są nie tylko chęci, ale też konkretne umiejętności: samodyscyplina i wytrwałość. Sukces jest możliwy, tylko jak go osiągnąć? – wyjaśnia dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Zdarza się, że doskwiera nam złe samopoczucie, odczuwamy dyskomfort psychiczny i nie potrafimy określić skąd on się bierze. W końcu diagnozujemy problem i dostrzegamy, że nasza droga życiowa nie układa się pomyślnie. Nasze plany nie zostały zrealizowane. Czujemy, że utknęliśmy w sytuacji bez wyjścia. Wówczas często stwierdzamy, że najwyższy czas zmienić swoje życie. Formułujemy postanowienia, przekraczamy „psychologiczny Rubikon” i zaczynamy działać. Niestety, dopiero wtedy okazuje się, że chcieć nie zawsze znaczy móc. Dlaczego tak często ponosimy porażkę i nie udaje nam się dotrzymać postanowień?

„Chcę się zmienić”, a „chcę zmiany” - należy wprowadzić rozróżnienie pomiędzy tymi stwierdzeniami. Okazuje się, że najczęściej zależy nam na odmianie życia, ale bez ponoszenia kosztów i wysiłku związanego z tym procesem. Tymczasem droga do sukcesu jest trudna do pokonania i wymaga wyjścia ze strefy komfortu.

Proces motywacyjny składa się z czterech etapów: rozpoczęcia, ukierunkowania, podtrzymania i zakończenia działania. Aby zrealizować cel należy skutecznie przejść przez wszystkie fazy oraz zachować szczególną uważność w stadium podtrzymania.

Najpierw plan (realny) Często formułujemy swoje intencje w formie przyszłościowej i ogólnej, np.: „będę ćwiczyć”, „będę się odchudzać”, „będę się zdrowo odżywiać”. Zamiary należy natomiast definiować w formie implikacji. Jeśli wydarzy się sytuacja „x” to ja zrobię „y”, np. „jak tylko wrócę do domu, to wychodzę na siłownię” albo „gdy się obudzę, przygotuję zdrowe śniadanie”. Jeśli powiemy sobie konkretnie gdzie, kiedy i w jakiej formie zamierzamy realizować nasze założenie, wtedy zwiększają się nasze szanse na osiągnięcie sukcesu.

Zwalczyć wymówki Zdarza się, że gdy już dochodzi do wykonania zadania, zaczynamy się nad nim zastanawiać i szukać dla siebie wymówek. Związane jest to z istnieniem dwóch rodzajów mechanizmów zarządzania sobą: procesami samokontroli, które dyscyplinują nas, aby wytrwać w realizacji celu oraz procesami samoregulacyjnymi, które mają za zadanie wpływać korzystnie na samopoczucie. Należy uważać na zaburzenie równowagi pomiędzy nimi. Jeśli będziemy sobie dogadzać na początku wprawi nas to w dobry nastrój. Jednak po chwilowej przyjemności przyjdzie refleksja, że nie udało nam się wytrwać i nie jesteśmy skuteczni. Każda porażka czy niepowodzenie w zaplanowanych działaniach, będą wpływać na spadek naszej samooceny.

Przykładowo, jeśli sformułowaliśmy nasz plan w formie implikacji: „jak tylko wrócę do domu, to wychodzę na siłownię” jednak po powrocie do domu zaczynamy szukać dla siebie wymówek, wyjmiemy z szafki słodycze (poddamy się procesom samoregulacyjnym), to pomimo chwilowej poprawy nastroju, dopadnie nas jego obniżenie. Znowu odczujemy, że nie byliśmy skuteczni i nie zrealizowaliśmy zadania. Gdy jednak zmotywujemy się do działania, pokonując chwilowe uczucie dyskomfortu, zaczynamy być z siebie dumni. Myślimy: „teraz mogę osiągnąć wszystko!”. Nasze zmaganie ze słabościami jest bezcenne, gwarantuje bowiem ukonstytuowanie się wysokiej, stabilnej samooceny.

Co lepsze: stopniowa zmiana czy rewolucja? To jak intensywnie powinniśmy wprowadzać zmiany zależy od naszej osobowości. Jedni wolą przeprowadzić całkowitą rewolucję, odmienić się w jednym momencie. Motywacją do takiego działania najczęściej są złe doświadczenia. W konsekwencji choroby lub rozwodu może nastąpić dezintegracja pozytywna, czyli proces prowadzący do zmiany. Negatywne doświadczenie sprawia, że dotychczas istniejąca struktura rozpada się. I choć na początku może nam się wydawać, że jest to zmiana na gorsze - za chwilę może się okazać zbawienna i pozytywna.

Zwykle jednak proces zmian zachodzi stopniowo. Jeden dobry nawyk, jeden mały krok jest w stanie uruchomić pozytywne zmiany w innych obszarach. Z badań wynika, że osoby, które zaczynają ćwiczyć mają lepszy nastrój, dbają o zdrowe odżywianie, rzadziej tracą nad sobą panowanie, przestają palić, krócej oglądają telewizję, lepiej śpią, poprawiają jakość relacji z bliskimi, a nawet częściej myją zęby. Dzięki jednej drobnej zmianie następuje DrSukcefekt domina.

Jak reagować na porażkę? Jedno niepowodzenie może uruchomić szereg szkodliwych konsekwencji. Z porażkami radzimy sobie różnie – jedni upadają, inni podnoszą się jeszcze bardziej zmotywowani. Carol Dweck, amerykańska psycholog społeczna wskazuje, że rozróżnienie to wynika z przekonań ludzi o stałości lub zmienności osobowości. Jeśli uważamy, że jesteśmy ukonstytuowanymi jednostkami, o stałych przekonaniach i postawach, porażka jest dowodem na naszą niską skuteczność. Gdy natomiast wierzymy, że nasz rozwój podlega ciągłym zmianom i nie jest zakończony (co jest znacznie bliższe prawdzie), niepowodzenie stanowi jedynie informację zwrotną odnośnie naszych działań. Możliwe, że kierunek albo środki były niewystarczające? Może nie włożyliśmy w działania wystarczająco dużo pracy? Należy spróbować znaleźć odpowiedzi na te pytania i zmodyfikować następne procesy.

Jak wytrwać w postanowieniu? Do wykształcenia nawyku potrzeba około 3 miesięcy. Badania Gabriele Oettingen i Petera Gollwitzera pokazują jednak, że czas po zakończeniu tego okresu stanowi punkt krytyczny w kontekście podtrzymania zamierzonego celu. Najwięcej osób porzuca swoje postanowienia właśnie w tym czasie, wychodząc z założenia, że przecież możemy sobie trochę odpuścić i dogodzić - w końcu już tyle wytrwaliśmy w postanowieniu. Dodatkowo rozpraszają się siły, które pierwotnie motywowały nas do podjęcia zmiany. Dlatego w tym momencie należy być niezwykle czujnym. Warto wtedy korzystać z intencji implementacyjnych oraz symulacji mentalnych procesu. Polegają one na tym, że wyobrażamy sobie drogę działania, poszczególne kroki, które musimy podjąć aby osiągnąć swój cel. Nie koncentrujmy się na samym pozytywnym wyniku, bo najczęściej odciąga nas to od działania - mamy wówczas poczucie, że sukces już niemal nastąpił. Aby się to stało, trzeba się jednak wysilić. Symulacje procesu sprawiają, że łatwiej nam ten wysiłek podjąć.

Nie ma łatwego przepisu na efektywność i wytrwałość. Bez wątpienia nie jest nim wyobrażanie sobie już osiągniętego wyniku i celebrowanie sukcesu zanim podejmiemy jakikolwiek wysiłek, aby go osiągnąć. To, co może nam pomóc to skupienie się na drodze - procesie dążenia do celu. Wyobrażanie sobie kolejnych kroków działania, które muszą być podjęte, aby osiągnąć cel sprawia, że zaczynamy dostrzegać wzajemne powiązania pomiędzy poszczególnymi etapami działania, formułując w ten sposób spójny plan akcji. Dostrzegamy także przeszkody, które mogą się pojawić i utrudnić nam dążenia, dzięki czemu jesteśmy w stanie wprzód przygotować “plan B”. To właśnie droga, która prowadzi nas do upragnionego celu jest kluczem do sukcesu, który staje się wówczas miłym “produktem ubocznym” naszej efektywności.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi, mat.pras.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - skąd je brać?

Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. (Fot. Getty Images)
Samouwielbienie i totalny brak wiary w siebie - dwa skrajne sposoby odczuwania własnej wartości. Obydwa niszczące. A nic tak człowieka nie buduje jak głębokie wewnętrzne przekonanie, że jest ważny i zasługuje na szczęście. Jednak ważny i zasługujący na szczęście tak samo jak inni ludzie.

Artykuł archiwalny

Poczucie własnej wartości (inaczej samoocena) to fundament, na którym opiera się cała konstrukcja naszego życia, to podstawowa ludzka potrzeba. Takiego zdania są zarówno psychologowie, jak i nauczyciele duchowi. Nathaniel Branden, autor książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, pisze: „Są rzeczy, przed którymi nie ma ucieczki. Jedną z nich jest rola poczucia własnej wartości”.

Wielu z nas próbuje jednak uciekać przed prawdą o sobie. W pracę, uzależnienia, przyjemności. Ci permanentni uciekinierzy to ludzie o niskim poczuciu własnej wartości. Ale niska samoocena działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. Cicho tyka przez całe lata, podczas gdy człowiek żądny sukcesu i wrażeń wspina się po szczeblach kariery, rzuca w coraz to nowe zajęcia, zmienia partnerów. A wszystko po to, aby jeszcze bardziej zademonstrować swoje „mistrzostwo”, a tak naprawdę zagłuszyć dochodzące z głębi duszy złe mniemanie o sobie.

Przeznaczenie do szczęścia

To musi się źle skończyć, bo samoocena jest jak samospełniająca się przepowiednia – jeżeli źle oceniamy siebie, to mniej lub bardziej świadomie programujemy się na porażkę. Ludzie z niską samooceną wycofują się, poddają, zamykają. Albo za wszelką cenę chcą pokazać całemu światu, że jest inaczej, niż sami o sobie myślą. A kiedy przychodzi sukces, sabotują go: rozpijają się, wikłają w toksyczne związki, prowadzą hulaszczy tryb życia. Dzieje się tak dlatego, że sukces koliduje z ich wewnętrznym przekonaniem o tym, kim są. Jeżeli „wiem”, że moim przeznaczeniem jest bycie nieszczęśliwym, to nie mogę pozwolić, by rzeczywistość wprowadziła mnie w zakłopotanie z powodu szczęścia. Dlatego niszczę to, co osiągnęłam. I nie ma znaczenia, że to irracjonalne i autodestrukcyjne. Podobnie, wbrew własnym interesom, postępuje wielu błyskotliwych ludzi. To, że są inteligentni, nie stanowi żadnego zabezpieczenia.

Skutecznym zabezpieczeniem jest jedynie wysoka samoocena. Poczucie, że potrafię stawić czoła podstawowym życiowym wyzwaniom. Umiejętność patrzenia na świat własnymi oczami. Przekonanie, że mam prawo do szczęścia, zaspokajania swoich potrzeb i pragnień, osiągania tego, co dla mnie ważne, do radości z owoców swojej pracy. Mimo deficytów, słabości, ocen płynących ze świata.

Ela Krzemińska, zakopiańska artystka, projektantka mody, mama dwóch synów, (po rozwodzie), żyje jakby na przekór schematom. Zamieszkała w Zakopanem, choć nie może chodzić po górach. Zajmuje się modą, choć nigdy nie założy mini ani szpilek. Jest aktywna zawodowo, społecznie, a wedle stereotypów powinna tylko liczyć na innych. I na dodatek cieszy się życiem, a byłaby usprawiedliwiona – wszak jest po chorobie Heinego-Medina – gdyby załamywała ręce nad swoim losem.

– Mam różne braki, choruję od piątego miesiąca życia, ale nie jestem brakiem ani chorobą. Jestem tym, co robię, myślę, widzę, czuję, czytam, mówię. Anthony de Mello napisał, że jeśli ktoś chce być ofiarą, to będzie. Ja nie chcę, szkoda mi czasu.

Nathaniel Branden powiedziałby, że Eli pomogła wysoka samoocena. Jej esencją jest zaufanie do własnego umysłu i przekonanie, że zasługujemy na szczęście. Potęga takiego myślenia o sobie polega przede wszystkim na tym, że motywuje do działania. A jednocześnie zależy od tego, jak działamy. Bo działanie i samoocena są ze sobą sprzężone. Mając wysoką samoocenę, jestem wytrwalsza w pokonywaniu trudności. Bardziej uparta i zmotywowana do osiągania celu. A gdy go osiągam – umacniam tym samym obraz samej siebie.

„Wartość wysokiej samooceny nie polega wyłącznie na tym, że pozwala nam czuć się lepiej, ale że pozwala ŻYĆ lepiej” – pisze Branden.

Poczucie własnej wartości ma wielki wpływ na wszystkie dziedziny naszego życia, zarówno zawodowe – a więc satysfakcję z pracy, osiągnięcia – jak i prywatne: w kim się zakochujemy, jak traktujemy partnerów, dzieci, przyjaciół, czy czujemy się szczęśliwi.

Kostas Georgakopulos, muzyk, kompozytor, lider niszowego zespołu Kostas New Program, stworzył na Festiwalu Filmowym „Era Nowe Horyzonty” we Wrocławiu scenę muzyczną, na którą zaprosił wiele alternatywnych kapel ze świata. Kiedy zapytałam, czy nie korci go, żeby samemu wskoczyć na scenę, odpowiedział: – Nie. Bo ja nie mam kompleksów.

Badacze tematu między brakiem kompleksów a wysoką samooceną stawiają znak równości.
Kostas: – Moim zdaniem wysokie poczucie własnej wartości to obiektywna analiza swoich możliwości plus to, co możemy zrobić, żeby było coraz lepiej. Przekonałem się, że kiedy dokonuję takiej analizy, chłodnej i wyważonej, wcale nie muszę się frustrować, bo mierząc siły na zamiary, nie podejmuję się rzeczy, których nie udźwignę. I nie najgorzej na tym wychodzę. Realizuję swoje małe plany i o to mi właśnie chodzi, żeby nie mieć poczucia, że toczy się za mną wielka kula, która może mnie przygnieść, tylko żeby każdego dnia spokojnie działać. Nie wybiegam przy tym specjalnie w przyszłość ani też nie wracam do przeszłości. Tak po buddyjsku, choć nie jestem buddystą, zatapiam się w tu i teraz.

Ela Krzemińska: – Co rozumiem przez poczucie własnej wartości? Wiarę w siebie, z dystansem, bez przesadnego krytycyzmu, ale i bez kompleksów, które są motorem złych rzeczy. Jako projektantka obserwuję ludzi i po tym, jak się noszą i jak chodzą, widać, jakie mają o sobie mniemanie. Ważna jest też uczciwość. Jeżeli człowiek jest uczciwy, to patrzy w oczy, chodzi z podniesioną głową, czuje się pewnie.

Potwierdzają to psychologowie: Na to, jak o sobie myślimy, wpływa wiele cech osobowości: uczciwość, racjonalizm, intuicja, niezależność, elastyczność, szczerość, zdolność do radzenia sobie ze zmianą, umiejętność przyznawania się do błędów, życzliwość i gotowość do współpracy.

 

Cieszę się, że jestem inny

Skąd jednak brać to poczucie? Ela Krzemińska: – To się wynosi z domu. Moi rodzice nie robili problemu z tego, że jestem chora. Mieli te same oczekiwania wobec wszystkich dzieci i tak samo nas kochali. To dało mi mocny kręgosłup.

Posłali Elę do szkoły muzycznej po to, żeby – jak tata potem tłumaczył – dać jej jeszcze jeden atut: Nie może biegać, to zagra na pianinie.

Ela mówi, że miała także szczęście do ludzi. Pamięta pierwszą rytmikę w ognisku muzycznym. Wiadomo, że ona się do tych zajęć nie kwalifikuje, a nauczycielka mówi: „Ćwicz sobie w swoim rytmie”. Nieustannie doświadczała życzliwości i zrozumienia.

– I to mi pomagało uwierzyć w siebie. Nigdy nie czułam się pokrzywdzona. Dużo czytałam, wszystkiego byłam ciekawa, zawsze chciałam mieć coś do powiedzenia.

Kryzys przyszedł w okresie dojrzewania, kiedy zaczęła myśleć o sobie jako o kobiecie, kiedy chciała się podobać. Wcześniej nie miała oporów, żeby chodzić w sukienkach, które dostawała w paczkach z Ameryki. A tu zaczęła ukrywać chorą nogę w spodniach. Ale nie trwało to długo.

– Doszłam do wniosku, że jeśli będę nieszczęśliwa, to wszyscy będą się ze mną męczyć, i że ja tego nie chcę. A potem wymyśliłam sobie wizerunek, ni to cygański, ni to hippisowski. Na tyle skutecznie, że zaczęto wołać za mną „Cyganka”, a nie „Kulawa” na przykład.

Kostas, jak sam mówi o sobie, jest człowiekiem dwóch energii: spokojnej, wyważonej, pragmatycznej (mama Polka) i gwałtownej, dionizyjskiej, spontanicznej (tata Grek).

– Moje nazwisko bardzo pomogło mi w samookreśleniu się i zaistnieniu wśród rówieśników. Jadę na kolonie, nazywam się Kostas Georgakopulos i natychmiast się wyróżniam. Wiele lat takiego wyróżniania z powodu nazwiska spowodowało, że się do tego przyzwyczaiłem. Moja inność mnie wzmacniała, dawała poczucie ważności, pewności siebie. Do dzisiaj czuję się fantastycznie z tym, że mama jest Polką, tata Grekiem, że trochę bywam tutaj, trochę tam. A w ogóle jestem anglofilem, bo tak naprawdę najbardziej na świecie kocham kulturę anglosaską. Kompletna paranoja? Raczej eklektyzm w pozytywnym sensie. Teraz już wiesz, dlaczego udało mi się stworzyć taką scenę muzyczną na festiwalu Era Nowe Horyzonty.

Twierdzi, że swoje mocne poczucie wartości zawdzięcza także literaturze, muzyce i kinu. Książki wręcz pożerał – w wieku ośmiu lat zapisał się do biblioteki osiedlowej. Pomogła mu także muzyka – od 17. roku życia śpiewa, gra na instrumentach analogowych, komponuje.

– Miałem zawsze takie fajne poczucie podmiotowości. Patrzyłem na ludzi na ulicy i myślałem sobie: „Jestem muzykiem, wyróżniam się”. Taka naturalna chłopięca radość z egzystencji. Zawsze najważniejsze było dla mnie tworzenie, nie zastanawiałem się, czy będę gwiazdą rock and rolla. Już jako dorosły odkryłem kino. Moim największym sukcesem jest to, że od 25 lat gram. Mam taką wręcz zwierzęcą potrzebę tworzenia muzyki. W październiku wychodzi moja nowa płyta „Fooodd”, do nagrania której zaprosiłem muzyków z całego świata. Ta płyta jest moją niezgodą na to, że nie ma na świecie autorytetów.

Pozdrawiam twoją wielkość

Wysoka samoocena przynosi same korzyści – stymuluje do podejmowania ambitnych celów, daje siłę do radzenia sobie z problemami. Im wyższa samoocena, tym większa potrzeba ujawniania swojego wewnętrznego bogactwa, tym bardziej otwarcie, uczciwie i sprawnie komunikujemy się ze światem. Tym lepiej jesteśmy przygotowani do tworzenia harmonijnych, a nie wyniszczających związków.

Czy poczucie własnej wartości może być zbyt wysokie? Według Brandena nie może. Tak jak nie można być zbyt zdrowym. Czasami jednak wysoka samoocena jest mylona z arogancją, narcyzmem, przerostem ambicji, poczuciem wyższości. Osoba o wysokiej samoocenie nie potrzebuje wywyższać się ani udowadniać swojej wartości przez porównywanie się do innych. Radość daje jej to, kim jest, a nie to, że jest lepsza od innych.

Poczucie własnej wartości na głębokim duchowym poziomie jest rozumiane jako wspólna wszystkim ludziom część, coś, co ich łączy. W kulturze tybetańskiej nie istnieje pojęcie niskiego poczucia własnej wartości. Kwintesencją wysokiego poczucia są słowa, jakimi Tybetańczycy pozdrawiają każdego napotkanego człowieka: Tashi deley („Pozdrawiam twoją wielkość”). Pozdrawiam miejsce w twym sercu, w którym mieszkają: twoja odwaga, honor, nadzieja, miłość i marzenia. Pozdrawiam to miejsce w tobie, gdzie – jeżeli ty znajdujesz się w tym miejscu wewnątrz siebie, a ja w takim miejscu wewnątrz siebie – jesteśmy jednością.

  1. Psychologia

Nie bójmy się zmian, puszczajmy się!

Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk? (Fot. Getty Images)
Jedna z zabawnych grafik Marty Frej przedstawia siedem kobiet wiszących na drążkach. Napis głosi: „Puszczamy się, kiedy chcemy!”. To stan postulowany. W rzeczywistości trzymamy się kurczowo byle czego niczym ostatniej deski ratunku.

O lęku przed zmianą pewnie już nieraz pisałam, ale co jakiś czas uderza mnie na nowo nasza wytrwałość w bronieniu się przed nią. Jest nam źle, cierpimy, ale zmienić to? Brr! Nie ma takiej możliwości. Tkwimy w kiepskich sytuacjach, choć z zewnątrz dobrze widać wyjście. Siedząc wewnątrz, nie chcemy go zobaczyć. A jeśli już widzimy, to nie wydaje nam się atrakcyjne. Jakby to wyjście prowadziło w pustkę, a nie na wolność.

Spotykam się ostatnio z grupą młodych kobiet, które chcą się nauczyć tworzyć dobre związki. Marzą o tym, żeby w końcu założyć rodzinę, mieć męża i dzieci, a ciągle są same albo ładują się w historie bez przyszłości.

Paula ma 33 lata, duże sukcesy w pracy, własne mieszkanie i wielu przyjaciół, ale od lat nie ma chłopaka. Jest bardzo atrakcyjna, łatwo nawiązuje kontakty, dużo podróżuje, obraca się w wielu środowiskach, więc dlaczego jest sama, skoro nie chce? Historia tajemnicza, ale Paula ją w końcu wyjaśnia. Od lat kocha mężczyznę, który wkrótce po zawarciu znajomości powiedział jej, że jest gejem. Nadal jednak okazywał jej zainteresowanie, a któregoś dnia wyznał, że ją kocha. Kocha również swojego partnera, z którym jest w szczęśliwym związku, ale z Paulą chętnie spędza czas. Czasem ją przytula; gdy Paula płacze, głaszcze po głowie, pociesza, ale nigdy nie zrobił nic, co wykraczałoby poza przyjacielskie gesty. Jego partner również lubi Paulę, więc ona często przebywa z nimi dwoma, patrzy na ich cudowny związek i cierpi, że jest poza nim, choć obaj otaczają ją przyjaźnią. Paula wie, że tu się pewnie nic nie zmieni i przeżywa tragedię.

– Dlaczego z tego nie zrezygnujesz? – pytają dziewczyny z grupy. – Jak mogę zrezygnować?! To największa miłość mojego życia!

Paula jest wściekła na dziewczyny, że nie widzą tragizmu sytuacji, która jest osią jej życia. Żałuje, że zdradziła nam swoją tajemnicę. Nie chce słyszeć, że on jej nie kocha, że to ślepy zaułek, choć w zainscenizowanej scence znacznie lepiej się czuje, gdy stoi dalej od tych dwóch chłopaków, niż wtedy, gdy jest z nimi. Lekceważy własne odczucia, bo za nic nie chce zrezygnować z tej iluzji związku.

– A jak z niego zrezygnuję, to co? Czy mogę mieć gwarancję, że jeszcze kogoś pokocham? I że on mnie pokocha? – pyta ze złością. – Nie możesz mieć gwarancji, ale możesz dać sobie szansę – odpowiadam. – Tu za to masz gwarancję, że będziesz cierpieć. – Odejdę, jak pokocham kogoś innego.

Ale jak ma pokochać kogoś innego, skoro swoje uczucia lokuje w tym mężczyźnie?

Na następnym spotkaniu Paula mówi o tym, że boi się być sama. Nie chciała tego zobaczyć, bo jest dzielną podróżniczką, kawał świata zjeździła w pojedynkę, a tu co? Strach przed samotnością, który kompletnie nie pasuje do jej obrazu siebie. Ale w końcu uznaje, że on jest. I że to on każe jej trwać w sytuacji, w której ciągle liczy na to, czego nie ma.

– Przyszłam na tę grupę po to, żebyście mi pomogły go zdobyć, a wy co?! – rzuca oskarżycielsko, a dziewczyny zaczynają się śmiać. Po chwili Paula śmieje się razem z nimi. Balon tragizmu pęka.

– A kto będzie zostawał z ich kotami? – pyta Beata. – Poradzą sobie – mówi Paula ze śmiechem, jakby już jedną nogą była na wolności.

Historia Pauli poruszyła 36-letnią Gabrysię, która od sześciu lat jest w związku ze swoim szefem.

On ma żonę, ale oczywiście jest nieszczęśliwy i zamierza się rozwieść. Mówił tak od początku ich znajomości, dwa lata później żona zaszła w ciążę i urodził im się syn, teraz żona spodziewa się córeczki. Gabrysia nadal tkwi w relacji starannie ukrywanej przed światem, choć coraz trudniej jej wierzyć, że ten mężczyzna kiedyś naprawdę będzie z nią. Ale on ciągle zapewnia, że to Gabrysia jest kobietą jego życia, i jak tu się oprzeć? Gabrysia kilka razy zrywała, nawet myślała o tym, żeby odejść z pracy, ale nim coś znalazła, znowu byli razem. To „razem” oznacza jeden wieczór w tygodniu, czasem jakąś wspólną delegację. Gabrysia codziennie robi wszystko, żeby mu się podobać, całe dnie w pracy na szpilkach, ostry makijaż, bo on tak lubi, a żona chodzi w kapciach i bez makijażu. Wszystkie myśli Gabrysi są wypełnione nim i nadzieją na wspólne życie. Gabrysia kończy opowiadać, dziewczyny milczą. W końcu odzywa się Paula:

– Witaj w klubie! – Nie musicie nic mówić. Sama wiem – stwierdza Gabrysia. Na następne spotkanie przyszła bez makijażu i w butach na płaskim obcasie. Wygląda świetnie. – A żebyście wiedziały, jak się czuję bez tej maski! Od kilku dni żyję swoim życiem!

Beata, lat 32, ma zupełnie inny problem, tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Beata jest bardzo związana ze swoją rodziną. Od czasu studiów nie mieszka w domu, ale jeździ tam w każdy weekend. Kilka razy dziennie rozmawia z mamą przez telefon, bo mama jest chora i Beata bardzo się o nią troszczy. Zresztą rodzice także troszczą się o nią. Kupili jej mieszkanie i dali pieniądze na meble. Te meble też sami wybrali. Beata wolałaby inne, ale nie chciała im robić przykrości, zresztą skoro to ich pieniądze, to oni mają prawo decydować. Rodzice decydują także o wakacjach, na które jeżdżą w trójkę, bo bez niej by się nudzili. Beata jest grzeczną córeczką i spełnia ich oczekiwania.

W zainscenizowanej sytuacji Beata cały czas patrzy na rodziców, zapomina o istnieniu mężczyzny, którego sama wybrała i który stoi kilka kroków za nią. Gdy próbuje się od nich odsunąć, czuje lęk.

– Jak oni sobie poradzą? – pyta. – Poradzą sobie – odpowiadają dziewczyny. Beata robi krok i staje. – A czy ja sobie bez nich poradzę? – Nie dowiesz się, póki tego nie sprawdzisz – mówię.

Każda kobieta w tej grupie ma inną opowieść, ale jedno je łączy. Trzymają się tego, czego mogą się złapać, i nie sprawdzają, czy potrafią same chodzić. Czy nie lepiej się puścić w nieznane, zamiast pozwolić, by naszym życiem rządził lęk?

  1. Styl Życia

Sukces w biznesie, w pracy i w życiu? Możesz go osiągnąć!

Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Klucz do sukcesu to radość, lekkość i przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czym właściwie jest sukces? Jakie warunki sprzyjają dotarciu do tego miejsca? Kiedy możemy powiedzieć „mam to” i czy wszyscy posiadamy predyspozycje, by tego doświadczyć? David Hawkins obala mity na temat sukcesu i zapewnia, że jest on dla ciebie.

Taki też tytuł – „Sukces jest dla ciebie” – nosi wydana pośmiertnie książka Hawkinsa, doktora nauk medycznych, nauczyciela duchowego i wykładowcy. David Hawkins był też niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Wykonywał różne zajęcia – i w każdym z nich brylował. Wdrażał innowacyjne rozwiązania, z łatwością przyciągał klientów, pomnażał majątek. Odczuwał satysfakcję i radość. Zdobycie bogactwa i sławy jest według niego dziecinnie łatwe: „to tak banalne, że z bólem patrzę na ludzi walczących, cierpiących i poświęcających się bezowocnie, kręcących się w kółko, podczas gdy z góry wiadomo, że obrana ścieżka z pewnością doprowadzi ich do porażki”.

Według autora zdobywanie dóbr i apanaży, powszechnie łączonych z pojęciem sukcesu, a często i szczęścia, przypomina sytuację z małpą zamkniętą w klatce, przed którą położono banany. Małpa dokładała wszelkich starań, by dosięgnąć smakołyku przez pręty. Również wtedy, kiedy drzwi klatki zostały otwarte – wyciągała łapę tak mocno, że omal nie zwichnęła sobie barku. Tymczasem wystarczyło oderwać na chwilę wzrok od łupu, rozejrzeć się i wyjść… Pewnie znamy niejedną taką historię w ludzkim świecie: zmiana percepcji, moment „aha!” i wszystko staje się proste. Nie trzeba nadwerężać się, napierać. Co zatem sprawia, że tylu ludzi zachowuje się trochę jak ta małpa w klatce, próbująca zdobyć banany?

Zdaniem Davida Hawkinsa pomyliliśmy skutek z przyczyną. To, co na zewnątrz, z tym, co w środku. Zapomnieliśmy, że szczęście płynie z satysfakcji, z zachwytu. Że znalezienie otwartych drzwi ma większą wartość niż sięgnięcie po banany. Że najważniejsze jest nasze wewnętrzne mistrzostwo – reszta jest jego naturalną konsekwencją. „Szczęście przychodzi samo, gdy reprezentujemy sobą pewne jakości, żyjemy w określony sposób i mamy określone podejście do życia” – czytamy w książce Sukces jest dla ciebie”.

Puść w ruch kulę

Przyjęło się, że sukces to pieniądze i rozpoznawalność (bądź wysokie stanowisko) i życie w luksusie. A co z licznymi przypadkami celebrytów, którzy, mając to wszystko, odchodzą skłóceni z życiem? Co z menedżerami wysokiego szczebla, którzy nigdy nie wyłączają telefonu, a garnitur zdejmują tylko do snu? Czy wciąż są ludźmi sukcesu czy jego niewolnikami? A może ich życie nie ma nic wspólnego z sukcesem? Może doświadczają właśnie porażki?

Wygląda na to, że klucz do sukcesu to radość, lekkość, przepływ. Kiedy w taki sposób działasz, wszystko dzieje się naturalnie. Autor „Sukcesu” przyrównuje ten proces do obserwowania puszczonej w ruch kuli śnieżnej, która, tocząc się, rośnie i nabiera rozpędu. Zupełnie inaczej dzieje się, gdy zaczynamy się siłować. Wtedy – cóż – zgodnie z prawami fizyki pojawia się przeciwsiła.

W jednej ze swoich znanych książek, „Siła czy moc”, David Hawkins omawia różnice między tytułowymi pojęciami. Twierdzi, że moc jest czymś, co mamy w sobie. I że zawsze wygrywa z siłą. Podaje przykład Mahatmy Gandhiego – swoją postawą przezwyciężył siłę imperium brytyjskiego, które w tamtych czasach wydawało się niezłomne. „Władało jedną trzecią kuli ziemskiej, ale pokonał je «rachityczny», ważący czterdzieści kilogramów człowiek, którego władze imperium pogardliwie nazywały «kolorowym»” – pisze Hawkins. Skąd pochodziła jego moc? Z uniwersalnych zasad i praw, takich jak wolność i równość wszystkich ludzi.

Jak to się ma do naszych biznesów, naszych relacji zawodowych? Nauczyciel stawia sprawę jasno: mistrzostwo wynika z intencji, z dobrej woli. Nasi klienci, partnerzy biznesowi czują tę intencję. Na jakimś głębszym poziomie potrafią rozpoznać, jaka jest twoja dominująca wartość, postawa; z czym do nich wychodzisz. Czy lubisz to, co robisz, i prawdziwie się w to angażujesz. Czy jesteś życzliwy tym, których spotykasz na swojej drodze. Czy ważniejsze są dla ciebie zyski, obliczenia komputerowe czy ludzkie uczucia. „Niektóre rzeczy są bezcenne, a ludzie nie darują tym, którzy tego nie szanują” – kwituje i dodaje, że jedną z tych rzeczy jest zaufanie.

Przeszkody na drodze do sukcesu? Wygórowane ambicje, chciwość, duma. Chwile, kiedy uznajemy, że idzie nam tak dobrze, że nie musimy specjalnie liczyć się z innymi: obojętniejemy na ich potrzeby, zapominamy o ich wkładzie w nasze osiągnięcia, zaczynamy traktować ludzi przedmiotowo, nie potrafimy przyznać się do błędu. Stajemy się zbyt ważni, by podrzędny pracownik czy klient mógł nam zawracać głowę. „Prawdziwa moc człowieka sukcesu pochodzi z traktowania drugiej osoby jak człowieka” – podkreśla Hawkins. I przypomina: sukces nie jest naszą własnością! Nawet jeśli uważasz, że do wszystkiego doszedłeś sam, sukces jest konsekwencją tego, że spełniasz jakieś ludzkie potrzeby, że ktoś reaguje na to, co masz do zaoferowania. Że śledzi, kupuje, korzysta… Dlatego tak ważna jest wdzięczność. Sprawdzanie, czy ego nie próbuje zawłaszczyć i zepsuć tego, co przyciąga do nas ludzi. Czy nie zaprzedajemy się, nie oddajemy naszej mocy.

To sport, to gra

„Ludzie, którzy skupiają się jedynie na zysku, często na tym tracą”, „zyski są usprawiedliwieniem dla wyzysku”, „sukces to być istotą ludzką w pełni” – czytamy u Hawkinsa. Pięknie, tylko co z pieniędzmi? Mamy udawać, że są nieważne, że możemy się bez nich obejść? Oczywiście, że nie!

„Nie ma większej frajdy od zarabiania pieniędzy” – przyznaje bez fałszywego wstydu Amerykanin. „To sport. To gra. Przynosi dużo satysfakcji, także uzasadnionej. Czemu nie mielibyśmy zarabiać tyle, ile chcemy?”. Warto sprawdzić jednak, co nami kieruje, co jest na pierwszym planie, bo „sukces powstaje w sercu, a zysk w głowie”.

Duże pieniądze nie są nieodzownym składnikiem sukcesu. Doktor Hawkins przekonał się o tym kilka dekad temu. Pracując jako psychiatra, opracował plan leczenia (oparty na suplementacji i wyeliminowaniu określonych pokarmów z diety), który zapobiegał pewnej przypadłości neurologicznej. Badał zagadnienie przez długie lata, a wnioski i wytyczne zamieścił w książce. Tyle że środowisko medyczne nie było zainteresowane jego odkryciami, specjalistyczne czasopisma odmówiły publikacji artykułów na ten temat. Dieta, witaminy? To wydawało się zbyt proste, za mało naukowe! David Hawkins nie zarobił na swoich odkryciach, nie przyniosły mu one rozgłosu ani nagród. Ale tak, czuł satysfakcję. Bo oddał się temu projektowi, zrobił, co do niego należało, co uważał za słuszne. „Moje doświadczenie było pełne samo w sobie. Wszystko, co by się wydarzyło w związku z tym «na zewnątrz», byłoby tylko wisienką na torcie, a nie samym tortem” – wspomina. I dodaje, że nie osiągniemy sukcesu, sprzeniewierzając się sobie. Sukces przychodzi, gdy stoimy na straży naszych wartości. Gdy kierujemy się sercem.

Serce w biznesie? Dla wielu to jakieś mrzonki. Przedsiębiorcy raczej zwykli szczycić się tym, że twardo stąpają po ziemi, że nie popadają w sentymentalizmy. To przecież coś dla mięczaków i frejerów... Zdaniem Hawkinsa taka postawa świadczy o niemożności odróżnienia siły od mocy. Bo oznaką tej ostatniej jest właśnie otwarte serce! „W biznesie serce z kamienia jest bardzo kosztowne. To katastrofa. Nic nie zmarnuje biznesu równie szybko” – ostrzega. Mało tego: uważa, że otwarte serce niesie ze sobą wolność i niezwykłą wytrzymałość, odporność na przeciwności. Kiedy pozwalamy mu się prowadzić, kiedy żyjemy w zgodzie ze sobą, czego mielibyśmy się obawiać?

Swobodni i skromni

Ludzie sukcesu są więc autentyczni, wierni sobie i życzliwi innym. Silni swoją łagodnością. Czerpiący głęboką satysfakcję z tego, czym się zajmują – niezależnie od zysków. Zdaniem Hawkinsa są też rozluźnieni, swobodni i skromni. Potrafią być szczęśliwi w swojej niszy, nie potrzebują wyróżniać się, obnosić ze swoimi osiągnięciami. „Gdy już mamy to «w środku», nigdy nie musimy demonstrować niczego «na zewnątrz»” – przypomina nauczyciel. Jesteśmy jak mistrz karate, który nie wychodzi przecież na ulicę wystrojony w czarny pas i nie wdaje się w bójki. Co jeszcze charakteryzuje ludzi sukcesu? Wysoka kreatywność! I tak – to słynne „coś”, co wielu nazywa charyzmą i co jest niczym innym jak pewnym rodzajem obecności. Tacy ludzie zawsze są we właściwym miejscu – w sobie, w danej chwili. Nie próbują niczego wymusić, nawet swoje cele traktują... cokolwiek umownie. Bo wiedzą, że ważniejsza jest droga, radość z wykonywanej czynności. „Znam artystów, którzy przez wiele lat pracowali nad tym samym obrazem, i pisarzy, którzy przez wiele lat pracowali nad tą samą powieścią” – wyznaje autor książki „Sukces jest dla ciebie”. „Po co mieliby się spieszyć, skoro sam proces sprawiał im przyjemność?”.

A co z tzw. konkurencją? Czy mamy udawać, że jej nie ma? Robić swoje, nie oglądając się na innych i licząc na to, że klienci wybiorą właśnie nas? Patrz na konkurencję – radzi Hawkins – ale nie jak na wroga czy rywala. Ci ludzie nie występują przeciwko nam, co najwyżej rzucają wyzwanie temu, co w sobie nosimy, stymulują naszą kreatywność. Spójrz na nich jak na osoby nadające tempo rozwojowi, będące źródłem cennych inspiracji. Podobnie zresztą możesz podejść do tzw. niesprzyjających okoliczności, do trudnej sytuacji rynkowej. Masz wybór, czy potraktować ją jako próg nie do przeskoczenia, czy jako wyzwanie, które pozwoli ci sięgnąć do ukrytych zasobów, otworzyć się na nowe rozwiązania. Znów zależy od tego, co jest twoją wewnętrzną rzeczywistością. I znów można tu przywołać przykład mistrza karate – on nie panuje nad przeciwnikiem, tylko nad sobą...

  1. Styl Życia

Coaching. Czy to coś dla mnie?

Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Przed podjęciem decyzji o coachingu zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowy zmienić swoje życie. (Fot. iStock)
Najlepiej porównać go do sportu. Masz jakiś cel, masz trenera, jest pot, czasem łzy, częściej satysfakcja. I upragniony cel wreszcie na wyciągnięcie ręki. Komu coaching pomoże, kogo zniechęci, a także z jakimi ekspertami warto zmieniać swoje ciało i psyche – pytamy uznanych polskich coachów.

Coaching zrobił się modny. Nic dziwnego: jest pozytywny i nastawiony na przyszłość, obiecuje szybki efekt, nie grzebie w smutnym dzieciństwie i nie wymaga leżenia na kozetce. W czasie sesji można rysować, bawić się w teatr i przymierzać kapelusze. A po sesji zmienić swoje życie na lepsze. Na przykład Ania, moja koleżanka, jedną sesją przez Skype’a rozwiązała swój problem (kupić mieszkanie w mieście czy dom na wsi?). Druga koleżanka, menedżerka dużej firmy, została niejako karnie skierowana na coaching biznesowy i choć nie była do niego (ani do coacherki) przychylnie nastawiona, po 10 sesjach jej bardzo złe relacje z szefem zmieniły się na prawie doskonałe. Teraz awansowała i jest jeszcze ważniejszym menedżerem, dlatego pewnie chce zachować anonimowość. Ja wróciłam z wyjazdu coachingowego z Maciejem Bennewiczem i w ciągu 10 miesięcy napisałam książkę, nad którą rozmyślałam kilka lat. Ale bywają też coachingi nieudane. Magda po jednej sesji coachingu diety wyszła zmotywowana do schudnięcia 12 kilogramów. Przez pół roku schudła dwa. I więcej nie mogła. Czy to wina jej, czy coacha? Teoretycznie jej, bo coach nie bierze odpowiedzialności za to, co robisz czy też czego nie robisz ze swoim życiem. I nie może cię zmusić do ograniczenia porcji na talerzu. A co może?

Szukając nowych dróg

– Coaching jako jedna z niewielu współczesnych metod edukacji dorosłych tak bardzo koncentruje się na dostosowaniu do indywidualnych predyspozycji i potrzeb klienta-ucznia – wyjaśnia coach Maciej Bennewicz. – Oparty jest na intensyfikowaniu pragmatycznych doświadczeń klientów m.in. poprzez zadania praktyczne, eksperymenty, kontrolę rezultatów, ćwiczenia doskonalące, trening kompetencji, a także analizę prób i błędów – w kontekście spodziewanego i ustalonego celu.

Żeby ten cel osiągnąć, coach czasem zadaje ci niewygodne pytania, prosi o wylosowanie karty, interpretację zdjęcia… Czasem musisz wstać, zmienić miejsce, przespacerować się po rozrzuconych kartkach, zamknąć oczy… Niektóre metody przypominają ustawienia hellingerowskie czy psychodramę, mają elementy medytacji i wizualizacji. I każda z tych metod jest dobra, jeśli jest etyczna i prowadzi do celu.

– Dróg poszukiwania jest nieskończenie wiele, co więcej, wciąż powstają nowe – zauważa coach Ewa Mukoid. – Kiedy powstają nowe drogi? Gdy się ich aktywnie szuka. Można na nie wpaść przypadkiem, ale trzeba mieć to nastawienie poszukiwacza, aby w drodze dostrzec drogę. Lepiej i pewniej się na nie trafia w towarzystwie kompetentnej osoby – i mam tu na myśli coacha.

Taki coach zna mnóstwo narzędzi, więcej niż ty. Zadania, które ci daje, bywają trudne, wymagają przełamania barier, wyjścia poza schemat, poza strefę komfortu. Możesz odmówić ich wykonania, ale na ogół nie warto tego robić. Chodzi w końcu o twoje życie i twoje szczęście. A kodeks etyczny zobowiązuje coacha, by wszystkie informacje zachował dla siebie, więc nawet jeśli zrobisz coś głupiego albo podzielisz się swoim sekretem – zostaje to między wami. To znaczy ty masz prawo opowiadać o sesji wszystkim, twój coach – nie.

– Trening, kreatywność, sukces – tak opisałbym coaching w trzech słowach – mówi Maciej Bennewicz. – Fundamentem jest trening starych i nowych kompetencji. Następnie pojawia się kreatywna innowacja, która ulepsza dawne nawyki lub zmienia ich jakość. Jednak celem coachingu jest sukces, zindywidualizowany, bo dla każdej osoby istnieje inna jego miara.

Za jaką cenę?

Coaching wymaga inwestycji. I nie chodzi tylko o pieniądze, które są niemałe: jedna sesja może kosztować 150 zł, ale też 3000 zł (zależy od coacha i celu). Coachee, czyli coachowany, musi się też nieźle napracować. W przeciwieństwie do, na przykład, chirurga plastyka, coach nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za zmiany, jakie zajdą w kliencie. Cała odpowiedzialność spoczywa na tobie. Zła wiadomość? Niekoniecznie. – Metoda coachingowa czerpie inspiracje przede wszystkim ze sportu, dlatego model sportowej efektywności jest kręgosłupem coachingu – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – O sukcesie decyduje umiejętne wykorzystanie reguł gry, osobiste uwarunkowania zawodnika i dostosowany do potrzeb trening. Wybór coachingu to wybór treningu efektywności. Wiemy ze współczesnych badań, że samo marzenie o sukcesie może być rozleniwiające, jednak planowanie rezultatów motywuje i zwiększa skuteczność. Nasz mózg lubi aktywować działanie.

Dlatego warto być aktywnym. I dlatego wielu z nas, gdy jest niezadowolonych ze swojego życia, nie idzie na zabieg korekty nosa, ale właśnie na coaching. Podejmuje wysiłek, bo to się na dłuższą metę opłaca. Samodzielnie, ale w obecności specjalisty.

A można samemu?

Mam na myśli taką kolejność, że najpierw czytam o metodach, a potem aplikuję sobie coaching sama, bez nadzoru coacha. – Teoretycznie tak – twierdzi Ewa Mukoid. – Ale mało kto ma czas i determinację na konsekwentny autocoaching. Poza tym bez lustra nie widzimy samych siebie, stąd ogromna rola informacji zwrotnej. I to nie byle jakiej, ale takiej, która pozwala się rozwijać. A bez komunikacji, wymiany z drugim człowiekiem, bez stawianych przez niego wyzwań, trudnych pytań, ale także dostarczanego przezeń wsparcia – ma się tendencję do dreptania w kółko w kręgu własnych przeświadczeń i samopotwierdzających się założeń. Skoro jesteśmy w wieku profesjonalizacji i doceniamy, że ktoś, np. pielęgniarka, kosmetyczka, masażysta czy mechanik samochodowy, kompetentnie się nami (lub naszym sprzętem) zajmuje – to tym bardziej obszar tak istotny jak jakość swojego życia warto „obsłużyć” przy pomocy profesjonalisty, prawda?

Pod warunkiem że jest to profesjonalista, a nie hochsztapler. Bo coaching, jak każda metoda, jest skuteczny tylko wtedy, gdy zajmuje się nim ktoś, kto się na tym zna. Jak z operacją nosa. Chirurg musi wiedzieć, dlaczego chcesz go zmienić, dobrać odpowiedni dla ciebie kształt i jeszcze zręcznie posługiwać się skalpelem.

Po czym poznać profesjonalistę? Z tym jest pewien problem, bo coachem zostaje się dużo szybciej i dużo łatwiej niż chirurgiem plastykiem. Czy psychoterapeutą. Ale od czego jest Google? Można sprawdzić, czy coach ma licencję. Warto też polegać na rekomendacji znajomych. Dobry coach to skuteczny coach. Nawet gdy nie ma pięciu lat studiów i kilku dyplomów.

Ciemna strona mocy

Coaching zbiera ostatnio hejt. Krytykują go nie tylko psychologowie i inni terapeuci, których można by posądzić o zazdrość, ale też sami coachowani, którym wydaje się, że trafili w złe ręce. – Nie ma nic bardziej żałosnego niż hejter wypowiadający się w necie o coachingu, o którym nie ma pojęcia… – mówi coach Jarosław Gibas. – Chociaż nie, istnieje jednak coś bardziej żałosnego. Jest nim ten, który sprawił, że hejter myśli o coachingu to, co myśli… Największym problemem tzw. polokołczingu, opartego na komunałach i banalnych narzędziach, jest jego efektywność nieradząca sobie z próbą czasu. Od procesu mijają tygodnie i miesiące, a wraz z nimi zapał i entuzjazm zmiany odchodzi w zapomnienie. Wtedy coachee słusznie zadaje sobie pytanie: „Za co ja zapłaciłem te pieniądze?” i automatycznie staje się jednym z hejterów, powiększając grono tych, którzy na samo słowo „coach” dostają mdłości. W ten właśnie sposób polokołcz Stefan „wsiądź do Ferrari” Kowalski strzela nie tylko sam sobie w kolano, ale też całemu edukacyjnemu rynkowi.

Jarosław Gibas ma pewnie na myśli charyzmatycznych mówców motywacyjnych, którzy dysponują wyłącznie ową charyzmą i umiejętnością sprzedania siebie. Mają dobry marketing, za którym niewiele stoi. Być może nawet po jednej sesji, wysłuchaniu motywacyjnego wykładu na YouTubie czy przeczytaniu książki czujemy moc, ale… nie zmieniamy swojego życia.

– Dla mnie coachingowym koszmarem jest też realizacja celów – przyznaje Jarosław Gibas. – Wszyscy nagle muszą realizować cele i tabuny coachów prześcigają się w tym, by w tej realizacji pomagać klientom. Problem tkwi jednak nie w tym, jak wreszcie dopiąć celu, tylko w tym, dlaczego jak dotąd nie udało się go osiągnąć. Problem nie tkwi po jasnej stronie mocy, ale po ciemnej!

Umowa o dzieło

No i jeszcze jedna rzecz – musi być między wami chemia. Bo coachingu nie przeprowadza się w znieczuleniu. Dobrze, żebyście z coachem nadawali na tej samej częstotliwości. Na pierwszej albo drugiej sesji coachingowej coachee i coach podpisują kontrakt. Umowa obowiązuje zwykle na 10–12 spotkań, które nazywa się procesem. Klient nie ma problemu, tylko cel i niczego mu nie brakuje, by ten cel osiągnąć. Coach pomaga mu tylko sprawdzić, czy ten cel jest dobrze sformułowany, pozwala odkryć zasoby, zwiększyć motywację i zaplanować skuteczne działania. Jeśli nie uda się tego zrobić w ciągu umówionych 12 sesji, które odbywają się co 2–4 tygodnie, to znaczy, że już raczej się nie uda. – Coaching to praca projektowa, umowa o dzieło – wyjaśnia Maciej Bennewicz. – Mamy do czynienia z coachingiem, kiedy „dzieło” jest rozliczone, a ustalone na starcie efekty są osiągnięte zgodnie z ustalonymi wskaźnikami. Jeśli ktoś nie odczuwa spodziewanych efektów w wyniku coachingu, to najczęściej z tego samego powodu co w sporcie lub stosowaniu diety: niewłaściwego treningu albo braku konsekwencji. Nie sposób przebiec maraton zaraz po wstaniu z wielotygodniowego seansu telewizyjnego na kanapie.

Dlatego, nawet jeśli po przeczytaniu tego artykułu zdecydujesz się na proces, zastanów się, czy naprawdę jesteś gotowa zmienić swoje życie. Na lepsze. A zanim podpiszesz kontrakt, spędź z coachem przynajmniej godzinę. Osobiście, przez Skype’a czy nawet telefon. Bo inaczej, bez względu na twoje zasoby, raczej nie zrealizujesz celu.

  1. Psychologia

Mój wewnętrzny hamulec. Autosabotaż

Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Autosabotaż jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. (Ilustracja: iStock)
Jak przestać się bawić w chowanego z samym sobą? Dobrze jest poznać stosowane przez siebie wzorce autosabotażu, a potem je rozbroić – radzi Beata Kaczyńska, psychoterapeutka, coach.

Każdy z nas jest autosabotażystą?
Każdy z nas autosabotażystą bywa. Autosabotaż to postawa związana z brakiem gotowości do odkrycia i do przeżycia prawdy o sobie. Zatrzymuje nas w procesie dokonywania zmian, ale jednocześnie jest ciekawym źródłem informacji na temat tego, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i czego się obawiamy. Jest mechanizmem, który trochę przypomina bawienie się w chowanego z sobą samym. Kącikiem oka widzimy w lustrze skrawek postaci, ale coś zatrzymuje nas przed tym, by spojrzeć tej postaci prosto w oczy.

Jak zatem autosabotaż może wyglądać w praktyce?
„Poradniki nie działają” – to jedna z najbardziej popularnych strategii autosabotażowych. Ludzie kupują mądre książki i nawet je czytają, a potem nie potrafią ukryć rozczarowania tym, że nic w ich życiu się nie zmieniło. Lektura nie przyniosła oczekiwanego objawienia i natychmiastowej rewolucji. Wniosek może być tylko jeden: „Poradniki nie działają”.

Mają rację?
Mają i nie mają – jak to w autosabotażu. Sama książka, nawet najmądrzejsza, niczego nie zmieni, jeśli jej czytelnicy nie zabiorą się do realnej pracy nad tym, co chcieliby przepracować, zmienić, odkryć. Jeśli nie wykonają żadnego ćwiczenia z książki, jeśli zrobią je raz pomimo zalecenia regularnych powtórzeń, jeśli pominą znaczące, a niewygodne fragmenty, bo wieje z nich nudą, jeśli – choćby i krytycznie – nie przedyskutują zawartych w niej tez. Jeszcze inni autosabotażyści wiecznie szukają właściwego specjalisty. Są ludzie, którzy testują niezliczone adresy i nazwiska, cały czas nie mogąc trafić na tego jedynego, właściwego terapeutę czy coacha. Swego czasu usłyszałam od pewnej pani na konsultacji, że „na zdjęciu wyglądałam poważniej”. Nie zdecydowała się na pracę ze mną i nie zdziwiło mnie to, gdyż w międzyczasie opowiedziała mi, że jestem jedną z wielu specjalistek, które sprawdza – z innymi nie było chemii, ktoś miał za małe doświadczenie, a ktoś inny za duże i wydawał się już wypalony. Ktoś jeszcze inny miał ponury gabinet. To przypadek skrajny, ale niemało jest osób uważających: „To specjalista odpowiada za to, że nie potrafię nad sobą pracować”.

Ukrywają świadomie prawdę o sobie?
Jest taki rodzaj działania przeciwko sobie, który ja nazywam autosabotażową maligną. Wielokrotnie zdarzało mi się podczas sesji coachingowych, że klient odkrył coś głębokiego, miał prawdziwą iluminację. Widziałam, że jest ewidentnie poruszony tym, co się pojawiło w jego świadomości. Po czym na następnym spotkaniu... nie pamiętał, co się stało, lub całkowicie zbagatelizował znaczenie tego odkrycia i moc przeżycia.

Dlaczego?
Ludzie wypierają i deprecjonują odkrycie prawdy o sobie, bo trudno im przyjąć, że to, co do tej pory robili, nie jest ani na jotę zgodne z ich potrzebami, wartościami. Co więcej – radykalna zmiana ścieżki prywatnej czy zawodowej wymagałaby zapewne nakładów wysiłku i rozmaitych starań, a to już nie brzmi miło. Dlatego często słyszę: „Owszem, wydawało mi się, że to ciekawe, ale po zastanowieniu wiem, że ta nowo odkryta droga też nie jest moja”. Kolejny obszar autosabotażu – a mówię o nim z pewną ostrożnością, ale też odpowiedzialnością – to tzw. depresja. Depresja, oprócz tego, że jest bardzo poważną chorobą, stała się „wycieruchem” w coachingowych i psychologicznych gabinetach. Ludzie mylą stany smutku, przygnębienia, lęku, niepokoju, nudy, ociężałości czy znużenia – naturalne w różnych momentach życia – z rzeczywistą depresją. „Chyba mam depresję” – to dla niektórych – i w niektórych kręgach towarzyskich – niezwykle atrakcyjna wymówka.

Załatwiają tym zdaniem wiele różnych trudnych spraw.
Nawet takich jak pójście do psychiatry i ustalenie konkretnej diagnozy. Mówią sobie: „W moim stanie? Co ja załatwię? Nic”. I nawet jeżeli jednak uda im się trafić do specjalisty, z reguły po jakimś czasie odstawiają leki albo wręcz w ogóle nie zaczynają ich brać. Często słyszę to zdanie w momencie, gdy trafiają do mnie klienci w życiowych kryzysach i przestraszeni sytuacją, w której się znaleźli, naciągają na głowę woal „pseudodepresji”. Do worka z takim logo wrzucają całe swoje przeżywanie i jednocześnie własną gotowość do mierzenia się z kłopotami. Oto są usprawiedliwieni. Na razie nie muszą nic robić. A potem się zobaczy. Są też tacy autosabotażyści, którzy ciągle przychodzą do coacha z tym samym problemem. W kółko mówią o tym samym. Każde ich odkrycie na swój temat nie jest dość dobre, inspirujące, nie dość sycące i trafne. Ciągle obrabiane jest to samo poletko. Bo w istocie wcale nie o nie chodzi.

A o co?
O coś kompletnie innego, często sami nie wiedzą o co.

Na przykład mówią o swojej pracy, a prawdziwy problem dotyczy związku?
Tak. Albo na odwrót. Bywa też, że nieustanne „mówienie o” jest substytutem działania. Gdy snujemy wizje i opowieści, „rozpracowujemy” swoje wątpliwości, zaczynamy czuć, że żyjemy. Kłopot w tym, że wraz z końcem rozmowy energia się ulatnia, a my budzimy się wciąż w tym samym miejscu. Są też osoby, które mają tendencje do niekończących się analiz. Przywołują bardzo bogate argumentacje dla uzasadnienia różnych swoich stanów, przyczyn, kłopotów. Nie przekłada się to ani na zmianę, ani na podniesienie jakości życia czy likwidację dylematów i poprawienie swojej sytuacji. Bywa niezwykle uwodzące intelektualnie, ale jest w gruncie rzeczy jałowe.

„Jestem gruba, brzydka i nic mi się nigdy nie uda” – do której grupy autosabotażu zaliczyłaby pani to zdanie?
To raczej nawyk myślowy, przekonanie sabotujące rozwój. Jeśli wierzymy takiej myśli, przepis na rozpacz gotowy. Tymczasem warto pamiętać, że każda myśl jest „produktem” naszej głowy i jako taka może być zweryfikowana i zmieniona. Czy może to być przykład autosabotażu? Pewnie tak, jeśli pomimo wiedzy o tym, jak działają przekonania, nadal utrzymujemy w naszej głowie taką myśl i uporczywie się nią zadręczamy. Akurat uroda, waga oraz bycie obiektem czyichś westchnień to obszary, w których opisach często dokonujemy rozmaitych lingwistycznych nadużyć. Zamiast powiedzieć: „Ważę tyle i tyle”, mówimy: „Jestem gruba” – i powód do zmartwień gotowy. Używając takiej obraźliwej narracji, umacniamy w sobie bezradność, podtrzymujemy nieużyteczną iluzję niezmienialności: wszak skoro taka JESTEM, to nic z tym zrobić się nie da. Tu diabeł tkwi w słówkach.

Jeśli ktoś pomyśli: „Wprawdzie nie jestem teraz zadowolona ze swojego wyglądu, ale bardzo chcę nad sobą popracować” – to autosabotaż w tym miejscu się kończy. Często dotarcie choćby do takiego punktu wymaga dużej pracy nad sobą.
We wprowadzaniu zmian, moim zdaniem, przeszkadzają różne przekonania, skrypty życiowe w stylu: „Kobiety mają w życiu ciężko i nic na to nie poradzisz”. Te przekonania są jak lejce, które hamują naszą ciekawość, nasz pęd do odkryć i eksperymentowania. Na przykład: „Taka stara baba jak ja nie będzie zaczynała wszystkiego od początku”. Przyjmując, że zaczynanie od początku jest jednak możliwe, trzeba przyznać, że coś nie wyszło, może nawet doświadczyć związanego z tym dyskomfortu. Kolejnym schematem ograniczającym jest przekonanie: „Jestem ofiarą”. Bywa, że kobiety, które tak o sobie myślą, wybierają na przyjaciółki takie osoby, na tle których zawsze będą prezentowały się źle (zwłaszcza że nieświadomie dołożą wszelkich starań, aby tak właśnie było). Zakochują się w nieosiągalnych mężczyznach (np. takich, którzy są w szczęśliwych związkach), żeby potwierdzić po raz kolejny, iż nie im pisane jest szczęście w życiu. Uczestniczą w niezliczonych grupach rozwojowych i szukają rozmaitych kobiecych wspólnot w nadziei, że ktoś je w końcu zrozumie i odczaruje, że z zewnątrz przyjdzie docenienie i wybawienie. Tymczasem ten wzorzec istnienia nie daje spodziewanych efektów, bo dać ich nie może.

A kiedy przestaje być użyteczny?
Kiedy człowiek zaczyna się w swoim nieszczęściu rozsmakowywać, a nie próbuje z niego wyjść. Kiedy uparcie odmawia wzięcia odpowiedzialności za zmianę siebie i swojego życia.

Czy autosabotaż jest zły?
Ani zły, ani dobry. On po prostu jest swojego rodzaju mechanizmem doświadczanym przez każdego z nas w sytuacjach, które definiujemy jako trudne. Obiektywnie wcale nie muszą takie być, ale ponieważ np. mamy z nimi do czynienia po raz pierwszy w życiu, wydają się nie do przejścia. Bardzo często autosabotaże są utrwalonym wzorcem reagowania na daną sytuację, np. osoba reagowała w dzieciństwie unikaniem kłótni, bo to ją chroniło przed cierpieniem. Dlatego w dorosłym życiu dalej tak robi, chociaż takim funkcjonowaniem podstawia sobie nogę: wycofuje się, zamiast walczyć o siebie.

Jak rozpoznać, który autosabotaż jest moim ulubionym?
Autosabotaż się powtarza, jest nawykiem. Dzięki temu daje szansę, żebyśmy go sobie uświadomili. I skorzystali z mądrości, którą niesie, zadając sobie bardzo proste pytania: po co mi taki sposób zachowania się? O jakich moich potrzebach mnie informuje? Co w taki sposób chcę uzyskać, a czego unikam? Bądźmy zatem uważnymi obserwatorami siebie samych: czy powtarzają się w naszym życiu jakieś nieprzyjemne, nieużyteczne dla nas sytuacje? Jakie? Jak to robimy, że po raz kolejny nie osiągnęliśmy upragnionego rezultatu? Czy się tradycyjnie wycofujemy, czy szarżujemy? A może mamy jeszcze inny patent na gwarantowaną porażkę? Dopóki nie zechcemy przystanąć i wytrząsnąć tego autosabotażowego kamyczka z buta, dopóty żyjemy z poczuciem dyskomfortu.

Jak obserwować swoje myślenie, żeby wychwycić momenty autosabotażu?
Można spisywać myśli, zwłaszcza w sytuacji, kiedy doświadczamy cierpienia. Zapytać: co wtedy myślę o sobie, świecie i ludziach? Które z tych myśli są dla mnie użyteczne, a które nie? Kluczowe w każdej sytuacji jest to, żeby przynajmniej dać sobie szansę na pomyślenie: „To, że tak o sobie myślę, wcale nie jest tożsame z tym, kim jestem”. Twoje myśli nie są faktami. Jeśli tak myślisz o sobie, równie dobrze możesz pomyśleć inaczej. Często łapiemy się na samooszukiwaniach, na kłamstewkach, które mówimy do siebie. Jeżeli głębiej się nad tym zastanowimy, wiemy, że tak naprawdę nie lubimy tej Maryli, z którą się kolegujemy, albo złości nas Marian, o którym sobie wymyśliłyśmy, że będzie naszym mężem, bo ma dobry zawód. Wiemy podskórnie, że to nie tędy droga.

Czy zrozumienie mechanizmów autosabotażu pomoże nam się zmienić?
Niekoniecznie. Trafiają do mnie osoby, które mówią: „Wiem, jak funkcjonuję, czy to jest zmienialne?”. W części zapewne tak. Natomiast nie bądźmy wobec siebie zbyt surowi i nie obwiniajmy się za używanie autosabotaży. Proponuję wyrobić w sobie nawyk empatii dla samego siebie, czułości wobec swojej słabości, braku gotowości, lęku przed zmianą. I zwyczaj rozbawiania się swoją osobą. Żeby nie traktować siebie tak śmiertelnie serio. Te wszystkie autosabotaże to przecież czasem niezły ubaw. Wystarczy wyobrazić sobie, jak siedzimy w okopie, w szyszaku, z witkami brzozy przyczepionymi do kołnierza tylko po to, by się przed samym sobą schować. Jeśli zechcemy z takim dystansem na siebie spojrzeć – możemy wówczas poczuć, że oto nadeszła pora z naszego ulubionego okopu wyjść. Powiedzieć sobie: „Boję się, ale wyłażę”. I naprawdę zacząć żyć inaczej.

Beata Kaczyńska: master coach, psycholog, trener w Szkole Coachingu Wings. Prowadzi zarówno coachingi biznesowe, jak i coachingi życiowej zmiany. Nauczyciel i superwizor innych trenerów i coachów.