1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moc jest z nami - jak odnaleźć w sobie siłę?

Moc jest z nami - jak odnaleźć w sobie siłę?

(fot. iStock)
(fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Można nie mieć poczucia własnej wartości, pozytywnych wzorów, wsparcia rodziny, ale nikt nie może powiedzieć, że jest pozbawiony mocy, bo tego, z czym przychodzimy na świat, nikt nam nie odbierze – mówi psycholog Iwona Majewska-Opiełka.

Organizuje pani Dni Siły. Przyznam, że to słowo kojarzy mi się stereotypowo – z przymusem, siłą fizyczną. Ulubiony kulturysta mojego syna kończy swoje filmiki na YouTube zawołaniem: „siła!”, prezentując przerośnięte muskuły. Pani jest kobietą, która mówi i pisze o sile. Czyli o czym tak naprawdę? Moją intencją było odwołanie się do znanych w fizyce pojęć i pokazanie pewnej analogii, czym jest w istocie nasza moc i siła oraz jaka jest między nimi relacja. Moc w fizyce to skalar. Zatem pojęcie to mówi o naszym potencjale, który może zamienić się w siłę. Siła z kolei jest wartością wektorową – ma punkt przyłożenia i kierunek. Mówi o działaniu w świecie, realizowaniu tego potencjału. Możemy dysponować wielką mocą osobistą, ale nie umieć zamienić jej w siłę, czyli wykorzystać do realizacji marzeń.

Ciekawi mnie, czym dla pani jest ta moc. Ludzie często mówią o mocy jako o czymś tajemniczym, niemal magicznym. Dla mnie to coś realnego. Logodydaktyka, którą stworzyłam, tym różni się od innych systemów próbujących opisać zachowanie człowieka, że mówi konkretnie i o konkretach. Nie odwołuję się do sfer ezoterycznych wprost, choć to nie znaczy, że są mi obce. Jednak pracuję w biznesie i to często z mężczyznami – istotami w większości mocno lewopółkulowymi – używam zatem języka dla nich zrozumiałego i poruszam się w obszarach opisywanych przez współczesną psychologię i fizykę kwantową.

Czym jest więc ta moc? Część mocy każdy człowiek dostaje na wyposażeniu, rodzimy się z nią. Jej elementami są wyobraźnia, wola, samoświadomość i sumienie – ale rozumiane jako bazowa zdolność rozróżniania, czy coś jest w zgodzie z nami, a nie jako konkretne wartości typu dekalog, bo te nakłada na nasz potencjał sumienia społeczeństwo. Można nie mieć poczucia własnej wartości, pozytywnych wzorów, wsparcia od rodziny – tak często bywa. Ale nikt nie może powiedzieć, że jest pozbawiony mocy, bo tego, z czym przychodzimy na świat, nikt nam nie może odebrać. Do tych czterech elementów ja dokładam jeszcze piąty – instynkt samorealizacji. Przyznam, że nie wierzę w istnienie innych instynktów u człowieka. Całe szczęście nie jestem w tym odosobniona, ale nie jest to pogląd powszechny.

Proszę pomyśleć, jaki my mamy instynkt samozachowawczy, jeśli popełniamy samobójstwa albo jesteśmy w stanie głodować w imię sprawy? Jaki instynkt rozrodczy, jeśli są białe małżeństwa, celibaty? Jedynym instynktem, jaki człowiek według mnie posiada, jest właśnie instynkt samorealizacji. Każdy chciałby coś po sobie zostawić. Jedni realizują się na planie materialnym, inni na duchowym. Jedni mają dzieci, inni realizują się w obszarze emocjonalnym – pod postacią twórczości artystycznej, jeszcze inni najlepiej czują aspekt intelektualny. Ja realizuję się właśnie w tym obszarze. Ten składnik naszej mocy pcha nas do przodu, w stronę działania. Oczywiście, oprócz uniwersalnych elementów, z którymi przychodzimy na świat wszyscy, mamy też indywidualne talenty, pozytywne skłonności. Wrodzone albo wypracowane.

W jaki sposób przekuć tę moc w siłę? Czyli jak zacząć działać w zgodzie ze sobą? Zapoznać się z instrukcją. Logodydaktyka ma dziesięć punktów, które są ogólną instrukcją człowieka pokazującą, w jaki sposób dojść do samorealizacji. Nie uda nam się tu omówić wszystkiego – odsyłam do książki. Ale możemy się zająć punktem dotyczącym siły. Przede wszystkim, jeśli działanie ma być skuteczne, musimy mieć konkretny cel. Ale teraz: jaki cel, czyj? Właśnie po to, by go wyznaczyć, musimy najpierw rozpoznać swoją moc. Musimy wiedzieć, co mamy w sobie i co w związku z tym ma być tym naszym obszarem samorealizacji. Tak długo, jak będziemy realizować cudze cele, nie będziemy mieć stabilnej motywacji do działania i nie uznamy naszego życia za sukces, choćbyśmy nie wiem co osiągnęli. Żeby się czegoś o sobie dowiedzieć, trzeba zajrzeć w siebie, zadać sobie te pytania. To się samo nie wydarzy. Ktoś, kto cały czas pędzi, pracuje, a w domu ogląda telewizję, niczego się o sobie nie dowie. Dlatego ludzie idą na łatwiznę – z żalem to stwierdzam – i wybierają sobie stereotypowe cele.

Dom, rodzina, pies – istnieje taki obraz spełnionego człowieka. A nie każdy jest do tego stworzony. Najprościej pójść ścieżką posiadania. Gadżetów, domu, samochodu. Albo zyskać siłę w potocznym rozumieniu: władza, przypadkowa kariera. To się dzieje dlatego, że nie zadajemy sobie trudu, by znaleźć własny cel, taki, który pozwoli nam poczuć życiowe spełnienie, głębokie szczęście. Człowiek spełniony życiowo nie ma wielkiej presji posiadania, wojowania, nawet rywalizowania. Najpiękniejsza definicja celu, jaką znam, jest taka: cel to marzenie z datą realizacji. Marzenie uruchamia proces, ustala wektor naszej siły. Emocje z tym związane napędzają nas do działania. Pragniemy czegoś, więc sięgamy po to. Ale to nie wystarczy. Trzeba to urealnić, ustalić datę realizacji naszego celu. Przerzucić w wyobraźni most między teraźniejszością a przyszłością. Inaczej marzenie pozostanie w sferze marzeń. A my będziemy sfrustrowani.

Jak zrobić pierwszy krok? Dla mnie to najtrudniejsze. Na pewno pomaga plan działania, czyli rozpisanie go na kolejne kroki. Ale nawet wtedy potrzeba impulsu, dodatkowej cząstki energii, czegoś, co pomoże przełamać ewentualny lęk czy opór. Nie żyjemy w próżni – można poszukać pomocy. Są mentorzy, książki, coaching, warsztaty i spotkania typu Dni Siły, z których wychodzi się z dodatkową energią. Dla mnie takim impulsem do działania była książka „Discover the Power within You” Erica Butterwortha. Przeczytałam, na fali entuzjazmu zrobiłam pierwszy krok i od tego czasu nie mogę przestać. Bo działanie napędza działanie.

Trochę się tego obawiam, bo często gdy rzucam się w wir działań, wypalam się fizycznie i emocjonalnie. Najważniejsze w skutecznym działaniu jest zachowanie równowagi ciało – umysł – duch – emocje. Nie może być tak, że realizujemy jakiś cel i wszystko inne leży odłogiem. To się mści. Ciało nam zastrajkuje albo dusza. Trzeba tak to zaplanować, by zadbać o harmonię w życiu. Inna sprawa, że ta harmonia też bywa narzucana odgórnie. Na przykład próby zmuszenia mnie, żebym poszła na imprezę, są bez sensu. Nie muszę się realizować emocjonalnie na grillu. Wystarczy mi taka rozmowa jak teraz, dobry film, książka. Ale słyszę: „Ty nie żyjesz w ogóle, to pracoholizm”. Nieprawda. Niczego mi nie brakuje, jestem zdrowa, czuję się spełniona, pełna mocy i siły do działania. Gdybym tylko mogła, to bym usiadła i pisała „Logodydaktykę w szkole”. Chce mi się po prostu. W tym cały sens szukania celu zgodnego ze sobą. Dlaczego niby harleyowiec, który rusza w Polskę, ma pasję, a ja, pisząc książkę po godzinach, jestem pracoholiczką? By działać, trzeba też rozumieć, czym jest skuteczne działanie. Bo znowu – świat zna różne definicje tego pojęcia. Ludziom się wydaje, że skuteczny jest ten, kto osiąga cel.

A nie jest tak? No nie. Wystarczy sobie przypomnieć pyrrusowe zwycięstwo. Skuteczność to osiągnięcie zamierzonego celu przy optymalnym nakładzie kosztów. Ani za dużym, ani za małym, bo wtedy nie cenimy tego, co osiągnęliśmy. Optymalizacja kosztów to też czas. Często chcemy coś wymusić, zrobić przedwcześnie. Tymczasem wszystko ma swój rytm, trzeba to uszanować. Jest taka bajka Ezopa o gęsi, która znosiła złote jajka. Pewnego dnia jej właściciel zapragnął więcej złota, więc zabił ją i wyjął z jej brzucha jajko i wszystkie zarodki. Był skuteczny? W żadnym wypadku. Miał więcej złota tego dnia, ale zabił producenta. Tak postępują firmy, tak postępujemy w relacjach.

Brak nam cierpliwości, tracimy z oczu założony na początku cel. Skuteczne działanie to wyłącznie to w zgodzie z zasadą win-win, czyli wygrana-wygrana. Przykład, który często podaję. Mąż przychodzi do domu i mówi: „Kupiłem wędki, jedziemy na wakacje na ryby”. A żona na to: „W żadnym wypadku, jedziemy do mamy”. I co teraz? Kiedy pytam, jakie wyjście będzie wygraną-wygraną? Ludzie kombinują: z mamą na ryby? Tydzień tu, tydzień tu? A to nie o to chodzi. Już Einstein powiedział, że trudno rozwiązać problem na tym samym poziomie, na którym powstał. Zwykle trzeba wejść wyżej, spojrzeć z innego miejsca.

Czyli nie ma rozwiązania, póki nie dowiemy się, jakie były motywacje tej pary? Właśnie. Powinni usiąść i szczerze porozmawiać o potrzebach. On by powiedział np.: „Kochanie, bardzo chcę, abyś odpoczęła, zastanówmy się, jak znaleźć wyjście dobre dla nas obojga”. Wtedy ona może powiedzieć: „W porządku, jedziemy na ryby. Chodziło mi tylko o to, że decydujesz za mnie”. Albo: „Nie lubię z tobą jeździć na ryby, bo jak nic nie złowisz, to się złościsz, a jak złowisz, muszę te ryby skrobać, a tego nie lubię”. Więc znowu nie chodzi o to, że nie na ryby, tylko jak mamy się zachowywać na tych rybach. Wygrana-wygrana to droga, to sposób komunikacji.

Uważam, że nie ma innej drogi wspólnego działania, życia czy robienia interesów. Inaczej rośnie jakaś niechęć, aż rozsadzi związek. Ostatni element niezbędny, by skutecznie działać, to moc produkcyjna. I tu wracamy do początku. Znamy już swoje możliwości, wiemy, jakie mamy marzenia, planujemy, zaczynamy iść do celu, ale coś utyka. Okazuje się, że brak nam pewnych cech charakteru albo mamy je słabo wykształcone. Logodydaktyka wyróżnia pięć cech, bez których nie sposób się odnaleźć w dzisiejszym świecie. To poczucie własnej wartości, pozytywne myślenie, spójność wewnętrzna, proaktywność i poczucie obfitości. Nad nimi trzeba pracować.

Która jest najważniejsza? Zabawa polega na tym, że musimy mieć je wszystkie, bo jeśli któraś nie działa, cały system siada. Moim zdaniem jednak w Polsce wszyscy powinni zacząć od poczucia własnej wartości, bo go nie mamy i dlatego między innymi tak słabo u nas z pozytywnym działaniem, budowaniem czegoś. Ważnym elementem poczucia wartości jest wartościowa tożsamość – akceptowanie tego, kim się jest i gdzie się mieszka. To znaczy szukać pozytywów w tym, że jestem Polką, mieszkam w tym miejscu, mam takich rodziców itp. My tak lubimy narzekać, a z drugiej strony – sztucznie się dowartościowywać, udając kogoś innego. W Kanadzie, gdzie mieszkałam, spotykałam samych Polaków z wielkich miast. Nikt nie był ze wsi. Lubimy sobie dorabiać sztuczną wielkość.

Jak wyrobić w sobie poczucie wartości? Każdy, kto choć raz był ze mną na spotkaniu, robił ćwiczenie, które polega na wypisywaniu pozytywnych informacji na własny temat w ciągu pięciu minut. Warto to zrobić, uzupełnić przynajmniej do 50, a potem czytać. Za każdym razem, kiedy się to robi, wynik jest lepszy. Ja zaczynałam od zaledwie dziewięciu rzeczy. Trzeba pracować z samooceną. Ludzie często mylą poczucie wartości z wysoką samooceną, tymczasem chodzi o to, by ta samoocena była adekwatna. Człowiek, który ma poczucie własnej wartości, nie boi się informacji zwrotnych, umie weryfikować opinię o sobie. Ja nie powiem na przykład, że jestem śliczna. Ale uważam, że jestem atrakcyjną kobietą. Tyle że moja atrakcyjność na czym innym polega. Warto się nauczyć kochać siebie. Szekspir powiedział: Piękno jest w oczach patrzącego. Jeśli kocham siebie i patrzę w lustro, to widzę w nim piękną kobietę i czuję się dobrze ze sobą. A był czas, kiedy w moim domu nie było ani jednego lustra.

Jak kochać siebie? Jak normalna zdrowa matka kocha małe dziecko, które uczy się chodzić. Wspiera je, nie złorzeczy, że się przewróciło. Nie mówi: „Nie nadajesz się do chodzenia, właź do kojca i siedź, niezdaro”. A my tak często siebie traktujemy po pierwszej porażce. Taka miłość to szacunek do siebie, do swojego ciała, poczucie godności, ważności. Wiele lat spędziłam w Kanadzie, tam zrozumiałam, że dzieci wyrastają w poczuciu własnej wartości, kiedy ktoś naprawdę słucha tego, co mają do powiedzenia.

A u nas wciąż dzieci i ryby… Albo druga skrajność – wychwalamy dziecko, że najlepsze, najpiękniejsze, najmądrzejsze, nie stawiamy granic, wszystko mu podporządkowujemy. A przecież najlepszy może być tylko jeden. I takie biedne dziecko traci kontakt z rzeczywistością. Jeśli ktoś mówi, że jest najlepszy, nie ma poczucia własnej wartości. Jeśli je ma – powie raczej, że jest w czymś dobry. Brak porównywania się i oceniania jest jedną z cech poczucia własnej wartości. Podobnie jak dawanie sobie prawa do inności. Wie pani, ile razy słyszałam: „Pani, taka kobieta sukcesu, i nie ma samochodu?”. A dla mnie kobieta sukcesu jeździ… taksówką. Zna siebie, wie, kim jest, a kim nie jest, w czym jest dobra, w czym potrzebuje wsparcia. Dzięki temu ma motywację i siłę, by robić to, co kocha.

Iwona Majewska-Opiełka – psycholog, trener, coach, mentor liderów i ludzi związanych ze sprzedażą. Napisała 16 książek, w tym „Siłę kobiecości” i „Agenta pozytywnej zmiany”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Krytyka - broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę być sobą? - test na pewność siebie

Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pewność siebie to stan umysłu, który wynika z poczucia własnej wartości, wyjątkowości, akceptacji i wiary w moc sprawczą. Przecież nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak ty!

Brak pewności siebie powoduje, że stoimy na uboczu życia. Wolimy pozostać w bezpiecznej strefie komfortu. To dlatego nie podejmujemy ryzyka, nie inicjujemy kontaktów z ludźmi, nie walczymy o swoje prawa i nie umiemy odmawiać bez poczucia winy. Nieśmiałość, która jest przejawem braku pewności siebie, powoduje, że przed nosem mogą nam przechodzić ciekawe propozycje zawodowe czy nowe znajomości. Brak poczucia własnej wartości wynika z braku samoakceptacji. To zupełnie tak, jakbyśmy obawiały się własnego światła, rozwinięcia swoich skrzydeł. Tymczasem to właśnie korzystanie w pełni ze swojego potencjału jest sednem rozwoju.

Poniżej krótki test na pewność siebie. Wystarczy na każde z pytań odpowiedzieć "tak" lub "nie":

  • 1. Osiągasz cele z łatwością?
  • 2. Znasz swoje mocne strony i pokazujesz je światu?
  • 3. Bez problemu odmawiasz, jeśli nie możesz lub nie masz ochoty czegoś zrobić?
  • 4. Zazwyczaj to ty inicjujesz rozmowę?
  • 5. Masz poczucie, że każdą sprawę możesz załatwić?
  • 6. Udało ci się zrealizować kilka marzeń?
  • 7. Z łatwością podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność?
  • 8. Dobrze czujesz się na stanowisku osoby zarządzającej zespołem ludzi?
  • 9. Znajomi pytają cię często, jak coś załatwić?
  • 10. Podczas rozmowy patrzysz w oczy rozmówcy?
  • 11. Twój uścisk dłoni jest mocny?
  • 12. Podczas chodzenia nie garbisz się, twoje plecy są proste?
  • 13. Twój przekaz słowny jest konkretny i zrozumiały przez odbiorców?
  • 14. Uważasz się za kobietę atrakcyjną?
  • 15. Lubisz swoje ciało, a więc nie masz kompleksów z nim związanych?
  • 16. Lubisz wyzwania i często je podejmujesz?
  • 17. Potrafisz jasno zaznaczyć swoje granice w relacjach z ludźmi?
Większość odpowiedzi: „tak” oznacza, że jesteś kobietą, która osiąga swoje cele. Jeśli zgadzasz się tylko z kilkoma powyższymi stwierdzeniami – warto popracować nad wiarą w swój potencjał, który tylko czeka na przebudzenie.

Pomogą ci w tym następujące ćwiczenia:

Źródło: Dagmara Gmitrzak, „Trening Jaguara. Obudź swoją pewność siebie i osiągaj zamierzone cele”, Sensus 2014

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach. Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka? Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać? Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to... To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości... Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość? Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia? Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata. „Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów? Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów. Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne? Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami? Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce? Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czy jesteśmy świadomi własnej rangi?

Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jeśli ktoś nie ma świadomości, ile ma i kim jest, to nie wykorzystuje swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. O mocy przywilejów opowiadają psychoterapeuci Joanna Dulińska i Michał Duda.

Czym są rangi w Psychologii Procesu? Joanna Dulińska: Ranga to suma wszystkich przywilejów. To, jaką mamy rangę, zależy od naszych przywilejów w różnych obszarach w danym momencie.

A czym są przywileje? Michał Duda: To atrybuty, które podnoszą nasz status. Choć niekoniecznie muszą to być rzeczy materialne, można też nie mieć własności, a korzystać z przywilejów. Ten, kto ma dużo pieniędzy i w związku z tym wysoką rangę społeczną, niekoniecznie ma taki wpływ na ludzi jak ktoś, kto ma wysoką rangę duchową. Gdy mówimy o sumie przywilejów, mamy na myśli różne przywileje – psychologiczne, duchowe i społeczne. I to wszystko razem tworzy rangę w społeczeństwie.

Zawsze mamy jakąś rangę? J.D.: Zawsze czymś dysponujemy, ale często jest tak, że się z tym nie utożsamiamy.

M.D.: Na przykład ranga społeczna istnieje obiektywnie. Jest bardzo często mylona z subiektywnym doświadczeniem czy subiektywną oceną sytuacji. Może być też zmienna w czasie.

A po co nam wiedza o rangach? J.D.: Jest niezbędna, aby móc z nich celowo korzystać, choć rangi działają bez względu na to, czy mamy ich świadomość, czy nie. Jeśli nie mamy wiedzy o swoich rangach, to inni nie mogą z nich korzystać, przeciwnie – mogą się poczuć ich ofiarami, a my będziemy mieć tendencję, by ich nadużywać, nawet jeśli czujemy się słabi i bezradni.

Możemy zilustrować to przykładem? J.D.: Do tego potrzebna jest wiedza o rodzajach rang. Wyróżniamy trzy typy: ranga społeczna – mówi o naszej pozycji w społeczeństwie, a ta zależy od wykształcenia, wieku, płci, pieniędzy – przywilejów, które dają wysoki status społeczny. Do tego dochodzi ranga psychologiczna, która jest wysoka, jeżeli człowiek czuje się bezpiecznie ze sobą, potrafi rozwiązywać konflikty, jest oswojony z emocjami, umie je przeżywać i wyrażać, lub niska, jeśli tego nie potrafi. Wreszcie ranga duchowa – kontakt z czymś większym, głęboką wiarą, z czymś, co daje jakąś pewność.

Przypuśćmy, że mamy do czynienia z szefem korporacji, który w ogóle nie jest świadomy swoich rang. Zarabia mnóstwo pieniędzy, ma bardzo duży wpływ na swoich pracowników, ale nie zdaje sobie sprawy z własnych możliwości. Ma za to kompleksy, bo np. jest otyły albo łysy, może ma wadę wymowy – w dzieciństwie był odrzucany przez kolegów i w związku z tym czuje się niepewnie w relacjach – więc nie ma rangi psychologicznej. Nie ma też rangi duchowej, nie uznaje, że jest coś większego, co go prowadzi, nie ma poczucia misji. I taki człowiek w sytuacji, gdy podwładna w jakiś sposób uruchomi jego kompleks, nastawi się obronnie, może atakować, bo nie posiadając umiejętności bycia w relacjach z kobietami, może uznać, że ona go lekceważy czy się z niego naśmiewa. Wtedy on może nadużyć swojej rangi i powiedzieć lub zrobić coś przykrego.

Mając świadomość swojej pozycji, możemy chyba też wpływać na podnoszenie rang innych ludzi. Przykładowo – może nam się wydawać, że nie mamy czym się podzielić, podczas gdy wystarczy czasem jednostkowo niewielka kwota miesięcznie, a pomnożona przez udział kolejnych osób daje globalną pomoc.

M.D.: Kryteria porównania są bardzo różne i na ogół ludzie wybierają identyfikację z niższą rangą niż z wyższą. Ale rzeczywiście parę złotych płacone na rzecz różnych fundacji może bardzo pomóc komuś, kto ma niższą rangę od naszej i pokryć mu np. koszty życia przez miesiąc. My takiej pomocy rzeczowej, finansowej, doświadczaliśmy ponad 20 lat temu. Świadomość rang w aktualnej sytuacji z obiektywnego punktu widzenia pomaga też więc odnaleźć swoje miejsce w tej hierarchii i korzystać świadomie z rang, np. poprzez przeznaczenie kwoty, którą codziennie wydajemy w sklepie spożywczym na pomoc komuś o niższej randze.

Masz świadomość, masz wybór. J.D.: Świadomość rang pomaga podczas pracy z indywidualnymi trudnościami – jeśli ktoś nie ma świadomości, jaką ma rangę, to nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. Kiedy wiem, co mam, to mogę się tym podzielić, nie muszę się tego kurczowo trzymać, pilnować, by mi ktoś tego nie zabrał. Świadomość rangi wpływa na poczucie wartości, na zadowolenie z życia, na dobrostan psychiczny. Kiedy odnajdę, co mam – a każdy coś ma – to poznam swoje miejsce na ziemi.

Można mieć taką samą rangę w kilku dziedzinach? J.D.: Niższa ranga w jednej dziedzinie wiąże się zwykle z wyższą rangą w innej. My, mieszkańcy Zachodu, mamy dostęp do bieżącej wody, robimy zakupy w sklepie, a np. ludzie żyjący w Tybecie tego nie mają, posiadają więc dużo niższą rangę społeczną. Mają jednak dużo wyższą rangę duchową, a może też psychologiczną. Cenią życie, widzą jego ogromną wartość, bo żyją na co dzień w ogromnym zagrożeniu, muszą dołożyć starań, by przeżyć – nie są zagubieni, nie zadają pytań: „po co ja żyję?”.

Z kolei rangę psychologiczną zazwyczaj mają osoby o niższej randze społecznej, radzą sobie dobrze w trudnych sytuacjach, stawiają bardziej na relacje, jednoczą się, ponieważ same nie radzą sobie w rzeczywistości, która je otacza. Wysoką rangę psychologiczną mają też ludzie, którzy przetrwali krytyczne sytuacje – taka osoba, gdy straci wszystko, nie załamie się, bo ona już zna sytuację, gdy niczego nie miała albo miała niewiele. I przeżyła, poradziła sobie. A ktoś, kto zawsze miał dom i samochód, będzie się bał kryzysu, końca świata i innych rzeczy, które go nagle z tego stanu posiadania mogą wytrącić. Gdy znam swoją rangę i czuję, kim jestem, jaką mam moc – to mogę się dzielić swoimi przywilejami, wspomagać innych.

Czy wyższa ranga jest zawsze lepsza? J.D.: Nie chodzi o to, żeby mieć najwyższą rangę w całej okolicy, tylko o to, by się podzielić, jeśli ma się wyższą, i umieć poprosić i przyjąć, gdy ma się niższą. Świadomość niższej rangi nie jest wcale taka zła. Wyższa ranga wiąże się z odpowiedzialnością, a niższa z relaksem, z tym, że to inni mogą zabiegać, decydować. Mogę się komuś poddać, dostać coś, zaufać. To też jest dobre przeżycie – nie mieć w danej sytuacji rangi.

Rangi zaostrzają czy pomagają rozwiązać konflikt? J.D.: To właśnie ranga, hierarchia jest częściej źródłem konfliktu niż cokolwiek innego. Wyższa ranga wzbudza emocje, takie jak zazdrość, złość, zawiść, niechęć, roszczeniowość, ale też inne – podziw, chęć przypodobania się. Jest to trudne dla osoby, która ma wysoką rangę w środowisku – musi umieć sobie poradzić ze wszystkimi konsekwencjami swojej pozycji. A jeśli nie utożsamia się z nią, to będzie uciekała od odpowiedzialności, nie będzie w stanie sobie z tym radzić. Często związane jest to z poczuciem winy, wychowaniem. Taką ideą, że wszyscy powinni być równi.

M.D.: Uświadomienie sobie swojej rangi, miejsca, w którym się jest, jest po części kluczem do rozwiązania bardzo wielu konfliktów. Dotyczy to wszelkich obszarów, pracy czy życia rodzinnego – jeżeli ojciec krzyczy na dziecko, nie mając świadomości, że ma ono niższą rangę, to nie atakuje równego sobie, tylko słabszego. Nie zdaje sobie sprawy z poczucia zagrożenia, jakie wywołuje w tym dziecku. Jeśli będzie świadomy różnicy rang, to będzie w stanie adekwatnie ocenić sytuację. Już samo to może prowadzić do częściowego rozwiązania kłopotu. To jest też kwestia zrozumienia drugiej strony, tego, co ona robi. Świadomość rang naprawdę może coś zmienić.