1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Depresja. Jak wyjść z „dołka”?

Depresja. Jak wyjść z „dołka”?

Fot. IStock
Fot. IStock
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Jeśli od jakiegoś czasu zmagamy się ze stanem obniżonego nastroju, a nasze ciało protestuje przeciw wszelkim aktywnościom i skutecznie buntuje się przed mobilizacją, wówczas utknęliśmy w tak zwanym „dołku”.

Sprzedajemy tę naszą osobliwą, ale jakże częsta diagnozę wszystkim dookoła, którzy zamiast uśmiechu na naszej twarzy oglądają przyklejony poprawny grymas.

Zdarza mi się, że podczas sesji coachingowej słyszę:

„Pani Ewelino, mi się znów pogorszyło, chyba zapomniałam o tym, co już wiedziałam i co działało na mnie pozytywnie. Znów utknęłam w jakimś dołku. Nie chcę tak dłużej, chcę znów być na takim poziomie świadomości, na jaki udało mi się wskoczyć wcześniej”.

W takich sytuacjach pierwszą rzeczą, którą sygnalizuję jest radość z tego, że klient/pacjent zauważył lampkę alarmową nad swoją głową i postanowił ją zgasić. To tak, jak z przyjmowaniem tabletek przeciwbólowych np. na ból zęba. Jeśli bralibyśmy je w niestandardowych ilościach, tłumiąc każde, nawet lekkie ćmienie zęba, nie zareagowalibyśmy skutecznie, by go wyleczyć, dotrzeć do źródła bólu, albo zupełnie nie potrafilibyśmy wskazać gdzie ono jest. Dlatego na wstępie, każdemu kto z egzaltacją mówi mi, że chce wrócić do stanu sprzed „dołka”, bo mu było tam dobrze-gratuluję. Znając stan „niewygodny” i „wygodny” łatwiej nam określić, do którego zmierzamy.

Jak zatem rozprawić się ze sobą w sytuacji kilkudniowej, czy kilkunastodniowej chandry?

  1. Przede wszystkim rozpoznać, nazwać i zaakceptować swój stan. Pamiętajmy, że to z czym walczymy staje się coraz silniejsze, a przecież nie chcemy, by w dołku przygniótł nas jeszcze jakiś ciężar, bo trudniej nam się będzie z niego wydostać.
  2. Po drugie: dać sobie zapewnienie, że ten stan jest chwilowy i będzie trwał tak długo, jak tego potrzebujemy, czy na to pozwolimy. Możemy założyć, że mamy potrzebę przeżyć te negatywne, aczkolwiek ludzkie emocje, jak na przykład bezsilność, strach, smutek, rozczarowanie, itp. Potraktujmy ten stan, jako odpowiedź naszej wrażliwej duszy na to, co się dzieje wokół nas, albo na to, co nas personalnie dotknęło. Zaufajmy sobie, że ten stan potrwa tyle ile trzeba i na pewno nie będzie trwał całe nasze życie.
  3. Po trzecie: odpowiedzmy sobie szczerze na dość retoryczne, ale konieczne z punktu widzenia pracy naszego umysłu pytanie: „Co jest dla mnie korzystne?” Rozpiszmy sobie swoisty algorytm, zwłaszcza, jeśli jesteśmy wzrokowcami (rozważając dwie opcje: zostaję w dołku i wychodzę z dołka). Wypiszcie korzyści wynikające dla Was z każdej z tych decyzji. Może się okazać, że wolicie tkwić w dołku, bo dla Was jest to korzystniejsze (opieka domowników, troska przyjaciół, wyręczanie w codziennych obowiązkach, „wolne” od podejmowania decyzji). Zmierzcie się z tym.
  4. Po czwarte: jeśli zależy Wam, by wydostać się z tego niewygodnego dla Was stanu, złóżcie sobie obietnicę korzystnej zmiany. Spójrzcie sobie głęboko w oczy przed lustrem i złóżcie sobie obietnicę. Warto też wypowiedzieć na głos powód, dla którego ją sobie składamy, np. troska o siebie, chęć mobilizacji do podjęcia zaplanowanych wcześniej działań, miłość do siebie. Postawcie sobie też konkretny deadline i określcie po czym poznacie że już jesteście w tym pożądanym, wygodnym dla ciała, duszy i waszego umysłu stanie:)
Te etapy warto przechodzić właśnie w takiej kolejności, od nazwania, akceptacji, zapewnienia, do określenia korzyści, podjęcia decyzji i złożenia sobie obietnicy korzystnej zmiany.

Zatem przeżywajcie swoje „doły” świadomie, tak, by nie one miały nad Wami kontrolę, ale Wy nad nimi. Nie demonizując, ale akceptując i świadomie się z nich podnosząc.

Z serdecznością

Ewelina Jasik Body and Mind Coaching.pl

Biogram i książka autorki

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Depresja - bardzo demokratyczna choroba

 Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)<br /><br />
Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Zobacz galerię 3 Zdjęć
Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia, mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. Znane osoby, które opowiedziały swoje historie, również chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym.

Co robią dziewczyny, które chcą pomagać światu, bo im także ktoś kiedyś podał pomocną dłoń? Zakładają fundację – niedochodową organizację pożytku publicznego, całkowicie niezależną, po to, aby robić wszystko po swojemu, tak, jak podpowiada im serce. Na stronie internetowej zapisują cel fundacji: wsparcie w szukaniu pomocy i dbaniu o zdrowie psychiczne oraz edukacja społeczna w zakresie szerzenia wiedzy o depresji. Jest początek 2020 roku. Joanna Poremba, prezeska, wymyśla nazwę: Melancholia. Jeszcze nie wiedzą, że za kilka miesięcy wybuchnie pandemia, a liczba doświadczających kryzysu psychicznego wzrastać będzie w zastraszającym tempie.

Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Joanna Poremba, prezeska Fundacji Melancholia (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Melancholia - teraz musisz się zatrzymać 

Nazwa, która trafi do KRSu, znajomym kojarzy się z  melancholijnym malarstwem i słynnym filmem Larsa von Triera. Gorąco ją odradzają. – Wbrew pozorom inspirowałam się nie sztuką i kinem, a tytułem głośnej książki wielkiego polskiego psychiatry i filozofa Antoniego Kępińskiego. Chciałam, by nazwa brzmiała podobnie w różnych językach. Pragnęłam, by otwierała furtkę do mówienia o depresji językiem, który nie przytłacza. I chyba się udało. Dla mnie samej melancholia jest stanem, który stanowi rodzaj czerwonego światła: teraz musisz się zatrzymać. Kiedy w nią wpadam, wiem, że moje "ja" domaga się odpoczynku, wyciszenia, mniejszej presji. Że muszę o nie zadbać. Joasia mówi otwarcie, że długo chorowała na depresję, a dziś, kiedy czuje się lepiej, pragnie dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy cierpią lub trwają u boku chorujących. To ona, obok zarządzania fundacją, obmyślania kampanii społecznych, współpracy z mediami oraz szeregu innych zajęć, zajmuje się tworzeniem treści na facebookowy profil fundacji – często właśnie o tym, jak zadbać o siebie, jak zapobiegać, a także o tym, jak wspierać. W tym samym czasie Emilia Grabowska, trenerka i koordynatorka projektów, podkreślająca, że jej misją jest praca z młodzieżą, oraz Magdalena Guzik, psychoterapeutka i trenerka, prowadzą działania statutowe fundacji: warsztaty dla szkół, zajęcia dotyczące pracy z emocjami, warsztaty prewencyjno-profilaktyczne. Ja, Julia Wollner, zawodowo zajmująca się pisaniem, biorę się za zbieranie historii, które dają nadzieję. Choruję na depresję od 22 lat i choć jako italianistka opowiadam czytelnikom głównie o pełnej światła kulturze krajów śródziemnomorskich, to doskonale wiem, że tam, gdzie jest słońce, jest też zawsze cień. Ważne, by próbować jednak do słońca wracać.

Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Julia Wollner (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Moc rozmowy, moc edukacji

O tych powrotach i o swojej walce z cieniem opowiadają Fundacji Melancholia znane osoby, dzielące się doświadczeniami w serii wywiadów zatytułowanych "Historie", publikowanych co miesiąc w internecie. W bardzo osobistych rozmowach pokazują, że depresja obecna jest w każdej warstwie społecznej, bez względu na płeć, wiek, wykształcenie, zawód czy status majątkowy. Że najlepszą formą jej leczenia jest psychoterapia oraz farmakoterapia prowadzona pod okiem doświadczonego lekarza psychiatry. I że w tunelu zawsze jest światło, a najgorszy nawet kryzys kiedyś dobiega końca. Zdanie to powtarzają jak mantrę wszyscy rozmówcy fundacji, pokazując jednocześnie, że wymiana doświadczeń może być realnym wsparciem, dawać siłę, pomagać i pozwalać zrozumieć. Oczywiście jest to trudne, tak jak trudne jest nieustanne babranie się w bebechach, w tym, co w człowieku najbrudniejsze, najtrudniejsze, najboleśniejsze, najdotkliwsze – mówi Agnieszka Glińska, reżyserka teatralna. – Dzielenie się moją własną drogą ma dla mnie jednak fundamentalne znaczenie. Chcę tak wykorzystać swoje indywidualne doświadczenie, aby mogło ono coś otworzyć, komuś pomóc, coś komuś wskazać. W moc rozmowy zespół Melancholii i zaproszeni do kampanii wierzą zresztą bardziej niż w cokolwiek innego – także dlatego, że jest nią przecież sam proces terapeutyczny. Bohaterowie wywiadów chcą pomóc innym, ale przyznają też, że mówienie głośno o tym, co trudne i bolesne, pomaga ogromnie także im samym. Jacek Santorski powiedział mi, że póki się nie otworzę, póki będę swoją chorobę ukrywać, to będę cierpieć 100 razy bardziej – tłumaczy Magda Umer, piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, reżyserka, scenarzystka i aktorka, a aktor i wokalista Jacek Bończyk dodaje: – Ja wychodzę z założenia, że o depresji trzeba mówić, podobnie jak o wszystkich innych chorobach, których się wstydzimy, albo za które się obwiniamy, że nas dotknęły. Może dzięki temu inni przestaną chorujących stygmatyzować. Rozmowa to także edukacja. Wiedza daje potrzebny nam wszystkim spokój i poczucie bezpieczeństwa, a zadawanie pytań jest drogą do zwiększenia społecznej świadomości oraz poznania siebie.

Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia) Magda Umer (Fot. Jacek Poremba/materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Wołanie o czułość

Obok rozmowy i edukacji, trzecim elementem leżącym u podstaw działalności Fundacji Melancholia jest troska – okazywana zarówno samemu sobie, jak i innym ludziom. Wiara w to, że każdy z nas winien jest opiekę i czułość tym, których spotyka na swojej drodze, ale także, w równym stopniu, swojemu własnemu “ja”.  W czasie pandemii wydaje się to szczególnie ważne, bo o kryzys psychiczny jest teraz nietrudno. Warto przyglądać się bacznie bliskim, ale także obserwować i słuchać sygnałów, które dają nam nasze własne organizmy. A sygnały te bywają zupełnie nieoczywiste. – Depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, nierzadko daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywoływany często obrazek zmęczonego człowieka pogrążonego w apatii może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz – tłumaczy Joanna, podkreślająca często, że jest tzw. "ekspertką przez doświadczenie", ma bowiem za sobą kilka różnych epizodów choroby. – Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia depresji! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno jego brak, jak i nadmierne łaknienie. Bywa też, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania. Wywiady fundacji pokazują, że ile chorujących, tyle historii: różne są powody, różne początki, różne pierwsze objawy; rozwój choroby też może przebiegać na wiele sposobów. Sporo jest też jednak części wspólnych; wśród nich na pierwszy plan wysuwa się tzw. wysoka wrażliwość. Osoby nią obdarzone odbierają bodźce silniej niż inni; widzą i czują więcej, wchłaniają też nastroje innych. Poza tym powtarzają się pewne elementy biografii i cechy charakteru, jak nadodpowiedzialność i perfekcjonizm; zbieżne są pierwsze symptomy, jak obniżenie samooceny, umniejszanie swoich zasług i pozytywnych cech, pesymizm, bezsenność lub przesypianie prawie całej doby, zaburzenia łaknienia, objawy somatyczne, jak bóle głowy, brzucha czy kręgosłupa, drażliwość, apatia, ale i złość. – W pewnym momencie było ze mną tak źle, że, jak to nazywam, rozlewałam się na podłogę i trzeba mnie było zbierać łyżeczką. Niby pracowałam, bo znajdowałam w teatrze jakiś azyl, ale tworzyłam tam alternatywną rzeczywistość, w której funkcjonowała sztuczna ja – dzielniejsza wersja mnie, skonstruowana na potrzeby pracy z ludźmi. Na wizytę u psychiatry zdecydowałam się, kiedy dołączył do tego jeszcze jeden objaw: ogromne, ciągle tłumione napięcie skutkowało napadami agresji i autoagresji, jak z podręcznikowych opisów histerii. Wciąż miałam wszystko wszystkim za złe, czułam się ciągle spięta. I jednocześnie kompletnie zalękniona, bezsilna, bezbronna, jakby bez skóry – wspomina Agnieszka Glińska. Magda Umer tłumaczy, że gdy napięć i stresów było w jej życiu za wiele, ciało zaczęło po prostu odmawiać posłuszeństwa. Mdlałam, traciłam przytomność, przelewałam się przez ręce, umierałam ze strachu i bałam się wyjść z pokoju… Trafiłam do szpitala, na OIOM, a lekarze nie mogli dojść, co mi jest – czy przeszłam wylew, czy to problemy z sercem. Dziennikarka Ewa Pawlik deklaruje, że objawów było u niej tak wiele, że łatwiej jest opisać, jak widzi siebie, gdy nic jej nie dolega, a zdrowie dopisuje. – Jestem osobą bardzo energetyczną, ciągle gdzieś bywam, jeżdżę, poznaję ludzi, gadam jak katarynka, jestem wszystkiego ciekawa, głodna, wtykam nos, gdzie tylko się da. I nagle, powolutku, staję się coraz bardziej zamknięta, wszystko widzę w czarnych barwach, wypełnia mnie złość. Spotkania, które bardzo lubię, stają się nagle strasznym wysiłkiem i nie dają żadnej przyjemności, przede wszystkim dlatego, że jestem podczas nich nieustannie spięta. Pojawia się lęk sytuacyjny: nie tylko przed rozmową, ale nawet przed wyjściem z domu. Przestaję mieć siłę i odwagę być z ludźmi. Lęk, choć powszechnie nie jest z depresją kojarzony, stanowi jeden z najczęstszych jej objawów, występujących w jakiejś formie u prawie 95% zdiagnozowanych. – Kiedy byłam młodą dziewczyną, Marek Grechuta śpiewał piosenkę do tekstu Witkacego: "Zabij ten lęk". Zupełnie wtedy nie wiedziałam, o co mu chodzi. Później zrozumiałam aż za dobrze – i marzyłam, aby ten lęk zastrzelić – wspomina swoje doświadczenia Magda Umer. To dojmujące poczucie zagrożenia bywa zresztą ratunkiem, bo jest tak dotkliwe, że zmusza do odwiedzenia lekarza. Są jednak osoby, które go nie doświadczają –  jak reżyserka Joanna Kos-Krauze. W jej wypadku nie miały miejsca ani ataki paniki, ani apatia, ani poczucie kruchości czy bezradności. – Istnieje także druga strona depresyjnego medalu – nadaktywność, łapanie się miliona zadań, zagłuszanie emocji, z którymi człowiek nie może sobie poradzić – tłumaczy. – Jako osoba od urodzenia bardzo rzutka i energiczna nie sprawiam na ludziach wrażenia kogoś, komu dzieje się coś niedobrego. Dziś wiem jednak, że mnóstwo rzeczy robię dlatego, że cierpię, a nie chcę się zatrzymać i wsłuchać w to cierpienie.

Depresja - bardzo demokratyczna choroba Depresja - bardzo demokratyczna choroba

Wychodzenie na prostą

Jeśli coś zaniepokoi nas we własnym samopoczuciu lub zachowaniu bliskich, trzeba jak najszybciej sięgnąć po pomoc – nieleczona depresja nie tylko odbiera chęć do życia, ale prowadzić może do śmierci. Aż dziewięć na dziesięć osób dotkniętych chorobą miewa myśli samobójcze. Głośno wypowiedziana prośba o wsparcie skierowana do krewnych czy przyjaciół, wizyta u terapeuty i lekarza psychiatry to najważniejsze gesty troski i czułości, jakie możemy wykonać sami wokół siebie. – Będę to powtarzać do znudzenia: ludzie, terapia i leki! – apeluje Jacek Bończyk, podkreślając, że żałuje okresu, kiedy, jak sam mówi, udawał twardziela, z pokerową twarzą przystępując do różnych zadań. – To dzięki farmakologii i skutecznej terapii wyszedłem na prostą. Czasem łapię się za głowę na samą myśl: ile mi to cierpienie w ciszy i samotności czasu zabrało? Ile ważnych spraw i ludzi uciekło… Zdrowienie jest procesem długim, ale, jak podkreślają rozmówcy Melancholii, łączy się nie tylko z poprawą samopoczucia, ale też satysfakcją. Depresja stanowi rodzaj przebudzenia do prawdy. Nagle widzisz swoje życie bardzo wyraźnie, bez odcieni różu. Musisz uporać się z tym, co sobie przez lata wyhodowałaś, zbudowałaś – mówi Ewa Pawlik, a Magda Umer dodaje: – Walka z tą chorobą jest prawdziwym bohaterstwem, a zwycięstwo daje wielką radość. Agnieszka Glińska porównuje terapię i leczenie do gruntownego remontu domu. – Najpierw zauważasz, że mieszkanie, w którym przebywasz, zupełnie nie jest twoje – ktoś postawił wszystkie ścianki nie tak, jak byś chciała, i dusisz się w tym. Musisz wszystko rozkuć, a w ścianach czeka cię mnóstwo niespodzianek. Potem zaczynasz wyrzucać gruz i to też trwa bardzo długo… Wreszcie zostaje ci wielka, pusta przestrzeń, którą musisz jakoś zaaranżować. Pojawia się więc pytanie: jak się za to zabrać? Jak ma wyglądać moje idealne mieszkanie? Przecież ja nie wiem. Muszę się zdefiniować, ale nie wiem, jak. Czy chcę mieć tu ściankę? Czy ja W OGÓLE chcę mieć ściankę? To jest szukanie i odkrywanie siebie.

Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Agnieszka Glińska (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia) Jacek Bończyk (Fot. Jacek Poremba/ materiały prasowe Fundacji Melancholia)

Czarne diamenty

Depresja jest zaburzeniem bardzo demokratycznym, bo dotknąć może każdego. Gdy kilkanaście lat temu trafiłem do psychiatry z rozpoznaniem choroby, moja pani doktor uświadomiła mi dwie kwestie: po pierwsze, że nie jestem temu winien, a po drugie, że nie jestem w tym w żaden sposób szczególny, bo na depresję chorują miliony ludzi – wspomina Bończyk. WHO zapowiada, że już niebawem hasło "depresja" stanie się najczęściej stawianą diagnozą na świecie. Według NFZ w Polsce przed pandemią koronawirusa chorowało na nią ok. 1 miliona Polaków. Liczba ta obejmowała tylko i wyłącznie osoby pozostające pod opieką lekarzy i, co ważne, leczące się w publicznych ośrodkach – statystyki NFZ nie obejmują sektora prywatnego, są więc znacznie zaniżone. Ile jest chorujących dzisiaj, po niezwykle trudnych miesiącach minionego roku, gdy nadal nie widać szansy powrotu do przedpandemicznej normalności? Tego, zapewne boleśnie, dowiemy się dopiero za jakiś czas; wiemy już, że sprzedaż leków antydepresyjnych wyraźnie wzrosła. Bardzo ważne jest jednak, by pamiętać, że bez względu na estymacje, za każdą liczbą kryje się ludzkie cierpienie, gorzka historia, ale także nadzieja na wyjście z kryzysu. Na logo naszej fundacji nie bez powodu wybrałyśmy czarny diament – przypomina Joanna Poremba. – Stanowi on symbol twardości, niezłomności i wytrwałości. Człowiek dotknięty depresją nie jest bowiem słaby, wręcz przeciwnie – zbyt długo był silny. Głęboko wierzymy, że obdarzony troskliwym wsparciem z zewnątrz zdolny jest do pokonania najgorszego kryzysu. Jak śpiewa Magda Umer, po zimie zawsze wraca wiosna, a po rozpaczy spokój. Wzruszająco opisała to też w rozmowie z nami Joanna Kos-Krauze, mówiąc, że wszyscy cierpimy, na wszystkich nas spadają nieszczęścia, ale wszyscy mamy też cudowny, ogromny dar życia, które jest piękne mimo wszystko, mimo – a może dzięki temu – że nad wieloma jego sferami nie mamy żadnej kontroli. Na szczęście mamy wpływ na nasz stosunek do świata, życia, tych trudności. To nasza jedyna realna władza, z której warto skorzystać. Umiejętności sięgnięcia po nią z całego serca życzymy wszystkim Czytelnikom  nie tylko w lutym – Miesiącu Walki z Depresją, ale także w każdy kolejny dzień.

  1. Psychologia

Skąd się biorą nasze lęki?

W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia. (Fot. iStock)
W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Kiedyś ludzie obawiali się realnych zagrożeń: wojny, głodu, nieuleczalnych chorób. Dzisiaj wiele z tych niebezpieczeństw zniknęło, jednak w zamian powstały nowe lęki. Często z wyimaginowanych, absurdalnych powodów. Czy jesteśmy na nie skazani? Oswajać je czy walczyć z nimi?

Annę, 33 lata, menedżerkę w firmie farmaceutycznej, kilka razy dziennie dopada lęk, że za chwilę umrze, choć fizycznie jest całkowicie zdrowa. Joasia, 23 lata, studentka architektury, boi się wyjść z domu, ponieważ ma poczucie, że w miejscach publicznych czyha na nią niebezpieczeństwo. Jacek, 54 lata, fotograf, panicznie boi się zarazków, unika podawania ręki, a do restauracji zabiera swoje sztućce.

Psycholog Jarosław Przybylski wyjaśnia: – Lęki, które trapią tych ludzi, mają niewiele wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem. W ogóle lęk jest stanem emocjonalnym nieadekwatnym do bodźców go wywołujących. Powstaje jako reakcja na przewidywane przez człowieka niebezpieczeństwo, które może nadejść z zewnątrz lub powstać w nim samym. Towarzyszą mu niepokój, napięcie, uczucie skrępowania, zagrożenia. Lęk – w przeciwieństwie do strachu, który pojawia się w odpowiedzi na realne niebezpieczeństwo, mobilizuje do działania i często ratuje życie – nie jest związany z bezpośrednim zagrożeniem lub bólem. Dzisiaj często boimy się czegoś wyimaginowanego.

Obawy jak przyprawy

Na drugim biegunie są ludzie – wydawałoby się – zupełnie lęku pozbawieni. Jak Evel Knievel, okrzyknięty największym ryzykantem i najlepszym kaskaderem na świecie, który przeskakiwał na motocyklu nad 50 samochodami, nad basenem z głodnymi rekinami, nad fontannami w Las Vegas. Znalazł się w Księdze rekordów Guinnessa jako człowiek, który doznał najwięcej złamań. Albo Reinhold Messner, alpinista, który pierwszy wszedł na Mount Everest bez butli tlenowej, co zagrażało jego życiu. Albo terroryści kamikadze wysadzający się w powietrze.

Lekarz specjalista w leczeniu zaburzeń lękowych, prof. Borwin Bandelow z Kliniki Psychiatrii w Getyndze, uważa, że odważni ludzie też odczuwają lęk, tylko jest on ulokowany gdzie indziej. Kaskader nie boi się skakać na motocyklu, ale boi się braku uznania. Terroryści nie obawiają się śmierci, która jest według ich religii wybawieniem, ale wiecznego potępienia.

Lękają się także ludzie przeżywający pozytywne uczucia: miłość, potrzebę ciepła, bliskości fizycznej. Zwyczajnie boją się utracić to, co jest im bliskie i co daje tyle przyjemności. Inni (zdecydowana mniejszość) zachowują się tak, jakby kochali się bać. Sami prowokują niebezpieczne sytuacje: skaczą na bungee, serfują na kilkumetrowych falach, wspinają się bez zabezpieczenia na wysokie budynki. Dlaczego ich to kręci?

Jarosław Przybylski: – Dlatego, że przezwyciężenie strachu jest zawsze bardzo przyjemne. Nie bez powodu Winston Churchill powiedział, że nie ma piękniejszego doznania, niż być pod obstrzałem i nie zostać trafionym.

Bandelow nie przesadza zatem, uważając, że lęk jest wszechobecny, że jest częścią nas. Twierdzi nawet, że gdyby nie on, życie byłoby banalne, niesmaczne jak zupa bez przyprawy. Według tego wybitnego znawcy tematu to lęk właśnie decyduje o tym, czy staniemy się zrezygnowani, czy też odważni, bierni albo aktywni, spokojni czy szukający zwady, weseli lub przygnębieni. „Bieg naszego życia określany jest przede wszystkim przez lęk. Jeżeli ludzie stają się słynnymi sportowcami, wybitnymi artystami, naukowcami, to w dużym stopniu przyczyniły się do tego uświadomione i nieuświadomione obawy” – pisze w książce „5 prostych sposobów radzenia sobie z lękiem”.

Z wieloletniej praktyki lekarskiej Bandelowa wynika, że lęk jest nie tylko przeszkodą w naszym życiu, ale także naszą szansą. Mobilizuje do twórczego działania, ożywia naszą wyobraźnię i kreatywność, co potwierdzają historie wielu wybitnych osób, jak Darwin, Goethe, Brecht, Beckett, Kafka, którzy cierpieli na napady lęku. Także współcześni sławni artyści przyznają się do swoich fobii. Michael Jackson panicznie unikał zarazków i bakterii, dlatego zakładał maskę ochronną. Duński reżyser Lars von Trier obsesyjnie boi się latać samolotami.

Jak wynika z badań Bandelowa, to nie sława rodzi lęk. Raczej odwrotnie – ludzie lękliwi łatwiej stają się sławni. A to dlatego, że usiłują go zwalczyć poprzez tworzenie. Lęk daje im motywację do pracy nad sobą. Gdy na przykład muzyk boi się, że może zawieść fanów, ćwiczy, aż gra coraz lepiej.

Amerykańscy psychologowie Robert M. Yerkes i John D. Dodson odkryli, że średni poziom lęku może popychać do najwyższych osiągnięć. Gdy na przykład zdajemy egzaminy, wygłaszamy wykład, czyli gdy przeżywamy mały dreszczyk emocji, lęk działa stymulująco.

Różne oblicza fobii

Co innego, gdy ten dreszczyk zamienia się w paraliżujące uczucie. Ale granica między tym, co „normalne”, a stanem patologicznym pozostaje płynna. Nie jest patologią to, że ktoś krzyczy na widok pająka, poci się przed spotkaniem z dziewczyną. A raczej na pewno jest wtedy, gdy człowiek boi się wyjść z domu, traci oddech w windzie, za żadne skarby nie usiądzie w fotelu dentystycznym.

Judith Bemis i Amr Barrada w książce „Pokonać lęki i fobie” opisują pięć rodzajów zaburzeń lękowych: agorafobię (lęk przed przebywaniem w tłumie i ciasnych pomieszczeniach), lęki dotyczące funkcjonowania własnego organizmu, fobię społeczną, fobię prostą i uogólnione zaburzenia lękowe. Pierwszy rodzaj – agorafobia, zwana też lękiem przed lękiem – jest najczęstszym i najbardziej dotkliwym w skutkach zaburzeniem. Choć pierwszy atak dopada nas w określonym miejscu, kolejny może zdarzyć się wszędzie, co wywołuje paniczny lęk, że sobie nie poradzimy. I nic dziwnego, bo tym atakom towarzyszą nieprzyjemne reakcje organizmu – przyśpieszone bicie serca, zawroty głowy, duszności, bóle brzucha, drgawki, pogorszenie widzenia. Czujemy się bezradni i pozbawieni kontroli nad swoim zachowaniem. Dlatego wprowadzamy do swojego życia mnóstwo ograniczeń – zero dalekich podróży, jazdy samochodem, wyjść do kina, teatru, a nawet na spacer, bo w razie napadu bylibyśmy pozbawieni opieki. Pewną ulgę (choć nie zawsze) przynosi obecność drugiego człowieka.

Inaczej niż u chorych na fobię społeczną – oni z kolei unikają wszelkich kontaktów. Boją się, że będą oceniani, narażeni na ośmieszenie, kompromitację. Człowiek dotknięty panicznym lękiem o swoje zdrowie mawia: „Po trzydziestce nie jest się zdrowym, tylko źle przebadanym”. I odwiedza lekarza za lekarzem. Wykańczają go psychicznie jednak nie te wizyty, ale sprzeczność między uspokajającymi diagnozami lekarzy a śmiertelnym lękiem przed chorobą. W końcu naprawdę może się rozchorować, właśnie z tego powodu, że tak bardzo nie chciał.

Ludzie cierpiący na kolejny rodzaj zaburzeń, fobię prostą, boją się konkretnych sytuacji: kontaktu z określonymi zwierzętami, wysokości, zamkniętych pomieszczeń. Na stronach internetowych poświęconych tym zaburzeniom wymienia się wiele egzotycznych rodzajów fobii, jak na przykład: alliumfobia (lęk przed czosnkiem), alektorofobia (przed drobiem), paraskavedekatriafobia (przed piątkiem, trzynastego). Są to jednak rzadkie przypadłości i dość łatwo je okiełznać. Ktoś, kto nie lubi czosnku, po prostu go nie je. Ktoś, kto ma lęk wysokości, nie chodzi po górach.

O wiele trudniej jest poradzić sobie z fobią przed zarażeniem się wirusami czy bakteriami (przypadek Michaela Jacksona). Ten lęk jest częstym symptomem zagadkowego schorzenia obsesyjno-kompulsywnego. Ktoś myje ręce kilkadziesiąt razy dziennie, kilka godzin porządkuje w łazience szczoteczki do zębów, sprawdza pięć razy z rzędu, czy wyłączył światło lub żelazko.

Skąd przychodzą?

Niemiecki psychoanalityk Fritz Reimann w książce „Oblicza lęku” (1961 rok) przedstawił teorię, że lęk uwarunkowany jest głównie przez wczesne wychowanie. Podzielił ludzi na cztery typy odpowiadające czterem formom lęku: osoby depresyjne, schizoidalne (niedostępne), neurotyczne, histeryczne. Według niego z tych czterech form można wyprowadzić wszystkie nasze dobre i złe cechy. Na przykład neurotyk jest pedantyczny, nieustępliwy, skąpy, ale także porządny, konsekwentny, uczciwy. Z kolei histeryk jest nieobliczalny, niepunktualny, egoistyczny, ale także namiętny i pełen fantazji.

Dzisiaj uważa się, że zaburzenia lękowe powstają w wyniku złożonego powiązania różnorakich czynników: genetycznych, wychowania, stresu, uwarunkowań społecznych. W wyjaśnieniu zagadek lęku coraz większą rolę odgrywa neurobiologia. Ale nadal nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na pytanie: Dlaczego ludzie panicznie czegoś się boją? Więcej na temat lęku nie wiadomo, niż wiadomo. Jedno jest bezsprzeczne: u kobiet zaburzenia lękowe diagnozuje się zdecydowanie częściej niż u mężczyzn. Ale statystyki mogą nie oddawać rzeczywistej sytuacji. Jak wiadomo, mężczyźni wstydzą się przyznawać do swoich słabości, tym bardziej do tego, że się boją.

Psychiatra Borwin Bandelow przestrzega przed uproszczonymi teoriami na temat przyczyn lęków (nazywa je teoriami stempla pocztowego, bo próbują maksimum fenomenów wyjaśnić za pomocą minimum przyczyn). Jeśli na przykład lek, który podwyższa w mózgu poziom serotoniny, okazuje się skuteczny, to nie należy automatycznie zakładać, że przyczyną problemów jest zakłócenie gospodarki serotoniną, i rezygnować z szukania innych przyczyn. Gdy z kolei pomocna bywa teoria behawioralna (oparta na prawach uczenia się, na treningu), nie musi to oznaczać, że proces powstawania lęków można wyjaśnić wyłącznie na podstawie teorii uczenia się.

Czas leczy lęki? Borwin Bandelow uważa, że tak. Rozkład wiekowy jego pacjentów ma formę piramidy, a jej wierzchołek wypada w połowie trzydziestki. Po czterdziestce stan jego pacjentów się poprawia, a bardzo rzadko zgłaszają takie problemy ludzie po pięćdziesiątce. Co nie oznacza, że seniorzy nie cierpią na lęki. Wraz z wiekiem wzmagają się lęki realne – że zachoruję, ulegnę wypadkowi, stracę ukochaną osobę – podczas gdy zmniejszają się lęki urojone, nierzeczywiste, charakterystyczne dla zaburzeń lękowych.

Pływaj albo toń

Jak opanować to paraliżujące uczucie? Pewne lęki (na przykład na tle obsesyjno-kompulsywnym) wymagają leczenia u lekarza psychiatry. W przypadku innych pomaga psychoterapia, na przykład behawioralna. Psychoterapeuci behawioralni dowodzą, że można oduczyć się lęku, na przykład metodą desensytyzacji (odwrażliwiania). Człowieka cierpiącego na przykład na fobię wobec psów stopniowo oswajają z małymi, potem coraz większymi psami. Inni leczą fobie końską dawką „lekarstwa”, które chorobę wywołało. Terapia ta nazywa się floodingiem (zatapianiem), ponieważ pacjenta wystawia się na bodziec, którego panicznie się boi. I na przykład tego z psią fobią zamyka się w klatce z dobermanem, a temu z lękiem przed wężami wiesza kilka tych gadów na szyi. Niektórzy doświadczyli tej metody przy nauce pływania. „Pływaj albo toń”, krzyczał kiedyś trener, wpychając ucznia do wody. I albo człowiek uczył się pływać, albo nabawiał lęku przed wodą na całe życie.

Amr Barrada i Judith Bemis, autorzy książki „Pokonać lęki i fobie”, proponują trzyczęściowy program autoterapii. Pierwsza część polega na zaakceptowaniu choroby, przyznaniu się, że cierpimy na zaburzenia lękowe, że straciliśmy kontrolę nad swoim życiem. Dlaczego to jest takie ważne? Ponieważ oznacza pogodzenie się z tym, że nie istnieje żadne cudowne lekarstwo, które spowodowałoby nagłe ozdrowienie. Wmawianie sobie, że problem nas nie dotyczy albo że powinniśmy jak najszybciej przestać odczuwać lęk, powoduje tylko, że stajemy się coraz bardziej przerażeni i niepewni. Tak naprawdę musimy nauczyć się, jak zaakceptować swój lęk. Pierwszy krok w tym kierunku to właśnie przyzwolenie sobie na odczuwanie niepokoju. Bemis i Barrada radzą: Nie przeciwstawiajmy się atakom lęku, spróbujmy się nimi nie martwić. Nie opanowujmy napadów paniki, bo im mniej będziemy je kontrolować, tym łatwiej nam to przyjdzie. Zaryzykujmy i skonfrontujmy się z miejscami (i sytuacjami), które wywołują nasz niepokój. Gdy już tam (w tych sytuacjach lub miejscach) się znajdziemy, powtarzajmy sobie: „Nic nam nie grozi, potrafimy zachować się naturalnie nawet teraz, gdy czujemy się niezbyt dobrze”. Nie walczmy z katastroficznymi myślami, pozwalajmy im swobodnie przepłynąć przez głowę, jednocześnie pamiętając, że to tylko przeczucia. Postarajmy się jak najwięcej dowiedzieć o naszej chorobie. Traktujmy każdy nawrót jako naturalny i niezbędny, ale przejściowy etap na drodze do wyleczenia. Nie zakładajmy jednak żadnych ram czasowych. Przyjmijmy zasadę, że każdy ma w sobie siłę, którą może wykorzystać, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Druga część programu autoterapii autorstwa Bemis i Barrady to prowadzenie dialogu wewnętrznego. Umiejętnie stosowany stanowi przeciwwagę dla samooskarżania, jakie nieustannie funduje sobie chory, obwiniając się o wszystko i tym samym pogłębiając swoje stany lękowe. Gdy na przykład dopada nas lęk, na ogół mówimy do siebie rozkazującym tonem, który wywołuje poczucie winy: „To straszne! Przecież nie powinienem się tego bać! Musi się ze mną dziać coś okropnego! Jestem do niczego”.

Powrót do zdrowia zależy od tego, czy będziemy w stanie w inny sposób kierować swoimi myślami. Tak aby nie wywoływać w sobie wstydu, nie karcić się, nie kontrolować, nie oskarżać, tylko akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy, razem ze swoimi niedoskonałościami czy przewrażliwionym stosunkiem do otoczenia. Ten nowy sposób prowadzenia wewnętrznych rozmów powoli odbuduje nasze poczucie własnej wartości, które ma fundamentalne znaczenie w leczeniu zaburzeń lękowych.

I ostatnia część programu autoterapii – analiza stylu naszego życia. Przyjrzyjmy się, jak próbujemy rozwiązywać nasze codzienne kłopoty i jak to wpływa na natężenie lęku, jaki odczuwamy. Może okazać się, że pewna dziedzina życia – może to być rodzina, praca, relacje z przyjaciółmi, religia – stała się dla nas pułapką, z której nie potrafimy się wydostać.

W pewnym sensie jesteśmy skazani na lęki. Akceptujmy je, ale nie bądźmy wobec nich bezradni. To część naszego człowieczego doświadczenia.

  1. Psychologia

Przebudzenie świadomości - czy daje odpowiedź na pytanie „kim jestem”?

Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość (fot. iStock)
Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Żyjemy w czasach nieznanego dotąd potencjału: powszechnego budzenia się świadomości. To, co kiedyś było zarezerwowane dla garstki nielicznych, teraz jest dostępne dla wszystkich. Możemy przebudzić się, pozostając zwykłymi ludźmi. Możemy to zrobić w tej chwili. Teraz. To jest tak proste jak oddychanie, twierdzą ci z nas, którzy już to wiedzą. Do czego się budzimy?

W samym centrum naszego istnienia kryje się jedno pytanie. Żyje w każdym wyzwaniu, z jakim kiedykolwiek będziemy się mierzyć. I w każdym wyborze, jakiego kiedykolwiek dokonamy. Stanowi fundament każdej decyzji. Pojawia się we wszystkim, co robimy. Pytanie leżące u podstaw wszystkich pytań brzmi: Kim jesteśmy? Odnalezienie odpowiedzi na nie jest absolutnie kluczowe. Niezbędne. O tym właśnie jest książka „Głęboka prawda. Ostatnia szansa ludzkości” Gregga Bradena, nazywanego pionierem łączenia nauki i duchowości. Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. Na naszych oczach wyłania się nowy, wspólny i oparty na współpracy świat, pisze Braden. Jednocześnie niestabilny świat przeszłości walczy o przetrwanie. Oba światy wciąż istnieją – na razie.

Przez chwilę się nie poruszaj

Historia Gangaji, światowej nauczycielki budzenia świadomości, może być zwierciadłem zmian, jakie czekają nas w najbliższych latach. Gangaji (wł. Toni Roberson) jest współczesną Amerykanką, która przeszła drogę „od osobistej historii cierpienia”, jak pisze w książce „Diament w twojej kieszeni”, do „życia na gruncie radości”. Według powszechnych standardów prowadziła cudowne życie, była zdrowa, głęboko zakochana w drugim mężu, rozwijała karierę. Miała dobre relacje z córką. „Mimo to chciałam więcej i bałam się stracić to, co miałam – pisze. – Nadziei na przyszłość często towarzyszył paniczny lęk przed tym, co może się wydarzyć. To bardzo wyczerpujące. Byłam sobą rozczarowana, a jednocześnie męczyły mnie codzienne próby naprawiania tego, co przeżywałam, i jaka byłam. Utknęłam w osobistym cyklu cierpienia. Kiedy taki cykl powtórzy się milion razy, staje się dobrze znany”.

Pytała siebie, jak to możliwe, że jest relatywnie szczęśliwa, nawet czasami głęboko spełniona, a mimo to odczuwa tęsknotę za czymś, czego nie potrafi nawet nazwać? Pragnęła wolności od walki, od wszystkich swoich zapętleń i fałszywych przekonań. Pragnęła wiedzieć, czy istnieje ostateczna, absolutna prawda. Chciała życia, a nie historii cierpienia. „Co mam robić?” – zapytała nauczyciela. Jego odpowiedź była prosta, a zarazem szokująca: „Nie rób niczego. Zatrzymaj wszystkie poszukiwania i wymówki, zobacz, co już jest tutaj. Nie poruszaj się w kierunku czegoś i nie uciekaj od niczego. W tej jednej chwili bądź nieruchoma”. Dotarło do niej, że nauczyciel prosi, aby zatrzymała całą mentalną aktywność. Szybko w umyśle pojawiły się wątpliwości, lęk, panika, że gdy przestanie myśleć, wtedy nie zadba odpowiednio o ciało, w ogóle nie wstanie z łóżka, nie będzie w stanie prowadzić samochodu, nie pójdzie do pracy. Czuła, że jeśli przestanie szukać, utraci wszystko, co do tej pory zdobyła. Jednak siła, jasność i pewność w oczach nauczyciela sprawiły, że strumień myśli w jej głowie zatrzymał się; zatrzymało się podążanie za myślami i wiara w kryjące się za nimi dramaty. W jednej chwili odnalazła spełnienie i pokój. Na spotkaniach z ludźmi na całym świecie opowiada o tym momencie przebudzenia: „Wszystko, cokolwiek i kiedykolwiek mogłam chcieć, było już obecne jako tło czystego odwiecznego istnienia. Całe cierpienie, które określałam i wiązałam z „ja” lub „mnie”, znalazło się w przestrzeni promiennego bycia. A co najważniejsze – rozpoznałam, że właśnie to istnienie jest prawdą o tym, kim jestem. Doszło do istotnego przesunięcia uwagi z mojej osobistej historii cierpienia na nieskończoną głębię bycia, która zawsze istniała pod powierzchnią tej historii. Co za spokój! Co za ulga! Jakie odprężenie! A więc nie jestem ograniczona żadną historią! Prostota tego, co do mnie dotarło w tamtej chwili, była trudna do ogarnięcia. Wcześniej myślałam, że to nie może być takie proste. Wpojono mi, że dopóki nie będę wolna od grzechu, chciwości, agresji, nienawiści i karmy, nie mogę dosięgnąć tego miejsca”.

Gdy ludzie pytają ją, w jaki sposób przeżywa teraz swoje życie, mówi: „Przestałam szukać spełnienia w umyśle czy zewnętrznych okolicznościach, ponieważ zdałam sobie sprawę, że są nietrwałe i zmienne, że nie można na nich polegać. Ciągle od czasu do czasu pojawiają się momenty nieszczęścia, złości, przykrości, różne nastroje, które przemijają, ale to wszystko odbywa się na podłożu radości. Wszystkie nastroje, stany umysłu, uczucia wskazują na to samo źródło – bezkresne niebo czystej i wolnej świadomości, która jest prawdą o tym, kim jesteśmy”.

Zaprasza nas, abyśmy się zatrzymali – tylko w tej chwili. To nie znaczy, że mamy zatrzymać się do końca życia, nigdy nie wyjść z domu, nigdy nie opowiadać żadnej historii czy nigdy już nie myśleć. To zaproszenie, by zatrzymać wszystko po to, aby w tej właśnie chwili zwyczajnie być. W istocie wszystko, co potrzebne, to jedna chwila prawdziwego zatrzymania. Jeśli się zatrzymasz i udzielisz wsparcia każdej bieżącej chwili, twoje życie zapłonie miłością, mówi i pisze Gangaji.

Budzi się czujna obecność na to, że jesteśmy czystą i wolną świadomością. Czujna obecność jest wyborem, aby w każdej chwili poddać się prawdzie o jedności wszystkiego, co jest. Co zawsze jest tutaj? Co pozostaje, gdy wszystko przemija i dobiega końca? To, co pozostaje, jest godne zaufania.

Jak wyglądałyby nasze intymne związki, gdyby była w nich uważność i świadomość, że wszystko jest jednością? A jak wyglądałaby z tej perspektywy praca, którą wykonujemy? I wszystkie inne związki, które tworzymy? W jaki sposób dbalibyśmy o siebie, o wspólnoty, które tworzymy, i o przyrodę?

Niektórzy nazywają ją guru, inni nauczycielką, ona mówi o sobie, że jest zwykłą kobietą i niczym się od nas nie różni. Wszyscy jesteśmy odbiciami jednej esencji świadomości. Świadomość jest wolna, dlatego i my jesteśmy wolni.

Przyjaciółki

Dziennikarka Rita Marie Robinson przeprowadziła fascynujące wywiady z kobietami w różnym wieku, które w świecie prowadzą grupy obecności i uważności. Zebrała je w zbiór: „Zwyczajne kobiety, niezwykła mądrość. Kobiecy wymiar przebudzenia”. Wszystkie żyją zwyczajnie – mają dzieci, mężów, psy, obiady do ugotowania, rachunki do zapłacenia. Mimo że doświadczają – jak my wszyscy – nieuchronnych zmian, rozwodów, chorób, konfliktów i śmierci, promienieją spokojem i radością. Nie mówią o sobie, że są nauczycielkami, ponieważ to sugerowałoby, że wiedzą coś, czego my nie wiemy. Nazywają siebie „przyjaciółkami”. A oto, co mówią te zwyczajne niezwykłe kobiety o swojej przebudzonej świadomości:

„Cały czas usiłowałam naprawić osobowość; byłam nie taka, chciałam być »lepsza«. Jeśli myślisz, że jesteś »kimś«, osobowość stworzy problemy na nowo. Cała moja praca nad tym zagadnieniem była daremna i upokarzająca. To tak, jakbyś chciała zacerować sweter w jednym miejscu, a on pruje się gdzie indziej. Moją prawdziwą naturą jest przestrzeń, otwartość, a nie myślący umysł”.

„Pojawiają się wszystkie uczucia, jakie można sobie wyobrazić: smutek, złość, szczęście. Jednocześnie czuję się głęboko odprężona. To dla mnie znak, że coś ulega głębokiej przemianie”.

„Spoglądam w czyjeś oczy i widzę tę iskrzącą, łagodną, przyjazną obecność bez względu na pomysły ego, jak ta osoba powinna wyglądać i jaka być”.

„Po prostu odpowiadam temu, co dzieje się z chwili na chwilę. Łatwo zauważyć, że życie oddycha przeze mnie i stale mnie ożywia. Jeśli spojrzymy wstecz, zobaczymy, że życie zawsze o nas dbało. Życie jest bardzo, bardzo mądre”.

„Życie samo troszczy się o wszystko. Czemu nie odpuścić i nie pozwolić, aby zajęło się naszymi sprawami? Dlaczego nie zaufać tej sile, która sprawia, że trawa rośnie?”

„Gdy prowadzę zajęcia lub rozmawiam z ludźmi, to życie rozmawia samo ze sobą”.

„Sprzątam dom i gotuję obiady. To jest to samo życie co wcześniej, ale zmartwienia zmniejszyły się o 90 procent, a poczucie oddzielenia o 98 procent”.

„Jest tylko istnienie, więc w rzeczy samej nie ma kobiet ani mężczyzn. Jestem zwolenniczką braku różnic, ale te przejawy niepowtarzalności są tak cudowne, że wątpię, aby ktokolwiek chciał z nich zrezygnować”.

„Każdy przejaw istnienia – smutek, radość, żal, wyrzuty sumienia – wszystko pragnie mieć we mnie swoje miejsce. Istnienie to łagodne zaproszenie, by wszystko przyjąć do serca”.

„Miłość i czułość są naturalnie obecne”.

„Mądrość to ufać temu, co jest głębiej niż myśli, temu, co jest żywe; co kocha życie i pragnie mu służyć”.

„Poczucie błogości nie pochodzi z ucieczki, ale z bycia obecną i z mówienia prawdy. Najważniejsze, by mówić prawdę i ufać sobie. Mówić prawdę coraz odważniej i ufać sobie coraz bardziej. To nie ma końca”.

„Chociaż cała mądrość i miłość wszechświata już jest wewnątrz nas, jedynie serce o tym wie. Dla racjonalnego umysłu to po prostu zbyt wiele. Serce zna drogę i można mu zaufać”.

„W sercu jesteśmy dobrocią. Nie ma przymusu, aby stawać się dobrym, ponieważ to, kim jesteśmy, to sama dobroć”.

„Znaczną część życia poświęciłam na poszukiwanie miłości – tak bardzo jej pragnęłam. W końcu uświadomiłam sobie, że sama jestem miłością i że ona jest właśnie tu, we mnie. Och, to było bardzo zwyczajne doświadczenie tej ogromnej miłości!”

„Mam całkowite zaufanie do tego, co jest. Doświadczam ciszy w samym środku wszelkich zawirowań”.

„Ta namiętna obecność jest we wszystkim; gdy gotuję, sprzątam, wychodzę z psem, prowadzę zajęcia, rozmawiam z sąsiadką”.

„Właśnie w tym momencie, dokładnie tu, gdzie jestem, jest święta ziemia i święta chwila”.

„Po prostu wszystko zaczyna dziać się samo”.

Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?

Pierwszym impulsem do przebudzenia świadomości może być… sukces. Albo porażka. I sukces, i porażka stają się lekarstwem na naszą globalną chorobę – zniechęcenie i poczucie bezsensu. Gdy określamy siebie w oparciu o to, co na zewnątrz, możemy być zaskoczeni, że wciąż odczuwamy pustkę. Pytamy rozczarowani: „Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?”. Głęboko w sobie wiemy już, że to nie działa. Gdy ponosimy porażkę, próbując osiągnąć cel, po wielkich trudnościach w końcu poddajemy się. Zarówno całkowita porażka, jak i pełen sukces wskazują drogę do wewnętrznego spokoju i radości, ponieważ roztrzaskują iluzję, że osiągnięcie celu da szczęście i zakończy cierpienie. Droga do celu najczęściej bywa walką. Wierzymy, że walka w końcu przyniesie nam trwały spokój. Jednak spokoju nie można odnaleźć poprzez walkę, to sprzeczność sama w sobie. Rozczarowanie wysiłkami i głęboka tęsknota w sercu budzą nas do nieruchomej ciszy czystej świadomości, którą jesteśmy.

Frank Kinslow, lekarz, twórca metody samouzdrawiania, którą nazwał synchronizacją kwantową, pisze w swojej książce „Eufouczucie!”, że jedyna rzecz, która stoi między nami a spokojem to myśl, że życie wymaga naprawy. „Zaakceptuj, że życie jest, jakie jest, i zaprzestań walki, by je zmienić. To, co zajmie miejsce walki, to spokój. To tyle. Koniec historii. Koniec cierpienia”.

Ten wybitny lekarz zwraca uwagę, że żadna proklamacja pokoju na świecie niezależnie od tego, jaka wzniosła organizacja ją głosi, nie może go zapewnić. Pokój na świecie zostanie osiągnięty tylko wtedy, gdy jednostki tego świata będą w pokoju z samymi sobą. Nie jest tak, że problem światowego pokoju jest zbyt wielki czy zbyt skomplikowany. Rozwiązanie problemu dysharmonii świata jest nie tylko osiągalne, ale proste. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, by już teraz przywrócić pokój w każdym z nas.

W połowie ubiegłego stulecia znany psycholog Abraham Maslow badał zdrowych ludzi i nazwał ich „jednostkami realizującymi się”. (Dzisiaj powiedzielibyśmy „przebudzonymi”). Realizujący się są świadomi wewnętrznej jedności. Świadomie połączyli zewnętrzny chaotyczny świat z wewnętrzną spójnością, która odzwierciedla harmonię i radość w codziennym życiu. Zachwycają się pięknem nawet zwykłych spraw, ponieważ dostrzegają w nich świętość. Są z natury motywowani przez prawdę, piękno i sprawiedliwość, a nie strach, chciwość i manipulację. Są tymi, którzy naturalnie żyją w spokoju i radości. Ich świadomość jest czysta. Realizujący się mają potężny, harmonizujący wpływ na swoje środowisko, pisze Frank Kinslow. Gdy zbierze się razem dwóch lub więcej, ich wpływ podnosi się do kwadratu. Oznacza to, że dwoje realizujących się przebudzonych ludzi posiada harmonizującą moc czterech osób. Cztery osoby mają moc 16. 16 to ekwiwalent 256 osób, a 256 osób jest równe 65 536 osobom itd. Potrzeba jedynie pierwiastka kwadratowego jednego procentu populacji, by stworzyć fazę przejściową do wyższej świadomości. Pierwiastek kwadratowy jednego procentu populacji wpłynie pozytywnie na życie ludzi w danym mieście, nawet jeśli nie są oni świadomi realizujących się. To niewiarygodnie mała liczba! Jeden procent milionowego miasta to dziesięć tysięcy osób. Pierwiastek kwadratowy z tej liczby to sto osób! Wystarczy sto osób o przebudzonej świadomości, by mogły mieć podnoszący na duchu, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na milionowe miasto. By rozprzestrzenić po świecie pokój i dobrobyt, potrzebujemy jedynie ośmiu tysięcy przebudzonych osób.

Wygląda na to, że mamy przed sobą bardzo proste zadanie: Odnaleźć pokój w sobie, tylko tyle. Nasza odkryta na nowo świadomość ogrzeje świat.

  1. Psychologia

Inteligencja emocjonalna - jak zarządzać emocjami 

 (Fot. archiwum prywatne)
(Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Wielu z nas nie potrafi panować nad swoimi emocjami, co przekłada się na relacje z innymi, atmosferę w domu, wyniki w pracy. Zestresowani rodzice powielają utarte schematy wychowania, w których nie ma miejsca na rozwijanie inteligencji emocjonalnej u dzieci. Traci na tym każda ze stron.

Wielu z nas nie potrafi panować nad swoimi emocjami, co przekłada się na relacje z innymi, atmosferę w domu, wyniki w pracy. Zestresowani rodzice powielają utarte schematy wychowania, w których nie ma miejsca na rozwijanie inteligencji emocjonalnej u dzieci.  Traci na tym każda ze stron.

Każdy z nas ma dni, w których czuje, że wszystko wymyka się spod kontroli. Nad niczym nie panuje i najchętniej zapadłby się pod ziemię, albo zniknął na kilka dni. Ciągłe wrażenie przytłoczenia i natłoku pracy, wywołuje w nas ogromny stres i poczucie bezsilności. Albo co gorsze - wybuch napięcia.

Ale są też tacy, którzy pomimo licznych przeciwności losu każdego dnia są pełni energii i optymistycznie patrzą w przyszłość, a wszystkie napotykane na swojej drodze problemy potrafią przekuć w sukces.

W czym tkwi sekret? W poziomie inteligencji emocjonalnej i umiejętności zarządzania własnymi emocjami. Inteligencja emocjonalna to zbiór określonych kompetencji, dzięki którym łatwiej człowiekowi funkcjonować w społeczeństwie. Można do nich zaliczyć cztery główne umiejętności: rozpoznawanie emocji i ich rozumienie, wykorzystywanie ich potencjału w działaniu i myśleniu, empatyczne ich wyrażanie oraz korzystne regulowanie. Wysoki poziom inteligencji emocjonalnej przekłada się na lepsze radzenie sobie w sytuacjach konfliktowych czy stresujących, a także wpływa na tworzenie zdrowych relacji międzyludzkich.

Zarządzanie emocjami, a dzieciństwo  

Właściwego rozpoznawania emocji warto uczyć już małe dzieci. Powinno się też tłumaczyć, dlaczego dana emocja się w ogóle pojawiła. Pamiętajmy, aby rodzice mieli wspólną definicję dla opisywania znaczenia emocji. Dzieci uczą się poprzez naśladownictwo, dlatego tak ważne jest, by mieć świadomość, że nasze komunikaty i reakcje stanowią dla nich przykład i wzór do naśladowania. Rolą rodziców, dziadków, pierwszych nauczycieli w żłobku czy przedszkolu jest nie tyle nauczenie ich czym są w ogóle emocje i dlaczego ich doświadczamy, ale przede wszystkim swoją postawą, pokazywanie właściwych reakcji na nie.

Tak samo jest w przypadku dorosłych. Chociaż umiejętność zarządzania swoimi emocjami teoretycznie powinien mieć opanowaną każdy z nas, to jednak wiele osób miewa z tym trudności. Dzisiaj większość z nas chce regulować emocje, omijając inną ważną umiejętność jaką jest wyrażanie, czyli empatyczne pokazanie tego, jak się czuje. Samo wyregulowanie emocji nie wystarczy do dobrej komunikacji a wręcz może ją  utrudniać.

Rodzice mający problemy w tym obszarze nie będą w stanie przekazać niezbędnej wiedzy dziecku, aby potrafiło ono, w dorosłym już życiu, wyrażać i odczytywać emocje we właściwy sposób. Na szczęście inteligencja emocjonalna nie jest cechą genetyczną i można ją kształtować przez całe życie.

Inteligencja emocjonalna, a jakość życia

Dobrze rozwinięta inteligencja emocjonalna może w znaczący sposób wpłynąć na jakość naszego życia, związków z innymi, naszą samoocenę i postrzeganie samych siebie, a nawet na naszą motywację i zaangażowanie w pracy. Powinna to być umiejętność, którą rozwija się w przedszkolu czy szkole, tak jak uczy się pisania i czytania. W ten sposób można  kształcić dzieci tak, aby wyrosły na ludzi świadomych siebie, swojej wartości, pewnych siebie, ale przede wszystkim – zwyczajnie szczęśliwych.

Osoba inteligentna emocjonalnie to przede wszystkim taka, która jest świadoma swoich emocji, uważnie je obserwuje i pokazuje je innym, w czytelny i bezpieczny sposób, aby inni wiedzieli jak dokładnie ona się czuje. Kiedy jest potrzeba  zmniejszenia swojego pobudzenia emocjonalnego używa takich sposobów, który przede wszystkim jest skuteczny i “zdrowy” dla niej samej. Taka osoba nie tłumi w sobie uczuć, nie krzywdzi innych używając agresji pasywnej czy fizycznej, ponieważ każda pojawiająca się emocja jest dla niej konkretnym komunikatem. Na co dzień chcielibyśmy otaczać się właśnie takimi osobami, które swoją postawą i umiejętnością empatycznego podejścia do każdej emocji powodują, że czujemy się przy nich  po prostu bezpiecznie. Takie osoby jasno komunikują innym swój smutek, powody pojawienia się złości czy gniewu, widać jak zmniejszają zbyt intensywną radość. Potrafią również okazać ogrom wsparcia, empatii i zawsze nas wysłuchają, a przede wszystkim wiemy, jakiej reakcji możemy się po nich spodziewać. Swoją postawą sprawiają, że mamy pewność, że żadna kłótnia czy inna sytuacja konfliktowa z ich udziałem nie zamieni się w burzę słów, wyścig krzyków, obwiniania, szukania winnego i plotkowania.

Warto też pamiętać, że starając się o pracę potencjalny szef nie będzie tolerował wybuchów złości czy krzyków, które bardziej pasują do nastolatka wkraczającego w okres dorosłości, a nie przyszłego pracownika międzynarodowej korporacji. Jego oczekiwania dotyczyć będą tego, aby pracownik jasno i empatycznie wypowiadał się na temat powodu swojej złości. Żyjemy w dynamicznych czasach, w których zdolność do jasnego komunikowania swoich potrzeb, radzenia sobie ze stresem, rozwiązywania sytuacji konfliktowych, czy umiejętność pracy w zespole niejednokrotnie bardzo różniących się od siebie ludzi często bywają ważniejsze niż faktyczny poziom wykształcenia potwierdzony uzyskanymi dyplomami.

Zawsze jest dobry czas na rozwój emocjonalny

Inteligencję emocjonalną możemy rozwijać niezależnie od wieku, czy posiadanego wykształcenia. Pierwszym krokiem ku zmianie jest uświadomienie sobie swojego problemu, przyznanie się przed samym sobą, że nie potrafimy panować nad swoimi emocjami i reakcjami na różne sytuacje. Przerasta nas to, nie wiemy jak się zachować, jak zareagować, a co najważniejsze – jak odwrócić naszą uwagę od bodźców, które wywołały w nas niepożądane emocje. Gdy przez lata tłumiliśmy w sobie wszystkie emocje, bo tak zostaliśmy wychowani i żyliśmy w przeświadczeniu, że przyznanie się do odczuwania danej emocji jest złe lub nie na miejscu, albo nikt wcześniej nam nie pokazał jak w zdrowy sposób radzić sobie z narastającą w nas złością czy poczuciem bezsilności, to sami nie będziemy w stanie sobie pomóc. Niezbędne będzie wsparcie specjalistów.

Jednym ze skutecznych rozwiązań może być trening rozwoju inteligencji emocjonalnej, podczas którego uczestnicy uczą się zarządzać swoimi emocjami. Jest on dopasowany do indywidualnych potrzeb danej osoby, co weryfikują poprzedzające go testy sprawdzające m.in. aktualny poziom wszystkich kompetencji. Każdego dnia możemy również ćwiczyć naszą inteligencję emocjonalną za pomocą krótkich ćwiczeń wyrabiających w nas określone nawyki i uważność na reakcje naszego organizmu.

Z rozwijaniem inteligencji emocjonalnej powinno być tak, jak z nabywaniem każdej nowej umiejętności. Żeby nie zniechęcić się brakiem znaczących rezultatów warto zacząć od małych kroków, dzięki którym powoli zaczniemy w sobie wyrabiać nawyk pewnej uważności na reakcje naszego organizmu i emocje temu towarzyszące.

Pomocne wskazówki:

1. Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją.

2. Co się dzieje z twoim ciałem, kiedy ją odczuwasz, w którym miejscu najbardziej odczuwasz daną emocję?

3. Co wywołało tę emocję? Dlaczego ją odczuwasz?

4. Jak powinieneś wyrazić tę emocję, aby nie krzywdziła innych, ale była dla nich czytelna?

5. Co możesz zrobić, aby zmniejszyć jej siłę?

6. Co możesz zrobić, aby zmienić swój nastrój?

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Marzena Martyniak – psycholog, specjalista w dziedzinie rozwoju inteligencji emocjonalnej, stowarzyszony partner International Society of Emotional Intelligence (ISEI). Autorka polskiej wersji SEL (Social Emotional Learning) oraz unikalnego programu edukacyjnego Land of Emotions.

  1. Psychologia

Jak odnaleźć w sobie moc i motywację? – Wypróbuj 9 deklaracji Burcharda

Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji.

Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji. Brzmią one jak własna deklaracja niepodległości:

Nazbyt często gubimy się w otchłani nieświadomości. Zachowujemy się tak, jakbyśmy w danym momencie chcieli być gdzieś indziej i coś innego robić. Rozmijając się z rozkoszą tego, co dzieje się teraz. A wrogiem życia wcale nie jest odległa śmierć, tylko oderwanie od rzeczywistości. Dlatego, jeśli pragniemy w pełni skorzystać z własnego potencjału, podejmijmy świadomy wysiłek zanurzenia umysłu w chwili bieżącej. Zadecydujmy, że oto pragniemy ponownie czuć. Skoncentrujmy się na relacjach ze światem: nawiążmy kontakt z innymi i ze sobą. Bez tego rzeczywistość będzie nas niemiło zaskakiwać i rządzić nurtem wydarzeń.

1. Dlatego deklaruję iść przez życie w pełni obecna i silna.

Zbyt wiele czynników rozpraszających uwagę sprawia, że zatraciliśmy dążenie do wyższych celów. Kolejne codzienne zadania wypełniają czas od świtu do zmierzchu, mimo że to bynajmniej nie one stanowią istotę naszej egzystencji. Większości z nas brakuje inspirującej definicji sensu życia. Nie budzimy się rano z żarliwym pragnieniem jego realizacji. Radość, moc i satysfakcja czekają tych, którzy podchodzą do kształtowania swojego życia świadomie.

2. Dlatego deklaruję odzyskać kontrolę nad własnymi planami.

Wewnętrzne demony trują nas jadem troski i strachu, bezwzględnie wykorzystując chwile słabości, hamując nasz wzrost i pozbawiając sił życiowych. Demony te noszą różne imiona: zwątpienie, lęk, niskie poczucie własnej wartości, wstyd. Powstrzymują nas przed podejmowaniem nowych wyzwań, nie chcą, byśmy narazili się na trud osiągnięcia czegoś niesamowitego. Nasz los zależy od tego, na ile dobrze znamy te demony i ile bitew z nimi każdego dnia toczymy. Chodzi tu o wewnętrzne panowanie nad sobą, które pozwala przekroczyć granice własnego jestestwa.

3. Dlatego deklaruję pokonać swoje demony.

Czekamy i czekamy, żeby poznać własną tożsamość, jasno sprecyzować swoje pragnienia, otworzyć się na życie. Brakuje nam odwagi. A przecież nikt poza nami samymi nie wyda nam zgody na śmiałe dążenie przed siebie. Większość z nas nie wie, że zmiana wymaga odrobiny szaleństwa. Idealne okoliczności do postawienia kroku w nieznane nie nadejdą nigdy. Dlatego dobrze wykazywać się brakiem rozsądku i niefrasobliwością. Każdy z nas jest sumą swoich działań, nie zaś sumą zamiarów. Uratować mogą nas jedynie odwaga i dyscyplina w podnoszeniu świadomości o sobie i swoim życiu.

4. Dlatego deklaruję konsekwentnie kroczyć naprzód.

Jesteśmy wyczerpani, świat zdaje się tracić energię emocjonalną. Nie dbamy o swoje samopoczucie. Wolimy sukces niż zdrowie psychiczne, nabraliśmy chłodnego stosunku do życia. Brakuje entuzjazmu, śmiechu i umiłowania egzystencji. Gdzie szalona determinacja, żywa pasja, kroczenie ku temu, na czym naprawdę nam zależy? Gdzie są radośni ludzie z charyzmą? Co się stało z docenianiem żaru życia? Czas pochylić się nad kwestią naszego stosunku do niego, by na nowo rozbudzić w sobie jego magię.

5. Dlatego deklaruję odczuwać radość i wdzięczność.

Zbyt łatwo godzimy się na życiowe kompromisy, bez walki wyrzekamy się indywidualizmu. Ludziom się często wydaje, że są silni. Ale gdyby uczciwie przyjrzeli się swojemu życiu, ujrzeliby ciąg przedwczesnych kapitulacji. Często poddajemy się na krok przed urzeczywistnieniem marzeń. Robimy to dla znanej wygody, dla podporządkowania się czemuś lub komuś. Wycofujemy się ze świata i wyrzekamy się tego, co dla nas ważne. To uleganie pokusie słabości i odmawianie potrzebom serca. Właściwa droga zaś wiedzie ku prawdziwym wartościom, które indywidualnie wyznajemy.

6. Dlatego deklaruję dotrzymać wierności zasadom.

„Chronić własne serce” – to powszechna histeria. Zamiast w pełni odczuwać miłość, pozwalamy jej co najwyżej się sączyć. Boimy się bólu, podczas gdy miłość istnieje niezależnie od niego. Bo to tylko ego doznaje krzywdy. Miłość jest zawsze i wszędzie, w swoim bezmiarze korzystając z pełnej swobody. Miłość to duchowa energia, która płynie przez wszystko we wszechświecie, przez tak zwanych wrogów też. Nie możemy jej posiąść ani stracić. Problem polega na tym, że przyjęliśmy węższą definicję miłości i sprowadziliśmy na siebie cierpienie. Potrzeba nam emocjonalnego otwarcia się na miłość, co oznacza uwolnienie serca od lęku przed krzywdą oraz rezygnację z oczekiwania wzajemności.

7. Dlatego deklaruję wzmocnić miłość.

Poszum przeciętności, podglądactwo, zaspokajanie podstawowych potrzeb zmysłowych zastąpiły miejsce kreatywności.

8. Dlatego deklaruję dążyć do wybitnych osiągnięć.

Światem rządzi pośpiech. Tymczasem życie nie powinno nas omijać. Z powodu zmęczenia i stresu odrywamy się od chwili obecnej. Płacimy za to wysoką cenę – chwile nie nabierają ostrości, gromadzą się tylko jedna za drugą w postaci chaotycznych dni. Sprowadzamy na siebie katastrofę pozbawionego radości życia, którego tak naprawdę nie przeżywamy. Kiedy ostatnio śmiałaś się do rozpuku? Kochałaś bez opamiętania? Tańczyłaś do utraty tchu? Żeby życie stało się żywym doświadczeniem, musimy zwolnić. Każdym dniem powinniśmy się cieszyć jak chwilą wytchnienia nad chłodnym strumieniem w upalny dzień.

9. Dlatego deklaruję spowolnić czas.

Brendon Burchard jest założycielem High Performance Academy, autorem książki „Energia”, która znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”, a także książki „Life’s Golden Ticket”. Jego sesje szkoleniowe oraz kursy wideo inspirują miliony ludzi do odnajdywania w sobie nowego ładunku energetycznego, dokonywania pozytywnych zmian w życiu oraz dzielenia się z innymi swoimi doświadczeniami.