1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Depresja. Jak wyjść z „dołka”?

Depresja. Jak wyjść z „dołka”?

Fot. IStock
Fot. IStock
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeśli od jakiegoś czasu zmagamy się ze stanem obniżonego nastroju, a nasze ciało protestuje przeciw wszelkim aktywnościom i skutecznie buntuje się przed mobilizacją, wówczas utknęliśmy w tak zwanym „dołku”.

Sprzedajemy tę naszą osobliwą, ale jakże częsta diagnozę wszystkim dookoła, którzy zamiast uśmiechu na naszej twarzy oglądają przyklejony poprawny grymas.

Zdarza mi się, że podczas sesji coachingowej słyszę:

„Pani Ewelino, mi się znów pogorszyło, chyba zapomniałam o tym, co już wiedziałam i co działało na mnie pozytywnie. Znów utknęłam w jakimś dołku. Nie chcę tak dłużej, chcę znów być na takim poziomie świadomości, na jaki udało mi się wskoczyć wcześniej”.

W takich sytuacjach pierwszą rzeczą, którą sygnalizuję jest radość z tego, że klient/pacjent zauważył lampkę alarmową nad swoją głową i postanowił ją zgasić. To tak, jak z przyjmowaniem tabletek przeciwbólowych np. na ból zęba. Jeśli bralibyśmy je w niestandardowych ilościach, tłumiąc każde, nawet lekkie ćmienie zęba, nie zareagowalibyśmy skutecznie, by go wyleczyć, dotrzeć do źródła bólu, albo zupełnie nie potrafilibyśmy wskazać gdzie ono jest. Dlatego na wstępie, każdemu kto z egzaltacją mówi mi, że chce wrócić do stanu sprzed „dołka”, bo mu było tam dobrze-gratuluję. Znając stan „niewygodny” i „wygodny” łatwiej nam określić, do którego zmierzamy.

Jak zatem rozprawić się ze sobą w sytuacji kilkudniowej, czy kilkunastodniowej chandry?

  1. Przede wszystkim rozpoznać, nazwać i zaakceptować swój stan. Pamiętajmy, że to z czym walczymy staje się coraz silniejsze, a przecież nie chcemy, by w dołku przygniótł nas jeszcze jakiś ciężar, bo trudniej nam się będzie z niego wydostać.
  2. Po drugie: dać sobie zapewnienie, że ten stan jest chwilowy i będzie trwał tak długo, jak tego potrzebujemy, czy na to pozwolimy. Możemy założyć, że mamy potrzebę przeżyć te negatywne, aczkolwiek ludzkie emocje, jak na przykład bezsilność, strach, smutek, rozczarowanie, itp. Potraktujmy ten stan, jako odpowiedź naszej wrażliwej duszy na to, co się dzieje wokół nas, albo na to, co nas personalnie dotknęło. Zaufajmy sobie, że ten stan potrwa tyle ile trzeba i na pewno nie będzie trwał całe nasze życie.
  3. Po trzecie: odpowiedzmy sobie szczerze na dość retoryczne, ale konieczne z punktu widzenia pracy naszego umysłu pytanie: „Co jest dla mnie korzystne?” Rozpiszmy sobie swoisty algorytm, zwłaszcza, jeśli jesteśmy wzrokowcami (rozważając dwie opcje: zostaję w dołku i wychodzę z dołka). Wypiszcie korzyści wynikające dla Was z każdej z tych decyzji. Może się okazać, że wolicie tkwić w dołku, bo dla Was jest to korzystniejsze (opieka domowników, troska przyjaciół, wyręczanie w codziennych obowiązkach, „wolne” od podejmowania decyzji). Zmierzcie się z tym.
  4. Po czwarte: jeśli zależy Wam, by wydostać się z tego niewygodnego dla Was stanu, złóżcie sobie obietnicę korzystnej zmiany. Spójrzcie sobie głęboko w oczy przed lustrem i złóżcie sobie obietnicę. Warto też wypowiedzieć na głos powód, dla którego ją sobie składamy, np. troska o siebie, chęć mobilizacji do podjęcia zaplanowanych wcześniej działań, miłość do siebie. Postawcie sobie też konkretny deadline i określcie po czym poznacie że już jesteście w tym pożądanym, wygodnym dla ciała, duszy i waszego umysłu stanie:)
Te etapy warto przechodzić właśnie w takiej kolejności, od nazwania, akceptacji, zapewnienia, do określenia korzyści, podjęcia decyzji i złożenia sobie obietnicy korzystnej zmiany.

Zatem przeżywajcie swoje „doły” świadomie, tak, by nie one miały nad Wami kontrolę, ale Wy nad nimi. Nie demonizując, ale akceptując i świadomie się z nich podnosząc.

Z serdecznością

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję!" - apeluje psycholog Ewa Woydyłło

Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. (Fot. iStock)
Trzeba pozwolić sobie na smutek, ból, gniew..., ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości – psycholog Ewa Woydyłło radzi, jak żyć po bolesnej rozłące. 

„Jeszcze pół roku temu byłam taka szczęśliwa, planowaliśmy ślub, ale mój mężczyzna mnie zostawił. Od trzech miesięcy nie śpię, nie jem, zmuszam się do wychodzenia z domu... Nadal go kocham. Jak to się skończy?” – pyta młoda dziewczyna na internetowym forum... Odpowiedziałabym jej tak: Uważaj dziewczyno, nie zamień zawodu miłosnego w depresję! Postaraj się jak najszybciej powrócić do życia. Z pomocą rodziny i znajomych, swojej pracy, nauki, wypełniania obowiązków – odbuduj swoje poczucie wartości i nadzieję na przyszłość. Zaakceptuj tamto bolesne zdarzenie. Potraktuj je nie jak tragedię, lecz życiową lekcję, z której możesz się dowiedzieć czegoś ważnego o sobie i o mężczyznach. Lekcja ta przyda ci się, gdy będziesz gotowa poszukać sobie nowego narzeczonego.

Kiedy nadejdzie chwila refleksji, zastanówmy się: jakie cechy i zachowania przyciągają ludzi, a jakie odpychają? Wniosek powinien być prosty: osoba przygnębiona, z oczami pełnymi łez, zamykająca się w czterech ścianach, na pewno ma niewielkie szanse na zainteresowanie sobą ewentualnego, następnego partnera. Dlatego nie warto zbyt długo cierpieć po żadnym rozstaniu.

A co poradzić kobiecie, która pisze: „Po 10 latach związku mąż mnie zdradził i odszedł do innej. Poczułam się jak gliniany dzban uderzony kamieniem. Mamy trójkę dzieci, ale nawet one nie są w stanie przynieść mi ulgi. Nie chce mi się żyć”. Tak, to bardzo przykre, okropne! Zdrada szczególnie boli. To potrwa. Niestety, podobne przeżycia mają tysiące ludzi, ta kobieta nie jest wyjątkiem. Poradziłabym jej: „Nie trzeba rozdrapywać tej rany, lecz odwrotnie – pomóc jej się zagoić. Proszę zacząć powoli odwracać uwagę od swego bólu i skierować ją ku sprawom bieżącym. A jeżeli pani życie toczyło się tylko dla tego mężczyzny, to najwyraźniej… nie był tego wart, skoro nie potrafił dzielić z panią miłości i wspólnego życia. Takie spojrzenie na sprawę pomoże pani stopniowo przewartościować wiele rzeczy. Niech pani rozmawia o swoich uczuciach z bliskimi. Proszę też wziąć pod uwagę spotkanie z psychologiem, to pomaga spojrzeć na życie z większego dystansu, zobaczyć nie tylko to, co pani straciła, lecz także to, co zyskała z tego doświadczenia. To zaprocentuje w przyszłości”.

Każde rozstanie z bliską osobą boli, wywołuje szok i bunt. Jak sobie pomóc? Czy wypłakać emocje? Po rozstaniu z kimś drogim, kochanym – każdy cierpi, choć niejednakowo. Żal po stracie może być niewymownie głęboki i bolesny, ale też krótkotrwały i niespecjalnie dotkliwy. To zależy od siły zerwanego przywiązania: im było większe, tym trudniej pogodzić się z rozstaniem. Jak przetrwać ten stan? Cierpliwie, z szacunkiem dla własnego cierpienia, lecz bez zbytniego pogrążania się w smutku i osamotnieniu, żeby nie utkwić w cierpieniu na zbyt długo.

To znaczy, że ból jest wprost proporcjonalny do zaangażowania w związek? Dokładnie tak. Dodajmy, że liczą się tu także pewne cechy charakteru: osoby ze skłonnością do pesymizmu i użalania się nad sobą mają tendencję do nadmiernego rozdrapywania ran emocjonalnych, a więc i cierpienia po rozłące. To właśnie im najbardziej grozi depresja z powodu porzucenia, rozwodu czy zdrady. Dość ważnym czynnikiem jest też aktywność tej osoby. Ciekawa praca, szeroki krąg towarzyski, a zwłaszcza pasjonujące hobby są najlepszym remedium na życiowe rozczarowania i chwilowe osamotnienie.

Ludzie często siebie obwiniają za odejście partnera. Czy to pomaga w wyjściu z psychicznego dołka? Nie pomaga, ale jest w pewnym sensie nieuniknione. Gdy do ostatecznego rozstania już doszło, to najlepszą rzeczą jest wyciągnięcie wniosków na przyszłość. I wtedy to poczucie winy i samobiczowanie może przynieść wiedzę, jak nie postępować w związku, żeby znowu nie zakończył się rozpadem. Ale gdy już sobie to uświadomimy, to koniec z rozpamiętywaniem. Mądrzy ludzie czynią to, co przynosi dobro, a nie zło. Nadmierne obwinianie się po doznanym nieszczęściu przynosi samo zło.

Kobiety są podobno silniejsze psychicznie, ale to one po rozstaniu częściej zapadają się w sobie. Czy proces cierpienia i powracania do życia przebiega inaczej u kobiet niż u mężczyzn? Po zawodzie miłosnym czy zdradzie mężczyźni częściej rzucają się w wir pracy, pasji i dzięki temu szybciej wracają do równowagi. Ale uwaga: nie wszyscy mężczyźni! Niektórzy, dokładnie tak samo jak wiele kobiet, zamykają się w czterech ścianach, rozpamiętują, użalają się nad sobą i cierpią – cierpią w nieskończoność. Ani jednym, ani drugim nie pomaga to w zaakceptowaniu rozstania i może prowadzić do chronicznej depresji.

Po ukazaniu się artykułu, w którym rozmawiałyśmy o tym, jak żyć, by nie dać się złym nastrojom – otrzymałam kilka listów właśnie od mężczyzn. Skarżyli się na depresję z powodu porzucenia przez kobietę. Próbują z niej wyjść z pomocą psychiatrów i leków psychotropowych. Nie wiem, czy to już dowód na to, że kobiety są silniejsze psychicznie, ale w niektórych przypadkach może faktycznie tak być.

Czy szybkie zawiązanie nowej relacji to dobry sposób na odcięcie się od przeszłości i odzyskanie pewności siebie? Lepiej dać sobie trochę czasu na refleksję, odżałowanie nieudanego związku, analizę postępowania tak swojego, jak i partnera.. To potrzebne do zweryfikowania kryteriów, jakimi się kierujemy, obierając obiekt zaangażowania. Pobyć przez jakiś czas „bez pary – to dać sobie szansę na lepsze poznanie siebie – swoich potrzeb, upodobań, wymagań wobec innych... Z taką samowiedzą łatwiej będzie trafnie wybrać odpowiedniego partnera w przyszłości.

Amerykanie przeprowadzili badania tysięcy par będących w drugich lub trzecich związkach. Zdecydowana większość stwierdziła, że każdy kolejny związek był lepszy od poprzedniego. Logiczne? Oczywiście, że tak. Bo przecież w następnym związku wykorzystujemy lekcję, jaką dostaliśmy wcześniej. I to jest pocieszające, zwłaszcza dla osób, które aktualnie cierpią po jakimś rozstaniu. Chciałoby się im powiedzieć: „głowa do góry, jutro będzie lepiej! – pod warunkiem, że się postarasz, no i dokonasz dobrego wyboru...

W swojej książce „Podnieś głowę” napisała pani, że w trudnych stanach emocjonalnych – jedni szukają wsparcia, inni samotnej kryjówki. Który sposób reagowania na ból jest lepszy? Zdrowiej wyrażać przeżywane uczucia i dzielić swoje smutki z bliskimi niż dusić je w sobie. W psychologicznej arytmetyce smutek opowiedziany komuś dzieli się na dwa, a opowiedziana radość mnoży się przez dwa. Najgorsze jest samotne zapędzenie się w ślepy zaułek, z którego nie widać żadnego wyjścia. I kompletny brak pomocnej dłoni.

W jednej z moich książek przedstawiam depresję jako wielogłowego potwora – wygląda mniej lub bardziej groźnie w zależności od tego, którą głowę wystawi ze swojej kryjówki, a tę znajduje sobie w zakamarkach ludzkiej duszy. Jego legowiskiem jest samotność, a pożywieniem czarnowidztwo, egocentryzm, perfekcjonizm i bierność, a więc trujący pokarm wytwarzany przez niektóre umysły. Niekiedy uda się urwać potworowi głowę, ale wkrótce okazuje się, że depresja całkiem nie odeszła, tylko trochę się oddaliła. Rośnie w skrytości dalej i znowu wystawi łeb, tylko nieco inny. Na tym, moim zdaniem, polega chroniczność tej przypadłości. Bardzo rzadko udaje się ściąć za jednym zamachem wszystkie łby swojej depresji – tak radykalnie, że potwór zemrze, uschnie i sczeźnie.

Leczenie i późniejszy powrót do zdrowia polegają zwykle na nauczeniu się ustawicznego pilnowania swojej duszy, żeby samotność znów nie stała się legowiskiem jakiegoś psychicznego potwora, który zechce odebrać nam siły i radość życia. Co pewien jednak czas trzeba się z nim trochę pomocować, żeby – kiedy się pojawi – nie dać się pożreć żywcem. Wychodzenie z depresji porównałabym więc do walki o siebie lub może raczej do bycia w ciągłej do niej gotowości – przeciwko potworowi smutku, przygnębienia, złości, nieufności czy braku nadziei i zniechęcenia do życia.

Jak długo można „bezpiecznie” cierpieć? Nie ma reguły ani co do czasu trwania żalu po stracie, ani sposobu jego przeżywania. To sprawa indywidualna. Trzeba pozwolić sobie na ból i łzy, także gniew czy urazę, ale powoli podnosić głowę i dostrzegać inne możliwości i szanse, jakie daje życie. Zajmując się nadmiernie przeszłością, można je bowiem zaprzepaścić. Lepiej więc nie dawać sobie przyzwolenia na zbyt długie wycofanie się z życia, bo można popaść w nawyk, a ten trudno potem zmienić.

Na wszelkie życiowe trudności i załamania psychiczne proponuję patrzeć jak na wspinaczkę górską: Stojąc przed wysoką skałą, myślimy, że nie zdołamy się na nią wdrapać. Gdy jednak to się uda i staniemy na szczycie, zobaczymy ogrom piękna, rozpierać nas będzie uczucie dumy i wzruszenia... I tego nikt nam już nigdy nie odbierze. Warto! Tak samo jak porzucić użalanie się nad sobą i rozpamiętywanie nieudanego związku, bo tylko wtedy dotrzemy do miejsca, gdzie będziemy mieć szansę na przeżycie czegoś wspaniałego.

Kiedy kontakt z psychiatrą jest konieczny? Gdy uznamy, że sami nie dajemy sobie rady ze swoim smutkiem, rozpaczą, utratą chęci do życia, autodestrukcyjnymi odruchami. Przedłużająca się powyżej kilku tygodni depresja może stwarzać zagrożenie życia. Z tym nie ma żartów. Wtedy jak najszybsza wizyta u psychiatry jest absolutnie niezbędna.

Czy uważa pani, że ciosy, jakie otrzymujemy od życia, zamykają nam jedną furtkę, byśmy odnaleźli drugą, lepszą dla siebie? Właśnie tak jest! W tych słowach już pobrzmiewa optymizm, ufność i nadzieja.

  1. Psychologia

Metoda psychodynamiczna - gdy nie potrafisz wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych

Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Jestem stara, jestem brzydka. Nie stworzyłam związku, nie mam dzieci. Lata mijają... Czułam się ciężka i bezwolna jak ciasto na kluski – opowiada 40-letnia Maria. Siedem lat terapii metodą psychodynamiczną pozwoliło jej poznać siebie i wreszcie dorosnąć. 

Pewnego dnia stanęłam przed lustrem, spojrzałam na siebie i powiedziałam: „Nie jestem już młodą dziewczyną, ciało też już nie nastolatki. Nie stworzyłam trwałego związku z mężczyzną, nie mam dzieci. A na karku 32 lata”. I nagle poczułam się jak ciasto na kluski – ciężka, bezwolna, bez sił, żeby się ruszyć. Od tego momentu nad moją głową zaczęły gromadzić się czarne chmury.

Coraz częściej wpadałam w stany przygnębienia, smutku, apatii, beznadziei i braku sensu życia. Ale też frustracji i złości na siebie. Myślałam: „Kurczę, czas ucieka, a ja mam ciągłe poczucie niespełnienia, braku satysfakcji z czegokolwiek. Chcę, by moje życie wyglądało inaczej! Co jest ze mną nie tak? Dlaczego jestem sama?”.

Mijały lata, a ja nie żyłam, tylko trwałam, międląc wciąż jakieś smutne sprawy. Potem ból psychiczny przerodził się w fizyczny: pojawiły się migreny, bezsenność, kołatanie serca… Byłam sobą zmęczona. Podobnie jak moja przyjaciółka, która wreszcie mną potrząsnęła, mówiąc: „Słuchaj, Marysiu, już nie mam siły rozmawiać z tobą o tym, że nie masz faceta, bo zachowujesz się tak, jakbyś wcale nie chciała go mieć, i nie robisz nic, by go znaleźć. Myślę, że masz ze sobą jakiś problem i powinnaś pójść na terapię. Użalaniem się nad sobą niczego nie zmienisz”. I poleciła mi znajomego psychoterapeutę.

Zawarłam kontrakt

Z ciężkim sercem weszłam do gabinetu i opisałam bagaż, z jakim przyszłam. Terapeuta wysłuchał mnie spokojnie, po czym rozpoczął od przedstawienia zasad terapii: co najmniej 2, a najlepiej 3–4 sesje w tygodniu po 50 minut. Jeśli na którąś nie przyjdę, to i tak będę musiała za nią zapłacić. Każda sesja jest odliczana skrupulatnie co do minuty. Jak się spóźnię, to zabieram sobie cenny czas. Żadnego przekładania spotkań. I zwracamy się do siebie per „pan/pani”. Koniec, kropka.

Takimi sztywnymi, wręcz restrykcyjnymi zasadami charakteryzuje się metoda, w jakiej pracował mój terapeuta – psychodynamiczna, oparta na założeniach teorii psychoanalizy. Kiedy jednak na „dzień dobry” usłyszałam zestaw tych reguł i to, że mam ich bezwarunkowo przestrzegać, mocno się wkurzyłam: „Ten terapeuta chce na mnie zarobić! Mam stać się taką samą wariatką, jak bohaterowie filmów Woody'ego Allena i przez kilka lat przychodzić do niego z byle problemem, bo inaczej nie zrobię kroku do przodu?!”– pomyślałam. Ale czułam, że stoję pod ścianą. Zacisnęłam zęby i powiedziałam do siebie: „Teraz albo nigdy!”, a głośno: „Zgoda”. Byłam zdeterminowana, potrzebowałam pomocy, więc zaufałam. Zawarłam z terapeutą swoisty kontrakt. Później okazało się, że takim ustawieniem terapii zapoczątkowuje się proces leczenia, który w moim przypadku trwał prawie 7 lat.

Lustro prawdy

Terapeuta pracujący metodą psychodynamiczną nie mówi miłych słów, nie głaszcze po głowie, nie radzi, jak postąpić... Pełni rolę takiego lekko wycofanego lustra, na które rzutuję swoje nastroje, uczucia, przeżycia i wszystkie schizy, po czym odwraca je w moją stronę i pokazuje mi prawdziwe „ja”.

Tworzywem do analizy mogło być wszystko: moje spóźnienie lub to, że przyszłam za wcześnie, to, co mi się śniło lub mnie poruszyło, coś, co przeczytałam, zobaczyłam... Każde przeżycie, uczucie, emocja. Siadaliśmy zwróceni do siebie twarzą w twarz i rozmawialiśmy o sprawach bieżących, o tym, co się działo w moim życiu „tu i teraz”. Jeśli wracaliśmy do zdarzeń z dzieciństwa, z przeszłości, to jedynie po to, żeby pokazać, jaki wpływ wywarły na moje obecne zachowania czy wybory.

Na przykład: przychodziłam na sesję zdenerwowana i opowiadałam o zdarzeniu, które mnie rozzłościło. Z tej wypowiedzi terapeuta wyłapywał pewne elementy moich zachowań, emocji, które potem mi pokazywał. I ja nagle widziałam obraz dziewczyny niesympatycznej, nieznośnej, agresywnej lub prowokującej do agresji. To było dla mnie ogromnie trudne do przyjęcia, bo dotąd uważałam się za osobę łagodną, wrażliwą, delikatną, nie potrafiącą walczyć o swoje, podporządkowaną... Inny przykład: Mówiłam, że nie lubię pana K., bo jest oschły, zawistny, gburowaty, a tu nagle widzę, że ja też noszę w sobie takiego małego zgreda. Osłupiałam z wrażenia. Dlaczego go nie cierpię? Bo nie lubię tej części swojego „ja”. Terapeuta pokazywał mi ciemniejszą stronę mojej osobowości, cechy, które spychałam w podświadomość, skrywałam przed sobą, nie chciałam się do nich przyznać.

Momentami tak mnie to wkurzało, że miałam ochotę rzucić się na terapeutę z pięściami. Myślałam: „Boże, po co ja tu przychodzę?! Nie dość, że mnie gnoi, to jeszcze mu za to płacę. Zamiast mnie podbudować, wmawia mi jakieś okropne rzeczy. Jest jak moja mama – tylko mnie krytykuje i wytyka błędy”. Nasza relacja bywała niezwykle trudna, zwłaszcza na początku terapii. Ale to nie kto inny, tylko właśnie terapeuta wziął na siebie trud zderzania się z moimi nastrojami i emocjami. Był ze mną także w trudnych momentach, które wydarzyły się w moim życiu w czasie tych siedmiu lat terapii.

Nazywam się Narcyz

Kiedy wpadałam w depresyjny nastrój, czułam się jak w smole. Narzekałam: „Jestem stara, świat mnie odrzuca, wszystko jest dla młodych. Jestem brzydka, nie mam partnera, inni mają lepiej ode mnie”. I kołowrót negatywnych myśli szedł w ruch.

Kiedyś przyszłam na sesję i opowiedziałam o sytuacji towarzyskiej, w której dostałam po tyłku. I... ku mojemu wielkiemu zdumieniu – terapeuta uświadomił mi, że sama się w taką wepchnęłam. Więcej: czerpałam z tego jakąś perwersyjną satysfakcję! Zaczęłam więc przywoływać z pamięci i analizować różne relacje, w jakie wchodziłam z innymi, i dochodziłam do wniosku, że – istotnie – pewnym osobom pozwalałam się źle traktować, nawiązywałam destrukcyjne związki, sama siebie nie szanowałam i odbierałam sobie godność. Musiałam się zgodzić z terapeutą, że faktycznie mam skłonność do wchodzenia w rolę pokrzywdzonej – z niechęci do widzenia rzeczywistych problemów. Nie zdawałam sobie sprawy, że ucieczka od siebie może przybierać taką formę. Że przyjmuję rolę ofiary, a równocześnie mam w sobie cechy… narcyza.

Zawsze mi się wydawało, że jestem taką grzeczną dziewczynką, że muszę pracować nad tym, by bardziej walczyć o swoje. Dopiero na terapii zrozumiałam, że ja to potrafię, tylko tę waleczność stłumiłam. Od dzieciństwa nosiłam w sobie poczucie, że się wszystkim podporządkowuję, buntuję, ale podporządkowuję. Przeżyłam szok, kiedy terapeuta uświadomił mi, że mam ogromną potrzebę bycia wyjątkową, zawsze na świeczniku, na wysokim stanowisku. Że chciałabym, by świat kręcił się tak, jak mu zagram. Tylko wypycham to ze swojej świadomości. Nie wierzę w siebie. Wydaje mi się, że muszę zrobić Bóg wie co, by udowodnić sobie, że jestem coś warta. Nie potrafię zaakceptować tego, jaka jestem. Stąd mój narcyzm. Okropny stan, w którym pustkę wewnętrzną i żałobę po stłumionym „ja” wypełnia się osiągnięciami, budowaniem i desperacką obroną wizerunku osoby wyjątkowej.

Walka buntu z uległością 

Dopiero w wieku 36 lat odkryłam główne źródło swoich zachowań i wyborów. Nie sądzę, bym znalazła je bez pomocy terapeuty. Tym źródłem była bardzo mocna, a zarazem destrukcyjna więź z mamą. Pępowina, której nie potrafiłam przeciąć, stać się niezależną osobą i wziąć życie w swoje ręce. Wydawało mi się, że jestem samodzielna. Niezależność to był mój lejtmotyw. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo pozostaję uzależniona psychicznie od mamy. Dociągałam do czterdziestki, a nadal nie dorosłam.

Odkąd pamiętam, zawsze się przeciwko mamie buntowałam. Zapierałam się czterema łapami, żeby tylko nie zrobić tego, co ona chce. Kiedy byłam mała i nie mogłam buntować się otwarcie, stosowałam inne metody – najczęściej bierny opór lub ociąganie się. Nigdy nie podobało jej się to, co robiłam. We wszystkim mnie kontrolowała, wciąż krytykowała, wytykała błędy i potknięcia. Nie znosiłam być posłuszna. Może dlatego, że nigdy mnie nie przytulała, nie chwaliła, a tylko wciąż czegoś ode mnie wymagała i za najdrobniejsze nieposłuszeństwo obrażała? Bardzo krótko mnie trzymała, a ja potrzebowałam więcej swobody. I miłości. Na jej pochwałę lub uśmiech musiałam sobie zawsze zasłużyć. Recytowałam więc np. wierszyki na spotkaniach towarzyskich, choć tego nienawidziłam. Z oporami, ale robiłam, co mi kazała, choć często się we mnie gotowało. Ustępowałam.

Przez długie lata walczyły we mnie bunt z uległością. Kiedy opuściłam dom, przestałam podporządkowywać się jej woli, ale bunt pozostał. Mama codziennie do mnie dzwoniła, kontrolowała i oceniała moje życie. Myślałam, że już jestem wolna, że już nie ma nade mną władzy, że robię ze swoim życiem, co chcę. Jakże się myliłam. Nie założyłam rodziny, bo mama ciągle mnie pytała, kiedy wyjdę za mąż. Nie urodziłam dzieci, bo mama wciąż mówiła, że trzeba je mieć, no bo kto mi na starość poda szklankę wody – doprowadzało mnie to do pasji. Podświadomie byłam głucha na swoje potrzeby. Moje życie nadal obracało się wokół buntu przeciwko mamie, a stłumione potrzeby rozsadzały mnie od środka w postaci agresji, złości, frustracji. Skutkowały nieudanymi relacjami z mężczyznami...

Podczas terapii dotarło wreszcie do mnie, że dorosłość zaczyna się w momencie, kiedy już nie buntuję się przeciwko mamie, tylko przyznaję, że związek, rodzina, dzieci są dla mnie ważne. Nie rezygnuję z siebie i własnych potrzeb w imię utrzymania sztucznego wizerunku. Zrozumiałam też, że nie można wszystkiego zwalać na mamę i mówić np.: „A ja to jestem taka, bo mamusia mnie nie kochała” – to absurd! Coś od rodziców dostajemy, a czegoś nie, tak samo, jak oni coś dostali lub nie od swoich rodziców. I z tym, co wynieśliśmy z domu, możemy zrobić coś dobrego lub coś złego.

Wreszcie, po latach buntowania się, nakręcania mogę żyć spokojnie. Uniezależniłam się od mamy. Naprawdę dorosłam. Gorycz i złość spłynęły ze mnie podczas terapii.

Mam prawo do bycia sobą

Uświadomienie sobie czegoś nie oznacza, że automatycznie to przyjmiemy i od razu zaczniemy żyć inaczej. To dopiero pierwszy krok do zmian. Wszystko trzeba przepracować. Niektóre uczucia, postawy, zachowania czy schematy myślowe wychodziły na sesjach drugi, piąty czy nawet setny raz, ale już ten pierwszy uruchamiał we mnie pewien proces emocjonalny. Rodziła się większa akceptacja siebie – dziewczyny witalnej, ciekawej świata, empatycznej, odważnej, ale czasem też rozlazłej, leniwej, ze skłonnością do masochizmu lub narcyzmu. Ta ciemna część mojej osobowości potrafiła kiedyś storpedować entuzjazm, ciekawość i kreatywność tej drugiej. Boże, ile planów przez to nie zrealizowałam, odbierając sobie siły i nadzieję!

Teraz, kiedy czasami zalewają mnie czarne myśli, nie pozostaję wobec nich bezradna – uruchamiam narzędzia terapeutyczne, czyli pewną refleksję nad tym, co odczuwam, co się ze mną dzieje, dlaczego tak się dzieje, i potrafię powiedzieć sobie: „Stop! To do niczego nie prowadzi”. A jak spotykam się z zachowaniami, które mnie ranią lub złoszczą, to się wyzłoszczę, jak trzeba poprzeklinam, ale już się nie nakręcam, nie obracam w sobie tego w nieskończoność – dzięki temu emocje opadają i szybko się regeneruję. Dałam sobie prawo do bycia sobą. Jestem Marysią, a nie jakąś Jolą.

Najważniejsze: nauczyłam się doceniać i pielęgnować relacje z ludźmi – teraz są o wiele głębsze, cieplejsze. Stałam się bardziej uważna na to, co mówię i robię innym. Poświęcam im więcej czasu. Zmieniłam się. Nie tylko bardziej rozumiem i akceptuję siebie, lecz także lepiej odczytuję problemy tkwiące w innych ludziach. Mam dla nich więcej empatii, zrozumienia, współczucia, a mniej złości i agresji. I pielęgnuję w sobie tę pogodę ducha. Poznałam też mężczyznę, z którym stworzyłam szczęśliwy związek. Planujemy być ze sobą do końca świata i jeden dzień dłużej.

Dla ciekawych siebie

Terapia psychodynamiczna (analityczna, wglądowa) należy do metod wywodzących się z klasycznej psychoanalizy freudowskiej, ale korzysta także z późniejszych szkół nurtu. Jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. Terapeuci stosujący tę metodę odwołują się do freudowskiej teorii istnienia w ludzkiej psychice stłumionych, nieuświadomionych popędów i ich destruktywnej siły, lecz różnią się sposobem pracy z pacjentem. W terapii psychodynamicznej ważną rolę odgrywa relacja pacjent – terapeuta, dlatego na samym początku terapii następuje bardzo konkretne i rygorystyczne ustalenie warunków kontraktu. Omówienie zasad i cen, zaakceptowanie i ustalenie celu są już początkiem terapii. Podstawowym narzędziem pracy terapeuty jest rozmowa, ale – odmiennie niż w klasycznej psychoanalizie – pacjent nie leży na kozetce, lecz siedzi „twarzą w twarz” z terapeutą i rozmawia z nim o sprawach dziejących się „tu i teraz”.    

  1. Psychologia

Jak zmienić negatywne nastawienie i wzmocnić poczucie własnej wartości?

Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. (Fot. iStock)
Nawyk negatywnego nastawienia i wyćwiczenie mózgu w wyszukiwaniu dobra jest możliwe i może odmienić nasze życie.

Ludzki mózg jest zaprogramowany na szukanie problemów. Robi to już setki lat, więc opanował tę sztukę do perfekcji. Zresztą nie tylko stara się wyszukać problemy, lecz także skutecznie je znajduje i oddaje się ich analizowaniu. Psychologowie nazywają ten proces negatywnym nastawieniem (ang. negative bias). Na wczesnym etapie dziejów ludzkości był on pozytywnym zjawiskiem (i do pewnego stopnia nadal jest). Przeczuwanie zagrożenia zapewnia nam bezpieczeństwo i przetrwanie, ale przy zaburzeniach lękowych negatywne nastawienie staje się bardzo złym nawykiem. Możesz jednak wytrenować swój mózg tak, aby przerywał ten schemat.

Prawdopodobnie jesteś świadomy swoich lęków czy obaw, na przykład martwienia się tym, co swoim zdaniem zrobiłeś nie tak, przy jednoczesnym negowaniu sukcesów. Jest jednak możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy, jak silnie jesteś nastawiony na wyszukiwanie i analizowanie problemów. Pierwszym krokiem do przełamania tego nawyku jest zauważenie w sobie negatywnego nastawienia. Zastanów się, na czym koncentrujesz uwagę, o czym myślisz. Dostrzeż negatywne schematy myślowe.

Następnie poszukaj innych, bardziej pozytywnych i realistycznych rzeczy, na których będziesz mógł się skupić. W trenowaniu mózgu pomogą ci sprawdzone techniki: • Prowadź „dziennik wdzięczności”. Szukaj dużych i małych rzeczy, którymi możesz się cieszyć. Zapisuj je w dzienniku, który stanie się twoim podręcznym spisem pozytywnych myśli i zagadnień. Wykorzystasz je, aby nauczyć swój mózg przełamywania negatywnego nastawienia.

• Celebruj rzeczy, które cię cieszą. Każdego dnia, nawet kilka razy dziennie, staraj się znaleźć coś drobnego, co możesz zapamiętać i uczcić. Celebrowanie może mieć wiele form, prostych lub bardziej wyrafinowanych – wedle twojego upodobania. Wykonaj taniec radości. Puść swoją ulubioną piosenkę. Idź na szybki, krótki spacer. Zrób sobie dziesięciominutową przerwę, żeby przeczytać rozdział dobrej książki. Narysuj coś. Te rytuały wzmacniają pozytywne doświadczenia i są doskonałym narzędziem treningowym dla mózgu w walce z lękiem.

Wzmocnij poczucie własnej wartości

Możesz zmienić sposób, w jaki o sobie myślisz, analizując, czy twoje myśli są słuszne. Ta metoda może skutecznie zmienić nasz autowizerunek; czasem jednak lęk wywołuje tak silną niechęć do siebie, że potrzebujemy dodatkowych narzędzi, aby zaakceptować swoją osobę. Pomocnym narzędziem jest generowanie realistycznych myśli na swój temat, które pozwolą ci konsekwentnie umocnić poczucie własnej wartości w oparciu o obiektywne dowody.

Afirmacje to krótkie stwierdzenia oparte o autoobserwacje lub obserwacje innych na twój temat. Aby z nich korzystać, najpierw spisz jak najwięcej pozytywnych opinii o sobie. Pomyśl o swoich osiągnięciach, mocnych stronach, cechach charakteru, umiejętnościach – dużych i małych – o wszystkim, co w sobie lubisz. Początkowo może ci się to wydawać dziwne i trudne. Nie szkodzi. To znak, że twoje lęki prześladują cię już od dłuższego czasu i afirmacja nie przychodzi ci naturalnie. Nie przejmuj się tym.

Spisując swoje afirmacje, możesz je łączyć ze swoimi najbardziej dokuczliwymi obawami. Jeśli często zdarza ci się martwić, że „nic ci się nie udaje i chyba niedługo wyrzucą cię z pracy”, zapisz afirmacje, które ukażą ab- surdalność tego stwierdzenia. Na przykład:

  • Nigdy się nie spóźniam, inni mogą na mnie polegać.
  • Jestem kreatywny i dobry w... (wymień przykłady obowiązków zawodowych).
  • Szef dziękuje mi za ciężką pracę.
Gotową listę afirmacji umieść w dobrze widocznym miejscu. Przyklej ją taśmą klejącą do lustra, osłony tele- fonu, lodówki albo włóż do szuflady. Jeśli nie chcesz, żeby widzieli ją inni, trzymaj ją schowaną, ale w łatwo dostępnym miejscu, tak żeby często móc po nią sięgać. Z czasem, dzięki codziennemu powtarzaniu, afirmacje staną się częścią twojego naturalnego toku myślenia. Poczujesz spadek lęku i większą pewność siebie i zastąpisz negatywne, nieprzyjemne myśli o samym sobie pozytywnymi, zgodnymi z prawdą stwierdzeniami.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Życie w lęku nie pozwala nam na pełny rozwój

Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Lęk sam w sobie nie jest zły. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Lęk sam w sobie nie jest zły. Spełnia istotną ewolucyjnie funkcję – informuje o zagrożeniach, każe reagować na niebezpieczeństwo. Kłopot pojawia się wtedy, gdy indywidualny system ostrzegania człowieka ulega „przeprogramowaniu” i sprawia, że reakcje stają się nieadekwatne do sytuacji.

Sebastian ma 30 lat. Kilka lat temu zrozumiał, że żyje w niewoli kompleksów i strachu, że za chwilę zniszczy swój związek. Postanowił z tym walczyć – poddał się półrocznej psychoterapii indywidualnej metodą poznawczo-behawioralną. W rozmowie z Zofią Rokitą dzieli się swoim doświadczeniem wychodzenia z lęku. Opowiada o przebiegu i efekcie terapii, którą podjął w tym celu.

Z jakim problemem zgłosiłeś się do terapeuty?
Głównie z różnego rodzaju lękami – przed odtrąceniem, wyśmianiem, upokorzeniem. Czułem, że mam ze sobą jakiś problem, ale nie wiedziałem jaki. Wtedy pomyślałem o psychoterapii. Skoro innym pomaga, może warto spróbować? Miałem 23 lata, byłem studentem geografii.

W jakich sytuacjach najczęściej dopadały cię lęki?
Wśród ludzi: na zajęciach, na spotkaniach towarzyskich. Miałem wrażenie, że jestem mało interesujący, gorszy od innych, nudny, beznadziejny... Że mnie nie akceptują, nie mają ochoty przebywać w moim towarzystwie. Z trudem przychodziło mi wyrażanie opinii, jąkałem się, głos mi drżał, serce wpadało w galop. Często zamykałem się w swoim świecie i zastanawiałem, jak inni mnie odbierają, dlaczego każda próba nawiązania z kimś bliższego kontaktu kończy się odrzuceniem. Pytanie „dlaczego” stało się moją obsesją. W głowie kłębiły się dołujące i gnębiące myśli, a takie jeszcze bardziej napędzały moje lęki. Mówiłem sobie: „Jeśli z ciebie taki palant, to nie dziw się, że inni się do ciebie nie garną”. Gdzieś w głębi nosiłem jednak przekonanie, że wcale nie musi tak być.

Dlaczego właśnie wtedy zdecydowałeś się na terapię?
W moim życiu wydarzyło się coś, co dało mi potężnego kopa, ogromnie zmotywowało, by zwrócić się po pomoc do specjalisty. Poznałem dziewczynę i po raz pierwszy naprawdę się zakochałem. Ewa też mnie pokochała. I zaczęła się udręka! Zamiast się cieszyć, żyłem w ciągłym niepokoju, strachu, że mnie porzuci. Byłem pełen myśli typu: „Jesteś frajerem, to nie może być prawda. Jak taka dziewczyna mogłaby zainteresować się facetem takim jak ty...”. Lęki przed porzuceniem stały się natrętne, czułem, że przejmują nade mną kontrolę, zbierają się nade mną niczym czarne chmury. Ciągle domagałem się od Ewy potwierdzeń, zamęczałem ją pytaniami: „Naprawdę mnie kochasz? Dlaczego mnie wybrałaś?

Czy na pewno między nami jest OK?...”. Cierpliwie odpowiadała, ale ja nie umiałem tego przyjąć. Byłem na wszystko strasznie wyczulony, nieufny, podejrzliwy. Drobne nieporozumienia jawiły się w mojej głowie jako pożegnania. Wybuchałem złością graniczącą z agresją, choć nie miałem żadnych racjonalnych powodów. Cierpiałem. Pomyślałem wtedy: „Jeśli nic z tym nie zrobię, to spieprzę związek, na którym tak mi zależy”. Zdecydowałem się na terapię. To było jak z bólem zęba: kiedy dokucza ci tak, że nie możesz wytrzymać, nie zastanawiasz się, czy pójść do stomatologa, po prostu idziesz. Podobnie jest z bólem psychicznym.

Ewa wiedziała, że zapisałeś się na terapię?
Tak i miałem jej wsparcie. Wracałem z sesji i opowiadałem, jak przebiegała. Mieliśmy wspólny cel: by było nam ze sobą jak najlepiej.

Często spotykałeś się z terapeutką?
Raz w tygodniu. Sesja trwała godzinę. To była osoba niezwykle ciepła, spokojna, czułem, że mnie słucha i rozumie. Bardzo szybko jej zaufałem i otworzyłem się przed nią.

Opowiedz, jak przebiegały sesje.
Na pierwszych spotkaniach koncentrowaliśmy się na moich zachowaniach i bieżących problemach. Terapeutka prosiła, bym opowiadał o istotnych wydarzeniach z ostatniego tygodnia i sytuacjach, podczas których zmagałem się z lękami. Potem wspólnie je analizowaliśmy. Kiedyś od progu gabinetu zacząłem opowiadać o tym, co przydarzyło mi się kilka godzin wcześniej: Szedłem ulicą i zobaczyłem moją dziewczynę w towarzystwie kolegów. Po prostu rozmawiali, ja jednak od razu pomyślałem: „No tak, oni są interesujący, a ja nudny, beznadziejny. Tracę ją”. Poczułem się zdołowany, tak, jakby mnie coś nagle przywaliło, choć w gdzieś w głębi zdawałem sobie sprawę, że nie mam sensownych argumentów, by tak się czuć.

Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock) Strach ogranicza nasze postrzeganie, powoduje, że rezygnujemy z wielu cennych rzeczy. (Fot. iStock)

Jak terapeuta pomaga w takich przypadkach?
Słuchając, rozmawiając, analizując zdarzenia. Moja terapeutka pytała mnie: „Z jakiego powodu uważasz się za osobę gorszą od innych? Co lubi w tobie Ewa?...”. Wspólnie szukaliśmy argumentów potwierdzających moje negatywne odczucia, ale i takie, które temu zaprzeczały. Prowadziłem też tzw. zapis myśli – to jedno z głównych narzędzi terapii poznawczo-behawioralnej. Pisałem np. „jestem nieciekawy, mało atrakcyjny, głupi...”, a na drugiej kartce: „jestem wysportowany, wczoraj napisałem najlepszą pracę na roku...”. Kiedy później czytałem ten negatywny zapis, wydawało mi się, że to nie o mnie, tylko o kimś innym. Słowa na papierze brzmiały ostro, biły po oczach, jakoś do mnie nie pasowały. To jasno pokazywało, że moja pierwotna, negatywna myśl była zniekształcona. Terapeutka mówiła wtedy: „Widzisz, twierdzenie w twojej głowie jest nieprawdziwe”. Kiedyś poprosiła mnie, bym wyobraził sobie, że patrzę na siebie siedzącego na drugim krześle i powiedział, co widzę i czuję. Pamiętam, że się rozpłakałem, bo zrozumiałem, że mam przed sobą dorosłego, ciepłego, fajnego mężczyznę. Pierwszy raz uświadomiłem sobie, że noszę w głowie zniekształcony obraz siebie i sytuacji, w jakich się znajduję. Odkrywałem błędy w swoim myśleniu.

Dostawałeś jakieś „zadania domowe”? Tak – przemyśleć i przećwiczyć sytuacje oraz przetrawić wnioski. Pracą domową było też prowadzenie „zapisów myśli” po różnych niepokojących mnie zdarzeniach, samodzielne ich analizowanie i powracanie do nich, by utrwalać nowe, bliższe prawdzie mechanizmy myślenia o sobie. Wiele razy, rozkładając na składniki swoje myśli, dochodziłem do wniosku, że moje obawy nie mają sensu. Eksperymentowałem, by sprawdzić, jak jest naprawdę, np. odmawiałem czegoś dziewczynie lub przyjacielowi, a potem przekonywałem się, że mimo to nadal są przy mnie.

 
Co podczas terapii poruszyło cię najbardziej?
Powrót do przeszłości, odkrycie źródeł moich problemów. Na pewnej sesji terapeutka poprosiła mnie, żebym opowiedział o swoim dzieciństwie, latach szkolnych. Pytała, czy takie negatywne myśli pojawiały się dawniej – kiedy, w jakich sytuacjach. Czy pamiętam jakieś szczególne wydarzenia z domu, ze szkoły, ze spotkań towarzyskich, w których paraliżował mnie strach, ogarniał niepokój? Jaki rodzaj lęku był wówczas dominujący? Padło wiele pytań dotyczących przeszłości. Zrozumiałem, że moje lęki zaczęły się rodzić w podstawówce.

Co takiego się tam działo? Rządziła chuliganeria?
To zbyt delikatne określenie. Byłem w bardzo niedobrej szkole, w patologicznym środowisku. Obrzucanie nauczycieli wulgaryzmami, opluwanie ich, picie alkoholu na lekcjach, regularne walki, no i nękanie uczniów, którzy nie chcieli w tej „zabawie” uczestniczyć – to było na porządku dziennym. Znajdowałem się w grupie wyśmiewanych, napiętnowanych, w zespole maminsynków. Atmosfera w szkole była pełna agresji i nienawiści. Podczas terapii okazało się, że tu tkwił jeden z korzeni moich problemów. Doświadczenia wyniesione z podstawówki ukształtowały we mnie przekonania o własnej beznadziejności. Później wyrastały z niego chwasty w postaci różnych lęków.

A inne korzenie?
Drugi wyrósł w relacji z rodzicami. Stale mnie krytykowali, bardzo rzadko chwalili. Zwracali uwagę na moje braki, zaniedbania, a nie zauważali rzeczy dobrych. Miałem być grzecznym, mądrym i dzielnym chłopcem. I takim starałem się być: dobrze się uczyłem, nie żaliłem, ale też z niczego nie zwierzałem. Byłem jedynakiem i często zamykałem się w swoim pokoju sam na sam z kłopotami i rozterkami. Czułem się bardzo samotny, nie miałem z kim porozmawiać.

Dlaczego ten powrót do przeszłości uznajesz za tak istotny?
Bo dotarłem do źródeł tak niskiej samooceny. Zrozumiałem, dlaczego nie byłem zadowolony z nowych relacji i nie potrafiłem się nimi cieszyć – na wszystkie padał cień wcześniejszych doświadczeń, obawy, że zaraz wszystko się zepsuje, że znów zostanę odrzucony, wyśmiany. Żyłem w cieniu własnych lęków. Z negatywnymi zdarzeniami i emocjami jak z zadrami wszedłem w dorosłe życie. Latami nosiłem w sobie poczucie krzywdy, wciąż płakało we mnie ranione dziecko i nie pozwalało zobaczyć, że ludzie, którzy mnie otaczają są inni niż tamci, od których doznałem kiedyś bólu i upokorzeń. Teraz myślę o tym ze spokojem, jestem pogodzony z tym, co się stało. Opowiadając w gabinecie o swoim dzieciństwie, rodzicach, szkole, wydobyłem te negatywne wspomnienia na powierzchnię, z podświadomości do świadomości, i przyjrzałem się im z bliska. Sam bym tego nie zrobił. Terapeutka pokazała mi związek między przeszłością i teraźniejszością. Kiedy mówiłem o sprawach dla mnie trudnych, czułem, że mnie rozumie, że mi współczuje. Dzięki temu mogłem wypłakać ten żal, smutek i złość, wyrzucić to z siebie. Coraz bardziej docierało do mnie, że tamto minęło, że teraz jest już inaczej. Trochę to trwało, ale w końcu mogłem powiedzieć: „zamykam ten rozdział, chcę żyć nowym życiem”. Ewangelia głosi: prawda was wyzwoli – wydaje mi się to bardzo celne w kontekście tej terapii. Dopiero poznanie prawdy, choćby była najgorsza, może uwolnić nas i otworzyć na nowe, inne życie.

Co terapia zmieniła w twoim życiu?
Przede wszystkim inaczej się postrzegam, mam więcej wiary w siebie, pewności, bardziej się cenię. Potrafię być z drugą osobą i nie potrzebuję jej nieustających zapewnień, że między nami dobrze się układa. Potrafię brać od ludzi to, co chcą mi z siebie dać: zainteresowanie, akceptację, przyjaźń. Tego najbardziej mi w życiu brakowało. I bardzo ważne: otrzymałem narzędzia terapeutyczne. Gdy czuję, że lęki powracają, wiem, jak je okiełznać, jak sobie z nimi poradzić. Uruchamiam poznane na terapii nowe wzorce reagowania – analizuję swoje emocje, potrafię dostrzec zniekształcenia myśli. Robię ich zapis. Stosuję też techniki relaksacyjne redukujące napięcia. Mam świadomość własnych potrzeb. Nawet jeśli się przewrócę, to szybko się podniosę, bo wiem, czego się uchwycić i jak wstać.

A jak terapia wpłynęła na związek z Ewą?
Wspaniale. Wreszcie zamiast trwonić energię na rozpracowywanie moich lęków – inwestowaliśmy ją w przyjemniejsze działania. A od kilku miesięcy jesteśmy małżeństwem.

Komentarz Michała Czyżewskiego, psychologa, psychoterapeuty:

Dzieje się tak, jak np. w przypadku Sebastiana – pod wpływem wcześniejszych wydarzeń, które zachwiały poczuciem bezpieczeństwa, lub gdy najbliższe otoczenie formuje pewien sposób postrzegania siebie. Przez lata próbujemy sami radzić sobie z lękami, unikając najczęściej sytuacji, w których się pojawiają. Skutkiem tego mogą być zaburzenia codziennego funkcjonowania, np. wycofanie z życia społecznego. Strach powoduje, że nie wychodzimy z domu (bo inni źle nas ocenią), zawalamy studia (bo boimy się przystąpić do egzaminu ustnego), nie rozwijamy się zawodowo, rezygnujemy z nawiązywania bliskich kontaktów z ludźmi. Dopiero gdy brakuje sił, by dłużej uciekać przed lękiem lub staje on na drodze do osiągnięcia ważnych celów, pojawia się myśl, żeby szukać pomocy u specjalisty.

  1. Psychologia

Depresja u osób starszych - czy to zjawisko normalne?

- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan - mówi Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Czy stany depresyjne u ludzi w podeszłym wieku są czymś normlanym? „Absolutnie nie!” – protestuje dr Ewa Woydyłło. „Jesień życia może być kolorowa”. 

Często słyszymy: „starość się Bogu nie udała”. Czy pani też tak uważa?
Bogu wszystko się udało, także starość, tylko człowiek zaczyna to poprawiać. Gdyby nie ingerencja medycyny, to tylko bardzo zdrowi ludzie dożyliby później starości. Wtedy nie obserwowalibyśmy tylu niezdolnych już do samodzielności staruszków. Ale my odkryliśmy sposoby na przedłużanie życia – mamy lekarstwo na każdą infekcję, schorzenie... Drzewo wiadomości dobrego i złego w przypowieści o Adamie i Ewie jest w jakimś sensie odpowiedzią na to, co człowiekowi tak bardzo się teraz nie podoba. To skutek tego, że Adam skusił się na to jabłko...

Ale starość jest smutna, bo wiąże się z nią wiele różnych dolegliwości i ograniczeń...
No tak, ale byłoby ich znacznie mniej, gdybyśmy pozwalali człowiekowi odchodzić w sposób naturalny, a my często przeciągamy czyjeś życie aż do degeneracji komórek, które nie mają przecież zdolności do wiecznego funkcjonowania.

Ludzie w podeszłym wieku, we wspaniałej formie, i fizycznej, i psychicznej, się zdarzają, ale to statystyczna rzadkość. Większość ludzi, którzy dożywają dziś 90 czy więcej lat, zawdzięcza to medycynie. Obecna średnia życia to efekt pomocy medycznej, bo biologicznie człowiek nie zmienił się aż tak bardzo od tysięcy lat.

Bliscy osoby starszej, która wpada w stany depresyjne, mówią nieraz: „w tym wieku to normalne”. Czy rzeczywiście objawy depresji u seniorów są naturalnym odruchem psychicznym?
Absolutnie nie! Jeśli nawet przychodzą lękowe chwile, to są to tylko chwile. A chwila, nawet przykra, przerażająca... – przemija. To nie depresja. Z depresją jest zresztą tak, że częściej dotyka ludzi około 60. niż później. W tym bowiem okresie życia umiera wielu ich znajomych, bliskich lub najbliższych, a to przygnębia, czasem nawet załamuje. Ale przecież dwudziestolatek, który traci kogoś kochanego, też bardzo to przeżywa. Więc są to sprawy uniwersalne, niezależne od wieku. Z tą tylko różnicą, że u osób w podeszłym wieku te straty się kumulują.

W wieku 60 lat większość kobiet przechodzi na emeryturę, i starsi o 5 lat mężczyźni – czy to nie powód do apatii, przygnębienia...?
Z przejściem na emeryturę jest jak z każdą zmianą – jeśli była wyczekiwana, to jest szczęściem. Osoby, które pragnęły uwolnić się od kieratu pracy zawodowej, wreszcie robią to, na co wcześniej nie miały czasu – zajmują się wnukami, pielęgnują ogródki, podróżują, czytają książki... One czekały na tę wolność i smakują ją jak truskawki z bitą śmietaną.

Czy zawsze smakują? Znam takie osoby, które też niby czekały na emeryturę, a kiedy przestały pracować zawodowo, wpadły w czarną dziurę.
Jeśli „niby” czekały, to ja nie będę zgadywać, ale jeżeli ktoś naprawdę czeka, to może przez chwilę nie potrafić znaleźć sobie miejsca, ale wkrótce wypełnia wolną przestrzeń tym, co wcześniej było w jego życiu na drugim planie. Takie osoby nie zapadają w depresję.

Znakomicie pokazuje to film „Schmidt” Alexandra Payne’a z Jackiem Nicholsonem w roli 66-letniego emeryta. Pan Schmidt osiągnął sukces w zawodzie – w dniu przejścia na emeryturę firma zorganizowała mu pożegnalny benefis. Miał kochaną żonę, ustawioną życiowo córkę, wiernych przyjaciół, pełne konto w banku..., a jednak poczuł się wyrzucony na aut, zbędny. Wcisnął się w szlafrok i bezmyślnie przerzucał kanały telewizyjne. Nic go nie cieszyło. Kiedy rok później umarła mu nagle żona, wpadł, jak to pani mówi, w czarną dziurę. Ale potem wyruszył w podróż i zaczął uczyć się nowego życia. Bo każda zmiana wymaga nauczenia się nowych rzeczy.

Ale trzeba mieć do tego chęć.
W tych sprawach to nie nazywa się „chęć”, a raczej „pokora”. Jeśli życie nas przerasta, trzeba do pewnych spraw podejść z pokorą, dostosować się, zaakceptować to, co jest, zmienić pewne nawyki...

Oczywiście, ze starości nie ma się co cieszyć, pojawia się świadomość, że niedługo zgasną światła, a podoba mi się w tym cyrku – więc zawsze towarzyszy temu uczucie pewnego żalu. Ale przecież wiadomo, że kiedyś te światła zgasną. Starość trzeba przyjąć bez paniki, ze spokojem, tak jak gościa – czasem może kłopotliwego, ale takiego, którego muszę przyjąć. Pomstując, rozpaczając, roszcząc pretensje do ludzi i świata tylko pogorszymy swój stan. Lepiej większą uwagę skierować na innych i zapytać siebie: „Co ja jeszcze mogę KOMUŚ po sobie zostawić?” – to może być wnuczek, sąsiadka, kościół, do którego będę codziennie chodzić i podlewać kwiaty.

Wielu ludziom bardzo trudno przychodzi jednak zaakceptowanie zmian i ograniczeń związanych ze starością.
Niektórym ludziom trudno zaakceptować cokolwiek, nawet gdy mają 20 lat. Jak się dobrze rozejrzymy, to zobaczymy tyle samo przygnębionych i zgorzkniałych trzydziestolatków, co ludzi starszych. To nie przychodzi tylko z końcem życia. Jeśli ktoś nie potrafił zaakceptować utraty jakiegoś życiowego daru, jak miał 20 lat, to trudno mu przyjdzie to zrobić także wtedy, gdy będzie mieć 115.

Nie tylko ciało się starzeje, mózg także...
To zasmuca, ale między „zasmuca” a „wpadam w depresję” jest ocean różnicy. Kogoś zasmuca na przykład to, że nie może już jeździć na nartach, że nie urodzi dziecka..., ale może jeszcze przeczytać książkę, pójść na koncert, zrobić pyszne konfitury z wiśni, może zrobić wiele rzeczy, by sprawić sobie radość. Bywa, że człowiek jest smutny, przygnębiony, bez względu na to, czy pracuje, czy nie. Bo dużo zależy od charakteru, osobowości – jedni są bardzo otwarci na nowe, inni zamknięci.

Często, kiedy prowadzę samochód, włączam sobie płytę z balladami Bułata Okudżawy – w jednej śpiewa, że człowiek mądry, rozumny lubi się uczyć, jest ciekawy nowych rzeczy, a durak lubi pouczać, uważa się za najmądrzejszego, myśli, że wszystko wie najlepiej, niczego nie musi się już uczyć, jest zamknięty na inność, na zmiany – to osoba zastygła. I dla duraków starość jest najgorsza.

... zrzędliwa, uparta, złośliwa, oskarżająca, roszczeniowa?
Tak, bo do starości trzeba się też przygotować, trzeba się jej nauczyć, tak jak uczymy się prowadzić samochód. Jeśli ktoś wchodzi w nową sytuację kompletnie nieprzygotowany, to niech się nie skarży, że sobie z nią nie radzi.

Usłyszałam kiedyś od mocno starszego pana: „Dopóki fakt, że żyję, obchodzi choć jedną osobę, nie jestem bezwartościowy”. Był bardzo pogodnym staruszkiem. Samotność, poczucie, że się jest już nikomu niepotrzebnym bolą chyba najbardziej...
To prawda. Ale samotność towarzysząca starości wynika często z tego, że odeszli bliscy, dzieci powyjeżdżały w świat albo w ich sercach brak miejsca dla rodziców... Czy z tego powodu mamy siedzieć i narzekać? Nie! Trzeba poszukać innego rozwiązania. Jeśli nie ma przy nas tych, których byśmy chcieli, to szukamy sobie innych. Bo najlepsze na samotność są spotkania z ludźmi.

Kiedyś przyszła do mnie córka ze swoją matką staruszką, która na wszystko narzekała, wszystkim miała coś za złe, chodziła przygnębiona i nieszczęśliwa. Dziewczyna zapytała mnie, co może dla tej matki zrobić. Pomoc, jaką w takich przypadkach staram się wyczarować, polega na tym, że zadaję takiej zgorzkniałej kobiecie dwa pytania: „Niech mi pani powie, czy lubi pani ludzi, którzy są wciąż ze wszystkiego niezadowoleni? Czy pani chętnie spotykałaby się z kimś, kto wiecznie narzeka i ma o wszystko pretensje?”. Czasami trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim zacznie się narzekać i krytykować innych. Kiedy odwiedzą nas dzieci czy wnuki, to zamiast mówić, jacy to wszyscy wokół są okropni, trzeba zapytać, co u nich słychać, upiec pyszne naleśniki z konfiturą, zaśpiewać wnukowi starą piosenkę, najlepiej sprośną... Wtedy młodzi chętnie będą mamę czy babcię odwiedzać.

Czy przyczyn stanów depresyjnych u osób starszych nie należy również upatrywać w niezdrowym trybie życia?
Oczywiście, szczególnie w braku ruchu, a im mniejsza aktywność fizyczna, tym szybciej słabnie sprawność biologiczna. W tym okresie ten ruch siłą rzeczy może nie być intensywny, ale przecież nikt nie każe staruszkom biegać maratonów. Zamiast siedzieć przed telewizorem, powinni jak najwięcej spacerować, co najmniej 2 godziny dziennie, ale nie pomiędzy straganami czy w supermarketach, tylko na świeżym powietrzu, w otoczeniu zieleni, nawet w deszczu, kaloszach i pelerynie. Każdego dnia pamiętać, żeby nie zastygać.

Często podróżuję po świecie i obserwuję starych ludzi. W Kalifornii z zachwytu oczu nie mogłam oderwać od grupy staruszków, którzy każdego poranka w białych luźnych strojach i tenisówkach ćwiczyli w parku tai chi. Potem wsiadali do busa i jechali na wegetariański lunch, wieczorem do muzeum czy na koncert. Ale w Stanach starych ludzi nie nazywa się „old”, tylko „senior cityzen”, czyli „obywatel senior”, i organizuje się dla nich różne zajęcia, spotkania, wyjazdy... oni cały czas są w jakiejś grupie. U nas też już coraz więcej robi się dla osób po 60., ale wciąż za mało jest miejsc, gdzie mogliby wspólnie spędzać czas.

Czyli zamiast depresanta – spacer, tai chi, taniec...
Tak, to najlepsze lekarstwo. Wie pani, kto ma najgorszą starość? Osoby, które osiągając późny wiek, oglądają się za siebie, a tam nie ma nic pięknego. Każdy z nas posiada skarbnicę, która nazywa się pamięcią – i jak ten skarbiec jest pusty albo pełen cuchnących śmieci, z którymi trzeba dalej żyć, to te stare lata rzeczywiście są straszne. Dlatego przez całe swoje życie zbierajmy piękne wspomnienia. Jak będziemy pięknie żyć, to i jesień życia będzie kolorowa.