1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czego możesz spodziewać się idąc na psychoterapię? Kiedy jest ci potrzebna?

Czego możesz spodziewać się idąc na psychoterapię? Kiedy jest ci potrzebna?

Na czym polega psychoterapia i kiedy warto rozważyć jej podjęcie? (fot. iStock)
Na czym polega psychoterapia i kiedy warto rozważyć jej podjęcie? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Każdy z nas czuje się niekiedy smutny, samotny, zły, przytłoczony czy przeciążony. Nie zawsze udaje nam się osiągać to, co sobie założyliśmy. Jak rozpoznać, czy towarzyszące nam trudne przeżycia to jeszcze zwykłe codzienne troski, czy może już poważne problemy? Dokąd zwrócić się po pomoc?

Podstawowa wiedza o psychoterapii bierze się u większości osób z oglądania filmów. Motyw psychoterapii najczęściej ukazuje drogę, jaką bohater przechodzi od kryzysu, poprzez uświadomienie sobie problemu i decyzję oddania się w ręce specjalisty lub zasięgnięcia pomocy u drugiej osoby, aż do wyleczenia. Do moich ulubionych tytułów należą „Buntownik z wyboru”, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” oraz „Patch Adams”.

Bardzo rzadko zdarza się, abyśmy zgłaszając się na terapię wiedzieli dokładnie, co jest naszym problemem. Z mojego wieloletniego doświadczenia wynika, że to, co klienci uważają początkowo za swój największy kłopot, zazwyczaj okazuje się tylko objawem rzeczywistego problemu.
Na przykład ciągłe rozdrażnienie oraz kłótliwość bywa tak naprawdę wynikiem stanów depresyjnych.

Zdarzają się też klienci przysyłani przez lekarzy pierwszego kontaktu, którzy ciągle zgłaszają ból i choroby, które nie istnieją. Badania nie wykazują w ich przypadku żadnych nieprawidłowości. Bardzo często przepełnia ich natomiast silny lęk, napięcie związane z tłumieniem uczuć i potrzeb. Trafiają do mnie również osoby z takimi objawami jak brak energii, izolowanie się, złe myślenie o sobie, doświadczające stanów lękowych, które utrudniają funkcjonowanie w pracy i życiu codziennym. Za tymi objawami może kryć się niewyrażony żal, ból po stracie bliskiej osoby oraz niemożność przeżycia tej bolesnej sytuacji. Cała energia kierowana jest wtedy do wewnątrz, co pociąga za sobą cierpienie i wymienione symptomy.

Skąd dowiadujemy się, co jest naszym prawdziwym problemem? W rozmowie z klientem często podaję przykład jazdy samochodem i pulpitu kierowcy, na którym wyświetlają się różne lampki. Objawy w życiu klienta są tymi lampkami, które mówią mu, że coś dzieje się nie tak i trzeba poszukać tego elementu, który sprawia, że lampka się zapala. Istnieje wiele uznanych metod terapeutycznych, które dobierane są przez terapeutę w zależności od rodzaju problemu, z jakim się zgłaszamy.

Czy JA potrzebuję terapii?

Czy problemy, z którymi się zmagasz, które Cię dotykają i niepokoją, potrafisz rozwiązać sam? Czy podjąłeś jakiekolwiek próby wyjścia z kłopotu? Moi klienci często mówią, że chociaż wiedzą, że ich działanie nie przynosi pozytywnych efektów, to jednak powtarzają je. Na przykład krzyczą na dzieci, usiłują kontrolować partnera, odgrywają sceny zazdrości czy piją alkohol. Czują, że nie panują nad swoim życiem. Jednocześnie obwiniają się, złoszczą się na siebie, wycofują się z kontaktów, przestają robić to, co wcześniej sprawiało im przyjemność. Ich życie zaczyna koncentrować się wokół cierpienia. Coraz rzadziej odczuwają przyjemność, radość, spełnienie. Natomiast coraz częściej - niezadowolenie (zwłaszcza z siebie), rozczarowanie, rozgoryczenie, obwinianie się. Jeżeli czujesz, że utknąłeś, nie rozwijasz się tak, jak byś chciał, pogubiłeś się, a rozwiązania, które być może wcześniej działały, przestają dawać spodziewany efekt, to właśnie moment, aby udać się do psychoterapeuty.

Psychoterapia - czego mogę się spodziewać?

Wizyta u psychoterapeuty tylko wtedy przyniesie oczekiwane i pozytywne skutki, jeżeli klient dobrowolnie uczestniczy w terapii oraz ma wewnętrzną i autentyczną chęć do zmiany – jest świadomy swojego problemu i wierzy, że współpraca z terapeutą jest w stanie mu pomóc. Znaczna część klientów zgłaszających się na terapię jest zdezorientowana i zdenerwowana wejściem w nową dla nich sytuację. Nie do końca wiedzą, czego mogą spodziewać się po psychoterapii, często mają nierealne oczekiwania lub ulegają stereotypom demonizującym psychoterapię, co znacznie utrudnia cały proces terapeutyczny. Zachowawcze podejście klienta, który przychodzi po raz pierwszy na terapię, jest normalnym zjawiskiem, z którym spotka się każdy psychoterapeuta. Najczęstszym powodem unikania psychoterapii jest strach przed byciem ocenianym lub niezrozumianym. W rzeczywistości to właśnie gabinet psychoterapeuty jest miejscem, w którym mówimy, co czujemy, bez obaw przed krytyką czy oceną. Nawiązanie unikalnej relacji pacjent-lekarz opartej na współpracy i wzajemnym wysłuchaniu to pierwszy krok do sukcesu w procesie leczenia. Z pomocą w wyeliminowaniu wszelkich wątpliwości i niedomówień zachodzących naturalnie w kontaktach międzyludzkich przychodzi kontrakt terapeutyczny – umowa między terapeutą i klientem, zazwyczaj zawierana ustnie, która zawiera:
  • wstępnie rozpoznany problem klienta
  • cel pracy terapeutycznej
  • częstotliwość sesji terapeutycznych
  • przybliżony czas trwania terapii (czy umawiamy się na terapię krótkoterminową, czy długoterminową)
  • kwestię płatności i kontaktowania się poza sesjami
  • omówienie zasad tajemnicy terapeutycznej, superwizji terapeuty
  • omówienie kwestii kończenia terapii i ustalenie wspólnej zasady na wypadek chęci przerwania terapii przez klienta
  • określenie obszarów odpowiedzialności klienta i terapeuty.
Kontrakt terapeutyczny jest omawiany bez względu na metodę terapeutyczną. Na jego zawarcie i ustalenie szczegółów zazwyczaj przeznaczonych jest kilka pierwszych spotkań. Dobrze sformułowany kontrakt chroni interesy obu stron. Oczywiście do przestrzegania zasad ustalonych w kontrakcie zobowiązane są obie strony, jednak to na terapeucie spoczywa większa odpowiedzialność.

Przez wielu psychoterapia uważana jest za ostateczność. Gdy nadchodzi kryzys, nasze mechanizmy obronne mogą odrzucać możliwość poproszenia o pomoc i przyznania się do problemu, którego nie jesteśmy w stanie sami się pozbyć. Pamiętajmy, że proszenie o pomoc to pierwszy krok do zmiany i doświadczenie siły, którą w sobie mamy, a która niejednokrotnie jest tłamszona poprzez nasze przekonania czy lęk.

Bartłomiej Żukowski: certyfikowany psychoterapeuta i członek zespołu Instytutu Gestalt w Krakowie, posiada Europejski Certyfikat Psychoterapii (ECP) oraz Europejski Certyfikat Psychoterapii Gestalt. Trener grupowy, terapeuta uzależnień oraz certyfikowany Doradca ds. HIV/AIDS.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak budujemy, od dziecka, poczucie własnej wartości?

Nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy (fot. iStock)
Nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy (fot. iStock)
Czym jest poczucie własnej wartości? Jak kształtuje się w życiu? Od czego zależy? I wreszcie - w jakim stopniu możemy na nie wpływać lub zmieniać je?

Na poczucie własnej wartości składają się dwie ważne kwestie: jakieś poczucie, czyli emocjonalny stosunek do siebie samych i wartość – a więc pewne oceny czy przekonania o sobie.

Uczucie do samego siebie człowiek zaczyna kształtować, tak naprawdę, zanim pojawi się na świecie. Już w chwili poczęcia matka ma jakiś emocjonalny stosunek do tego faktu, że za dziewięć miesięcy urodzi dziecko. I niekoniecznie oznacza to radość i „błogosławiony stan". Czasami, a może nawet często - pełna jest obaw, lęku, złości czy rozczarowania.

Dziecko początkowo odbiera komunikaty ze świata poprzez swoje zmysły (miłość, czułość wręcz „przenikają przez skórę”) i zaczyna już w pierwszych chwilach życia „kształtować” o sobie jakiś pogląd. Wiele zależy tu od tego, jak matka dotyka dziecka, jakie uczucia jej towarzyszą, czy jest spokojna, pogodna, czy też zdenerwowana, pełna pośpiechu i napięcia. Wszystko to są przekazy, które dziecko chłonie jak gąbka i odczytuje jako komunikat o sobie. Mimo, że nie zna słów, które mogą to wyrazić, to już czuje jakie jest.

Kolejny, istotny dla przyszłego poczucia własnej wartości etap życia dziecka to czas, w którym ono zaczyna zdobywać świat – po raz pierwszy staje na własnych nogach, robi pierwsze kroki - jeszcze bardzo niepewne, ale już samodzielne. Reakcja otoczenia ponownie staje się zwierciadłem dla kształtujących się przekonań o możliwościach tej maleńkiej jeszcze istoty. Czy będzie w niej uśmiech, radość, zachęta do kolejnych prób, czy raczej lęk, niepokój, zniechęcanie – wszystko to wpłynie w przyszłości na to, jak zabrzmi odpowiedź na pytanie: „ile mogę, ile potrafię?”

Można powiedzieć, że poczucie własnej wartości kształtuje się nieustająco od życia prenatalnego i trwa tak długo, jak długo trwa rozwój młodego człowieka. Oczywiście bardzo istotne są też pierwsze kontakty z rówieśnikami – na podwórku, w przedszkolu, potem w szkole. Tu również budują się przekonania o naszych umiejętnościach, możliwościach, sprawczości. W okresie dorastania to właśnie grupa rówieśnicza staje się kolejną „odzwierciedlającą matką”, która wpisuje się na wiele lat w obraz nas samych.

Jeśli czas dojrzewania przebiega w niezakłócony sposób, to zwykle wraz z jego końcem mamy już gotowe odpowiedzi na pytania: „kim jestem? ile potrafię? ile jestem wart?”.
„Czym skorupka za młodu nasiąknie...” – no właśnie – czy poczucie własnej wartości, ukształtowane w drodze rozwoju, jest nam dane raz na zawsze? Czy można wpłynąć na przekonanie: „jestem do niczego, nie lubię siebie?” Myślę, że tak. Oczywiście nie jest to takie proste jak nas próbują przekonać niektóre przewodniki pod uwodzącymi tytułami o „budzeniu olbrzyma”, o asertywności zbudowanej w weekend, czy wreszcie przekonanie, że „wystarczy tylko bardzo chcieć”. Tak, nasze pragnienie zmiany i wiara w to, że jest to możliwe, dają nam napęd do działania, ale czasami ludzie mają tak ogromne zniszczenia w obrazie siebie, że to nie wystarczy.

W swojej praktyce psychoterapeutycznej nie raz słyszę o zmaganiach klientów na różnych kursach asertywności, o powtarzanych codziennie afirmacjach, które mimo konsekwencji nie przynoszą rezultatu... i myśl, że „coś z nimi jest nie tak” wraca jak bumerang. I dopiero powrót do dramatycznych historii, przepracowanie traum, odreagowanie przykrych przeżyć i uświadomienie sobie uczuć, którym do tej pory nie pozwalało się dojść do głosu, pozwala uwolnić się od tych przekazów i zacząć budować nowe przekonania o sobie. To bardzo trudna droga, ale znam wiele osób, którym się udało. Sama jestem jedną z nich i chociaż nie czuję się olbrzymem, chociaż w słabszych chwilach nie raz wracają demony przeszłości, to dzisiaj z całą pewnością wiem, jaka jest moja wartość i jak mogę dbać o to, żeby tej wartości nie zniszczyć.

Grażyna Korlacka: certyfikowana psychoterapeutka Gestalt, specjalistka terapii uzależnień.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z rozchwianymi emocjonalnie ludźmi?

Furia i słowa rzucane na oślep - to częsty problem w wielu relacjach (fot. iStock)
Furia i słowa rzucane na oślep - to częsty problem w wielu relacjach (fot. iStock)
Słowa wypowiedziane pod wpływem emocji mogą bardzo ranić. Często jednak osoby, które je wypowiadają, nie do końca przywiązują do nich wagę. Mało tego, zdarza się, że po emocjonalnej wymianie zdań niczego nie pamiętają. Jak więc postępować z tymi, którzy nie mają na myśli tego, co mówią? – wyjaśnia Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

To, co zaraz napiszę, może brzmieć seksistowsko. Wysłuchaj mnie jednak, a może mi wybaczysz.

W większości związków jedna osoba często wydaje się być bardziej logiczna – co jednak nie znaczy mniej szalona, ale o tym później – a druga bardziej emocjonalna. Zwykle osobą bardziej logiczną jest mężczyzna, a bardziej emocjonalną kobieta.

Naturalnie nie zawsze tak jest. Taki jednak schemat widzę na podstawie trzydziestu lat pracy z parami.

Nie jest więc dla mnie niespodzianką, kiedy w moim gabinecie mężczyzna siedzi z zaciśniętymi ustami, a kobieta wrzeszczy na niego: „Jesteś zupełnie jak mój ojciec!” albo „Nigdy mnie nie kochałeś!”. Nie zaskakuje mnie, kiedy mężczyzna próbuje odpierać jej argumenty logiką, co tylko doprowadza ją do większej furii. I wcale nie jest dla mnie zaskoczeniem, kiedy co jakiś czas mężczyzna wstaje z krzesła, mówi: „To koniec” i wychodzi.

A oto coś, czego dowiedziałem się dzięki wieloletnim obserwacjom takich scen – kobieta sprawia wrażenie irracjonalnej osoby w związku, ale większym „wariatem” jest często mężczyzna.

Naturalnie scenariusz ten nie zawsze zakłada związek kobiety i mężczyzny. Przykład, który chcę przedstawić, to relacja ojca i syna.

Trzydziestoparoletni Bill martwił się tym, jak bardzo przez ostatnie piętnaście lat oddalił się od niego jego ojciec Sam. Kiedy zapytałem Billa, dlaczego jego ojciec utrzymuje dystans, odpowiedział: „Nie mam pojęcia”.

Tydzień później przyszli na spotkanie razem. Podczas sesji Sam opowiedział mi o dniu, w którym jego wówczas dziewiętnastoletni naćpany syn powiedział mu: „Nienawidzę cię! Mam najgorszego ojca ze wszystkich osób, które znam. Wolałbym, żeby któryś z nas umarł”. Sam zareagował na te słowa wycofaniem i utrzymywaniem dystansu emocjonalnego od syna – sytuacja ta trwała do dnia ich spotkania w moim gabinecie.

Bill był w szoku. Ledwo pamiętał całą sytuację, ponieważ był wówczas pod wpływem narkotyków. Potrząsnął głową i zapytał, czy to zdarzenie przyczyniło się do powstania bariery między nimi.

– Bardzo wyraźnie powiedziałeś mi, jak bardzo mnie nienawidzisz i że chcesz, żebym się trzymał z daleka, do tego stopnia, że wolałeś, by jednego z nas już nie było. Wolałem dać ci przestrzeń, żeby nie zaogniać sytuacji. Od tamtej pory chyba po prostu czekałem, żebyś mnie zaprosił z powrotem do swojego życia – odpowiedział spokojnie i rzeczowo Sam.

– Ale przez narkotyki ja w ogóle nie myślałem jasno – rozpłakał się Bill.

Wieloletni ból sprawił, że i Samowi zaszkliły się oczy.

– Myślałem po prostu, że naprawdę mnie nienawidzisz i nie chcesz mieć ze mną nic do czynienia.

A teraz pytanie – kto był w tym scenariuszu osobą irracjonalną? Odpowiedź brzmi – obaj. Każdy z nich jednak był irracjonalny w inny sposób. Osobą, na której chcę się skupić w tym rozdziale, jest Sam, pozornie ten bardziej logiczny.

W stanie wzburzenia emocjonalnego ludzie często coś mówią lub robią, zanim zdążą to przemyśleć. Praktycznie wszystkie ich szalone deklaracje – które w trakcie ich tyrady brzmią szczerze – nie mają żadnej podstawy. Co więcej, tak jak w przypadku Billa, często w ogóle nie pamiętają, że coś takiego powiedzieli.

Niestety jednak nadmiernie logiczne osoby – jak Sam – tego nie rozumieją. Ich własny schemat działania zakłada myślenie, zanim coś się powie albo zrobi. Błędnie zakładają, że inni zachowują się tak samo. To wyjaśnia, dlaczego gdy człowiek logiczny (jak Sam) słyszy słowa kogoś emocjonalnego: „Wynoś się!” albo „Chcę rozwodu!”, albo „Nigdy więcej się do ciebie nie odezwę”, zaczynana planować, jak się wyprowadzić (w sensie fizycznym) albo wycofać (emocjonalnie).

Tak właśnie stało się w przypadku Sama. Zamiast dokopać się do faktycznych uczuć Billa, Sam zdecydował się na emocjonalne wycofanie, co doprowadziło ich obu do utraty piętnastu lat, których jako ojciec i syn nigdy nie odzyskają.

W tym przypadku logika nie jest tak naprawdę racjonalna. Wręcz przeciwnie, jest szalona – i właśnie dlatego, jeżeli jesteś tą logiczną osobą w związku, musisz zrobić coś niezgodnego z instynktem, czyli dokopać się do prawdziwych emocji rozmówcy.

A oto, jak to zrobić.

Przede wszystkim, kiedy stoisz przed kimś na emocjonalnej huśtawce, kto mówi coś w rodzaju „Jesteś dupkiem!” albo „Odchodzę!’, musisz zrozumieć jedno:

On tak naprawdę nie ma tego na myśli.

Dlaczego więc to mówi? Bo jest przytłoczony zalewem emocji i musi dać im upust. Może ci być trudno nie zareagować na jego słowa, ale musisz pamiętać, by nie traktować ich dosłownie.

Spróbuję to wytłumaczyć na przykładzie napoju gazowanego. Kiedy go otwierasz, zaczyna lekko gazować – to twój rozmówca w zwykły dzień. Jeżeli jednak potrząśniesz mocno butelką i dopiero ją odkręcisz, napój eksploduje – to właśnie dzieje się w tej sytuacji.

Pozwól więc, żeby twój rozmówca upuścił jeszcze trochę pary. Możesz to zwizualizować jako pianę wydobywającą się z potrząśniętej butelki napoju gazowanego. A kiedy zacznie się uspokajać, ty zacznij drążyć.

W tym celu spójrz mu w oczy i powiedz coś takiego: „Widzę, że jesteś na mnie bardzo zły. Powiedz – nienawidzisz mnie czy jesteś po prostu potwornie rozczarowany, że zrobiłem X (albo nie zrobiłem Y)?”.

Na tym etapie te słowa będą ci przychodzić bardzo trudno. W końcu w twojej rzeczywistości jesteś osobą racjonalną, a twój rozmówca działa irracjonalnie.

Powiedz to jednak i tak, bo to wtedy zachodzi magia.

Dlaczego? W rzeczywistości u podstaw gniewu i frustracji nie leży nienawiść ani pogarda, tylko rozczarowanie. Ludzie rzadko jednak używają tego wyrazu. Zamiast niego wypowiadają okropne, pełne nienawiści słowa, których tak naprawdę nie mają na myśli.

Jeżeli dasz im do wyboru opcję rozczarowania, a oni przyznają, że czują się raczej rozczarowani niż pełni nienawiści, zwykle szybko się uspokajają. Ty z kolei nie musisz się okopywać na pozycjach obronnych, bo rozczarowanie dotyczy czegoś, co zrobiłeś, a nie samej istoty tego, jakim człowiekiem jesteś.

Jeżeli więc irracjonalna osoba przyzna: „Tak, jestem tobą rozczarowana”, odpowiedz spokojnie i z empatią: „Jak bardzo?”. Pozwól jej się wypowiedzieć. Następnie drąż dalej: „Czy możesz podać jedną rzecz, którą zrobiłem albo której nie zrobiłem, a która rozczarowała cię najbardziej od momentu, kiedy się znamy?” – a potem za nią przeproś.

Może to być dla ciebie bardzo trudne, ale przekonasz się, że dzięki temu twój rozmówca spojrzy na ciebie inaczej, z większą sympatią. Być może dojdzie do jeszcze jednego ciekawego wydarzenia – twój rozmówca może ci powiedzieć: „Wiem, że też robię rzeczy, które cię rozczarowują”, a to już początek zupełnie innej rozmowy.

Wszystko to może się wydawać zupełnie nie fair – w końcu to nie ty wrzeszczysz, nie ty płaczesz i na pewno nie ty mówisz te straszne, okrutne rzeczy.

Obserwuję bacznie klientów, którzy w moim gabinecie odgrywają różne wersje przedstawienia „logika kontra emocje” i zwykle stwierdzam, że osoba logiczna kiedyś (świadomie albo nieświadomie) głęboko zraniła osobę emocjonalną swoim chłodem, lekceważeniem, upominaniem, brakiem uwagi czy wyśmiewaniem (bo tak najczęściej reagują osoby logiczne w swoim najgorszym wydaniu). To oznacza, że odpowiedzialne są obie strony i obie powinny się nawzajem przeprosić.

Proszę po prostu, żebyś przeprosił jako pierwszy.

Przydatna wskazówka

To, że ktoś jest logiczny, nie oznacza jeszcze, że jest racjonalny.

Plan działania

  1. Jeżeli masz do czynienia z osobą, która pod wpływem emocji mówi okrutne rzeczy, powiedz sobie: „Ona tak naprawdę nie ma tego na myśli”.
  2. Przy następnej takiej okazji słuchaj nie uszami, tylko oczami. Kiedy twój rozmówca już upuści pary, zapytaj: „Czy napraw­dę mnie nienawidzisz, czy po prostu strasznie cię zawiodłem?” i działaj na podstawie odpowiedzi.
  3. Słowo ostrzeżenia – ktoś, kto stale odczuwa huśtawkę emocjonalną lub gniew, może mieć zaburzenia osobowości. Jeżeli podejrzewasz taki problem, to zamiast wypróbowywać tę strategię zwróć się o profesjonalną pomoc.

  1. Psychologia

Na czym polega flirt i kiedy zaczyna się flirtowanie?

Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Słodki i lekki jak beza, poprawiający samopoczucie jak czekolada – flirt to przepis na smaczne życie. I udany związek. Psychoterapeutka Katarzyna Miller twierdzi, że umiejętność flirtowania pokazuje także, na ile jesteśmy otwarci na innych, świadomi siebie i inteligentni emocjonalnie.

Flirt to błyskotliwa rozmowa o miłości, podsuwająca partnerowi pewne myśli, oceny uczuciowe czy sugestie – nie zawsze prawdziwe. Zmuszają one jednak do szybkiej orientacji, błyskawicznej riposty i zręcznej reakcji na każdą, najsubtelniejszą nawet uwagę” – pisała w latach 70. Michalina Wisłocka w swojej słynnej „Sztuce kochania”. Już wtedy ubolewała nad tym, że sztuka flirtu ginie. Na czym polega flirt i czy w obecnych czasach to już przeżytek?
Ujmę to inaczej: flirt wymaga inteligencji, a już na pewno inteligencji emocjonalnej, empatii i zainteresowania drugim człowiekiem, o co ostatnio trudno. Wszyscy zajmują się tylko sobą. Oczywiście my, terapeuci, uczymy, by najpierw pokochać siebie, ale robimy to dlatego, że ludzie siebie właśnie nie lubią, a jak siebie nie lubią, to o wiele bardziej się sobą zajmują, bo cały czas myślą o tym, jacy są nieszczęśliwi. Nie robią różnych fajnych rzeczy, nie bawią się, nie cieszą życiem, nie flirtują, tylko ciągle się zastanawiają, dlaczego innym jest dobrze, a im nie.

Druga sprawa: nasz świat jest dzisiaj mocno audiowizualny, każdy stara się głównie dobrze wyglądać, co samo w sobie nie jest jeszcze takie złe, od zawsze przecież ludziom na tym zależało, ale dziś to jest ważniejsze niż bycie, niż spotkanie z drugim człowiekiem. Sztuka konwersacji też zanika. Jak często nieładnie mówią te wszystkie ładne osoby! Zobacz, ile jest dziś eventów, a jak mało przyjęć. A co się robi na eventach? Załatwia interesy. Bo dziś zamiast być, trzeba się pokazać, zapromować. W świecie nastawionym na interesy nie ma flirtu. Ktoś cię zaczepia w barze, bo myśli, że coś z tego będzie. A co ma być? Interes. Tymczasem flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą, i koniec.

Kiedyś flirtowanie było po prostu formą towarzyskiej rozrywki.
Ciekawa jestem, kiedy ostatnio zdarzyło się naszym czytelnikom przegadać z kimś całą noc. Nawet nie pamiętam, kiedy mnie samej się to zdarzyło, a jeszcze kilka lat temu to była moja specjalność. Kiedyś książki czytało się po to, by o nich porozmawiać. A jak się kogoś poznawało, to pierwsze pytanie brzmiało: „Co teraz czytasz?”. Były też mody i prądy, na przykład wszyscy czytali literaturę iberoamerykańską, dziś wszyscy czytają szwedzkie kryminały, ale kto o tym rozmawia? Czyta się w cichych kącikach, a czytanie to przecież bardzo towarzyskie zajęcie. Pozamykaliśmy się na siebie.

I zrobiliśmy się strasznie spięci, zestresowani. Czy to też nie przytępia naszej ochoty na flirt?
A jakże! Bo popatrz, gdzie się flirtuje. Tam, gdzie nie ma napięcia i gdzie się ludzie lubią. Ja kupę swojego życia spędziłam na flircie, dlatego uznaję go za coś ogromnie ważnego.

Seksuolog Kazimierz Imieliński w książce „Sekrety seksu” pisze, że flirt powinien być podstawą wychowania młodzieży.
Bo flirt sprawia, że umiesz się zachować w towarzystwie, powiedzieć miłe słowo, być uprzejmym, co z kolei zapewnia ci sympatię innych, powodzenie, a potem umiejętność wybierania partnerów.

Skupmy się na tej ostatniej wartości. John Grey, autor „Marsjan i Wenusjanek na randce”,  porównuje flirtowanie do zakupów. Najpierw musisz poprzymierzać, powybierać, pomarudzić, żeby wiedzieć, co do ciebie najlepiej pasuje. Czy po takim zachowaniu możemy rozpoznać, kiedy zaczyna się flirt?
Oj, cudowne porównanie, bardzo mi się podoba. Dodam, że zakupy, podobnie jak flirt, są też polowaniem.

W czasach naszych babek flirt był jedynym sposobem na rozeznanie się na rynku matrymonialnym.
Flirt był i jest nadal świetną grą wstępną. Nam, kobietom, jest potrzebny czas na rozpalenie się, na wzniecenie pożądania. Najpierw czujemy ciekawość, rodzaj zachwytu, chęć na seks pojawia się dużo później, bo kobieta musi poczuć to całym ciałem, a nie jedną jego częścią, jak facet. Poza tym we flircie świetne jest to, że daje możliwość próbowania, rozgrywania całych sytuacji pomiędzy różnymi adoratorami, bo kiedy już jednego się rozflirtowało, to na wieść o tym zbiegają się kolejni, jak ćmy do światła. W ten sposób kobieta może mieć cały pęczek adoratorów i dać sobie z nimi radę, czyli sprawić, by nadal chcieli się przy niej kłębić w nadziei, że zostaną wybrani.

Jest taka słynna scena z „Przeminęło z wiatrem”, gdzie Scarlett O’Hara rozdziela na przyjęciu „łaski” pomiędzy wpatrzonych w nią jak w obrazek mężczyzn. Wszyscy oni są zachwyceni i przekonani, że fakt, że jest ich tylu, potwierdza tylko to, że ona jest wybitna. U nas w szkole coś takiego działo się na przerwach: chłopcy stali koło jednej dziewczyny, która była popularna i lubiana, a inne stały z boku i zgrzytały zębami.

Flirt zaspokaja też naszą próżność.
Tak, ale we flircie karmimy się wzajemnie, i to jest najfajniejsze. Kwitniemy na tej grządce sobie wspólnie. I podlewamy siebie nawzajem.

Najbardziej jednak podoba mi się w nim to, że rodzi się błyskawicznie. Od błysku w oku, uśmiechu, zabawnej uwagi… i od razu coś się zaczyna dziać. Jest akcja, z elementami fechtunku i trafieniami czasem aż do krwi, kiedy przeradza się w rywalizację o to, kto ma ostrzejszy język, ale i pieszczot, które potrafią się tak rozkręcić, że czasem już nie wiadomo, co z tym dalej zrobić.

Może to nas właśnie powstrzymuje przed flirtowaniem? Boimy się, że za bardzo się w nim nakręcimy albo damy drugiej stronie mylne wrażenie, że mamy ochotę na romans.
Jeśli ktoś sobą nie umie powodować, to tak się dzieje. W przeszłości, gdy nie byłam jeszcze zbyt pewna siebie i biegła w kwestiach damsko-męskich, często miałam wrażenie, że coś się zbyt szybko urwało lub za daleko zabrnęło. Od czasu, kiedy stałam się pewna siebie i wiem, czego chcę, bardzo wyraźnie mi się wyświetliło, że flirt to samo dobro, sama śmietanka. Jeśli się po nim za dużo nie spodziewasz i nie traktujesz jako konieczny wstęp do wieszania firanek – możesz odnieść z niego wyłącznie profity.

Ale skąd wiedzieć, czy tak świadomie podchodzi do flirtowania także druga strona?
Tego nie sposób wiedzieć od początku. Może się zdarzyć, że pan, z którym flirtujesz, jest bardzo głodny i desperacko chce kogoś poderwać, ale to łatwo poznać, bo on wtedy przechodzi od razu do ofensywy. Wtedy trzeba powiedzieć: „Bardzo się słodko flirtowało i może w innej sytuacji i gdzie indziej chętnie bym kontynuowała, ale aktualnie jestem zajęta”, zabrać swoją torebkę i iść do innego stolika. Myślę, że doszło obecnie do takiej smutnej sytuacji, że mniej jest facetów, którzy flirtują dla samego flirtu, a więcej robi to dla wyrwania. I jak się nie dajesz im wyrwać, to serwują ci pogardliwą minę na zasadzie: „A coś ty taka ważna?!”. Ale proszę się tym nie zrażać. Bo flirt to najprostszy sposób, by poprawić sobie i innym samopoczucie. Ja im jestem starsza, tym bardziej lubię mówić ludziom miłe rzeczy, przestałam się też martwić tym, co inni sobie pomyślą. Gdy mi się ktoś podoba, to od razu mu mówię. Raz tylko mnie zatkało. Wsiadłam do taksówki i oniemiałam na widok taksówkarza. Dziś bym wiedziała, co powiedzieć: „Ależ pan piękny! Czy to nie grzech tak konfundować kobietę?” (śmiech).

Pięknie powiedziane. Trochę chyba za tym tęsknimy – by flirtowanie polegało na tym, że ktoś nam ładnie mówi o miłości…
No, ogląda się teraz te piękne filmy kostiumowe jak „Z dala od zgiełku”, którym niedawno się zachwyciłam. Jest tam taki bohater, którego główna bohaterka odrzuca, a on wtedy mówi jej tak pięknie, jak nie Anglik i jak nie mężczyzna, tylko jak świadoma istota. Że choć ona go nie chce, to on będzie blisko, by się nią opiekować.

Flirt kiedyś, ale i dzisiaj, zbyt często zabijały dwie rzeczy: dosłowność i wulgarność.
Dzisiejsze audiowizualne czasy lubią epatować nagością, ciałem, ale jak wszystko jest na sprzedaż, to jest to zwyczajnie nudne. Flirt wymaga tajemnicy, nie można wyłożyć wszystkich kart na stół. Flirt musi być też subtelny. Najgorsze są takie krążące w Internecie czy wypełniające podręczniki dla uwodzicieli gotowce, które mają zapewnić powodzenie.

Chodzi o takie przykłady flirtu jak np. „Czy bardzo bolało, jak spadałaś z nieba?...” albo: „Wpadłaś mi w oko, nie zepsuj tego”.
Ja bym bardzo nie chciała słuchać takich wytrychów. We flircie nie chodzi o zaczepkę, tylko o adorację, czyli przekazywanie zaciekawienia i zachwytu. Tu nie ma realizacji jakiegoś planu, osiągnięcia celu, flirt można zakończyć w każdym momencie, i to bezboleśnie. Oboje dajemy sobie jedynie chwilę relaksu, łyk szampańskich bąbelków, rodzaj energetycznego podkręcenia, które zapewnia nam potem dobry humor, dużo ochoty na różne inne rzeczy, po prostu fajny dzień – i to wszystko. To może być początek romantycznej znajomości, ale też nie musi. Mój Edek ostatnio poszedł do piekarni i pyta: „Czy są słodkie babeczki?”, na co pani ekspedientka: „Tak, jesteśmy tu dwie, z koleżanką”. Wystarczy przejść obok kogoś i się do niego uśmiechnąć – to już jest flirt, albo powiedzieć komuś komplement: „Jaka szkoda, że pan wysiada, a ja wsiadam”.

Och, to przykład flirtu, który chciałoby się usłyszeć! Gdyby tak ludzie mówili sobie takie miłe rzeczy w komunikacji miejskiej...
Mnie spotkało w autobusach wiele miłych sytuacji. Raz na przykład jakiś szarmancki pan zagadał do mnie: „Jest pani przepięknie ubrana, wygląda pani jak kasztan”, a miałam wtedy na sobie jakieś brązy i rudości. To było przeurocze, ale przyznaję – trzeba mieć wysoką samoakceptację, żeby coś takiego powiedzieć. Tymczasem ludzie są dziś bardzo niepewni siebie i jednocześnie narcystyczni. A flirt jest przekroczeniem narcyzmu, zwróceniem uwagi na drugą osobę.

Dziewczyny, które przychodzą do ciebie na terapię czy warsztaty, mają z tym problem, jeśli chodzi o flirtowanie?
Do mnie przychodzą przede wszystkim wrażliwe dziewczyny, powiedziałabym nawet: nadwrażliwe. I tak, mają trudność we flirtowaniu, dlatego ich tego uczę. To wyjątkowe dziewczyny, one nie tyle mają niskie poczucie wartości, co uświadomiony problem z poczuciem wartości, a to dwie kompletnie różne rzeczy.

Umiejętność flirtowania podnosi ich samoakceptację? To znaczy, że kiedy zaczyna się flirt, odsuwamy na bok kompleksy?
I to jak! Co więcej, moje dziewczyny uczą się flirtować także ze sobą. Uwielbiam, jak kobiety ze sobą flirtują. To w ogóle osobny rozdział: warsztaty w kręgu kobiet. Czasem przychodzą na nie dziewczyny, które mówią od progu: „Przyszłam niechętnie, bo nie lubię być z kobietami”. Zapewne oberwały kiedyś od mamusi, od siostry, od cioci i jeszcze od pani nauczycielki w szkole, więc nic dziwnego, że nie ufają kobietom. Po kilku dniach warsztatów zaczynają się uczyć ufać sobie i ta ilość ciepłych słów, zachwytów, dotknięć, muśnięć, głosu pieszczotliwego, ale też rozkosznego podkpiwania z siebie – jest porażająca. I to wsparcie, którego sobie udzielają: „Masz takie cudne nogi, pokazuj je częściej”, dziewczyny pięknieją wtedy nieprawdopodobnie, bo one mają zasoby, tylko ich nie używają. Flirt coś takiego robi z nami, że zaczynamy myśleć, że skoro mnie gdzieś przyjmują z zachwytem, to mogę wreszcie rozchylić płatki i zapachnieć. Tak, zdecydowanie zbyt rzadko mówimy sobie miłe rzeczy. A zasada jest jedna: im więcej dobrego wyślesz, tym więcej do ciebie wróci.

To się chyba nazywa flirtowaniem z życiem...
Absolutnie. Ja zawsze powtarzam, że życie jest niesłychanie seksualne. Jeśli w to uwierzymy, to każdy dzień będzie przygodą. Raz przygodą siedzenia w domu, a raz przygodą wycieczki do Paryża. Jedno i drugie jest cudowne. Nie myśl: „O Boże, co tu sobie zrobić na śniadanie?”, tylko: „Dzisiaj zrobię sobie jajecznicę ze szczypiorkiem, cudownie!”.

Czasem przychodzą do mnie dziewczyny i żalą się: „A bo ja nie mam faceta...”. Mówię im wtedy: „To zacznij flirtować. Ze wszystkimi. Z listonoszem, sąsiadem, panem w budce, konduktorem. Masz się nauczyć lekkości, a nie tego, że facet ma cię zaprosić na kawę i zaraz poprosić o rękę”. Tłumaczę im, by mężczyzn traktowały jako miłą nację, która przydaje nam coś dobrego już samym tym, że jest. Jak kwiaty – rosną, pachną i kwitną, ale przecież nie będziesz zrywać ich wszystkich, ani nawet wąchać, ale popatrzyć na nie przez chwilę i ucieszyć się, że są – możesz. Dziewczyny, zwłaszcza te młodsze, często nie wiedzą, jak się zachować, gdy ktoś je podrywa. Bo mamusia mówiła: „Nie daj się wykorzystać, im chodzi tylko o jedno”. Jak byłam jeszcze młoda i niewinna, to był w moim otoczeniu bardzo fajny chłopak, który zawsze witał mnie słowami: „Cześć, śliczna”. Strasznie go lubiłam, ale cały czas się zastanawiałam: „No ale dlaczego on nie robi nic więcej?”. Skoro jestem taka śliczna, to on powinien przecież chcieć się przynajmniej umówić. Potem do mnie dotarło, że samo to, że mnie tak ładnie nazywał, było cudne. Wiesz, on mi się podobał, a że byłam jeszcze gąską, to nie odpowiadałam mu w taki sposób, żeby go zachęcić, tylko czekałam, co pewnie mu się znudziło. A może po prostu lubił mówić dziewczynom, że mu się podobają? I tu chciałam podkreślić, że tacy flirciarze są bezcenni, choć ich żony mogą czuć się z tym różnie. Najlepiej jak mają do tego stosunek swobodny, czyli przypatrują się temu z przymrużeniem oka, wiedząc, że facet lubi się podobać i sprawiać przyjemność innym, ale nie przekracza nigdy granicy przyzwoitości.

Niektórzy nazywają flirt wentylem bezpieczeństwa w stałym związku. Ktoś ci się podoba, poflirtujesz, pozachwycasz się nim, nakarmisz się jego zachwytem i nie narazisz udanego związku na szwank.
Dokładnie tak. Flirt jest niezwykle karmiący i pomaga wieść naprawdę satysfakcjonujące życie.

Słyszałam, że zalecasz też flirtowanie w stałych związkach. Na czym polega flirt w takich relacjach i czym może się różnić od tego z nieznajomymi?
Ja to wręcz zapisuję na receptę. Jeżeli się wam robi nudno, zacznij z nim flirtować. Jak? Ano tak: on zmywa – przytul się do jego pleców i powiedz: „Jakiego ja mam mena!”. Albo włóż mu karteczkę do kieszeni: „Myślę o tobie i czekam, aż wrócisz”, żeby znalazł ją, jak dotrze do pracy. Nagraj się na pocztę głosową: „I just call to say I love you”. W życiu musi być miejsce na coś lekkiego, fajnego, niezobowiązującego. Flirt jest jak deser, flirt to deser życia! Ale ładnie mi się powiedziało, prawda (śmiech)?

Katarzyna Miller  
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Seks

Problemy w życiu oznaczają problemy w łóżku

Wszyscy mamy różne ciężkie doświadczenia – emocjonalnego porzucenia czy odrzucenia, braku przyzwolenia na swoją seksualność - to wszystko może odbijać się na naszych relacjach seksualnych. (Ilustracja: Getty Images)
Wszyscy mamy różne ciężkie doświadczenia – emocjonalnego porzucenia czy odrzucenia, braku przyzwolenia na swoją seksualność - to wszystko może odbijać się na naszych relacjach seksualnych. (Ilustracja: Getty Images)
Mężczyźni przenoszą do sypialni traumy z dzieciństwa i porażki w pracy. Jakimi stają się przez nie kochankami, a jakimi mogą być – tłumaczy psychoterapeuta Michał Pozdał.

Traumy, emocje i problemy, jakie przeżywamy, mocno odbijają się na tym, co dzieje się w naszych sypialniach. W końcu tam obnażamy się przed sobą najbardziej. I dlatego towarzyski żartowniś nie zawsze okazuje się czarujący i wesoły w łóżku. W sypialni może odkryć mroczne części swojej osobowości – okazać się wycofany i uległy lub dominujący i kontrolujący. Może nawet poniżać i ranić. Bo zazwyczaj w mroku naszej seksualności chowamy różne wyparte traumy lub nieuświadomione elementy osobowości. Ale może też okazać się wspaniałym kochankiem z dużym poczuciem humoru. Oby tak było. Bo seks ma właśnie temu służyć – przeżywaniu radości i wyrażaniu miłości.

Jak byłeś kochany?

Pokaż mi, jak byłeś kochany, a powiem ci, jak się kochasz – przekonuje znana seksuolożka Esther Perre, autorka „Inteligencji erotycznej”.  I jest w tym przerażająca prawda – wszyscy nosimy w sobie napisane w dzieciństwie skrypty na miłość. Jeżeli rodzice traktowali nas chłodno i z dystansem, często karali albo odrzucali, w dorosłym życiu będziemy podobnie jak oni unikali kontaktu. A przez to nasz seks również może być pozbawiony miłości, radości i ciepła. W skrajnych przypadkach, przy bardzo silnych deficytach, możemy nawet unikać bliskości – jak mężczyźni, którzy jako chłopcy zostali porzuceni przez matki. I to porzucenie może być faktycznym porzuceniem, czyli ucieczką matki lub rozwodem rodziców, ale podobnie może zadziałać wysłanie małego dziecka bez mamy na wielomiesięczne wakacje lub poważna choroba matki i jej długi pobyt w szpitalu. Po tak nagłej i dramatycznej utracie bliskości z matką w dorosłym życiu ci mężczyźni boją się powtórki z utraty i nieświadomie robią wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Dlatego często nie wchodzą w związki i dopuszczają tylko do niewiążących kontaktów seksualnych. Niektórzy dodatkowo poniżają kobiety, wyrażając w ten sposób tłumioną złość na matkę za wczesnodziecięce porzucenie. Dopiero uświadomienie sobie tych uczuć i przepracowanie ich w terapii pozwala zmienić ten obronny schemat działania. Tak jak inne możliwe symptomy – brak erekcji, lęk przed kontaktem seksualnym. Podobne w skutkach może być bicie. Chłopcy bici w dzieciństwie przez matki w dorosłym życiu boją się kobiet, unikają bliskości i „mszczą” się za krzywdy zaznane w dzieciństwie przez „jedną z nich”. U nich również może pojawiać się brak erekcji lub ochoty na seks. Jako dorośli ludzie mogą kulić się wskutek zaobserwowania nagłego ruchu drugiej osoby, nawet terapeuty. Oczekują uderzenia lub kopniaka. W skrajnych przypadkach objawy lękowe mogą być tak silne, że mężczyźnie trudno jest wytrzymać fizyczną bliskość kobiety. Element terapii stanowi wówczas stopniowe oswajanie dotyku i sukcesem jest, gdy pacjent zaczyna panować nad swoim lękiem, wtedy gdy kobieta dotyka jego członka. Trudno sobie wyobrazić, jak daleka jest droga przed taką osobą do czerpania radości z seksu oralnego czy penetracji.

U kobiet z podobnych powodów objawem lękowym może być tzw. pochwica, czyli nieświadome automatyczne zaciskanie mięśni wejścia do pochwy, które uniemożliwia zbliżenie, pieszczoty sfer intymnych czy nawet badanie ginekologiczne. Inne osoby przekształcają przeżytą traumę w triumf i oddają się na przykład praktykom sadomasochistycznym, gdzie w pełni kontrolują zadawanie bólu i cierpienia.

Kolejnym elementem wpływającym na życie intymne jest stosunek do własnego ciała. Jeżeli pochodzimy z domu, gdzie ciało uznawano za nieczyste, a wszelkie objawy seksualności były karane, trudno nam będzie w dorosłym życiu osiągnąć spontaniczność w seksie. A do tej pory zdarzają się takie historie, że ojciec syna wyrzuca na mróz po przyłapaniu go na masturbacji, „żeby mu to z głowy wyparowało”. Skutki łatwe do przewidzenia – lęk przed własną seksualnością, tłumienie potrzeb, unikanie bliskości, brak erekcji lub orgazmu.

Jak jesteś obciążony?

Wszystkie wyżej opisane sytuacje wydają się drastyczne, a przez to rzadkie, ale wychowanie w lęku przed własną cielesnością często wywołuje podobne problemy. Na szczęście rośnie świadomość tego, jak wychowywać szczęśliwe dzieci, jak uczyć je dbałości o ciało oraz rozpoznawania i zaspokajania swoich potrzeb. W efekcie końcowym oznacza to, że uczymy się cieszyć sobą, partnerem i wspólną rozkoszą. Obecne pokolenie młodych mężczyzn często już to całkiem dobrze potrafi – oni wiedzą, że masturbacja jest OK, wiedzą, że bliskość jest fajna i że seks może dawać radość.

Problem może powstać na późniejszym etapie. O ile w dzieciństwie nie dotknęły nas żadne traumatyczne doświadczenia, to pojawiają się wyzwania życia dorosłego – rodzina, praca, kredyty, a wraz z nimi odpowiedzialność i stres, który mężczyzn obciąża najbardziej. Przeładowanie w pracy może samo w sobie prowadzić do problemów z erekcją czy libido. A zbytnie skoncentrowanie na wyzwaniach zawodowych – do unikania bliskości i preferowania szybkiej masturbacji. Z kolei nadmierna odpowiedzialność w pracy może skutkować wybieraniem odwróconej roli w sypialni – tacy mężczyźni często stają się całkowicie ulegli kobietom. Z ulgą podporządkowują się i zgadzają na wszelkie mniej lub bardziej drastyczne formy dominacji. Choć na chwilę zrzucają z siebie odpowiedzialność, żeby potem mieć siłę dalej nieść swój bagaż.

Problemy natury seksualnej mogą wynikać także z innych trudnych dla mężczyzn uczuć – żałoby, smutku czy rozczarowania. Żałoba zwykle dotyczy śmierci bliskiej osoby, ale równie dobrze może pojawić się w sytuacji zmiany szefa, utraty pracy czy ważnego hobby. Nieuświadomiony głęboki smutek, który się pojawia, jeżeli nie zostanie przeżyty, może objawić się w sferze seksualnej. Podobnie jak każdy inny smutek czy rozczarowanie partnerką, związkiem bądź… życiem. Trudność w rozpoznaniu w sobie tych uczuć od razu ujawnia się w sypialni. Taki kłopot bywa długo ukrywany przez mężczyzn, bo swoją aktywność seksualną uznają za podstawę  męskości. Dobrze jest wobec problemu postawić sobie  pytanie: „Dlaczego tak się dzieje?”. Może uda się zadać je partnerce? Może wspólnie da się ustalić przyczyny takiego stanu? Jeżeli nie, rozwiązaniem jest wizyta u seksuologa lub terapeuty.

Jak pewny siebie jesteś?

Nie sposób stworzyć kilku typowych męskich ról łóżkowych. W bardzo dużym uproszczeniu można jednak powiedzieć o dwóch ogólnych typach mężczyzn. Pierwszy z nich jest aktywny, eksperymentujący, inicjujący seks. A wszystko to dzięki wysokiemu poczuciu wartości, które ma. Ono pomaga mu pozostać otwartym na wszelkie zmiany i nowości, pozwala mu również prosić o to, czego pragnie. Nawet kosztem wstydu czy bólu po odrzuceniu, jeśli partnerka na to się nie zgodzi. Drugi typ jest pasywny, wycofany, oczekujący inicjacji ze strony partnerki. Dużo w nim lęku przed odrzuceniem i przede wszystkim niezgody na rozkosz. To powoduje, że jest on kochankiem zamkniętym, nie lubi eksperymentować, boi się utraty kontroli i potrzebuje namawiania, zachęt oraz wsparcia ze strony partnerki do różnych wspólnych aktywności seksualnych.

Oczywiście, większość chciałaby zawsze być typem przebojowym, aktywnym i otwartym. Nie ma jednak wielu takich mężczyzn, bo przecież każdy może mieć gorszy moment. Nawet najwspanialszy kochanek, który przeważnie inicjuje kontakt seksualny, czasami potrzebuje zachęty ze strony partnerki. Obawia się, jak wypadnie, i nie potrafi oddać się przeżywaniu przyjemności. Wszyscy mamy różne ciężkie doświadczenia – emocjonalnego porzucenia czy odrzucenia, braku przyzwolenia na swoje potrzeby i swoją seksualność. Problem w relacji może pojawić się, gdy mężczyzna większość czasu pozostaje zamknięty i nie przejawia żadnej inicjatywy w sypialni. Co może zrobić, żeby stać się tym pierwszym typem kochanka? Na początek  zadać sobie i swojej partnerce pytanie: „Jak często inicjuję seks?”. I jeżeli z rozmów wyniknie, że w mniej niż 25 proc. przypadków, to być może warto wprowadzić zmianę. Przez brak inicjacji ze strony partnera kobieta może czuć się niekochana, niechciana i nieatrakcyjna. Dlatego trzeba jak najszybciej porozmawiać o tym, jak ma to wyglądać dalej.

Michał Pozdał psychoterapeuta, seksuolog.