1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pierwsze wrażenie - co komunikuje twoja twarz?

Pierwsze wrażenie - co komunikuje twoja twarz?

Jak cię widzą inni? Ciało i oczy nie kłamią. Pierwsze wrażenie to twój podświadomy przekaz, który wysyłasz innym ludziom. (fot. iStock)
Jak cię widzą inni? Ciało i oczy nie kłamią. Pierwsze wrażenie to twój podświadomy przekaz, który wysyłasz innym ludziom. (fot. iStock)
Tylko ludzie płytcy nie oceniają po wyglądzie – mawiał Oscar Wilde. Nie od dziś wiadomo, że w relacjach interpersonalnych najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Możesz się na to oburzać, ale warto pamiętać, że to, co myślisz i jak się czujesz, inni odbierają też na poziomie niewerbalnym. I choć pewnych cech wyglądu nie zmienisz, to świadomą pracą nad sobą możesz sprawić, by twój przekaz do świata był bardziej autentyczny.

Zdaniem prof. Alexandra Todorova z Princeton University, ocena człowieka na podstawie wyglądu, a zwłaszcza twarzy, przebiega błyskawicznie. Wystarczy 1/10 sekundy, byśmy do nowo poznanej osoby poczuli sympatię bądź niechęć. To znaczy, że zanim zdążysz otworzyć usta, mózg twojego rozmówcy, najczęściej podświadomie, ma już opinię na twój temat. Liczy się nie tylko wygląd twarzy, ale też ogólna atrakcyjność, sposób poruszania się, ubiór i znaki szczególne. Te wszystkie błyskawicznie zaobserwowane informacje na twój temat są konfrontowane z doświadczeniami i uprzedzeniami rozmówcy. Pierwsze wrażenie jest więc zbiorem wzorców kulturowych, doświadczeń życiowych, biochemii mózgu i wszystkiego, w co wyposażyła nas ewolucja.

Choć z pewnością nieraz przekonałaś się, że drugie, trzecie i czwarte wrażenie dostarcza znacznie więcej informacji, to poznajesz kolejną osobę i… robisz dokładnie to samo – od razu wyrabiasz sobie o niej zdanie. Dlaczego tak się dzieje? Cóż, obwiniać o to trzeba pierwotną tendencję z czasów, gdy w okamgnieniu musieliśmy decydować o tym, kto stanowi dla nas bezpośrednie zagrożenie. I byli to zwykle umięśnieni i napakowani testosteronem mężczyźni. Choć przez te wszystkie lata fizjonomia potencjalnego agresora znacznie się zmieniła – obecnie najbardziej niebezpieczni są atrakcyjni psychopaci i czarujący oszuści – nasz mózg nie do końca przygotowany jest na tę zmianę.

,,On się wydawał taki czarujący i budził zaufanie” – to zdanie, które często słyszę w czasie sesji, a moja próba skoncentrowania uwagi pacjentki na faktach, nie odnosi większego skutku. Podobno tylko 20 proc. opinii jest weryfikowanych przy dłuższym poznaniu, większość z nas pozostaje przy pierwszym wrażeniu, zwłaszcza jeśli dołącza do niego myślenie życzeniowe: ,,Jestem przekonana, że to właśnie ten jedyny”.

Dziś jesteśmy w stanie dowolnie kreować swój wizerunek na podstawie posiadanej wiedzy. Treningi asertywności, warsztaty z flirtowania, coaching planowania kariery czy choćby poradniki odczytywania mowy ciała dają nieograniczone możliwości. Oznacza to, że zasady robienia dobrego wrażenia możemy opanować podobnie jak tabliczkę mnożenia. Tylko co z tego wynika?

Twarz jak na dłoni

Miałam kiedyś pacjentkę, która nie lubiła patrzeć na siebie tuż po obudzeniu, bo ma taką „nieuprasowaną twarz”. Choć jestem w stanie to zrozumieć, poprosiłam ją, żeby każdego dnia, zanim zrobi makijaż, stanęła przed lustrem „sauté” i popatrzyła na swoją twarz. Zamiast „prasować” ją podkładem, zastanowiła się, kogo widzi, kim jest osoba, na którą patrzy w lustrze. Twarz to księga, w której zapisany jest przebieg naszego życia. W bruzdach, zmarszczkach i „nieuprasowaniach” odzwierciedla się historia jej właściciela, jego postawa życiowa, cechy charakteru, oczekiwania, wszystkie smutki i radości.

Już w starożytności odczytywano osobowość na podstawie wyglądu. Z czasem powstała fizjonomika, czyli sztuka czytania z twarzy, która największą popularnością cieszyła się w XIX w., następnie została uznana za zabobon. Obecnie wraca do łask. Jej znaczenie zaczęły doceniać m.in. międzynarodowe koncerny, które z pomocy fizjonomików korzystają podczas rekrutacji. Zdaniem amerykańskich psychologów z Tufts University nawet zdjęcie twarzy daje sporo informacji o osobowości człowieka. Allan Mazur z Syracuse University i Ulrich Myller z Uniwersytetu w Marburgu porównywali zdjęcia kadetów z West Point z ich późniejszą ścieżką zawodową. Okazało się, że cechy, takie jak blisko osadzone oczy, mocno zarysowane brwi oraz kwadratowa szczęka kadetów „zapewniły” im osiągnięcie sukcesu kilka lat po opuszczeniu uczelni. Z kolei Johanes Caspar Lavater, jeden z głównych badaczy poszukujących związków pomiędzy budową ciała a charakterem człowieka, twierdzi, że można stworzyć dokładne opisy charakterologiczne osób na podstawie analizy ich twarzy, np. przestępcy zwykle mają wysokie i płaskie czoło, głęboko osadzone oczy, wąskie usta i niewielki podbródek.

Czy ufać badaczom w 100 procentach, to już inna sprawa, na pewno jednak umiejętność czytania z twarzy jest nieodłączną częścią naszej natury. Zanim zyskaliśmy zdolność porozumiewania się za pomocą słów, człowiek pierwotny musiał polegać na komunikacji niewerbalnej. Od umiejętności odczytywania i rozumienia miny, gestów, wyrazu twarzy często zależało jego życie. Choć osobiście nie jestem zwolenniczką określania czyjegoś charakteru po budowie twarzy czy ciała, to zgadzam się, że postawa, wyraz twarzy czy gestykulacja niosą mnóstwo informacji na temat stanu ducha danej osoby i tego, jak sama siebie traktuje.

Ciało potrafi kłamać

Agnieszka trafiła do mnie po tym, gdy jej firma ogłosiła upadłość. Usiadła przede mną kobieta naznaczona porażką: zamknięta klatka piersiowa, uniesione wysoko ramiona przylegające do głowy, zaciśnięte pięści, głos uwięziony w gardle, zduszony płacz. – Jestem córką alkoholiczki – brzmiały jej pierwsze słowa. Przez kilka kolejnych sesji słuchałam historii o pijącej matce, nieobecnym ojcu, latach, kiedy razem z siostrą musiały dbać same o siebie. Była całkowicie zanurzona w przeszłości i choć podejmowałam wszelkie możliwe starania, nie udawało mi się nakłonić jej do skoncentrowania się na teraźniejszości. Kiedy zapytałam, czy upadek firmy jest skutkiem doświadczeń z dzieciństwa, była oburzona, że w ogóle o to pytam.

– Też kiedyś naiwnie wierzyłam, że uda mi się odciąć od przeszłości, ale dziś wiem, że od tego nie ma ucieczki – odpowiedziała. Ale przecież zanim firma zbankrutowała, kobieta była prężną businesswoman, śmiało kreującą swój świat. Dopiero porażka skłoniła ją do przywołania przeszłości. Jej przykład był kolejnym, który udowodnił mi, że ciało potrafi też kłamać, bo podąża za naszymi przekonaniami.

Uwielbiam taki moment w terapii, kiedy wyraźnie pojawia się rozdźwięk pomiędzy tym, co mówi pacjent, a tym, w jaki sposób to mówi. Pamiętam kobietę, która przyszła do mnie jakiś czas temu. Jej wygląd budził respekt: skórzane spodnie, kurtka motocyklistki, na nogach glany, groźny wyraz twarzy. Weszła do gabinetu zdecydowanym krokiem. Pomimo spójności wyglądu i mowy ciała, coś budziło mój niepokój. Po chwili zapytała, czy może zdjąć buty, bo jest jej niewygodnie. Kiedy ponownie usiadła w fotelu, jej stopy zaczęły niespokojny taniec. Kiedy poprosiłam, żeby usiadła tak, by czuła się komfortowo, oparła stopy na fotelu, obejmując kolana rękoma, zupełnie jak mała dziewczynka. Czułam, że w jej całym wizerunku najbardziej prawdziwe są właśnie stopy. Symbolizują dzieciństwo i nigdy nie kłamią. Po trzech miesiącach terapii ten groźny wygląd nijak się miał do cierpienia, które pacjentka nosiła w sobie. Kiedy mi zaufała i zaczęła opowiadać o trudnej relacji z mężem (podobnej do relacji z ojcem w dzieciństwie), jej głos brzmiał tak, jakby opowiadała obejrzany film, który na dodatek niespecjalnie ją poruszył. Jedynie jej stopy pełne były napięcia. Gdy powiedziałam, że nie czuję jej bólu, że odcina się od niego, stopniowo zaczęła pozwalać sobie na zdjęcie maski. Od tej sesji już nigdy nie pojawiła się w motocyklowym stroju.

Powrót do własnej skóry

Pierwsze wrażenie może być mylące, bo znaczna część tego, co pokazujemy światu, bywa w sprzeczności z tym, jacy naprawdę jesteśmy. Chcąc uzyskać akceptację społeczeństwa, pokazać swoją siłę i ukryć słabości a także mieć konkretne relacyjne korzyści, zakładamy maski.

Podczas dwudniowych warsztatów dla kobiet biznesu poprosiłam uczestniczki, by drugiego dnia przyszły przebrane – włożyły strój, który nie pasuje do ich stanu ducha. Większość z nich przyszła w firmowych mundurkach. Znajdowały się wśród nich osoby, dla których praca w korporacji była koniecznością, ale też takie, które dokonały świadomego wyboru i ceniły to, co robią zawodowo. Clarissa Pinkola Estés, psychoanalityczka i zbieraczka opowieści, twierdzi, że my, kobiety, wielokrotnie przez lata nosimy nie swoją skórę, narzuconą przez wymogi kultury: skórę profesjonalnej pracownicy, dobrej matki, uwodzicielki, ofiary… I nie ma w tym niczego złego dopóty, dopóki mamy też okresy powrotu do własnej istoty, czyli powrotu do domu. Ten wielki cykl odejść i powrotów jest naturalnym instynktownym i wrodzonym odruchem każdej z nas.

Zrzucanie nieswojej skóry, podobnie jak w świecie zwierząt, jest mozolnym i bolesnym procesem. Wymaga wsłuchania się w głos instynktu, który podpowie, czy to jest właśnie ten moment. Jak każdy proces ma też swój rytm. Dlatego pomocne są czynności mające rytm: bieganie, malowanie, śpiewanie, medytacja i wszelkiego rodzaju powtarzalne rytuały. I przede wszystkim decyzja, że chcesz zobaczyć swoją prawdziwą twarz i aby, w mniejszym lub większym stopniu, zobaczył ją świat. Czy twoje wnętrze widoczne jest na zewnątrz? Co pragniesz osłonić, wzmocnić, ukryć, a czego chcesz się pozbyć? To pytania, które pozwolą ci poczuć, czy jesteś w swojej skórze. Bez względu na wiek, w każdej z nas mieszka mała dziewczynka, która uwielbia się przebierać, robić miny, naśladować dorosłe głosy, przymilać się i spełniać oczekiwania ludzi, na których jej zależy. Życie jest jak teatr, w którym możesz zagrać każdą rolę. Bylebyś tylko wiedziała, kim jesteś, gdy zdejmujesz sceniczny kostium.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Ciekawostka: Donald Trump czy Hillary Clinton?

Amerykanie od lat poddają analizom wybory prezydenckie w celu szybszego wytypowania kandydata, który je wygra. Ważne jest to, co widzą wyborcy: czy darzą sympatią konkretną osobę, czy mają do niej podobne poglądy oraz czy ma ona cechy przywódcy. Po przeanalizowaniu wyników wyborów prezydenckich na przestrzeni ponad 100 lat naukowcy stwierdzili, że w prawie wszystkich przypadkach wygrywał wyższy kandydat (wysokim mężczyznom przypisuje się więcej cech dominujących oraz lepsze zdolności przywódcze). Kolejną ważną cechą jest tembr głosu – im niższy i spokojniejszy, tym bardziej kojarzy się z władzą, a im wyższy i bardziej kobiecy, tym bardziej przypisuje mu się cechy zbytniej emocjonalności. Badana jest również liczba mrugnięć na minutę w czasie debat wyborczych (większa liczba mrugnięć to oznaka zdenerwowania i kłamstwa). Bardzo ważna jest charyzma – pożądani są przywódcy, których mowa ciała świadczy o wysokim statusie społecznym i… serdeczności. Serdeczna mowa ciała to np. uśmiech, podniesione brwi, przechylanie głowy oraz uważne słuchanie. Dodatkowo promowane są: szeroka, zdecydowana gestykulacja, dynamiczny chód oraz zajmowanie przestrzeni, gdyż potwierdzają pewność siebie i autorytet. Jak widać po analizie tych zmiennych, Donald Trump nie mógł nie wygrać ostatnich wyborów prezydenckich.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Uśmiech działa zawsze. Jak ciało wpływa na emocje i zachowanie?

Badania wskazują, że uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. (Fot. iStock)
Badania wskazują, że uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. (Fot. iStock)
Z dr Michałem Parzuchowskim, zajmującym się tematyką embodimentu, czyli wpływu ciała na emocje i zachowanie, rozmawia Joanna Olekszyk.

Jesteśmy zgodni przyznać, że to, jak się czujemy, ma wpływ na to, jak wyglądamy. Odwrotna zależność już rzadziej przychodzi nam do głowy.
Ciało wpływa na umysł i odwrotnie. Dysponujemy licznymi dowodami na somatyzację, np. pogorszenie stanu zdrowia naszego ciała na skutek negatywnych myśli. Najobszerniejsze dotyczą np. zjawiska wypisywania się, zaobserwowanego przez laboratorium Jamesa Pennebakera z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. Z jego wieloletnich eksperymentów wynika, że jeśli poświęcimy 20 minut dziennie na zapisywanie swoich myśli i emocji, rzadziej będziemy się zgłaszać do lekarza, narzekając na problemy ze zdrowiem. Natomiast mniej intuicyjny jest pogląd, że to, co robimy z naszym ciałem, wpływa na to, co myślimy. Amerykanie częściej noszą na ustach uśmiech (w myśl maksymy „keep smiling”) i choć Polakom może wydawać się to sztuczne, to każdy, kto pojedzie do Ameryki, przyzna, że ludzie tam nie tylko wyglądają, ale rzeczywiście są szczęśliwsi niż uśmiechający się o wiele rzadziej Polacy.

A naukowcy wypowiedzieli się w tej sprawie?
Owszem. Na przykład w jednym z badań niemiecki psycholog Fritz Strack prosił badanych o sędziowanie komiksów. Część z nich podczas czytania trzymała w zębach ołówek, co nadawało twarzy grymas uśmiechu, a część – w ustach, blokując w ten sposób możliwość naprężania mięśnia jarzmowego odpowiedzialnego za uśmiech. Co się okazało? Otóż ci pierwsi ocenili komiksy jako zabawniejsze niż ci drudzy. Inny badacz, Jesse Chandler, prosił grupę studentów z Uniwersytetu w Michigan, żeby wystawiali oznaczony odpowiednią literą palec w określonym momencie, w celu przerwania wiązki lasera (literki były po to, by badani nie uświadamiali sobie znaczenia gestykulacji). W konsekwencji jedna grupa badanych wystawiała dłużej palec środkowy (gest agresywny), a druga – kciuk (gest pozytywny). Jednocześnie czytali historyjkę o osobie, która może być dwuznacznie postrzegana – albo pozytywnie, jako zuchwała i żądna przygód, albo negatywnie, jako lekkomyślna i arogancka. Efekty były zbieżne z tym, co badani robili z palcami – przy geście pozytywnym odbierali daną osobę pozytywnie, i odwrotnie, przy negatywnym – bardziej negatywnie. Wyników podobnych badań jest zresztą coraz więcej.

Czyli na nasze myślenie i emocje mają wpływ konkretne gesty. A wygląd, na przykład wzrost?
Z pewnością osoba o wzroście 2 metry widzi świat inaczej niż ta, która mierzy 150 cm – odmiennie odbierają np. ten sam korytarz, po którym idą. Nie znam jednak rzetelnych badań, które skupiałyby się na tym zagadnieniu. Prawdopodobnie dlatego, że trudno przeprowadzić eksperyment, jeśli nie można manipulować wzrostem jego uczestników (poza rzeczywistością wirtualną). Ale prowadzono badania, które wskazują, że obiekty, do których sięgamy, są dla nas bardziej atrakcyjne. W zasięgu osoby o niskim wzroście jest więc mniej przedmiotów i pewnie mogłaby postrzegać więcej rzeczy bardziej pozytywnie, gdyby miała większy zasięg ramion, ale to tylko czyste spekulacje.

Ja jestem wysoka i podczas dłuższej rozmowy z kimś niższym czuję się dość niekomfortowo, nie wiem, jak ułożyć ciało, jaką przyjąć postawę. Podobne zdanie mają osoby niższe, które w adekwatnej sytuacji muszą z kolei zadzierać głowę…
Pani rozmówcy, którzy muszą zadzierać głowę, by na panią patrzeć, są w trochę lepszej sytuacji, bo taka postawa towarzyszy bardziej pozytywnym uczuciom niż gdy, tak jak pani, musimy cały czas patrzeć w dół – pochylenie w naszej kulturze jest kojarzone raczej z uległością. Wspomniany wcześniej Fritz Strack przeprowadził ze współpracownikami badanie, w którym studentom podawano informację zwrotną na temat rozwiązywanego przez nich testu, zawieszając kartkę z wynikami na ścianie wysoko lub nisko. Same wyniki też były albo pozytywne, albo negatywne. Przedmiotem eksperymentu był pomiar ich poczucia dumy. Okazało się, że u osób, które otrzymały pozytywną informację zwrotną, poczucie dumy było wyższe, jeśli została podana z wysokości, czyli zgodna z postawą, która zwykle towarzyszy przyjmowaniu zaszczytów. Pani intuicja jest więc tu bardzo rozsądna. Jeśli miałaby pani czuć się przez całą rozmowę niekomfortowo, to mogłoby wpłynąć na jej przebieg.

Czy dlatego dyrektorzy wolą, by ich pracownicy stali, podczas gdy oni siedzą?
To bardziej skomplikowana sytuacja. Ciało odgrywa dużą rolę w przywoływaniu określonych wspomnień. Jeśli dziecko wrodzony mechanizm powtarzania uśmiechu kojarzy z czymś miłym, wtedy naprężanie mieśnia jarzmowego (niezbędne do uzyskania grymasu uśmiechu) też będzie kojarzyło z czymś miłym. Tak samo dzieje się nie tylko w kwestii mimiki, gestów, ale i całej postawy. Na przykład wielu z nas w dzieciństwie, a i młodości, stało na baczność na niezliczonych apelach, więc ta postawa przywodzi nam na myśl grzeczność, posłuszeństwo i szacunek. Jeśli mamy powtarzający się kontekst z przeszłości, w którym jednoznaczny układ mięśniowy (np. stanie na baczność) jest skojarzony z pewnym uczuciem, to wystarczy, że inna, nowa sytuacja będzie wymagała od nas powtórzenia tylko jednego elementu tego układu i rozpoczniemy symulację pozostałej części układanki – przywołamy odczucia, jakie nam wówczas towarzyszyły. W naszych badaniach wykazaliśmy, że stanie na baczność jest konotowane z uległością, a uległość zwiększa dystans, jaki odczuwamy w stosunku do innych osób. W jednym z eksperymentów uczestnicy, którzy stali w tej pozycji jedynie przez 20 sekund, stawiali następnie krzesło naprzeciwko eksperymentatora o 70 centymetrów dalej niż ci z grupy kontrolnej, którzy stali w sposób bardziej swobodny!

Czy miejsca, w których źle się czujemy, zmuszają nas do przyjęcia niewygodnej dla nas postawy?
Zdecydowanie tak! Fotele skonstruowane w ten sposób, że się w nich zapadamy, krzesełka, na których siadamy jak na zydelku, czy nawet zbyt niskie sufity, które zmuszają nas do garbienia się, mogą mieć wpływ na to, co myślimy...

A czy możemy się przed tym jakoś bronić? Przyjmować określone postawy lub wykonywać gest poprawiający samopoczucie?
Można starać się wyrównywać efekt dyskomfortu, na przykład pobudzając się do uśmiechu. To powinno mieć podobny efekt jak afirmacje powtarzane przed lustrem. Badania wskazują, że fałszywy (lub nie) uśmiech na twarzy zawsze działa, wywołując w nas pozytywne emocje. Wystarczy go odpowiednio długo „przytrzymać”, a dobre samopoczucie w końcu się pojawi. Nawet jeśli jesteśmy świadomi tego sprzężenia i staramy się je powstrzymywać, poprawa i tak nastąpi. A więc uśmiechajmy się jak najczęściej, nawet jeśli z początku będzie to tylko gimnastyka mięśni twarzy, bardziej przypominająca strojenie min. Innym pozytywnym gestem jest uruchomienie mięśni zginaczy rąk – odpowiadających za czynności przyciągania przedmiotów. Proszę przypomnieć sobie, co robimy, gdy ktoś wręcza nam prezent – łapiemy go obiema rękami i przyciskamy do siebie. Ten układ mięśniowy również wzbudza nasze pozytywne uczucia. Możemy więc kilka minut dziennie poświęcić na dociskanie blatu stołu od spodu, co zaktywizuje układ mięśniowy i poprawi nam nastrój, np. podczas długiego dnia w pracy. Wystarczy też, bym teraz przez 10–15 minut rozmawiał z panią przez telefon, trzymając słuchawkę przy uchu i aktywizując zginacze, żebym miał poczucie, że rozmowa poszła nam świetnie, niezależnie od jej rzeczywistego przebiegu. Być może jest to powód, dla którego tak mało osób korzysta z zestawów słuchawkowych.

Dr Michał Parzuchowski, psycholog, wykłada w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie.

  1. Psychologia

Kobiety często utożsamiają swoje ciało z wyglądem

Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiele kobiet patrząc na ciało tylko zewnętrznie, nie wsłuchuje się w jego potrzeby. (fot. iStock)
Wiadomo, że nasza kultura uprzedmiotawia kobiety. Ale żebyśmy same to sobie robiły? A robimy! Przynajmniej część z nas na hasło: „ciało” odpowiada: „wygląd”. Obraz w lustrze przesłania nam to, co dzięki ciału przeżywamy.

Nie wiedziałam, że bywa z nami tak źle, aż do niedawnych warsztatów, na których przyglądałyśmy się temu, jak to jest być kobietą i czy można nią być inaczej. W zamierzeniach miałyśmy wyjść poza stereotypy i dać sobie prawo do własnego sposobu istnienia. I dać takie prawo innym kobietom. Wszystko szło dobrze, aż w pewnym momencie zaproponowałam rozmowę o ciele. Grupa już nieźle się znała, więc taki osobisty temat nie wydał mi się za trudny. Uczestniczki dobrały się w pary i każda z nich przez kilka minut mówiła o swoim ciele. Mogła mówić wszystko, co przyjdzie jej do głowy. I wszystkim przyszło do głowy to samo! Wygląd i jego odstępstwa od ideału.

Kobiety opowiadały sobie o tym, co im się nie podoba w ich ciele, co ukrywają, a z czego są zadowolone i jak to zmieniało się w czasie. A potem usiadłyśmy w kręgu i dzieliłyśmy się tym, co wydarzyło się w parach. Jedne narzekały na zbyt mały biust, inne z kolei na zbyt duży, szczególnie w wieku dojrzewania było to dotkliwe. Jedne jako nastolatki były zbyt chude, inne zbyt grube, jedne mają za proste włosy, innym bez sensu się kręcą, bo rzadko jest tak, żeby było dobrze. We wszystkich parach okazało się, że z wiekiem nasze niedoskonałości są mniej dolegliwe, jakoś udaje nam się z nimi pogodzić, co było optymistycznym akcentem w tej lawinie zarzutów i zażaleń pod adresem ciała. No i tyle.

Niemożliwe, myślałam, słuchając tych relacji ze spotkań w parach. Przecież któraś musiała powiedzieć o tym, jak ciało jej służy, że lubi swoją sprawność, że lubi dotyk, że lubi zmęczenie po wysiłku, no takie normalne sprawy i drobne przyjemności płynące z ciała. Czekałam, że któraś powie o tym, że ma do ciała zaufanie albo że sprawia jej ono problemy i to ją martwi albo złości. A tu nic. Jakby ciało było ciałem obcym, na które patrzymy z zewnątrz. Przedmiotem, który spełnia jakieś wymogi estetyczne albo nie, a nie nami.

To jak to jest? To po cholerę nam to ciało? Żeby wyglądać? Nic dziwnego, że mamy kompleksy i trudno nam lubić siebie, bo przecież ciała nie są doskonałe. Może nawet nie po to są, żeby były? W intymnych rozmowach w parach kobiety przyjęły perspektywę obserwatorek – nie wzięły pod uwagę własnych doznań, jakby one były nieistotne. Ważne jest dla nas to, co widać – ciało jako przedmiot prezentacji. Ani słowa o naszej sile, sprawności, zdrowiu, wytrzymałości, zdolności działania. Ani słowa o radości z ruchu, jedzenia, seksu. Czyżbyśmy tego nie doświadczały?

– I to już? – zapytałam bezradnie, gdy ostatnia osoba skończyła mówić.

– Niczego wam tu nie brakuje?

Dziewczyny patrzyły zdziwione.

I co im miałam powiedzieć?

– A gdybyście były mężczyznami? Wyobraźcie sobie, co wtedy byście mówiły o swoim ciele.

Tą sytuacją kobiety nieźle się bawią. Rozsiadły się swobodnie, poklepują po brzuchach i udach, są rozluźnione i zadowolone.

– Lubię swój duży brzuch – mówi jedna.

– Każdy ptaszek ma swój daszek – dopowiada druga i grupa wybucha śmiechem.

Jeden za drugim padają żarty, z których wynika, że mężczyźni akceptują swoje ciała i są z nich zadowoleni.

– I to już? – znów zapytałam bezradnie, gdy żarty ucichły.

Zapadła cisza.

– No pewnie oni też mają kompleksy, na przykład jak są za niscy – zastanawia się jedna.

– Albo jak mają odstające uszy – dopowiada druga.

Patrzą na mnie wyczekująco, czy uznam to za prawidłową odpowiedź. I po co ja im zaproponowałam tę rozmowę o ciele? To miał być tylko krótki przerywnik pozwalający zbliżyć się do siebie samych i siebie nawzajem, a teraz muszę w to brnąć dalej i nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie, bo te kobiety zdają się być bezcielesne!

– A jeśli ci mężczyźni uprawiają jakiś sport, to powiedzieliby o tym w takich rozmowach?

– No! Chwaliliby się swoimi osiągnięciami!

– A myślicie, że oni lubią grać w piłkę czy w tenisa? Że lubią swoją siłę i sprawność? Że lubią się zmęczyć? Że lubią prysznic po treningu i napić się wody i...

– Chyba tak – przerywa mi któraś.

– A wy nie?

– Ja lubię się ruszać – mówi jedna. – I lubię się zmęczyć.

– Ja lubię tańczyć – dołącza druga.

Uff! A jednak mają ciało, dzięki któremu czują, a nie tylko wyglądają! Szybko okazuje się, że lubią się przeciągać i pić kawę, że lubią ćwiczyć, że lubią swoją sprawność, lubią dotyk, cierpią, gdy są chore, okazuje się, że lubią jeździć na rowerze, umieją stać na głowie lub zrobić szpagat i są z tego dumne. W końcu otworzyły wielki worek z doznaniami, których doświadczamy dzięki ciału.

– A seks? Też bywa źródłem przyjemności? – drążę dalej, bo ciągle mi mało.

Konsternacja.

– Ja już nie pamiętam, jak to jest – mówi w końcu jedna, inne też ledwie pamiętają, tylko niektóre przytakują, że seks może być źródłem rozkoszy.

Ach! Wpuścić tu Joannę Keszkę z jej zestawem wibratorów i innych gadżetów dla kobiet! Znacie jej książkę „Grzeczna to już byłam. Kobiecy przewodnik po seksie”? Warto przeczytać. Od dawna podziwiam odwagę autorki. Mówi otwarcie o kobiecej seksualności. O tym, że mamy prawo do orgazmu! Niby wszystkie o tym wiemy, ale jak cieszyć się seksem, gdy najważniejszy jest wygląd i to, co pomyślą o nas inni? Chętnie bym zawołała za Joanną Keszką: „Drogie siostry, pora uwolnić swój orgazmiczny potencjał!”. Albo przytoczyła jej złotą myśl, jedną z wielu równie zabawnych: „Mam wibrator i nie zawaham się go użyć!”. Ale trochę się wstydzę, bo przecież jestem kobietą. I nie wiem, co pomyślałyby o mnie uczestniczki? O matko! Ta grupa wpędza mnie w stereotypy, z których miałyśmy się przecież wyzwalać!

Włączam muzykę i proponuję taniec Afrodyty. Na początku jest nieco sztywno, ale potem…

Dziewczyny czują radość z kontaktu z ciałem. Mówią o tym, za co są mu wdzięczne. Doceniają, jak świetnie im służy. I może to jest w ciele najważniejsze?

– A wygląd? – pytam jeszcze dla porządku.

– Chrzanić wygląd! – wykrzykuje jedna, a inne podchwytują bojowy okrzyk.

Artykuł archiwalny

  1. Kultura

Monica Bellucci - doskonałość nie istnieje

Monica Bellucci (Fot. Alessandro Bianchi/Forum)
Monica Bellucci (Fot. Alessandro Bianchi/Forum)
Choć była i jest podziwiana głównie za to, jak wygląda, nigdy nie uległa presji szczupłego ciała. Monica Bellucci kończy dziś 56 lat, a ma w sobie tyle samo seksapilu i apetytu na życie co 30 lat wcześniej. I o wiele lepiej czuje się w swojej skórze. Na łamach naszego portalu daje lekcję zdrowego podejścia do własnego wyglądu.

Przydomek „boska” przylgnął do niej właściwie od początku kariery. Jest najczęstszym określeniem, jakie pojawia się przy jej nazwisku w prasie, telewizji, ale też w komentarzach na portalach plotkarskich. Cóż, Monica Bellucci jest boska. Ma doskonałe rysy twarzy, pełną, kobiecą figurę, długie, falujące włosy, ale też jasność w sobie, grację, spokój i elegancję. Posągowa, a jednocześnie zmysłowa. Kiedy idzie, nieśpiesznie, majestatycznie, kołysząc biodrami, powietrze dookoła niej faluje. Do tego jej głos – niski, melodyjny, wydobywający się z pięknie wykrojonych ust, ułożonych niczym do pocałunku. Ostatnio na konferencji prasowej kokieteryjnie wyznała:

„Jestem bardzo nieśmiała. Wyobrażacie sobie, jaka bym była, gdybym nie była nieśmiała?!”

Makaron, wino i śmiech

Chyba żadna aktorka nie była tak często pytana o to, czy uroda pomaga jej w życiu. Monica Bellucci znosi te pytania z właściwym sobie spokojem, powtarzając do znudzenia, że wiele zawdzięcza swojemu wyglądowi – byłaby hipokrytką, gdyby uważała inaczej. W końcu to z powodu urody Francis Ford Coppola zaangażował ją do roli wampirzycy w filmie „Drakula”, który zapoczątkował jej aktorską karierę. „Uroda może być problemem, gdy kobieta jest głupia. Ale nie wtedy, kiedy kobieta wie, jak jej używać” – dodaje. „Zdaję sobie sprawę z tego, jakie wrażenie wywieram na mężczyznach. Wykorzystuję to, by osiągnąć swoje cele, ale oczywiście jestem świadoma delikatnej granicy, której przekroczyć nie zamierzam” – wyznała kilka lat temu w wywiadzie.

Często jest też pytana o nagość na ekranie, czy się jej nie wstydzi. „Aktorstwo to nie tylko słowa. Mówię też moim ciałem”. Nie krępuje się więc go pokazywać czy grać scen łóżkowych z własnym mężem. „Człowiek nie może żyć bez seksu. Gram dorosłe kobiety, które mają życie erotyczne”.

Sport? Kiedyś go nie cierpiała, ostatnio polubiła, od czasu drugiej ciąży (2010) ćwiczy z osobistym trenerem, ale nie jest osobą, która wstaje o 6 rano, by od razu biec na siłownię. „Nie jestem maszyną” – tłumaczy.

Moda? Tak, ale tylko z nią w roli głównej. Już w wieku 14 lat zarabiała jako modelka (dzięki czemu mogła opłacić studia prawnicze, które później rzuciła dla aktorstwa) i do dziś ma bardzo dobre relacje z projektantami. W gronie jej przyjaciół są m.in. z Stefano Dolce i Domenico Gabbana, była twarzą ich wiosennej kolekcji w 2012 roku, inspirowanej włoską kulturą i włoską rodziną. Dla D&G stworzyła też własną linię szminek. Ale nie śledzi najnowszych trendów. „Interesuję się modą w takim stopniu, w jakim ona ma dla mnie coś interesującego” – mówi. Jej styl jest klasyczny, raczej zachowawczy, ekstrawagancję zostawia tylko na wielkie wyjścia, ale też zachowuje umiar. „W moim sposobie ubierania się jest chyba coś bardzo włoskiego. Wybieram proste kroje, bo mam wystarczająco bujne kształty, i czasem zaszaleję z kolorem, ale jednak trzymam się klasyki” – zaznacza. „Czarna sukienka to kreacja idealna. Kiedy zdarza mi się przytyć, wkładam coś czarnego”.

Poprawianie urody? Nie jest w tej sprawie zbyt restrykcyjna. Uważa, że każdy powinien robić to, co jest dla niego najlepsze. Kiedy widzi starszą kobietę z twarzą ozdobioną zmarszczkami, nie jest zdziwiona, „nie myślę: powinna zrobić sobie lifting”, tak samo reaguje na widok kobiety w podobnym wieku z wygładzoną twarzą, „nie uważam, że powinno się piętnować kobiety poddające się zabiegom medycyny estetycznej”. Na razie woli swoje zmarszczki od operacji plastycznych, ale nie zarzeka się, że nigdy nie spróbuje.

Ulubione słowo? „Amore”, czyli „miłość, kochanie”. Dla niej wszystko jest amore, wszystko jest zmysłowe. „Wypowiadam je przynajmniej dwa tysiące razy dziennie” – przyznała w wywiadzie. „Mówię tak do dzieci, wszystkich dookoła nazywam mi amore”.

Nigdy nie stosowała drakońskich diet, brzydzi się zakazami. „Trzeba jeść zrównoważone posiłki: ryby, mięso i makarony” – radzi. Z drugiej strony…

„We Włoszech trudno utrzymać dietę. Tyle dań, tyle smakołyków… A do tego rozmawia się głównie przy jedzeniu”. Sekret jej urody? „Jedz makaron, rozkoszuj się winem, ciesz seksem, dużo śmiej i nie martw zbyt wiele. Kiedy piękno młodości przemija, nadal jest tyle powodów, dla których warto kochać życie”.

Lekko gorzkie dolce vita

W tym zamiłowaniu do dobrego jedzenia, celebracji chwil i swojej kobiecości jest bardzo włoska. „Nigdy nie wychodzę z domu bez szpilek i bez makijażu. Kobiety powinny kochać swoją kobiecość, podkreślać ją – dla poczucia własnej wartości” – mówi z przekonaniem. „Moja babcia nawet w wieku osiemdziesięciu paru lat przed wyjściem do kościoła sięgała po szminkę, aby zaznaczyć na ustach krwistoczerwoną kreskę. Makijaż i wysokie obcasy były dla niej codziennością. Może stąd się brała moja potrzeba dorosłości” – analizowała w jednym z wywiadów.

Julia Wollner, italianistka, którą pytam o to, czy w swoim podejściu do ciała aktorka też jest typowo włoska, odpowiada, że to dość skomplikowana sprawa. – Włochy to kraj estetów, ludzi od wieków niezwykle wrażliwych na piękno, a także przywiązujących wielką wagę do wizerunku. Czasem zbyt wielką. Monica Bellucci wielokrotnie była umieszczana na listach najseksowniejszych i najbardziej pożądanych kobiet świata, ale to między innymi jej współczesne kobiety zawdzięczają umiejętność łaskawszego spojrzenia na własne krągłości. Nigdy nie była przesadnie chuda, a w wywiadach chętnie podkreśla, jak ważne jest dla niej zmysłowe cieszenie się życiem, w tym tak istotne we Włoszech przyjemności stołu. Mogąc pochwalić się niezwykle kobiecą figurą i magnetyzującym spojrzeniem, skutecznie ucieka jednak od zaszufladkowania jako seksbomby, wcielając się także w role komediowe, pokazując się w filmach futurystycznych i baśniowych. Jeśli spojrzymy na najważniejsze wybrane przez nią scenariusze, trudno oprzeć się wrażeniu, że niejednokrotnie starała się pokazać, jak bardzo piękne ciało może być pułapką, przekleństwem, a przynajmniej – przeszkodą, z którą trzeba się zmierzyć.

Aktorka sama wyznaje, że szuka ról, w których będzie mogła pokazać głębię postaci, nie tylko jej piękno, a jeśli już, to piękno okrutne. O Persefonie, którą zagrała w filmie „Matrix: Rewolucje” mówiła: „Przyjęłam rolę w tym filmie, bo chciałam pokazać, jak zdradzieckie może być piękno. Coś, co uważamy za pociągające i szlachetne, może być w głębi niebezpieczne, mroczne i skażone. Ona jest piękna, ale w tym pięknie jest sama, jej wygląd odgradza ją od innych, jest barierą. To zresztą kompleks wielu atrakcyjnych kobiet”.

Choć Włochy traktuje jak dom, do którego zawsze chętnie wraca, Monica nie jest fanką wszystkich tradycji swojego kraju. Nie podoba jej się to, jak Kościół katolicki organizuje tutejsze życie, nie wierzy w zabobony. Najbardziej przeszkadza jej to, że w tradycyjnych Włoszech mężczyźnie więcej wolno. „W życie kobiety wpisane jest cierpienie, troska, lęk, zdrada – musi jednak to wszystko znosić z godnością, najlepiej w milczeniu, bo taki jej los. Mężczyzna przynosi pieniądze do domu, ale też korzysta dużo częściej z życiowych przyjemności” – mówi. „Kobiety w mojej rodzinie najczęściej akceptują przypisane im od lat role: gospodyni, żony, matki. Są szczęśliwe, ale też nie mają alternatywy. Ja chciałam mieć wybór”.

Najbardziej francuska z włoskich aktorek

Skąd u rodowitej Włoszki taka odwaga i bunt? To wszystko wpływ Francji, jej drugiej ojczyzny. „Włochy zaszczepiły we mnie pewien ideał macierzyństwa, a Francja potrzebę wolności. Choć uwielbiam kobiecość Włoszek, to dopiero we Francji zrozumiałam, jak ważne jest, by być nie tylko kobietą, ale i feministką” – tłumaczy. Właśnie przymierza się do wyprodukowania filmu o Tinie Modotti, włoskiej komunistce, fotografce i modelce, tworzącej od lat 20. do 40. XX wieku. „Jestem pod wrażeniem jej nowoczesności i odwagi. Była kobietą wielkiej pasji, wolnym duchem, co w czasach, kiedy żyła, i we Włoszech, gdzie kobieta nie mogła istnieć bez mężczyzny, było niezwykle pionierskie”. Podczas tegorocznego festiwalu w Cannes, którego Monica była gospodynią i mistrzynią ceremonii, podkreślała, jak bardzo cieszy się, że w konkursie swoje dzieła prezentuje aż 12 reżyserek, a w jury zasiada Pedro Almodóvar, który „zrobił tyle pięknych filmów o kobietach”.

Zawsze wymienia aktorki, kobiety, które podziwiała jako młoda dziewczyna: Sophię Loren, Ginę Lollobrigidę. Mimo to nie ma złudzeń, że w kwestii kobiecej solidarności jest jeszcze dużo do zrobienia. „Największym zagrożeniem dla kobiet są same kobiety. Nie ma między nami lojalności, traktujemy siebie jak rywalki, w walce o mężczyznę jesteśmy bezwzględne, gotowe na największe poświęcenie” – gorzko mówiła kilkanaście lat temu przy okazji premiery filmu „Malena”, w którym grana przez nią bohaterka doświadcza ostracyzmu sąsiadek z miasteczka.

Monica Bellucci dała światu, a zwłaszcza kobietom, coś więcej niż swoje role. Przede wszystkim, choć była i jest podziwiana głównie za to, jak wygląda, nigdy nie uległa presji idealnego ciała. „Oczywiście, chcę być w dobrej formie, ale nigdy nie czułam potrzeby bycia chudą”. Wspominając zmysłową scenę otwierającą film „Gorące lato”, którą zagrała miesiąc po urodzeniu córki, powiedziała: „Byłam wtedy bardzo pulchna. Współczesne kobiety boją się takiego ciała. Grałam femme fatale, a co dwie godziny miałam przerwę na karmienie piersią. To było zabawne”.

Jest żywą reklamą późnego macierzyństwa. Pierwszą córkę, Devę, urodziła w wieku 40 lat, drugą, Léonie, w wieku 46. Nigdy się nie spieszy, zwłaszcza w ważnych sprawach, nie spieszyła się też z macierzyństwem. „Ja wszystko w życiu robię późno. Zanim podejmę decyzję, muszę być spokojna, muszę wiedzieć i czuć, że wszystko jest na swoim miejscu. Wiem, że są kobiety, które mają po 20 lat i są wspaniałymi matkami, ale ja w tym wieku nie myślałam jeszcze o dzieciach. Dziś jest zupełnie inaczej. Mogę siedzieć z dziewczynkami w domu bez poczucia, że coś tracę”. Nie spieszyła się też z drugim dzieckiem. „Początkowo chciałam zajść w ciążę szybko po pierwszej, ale dość długo karmiłam piersią i chciałam spędzić więcej czasu tylko z Devą. Naprawdę dobrze ją poznać”.

Walczy ze stereotypami na temat roli kobiety. Kiedy po rozwodzie z Vincentem Casselem włoskie „Vanity Fair” spytało ją, jak radzi sobie jako singielka, powiedziała: „Czuję się doskonale. Chciałabym przekazać moim córkom, że posiadanie męża czy partnera nie jest przymusem ani obowiązkiem. Samotność nie powinna nas przerażać. Zwłaszcza po wielu latach małżeństwa czy bycia w związku nie ma nic lepszego niż pobyć samemu ze sobą”. No a to, że w wieku 50 lat zagrała „dziewczynę Bonda”? „Nie gram dziewczyny Bonda, ale kobietę Bonda” – protestowała. Denerwuje ją to, że prawo do bycia sexy daje się jedynie młodym kobietom. „Nadal jestem seksowną kobietą, seks tak naprawdę rodzi się w mózgu”. Podczas premiery „Na mlecznej drodze” Emira Kusturicy, w którym gra ukochaną głównego bohatera, powiedziała: „Ten film udowadnia, że miłość i erotyka to nie kwestia wieku, ale energii życiowej”. Niedawno, w wieku 52 lat, pozowała nago w basenie dla francuskiego „Paris Match”. „Lubię pozować nago” – wzruszyła ramionami na natrętne pytanie, dlaczego „odważyła się” na taką sesję.

Nie – znów ze spokojem odpowiada na to samo pytanie – nie boi się starości i upływu czasu. „Marzy mi się żyć w dobrym zdrowiu i w wieku 150 lat nadal pić cappuccino z moimi koleżankami”.

„Czuję się w swojej skórze znacznie lepiej niż gdy miałam 20 lat. Jestem pewna siebie, lepiej sobie radzę z problemami. Akceptuję siebie taką, jaką jestem i wiem, że doskonałość nie istnieje”
Monica Bellucci przyszła na świat w 1964 r. w małej miejscowości Città de Castello w Umbrii we Włoszech jako jedyna córka Pasquale, właściciela firmy spedycyjnej, i Brunelli, gospodyni domowej. Pracuje od 14 roku życia, najpierw jako modelka, potem aktorka. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról, mówi płynnie w trzech językach. W ostatnim filmie, „Na mlecznej drodze”, który wchodzi do kin 27 lipca – także po serbsku. Z małżeństwa z aktorem Vincentem Casselem, z którym rozwiodła się w 2013 roku, ma dwie córki. Obecnie mieszka w Paryżu, ale wkrótce z dziećmi i nowym partnerem chce przeprowadzić się do Lizbony.

  1. Moda i uroda

Zostań specjalistą od pielęgnacji domowej. Jak dbać o skórę w tym trudnym czasie?

(fot materiały partnera)
(fot materiały partnera)
W najbliższym czasie nie będzie nam dane skorzystać z profesjonalnych zabiegów kosmetycznych - wspieramy akcję #zostańwdomu, bo tylko w ten sposób możemy wygrać walkę z ciężkim przeciwnikiem, jakim jest koronawirus. W tym czasie nie możemy jednak odpuścić odpowiedniej pielęgnacji. Jak zostać specjalistą od dbania o skórę w domowych warunkach? Podpowiadamy razem z naszymi ekspertami!

Zadbaj o dłonie

Utrzymanie higieny na najwyższym poziomie to w tym momencie kluczowa sprawa. Wiele osób narzeka na stan swoich dłoni, które często są suche, popękane i piekące. – W sytuacji częstego mycia rąk z użyciem mydła czy żeli myjących dochodzi do naruszenia naturalnej ochrony naszej skóry – bariery hydrolipidowej. Związane jest to z działaniem detergentów zawartych w środkach do mycia rąk, często też z ich zasadowym pH, co jeszcze bardziej nasila przesuszenie skóry rąk i może prowadzić do jej podrażnień. Pamiętajmy o podstawowych zasadach: zawsze po umyciu rąk należy je dokładnie osuszyć i nałożyć krem pielęgnacyjny. Może to być zwykła maść z witaminą A, E, kremy z dodatkiem aloesu, niskich stężeń mocznika czy pantenolu – wyjaśnia dr Aleksandra Jagielska ze Sthetic Kliniki dr Jagielskiej. Wrażliwcom polecamy również Lactyferrin Sanitizer, żel do dezynfekcji rąk od marki Sesderma, który wzmacnia naturalne mechanizmy obronne skóry. W składzie znajdziemy m.in. liposomalną laktoferynę.

Zdrowy sen, zdrowa skóra

Noc jest niezwykle istotnym momentem dla regeneracji całego organizmu – w tym również skóry. To właśnie wtedy zyskuje ona największe możliwości w zakresie odnowy naskórka i włókien elastycznych lub przyswajania składników odżywczych z kosmetyków. – Pozbawiając skórę cennych godzin snu pozbawiamy ją jednocześnie szansy na odbudowę i naprawę uszkodzeń. Po dobrze przespanej nocy po  prostu wygląda się piękniej! Dlatego tak ważne jest, aby dbać o  jakość snu. Choć to trudne, ważne jest, aby pilnować regularnych godzin snu, zawsze zmywać makijaż na noc i stosować bogate w składniki odżywcze kremy – wyjaśnia dr Ewa Rybicka z kliniki Estetica Nova.

Jak wspomóc skórę od wewnątrz?

Piękna skóra to zadbana skóra – nie tylko od zewnątrz, ale również od wewnątrz. W tym trudnym czasie warto sięgnąć po Nutrakos Aminoshots – suplement diety do codziennego stosowania o unikalnej medycznej formule. Opatentowana sekwencja 6 aminokwasów pobudza produkcję kolagenu i elastyny przyczyniając się do ujędrnienia, zagęszczenia i odmłodzenia skóry, dodatkowo wzmacniając włosy i paznokcie.

W makijażu czy bez makijażu?

Wiele kobiet podczas pracy z domu rezygnuje z pełnego makijażu. Są jednak i takie, które nie wyobrażają sobie odpoczynku od swojej makijażowej rutyny. I zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, nie ma w tym nic złego. – Oczywiście w domu warto nie stosować pełnego makijażu, ale pamiętajmy, że najważniejsze jest nasze samopoczucie. Mamy być dla siebie dobre i miłe, a nie odwracać się od lustra. Jeżeli czujemy się bez makijażu źle, to go róbmy, a potem dobrze zmyjmy, nałóżmy krem, maskę – wyjaśnia dr n. med. Monika Kuźmińska z Yonelle Beauty Institute.

Pielęgnacja do zadań specjalnych

Przymusowa domowa „kwarantanna” to doskonały moment na to, by przyjrzeć się swojej pielęgnacji. W tym czasie możemy przetestować nowości kosmetyczne, które od jakiegoś czasu czekają na swoją kolej. Jeżeli macie ochotę na kosmetyczne zakupy – skorzystajcie z oferty drogerii internetowych, nie wychodźcie z domu bez wyraźnej potrzeby! Warto również pamiętać o tym, że wiele produktów można dzielić razem z partnerem. Jeżeli więc krem do twarzy pokazał denko lub skończył się ulubiony szampon do włosów – nie ma powodów do paniki. ­– Możemy razem z partnerem używać takiej samej pielęgnacji. Warunkiem jest ten sam rodzaj cery. Osoby z cerą suchą będą stosować pielęgnację silnie nawilżającą w przeciwieństwie do cery tłustej. Jeśli nasz partner ma cerę tłustą i zastosuje krem silnie nawilżający, może doprowadzić to do zapchania porów, a w efekcie nabawić się licznych zaskórników – tłumaczy Ewelina Tulwin, kosmetolog Kliniki La Perla.

Teraz, gdy możemy wygospodarować chwilę dla siebie, warto to wykorzystać i poświęcić wystarczającą ilość uwagi na odpowiednie oczyszczanie twarzy, aplikowanie produktów pielęgnacyjnych, czy też masaż twarzy i ciała, którego możemy nauczyć się i wykonać samodzielnie. – Jeśli zadbamy o naszą skórę teraz, wszystkie zabiegi medycyny estetycznej i kosmetologiczne, które będziemy mogli wykonywać kiedy nasze życie wróci do normy, będą przynosiły jeszcze lepsze efekty – podpowiada dr Elżbieta Młyńska–Krajewska.

Akcja #zostańwdomu zachęca nas również do testowania nowości. Gdy nie wychodzimy z domu możemy dać kosmetykom nieco więcej czasu. Kto wie – być może odkryjemy kolejne pielęgnacyjne hity, gdy poużywamy ich dłużej niż przez kilka dni? Zobaczcie, co polecamy!

(fot. materiały partnera) (fot. materiały partnera)

 

Medex Bio Science Cosmetics, Essence de Beaute

Żelowa esencja piękności przywracająca zdrowy, młody wygląd skórom szarym i bez życia, a także wiotkim, ze zmarszczkami. Wnikając głęboko angażuje każdą komórkę skóry, warstwa po warstwie do przebudzenia i intensywnej pracy, zwiększając procesy oddechowe i jej odżywianie.

Klapp Cosmetics, 24h Hydra Cream Repagen® Hyaluron Selection 7

Odżywczo-napinający krem na dzień i na noc optymalnie zaopatruje skórę w wilgoć, kumulując ją na wiele godzin po aplikacji. Obecność precyzyjnie dobranych składników biologicznie czynnych, stwarza doskonałe warunki do pobudzenia w skórze systemów naprawczych.

Mesoestetic, Collagen 360˚

Krem skutecznie przeciwdziała utracie obecnego w skórze kolagenu oraz chroni trójwymiarową strukturę skóry. Wykazuje podwójne działanie: dostarcza aminokwasów, a w połączeniu z retinolem i witaminą C jeszcze skuteczniej stymuluje odnowę tkankową. Intensywnie ujędrnia skórę i zapobiega zmarszczkom.

Klapp Cosmetics, Repagen Exclusive, Hand Care Set (krem + 3 maski)

Luksusowy, bogaty krem do rąk o skoncentrowanej formule z wysokojakościowymi składnikami dla delikatnych, elastycznych i młodzieńczo gładkich dłoni. Maska do rąk z cennymi naturalnymi olejami, masłem shea oraz wyciągami roślinnymi. Rozpieszcza zniszczoną i przesuszoną skórę dłoni jednocześnie intensywnie ją nawilżając i odżywiając.

Germaine de Capuccini, linia Timexpert SRNS, Repair Night Progress Serum

Silnie skoncentrowane serum, zawierające ponad 50% aktywnych składników o działaniu antyoksydacyjnym. Jego działanie jest zsynchronizowane z procesami ochrony i regeneracji skóry zachodzącymi w dzień i w nocy.

A gdy wszystko wróci do normy…

Jak odzyskać blask skóry, gdy przymusowe siedzenie w domu już się skończy? Pomocny będzie booster Belotero Revive, który powstał z myślą o osobach skoncentrowanych na eliminowaniu wczesnych oznak starzenia, ceniących pielęgnację skóry i rozwiązania zapewniające tak zwany wygląd bez filtra. I to od ręki!

W przywróceniu rewitalizacji skóry i przywrócenia jej młodzieńczego blasku pomoże również nowa gama  od Mediderma - kwas hialuronowy zawarty w preparatach doskonale integruje się z tkankami, przez co zapewnia naturalne efekty. Portfolio Fillderma składa się z 4 preparatów: Fillderma Revitalize (rewitalizacja skóry), Fillderma Kiss (powiększanie i modelowanie ust), Fillderma Harmonize (redukcja zmarszczek i wypełnienie) oraz Fillderma Volumize (uniesienie i napięcie skóry).

W walce o piękną skórę pomocne okażą się również zabiegi laserowe.  idealnie sprawdza się w przypadku remodelingu skóry celem poprawy tekstury skóry, napięcia, wygładzenia płytkich zmarszczek i ograniczenia wydzielania gruczołów łojowych. - Długość fali 1927 nm pozwala zadziałać głęboko aż do górnej warstwy skóry właściwej, co powoduje efektywną przebudowę skóry. Lavieen jest bardzo dobrym wyborem u pacjentów, którzy oczekują bardzo szybkiej rekonwalescencji - wyjaśnia dr Wojciech Drzazga z Kliniki Pawlikowski.

  1. Moda i uroda

Zrób sobie domowe spa dla włosów

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Domowe kuracje to łatwy i sprawdzony sposób na przywrócenie włosom blasku i poprawę kondycji skóry głowy. Czas przebywania w domu to odpowiedni moment, w którym możemy przetestować kosmetyki i urządzić sobie domowe spa dla włosów. Jak to zrobić? 

Pierwszy krok - odpowiednie przygotowanie

Aby dobrać odpowiednie zabiegi do naszych potrzeb, najpierw... musimy je poznać. Każde włosy są inne, mamy różne potrzeby i wysiłek, który włożymy w domową pielęgnację i stylizację włosów może mieć zupełnie inne natężenie. Do wszelkiego rodzaju zabiegów musimy się odpowiednio przygotować - w tym przypadku dobrze sprawdzą się szampony głęboko oczyszczające skórę głowy oraz włosy z pozostałości innych kosmetyków oraz zanieczyszczeń wszelkiego rodzaju.

Odpowiednie oczyszczenie skóry głowy warto przeprowadzić z kosmetykami, które usuwają nadmiar sebum, pyłu, kurzu i innych substancji, których często nie jest w stanie zlikwidować zwykły szampon. Dobrym rozwiązaniem będzie tu peeling skóry głowy, dzięki któremu ją złuszczymy i oczyścimy, dzięki czemu też przygotujemy ją na lepsze przyjęcie pozostałych składników przeznaczonych do włosów. Pomocne mogą być tu także zabiegi z wykorzystaniem szamponów głęboko oczyszczających, takich jak np. szampon głęboko oczyszczający z toksyn Kevin Murphy Maxi Wash, który nakładamy na suche włosy, a następnie zawijamy głowę ciepłym ręcznikiem. Po upływie około 5 minut dopiero myjemy skórę głowy i włosy.

Kevin Murphy Maxi Wash, cena 117, 90 zł Kevin Murphy Maxi Wash, cena 117, 90 zł

Drugi krok - właściwa pielęgnacja

Dopiero po właściwym oczyszczeniu skóry głowy możemy przystąpić do głównego celu i odpowiedniej pielęgnacji włosów. Podstawą będzie tu regenerująca maska, która odżywi je i nawilży. Nim nałożymy maseczkę, włosy należy dokładnie umyć szamponem dostosowanym do potrzeb naszych włosów. Pamiętaj, że aby odciążyć nieco włosy należy stosować produkty pozbawione ciężkich silikonów, które choć nie są szkodliwe mogą nieco utrudniać dalsze kroki pielęgnacji.

Po umyciu nałóż na włosy maskę, którą warto na jakiś czas pozostawić na włosach. Maskę dobieramy do rodzaju włosów, choć warto też zastanowić się nad stworzeniem własnej, naturalnej maseczki, która stosowana od czasu do czasu potrafi zdziałać prawdziwe cuda. W tym miejscu można zdecydować się na nałożenie olejku i delikatne naolejowanie włosów - zwłaszcza wtedy, gdy twoje włosy są suche i pozbawione blasku (wystarczy tak naprawdę jedynie odrobina oliwy, z ewentualnym dodatkiem miodu). Zaraz po nałożeniu maseczki, na chwilę nakładamy odżywkę, która odżywi włosy i zapewni fenomenalny rezultat całości zabiegu. Z powodzeniem sprawdzą się tu kosmetyki, które nawilżą i wzmocnią włosy, takie jak: 3 Minute Repair Rinse Out Treatment Eleven Australia,która dzięki zawartości protein wzmacnia i odżywia suche, zniszczone włosy. Kuracja jest szczególnie polecana dla włosów po zabiegach chemicznych. Maska nawilżająca Alterna Caviar Replenishing Moisture Masque także odbudowuje i przywraca włosom nawilżenie, jednocześnie dbając o kolor, którą warto stosować raz w tygodniu. Maskę stosujemy zaraz po umyciu włosów - należy nałożyć ją równomiernie na wilgotne pasma skupiając się na końcach i pozostaw na 5-10 minut, następnie spłukać.

Tak przygotowany zabieg SPA w domowym zaciszu przyniesie pożądane efekty, a powtarzany kilka razy w miesiącu spowoduje, że nasze włosy będą zregenerowane i odpowiednio odżywione.