1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kobieta w drodze do… siebie. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Kobieta w drodze do… siebie. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. (Fot. Getty Images)
„Jedz, módl się, kochaj” i „Kobiecość w rozwoju” to pozornie różne lektury: powieść i książka psychologiczna. Obie jednak dotykają procesu stawania się sobą, indywidualizacji kobiety, mówią, że jej warunkiem jest podróż dosłowna i symboliczna. Czy rozwój kobiet przebiega tak samo – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

W wielu współczesnych powieściach, takich jak „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert, pojawia się ten sam motyw: kobieta po rozwodzie albo nieudanym związku rusza w drogę. Kobiety czytają, oglądają nakręcone na podstawie tych książek filmy i być może dlatego, gdy znajdą się w trudnej życiowej sytuacji, postępują podobnie. Z takich inspiracji powstają kolejne już autobiograficzne opowieści jak „Dzika droga” Cheryl Strayed. Czyżby więc podróż była dla kobiety sposobem na poznanie siebie?
Nie jestem kobietą i to ryzykowne przedsięwzięcie, żebym wypowiadał się w imieniu kobiet. Skoro jednak pytasz, podzielę się doświadczeniem wyniesionym z towarzyszenia wielu kobietom w podążaniu ku ich prawdziwej – a przynajmniej prawdziwszej – tożsamości. Do rozpoczęcia poszukiwania siebie kobiety popycha zazwyczaj krytyczny moment w życiu. Najczęściej to samotność i klimakterium, bo też szczególna trudność tych sytuacji polega na tym, że nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę młodej, atrakcyjnej, niezależnej kobiety, nieposiadającej dzieci i niepozostającej w stałym związku z mężczyzną. Jak i nie ma żadnego kulturowego ani obyczajowego przepisu na rolę czynnej zawodowo, niezależnej, wolnej od zobowiązań wobec dzieci, często rozwiedzionej albo owdowiałej, dobrze wyglądającej kobiety po klimakterium.

W wymiarze kulturowym i socjologicznym nie ma ani dla tych pierwszych, ani dla tych drugich miejsca, nie ma misji, nie ma zasług, nie ma uznania. W wymiarze religijnym zagrożone bywają odmową sakramentów, a nawet zbawienia. I zapewne dlatego kobiety uczęszczają licznie na różne formy psychoterapii, coachingu, warsztatów, seminariów, kręgów, grup wsparcia itp. Szczególnie w okresie klimakterium, gdy dochodzą do siebie po pracowitym i pełnym poświęceń życiu, czują się seksualnie przezroczyste, rodzinnie niepotrzebne, społecznie i zawodowo wykluczone – rodzą się w nich naturalne pytania: Co dalej? Jaki jest powód i sens mojego życia? Jaka jest moja misja? Kim ja właściwie jestem? Podobne pytania stawiają sobie kobiety młode, samotne i bezdzietne, zarówno te samotne z wyboru, jak i przeżywające samotność jako niepowodzenie i stratę. Jeśli podążą za tymi trudnymi pytaniami, mogą wyrwać się z klaustrofobicznej przestrzeni kulturowych i obyczajowych stereotypów i poznać swoje aspiracje i potrzeby.

I w tym celu ruszają w podróż. Pia Skogemann w „Kobiecości w rozwoju” wylicza siedem jej faz. Zaczyna się zwykle nagle, od uświadomienia sobie niezadowolenia z roli, w jakiej się tkwi.
Podróż jako droga do uwalniania się kobiety z ograniczeń kulturowych i obyczajowych staje się popularnym wątkiem także w mediach informacyjnych. Jedna z opowieści mówi o emerytowanej krawcowej z małego polskiego miasteczka, którą pewnego wieczoru coś tknęło. Oderwała zmęczone ręce i piekące oczy od roboty, wstała i tak jak stała, łapiąc po drodze torebkę, wybiegła z domu. Wsiadła w pierwszy samochód, jaki się zatrzymał, i... wróciła odmieniona po kilku latach, po pełnej przygód podróży po Europie. Do niedawna takie odważne zachowanie bywało podziwiane tylko w wykonaniu męskim. W kobiecym – wyśmiewane i tępione. Czasy się jednak zmieniają. Podróżniczka staje się ważnym i popularnym wzorcem dla kobiet, bo pozwala – bez ryzyka ostracyzmu – przekroczyć stereotypowe przywiązanie do domu, dzieci, kuchni i Kościoła, do kilku sklepów i bazarku, i tych dwóch miejsc, gdzie jeździ się na bezpieczne wakacje. Dla coraz większej liczby kobiet to grubo za mało, by poznać siebie i świat.

Coś niezwykłego musi się jednak wydarzyć w tej podróży.
Otwarcie się na świat, poznawanie siebie w trudnych sytuacjach, w relacjach z ludźmi z innych kultur to konieczne, by podróż stała się czasem wewnętrznego dojrzewania, rozbudzania i odkrywania swoich do tej pory nierozpoznanych możliwości. Według Pii Skogemann jakiś napotkany przewodnik lub znak ze świata przyrody pomaga bohaterce przekroczyć już nie tylko próg domu, lecz próg nieświadomości. Takie wydarzenie zapoczątkowuje drugi etap podróży. To jest zadziwiające, jak wiele kobiet przyciąga szamanizm – piękna i wymagająca ścieżka poszukiwania transcendencji w przyrodzie. To potwierdza tezę o naturalnym związku kobiety z naturą. Jest on zazwyczaj dużo silniejszy niż ten odczuwany przez mężczyzn. Dlatego przewodnikiem kobiety w tej podróży może okazać się dowolna manifestacja przyrody, np.: ogród, drzewo, kwiat, kot, pies, fretka albo chomik.

W kolejnej powieści o podróży „Sekrety uczuć” Barbary O’Neal takim przewodnikiem jest czarno-biały pies. Pomaga wkroczyć w etap, który zdaniem Pii Skogemann ma zaowocować konfrontacją z postacią matki, by jej obraz nie był przeszkodą, ale służył pomocą w dalszej wyprawie córki.
Realna matka przekazująca córce spuściznę zsocjalizowanej i zrepresjonowanej kobiecości musi zostać zanegowana. Wtedy ona i jej los stają się dla córki ostrzeżeniem: „Nie naśladuj matki. Zrób coś, by twoje życie było inne. Szukaj siebie prawdziwej”. A wtedy spoza zasłony matki realnej ukazuje się matka archetypowa: zmysłowe, nieustraszone i niezniszczalne źródło życia – pierwotne i ponadgatunkowe. Realna matka jest więc córce potrzebna po to, by stać się drogą prowadzącą do odkrycia pierwotnej „matkości”, a tym samym prawdziwej kobiecości.

Kolejny etap to poznanie kochanka, spotkanie z nim wtajemnicza kobietę w seksualność.
Kobiety odkrywające swoje prawdziwe potrzeby i oblicze potrzebują doświadczyć seksualności wolnej od pragmatycznego i instrumentalnego uzasadnienia. W życiu kobiety dostosowanej do norm i zasad seks jest prawie zawsze po coś: by uwieść i przywiązać partnera, podtrzymać związek, mieć dzieci, wypełnić małżeński obowiązek, by nie poszedł do innej, by uniknąć podejrzenia o oziębłość, dorównać koleżankom. Dla wielu kobiet seks jest także po to, aby się go wyprzeć i tak zapewnić sobie łaskawość – ponoć radującego się takim poświęceniem – Stwórcy. Nic dziwnego, że w drodze ku sobie prawdziwej często budzi się w kobiecie potrzeba kochanka – pragnienie doświadczenia seksu wyzwolonego. Wtedy kobieta nie szuka mężczyzny nadającego się na ojca i partnera, lecz archetypowego, biologicznego kochanka, z którym seks nie służy niczemu innemu prócz seksu.

I po to kobiety po pięćdziesiątce jadą na sekswakacje do Tunezji?
Nie ma w tym nic śmiesznego ani gorszącego – póki stoi za tym świadoma decyzja, a nie rozpacz kobiety spragnionej trwałego związku. Odkrycie w sobie dzikiego, wolnego wymiaru seksualności jest dla kobiety ważniejsze i bardziej konstruktywne niż dla mężczyzny. Mężczyzn przygody seksualne utwierdzają w złudzeniu ich wyjątkowości i władzy, w lekceważącym stosunku do kobiet. Kobiety dzięki takiemu doświadczeniu trafniej, w sposób autonomiczny i godny definiują swoją rolę i miejsce w świecie oraz w relacji z mężczyzną. Ponieważ jednak patriarchat nigdy nie był zainteresowany niczym, co by pozwalało kobietom odzyskiwać ich poczucie wolności i autonomii, więc takie kobiece poszukiwania były i są piętnowane i dewaluowane.

Bohaterka „Jedz…” wyzwala się też z diet i odzyskuje radość jedzenia. Kupuje większe spodnie, zamiast się głodzić.
Oddanie ciału decyzji o optymalnej dla niego diecie i wadze  jest przejawem dojrzałości i synergii z potrzebami organizmu. Ale pofolgowanie sobie w jedzeniu nie może kłócić się z mądrą troską o zdrowie. To trudne, bo kobiety często nie cierpią swoich ciał. Więc zarówno obsesyjne głodzenie się, jak i folgowanie apetytowi bywa przejawem autoagresji.

Dopiero po seksie i jedzeniu bohaterka „Jedz...” jedzie do aśramy: modlić się i medytować.
To bardzo ważne przesłanie tej książki: zanim wejdziemy na duchową ścieżkę, warto w realnym, świeckim życiu poznać siebie i swoje prawdziwe potrzeby, rozwinąć psychiczny i duchowy potencjał. Ważne też, by uprzednio doświadczyć swego cienia. W przeciwnym razie nasza duchowość może przerodzić się w ufundowaną na psychologicznej pustce i niedojrzałości, fundamentalistyczną, duchową egzaltację. Pia o tym także pisze, piąty etap podróży to spotkanie z ze swoją ciemną stroną.

Jej zdaniem dla kobiet spotkanie z cieniem jest mniej ważne niż spotkanie z negatywnym animusem, czyli męskim aspektem.
Cień dla kobiety nie jest mniej ważny niż dla mężczyzny. Może tylko jest trochę lżejszy, mniej złowrogi. Mężczyźni mają silniejsze instynkty agresywne: skłonność do przemocy, nieokiełznaną seksualność, potrzebę władzy i podboju. Natomiast najtrudniejszym wymiarem kobiecego cienia jest syndrom ofiary odziedziczony po tysiącleciach patriarchatu i oparty na iluzji winy (w tej sytuacji animusem ukrytym w kobiecej podświadomości jest mężczyzna prześladowca. I tam, w strefie kobiecego cienia, ofiara kobieta jest przyciągana do animusa prześladowcy, a potem pozwala mu się zniewolić i upokorzyć w przekonaniu, że zasłużyła na karę). Wiele kobiet ma nieświadomą predyspozycję do wchodzenia  w związki z mężczyznami, którzy niosą w sobie demoniczny cień, skłonny do przemocy i gwałtu. Wydobycie z cienia aspektu ofiary jest dla współczesnych kobiet najważniejszym wyzwaniem na drodze odkrywania prawdziwej, naturalnej kobiecości. To tym ważniejsze, że nieuświadomiona ofiara chętnie i niepostrzeżenie zamienia się w prześladowcę, do czego jeszcze trudniej się kobietom przyznać.

Kolejny etap to „zejście do nadiru”, czyli do najgłębszej nieświadomości. Panuje tu chaos symboli i obrazów, które reprezentują śmierć bohaterki, jej dawnego „ja”.
Chodzi o piekło wypartych, nieuświadomionych potrzeb. Musimy je poznać, wyciągnąć na światło dnia i w ten sposób pozbawić złowrogiej mocy. Jeśli tego nie zrobimy, nadal z ukrycia będą kierować naszym życiem. Ten fragment cienia trudno przyjąć i zrozumieć. Bywa, że gdy przekroczy on naszą zdolność asymilacji, doświadczamy nawet psychotycznego epizodu. Dzieje się tak, gdy wewnętrzny obserwator i narrator jest zbyt słaby i całkowicie zaangażuje się w – z pozoru przerażający – spektakl umysłu. Wtedy wydobyte z ukrycia treści i postacie mogą na jakiś czas przejąć władzę nad umysłem. Dlatego dobrze jest po takim epizodzie poddać to, co się wydarzyło, głębokiej refleksji – najlepiej w towarzystwie psychoterapeuty lub duchowego nauczyciela. No i wzmacniać wewnętrznego obserwatora np. medytacją.

Powrót to ostatni etap. Łatwy dla mężczyzn, trudny dla kobiet, bo społeczność nie chce nas przyjąć, gdy jesteśmy silne i wolne. To, co przynosimy, jest odrzucane.
Niestety, tak się dzieje. Pewnie dlatego kobiety z takiej podróży nie wracają do rodzinnej, starej „wioski”. Znajdują jakieś enklawy i tworzą własne przyjazne im społeczności. Gromadzą wokół siebie ludzi, którzy podobnie myślą i mają podobne aspiracje. To dobrze. Gdy za jakiś czas takie wspólnoty obejmą około 10 proc. ludzi, utworzy się masa krytyczna, która może zmienić świadomość całej populacji. Na razie autonomiczna, dojrzała, wolna od wewnętrznych ograniczeń kobieta, a także mężczyzna, to rzadkie zjawisko.

Kto może być partnerem tej nowej kobiety?
Tylko ten, kto przeszedł podobną drogę. Gdy odzyska się prawdziwą świadomość, trudno być z tym, kto jej nawet nie przeczuwa i inaczej patrzy na świat. Jako że podróż do pełnej świadomości prowadzi różnymi drogami, lecz zawsze na ten sam szczyt, więc kobieta i mężczyzna mogą się tam wreszcie prawdziwie spotkać. Wtedy jednak – paradoksalnie – tworzenie związku nie jest już dla nich najważniejsze. Obie strony wiedzą, że drugi człowiek nie jest w stanie ich uszczęśliwić ani unieszczęśliwić. I dzięki temu właśnie związki te są na ogół trwałe, pogodne i szczęśliwe.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Psychologia

Technika Pomodoro, czyli jak nie marnować czasu?

Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem pochodzi z Włoch. Pomaga podzielić zadania zaplanowane na dany dzień na mniejsze odcinki, a przy tym zachować wysoki poziom koncentracji. Technika nazywa się Pomodoro – od czasomierza kuchennego w kształcie pomidora. W tej roli może też wystąpić czasomierz w jakimkolwiek innym kształcie i każde inne urządzenie, które można zaprogramować na wydanie dźwięku o oznaczonej porze (budzik, telefon).

Jak to działa?

1. Sporządź listę zadań na dany dzień (możesz ją przygotować wieczorem dnia poprzedniego). Na tym etapie dobrze jest ustalić priorytety i kolejność działań.

2. Przed przystąpieniem do wykonywania pierwszego zadania z listy nastaw czasomierz na 25 minut – tyle właśnie trwa jedno Pomodoro. W tym czasie zajmujesz się jednym zadaniem lub jego częścią (ewentualnie zaczynasz następne). Ważne jest, by przez 25 minut nic poza pracą nie angażowało twojej uwagi.

3. Kiedy usłyszysz dźwięk czasomierza, przerwij pracę i nastaw go na 5 minut – tyle będzie trwała twoja przerwa. W tym czasie nie zajmujesz się pracą, nawet o niej nie myślisz. Zadbaj o chwilę relaksu. Jeśli siedziałaś przed komputerem, porozciągaj się. Jeśli pracowałaś w ruchu, usiądź.

4. Po przerwie nastaw czasomierz na kolejne 25 minut. Wróć do pracy. Potem znów 5 minut przerwy.

5. Po upływie czterech Pomodoro pozwól sobie na dłuższą przerwę (20–30 minut). Zasłużyłaś na to!

Pamiętaj, że jedno Pomodoro jest niepodzielne (zbyt częste przerwy nie służą twojej pracy). Ale nie próbuj też „szarżować” i łączyć jednego Pomodoro z drugim – tak naprawdę skuteczność tej techniki polega właśnie na przerwach!

Osoby korzystające z techniki Pomodoro twierdzą, że podnosi ona ich motywację, zwiększa wydajność i skupienie. Motywacja wzrasta ze względu na podział zadania na niewielkie odcinki – zupełnie inaczej zasiada się do pracy, kiedy nie wybiegasz myślą poza najbliższe 25 minut. To stosunkowo niedługi odcinek – świadomość tego pomaga zapanować nad rozpraszaczami. Chcesz zmobilizować się, wykorzystać go jak najlepiej. Zdziwisz się, ile można w tym czasie zrobić! Prawdopodobnie odkryjesz też, że dzięki zaplanowanym przerwom (czyli kontrolowanemu rozproszeniu) jesteś w stanie pracować w skupieniu znacznie dłużej niż dotychczas!

  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Zen Coaching – najwięcej dzieje się w ciszy

Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Dla jednych technika, dla innych proces albo wręcz styl życia. Połączenie coachingu z filozofią zen – świadomością, uważnością. Zen Coaching obiecuje spotkanie ze sobą i dostęp do wewnętrznej siły.

Droga, rozwój, budowanie przyszłości... A przecież źródło naszej siły, radości, kreatywności jest dostępne tu i teraz – uważa twórca Zen Coachingu, Norweg Kåre Landfald. Odkrywamy to za każdym razem, kiedy pozwolimy sobie zaakceptować doświadczenie takim, jakie jest w danym momencie. Nie musimy podejmować żadnych szczególnych działań, by cokolwiek zmienić czy naprawić. Wystarczy skontaktować się z własną wewnętrzną istotą – to pozwala stworzyć przestrzeń do zmian. Reszta wydarzy się sama, bez presji, oczekiwań, bez wysiłku z naszej strony.

Zen – wartość dodana

Landfald to prawdziwy człowiek Zachodu, zafascynowany rozwojem technologii. Kształcił się w dziedzinie informatyki, zgłębiał nowoczesne metody zarządzania. Ale też od najmłodszych lat pociągała go tradycja Wschodu, powracało odwieczne pytanie „kim jestem”? Pracując jako konsultant, mediator ds. konfliktów, wreszcie coach i nauczyciel rozwoju osobistego, coraz częściej dochodził do wniosku, że zachodnie ukierunkowanie na cel to za mało. I coraz bardziej zbliżał się ku filozofii zen, jako czystej radości z bycia. Aż znalazł swoisty pomost między Wschodem i Zachodem – Zen Coaching.

Choć idea zrodziła się zaledwie kilkanaście lat temu, to Landfald zdążył już wyszkolić 200 trenerów, z czego 40 w Polsce. Pomagają rozpoznać człowiekowi jego prawdziwą naturę, wraz z jej kluczowymi jakościami – wolnością, miłością, mocą, kreatywnością.

– Podobnie jak w „klasycznym” coachingu chodzi tu o wspieranie ludzi w odkrywaniu ich wewnętrznych zasobów, w znajdowaniu odpowiedzi na ich pytania – tłumaczy Zen Coach, Beata Wasiluk. – Wartość dodana, czyli zen, to obecność, świadomość, uważność, zrelaksowana czujność, dzięki której łączymy się z esencją życia. Ta obecność pozwala na przeżywanie życia w przepływie i spokoju. Wszystko inne przychodzi samo.

To ważne – coaching wzbogacony o wymiar zen jest bardziej „zrelaksowany”, mniej zadaniowy. Nie goni za rezultatem – jego cel jest osiągalny właśnie tutaj, w tym momencie, poprzez zauważenie, przyzwolenie i pełne doświadczenie tego, co przeżywamy w danej chwili.

– Nie ma potrzeby czekać i szukać spełnienia w przyszłości – mówi Beata Wasiluk. – Poprzez poznanie siebie stajemy się bardziej wolni, zyskujemy dostęp do wewnętrznej siły. Rozpoznajemy, jakie potrzeby serca kryją się za naszymi pragnieniami. Zwykle wszystko, czego potrzebujemy, znajdujemy w sobie.

Każda droga jest w porządku

Zen Coaching zakłada, że podstawową potrzebą czy pragnieniem ludzi jest być połączonym z samym sobą – problemy wynikają z przerwania tego połączenia. Zen Coach wspiera w jego odzyskaniu.

Jedną z głównych zasad Zen Coachingu jest tzw. słuchanie z wewnętrznej przestrzeni. Jest w nim otwartość, akceptująca, zezwalająca obecność. Jest cisza, są pytania (np. o odczucia w ciele) i tzw. werbalne odzwierciedlenia – Zen Coach powtarza pewne zdania wypowiadane przez klienta, pomagając mu w ten sposób zyskać nową perspektywę, zobaczyć pewne rzeczy z boku i sprawić, żeby proces, przez który przechodzi, mógł się rozwijać zgodnie z jego mądrością i w jego tempie.

– Miałam kiedyś sesję z Amerykanką, która mówiła i mówiła, bez chwili przerwy. Od czasu do czasu udawało mi się tylko wtrącić jakieś odzwierciedlenie lub pytanie o to, co się dzieje w jej ciele – wspomina Beata Wasiluk. – W odpowiedzi słyszałam „wszystko w porządku”, po czym następował kolejny nieprzerwany potok słów. Nie miałam wtedy dużego doświadczenia w Zen Coachingu, to była moja praktyka – uznałam, że jako coach niczego w tej sesji nie osiągnęłam, nie wiedziałam nawet, jak ją zakończyć, podsumować... Pozwoliłam sobie na długą ciszę, po czym powiedziałam tej kobiecie, że zaczęłyśmy w tym miejscu, a teraz jesteśmy w tym i spytałam, jak się czuje. Tym razem ona długo milczała, po czym stwierdziła, że stało się coś niezwykłego – po raz pierwszy ktoś wysłuchał jej od początku do końca, nie przerywając, nie próbując jej zmieniać. Dzięki temu, że potrzeba bycia wysłuchaną została u niej zaspokojona, miała szansę nastąpić transformacja. Kolejna sesja z nią była już zupełnie inna.

Co ci to daje?

Warszawa, warsztaty wprowadzające do Zen Coachingu. Dunka Tine Vindeløv mówi, że dla niej Zen Coaching to prosty sposób medytacji z drugą osobą. Bo esencją tej metody jest przyzwolenie na to, co się dzieje w danym momencie. Tine twierdzi też, że za wszystkim, co robimy – wyborem takiej czy innej pracy, partnera, wreszcie za naszymi konfliktami, sporami – kryją się pozytywne intencje: – Kiedy je znajdziemy, poznamy prawdziwe pragnienie naszego serca. To ważny krok do samoświadomości.

Jedna z uczestniczek przyznaje, że głównym motorem jej działań jest kontrola, chciałaby kontrolować cały świat. To męczące.

– A co by było, gdybyś rzeczywiście mogła sprawować kontrolę nad całym światem? Co by ci to dało? – pyta prowadząca.

– Byłabym szczęśliwa.

– Czyli chciałabyś być bardziej szczęśliwa. Nie osiągniesz tego poprzez kontrolę całego świata, bo to niemożliwe. A gdybyś oddzieliła tę strategię od samego szczęścia i przyjrzała się mu... Jak możesz osiągnąć szczęście w inny sposób niż poprzez kontrolę?

Jedno z ważnych pytań w Zen Coachingu brzmi „co ci to daje?”. Żeby lepiej zrozumieć, jak działa, ćwiczymy w parach. Jedna osoba mówi o jakimś działaniu, a druga prowadzi ją w tym krótkim procesie samopoznania, pytając o motywację. Możesz przyjrzeć się swojej pracy – żeby odkryć, co spowodowało, że ją wybrałeś. Nawet jeśli jej nie lubisz, odpowiedz szczerze na pytanie: „co ci ona daje?”.

– Intencją tego pytania jest dotarcie do pozytywnej jakości, która wywołuje w tobie ożywienie – tłumaczy Tine Vindeløv. – Jeśli pierwsza odpowiedź brzmi: „pieniądze”, pytaj dalej: „co dają mi pieniądze?”. Może poczucie wolności? W takim razie już mamy pierwszą pozytywną jakość... Jeśli odpowiedziałeś: „mogę za nie kupić ubranie”, zapytaj: „a co mi dają ubrania?”. Może radość, poczucie atrakcyjności?

Mogłoby się wydawać, że rola coacha jest marginalna, a jednak... Zdaniem Wasiluk, to nie metoda czy sztywno rozumiany proces są tu najważniejsze – o rezultatach coachingu decydują tak naprawdę umiejętności coacha: – Im lepszy jest kontakt między mną a klientem, tym większa szansa, że uda się sięgnąć do wewnętrznej mądrości i znaleźć w niej odpowiedzi ważne dla bieżącej chwili.

Inna zasada przyjęta przez Kåre Landfalda to pomaganie poprzez niepomaganie. W Zen Coachingu nie udziela się klientowi rad, niczego się mu nie sugeruje, nie „naprawia” go.

– Bierze się to z założenia, że nie ma kierunku, w którym powinna zmierzać sesja, każda droga jest w porządku – wyjaśnia Wasiluk.

Ciało jak kotwica

Sesja trwa godzinę i można ją przeprowadzić na odległość. – Właściwie większość moich sesji odbywa się przez telefon albo przez Skype’a, najczęściej bez kamery – przyznaje Beata Wasiluk. – Oczywiście, dobrze jest widzieć klienta, żeby móc poznać jego ekspresję, mowę ciała, ale nie jest to najważniejsze. Czasem nawet – żeby skoncentrować się na słuchaniu, na swoich odczuciach – lepiej jest wyłączyć bodźce wizualne.

Sesja zaczyna się zwykle od tego, że klient dzieli się czymś, co wywołuje u niego dyskomfort. Mówi: „nie radzę sobie z…”, „wydarzyło się to i to, i chcę się temu przyjrzeć” albo: „nie rozumiem czegoś”…

– Wczoraj na przykład miałam sesję z osobą, która zaczęła od tego, że nie ma żadnego problemu – opowiada Beata Wasiluk. – Spytałam ją więc: „czego pragniesz?” i wtedy pojawiło się pragnienie, za którym podążyłyśmy. To była bardzo silna transformacja.

Podczas sesji dużo rzeczy dzieje się w ciszy. Wtedy klient wchodzi na głębszy poziom świadomości, przygląda się czemuś, pozwala sobie na bliskie bycie ze sobą. Ale są też pytania, które pomagają prowadzić proces. Chociażby bardzo proste, kluczowe: „co się dzieje teraz?”. No i ciało – jego reakcje, odczucia.

– Ciało jest fantastycznym przekaźnikiem różnych podświadomych treści – mówi Beata Wasiluk. – Na przykład skumulowana energia w gardle może świadczyć o tym, że jakiś temat jest dla nas wyjątkowo trudny, albo że jakaś część nas została stłamszona i bardzo chce się wyrazić. Kiedy to rozpoznamy, damy temu naszą uwagę, możemy dalej zgłębiać temat. Ciało jest doskonałą kotwicą, pozwalającą trzymać się obecnej chwili, a pytanie o nie sprawia, że natychmiast lądujemy w „tu i teraz”.

Zwykle wychodzi się na sesji od czegoś „palącego”, co jest już „na zewnątrz”, po to, by dotrzeć do wewnętrznej blokady. – Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia – wylicza Beata Wasiluk. – Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. To dlatego czas nie gra tu roli, wszystko jest dostępne teraz.