1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co dla młodych ludzi oznacza dorosłość ?

Co dla młodych ludzi oznacza dorosłość ?

123rf.com
123rf.com
Nie konto w banku, praca, prawo jazdy czy małżeństwo a mądrość życiowa i dojrzałość psychiczna są dla młodych oznaką dorosłości. Obok tradycyjnych ról społecznych wyłaniają się nowe kryteria, które zdaniem młodzieży lepiej przystają do ich realiów. Psychologowie oraz socjologowie z Uniwersytetu SWPS sprawdzili, jak młode pokolenie postrzega dorosłość i jakie bariery muszą przezwyciężać.

Statystyki w Polsce i zagranicą wskazują, że obecnie osoby w wieku 18-29 lat coraz później wchodzą w dorosłość (emerging adulthood) w ujęciu pięciu klasycznych społecznych kryteriów dojrzałości (tzw. „Big Five“): wejścia na rynek pracy, wyprowadzki z domu rodzinnego, założenia własnego gospodarstwa domowego, wstąpienia w związek małżeński oraz posiadania dziecka. Naukowcy z Uniwersytetu SWPS zbadali, dlaczego tak się dzieje. Pod kierownictwem psycholog dr Doroty Wiszejko-Wierzbickiej przeprowadzili badanie, w którym zapytali ponad 3 tysiące kobiet i mężczyzn w wieku 18-29 lat o to, jak definiują dorosłość, czy sami czują się dorośli i co uważają za kluczowe markery dojrzałości.

Decydującym, jak wynika z przeprowadzonych badań, kryterium dorosłości badanych są czynniki psychiczne (91 proc. badanych uznało je za najbardziej istotne), takie jak umiejętność samodzielnego podejmowania decyzji i ponoszenia ich konsekwencji, a także rozsądek i mądrość życiowa (88 proc.). W zdecydowanej większości młodzi badani czują się dojrzali psychicznie (85 proc.). Nie wynika to jednak z faktu posiadania dowodu osobistego, konta w banku, czy z racji pełnienia roli społecznej (małżonka, rodzica, pracownika), lecz z poczucia możliwości podejmowania własnych decyzji oraz posiadanych umiejętności społecznych i emocjonalnych (np. utrzymania siebie).

Bezpośrednią przyczyną podjęcia badania przez zespół był wniosek z raportu na temat użytkowników dopalaczy (I-TREND) realizowanego przy współpracy z Krajowym Biurem ds. Przeciwdziałania Narkomanii. Wynikało z niego, że najczęstszą motywacją młodych ludzi do sięgania po nowe substancje psychoaktywne jest społeczna potrzeba otwierania się na innych. Dopalacz traktowany jest przez nich jako środek do zawierania kontaktów, budowania relacji i obniżania stresu związanego z zawieraniem nowych znajomości. – Dziś młodzi szybciej niż kiedyś nabywają kompetencje poznawcze, intelektualne, związane także z możliwością pracy zawodowej i niezależnością. Ze względu na wzrost tendencji indywidualistycznych i rozwój nowych technologii, otwiera się przed nimi wiele możliwości, w tym samodzielne podejmowania decyzji i odnajdywanie się w świecie wirtualnym (dotąd identyfikowanym ze światem dorosłych). Często jednak uskarżają się na brak kompetencji społeczno-emocjonalnych pozwalających na budowanie bliskich relacji – wyjaśnia dr Wiszejko-Wierzbicka, kierownik zespołu badawczego. – Uznaliśmy, że młodzi mogą odchodzić od definiowania dorosłości w kategoriach ról społecznych – rodzica, małżonka czy pracownika, a skłaniać się ku poszukiwaniu nowych definicji dorosłości w kategoriach złożonych umiejętności psychicznych, np. umożliwiających zbudowanie trwałego związku – dodaje.

Poza umiejętnością podejmowania samodzielnych decyzji, kolejno, wśród warunków niezbędnych do bycia dorosłym wskazywane są kompetencje społeczne, takie jak umiejętność zarobienia na siebie (66 proc. badanych uznało ten aspekt za najbardziej istotny w kontekście dorosłości), czy na rodzinę (63 proc.). Istotną miarą dorosłości według badanych jest także zaplanowanie własnej kariery zawodowej (43 proc.), a także tworzenie bliskich relacji (35 proc.). Spośród pięciu tradycyjnych, społecznych kategorii dorosłości najważniejsze dla badanych okazało się samodzielne prowadzenie gospodarstwa domowego. Tylko co czwarta badana osoba wskazała na stałe zatrudnienie, a co dziesiąta posiadanie dzieci.

Poczucie dojrzałości w przeprowadzonym badaniu okazało się niezależne od płci. Podobna liczba kobiet i mężczyzn deklarowała w ramach badania, że w wieku 18-29 lat czuje się dorosła i dojrzała psychicznie. Znaczenie ma natomiast wiek. W przedziale 18-21 lat za dorosłych uznało się 54 proc. respondentów, w przedziale 22-25 lat - 72 proc., natomiast w przedziale najstarszym już 85 proc. badanych.

Połowa respondentów ma obawy przed wejściem w dorosłość i uznała, że ten etap życia nie jest atrakcyjniejszy niż dzieciństwo, zaś 34 proc., twierdzi, że gdyby mogło o tym zadecydować, nie wchodziłoby w dorosłość.

źródło: komentarze

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pomiędzy jakością związków miłosnych, które tworzę, a niespełnionymi oczekiwaniami wobec rodziców zachodzi bezpośrednia korelacja. To, czego od nich nie otrzymałem, albo bardziej to, co wymyśliłem sobie, że powinni mi zapewnić, chcę teraz dostać w miłości. I w pewnym momencie wypełnia mnie nie tyle uczucie, co roszczenie, żal, pretensja wobec drugiej osoby. Zupełnie niedawno dotarło do mnie, że w swoich związkach wcale nie chciałem kochać, chciałem brać, być kochanym, ratowanym. Bo przecież moi rodzice mogli być lepsi, mogli silniej kochać, mocniej przytulać, nie wyjeżdżać, nie przegapić mojego smutku!

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że nie ma nikogo do ratowania, że mały chłopczyk szlochający we mnie tak długo sięgał po chusteczki, że w pewnym momencie stało się to jego nawykiem. A ukojenie, o które prosi, jest urojone, podobnie jak idealni rodzice.

Łatwo rozsmakować się w byciu słabym, w byciu ofiarą, bo nagle wszystko staje się jasne. Mama i tata nie kochali mnie stale i bezwarunkowo, więc moje związki się rozpadają, to moja krzywda, mój ból. Ja, ja i ja. Czy ten egocentryzm jest słuszny? Odpowiedzi szukałem w terapii.

Przez minione dziewięć lat korzystałem z warsztatów, w różnych szkołach i nurtach, indywidualnie i grupowo, stacjonarnie i podczas wyjazdów. Skutkiem ubocznym wybranej przeze mnie drogi okazało się… dalsze podsycanie mrzonki o rodzicach idealnych.

Chłopczyk się wkurzył

Jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznych: trening „Świadomość i zmiana” prowadzony przez Andrzeja Szulca w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie. Po kilku godzinach integracji prowadzący zaprasza uczestników na środek sali, prowadzi rozmowę, która prawie zawsze kończy się tak samo: „Wybierz, kto z grupy przypomina twoją mamę, tatę. Powiedz tej osobie wszystko, co chciałbyś powiedzieć rodzicom. Popatrz na nią. Co czujesz? Co on, ona ci zrobili? Wyraź to”.

Trzech mężczyzn trzyma materac, przed nim młoda dziewczyna, za materacem reprezentant jej ojca. Dziewczyna rzuca się na materac, krzyczy, płacze, upada na podłogę, kopie, bije pięściami. Ktoś inny walczy ze swoją matką: wyszarpuje jej koc, reprezentujący szacunek albo niezależność. „Jeśli czujesz nienawiść, poczuj nienawiść” – słyszymy. Po każdej pracy prawie wszyscy w grupie udzielają informacji zwrotnych: „wspieram cię”, „współczuję”, „jesteś dzielna”, „kochany, złoszczę się na twoich rodziców, jak oni mogli…”. Zbrodnie rodziców są różne, od opuszczenia, tak fizycznego, jak i emocjonalnego, po bolesne słowa, kary, przemoc. Pamiętam swoją furię, wściekłość, krew na nodze po skopaniu materaca, później zadziwiające poczucie ulgi, głębszego oddechu. Mały chłopczyk we mnie się wkurzył i wylał całą żółć.

Terapeuta pyta, co uczestnicy chcieliby teraz usłyszeć, co dostać, reprezentant wciela się w rolę idealnego rodzica i pociesza, przytula, wyznaje miłość. I podsyca iluzję.

Mały książę

Były kolejne terapie: nurtu behawioralnego, poznawczego, proponujące w miejsce pracy z ciałem rozmowę…Wreszcie dotarło do mnie, że trzeba zejść z drogi pretensji i poczucia krzywdy. Mały chłopiec potrafi odebrać głos dorosłemu mężczyźnie na całe życie. Spotykam bardzo wielu podobnych ludzi. Tupią, krzyczą, smucą się głośno, by wymusić uwagę. Rodziców jako obiekt oczekiwań zamienili na partnerów i partnerki, mężów i żony, czasami przyjaciół. Jesteśmy już dorośli, ale zasady gry są takie same.

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. A jeśli dodatkowo rodzice bili, porzucili, nadużyli w jakikolwiek sposób, terapia może być pomocna. Ale w pewnym momencie musi dojść do wewnętrznej rozmowy z samym sobą: „Zamieszkujące mnie, drogie i kochane dziecko, masz tutaj miejsce i możesz być jak długo chcesz, ale musisz przyjąć do wiadomości, że nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz dostać. Jeśli masz ochotę, to płacz, krzycz, obrażaj się, milknij i miej pretensje, ale ja jako dorosły mogę zdecydować: czy siebie ci oddam, czy udam się w kolejną pogoń za idealnym związkiem i obiektem, bo przecież nie człowiekiem, którego głównym zdaniem będzie wypełnić pustkę – studnię bez dna”.

Terapia wydaje się niezwykle potrzebna, by owo Wewnętrzne Dziecko zobaczyć, zrozumieć, w końcu nazwać wszystko, czego pragnie. Dalej można podjąć wysiłek, by nakarmić je tym, czym może się najeść, ale następnie ono musi zaakceptować to wszystko, czego nie dostało i już nigdy nie dostanie. Moment, w którym stwierdzę, poczuję, że moja mama i tata nie dadzą mi tyle uwagi, ile chciałem, jest chwilą, w której mogę przestać budować roszczenia wobec innych, wobec miłości. Myśl, że wszystkie te rzeczy mogę zapewnić sobie sam, wydaje się oczywista, ale niezwykle trudna. Czasami łatwiej czekać na lepszą przyszłość, rozpamiętując bolesne fragmenty przeszłości, zapominając, że chwila obecna jest kompletna, prawie zawsze idealna i niczego jej nie brakuje.

Bezpieczny port

Cztery lata temu (tekst archiwalny - przyp. red.) odbyłem poważną rozmową ze swoim tatą, powiedziałem mu o swoich pretensjach, krzywdach, żalach. Podobną rozmowę przeprowadziłem dwa lata temu z mamą. W psychoterapii nazywa się to konfrontacją. Później zrozumiałem, że nie chodziło mi tylko o to, by coś wyrazić, ale przede wszystkim o to, by ponownie coś dostać. W chwili, gdy moje oczekiwania umarły, poczułem się bezpieczny z samym sobą. Zacząłem widzieć moich rodziców, nie tylko ich słowa i gesty, ale przede wszystkim intencje, zamiary, ich potrzeby, styl życia, ich jako ludzi. Mam tak dużo cierpliwości i akceptacji dla swoich przyjaciół, często bezgraniczną wyrozumiałość. A moi rodzice zawsze mieli być jacyś, wiedziałem za nich, co mają dawać, kiedy i w jakiej ilości. Wszystkiego może być za mało, gdy czeka się na konkretny, wymyślony prezent, nie będąc gotowym na niespodzianki. I nie mam zamiaru udawać, że było idealnie, że miałem piękne, wymarzone dzieciństwo. Było różnie, dobrze jednak mieć poczucie, że nie żałuję, również lat pretensji. Bo może dzięki nim jestem w miejscu, w którym uczę się przyglądać moim rodzicom po prostu jako ludziom, którzy zdarzyli mi się w najbardziej nieporadnym okresie mojego życia. I niezwykle dużo mi dali. Byli cennymi nauczycielami, również wtedy, gdy nie robili nic. I byli idealnie niedoskonali.

Robert Rient (Łukasz Zamilski): polski dziennikarz, reportażysta i pisarz; autor głośnej książki „Świadek”, w której opisuje prznależność do Świadków Jehowy i ucieczkę od zniewolenia.

 

  1. Psychologia

Jak praktycznie radzić sobie ze stresem? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
O tym, jak praktycznie radzić sobie ze stresem, mówi specjalista w tej dziedzinie, psychoterapeuta, trener i doradca biznesu Wojciech Eichelberger, współzałożyciel Instytutu Psychoimmunologii, który zajmuje się m.in. profilaktyką przeciążenia i wypalenia stresem.

Mam wrażenie, że wszędzie mówi się o stresie. Jest sens poświęcać temu cały cykl?
Wypalenie stresowe staje się udziałem tak wielkiej liczby ludzi, że warto być mądrym przed szkodą. Żyjemy w trudnych czasach. Coraz większa ilość informacji, ogromne tempo życia i zmian, konkurencja i rywalizacja, mieszanie się kultur, ewolucja obyczajów, ról społecznych i partnerskich, zanik bliskich więzi z ludźmi, konieczność ciągłego uczenia się – wszystko to bardzo nas obciąża. Ale obiektywne, zewnętrznie uwarunkowane obciążenie – czyli presja – to jeszcze nie stres. Stres jest stanem subiektywnym, wewnętrznym. Jest jedną z możliwych odpowiedzi naszego ciała i umysłu na tę zewnętrzną presję. Odpowiedź ta pojawia się wtedy, gdy zaczyna nam brakować energii pozwalającej radzić sobie z trudnymi okolicznościami.

Czyli gdy sytuacja nas w jakimś sensie przerasta?
Gdy nasze zasoby energetyczne nie wystarczają, by się uporać z presją wywołaną daną sytuacją. Jest to stan groźny, w którym nasz psychiczny i biologiczny potencjał przestaje się odpowiednio regenerować i zbyt szybko go ubywa.

Jedziemy na rezerwach?
Których bezkarnie nie możemy nadużywać, jeśli nie chcemy doprowadzić się do stanu wypalenia. Dlatego tak niebezpieczny jest przewlekły stres. Ale nie u każdego trudne okoliczności wywołują stres. Ci, którzy lepiej gospodarują zasobami swojej życiowej energii, potrafią nawet wielką presję przyjmować jako wyzwanie. Wyzwania doświadczamy, gdy mamy wystarczający zapas energii, aby z daną sytuacją się uporać. Z kolei długotrwałe przebywanie w sytuacji zbyt małej presji, zwane rdzewieniem, którego doświadczamy, gdy mamy za mało obciążeń, a za dużo energii, jest dla nas równie niebezpieczne jak doświadczanie stresu. W obu wypadkach słabnie immunologiczna bariera, a więc wzrasta ryzyko zdrowotne i spada nasza emocjonalna i intelektualna wydolność.

Czyli „nic mi się nie chce”?
No właśnie. Dobrze widać to na przykładzie osób przez dłuższy czas bezrobotnych, wielu rencistów, emerytów, rentierów. Również sportowców, którzy gwałtownie przerwali karierę i, co za tym idzie, treningi. Podobnie może się czuć człowiek, który jedzie na pierwszy dłuższy urlop po paru latach wytężonej pracy. Gdy znika motywująca presja, mamy znacząco mniej wydatków energetycznych, zaczynamy chorować, wpadamy w depresyjne nastroje, uwiąd woli i bezsilność.

Niektórzy twierdzą jednak, że istnieje dobry stres w przeciwieństwie do stresu złego. Czyli taki, który mobilizuje, a nie demobilizuje.
Tak zwany dobry stres to pojęciowe nieporozumienie. Równie dobrze można by mówić o dobrym nowotworze. Stres to stan chorobowy, który prowadzi do wyczerpania energii życiowej, a więc jest groźny dla życia. Zabija nas. To, co potocznie nazywa się dobrym stresem, w istocie jest wyzwaniem. Czyli wspaniałym stanem optymalnego dla nas dociążenia, presji, która nie przekracza z jednej strony granicy wypalenia, a z drugiej rdzewienia. Ludzie tego nie wiedzą, choć wydaje się, że na temat stresu napisano i powiedziano już tak wiele.

To definiuje również przedmiot naszych rozważań. Jak znaleźć ten złoty środek i jak się w nim utrzymać.
Czyli jak się nie wypalać i nie popadać w stagnację. Trzeba zachowywać się jak doświadczony sportowiec, który tak dobiera swoje obciążenia startowe i treningowe, by osiągać coraz wyższy poziom możliwości, ale się nie przeciążać.

Ktoś, kto nie ma tej świadomości, może próbować za pomocą jednego ekstremum leczyć drugie i w ten sposób kompletnie się rozchwiać.
Dokładnie tak. Będziemy rozmawiać o tym, jak sprawić, by nasze życie było ciekawym i wartościowym wyzwaniem, a nie wieczną udręką lub nudą i marnotrawieniem talentów oraz możliwości.

Rozumiem, że wyzwanie wiąże się zawsze z przekraczaniem jakichś ograniczeń, pomysłów na siebie, lęków... Tak. I dlatego wyzwania uruchamiają w nas zasoby, których istnienia często nie podejrzewamy. Dzięki temu się rozwijamy.

 
Skoro sensem życia jest rozwój i odpowiadanie na wyzwania, skąd w nas ta częsta chęć, żeby nic nie robić?
Nicnierobienie to zrozumiała potrzeba człowieka przemęczonego. Organizm krzyczy: dajcie mi czas i okazję do odzyskania sił. Wtedy warto posłuchać jego głosu.

Jeśli po dobroci nie posłuchamy i nie zmienimy stylu życia, to nas coś dopadnie?
Nie da się bezkarnie uprawiać rabunkowej gospodarki swoimi zasobami życiowymi. Choroba to kosztowna ostateczność, której należy za wszelką cenę unikać. By potem wyjść z ciężkiej choroby lub wypalenia, potrzeba miesięcy kuracji i starań, a często także rewolucji w stylu życia i w systemie wartości. Inaczej nam nie włączą prądu. Instynkt samozachowawczy zachowuje się jak dyspozytor w elektrowni miejskiej, który wyłącza zasilanie peryferyjnych dzielnic, kiedy są braki w dostawie prądu. Albo jak bank, który wstrzymuje kredytowanie zadłużonej firmy. Żeby nam włączyli prąd czy otworzyli kredyt, musimy przedstawić taki plan restrukturyzacji firmy, który przekona bank, że będziemy przynajmniej spłacać odsetki.

A co zrobić, kiedy próbujemy odpoczywać, ale głowa nam nie pozwala? Zadręczamy się myślami. Da się wyłączyć głowę?
Wtedy niezbędne są leki, które wyciszają gonitwę negatywnych myśli, plus psychoterapia. Wyjście z wypalenia jest prawie jednakowo trudne i kosztowne jak wyjście z uzależnienia. Dlatego profilaktyka wypalenia jest tak ważna. By była możliwa, musimy wiele się nauczyć. Np. kontrolować wywieraną na nas presję. Ona tylko do pewnego stopnia jest obiektywna, bo mamy określone obowiązki. O części decydujemy sami. Dlatego musimy się nauczyć używać takich trudnych słów, jak: nie, dosyć, za dużo, nie mogę, nie dam rady, nie zgadzam się.

Z tym się wiąże konieczność i umiejętność odpuszczenia sobie.
O to chodzi. Świat nie chce nas wykończyć, to my sami siebie wykańczamy, bo wydaje nam się, że gdy zaczniemy odmawiać, ów świat nas odrzuci, uzna za niepotrzebnych słabeuszy. Trzeba przestać w to wierzyć. Z drugiej strony musimy przyjąć taki styl życia, który będzie odtwarzał i rozwijał nasz energetyczny potencjał. Musimy przyjrzeć się temu, jak jemy, jak oddychamy, jak śpimy, jak się odnosimy do siebie samych i jak się zachowujemy w relacjach z innymi... Wśród czynników ryzyka decydujących o ciężkich zachorowaniach i przedwczesnej śmierci aż 54 procent jest związanych ze stylem życia. To znaczy, że mamy większościowe udziały w firmie „Moje zdrowie”. Pakiet kontrolny. Ponoć przeciętny ludzki genotyp daje możliwość przeżycia 120 lat. Tymczasem średnia życia polskich mężczyzn to nieco ponad 70 lat.

Wszystko, o czym mówimy, bardzo przypomina biznes. Jesteś autorem programu odnowy, który uczy, jak zarządzać sobą, czyli firmą z konkretnym kapitałem początkowym, w której mamy większościowy udział...
Bo w metaforze biznesowej jasno widać, o co tu chodzi. Program obejmuje osiem rozdziałów i nazywa się „8 razy O” (bo tak się składa, że wszystkie zaczynają się na literę o). Są to umiejętności decydujące o naszej odporności zarówno na choroby, jak i na przeciążenie. Te rozdziały to: oddychanie – podstawowe zasilanie, bez którego nic się nie wydarzy. A prawie wszyscy źle oddychamy w przeciążeniu, zagrożeniu i walce. Obecność, czyli zdolność bycia świadomym tego, co tu i teraz dzieje się w naszym życiu. To wiąże się z umiejętnością kontrolowania nawykowego zamartwiania się i snucia ponurej wizji przyszłości lub nieustannego przeżuwania tego, co było, przebywania w izbie pamięci i uprawiania swojej martyrologii. Kolejny rozdział to oparcie w sobie – czyli dobry, świadomy kontakt z ciałem, mocne stanie na nogach, wewnętrzna podpora w mocnym kręgosłupie, w mocnym brzuchu i aktywnej przeponie. Następne to odreagowanie i odpoczywanie. Potem: odpuszczanie – czyli trening odmawiania, zdolność do regulowania wewnętrznej i zewnętrznej presji, o której mówiliśmy. Następnie opiekowanie się sobą – czyli zdolność do bycia własnym wymagającym i wspierającym trenerem – i wreszcie – odżywianie.

Z tego, co mówisz, wynika, że pierwsze O, z jakim musimy się zmierzyć, to odpowiedzialność...
To dobry zamiennik dla opiekowania się sobą. O to w tym chodzi – o wzięcie odpowiedzialności za jakość własnego życia. To klucz do stworzenia sytuacji, w której nasz pobyt na tym świecie będzie satysfakcjonujący, pożyteczny i radosny.

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie w sytuacjach dużej presji. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie.

  1. Psychologia

Poczucie własnej wartości - czy jesteśmy świadomi własnej rangi?

Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Ranga jest pojęciem, którego używa się w psychologii procesu do określenia zestawu przywilejów, nabytych lub odziedziczonych (fot. iStock)
Jeśli ktoś nie ma świadomości, ile ma i kim jest, to nie wykorzystuje swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. O mocy przywilejów opowiadają psychoterapeuci Joanna Dulińska i Michał Duda.

Czym są rangi w Psychologii Procesu?
Joanna Dulińska: Ranga to suma wszystkich przywilejów. To, jaką mamy rangę, zależy od naszych przywilejów w różnych obszarach w danym momencie.

A czym są przywileje?
Michał Duda: To atrybuty, które podnoszą nasz status. Choć niekoniecznie muszą to być rzeczy materialne, można też nie mieć własności, a korzystać z przywilejów. Ten, kto ma dużo pieniędzy i w związku z tym wysoką rangę społeczną, niekoniecznie ma taki wpływ na ludzi jak ktoś, kto ma wysoką rangę duchową. Gdy mówimy o sumie przywilejów, mamy na myśli różne przywileje – psychologiczne, duchowe i społeczne. I to wszystko razem tworzy rangę w społeczeństwie.

Zawsze mamy jakąś rangę? J.D
.: Zawsze czymś dysponujemy, ale często jest tak, że się z tym nie utożsamiamy.

M.D
.: Na przykład ranga społeczna istnieje obiektywnie. Jest bardzo często mylona z subiektywnym doświadczeniem czy subiektywną oceną sytuacji. Może być też zmienna w czasie.

A po co nam wiedza o rangach? J.D
.: Jest niezbędna, aby móc z nich celowo korzystać, choć rangi działają bez względu na to, czy mamy ich świadomość, czy nie. Jeśli nie mamy wiedzy o swoich rangach, to inni nie mogą z nich korzystać, przeciwnie – mogą się poczuć ich ofiarami, a my będziemy mieć tendencję, by ich nadużywać, nawet jeśli czujemy się słabi i bezradni.

Możemy zilustrować to przykładem? J.D
.: Do tego potrzebna jest wiedza o rodzajach rang. Wyróżniamy trzy typy: ranga społeczna – mówi o naszej pozycji w społeczeństwie, a ta zależy od wykształcenia, wieku, płci, pieniędzy – przywilejów, które dają wysoki status społeczny. Do tego dochodzi ranga psychologiczna, która jest wysoka, jeżeli człowiek czuje się bezpiecznie ze sobą, potrafi rozwiązywać konflikty, jest oswojony z emocjami, umie je przeżywać i wyrażać, lub niska, jeśli tego nie potrafi. Wreszcie ranga duchowa – kontakt z czymś większym, głęboką wiarą, z czymś, co daje jakąś pewność.

Przypuśćmy, że mamy do czynienia z szefem korporacji, który w ogóle nie jest świadomy swoich rang. Zarabia mnóstwo pieniędzy, ma bardzo duży wpływ na swoich pracowników, ale nie zdaje sobie sprawy z własnych możliwości. Ma za to kompleksy, bo np. jest otyły albo łysy, może ma wadę wymowy – w dzieciństwie był odrzucany przez kolegów i w związku z tym czuje się niepewnie w relacjach – więc nie ma rangi psychologicznej. Nie ma też rangi duchowej, nie uznaje, że jest coś większego, co go prowadzi, nie ma poczucia misji. I taki człowiek w sytuacji, gdy podwładna w jakiś sposób uruchomi jego kompleks, nastawi się obronnie, może atakować, bo nie posiadając umiejętności bycia w relacjach z kobietami, może uznać, że ona go lekceważy czy się z niego naśmiewa. Wtedy on może nadużyć swojej rangi i powiedzieć lub zrobić coś przykrego.

Mając świadomość swojej pozycji, możemy chyba też wpływać na podnoszenie rang innych ludzi. Przykładowo – może nam się wydawać, że nie mamy czym się podzielić, podczas gdy wystarczy czasem jednostkowo niewielka kwota miesięcznie, a pomnożona przez udział kolejnych osób daje globalną pomoc.

M.D
.: Kryteria porównania są bardzo różne i na ogół ludzie wybierają identyfikację z niższą rangą niż z wyższą. Ale rzeczywiście parę złotych płacone na rzecz różnych fundacji może bardzo pomóc komuś, kto ma niższą rangę od naszej i pokryć mu np. koszty życia przez miesiąc. My takiej pomocy rzeczowej, finansowej, doświadczaliśmy ponad 20 lat temu. Świadomość rang w aktualnej sytuacji z obiektywnego punktu widzenia pomaga też więc odnaleźć swoje miejsce w tej hierarchii i korzystać świadomie z rang, np. poprzez przeznaczenie kwoty, którą codziennie wydajemy w sklepie spożywczym na pomoc komuś o niższej randze.

Masz świadomość, masz wybór. J.D
.: Świadomość rang pomaga podczas pracy z indywidualnymi trudnościami – jeśli ktoś nie ma świadomości, jaką ma rangę, to nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Nie potrafi dawać ani brać. Kiedy wiem, co mam, to mogę się tym podzielić, nie muszę się tego kurczowo trzymać, pilnować, by mi ktoś tego nie zabrał. Świadomość rangi wpływa na poczucie wartości, na zadowolenie z życia, na dobrostan psychiczny. Kiedy odnajdę, co mam – a każdy coś ma – to poznam swoje miejsce na ziemi.

Można mieć taką samą rangę w kilku dziedzinach? J.D.
: Niższa ranga w jednej dziedzinie wiąże się zwykle z wyższą rangą w innej. My, mieszkańcy Zachodu, mamy dostęp do bieżącej wody, robimy zakupy w sklepie, a np. ludzie żyjący w Tybecie tego nie mają, posiadają więc dużo niższą rangę społeczną. Mają jednak dużo wyższą rangę duchową, a może też psychologiczną. Cenią życie, widzą jego ogromną wartość, bo żyją na co dzień w ogromnym zagrożeniu, muszą dołożyć starań, by przeżyć – nie są zagubieni, nie zadają pytań: „po co ja żyję?”.

Z kolei rangę psychologiczną zazwyczaj mają osoby o niższej randze społecznej, radzą sobie dobrze w trudnych sytuacjach, stawiają bardziej na relacje, jednoczą się, ponieważ same nie radzą sobie w rzeczywistości, która je otacza. Wysoką rangę psychologiczną mają też ludzie, którzy przetrwali krytyczne sytuacje – taka osoba, gdy straci wszystko, nie załamie się, bo ona już zna sytuację, gdy niczego nie miała albo miała niewiele. I przeżyła, poradziła sobie. A ktoś, kto zawsze miał dom i samochód, będzie się bał kryzysu, końca świata i innych rzeczy, które go nagle z tego stanu posiadania mogą wytrącić. Gdy znam swoją rangę i czuję, kim jestem, jaką mam moc – to mogę się dzielić swoimi przywilejami, wspomagać innych.

Czy wyższa ranga jest zawsze lepsza? J.D.
: Nie chodzi o to, żeby mieć najwyższą rangę w całej okolicy, tylko o to, by się podzielić, jeśli ma się wyższą, i umieć poprosić i przyjąć, gdy ma się niższą. Świadomość niższej rangi nie jest wcale taka zła. Wyższa ranga wiąże się z odpowiedzialnością, a niższa z relaksem, z tym, że to inni mogą zabiegać, decydować. Mogę się komuś poddać, dostać coś, zaufać. To też jest dobre przeżycie – nie mieć w danej sytuacji rangi.

Rangi zaostrzają czy pomagają rozwiązać konflikt? J.D.
: To właśnie ranga, hierarchia jest częściej źródłem konfliktu niż cokolwiek innego. Wyższa ranga wzbudza emocje, takie jak zazdrość, złość, zawiść, niechęć, roszczeniowość, ale też inne – podziw, chęć przypodobania się. Jest to trudne dla osoby, która ma wysoką rangę w środowisku – musi umieć sobie poradzić ze wszystkimi konsekwencjami swojej pozycji. A jeśli nie utożsamia się z nią, to będzie uciekała od odpowiedzialności, nie będzie w stanie sobie z tym radzić. Często związane jest to z poczuciem winy, wychowaniem. Taką ideą, że wszyscy powinni być równi.

M.D.
: Uświadomienie sobie swojej rangi, miejsca, w którym się jest, jest po części kluczem do rozwiązania bardzo wielu konfliktów. Dotyczy to wszelkich obszarów, pracy czy życia rodzinnego – jeżeli ojciec krzyczy na dziecko, nie mając świadomości, że ma ono niższą rangę, to nie atakuje równego sobie, tylko słabszego. Nie zdaje sobie sprawy z poczucia zagrożenia, jakie wywołuje w tym dziecku. Jeśli będzie świadomy różnicy rang, to będzie w stanie adekwatnie ocenić sytuację. Już samo to może prowadzić do częściowego rozwiązania kłopotu. To jest też kwestia zrozumienia drugiej strony, tego, co ona robi. Świadomość rang naprawdę może coś zmienić.

  1. Psychologia

Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Boję się podjąć decyzję o rozstaniu

Maria trafiła do mnie z powodu poważnego dylematu: reanimować swój wieloletni związek czy związać się z mężczyzną, w którym zakochała się rok temu. Czułam jej rozpacz i determinację, związane z faktem, że nie potrafi podjąć decyzji (boi się podjąć decyzję o rozstaniu). Rezygnacja z długoletniego związku, rozbicie rodziny i zaczynanie wszystkiego od początku – nigdy nie jest proste. Nowy mężczyzna kusił, ale nie ułatwiał jej podjęcia decyzji. Maria stała na rozdrożu, coraz bardziej zrozpaczona i zniechęcona. Postanowiłam zaprosić ją na sesję do Jacka Sobola, terapeuty manualnego. Jacek poprosił ją, żeby wstała i wyobraziła sobie na podłodze linię, za którą jest przepaść – symbol niewiadomej po podjęciu decyzji. – Teraz wyobraź sobie, że znajdujesz się w kołowrotku i jak chomik przebierasz nogami, kołowrotek się kręci, ty stoisz w miejscu, przed tobą jest przepaść – powiedział. Maria zaczęła przebierać nogami. – Szybciej, szybciej.

- Co czujesz? – zapytał Jacek.

Maria zaczęła cicho płakać. – Co się dzieje? – spytał Jacek. – Uświadomiłam sobie, że od roku chodzę w miejscu. To droga donikąd. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. To takie trudne. Boję się podjąć decyzję o rozstaniu. Nie wiem, czy jestem w stanie przekroczyć tę linię. Chyba nie jestem jeszcze gotowa – wyrzuciła z siebie Maria i zaczęła coraz bardziej płakać.

W tym szalonym, pędzącym na oślep świecie, wiele z nas tak naprawdę porusza się jak chomik w kołowrotku. Staramy się, działamy, przyspieszamy tempo a... efektów brak. Nadal nie umiemy podejmować decyzji.

Terapeuta Moshé Feldenkrais powiedział, że jeśli robisz wszystko tak samo, jak do tej pory, choć twoje dotychczasowe działanie nie przynosiło efektów, nie dziw się, że i tym razem pudło.

Przypomnij sobie, ile razy w twoim życiu były takie sytuacje, kiedy stare metody już nie działały, a nowe jeszcze się nie pojawiły. Co wtedy robiłaś? Jak się z tym czułaś? Może zachowywałaś się tak jak moja nowa pacjentka, która przyszła do mnie osiem miesięcy po rozstaniu z chłopakiem, z rozpoznaną depresją. „Boję się podjąć decyzję o rozstaniu” - to nie były jej rozterki. Decyzję podjęła całkiem świadomie, ale wciąż żyje tak, jakby „eks” był stale obok. Rano wstaje wcześniej, bo ciągle zapomina, że już nie zjedzą razem śniadania. Je w tych samych restauracjach, w których zwykle razem jadali, choć nie cierpi włoskiej kuchni. – Pomóż mi ruszyć do przodu – poprosiła. – Dobrze, ale najpierw pozwól sobie na zatrzymanie i przeżyj to – odpowiedziałam jej.

Nieumiejętność podejmowania decyzji i lęk przed zatrzymaniem

– Moja poprzednia terapeutka po roku przyznała, że już nie ma na mnie pomysłu – powiedziała Iza na pierwszej sesji. – A ja tylko chcę mieć udany związek, dom, dzieci. Czy to tak wiele?

Iza, jak większość z nas, żyła w przeszłości – bolesnym scenariuszu z dzieciństwa, i w przyszłości, którą już dziś była w stanie przewidzieć: „Nie zasługuję na związek, nie uda mi się”.

Po kolejnej sesji zadałam jej pracę domową. Poprosiłam, żeby napisała bajkę o małej dziewczynce. Na sesji próbowałyśmy to odegrać. Mała dziewczynka Izy zgubiła się w lesie, chciała więc odnaleźć drogę do domu. Zbierała kolorowe kulki, które miały być jej drogowskazami. Ale kiedy miała już obydwie ręce pełne, wiatr wytrącał jej kulki i zostawała z niczym. Siadała wtedy zrezygnowana na ziemi, a kiedy ogarniał ją potworny lęk, zrywała się i zaczynała od nowa zbierać kulki. Po kolejnej próbie poprosiłam, żeby została na moment w tej rezygnacji, z pustymi rękoma. Iza wytrzymała minutę, powiedziała: „Nie dam rady, nie mogę, to przerażające” i wybiegła z gabinetu.

Zatrzymanie, bezruch, nicnierobienie odczuwane jest przez większość pacjentów jako przerażająca pustka („nic nie czuję”), obezwładniający lęk („boję się, że umieram, znikam”), paraliżujące drżenie całego ciała (w ten sposób uwalnia się z ciała napięcie). Zatrzymanie to mała śmierć. Nic dziwnego, że budzi tak wielkie przerażenie. Wydaje ci się, że dopóki działasz, próbujesz, planujesz, zwiększasz tempo – jesteś, żyjesz. A tymczasem naprawdę czuć możesz tylko w bezruchu. Wywołane sytuacją życiową zatrzymanie, pojawienie się pytania „co dalej?”, nieumiejętność podejmowania decyzji, wątpliwości – to cenny czas na przemyślenia: czego naprawdę pragniesz, co jest dla ciebie ważne, kim jesteś? Ale zanim pojawią się odpowiedzi, w bezruchu budzą się twoje demony: dawne urazy, nieprzeżyte traumy, trudne wspomnienia. To tego najbardziej boisz się w zatrzymaniu. Ale jeśli go nie przeżyjesz, nie pojawi się odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Nieumiejętność podejmowania decyzji pozostanie.

Żeby naprawdę żyć, musisz przetrawić lęk przed śmiercią; lęk przed zniknięciem, rozpadem, pustką, traumami z przeszłości. Gdy nie umiemy podejmować decyzji, zatrzymanie może nam pomóc. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. Być może w stanie bezruchu po raz pierwszy w życiu poczujesz, że ze swoimi problemami jesteś tak naprawdę sama. To może być trudne. Na dodatek w stanie zatrzymania, kiedy zaczynasz czuć, odzywa się twoje ciało. Mogą pojawić się symptomy: ścisk w gardle, problemy z oddychaniem, zaciśnięcie przepony, ból bioder, sztywność nóg, drżenie rąk, zawroty głowy. To może przerażać, ale kiedy minie, wróci spokój i pewność decyzji.

Praca z oddechem

Marina Abramović, pochodząca z Bałkanów performerka, wiosną 2010 roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku zorganizowała trwający ponad 700 godzin performance „The Artist is Present”. Zasady były proste. Marina siedziała w centrum sali w tzw. placu światła. Naprzeciwko niej ustawione było drugie krzesło, na którym siadali kolejno odwiedzający muzeum goście. Każdy mógł zająć krzesło na tak długo, jak chciał, pod warunkiem że nie wykonywał żadnych ruchów, nie odzywał się, mógł jedynie patrzeć artystce prosto w oczy. Ludzie siedzieli naprzeciwko niej od trzech minut do kilku godzin. Wielu płakało, jedni chcieli jej zaimponować, jeszcze inni odczuwali miłość. Marina tylko patrzyła, w milczeniu. – Chciałam zmusić ich do koncentracji, wyrwać na chwilę ze świata. Zwykle żyjemy w przeszłości albo w przyszłości. Przestajemy myśleć tylko wtedy, kiedy kochamy i mamy orgazm. Performance ma dołączyć do tej pary. Ma pokazać, że można być tu i teraz – wyjaśniała.

Zatrzymanie, ten przerażający moment nicnierobienia, trwania w bezruchu, to najbardziej cenny czas, chwila, w której masz szansę naprawdę poczuć, że żyjesz. Zgodnie z naukami mistrza Osho, jedyną stałą rzeczą pomiędzy narodzinami a śmiercią jest oddech. Oddech jest pomostem między tobą a twoim ciałem. Koncentrujesz się zwykle na wdechu albo na wydechu. Starasz się pogłębiać oddech albo oddychać torem brzusznym (przeponą), a tymczasem pierwszy krok to poczucie zatrzymania – przerwa pomiędzy dwoma oddechami. Jeśli zamkniesz oczy i wczujesz się w rytm oddechu, zauważysz, że oddech najpierw wnika do wnętrza ciała, płynie w dół, a potem kieruje się na zewnątrz; płynie w górę. Kiedy uda ci się poczuć tę chwilę, kiedy ciało napełni się oddechem, zanim skieruje się na zewnątrz, a oddech na moment ustanie – w pełni przeżyjesz moment zatrzymania. Kiedy oddech wypływa z twojego ciała, zanim ponownie go nabierzesz, znowu pojawia się ten moment bez oddechu – cisza. Wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie – kolejny wdech. Tak wygląda rytm życia. Zatrzymanie jest jego naturalnym stanem.

Ćwiczenie na przeżycie momentu zatrzymania

Jeśli jest ci trudno, przerażają cię symptomy pojawiające się w ciele, rozejrzyj się po pokoju i znajdź coś, co da ci wsparcie. Może to być np. poduszka, którą przytulisz do piersi, ściana, o którą się oprzesz, czy podłoga, na której zwiniesz się w pozycji embrionalnej. Kiedy znajdziesz wsparcie, na moment zastygnij w bezruchu. Poczuj, co dzieje się w ciele. Wytrzymaj ten moment. Następnie połóż się na wznak, dłonie umieść w okolicach podbrzusza (w miejscu, gdzie znajdują się jajniki). Tam jest twoja pierwotna, kobieca moc. Poczuj ją. To ona pozwoli ci przetrwać moment zatrzymania i pokonać nieumiejętność podejmowania decyzji.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.