1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kiedy rozpoczyna się dorosłe życie?

Kiedy rozpoczyna się dorosłe życie?

123rf.com
123rf.com
Młodzi skarżą się na brak umiejętności społecznych i emocjonalnych odpowiedzialnych za budowanie bliskich relacji. Większość osób, które wzięły udział w badaniu przeprowadzonym przez naukowców z Uniwersytetu SWPS, czuje się dorosła dzięki posiadanym kompetencjom zawodowym oraz zatrudnieniu. Mniejsza grupa czuje się dorosła z uwagi na posiadaną niezależność (samodzielne mieszkanie i własne gospodarstwo domowe) czy bycie w związku.

Badani w większości stwierdzili, że posiadają takie cechy jak mądrość życiowa czy rozsądek, jednak nie w takim stopniu, w jakim wcześniej wskazywali za konieczny, aby móc uznać się za dorosłych. Przykładowo, kryterium uznane przez większość badanych za decydujące o dorosłości, czyli umiejętność podejmowania decyzji i ponoszenia ich konsekwencji spełnia 52 proc. badanych, niezbędne zaś do uznania się za dorosłego umiejętności w zakresie utrzymania siebie, rodziny, czy budowania bliskich relacji, deklarowało poniżej 50 proc.

Najczęściej wymienianym w ramach badania jako spełniony warunek dorosłości z zakresu tzw. „Big Five” jest ukończona nauka w szkole (63 proc.) oraz posiadanie jakiegokolwiek zatrudnienia (56 proc.), które to w ocenie tych samych respondentów są mało istotnymi kryteriami dorosłości.

Wśród dominujących strategii wchodzenia w dorosłość na drodze indywidualnych doświadczeń wyłaniają się modele: profesjonalisty - poprzez rozwój kompetencji, radzenia sobie w sferze materialnej i zawodowej: posiadanie zawodu i zatrudnienia, a także umiejętność zarobienia na siebie oraz zapewnienie bytu rodzinie; kowala własnego losu - rozwój autonomii i budowanie niezależności: mieszkanie samodzielne, bez rodziców i założenie własnego gospodarstwa domowego; domatora - budowanie relacji i bliskich związków: życie w stałym związku oraz umiejętność utrzymania bliskiej relacji partnerskiej; mędrca - rozwój wewnętrzny: posiadanie wiedzy życiowej oraz umiejętność podejmowania decyzji oraz ponoszenia ich konsekwencji, migrant – osoby, która jeszcze nie zdecydowała się na większe decyzje, posiada prawo jazdy i ukończoną edukację szkolną.

Najczęściej barierę w osiąganiu dojrzałości, młodzi widzą w samych sobie. Uskarżają się na strach, lęk, obawę przed dorosłością i ponoszeniem odpowiedzialności czy podejmowaniem ryzyka. Przeszkodą są również nadopiekuńczy rodzice, z którymi wiąże młodych relacja finansowa, a także uczuciowa, przyjmująca niekiedy formę „uzależnienia”. – Jak mówili sami badani, nie służy ono rozwojowi samodzielności oraz autonomii. - Wpajane latami przez rodziców przekonanie, że należy posiadać wyższe wykształcenie, które zagwarantuje pracę jest zdaniem respondentów błędnym sądem w obecnej rzeczywistości, gdzie dyplom uczelni nie gwarantuje już zatrudnienia, a ważniejsze okazuje się doświadczenie i umiejętności – wyjaśnia kierownik zespołu badawczego, dr Wiszejko-Wierzbicka.

Zdaniem młodych przez to, że byli skoncentrowani na edukacji ucierpiała możliwość zdobywania przez nich doświadczeń zawodowych w tym czasie oraz poznawania i rozwoju innych swoich kompetencji, chociażby w zakresie relacji społecznych czy aktywności obywatelskiej. Często wymienianą barierą przez badanych jest brak pracy, a co za tym idzie - możliwości rozwoju zawodowego i usamodzielnienie się, pozyskania względnego bezpieczeństwa, które umożliwiłoby odseparowanie się od rodziców i założenie własnego gospodarstwa domowego. Jako przeszkodę wskazywano również wydłużony okres edukacji.

– W świetle powyższych wyników trudno jest nadal mówić o późnym wchodzeniu w dorosłość. Rzeczywiście, pełnienie ról społecznych uważanych tradycyjnie za markery dorosłości przesuwane jest przez młodych na późniejsze lata. Jednak, jak pokazują sami młodzi, markery tzw. „Big Five” nie są jedynymi wyznacznikami dorosłości – dodaje dr Wiszejko-Wierzbicka – Wyniki mogą być przydatne dla psychologów, pedagogów oraz terapeutów, osób pracujących z młodzieżą. Warto aby wiedzę na temat trudności wchodzenia w dorosłość mieli również rodzice oraz sami młodzi, na co wskazuje duże zainteresowanie badaniem – dodaje.

Badanie „Psychospołeczne uwarunkowania późnego wchodzenia w dorosłość“ zrealizowane w 2016 r. pod kierownictwem dr Doroty Wiszejko-Wierzbickiej, psychologa, seksuologa, terapeuty, adiunkta na Wydziale Nauk Społecznych i Humanistycznych miało charakter eksploracyjny.  Badaniem ilościowym objęto próbę 3 359 osób wieku: 18-29 lat. źródło: mat. pras.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Niespełnione oczekiwania. Czego, jako dorośli, wymagamy od swoich rodziców?

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. (fot. iStock)
Pielęgnowany w głowie obraz rodziców idealnych odebrał mi tych prawdziwych. Wiele lat terapii pomogło mi dojść do prostej prawdy, że rozmawiać warto ze sobą – pisze Robert Rient.

Pomiędzy jakością związków miłosnych, które tworzę, a niespełnionymi oczekiwaniami wobec rodziców zachodzi bezpośrednia korelacja. To, czego od nich nie otrzymałem, albo bardziej to, co wymyśliłem sobie, że powinni mi zapewnić, chcę teraz dostać w miłości. I w pewnym momencie wypełnia mnie nie tyle uczucie, co roszczenie, żal, pretensja wobec drugiej osoby. Zupełnie niedawno dotarło do mnie, że w swoich związkach wcale nie chciałem kochać, chciałem brać, być kochanym, ratowanym. Bo przecież moi rodzice mogli być lepsi, mogli silniej kochać, mocniej przytulać, nie wyjeżdżać, nie przegapić mojego smutku!

Wiele lat zajęło mi zrozumienie, że nie ma nikogo do ratowania, że mały chłopczyk szlochający we mnie tak długo sięgał po chusteczki, że w pewnym momencie stało się to jego nawykiem. A ukojenie, o które prosi, jest urojone, podobnie jak idealni rodzice.

Łatwo rozsmakować się w byciu słabym, w byciu ofiarą, bo nagle wszystko staje się jasne. Mama i tata nie kochali mnie stale i bezwarunkowo, więc moje związki się rozpadają, to moja krzywda, mój ból. Ja, ja i ja. Czy ten egocentryzm jest słuszny? Odpowiedzi szukałem w terapii.

Przez minione dziewięć lat korzystałem z warsztatów, w różnych szkołach i nurtach, indywidualnie i grupowo, stacjonarnie i podczas wyjazdów. Skutkiem ubocznym wybranej przeze mnie drogi okazało się… dalsze podsycanie mrzonki o rodzicach idealnych.

Chłopczyk się wkurzył

Jedno z pierwszych doświadczeń terapeutycznych: trening „Świadomość i zmiana” prowadzony przez Andrzeja Szulca w Instytucie Treningu i Edukacji Psychologicznej w Krakowie. Po kilku godzinach integracji prowadzący zaprasza uczestników na środek sali, prowadzi rozmowę, która prawie zawsze kończy się tak samo: „Wybierz, kto z grupy przypomina twoją mamę, tatę. Powiedz tej osobie wszystko, co chciałbyś powiedzieć rodzicom. Popatrz na nią. Co czujesz? Co on, ona ci zrobili? Wyraź to”.

Trzech mężczyzn trzyma materac, przed nim młoda dziewczyna, za materacem reprezentant jej ojca. Dziewczyna rzuca się na materac, krzyczy, płacze, upada na podłogę, kopie, bije pięściami. Ktoś inny walczy ze swoją matką: wyszarpuje jej koc, reprezentujący szacunek albo niezależność. „Jeśli czujesz nienawiść, poczuj nienawiść” – słyszymy. Po każdej pracy prawie wszyscy w grupie udzielają informacji zwrotnych: „wspieram cię”, „współczuję”, „jesteś dzielna”, „kochany, złoszczę się na twoich rodziców, jak oni mogli…”. Zbrodnie rodziców są różne, od opuszczenia, tak fizycznego, jak i emocjonalnego, po bolesne słowa, kary, przemoc. Pamiętam swoją furię, wściekłość, krew na nodze po skopaniu materaca, później zadziwiające poczucie ulgi, głębszego oddechu. Mały chłopczyk we mnie się wkurzył i wylał całą żółć.

Terapeuta pyta, co uczestnicy chcieliby teraz usłyszeć, co dostać, reprezentant wciela się w rolę idealnego rodzica i pociesza, przytula, wyznaje miłość. I podsyca iluzję.

Mały książę

Były kolejne terapie: nurtu behawioralnego, poznawczego, proponujące w miejsce pracy z ciałem rozmowę…Wreszcie dotarło do mnie, że trzeba zejść z drogi pretensji i poczucia krzywdy. Mały chłopiec potrafi odebrać głos dorosłemu mężczyźnie na całe życie. Spotykam bardzo wielu podobnych ludzi. Tupią, krzyczą, smucą się głośno, by wymusić uwagę. Rodziców jako obiekt oczekiwań zamienili na partnerów i partnerki, mężów i żony, czasami przyjaciół. Jesteśmy już dorośli, ale zasady gry są takie same.

Nie znam człowieka, który dostałby wszystko, czego pragnął, w dzieciństwie, nie znam takiego, który by nie płakał lub nie przeżywał złości z powodu tego, co zrobili lub czego nie zrobili jego rodzice. A jeśli dodatkowo rodzice bili, porzucili, nadużyli w jakikolwiek sposób, terapia może być pomocna. Ale w pewnym momencie musi dojść do wewnętrznej rozmowy z samym sobą: „Zamieszkujące mnie, drogie i kochane dziecko, masz tutaj miejsce i możesz być jak długo chcesz, ale musisz przyjąć do wiadomości, że nigdy nie dostaniesz tego, co chcesz dostać. Jeśli masz ochotę, to płacz, krzycz, obrażaj się, milknij i miej pretensje, ale ja jako dorosły mogę zdecydować: czy siebie ci oddam, czy udam się w kolejną pogoń za idealnym związkiem i obiektem, bo przecież nie człowiekiem, którego głównym zdaniem będzie wypełnić pustkę – studnię bez dna”.

Terapia wydaje się niezwykle potrzebna, by owo Wewnętrzne Dziecko zobaczyć, zrozumieć, w końcu nazwać wszystko, czego pragnie. Dalej można podjąć wysiłek, by nakarmić je tym, czym może się najeść, ale następnie ono musi zaakceptować to wszystko, czego nie dostało i już nigdy nie dostanie. Moment, w którym stwierdzę, poczuję, że moja mama i tata nie dadzą mi tyle uwagi, ile chciałem, jest chwilą, w której mogę przestać budować roszczenia wobec innych, wobec miłości. Myśl, że wszystkie te rzeczy mogę zapewnić sobie sam, wydaje się oczywista, ale niezwykle trudna. Czasami łatwiej czekać na lepszą przyszłość, rozpamiętując bolesne fragmenty przeszłości, zapominając, że chwila obecna jest kompletna, prawie zawsze idealna i niczego jej nie brakuje.

Bezpieczny port

Cztery lata temu (tekst archiwalny - przyp. red.) odbyłem poważną rozmową ze swoim tatą, powiedziałem mu o swoich pretensjach, krzywdach, żalach. Podobną rozmowę przeprowadziłem dwa lata temu z mamą. W psychoterapii nazywa się to konfrontacją. Później zrozumiałem, że nie chodziło mi tylko o to, by coś wyrazić, ale przede wszystkim o to, by ponownie coś dostać. W chwili, gdy moje oczekiwania umarły, poczułem się bezpieczny z samym sobą. Zacząłem widzieć moich rodziców, nie tylko ich słowa i gesty, ale przede wszystkim intencje, zamiary, ich potrzeby, styl życia, ich jako ludzi. Mam tak dużo cierpliwości i akceptacji dla swoich przyjaciół, często bezgraniczną wyrozumiałość. A moi rodzice zawsze mieli być jacyś, wiedziałem za nich, co mają dawać, kiedy i w jakiej ilości. Wszystkiego może być za mało, gdy czeka się na konkretny, wymyślony prezent, nie będąc gotowym na niespodzianki. I nie mam zamiaru udawać, że było idealnie, że miałem piękne, wymarzone dzieciństwo. Było różnie, dobrze jednak mieć poczucie, że nie żałuję, również lat pretensji. Bo może dzięki nim jestem w miejscu, w którym uczę się przyglądać moim rodzicom po prostu jako ludziom, którzy zdarzyli mi się w najbardziej nieporadnym okresie mojego życia. I niezwykle dużo mi dali. Byli cennymi nauczycielami, również wtedy, gdy nie robili nic. I byli idealnie niedoskonali.

Robert Rient (Łukasz Zamilski): polski dziennikarz, reportażysta i pisarz; autor głośnej książki „Świadek”, w której opisuje prznależność do Świadków Jehowy i ucieczkę od zniewolenia.

 

  1. Psychologia

Psychologia ryzyka – dla kogo są sporty ekstremalne?

Paradoksalnie u niektórych sporty ekstremalne zaspokajają nawet potrzebę bezpieczeństwa, w takim rozumieniu, że osoby te pragną zwrócić na siebie uwagę, być docenione. (Fot. iStock)
Paradoksalnie u niektórych sporty ekstremalne zaspokajają nawet potrzebę bezpieczeństwa, w takim rozumieniu, że osoby te pragną zwrócić na siebie uwagę, być docenione. (Fot. iStock)
Skok ze spadochronem to dla jednych świetny pomysł na weekend, dla innych – niepotrzebna brawura. Kto i dlaczego uprawia sporty ekstremalne? Z psycholog sportu Beatą Mieńkowską rozmawia Magdalena Rybak.

Ludzie, którzy uprawiają sporty ekstremalne, mają ekstremalne potrzeby?
W rozumieniu psychologa Stevena Reissa podstawowych potrzeb jest aż 16 i u jednych może chodzić o potrzebę władzy, u innych o potrzebę statusu albo akceptacji... To zależy od indywidualnych cech człowieka. Paradoksalnie u niektórych sporty ekstremalne zaspokajają nawet potrzebę bezpieczeństwa, w takim rozumieniu, że osoby te pragną zwrócić na siebie uwagę, być docenione. W dzieciństwie nie otrzymali dostatecznie dużo uwagi, więc podświadomie wybierają taką drogę.

Upraszczając, powiedziałabym, że ci, którzy uprawiają sporty ekstremalne, mają potrzebę wyróżniania się. Chcą uprawiać sport, jakiego nie uprawiają inni, chcą się czuć kimś wyjątkowym. Jest to zdecydowanie zewnętrzny sposób na zaspokojenie takiej potrzeby, tego rodzaju aktywność stymuluje i nagradza, ale nie satysfakcjonuje na głębszym poziomie. Co więcej, może prowadzić do uzależnienia od adrenaliny – hormonu, który pozwala walczyć bądź uciekać, czyli przetrwać. Problem polega na tym, że adrenalina blokuje wydzielanie serotoniny, tzw. hormonu szczęścia. W związku z tym sport ekstremalny daje co rusz to nowe wyzwania, które przestajemy traktować jako zagrożenia i chcemy ich coraz więcej i więcej. Zaczynamy poszukiwać emocji, które na krótką metę poprawiają komfort życia, ale na dłuższą – powodują dezorganizację.

Zamiast wspinaczki lepiej wybrać bieganie?
Rozróżnijmy dwie rzeczy, możemy mieć takie pomysły na wakacje: pochodzić po górach albo pojechać w Himalaje i zdobyć ośmiotysięcznik. To drugie wyzwanie dla większości z nas będzie ogromnym zagrożeniem i ostatecznie pewnie byśmy się go nie podjęli. Ale są tacy, którzy to zrobią. Jeżeli jest to jednorazowa przygoda, nie ma problemu. Ale jeżeli są to zdarzenia wielokrotne, to każde implikuje kolejne i pojawia się potrzeba „jazdy po bandzie”. Im więcej doznań różnej natury doświadczamy, tym częściej ich pragniemy. Adrenalina zaczyna nas trzymać przy życiu.

Kiedy zaczyna się uzależnienie?
Często jest to zupełnie niezauważalne, nagle zaczynamy funkcjonować bez poczucia równowagi, zarówno w kwestii ciała, jak i ducha. Dlatego do sportów ekstremalnych dobrze jest się świadomie przygotować – zarówno kondycyjnie, jak i psychicznie. Na przykład po każdej ekstremalnej wyprawie konieczne jest uzupełnienie płynów izotonicznych, witamin, minerałów oraz rozciągnięcie ciała poprzez ćwiczenia. Struktury łącznotkankowe, takie jak powięzi, więzadła, ścięgna czy torebki stawowe też muszą wrócić do równowagi. Inaczej dojdzie do kontuzji. Kontuzja to efekt braku równowagi w ciele, a ten zawsze prowadzi do braku równowagi psychofizycznej. Bo wiąże się z bólem i niemożnością kontynuowania ukochanego sportu.

Dyskomfort psychofizyczny przekładamy na informację: „nie jestem w dobrym humorze, czyli muszę podjąć kolejne wyzwanie”. Często pojawia się wtedy nieuświadomiony lęk o to, co będzie dalej. Dzieje się tak dlatego, że adrenalina przestaje być regularnie wydzielana, metabolizm i przemiany biochemiczne są zaburzone i nie wiadomo, co będzie dalej – można utyć, być mniej sprawnym, mniej zadowolonym, nie móc się pokazać od jak najlepszej strony…

Coraz więcej pacjentów trafia do mnie z tego typu przeciążeniami, związanymi z podejmowaniem niebezpieczeństwa. I nie muszą to być aktywności implikujące bezpośrednie zagrożenie życia. Sporty ekstremalne to mogą być też wymagające kondycyjnie biegi, jeżeli podejmują je osoby nieprzygotowane do takiego wysiłku.

Jak się najlepiej przygotować?
Człowiek, który nie uprawiał sportu wyczynowo, nie ma świadomości, do czego może być zdolne jego ciało i jak z nim pracować. Dlatego zachęcam do konsultacji z fizjoterapeutą, który pomoże przygotować ciało do określonego wysiłku. W pierwszej kolejności powinien on ustawić spoczynkową równowagę mięśniową w ciele (czyli podobne napięcie mięśni i struktur łącznotkankowych po lewej i prawej stronie ciała), bo jeśli żyjemy w permanentnym stresie i napięciu, to zazwyczaj jej nie mamy. A jeżeli nie mamy równowagi spoczynkowej, nie będziemy mieć dynamicznej równowagi mięśniowej (czyli odpowiedniego napięcia mięśni i struktur łącznotkankowych po obu stronach ciała w sytuacji wysiłku). Dopiero gdy osiągniemy równowagę, możemy zacząć trening, także pod okiem specjalisty. Czuwa on nad tym, czy pracują właściwe grupy mięśniowe, uczy rozciągać mięśnie i struktury łącznotkankowe.

Trzeba również pamiętać o właściwie dobranej diecie. Musimy mieć odpowiedni poziom magnezu, potasu i sodu w organizmie, a w sytuacji przeciążenia fizycznego wypłukujemy znaczącą ilość tych elektrolitów. W zasadzie każdy, kto poważnie myśli o przygodzie ze sportem, potrzebuje, tak jak wyczynowy sportowiec, sztabu specjalistów, którzy czuwaliby nad jego rozwojem. Trenera, fizjoterapeuty, dietetyka i psychologa sportu, który zajmie się treningiem umysłu. To wszystko służy temu, żeby dobrze sobie radzić z wyzwaniem, którego się podjęliśmy.

Czy ze sportem można także przesadzić? Co byłoby pierwszym sygnałem ostrzegawczym?
Pierwszą taką pomarańczową lampką powinien być ból. Wymaga natychmiastowej uwagi, a jeśli się utrzymuje – konsultacji ze specjalistą. Każdy sygnał z naszego ciała jest wart pochylenia się nad nim. Także emocje. Dlaczego to, że nie mogłam dzisiaj pobiegać, wywołuje we mnie złość? Dlaczego się denerwuję w sytuacji, gdy mam w koło siebie najbliższe osoby i wszystko, co powinno stanowić o moim dobrym samopoczuciu? Jeżeli przyłapuję się na myśli, że MUSZĘ wziąć udział w rajdzie rowerowym – nie „chciałabym”, tylko „muszę”, i nieważne, że moje dziecko ma wtedy egzamin maturalny – to powinna zapalić mi się już czerwona lampka. Gdy pojawia się niepokój, zastanówmy się, skąd się bierze. Może w tym pomóc psycholog sportu. Jeżeli tego nie zrobimy, nie będzie już więcej świateł ostrzegawczych. Dalej jest tylko choroba – załamanie psychiczne albo zmiany organiczne w ciele.

A czy są typy osobowości, które mają skłonność w tym kierunku?
Trudno jest stworzyć konkretny obraz takiej osoby. Temperament jest wrodzony, genetyczny i jest w nim zapisane nasze zapotrzebowanie na stymulację, czyli to, jaka liczba bodźców jest nam potrzebna, żebyśmy czuli satysfakcję z życia. Ale to jest tylko 50 proc. charakteru. Drugie 50 proc. to osobowość, czyli cechy, nad którymi możemy pracować. Wśród nich: neurotyzm, introwertyzm i ekstrawertyzm, sposób reagowania na sukces i porażkę.

Nie znam badań, które wskazywałyby na to, jaki temperament bardziej skłania się ku ekstremalnym aktywnościom, natomiast zbadane jest, że podejmują je ludzie, którzy chcą udowodnić sobie i swoim bliskim, głównie rodzicom, że są warci miłości. Oczywiście dzieje się to na poziomie nieświadomym. W ekstrema idą ludzie zranieni przez los, ci, których granice związane z nakazami i zakazami, z równowagą między krytyką a pochwałą – zostały naruszone. Ci, którzy musieli na wszystko zasługiwać i wciąż nie zasługiwali, którzy byli przymuszani, a nie zachęcani do rozwoju, nauki i obserwacji świata.

Mam wielu pacjentów, którzy są do mnie kierowani przez fizjoterapeutów. Trafiają z poważnymi obciążeniami, ale bez świadomości, że przeciążają swoje ciało, zamiast zająć się psychiką. Udowadniają żyjącym i nieżyjącym, że wszystkiemu podołają. Podejmują wyzwania, które są ponad ich siły. Potencjał z dzieciństwa i praca nad sobą są kluczowe – jeżeli ich zabraknie, to nasze niezaspokojone potrzeby z wczesnych lat będą popychały nas do różnych ekstremalnych działań.

  1. Psychologia

Nie umiem podejmować decyzji i stoję w miejscu

Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji często oznacza lęk przed zatrzymaniem. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. (Fot. iStock)
Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Nieumiejętność podejmowania decyzji ma swoje głębsze przyczyny. Czasem życie prowadzi cię na rozstaje dróg. Musisz podjąć decyzję, którą drogę wybrać. Minuty mijają, a ty ciągle nie wiesz, czy iść dalej dotychczasową ścieżką, czy wejść na nową... Spokojnie, nie panikuj, tylko zanurz się w tym.

Boję się podjąć decyzję o rozstaniu

Maria trafiła do mnie z powodu poważnego dylematu: reanimować swój wieloletni związek czy związać się z mężczyzną, w którym zakochała się rok temu. Czułam jej rozpacz i determinację, związane z faktem, że nie potrafi podjąć decyzji (boi się podjąć decyzję o rozstaniu). Rezygnacja z długoletniego związku, rozbicie rodziny i zaczynanie wszystkiego od początku – nigdy nie jest proste. Nowy mężczyzna kusił, ale nie ułatwiał jej podjęcia decyzji. Maria stała na rozdrożu, coraz bardziej zrozpaczona i zniechęcona. Postanowiłam zaprosić ją na sesję do Jacka Sobola, terapeuty manualnego. Jacek poprosił ją, żeby wstała i wyobraziła sobie na podłodze linię, za którą jest przepaść – symbol niewiadomej po podjęciu decyzji. – Teraz wyobraź sobie, że znajdujesz się w kołowrotku i jak chomik przebierasz nogami, kołowrotek się kręci, ty stoisz w miejscu, przed tobą jest przepaść – powiedział. Maria zaczęła przebierać nogami. – Szybciej, szybciej.

- Co czujesz? – zapytał Jacek.

Maria zaczęła cicho płakać. – Co się dzieje? – spytał Jacek. – Uświadomiłam sobie, że od roku chodzę w miejscu. To droga donikąd. Nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji. To takie trudne. Boję się podjąć decyzję o rozstaniu. Nie wiem, czy jestem w stanie przekroczyć tę linię. Chyba nie jestem jeszcze gotowa – wyrzuciła z siebie Maria i zaczęła coraz bardziej płakać.

W tym szalonym, pędzącym na oślep świecie, wiele z nas tak naprawdę porusza się jak chomik w kołowrotku. Staramy się, działamy, przyspieszamy tempo a... efektów brak. Nadal nie umiemy podejmować decyzji.

Terapeuta Moshé Feldenkrais powiedział, że jeśli robisz wszystko tak samo, jak do tej pory, choć twoje dotychczasowe działanie nie przynosiło efektów, nie dziw się, że i tym razem pudło.

Przypomnij sobie, ile razy w twoim życiu były takie sytuacje, kiedy stare metody już nie działały, a nowe jeszcze się nie pojawiły. Co wtedy robiłaś? Jak się z tym czułaś? Może zachowywałaś się tak jak moja nowa pacjentka, która przyszła do mnie osiem miesięcy po rozstaniu z chłopakiem, z rozpoznaną depresją. „Boję się podjąć decyzję o rozstaniu” - to nie były jej rozterki. Decyzję podjęła całkiem świadomie, ale wciąż żyje tak, jakby „eks” był stale obok. Rano wstaje wcześniej, bo ciągle zapomina, że już nie zjedzą razem śniadania. Je w tych samych restauracjach, w których zwykle razem jadali, choć nie cierpi włoskiej kuchni. – Pomóż mi ruszyć do przodu – poprosiła. – Dobrze, ale najpierw pozwól sobie na zatrzymanie i przeżyj to – odpowiedziałam jej.

Nieumiejętność podejmowania decyzji i lęk przed zatrzymaniem

– Moja poprzednia terapeutka po roku przyznała, że już nie ma na mnie pomysłu – powiedziała Iza na pierwszej sesji. – A ja tylko chcę mieć udany związek, dom, dzieci. Czy to tak wiele?

Iza, jak większość z nas, żyła w przeszłości – bolesnym scenariuszu z dzieciństwa, i w przyszłości, którą już dziś była w stanie przewidzieć: „Nie zasługuję na związek, nie uda mi się”.

Po kolejnej sesji zadałam jej pracę domową. Poprosiłam, żeby napisała bajkę o małej dziewczynce. Na sesji próbowałyśmy to odegrać. Mała dziewczynka Izy zgubiła się w lesie, chciała więc odnaleźć drogę do domu. Zbierała kolorowe kulki, które miały być jej drogowskazami. Ale kiedy miała już obydwie ręce pełne, wiatr wytrącał jej kulki i zostawała z niczym. Siadała wtedy zrezygnowana na ziemi, a kiedy ogarniał ją potworny lęk, zrywała się i zaczynała od nowa zbierać kulki. Po kolejnej próbie poprosiłam, żeby została na moment w tej rezygnacji, z pustymi rękoma. Iza wytrzymała minutę, powiedziała: „Nie dam rady, nie mogę, to przerażające” i wybiegła z gabinetu.

Zatrzymanie, bezruch, nicnierobienie odczuwane jest przez większość pacjentów jako przerażająca pustka („nic nie czuję”), obezwładniający lęk („boję się, że umieram, znikam”), paraliżujące drżenie całego ciała (w ten sposób uwalnia się z ciała napięcie). Zatrzymanie to mała śmierć. Nic dziwnego, że budzi tak wielkie przerażenie. Wydaje ci się, że dopóki działasz, próbujesz, planujesz, zwiększasz tempo – jesteś, żyjesz. A tymczasem naprawdę czuć możesz tylko w bezruchu. Wywołane sytuacją życiową zatrzymanie, pojawienie się pytania „co dalej?”, nieumiejętność podejmowania decyzji, wątpliwości – to cenny czas na przemyślenia: czego naprawdę pragniesz, co jest dla ciebie ważne, kim jesteś? Ale zanim pojawią się odpowiedzi, w bezruchu budzą się twoje demony: dawne urazy, nieprzeżyte traumy, trudne wspomnienia. To tego najbardziej boisz się w zatrzymaniu. Ale jeśli go nie przeżyjesz, nie pojawi się odpowiedź na pytanie „co dalej?”. Nieumiejętność podejmowania decyzji pozostanie.

Żeby naprawdę żyć, musisz przetrawić lęk przed śmiercią; lęk przed zniknięciem, rozpadem, pustką, traumami z przeszłości. Gdy nie umiemy podejmować decyzji, zatrzymanie może nam pomóc. Pustka pojawiająca się w momencie zatrzymania to wbrew pozorom przepełnienie – kosz pełen śmieci, które pora dostrzec, zrobić bilans zysków i strat, a potem zresetować. Być może w stanie bezruchu po raz pierwszy w życiu poczujesz, że ze swoimi problemami jesteś tak naprawdę sama. To może być trudne. Na dodatek w stanie zatrzymania, kiedy zaczynasz czuć, odzywa się twoje ciało. Mogą pojawić się symptomy: ścisk w gardle, problemy z oddychaniem, zaciśnięcie przepony, ból bioder, sztywność nóg, drżenie rąk, zawroty głowy. To może przerażać, ale kiedy minie, wróci spokój i pewność decyzji.

Praca z oddechem

Marina Abramović, pochodząca z Bałkanów performerka, wiosną 2010 roku w Museum of Modern Art w Nowym Jorku zorganizowała trwający ponad 700 godzin performance „The Artist is Present”. Zasady były proste. Marina siedziała w centrum sali w tzw. placu światła. Naprzeciwko niej ustawione było drugie krzesło, na którym siadali kolejno odwiedzający muzeum goście. Każdy mógł zająć krzesło na tak długo, jak chciał, pod warunkiem że nie wykonywał żadnych ruchów, nie odzywał się, mógł jedynie patrzeć artystce prosto w oczy. Ludzie siedzieli naprzeciwko niej od trzech minut do kilku godzin. Wielu płakało, jedni chcieli jej zaimponować, jeszcze inni odczuwali miłość. Marina tylko patrzyła, w milczeniu. – Chciałam zmusić ich do koncentracji, wyrwać na chwilę ze świata. Zwykle żyjemy w przeszłości albo w przyszłości. Przestajemy myśleć tylko wtedy, kiedy kochamy i mamy orgazm. Performance ma dołączyć do tej pary. Ma pokazać, że można być tu i teraz – wyjaśniała.

Zatrzymanie, ten przerażający moment nicnierobienia, trwania w bezruchu, to najbardziej cenny czas, chwila, w której masz szansę naprawdę poczuć, że żyjesz. Zgodnie z naukami mistrza Osho, jedyną stałą rzeczą pomiędzy narodzinami a śmiercią jest oddech. Oddech jest pomostem między tobą a twoim ciałem. Koncentrujesz się zwykle na wdechu albo na wydechu. Starasz się pogłębiać oddech albo oddychać torem brzusznym (przeponą), a tymczasem pierwszy krok to poczucie zatrzymania – przerwa pomiędzy dwoma oddechami. Jeśli zamkniesz oczy i wczujesz się w rytm oddechu, zauważysz, że oddech najpierw wnika do wnętrza ciała, płynie w dół, a potem kieruje się na zewnątrz; płynie w górę. Kiedy uda ci się poczuć tę chwilę, kiedy ciało napełni się oddechem, zanim skieruje się na zewnątrz, a oddech na moment ustanie – w pełni przeżyjesz moment zatrzymania. Kiedy oddech wypływa z twojego ciała, zanim ponownie go nabierzesz, znowu pojawia się ten moment bez oddechu – cisza. Wdech – zatrzymanie – wydech – zatrzymanie – kolejny wdech. Tak wygląda rytm życia. Zatrzymanie jest jego naturalnym stanem.

Ćwiczenie na przeżycie momentu zatrzymania

Jeśli jest ci trudno, przerażają cię symptomy pojawiające się w ciele, rozejrzyj się po pokoju i znajdź coś, co da ci wsparcie. Może to być np. poduszka, którą przytulisz do piersi, ściana, o którą się oprzesz, czy podłoga, na której zwiniesz się w pozycji embrionalnej. Kiedy znajdziesz wsparcie, na moment zastygnij w bezruchu. Poczuj, co dzieje się w ciele. Wytrzymaj ten moment. Następnie połóż się na wznak, dłonie umieść w okolicach podbrzusza (w miejscu, gdzie znajdują się jajniki). Tam jest twoja pierwotna, kobieca moc. Poczuj ją. To ona pozwoli ci przetrwać moment zatrzymania i pokonać nieumiejętność podejmowania decyzji.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.

  1. Psychologia

Bez zobowiązań, czyli syndrom królowej śniegu

Życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi. (Fot. iStock)
Życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi. (Fot. iStock)
Zamyka się w swoim zamku i delektuje spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. Pozornym, bo życie w emocjonalnym zamrożeniu jest groźne. Nie pozwala doświadczać siebie wśród ludzi.

Każdy z nas chce czasem pobyć sam. Potrzeba samotności jest naturalna. Systemy religijne i filozoficzne wszystkich czasów podkreślają konieczność czasowej izolacji. Bowiem tylko w kontakcie ze sobą, można siebie poznać. Jest to nieodzowny element rozwoju osobistego. Bywa jednak, że przebywanie z innymi ludźmi staje się dolegliwością nie do zniesienia, a samotność okazuje się jedynym sposobem na przetrwanie. Mowa wówczas o neurotycznej izolacji.  Jak ten stan rozpoznać, co powinno nas zaalarmować?

Dystans i obojętność

Najbardziej symptomatyczne jest stopniowe odsuwanie się od ludzi i wyobcowanie wobec własnego „ja”. Przejawia się to w obojętności na wszelkie doświadczenia emocjonalne, niepewność co do tego, kim się jest, co się kocha, czego nienawidzi, czego pragnie, czego się obawia, co się darzy niechęcią i w co się wierzy. Według Karen Horney, lekarki psychiatry i psychoanalityczki niemieckiej, takie wyobcowanie występuje w nerwicy. Neurotycy mogą pracować i funkcjonować, ale wewnątrz są martwi. Osoby, które izolują się, obserwują siebie i swoje życie z obojętnością. Mogą być świadome procesów, które dotyczą ich psychiki. Jednak dojrzałe wchodzenie w relacje, w których zazwyczaj się negocjuje, stawia warunki, wypracowuje kompromisy, jest dla nich trudne. Pojawia się potrzeba dystansu emocjonalnego z innymi ludźmi. A co za tym idzie nie angażowanie się ani w miłość, ani w walkę, ani we współzawodnictwo czy współpracę. Gdy świat wkracza w ich życie, reagują lękiem.

Nie przeszkadzać

Osoby o silnej potrzebie izolowania się od świata można porównywać do Królowej Śniegu. Samowystarczalna i zaradna. Potrafi ograniczać własne potrzeby, by nie przywiązywać się do niczego i nikogo. Bo jeśli ktoś lub coś stanie się niezbędne, nie można zachować bezpiecznej rezerwy. Królowa Śniegu może w miarę dobrze funkcjonować wśród ludzi, pod warunkiem że nie wiąże się to z żadnymi zobowiązaniami. Z tych samych powodów unika prestiżu i sukcesu. Założy własną firmę, będzie freelancerką, oby tylko nie wikłać się w międzyludzkie zależności. Jest skłonna ograniczać potrzeby życia codziennego, by nie poświęcać zbyt dużo czasu i energii na zarabianie pieniędzy. Angażuje się w samorozwój, zdobywając wiedzę z tutoriali, oby tylko nie prosić nikogo o pomoc.

Jest jak hotelowy gość, który wywiesza na klamce kartkę „Nie przeszkadzać”.

Neurotyczna potrzeba niezależności bywa kompulsywna. Objawia się przewrażliwieniem na wszystko, co w jakikolwiek sposób wiąże się z przymusem. Królowa Śniegu może nadmiernie reagować na ucisk paska, kołnierzyka czy butów. Może bać się tłumu, mieć klaustrofobię w windach i tunelach. Unikać podpisywania długoterminowych kontraktów czy umów. Małżeństwo jest dla Królowej Śniegu ryzykiem, bo kojarzy się ze zniewoleniem. Może też mieć kłopoty z punktualnością, bo to rodzaj przymuszania się do jakichś reguł. Niechętnie odnosi się do konieczności podporządkowania się powszechnie akceptowanym normom wychowania czy tradycyjnym wartościom. Nawet, gdy nie kontestuje ich otwarcie, tli się w niej ogień buntu.

Krótka odwilż

Królowa Śniegu ma poczucie własnej siły, zaradności, jest świadoma swojej inności. Bywa wyniosła i niedostępna. Do czasu, gdy samotność zaczyna zbyt ciążyć. Wtedy pojawia się lęk, przejawiający się potrzebą bliskości. Królowa Śniegu wówczas „topi się”, robi wszystko, by być kochaną. Jednak gdy tylko poczuje się silniejsza, wraca do stanu emocjonalnej izolacji. Na nowo mrozi wzrokiem i dotykiem. Broni się przed wtrącaniem się w swoje życie, znów ustanawia sztywne granice. I co najważniejsze - odrzuca uczucia innych ludzi. Jest zdolna jedynie do wchodzenia w krótkotrwałe związki emocjonalne, albo takie w których może pojawiać się i znikać.