1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Gdy rodzice się starzeją…

Gdy rodzice się starzeją…

Opieka nad rodzicem czasem nas przerasta. Jesteśmy postawieni w sytuacji odwrotnej niż ta, do której przywykliśmy… (fot. iStock)
Opieka nad rodzicem czasem nas przerasta. Jesteśmy postawieni w sytuacji odwrotnej niż ta, do której przywykliśmy… (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
…role w rodzinie się odwracają. Dzieci czują się zobowiązane do opieki, ale nie wiedzą, jak to mądrze zorganizować, zwłaszcza jeśli mieszkają daleko lub nie mają z nimi dobrych relacji. – To, jak wszyscy odnajdą się w tej nowej sytuacji, zależy od wzorców kulturowych i budowanej przez lata więzi – mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z trenerką Renatą Mazurowską.

Podczas gdy my mamy własne rodziny i karierę, po południu zawozimy dzieci na zajęcia dodatkowe, a wieczorami robimy zlecenia ekstra, żeby spłacić kredyt – nasi rodzice zaczynają podupadać na zdrowiu lub dokucza im samotność. Dochodzi do zamiany ról - stajemy się opiekunami rodziców, równocześnie opiekując się swoimi dziećmi. Na określenie tego zjawiska pojawiła się nawet nazwa „pokolenie sandwich”. Czujemy się ściśnięci pomiędzy dwoma napierającymi na nas kromkami rodzinnej kanapki. Kiedyś rodziny mieszkały razem lub blisko siebie. Współcześnie przyjmuje się, że oddzielne mieszkanie jest oznaką dorosłości, stąd każde nowe pokolenie dąży do tego, by się wyodrębnić, wypierając myśl o tym, że w jakimś momencie życia wzięcie do siebie rodzica może i tak okazać się konieczne.

To częsty czynnik kryzysowy w związkach, bo powstają dwa rodzaje napięć: między naszym partnerem a naszym rodzicem oraz między naszym rodzicem a nami. Po wprowadzeniu się naszych rodziców partner może poczuć, jakby wróciły czasy dzieciństwa, kiedy ciągle był obserwowany przez starszych. Pojawia się pewna kłopotliwość związana z życiem seksualnym, z poczuciem własnej dorosłości, niezależności. Rodzic może mieć tendencję do tego, by oceniać, ingerować – krótko mówiąc, powstają problemy, których nikt wcześniej nie przewidywał. Wszystkie strony mogą się czuć nieco niezręcznie, szczególnie że w naszej kulturze brakuje jasnych wzorców hierarchicznych.

Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy do rodziców nie czujemy ani miłości, ani wdzięczności. Trudno opiekować się kimś, kto nie był dla nas dobrym rodzicem albo wręcz był restrykcyjnym, nieobecnym, przemocowym. Więzi krwi czasem nie wystarczają. Logika nakazywałaby oczekiwać, że miły, sympatyczny i życzliwy rodzic może liczyć na większą chęć opieki ze strony potomków niż odrzucający i krytyczny. Tymczasem niektórzy ludzie całe życie spędzają na próbach udowodnienia odrzucającemu rodzicowi, że zasługują, by być jego dziećmi. Opiekują się nim na starość, poświęcając mu cały czas i energię, a on odpłaca im za to krytyką lub obojętnością, więc dzieci starają się jeszcze mocniej. Z kolei z drugiej strony może być tak, że rodzic, który robił wszystko, co się dało, by jego dzieci były zadowolone, może przeżyć na starość rozczarowanie, bo dzieci przyzwyczajone, że wszystko im się należy, nie przejdą z roli podopiecznego do roli opiekuna, tylko zrobią to, co robiły przez całe życie – poproszą o jeszcze więcej opieki.

Normy społeczne nie pozwalają nam nie zaopiekować się rodzicem, nawet jeśli nie możemy na niego patrzeć. Czy taki wewnętrzny konflikt jest w ogóle możliwy do rozstrzygnięcia? Albo poświęcimy normy, albo siebie... Tak, to silny konflikt wewnętrzny! Z jednej strony panuje ogólnie przyjęte poczucie obowiązku oparte na społecznych normach: „To moja matka, matki się nie zostawia, dzieci mają obowiązki wobec rodzica, niezależnie od tego, jaki on był i jest” – z drugiej strony są indywidualne przeżycia, których norma społeczna nie bierze pod uwagę. I chociaż ze zwyczajowego punktu widzenia wiemy, że „matka jest tylko jedna”, to na własną matkę, z powodu wspomnień, po prostu nie możemy patrzeć.

Odpowiedź na pytanie, czy ten konflikt można rozstrzygnąć, będzie zależała od tego, komu je postawimy. Jako terapeuta analityczny mogę powiedzieć, że rozwiązanie warto próbować znaleźć poprzez własną analizę i nie jest ono uniwersalne dla wszystkich. Ktoś podczas analizy będzie wracał do złych wspomnień, będzie nazywał uczucia, badał, na ile społeczne normy go determinują i dlaczego akurat te, a nie inne, i w pewnym momencie dojrzeje do samodzielnej decyzji. Sprawa jest trudna o tyle, że dochodzi do konfliktu pomiędzy dwoma porządkami,  które się na siebie nie przekładają. To jak problem Antygony: zadziałać jako siostra czy jako córka, jako wyznawczyni własnej religii czy jako obywatelka? Takie konflikty są nazywane tragicznymi, ponieważ tragedią jest brak rozwiązania, które by każdy mógł zaakceptować. Być może niektórzy są w takiej sprawie skazani na to, żeby nigdy nie osiągnąć spokoju. Nie doświadczą stanu, w którym wiedzą, że na pewno postąpili słusznie.

Nie ma prostych, jednoznacznych odpowiedzi, choć jeśli nie miłość, nie więzi, to chociaż przyzwoitość nakazuje zająć się starszymi członkami rodziny. Psychoterapeuci nie mają żadnych moralnych kwalifikacji do odpowiadania na takie pytania, z drugiej strony gdybyśmy chcieli pracować w sposób całkiem oderwany od ocen etycznych, nie moglibyśmy przeprowadzić żadnej rozmowy, bo ocena etyczna jest wszędzie. Zatem czy mam prawo odmówić matce rozmowy telefonicznej trzy razy dziennie, gdy ona bardzo chce trzy razy dziennie rozmawiać? A sześć razy? A dwanaście? Jak to ocenić? To problem etyczny, nie medyczny.

Terapeuta może wspólnie z klientem omawiać jego dylematy w tej sprawie, uczucia, które ona w nim wzbudza i obawy związane z ewentualnym stawianiem granic czy oceną innych osób, ale ostatecznie dochodzą do wniosku, że o takich problemach nie sposób rozmawiać w oderwaniu od etyki. Od kiedy psychologia wzięła ślub ze statystyką i rozwód z filozofią, psycholodzy przestali w ogóle zauważać ten problem, a nawet go rozumieć. Kiedy czujemy się winni z powodu patologicznego poczucia winy, a kiedy czujemy się winni, bo faktycznie jesteśmy winni – to bardzo ciekawa kwestia. Na pewno nie sposób tu dać odpowiedzi, która rozwiąże dylemat moralny każdego czytelnika.

Konflikt wewnętrzny pojawia się, gdy opieka nad rodzicem staje się dla nas przymusowa. (fot. iStock) Konflikt wewnętrzny pojawia się, gdy opieka nad rodzicem staje się dla nas przymusowa. (fot. iStock)

Posiadanie dzieci nie gwarantuje, że na starość nie będziemy sami, ale w wielu domach najmłodsze z nich nadal chowane są na opiekunów, zwłaszcza kobiety są delegowane do opieki nad rodzicami, a nawet teściami. To prawda. Najczęściej taką opiekunką, z założenia przeznaczoną do ofiarności, jest córka. Z kolei syn często to ktoś, kim do końca życia będzie się opiekować matka – przy czym obie strony zgodnie tworzą pozory, że pracują nad czymś dokładnie przeciwnym, czyli nad jego usamodzielnieniem się. Taki mężczyzna często do końca życia mieszka z matką, pobierając część jej emerytury. Tworzą się bardzo bliskie symbiotyczne relacje, a ofiarna siostra dopełnia obrazu: dojeżdża, pomaga i zamartwia się nad swoim biednym bratem i jego przyszłością. Przy okazji rujnując swoje życie prywatne. Większość z nas zna takie historie.

Sytuacji nie ułatwia fakt, że trudno zachować cierpliwość i okazać wyrozumiałość wobec niedomagających rodziców, gdy ciągle się śpieszymy, mamy za dużo obowiązków i musimy utrzymać rodzinę. A jeszcze trzeba zajechać do rodziców, kupić leki, ugotować obiad albo odwiedzać w szpitalu i może nawet pomagać na nowo uczyć się chodzić... Do pewnego stopnia zależy to od przyjętych norm. Żyjemy w kulturze, która z założenia neguje transmisję międzypokoleniową, starsi są uważani za wstecznych. Dlatego nie działamy odruchowo, tak jak Chińczycy, dla których opieka nad rodzicem lub dziadkiem jest oczywistością absolutną i inna opcja w ogóle nie istnieje. Ale nie działamy też tak jak ponoć Czesi, o których Mariusz Szczygieł pisze, że zdarza im się nie odebrać po kremacji prochów bliskich, dopóki nie dostaną kolejnego ponaglenia. Jako społeczeństwo plasujemy się chyba gdzieś pośrodku. Zdarzają się rzeczywiście przypadki, że jedno z dzieci jest „przeznaczone” do pozostania przy rodzicach i opiekowania się nimi. To rzadko bywa wypowiedziane wprost, ale po przyjrzeniu się decyzjom rodzinnym dotyczącym na przykład podziałów lokali, spadków, kształcenia dzieci czy związków można się czasem domyślić istnienia niepisanego układu. W rodzinach najczęściej załatwia się różne rzeczy właśnie przez tę nieoficjalną „oczywistą oczywistość”, pewne rzeczy „jakoś się wie”. Na tym polega siła rodzinnych systemów.

Ale są też rodziny, gdzie pojawiają się inne postawy. Rodzice mówią: „Nie róbcie sobie kłopotu”, „Jakoś dajemy radę”. Co na ogół kłopotem się jednak kończy, bo niemówienie o dolegliwościach lub oszczędzanie na lekach może doprowadzić do powikłań. Słowa „Nie róbcie sobie kłopotu” są bardzo interesujące. Mogą mieć całe spektrum różnych znaczeń. Mogą znaczyć to, co na pierwszy rzut oka wydaje się, że znaczą, a mogą też komunikować „Nie udawaj, że ci na starej matce zależy, bo dobrze wiem, że wcale nie” i służyć wywołaniu wyrzutów sumienia. Od jednej skrajności do drugiej, poprzez całą gamę możliwości.

Ja się jednak trochę uprę, że gdy jest bliskość w rodzinie, te role zwykle wydają się naturalne: dzieci interesują się rodzicami, a rodzice nie wstydzą się prosić o pomoc. Podzielę się prywatnym doświadczeniem z okresu, gdy moja ukochana babcia cierpiała na chorobę Alzheimera. Nie poznawała już nikogo, trzeba było pomagać jej przy jedzeniu, myciu, kładzeniu się do łóżka. Gdy siedziałyśmy któregoś dnia przy stole i babcia opowiadała wciąż tę samą historię – dosłownie jakby była nagrana i odtwarzana – i zaśmiewała się przy tym, to czułam, że przez chwilę jest szczęśliwa, i w ogóle mnie nie irytowała ta powtarzanka. Jednak wiem i rozumiem, że opiekunowi trudno uchronić się od frustracji, zmęczenia,  niewyspania, stresu, także finansowego. Jak w tym wszystkim zadbać też o siebie, żeby – mówiąc potocznie – nie zwariować? W przypadku opieki nad nieuleczalnie chorymi rodzicami czasem mówimy o wielu latach, a nawet całym życiu spędzonym na poświęcaniu siebie komuś innemu. To rodzi mnóstwo trudnych uczuć: rozgoryczenie, osamotnienie, złość, a nawet nienawiść. Dorastające dziecko kiedyś zwróci nam zainwestowaną energię, a osoba nieuleczalnie czy przewlekle chora – nie. Może okazywać wdzięczność, dawać jakieś poczucie więzi, ale już nie stanie się zdrowa, nie będzie w stanie zająć się ani sobą, ani tym bardziej nami. To bardzo trudne. W takich okolicznościach często wpada się w specyficzną pułapkę – im bardziej czuje się te trudne, raczej zakazane do ujawniania uczucia, tym silniej się angażuje w opiekę bez reszty, czasem nawet z jakąś zawziętością, niemal na granicy znęcania się nad sobą. Do tego stopnia, że postrzega się wszelkie pragnienia innego życia jako zagrożenie. „Jeśli mam takie potrzeby, to czy nie znaczy to, że narzekam na swój los?”.

Czasem też opiekun, obciążony zadaniem, które jest zasadniczo bezgraniczne, zaczyna mieć podobnie bezgraniczne oczekiwania wobec otoczenia. To szeroki temat. W Polsce tym trudniejszy, że nie mamy, jak dotąd, prawidłowej pomocy państwa dla osób dożywotnio opiekujących się niepełnosprawną osobą. Taki opiekun nie zawsze może na przykład podjąć pracę, a to, co mu państwo oferuje, jest dalece niewystarczające. Jednak to problem na całkiem inny, obszerny materiał.

Myślę, że nieumiejętność czy unikanie opiekowania się rodzicem jest też dlatego trudne, bo mierzymy się z własną śmiertelnością. Gdy rodzic choruje, a potem umiera, definitywnie przestajemy być dzieckiem. Nikt nas nie pocieszy, nie zadzwoni z życzeniami na urodziny, nie dopyta, czy założyliśmy czapkę. To nas niepokoi. Ale może jednocześnie taka świadomość bywa pomocna, by tego rodzica uznać i przyjąć jakim jest? Większości relacji między rodzicami i dorosłymi dziećmi jest ambiwalentna: jakaś część nas odczuwa przywiązanie i tęsknotę za dzieciństwem, a inna chce się oderwać, jest krytyczna, negująca. Zwykle rodzic też odczuwa wewnętrzną sprzeczność: to jego dziecko, czuje się odpowiedzialny za jego los, za jego rozwój, ale nie wszystkie wybory życiowe swojego dziecka akceptuje. Zadaje sobie pytanie: „Jak to możliwe, że wychowałem taką osobę? Kogoś, kto robi rzeczy, jakich sam bym nigdy zrobić nie chciał i które mnie się nie podobają? Co to mówi o mnie? ”. Ta ambiwalencja często ujawnia się w ten sposób, że coś innego czujemy w odniesieniu do rodzica lub dziecka w ich obecności, a coś innego, gdy ich nie ma w pobliżu. Gdy ich nie ma, kochamy i tęsknimy, a gdy są, to czekamy, kiedy będzie można już wrócić do siebie.

Obowiązek wobec rodziców w zgodzie ze sobą

Żyjemy coraz dłużej, a to oznacza, że opieka nad starzejącymi się rodzicami także będzie dłuższa. Jeśli nie masz czasu albo możliwości, by zatroszczyć się o rodziców osobiście, skorzystaj z pomocy:
  • podziel obowiązki opieki na wszystkich członków rodziny; poszukaj organizacji społecznych, które oferują odwiedziny wolontariuszy u osób starszych i samotnych;
  • jeśli rodzice są sprawni, zapisz ich na zajęcia, gdzie znajdą towarzystwo dla siebie – na uniwersytet trzeciego wieku, do grupy wsparcia czy grupy terapeutycznej, do klubu filmowego albo na zajęcia sportowe dla seniorów;
  • dzwoń często, rozmawiaj, odwiedzaj – naucz rodziców podstawowej obsługi komputera czy tabletu, zainstaluj programy, które pozwalają rozmawiać i wzajemnie widzieć się na ekranie;
  • buduj więź międzypokoleniową w rodzinie, włączaj dzieci do pomocy dziadkom i starszym krewnym, zachęcaj do odwiedzin;
  • sprawdź, na jaką pomoc instytucjonalną możesz liczyć;
  • pamiętaj o swoich potrzebach, o odpoczynku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Co wpływa na nasze starzenie? Jakie czynniki przyspieszają ten proces?

Medycyna anti-ageing ma za zadanie spowolnić starzenie organizmu we wszystkich aspektach, takich jak wygląd, poczucie siły, zdrowia, zadowolenia z życia. (fot. iStock)
Medycyna anti-ageing ma za zadanie spowolnić starzenie organizmu we wszystkich aspektach, takich jak wygląd, poczucie siły, zdrowia, zadowolenia z życia. (fot. iStock)
W obecnych czasach medycyna przedłuża życie, ale nasze oczekiwania rosną i chcemy w miarę upływu lat zachować młodość. Ku takim potrzebom wychodzi naprzeciw medycyna estetyczna, czy chirurgia plastyczna. Ale czy zastanawialiście się, jak zatrzymać czas i zdrowie wewnątrz naszego ciała? Tu z pomocą przychodzi anti-ageing, czyli medycyna przeciwstarzeniowa.

Starzenie – na czym polega?

W skrócie mówiąc - na stresie oksydacyjnym. Co to takiego? Nasze komórki oddychając tlenem, pobierając pokarm i wodę wytwarzają tzw. wolne rodniki tlenowe, które są ubocznymi produktami metabolizmu. Te wolne rodniki tlenowe nas uszkadzają. Zauważmy, że abyśmy dobrze czuli się w swoim ciele, bardzo ważnym aspektem są zdrowe komórki naszego ciała, a im więcej rodników tlenowych, tym gorzej dla naszego materiału genetycznego i dla naszych komórek. Wolne rodniki tlenowe powodują m.in. uszkodzenie naszego DNA (w tym telomerów - fragmentów chromosomów, zlokalizowanych na ich końcach, które zabezpieczają je przed uszkodzeniem podczas kopiowania.)

Warto zaznaczyć, że jednym z czynników, które wpływają na przyspieszone starzenie jest otyłość. Polska jest obecnie jednym z krajów europejskich, gdzie występuje największa otyłość wśród dzieci.

Dodam też, że nasze organizmy mają różne zdolności do usuwania rodników tlenowych.

Przyczyna wolnych rodników

Tworzenie wolnych rodników powodują: stres, pośpiech, chroniczne napięcie nerwowe, palenie papierosów, spaliny samochodowe, brak aktywności fizycznej, szybkie jedzenie, wysoko przetworzone produkty żywnościowe itd., czyli obecny styl życia. Dodam, że mięso czerwone też jest niekorzystne dla naszego zdrowia i nasila nie tylko produkcję wolnych rodników, ale także stan zapalny w organizmie. Doskonale widać to u pacjentek chorujących na endometriozę, które po spożyciu wołowiny mogą mieć nasilenie dolegliwości bólowych i rozwój ognisk zapalnych endometriozy (endometrioza to choroba polegająca na występowaniu błony śluzowej macicy poza nią, co powoduje różne dolegliwości, w tym bólowe). Zatem zweryfikujmy naszą dietę pod tym kątem.

Genetyka i antyoksydanty

Na pewno dużą rolę w wytwarzaniu wolnych rodników tlenowych odgrywa czynnik genetyczny. Myślę, że znacie osoby i ich rodziny, które długo wyglądają młodo, są sprawne i wolno się starzeją. Jednak geny genami, ale procesy usuwania wolnych rodników tlenowych można wspomóc! Z pomocą przychodzą nam antyoksydanty.

Antyoksydanty to produkty występujące w żywności, które niwelują stres oksydacyjny i powstawanie wolnych rodników tlenowych. Należą do nich: aronia, jagody, fasole, żurawina, buraki, porzeczki, maliny, truskawki, kakao, orzechy, ziarna, wino czerwone niefiltrowane. Dodatkowo w naszej diecie warto sięgnąć po zioła. Te o największej mocy określane mogą być akronimem TOR (który wymyśliłam, aby pacjenci łatwiej zapamiętali), czyli T-tymianek, O-oregano, R-rozmaryn. Doskonałym źródłem tych zbawiennych substancji jest również kurkuma, a także cynamon i goździki – przyprawy, które można dodać do kompotu, czy słodkiej potrawy. Zachęcam do używania przypraw oraz spożywania owoców, szczególnie tych ciemnych z drobnymi pestkami.

Co ponadto wpływa na lepsze usuwanie wolnych rodników tlenowych? - Zwykle są to rzeczy, na które nie mamy ani ochoty, ani czasu, jak aktywność fizyczna, czy post przerywany (robienie dłuższych przerw w niespożywaniu pokarmów).

Na koniec jeszcze odniosę się do wina. Mimo, że jest ono źródłem antyoksydantów, jest to także alkohol i należy kontrolować jego spożycie, aby się nie uzależnić.

dr n. med. Luiza Napiórkowska specjalizuje się m.in. w medycynie anti-ageing (fot. archiwum prywatne) dr n. med. Luiza Napiórkowska specjalizuje się m.in. w medycynie anti-ageing (fot. archiwum prywatne)

Dr n. med. Luiza Napiórkowska: specjalista endokrynologii i diabetologii, lekarz chorób wewnętrznych. Ma 20-letnie doświadczenie kliniczne, zdobywane m.in. w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Brazylii oraz w Polsce – w Klinice Endokrynologii i Diabetologii CSK MSWiA w Warszawie. Od 2019r. jest autorką bloga medycznego „Okiem Doktor Luizy”, poprzez który realizuje swój cel szerzenia profilaktyki zdrowotnej. Regularnie publikuje także w mediach społecznościowych, gdzie towarzyszy jej aktywna społeczność (prawie 70 tys. osób).

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Moda i uroda

Moda 50+. Jak wyglądać stylowo po 50 roku życia?

Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline;
Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline; Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dziś ikoną stylu możesz zostać w wieku 50 lat, a gwiazdą Instagrama – 60, pierwszą głośną książkę napisać w wieku 70 lat, a tatuaż zrobić sobie po osiemdziesiątce. Rozumieją to moda i popkultura, które przestają pokazywać i sprzedawać nam jedynie wycinek społeczeństwa.

Piękna, spełniona kobieta o siwych, delikatnie opadających na ramiona włosach w dużych okularach muchach i czarnym półgolfie. Joan Didion w kampanii z 2015 roku domu mody Céline nie jest jedynym przykładem tego, że od kilku lat moda wysoka nie opiera się już wyłącznie na nastolatkach. Zdjęcia 80-letniej wówczas ikony amerykańskiej i światowej literatury, autorki takich książek jak „Rok magicznego myślenia” czy „The White Album” momentalnie opanowały magazyny drukowane i Internet. Rok później polska marka Bohoboco zaprosiła do kampanii równolatkę Didion, aktorkę i modelkę Helenę Norowicz.

Po paru miesiącach gwiazdą kampanii bielizny Calvina Kleina i wybiegu Bottegi Venety została 73-letnia Lauren Hutton, a reklamy hiszpańskiej firmy Mango – 63-letnia profesor Uniwersytetu Nowego Jorku Lyn Slater, której profil na Instagramie @iconaccidental śledzi obecnie 750 tysięcy obserwujących.

I ten trend się utrzymuje! Kampanie, okładki i sesje zdjęciowe światowych magazynów otworzyły się szeroko na starsze modelki, aktorki czy wokalistki. Joni Mitchell wystąpiła w kampanii Saint Laurent, Iris Apfel – u Kate Spade (obydwie reklamy z 2015 roku), a Stevie Nicks, muza Alessandra Michelego z Gucci, podczas pokazu jego kolekcji cruise 2020. Z kolei w Polsce bohaterką najnowszej kampanii Big Star została 60-letnia Katarzyna Przewłocka, która potwierdza, że kojarzony z modą młodzieżową dżinsowy total look wygląda świetnie na osobach w każdym wieku. A w kampanii najnowszej kolekcji Eppram, marki założonej przez Julię Kuczyńską (Maffashion) i Lanę Nguyen, jedną z modelek została 61-letnia Lidia Popiel. I nie są to odosobnione przypadki.

Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe) Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe)

Hit za hitem

Także branża filmowa, do niedawna tak uparta w stawianiu na nowe i młodociane twarze, zaczyna rozumieć, że wiek jest jedynie liczbą. „25 lat? To już nie jest młodość w tym biznesie” – usłyszała podczas przesłuchania w późnych latach 50. w Hollywood Joan Collins. Dzisiaj coraz częściej czytamy, że pięćdziesiątka, sześćdziesiątka, a także osiemdziesiątka jest nową dwudziestką. „Dużo więcej uwagi poświęca się głębszym, poważniejszym tematom i starszym bohaterom” – mówi Lily Tomlin, gwiazda hitu Netflixa „Grace & Frankie”, w którym gra u boku Jane Fondy. Aktorka nie spodziewała się, że serial odniesie taki sukces. Obecnie (z przerwami spowodowanymi światową pandemią) nagrywany jest jego siódmy sezon.

Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu 'Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix) Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu "Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Dzięki takim platformom, jak Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, produkuje się coraz więcej wieloodcinkowych programów o różnorodnych tematach, z czego korzystają aktorzy w każdym wieku. Choćby 71-letnia Jessica Lange, która wciąż jest na szczycie kariery. Od 2010 roku dostała trzy nagrody Emmy i wciąż otrzymuje role w najbardziej wyczekiwanych serialach, jak „American Horror Story”, „Konflikt: Bette i Joan” czy „Wybory Paytona Hobarta”. Podobne sukcesy odnoszą: Helen Mirren, Jane Fonda, Susan Sarandon, Jennifer Aniston czy Julianne Moore. Na rozdaniu nagród Emmy w 2017 roku aż 14 z 19 aktorek nominowanych za główne role miało powyżej 40 lat (więcej niż połowa z nich ponad 50), w tym gronie znalazły się Reese Witherspoon i Nicole Kidman za „Wielkie kłamstewka” – jeden z największych serialowych hitów ostatnich lat.

71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe) 71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe)

Prawda i naturalność

Można powiedzieć, że popkultura dorosła do tego, by poświęcać uwagę dojrzałym kobietom. Zrozumiała, że pokazywanie jedynie wycinka społeczeństwa wcale nie jest dobrą strategią. Zmarszczki na wielkim ekranie czy okładkach magazynów stały się nie tylko akceptowalne, ale i pożądane. Przeszkadzają nam za to sztucznie wygładzone twarze. Chcemy prawdy i naturalności. „Następnym krokiem byłoby w ogóle o tym nie mówić. Nie sądzę, żeby mężczyźni o tym rozmawiali. Starzenie się jest po prostu normalne! […] To żałosne, kiedy słyszę, że jakiś 55-letni aktor nie zagra u boku 42-letniej kobiety, ponieważ jest dla niego za stara. Ludzie już tego nie kupują” – mówi amerykańska aktorka Patricia Arquette, nawiązując do tego, że przez lata siwiejący mężczyźni z bruzdami na skórze uznawani byli za seksownych, a kobiety w podobnym wieku nie miały szans na dobre role.

Podobnie zmienia się podejście do różnicy wieku. Mężczyzna z o połowę młodszą partnerką? Żaden problem! Wystarczyłoby odwrócić sytuację, by brwi odbiorców uniosły się znacząco do góry, sugerując oburzenie i zdziwienie. Dzisiaj kibicujemy Heidi Klum (47), która w zeszłym roku wzięła ślub z Tomem Kaulitzem (31), Madonnie (62), która spotyka się z 20-letnimi mężczyznami, czy ikonie francuskiego stylu Brigitte Macron (67), żonie o 25 lat młodszego prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

Wreszcie żyjemy w świecie, w którym przyjmowana do królewskiej rodziny księżniczka nie musi być nastoletnim niewiniątkiem, ale doświadczoną życiowo 37-latką (Meghan Markle), 72-latka może spełnić marzenia o zostaniu pisarką (Katherine Ashenburg, autorka książki „Sofie & Cecilia”), a bycie ikoną stylu nie wymaga odpowiedniej metryki.

Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe) Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe)

Styl nie zna wieku

„Mam 53 lata i po prostu chcę wyglądać zdrowo, stylowo i nowocześnie, a nie młodziej. I chcę mieć znaczenie, nawet z moimi zmarszczkami. Jesteśmy ważnymi wzorami do naśladowania dla młodych dziewczyn. […] Wreszcie niektóre marki zaczynają ze mną rozmawiać, ale zajęło im dużo czasu, zanim zrozumiały naszą siłę” – mówiła w 2017 roku redaktorka mody Alyson Walsh, autorka bloga That’s Not My Age (ang. to nie mój wiek).

W samej Wielkiej Brytanii osoby powyżej 65. roku życia wydają na ubrania 6,7 miliarda funtów rocznie. To zadziwiające, że do niedawna w ogóle nie były przez marki odzieżowe brane pod uwagę pod kątem reprezentacji w reklamach i przekazie wizualnym. Dopiero pięć lat temu Rebecca Valentine założyła agencję Grey Model Agency dla starszych modeli i modelek, reprezentującą obecnie setki nazwisk, coraz częściej wykorzystywanych w prestiżowych kampaniach międzynarodowych brandów. I dotyczy to wszystkich kolekcji.

Wspomniana Helena Norowicz wystąpiła ostatnio w kampanii sukni ślubnych polskiej marki Laurelle, a 89-letnia modelka Carmen Dell’Orefice, która pozuje od 15. roku życia, nie zamierza przejść na emeryturę. Chodzi po wybiegach, pozuje na okładkach. Jej najnowsza to ta z października 2020 roku dla meksykańskiego „Harper’s Bazaar”. Podobnie jej koleżanka po fachu, 55-letnia Yasmin Le Bon, która jedynie w 2020 roku wystąpiła w kampanii reklamowej Alberty Ferretti i Fendi oraz chodziła po wybiegach Tommy’ego Hilfigera, Jeana-Paula Gaultiera, Fendi czy Preen by Thornton Bregazzi.

Syndrom (nie)widzialnej kobiety

Moda bez wieku stała się już ruchem, który podkreśla, że data urodzenia nie wiąże się z nakazem noszenia pewnych ubrań i koniecznością rezygnacji z innych. Poza tym dzięki rozwijającej się medycynie, świadomości odpowiedniego odżywiania i powszechnej kulturze sportu jesteśmy coraz zdrowsi i dłużej żyjemy. Mamy też dużo więcej możliwości. Pod hashtagami #50fitandfabulous i #fitfab50 kryje się na Instagramie łącznie ponad sześć milionów publikacji, co świadczy o tym, że na przekór syndromowi niewidzialnej kobiety – zgodnie z którym kobiety po 40. roku życia zaczynają się wycofywać z życia publicznego – chcemy być widziane; i jesteśmy, bez względu na wiek. Potwierdza to też największa gwiazda stylu ulicznego ostatnich sezonów – Celine Dion. Piosenkarka, tuż przed pięćdziesiątką, coraz odważniej zaczęła eksperymentować ze swoim sposobem ubierania się, a jej każdą stylizację publikowano na stronach i w mediach społecznościowych najbardziej prestiżowych magazynów mody pod stworzonym przez „Vogue’a” hashtagiem #celinetakes­couture. Dion została prawdziwą it girl. Raper Drake już zapowiedział, że zamierza zrobić sobie tatuaż z jej wizerunkiem. A skoro jesteśmy przy tatuażach, aktorka Judi Dench zrobiła sobie pierwszy w wieku 81 lat. Na jej nadgarstku widnieje teraz napis: carpe diem.

Podczas gdy dla poprzednich pokoleń menopauza równoznaczna była z zamknięciem w domowym zaciszu z parą wygodnych kapci pod ręką, dzisiaj kobiety w każdym wieku, podobnie jak Dench, chwytają dzień.

73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE) 73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE)

Nie anti, ale slow lub smart

To nie koniec rewolucji. Amerykański magazyn „Allure” już dwa lata temu ogłosił, że nie będzie na swoich łamach używał określenia „anti-aging”, które znamy z reklam kremów przeciwzmarszczkowych, a które w swoim rdzeniu obok słowa „starzenie” zawiera człon „anty-”, sugerujący, że upływ czasu jest czymś negatywnym. Jak mówi redaktor naczelna magazynu Michelle Lee, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, termin ten wzmacnia przesłanie, że starzenie się jest stanem, z którym trzeba walczyć. Począwszy od lat 80. XX wieku, miał przekonywać do zakupu nowych kremów starsze klientki, niektórzy twierdzą jednak, że przybrało to formę zastraszenia. Nie będziesz atrakcyjna, póki nie będziesz stosować produktów anti-aging, które mają służyć wymazaniu wieku. Kolejnym absurdem było reklamowanie ich przez 20-letnie modelki; znów jakby nie wypadało pokazywać na ekranach kobiet, do których produkt jest autentycznie skierowany.

Taki absurd nie może mieć już miejsca w dzisiejszym świecie, w którym kobiety w każdym wieku podbijają wybiegi, kino i popkulturę, a sektor produktów dla dojrzałych kobiet nadal się rozwija. Wycenia się, że do 2021 roku wart będzie blisko 270 miliardów dolarów. Nie chcemy już walczyć ze starzeniem, a jedynie mądrze je spowalniać (stąd coraz popularniejsze określniki „slow” i „smart”).

Jeszcze parę lat temu jakiś hollywoodzki producent mógł powiedzieć, że kariera w tej branży kończy się po 25. roku życia i większość widzów, a nawet aktorek, przyznałaby mu rację. Współczesne kobiety i ikony stylu udowadniają, że dziś życie zaczyna się niekiedy dopiero po pięćdziesiątce.

  1. Styl Życia

Osobno, ale razem. Cohousing - dom wielopokoleniowy w praktyce

(Fot. Owsch)
(Fot. Owsch)
Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Heidi mieszka pod 15. Ma krótkie siwe włosy, miłą aparycję pani po siedemdziesiątce, ale w jej oczach czai się łobuzerski błysk. – Dom spokojnej starości – to brzmiało w moich uszach naprawdę okropnie. Wiedziałam jednak, że będąc sama, nie poradzę sobie tak dobrze, jak bym chciała, a nie mam zamiaru być obciążeniem dla moich dzieci. Postanowiłam więc, że poszukam innego rozwiązania, innego sposobu – opowiada. Jest jedną z 25 kobiet, które mieszkają w Older Woman’s Co-Housing (OWCH). To minikompleks mieszkaniowy usytuowany w High Barnet w Londynie, zaprojektowany, zarządzany i zamieszkiwany przez grupę starszych pań. Średnia wieku: 73 lata. Każda z nich ma swoje niezależne i w pełni funkcjonalne, choć niewielkie mieszkanie (część posiada je na własność, inne są wynajmowane). Do dyspozycji mają także przestrzenie wspólne – dodatkową dużą kuchnię, salę spotkań, pokoje gościnne dla odwiedzających, duży ogród. Raz w tygodniu panie przygotowują wspólnie kolację dla bliskich i przyjaciół, na co dzień razem malują, zajmują się ogrodem, ćwiczą jogę. Dbają o siebie, pomagają w zakupach, a gdy któraś zachoruje, przynoszą zupę i zabawiają rozmową.

– Kiedy się starzejesz, na ogół przestajesz czuć się bezpiecznie, ale tutaj jest inaczej – tłumaczy Heidi i przyznaje, że podoba jej się życie we wspólnocie z kobietami, które myślą podobnie jak ona. – Czuję się niezależna. Mogę spędzić dzień, nie robiąc nic ponadto, że powiem „cześć” sąsiadce. Innego dnia zrobię lunch dla kilku osób. I każda z tych opcji jest OK. Znalazłam sposób, by czuć się samodzielną i silną tak długo, jak to możliwe – tłumaczy.

Coś od siebie

OWCH to znakomity przykład cohousingu (czyli współmieszkania) – mieszkaniowego konceptu, który może być rozwiązaniem wielu problemów starzejącego się i coraz bardziej zatomizowanego społeczeństwa. To inicjatywa oddolna. Zaczyna się od zawiązania pewnej wspólnoty – może to być grupa przyjaciół, grono osób o podobnych zainteresowaniach, filozofii życiowej, stylu życia albo na przykład w podobnym wieku. Grupa ta razem buduje dla siebie miejsce do życia (może to być blok, kompleks mieszkań czy osiedle domków) dostosowane do ich potrzeb. W przeciwieństwie do komuny tutaj każdy z mieszkańców ma swoją własną, niezależną przestrzeń mieszkaniową, ale równocześnie powstają też obszary wspólne – ogród, świetlica czy otwarta kuchnia, z których mogą i powinni korzystać wszyscy. – W cohousingu mieszkać może każdy, ale nie każdy będzie chciał – śmieje się Agnieszka Labus, naukowczyni i architektka, która zawodowo zajmuje się alternatywnymi i innowacyjnymi sposobami zamieszkania dla starzejącego się społeczeństwa. – To koncept, który wymaga wejścia w interakcję, dawania czegoś od siebie, zaangażowania. To właśnie dzielenie się z innymi mieszkańcami wiedzą, umiejętnościami czy pracą wnosi nową jakość – tłumaczy. Idea nie jest nowa. Za pierwszy cohousing uważa się powstałe w Danii na przełomie lat 60. i 70. Sættedammen. Wspólnotowe osiedle kilkudziesięciu domków, których mieszkańcy dzielą wspólną przestrzeń i kolektywnie animują życie społeczności. Cohousingi powstają na całym świecie. Idea ta szczególnie popularna jest w krajach skandynawskich i Holandii, gdzie funkcjonuje ponad 300 tego typu społeczności, ale z równym powodzeniem powstają one na przykład w Stanach Zjednoczonych. Większość tego typu miejsc jest wielogeneracyjna – w jednej przestrzeni mieszkają osoby starsze, rodziny z dziećmi czy single. Są jednak i takie, jak chociażby OWCH, które zamieszkiwane są wyłącznie przez seniorów. – Cohousing może przybierać różne kształty. Dla mnie jako architektki bardzo ważny jest w tym zjawisku proces partycypacyjny. Przyszli mieszkańcy aktywnie uczestniczą w całym procesie planowania i projektowania swojej przestrzeni – są zaangażowani w wybór i kupowanie działki, pracę z architektem (który bardzo często jest jednym z członków społeczności) czy doglądanie postępów w budowie, a także dobieranie wyposażenia wnętrz. To proces, który łączy, pozwala się lepiej poznać, wyjaśnić ewentualne niejasności i stworzyć fundamenty zgodnej egzystencji – tłumaczy. Podczas stażu na Uniwersytecie w Westminster Agnieszka Labus towarzyszyła między innymi grupie OWCH na etapie ostatnich ustaleń przed przystąpieniem do realizowania inwestycji. – Panie uzgadniały każdą, nawet najmniejszą decyzję, taką jak chociażby to, czy zmywarka powinna być w każdym mieszkaniu, czy może lepiej będzie zdecydować się na jedną w przestrzeni wspólnej – śmieje się Labus.

Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH) Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH)

Sąsiad najlepszy z możliwych

Droga, która prowadziła Heidi i resztę lokatorek OWCH do momentu podjęcia decyzji w kwestii zmywarki, była wyboista. I bardzo długa. Historia zaczęła się w 1998 roku, kiedy to dwie wówczas sześćdziesięcioparolatki, Madeleine Levius i Shirley Meredeen, usłyszały po raz pierwszy o idei cohousingu podczas warsztatów prowadzonych przez Marię Brenton z University of Wales. Po wykładzie poszły do pubu i postanowiły, że wybudują dla siebie dom. Na pierwsze spotkanie w domu Meredeen przyszło osiem kobiet. Nie miały żadnego przygotowania, doświadczenia, kontaktów. Ale były zawzięte i przekonane, że cohousing to rewelacyjne rozwiązanie. Miejsce dające tyle wsparcia i tyle swobody, ile im potrzeba. Liczyły, że uda im się zrealizować ten projekt w ciągu pięciu lat. Od pomysłu do realizacji minęło jednak niemal 20. Przez ten czas projekt przechodził wzloty i upadki, pojawiały się różne propozycje lokalizacji, trwała walka o dofinansowanie i włączenie miasta w realizację projektu, kolejne potencjalne mieszkanki dołączały do grupy i z niej odchodziły. Levius umarła w 2005 roku. Z pierwotnej ekipy założycielskiej tylko Meredeen doczekała dnia, kiedy 26 kobiet w wieku od 50 do 87 lat wprowadziło się do nowiutkich mieszkań w londyńskim Barnet. – Grupa kobiet, które się znają, dzielą wspólne wartości, robią wspólnie różne rzeczy i dbają o siebie nawzajem. Czy można wymarzyć sobie lepszych sąsiadów? – zastanawia się Maria Brenton. Ta sama, której wykład ponad 20 lat temu zainspirował Madeleine i Shirley do działania. Od tamtego czasu towarzyszyła ekipie OWCH we wszystkich posunięciach. Chociaż sama nigdy nie stała się częścią wspólnoty, jest wielką orędowniczką idei senioralnego cohousingu. – To sposób na uczynienie życia starszych osób zdrowszym, szczęśliwszym, bardziej aktywnym i, co ważne, niewymagającym zewnętrznej bądź instytucjonalnej opieki. To inicjatywa, która wzmacnia kobiety, dając im poczucie sprawczości, oddaje im decyzyjność we wszystkich sprawach dotyczących wspólnej przestrzeni i wspólnego życia – tłumaczyła w jednym z wywiadów. Dla wielu kobiet przeprowadzka do High Barnet była jak początek nowego rozdziału w życiu. – Może to i późny początek, ale to jeden z najlepszych momentów mojego życia. W czasach rosnącej społecznej izolacji, samotności to wspaniałe być częścią takiej grupy – śmieje się 74-letnia Janet Wood, członkini OWCH. To projekt rewolucyjny na skalę światową głównie dlatego, że wymyślony został jako miejsce przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Są wśród nich: lekarka, pielęgniarka, nauczycielka, projektantka, aktorka. Część z nich jest rozwiedziona, niektóre są wdowami, inne od zawsze były singielkami. Decyzja o tym, że mężczyźni nie mogą zostać członkami wspólnoty, była kolektywna. – To nie jest tak, że nienawidzimy mężczyzn. Chodzi o to, że to kobiety zazwyczaj pozostają osamotnione na starość i to one potrzebują wzajemnego wparcia – tłumaczy Shirley Meredeen.

Niezależność zaprojektowana

Dane i statystyki z ostatnich lat nie pozostawiają złudzeń. W Wielkiej Brytanii połowa osób po 75. roku życia mieszka sama. Powstało tu nawet ministerstwo ds. samotności. Dla większości z nich telewizja jest jedynym kontaktem ze światem. W Szwecji, w samym Sztokholmie, samotnie mieszka aż 58 proc. populacji. W Polsce wcale nie jest lepiej. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co czwarte gospodarstwo domowe jest prowadzone przez jedną osobę. Według szacunków do roku 2035 odsetek takich gospodarstw ma wynieść 30 proc. Naukowcy nie mają wątpliwości, że samotność ma na nas wyniszczający wpływ. Julianne Holt-Lunstad, psycholożka z Uniwersytetu Brighama Younga, posiłkując się wynikami 70 badań naukowych, dowodzi, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym stopniu co otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Nicole Valtorta z Uniwersytetu Newcastle ustaliła z kolei, że prawdopodobieństwo ataku serca u osób osamotnionych rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem – o 32 proc. – Starzejące się społeczeństwo to duże wyzwanie dla administracji i architektów – przyznaje Agnieszka Labus i dodaje, że na całym świecie odchodzi się od koncepcji domów starców, stawiając na zapewnienie możliwie wygodnej starości w miejscu zamieszkania. – Mieszkania i miejską przestrzeń trzeba planować tak, by dawały niezależność jak najdłużej. To poprawia samopoczucie i daje energię do działania. Nie obciąża też budżetu opieki społecznej, a więc wydatków państwa. Co­housing to wbrew pozorom rozwiązanie oszczędne – mieszkańcy dzielą się kosztami, mają na przykład jeden czy dwa samochody do dyspozycji, zrzucają się na obecną na stałe opiekunkę czy serwis sprzątający. W przypadku cohousingu senioralnego ważne jest, by przestrzeń była dostosowana do potrzeb osób starszych, ale nie przypominała instytucjonalnych ośrodków pomocy. Elementy „pomocowe” trzeba wprowadzać z wyczuciem. W OWCH wszystkie kontakty i gniazdka są w zasięgu ręki osoby poruszającej się na wózku, na korytarzach montowane są poręcze, mieszkania zaplanowane są tak, by można było je dowolnie dzielić – w sytuacji, gdyby któraś z kobiet musiała zamieszkać z opiekunem.

– Ważne było to, by mieszkania, w których osoby starsze spędzają więcej czasu, były jasne, z dobrym dostępem światła dziennego (przeciwdziała ono depresji pojawiającej się często w starszym wieku), by na przykład sala wspólna spełniała standardy akustyczne dostosowane dla osób gorzej słyszących – opowiada Agnieszka Labus. Dodaje też, że istotne jest też to, by mieszkania usytuować nie na przedmieściach, ale blisko miejskiej infrastruktury: przystanków komunikacji miejskiej, szpitala, przychodni, sklepów, parków czy kina. Lokalizacja jest także ważna ze względu na bycie częścią społeczności lokalnej. Takie założenia jak cohousing zwykle są otwarte w wybrane dni dla ludzi z zewnątrz, ich mieszkańcy wychodzą z inicjatywą organizacji różnych wydarzeń integracyjnych.

Powrót do przyszłości

W Polsce pojawiają się pierwsze, pilotażowe inicjatywy nawiązujące do idei cohousingu. Na razie nie dotyczą tylko seniorek i seniorów. W Łodzi powstał Dom Wielopokoleniowy w zaadaptowanej XIX-wiecznej wilii, we Wrocławiu powstało osiedle Nowe Żerniki, w Warszawie przy ulicy Stalowej 29 trwają prace przed otwarciem kamienicy wielopokoleniowej. – Na razie tego typu rzeczy dzieją się u nas punktowo, nie systemowo. Bardziej wykorzystują one elementy co­housingu, niż realizują tę koncepcję w czystej postaci, ale i tak warto je doceniać – zauważa Labus. Jej zdaniem pojawienie się oddolnego cohousingu senioralnego w Polsce to kwestia 10–20 lat. Dzielenie, wspólna pralnia czy świetlica starszemu pokoleniu wciąż nie kojarzy się najlepiej, przypomina raczej czasy komunizmu niż wymarzoną opcję na starość. – Młodszym pokoleniom, dla których grupa przyjaciół często staje się rodziną z wyboru, takie wspólnotowe myślenie jest bliższe. Kiedy więc zaczną się zastanawiać, jak spędzić starość, pomysł cohousingu może trafić na podatny grunt – uważa Labus. Jej zdaniem jednak, aby takie koncepty można było wprowadzać w życie, konieczne będą zmiany systemowe. – Wciąż brakuje myślenia o konieczności wprowadzania podobnych rozwiązań. Oczywiście, jeśli ktoś jest zdeterminowany, to sobie jakoś poradzi, ale żeby było to rozwiązanie stosowane częściej, muszą zostać wprowadzone mechanizmy prawne, finansowe, które będą takie działania wspierać i ułatwiać.

Cytaty z wypowiedzi mieszkanek OWCH pochodzą z filmu „Senior House. How to do it”. 

  1. Psychologia

Regina Brett: "Zbyt często cierpimy w milczeniu"

Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma Alzheimera”. Potem postanowiłam poznać dziewczynkę, którą kiedyś była. Dopiero kiedy pokochałam dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce – opowiada Regina Brett. Właśnie ukazała się książka na temat jej trudnego dzieciństwa.

Zawsze podziwiałam twój ciepły, piękny uśmiech. Nie sądziłam, że kryje się za nim tyle cierpienia. Twoje wspomnienia „Trudna miłość. Mama i ja” ukazały mi ogrom bólu niekochanego dziecka, którym byłaś. Jak się podnosi z czegoś takiego? Myślę, że wiele osób cierpi z powodu rzeczy, jakie przytrafiły im się w życiu. Upychamy to w środku i jakoś funkcjonujemy – zakochujemy się, realizujemy się zawodowo. Jednak od czasu do czasu ten ból daje o sobie znać, kiedy ktoś lub coś dotyka naszego czułego miejsca – wtedy reagujemy często nie tak, jak byśmy chcieli: złością, a czasem smutkiem. W moim przypadku był to zazwyczaj smutek. Wychowałam się w dużej rodzinie – moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci – ale zawsze czułam się samotna. Ktoś spyta, jak to w ogóle możliwe. Ale jeśli nie masz prawdziwej więzi ze swoją matką, to jest w tobie wielka pustka, której nic nie jest w stanie zapełnić. Z moją córką jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, sama jednak tego nie zaznałam. Żyłam więc z wielkim głodem miłości. Starałam się go zagłuszyć alkoholem lub kolejnymi randkami, ale nie mijał. Na szczęście trafiłam na mądrych ludzi, którzy poradzili mi, żebym zaczęła o tym mówić i pisać. I tak robiłam – najpierw pisałam dziennik, potem artykuły i moje książki motywacyjne. Uważam, że kiedy dzielimy się swoją historią, a inni mogą ją usłyszeć i pomyśleć: „O Boże, miałam tak samo” – to pomaga uleczyć ból przeszłości. Nam wszystkim.

Kiedy jednak pierwszy raz napisałaś o swoim trudnym dzieciństwie, twoja rodzina wcale nie była zachwycona. Widzisz, ja od zawsze byłam pisarką. Już jako mała dziewczynka prowadziłam pamiętnik, w którym notowałam ważne wydarzenia. Czasem pomocne jest już samo zapisanie własnej historii, bo widzisz ją wreszcie czarno na białym, czytasz to i nie możesz uwierzyć: „Ona naprawdę coś takiego zrobiła? On to rzeczywiście powiedział?”. To pomaga poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, ujrzeć je we właściwym świetle. Dziennik czy pamiętnik jest też naczyniem, w które możesz przelać swój ból i łzy. Pierwszy raz podzieliłam się historią mojego dzieciństwa, poza pamiętnikiem, z czytelnikami gazety, w której pracowałam. Pisałam o mężczyźnie, który popełnił samobójstwo, bo tak bardzo cierpiał, a ja czułam, że bardzo dobrze go rozumiem, więc odnosząc się do jego sytuacji, napisałam o swoim cierpieniu. Przypuszczam, że wtedy też po raz pierwszy moi bracia i siostry zobaczyli, z jak wieloma trudnościami zmagałam się jako dziecko. Byli w szoku. Owszem, pamiętali, że byłam wiecznie smutna i płaczliwa, ale było nas tak dużo i każdy z nas miał swoje potrzeby, że łatwo było przegapić potrzeby innych. Zawsze gdy ktoś ujawnia o czymś prawdę, powoduje to małe trzęsienie ziemi. Oczywiście trudno być tą osobą, ale czy mamy wybór? W Ameryce mówimy: „Your secrets will keep you sick”, czyli: „Twoje tajemnice wpędzą cię w chorobę”. Jeśli nic nie mówimy o złu, które się dzieje, tylko je umacniamy. Spójrzmy choćby na Kościół katolicki i jego długie milczenie na temat molestowanych przez księży dzieci. Kiedy więc napisałam po raz pierwszy o tym, że jako dziecko czułam się niekochana i niechciana, większość mojego rodzeństwa uznała, że skrzywdziłam rodziców. A ja przecież wyjawiłam jedynie mały kawałek prawdy. Ogromnego wsparcia udzielił mi mój terapeuta. Zwłaszcza kiedy artykuł ukazał się w książce „Bóg nigdy nie mruga” – byłam przerażona, myślałam, że stracę wszystkich, których kocham, ale okazało się, że dostałam jeszcze więcej miłości, bo ludzie zobaczyli w mojej opowieści samych siebie. Dlatego teraz opowiedziałam im wreszcie o mojej relacji z mamą. Uważam, że zbyt często cierpimy w milczeniu.

Wkraczasz na terytorium, które nadal jest tematem tabu. Piszesz o  matce, która nie potrafi kochać, która nie wspiera, nie zauważa i która nie broni przed złem. Twoje słowa mogą wydać się brutalne: „Moja mama była okropna”; „Tak naprawdę nie miałam matki, nigdy nie byłam córką”. Piszę też, że długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. Później w trakcie terapii musiałam stawić czoło temu przekonaniu i powiedzieć sobie: „Zaraz, chwileczkę, przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość”. Przyszliśmy na ten świat piękni i pełni, a jeśli tacy się nie czujemy, to powinniśmy brać przykład z księżyca, który nawet kiedy nie jest w pełni, to nadal świeci. To, że matka nie potrafi kochać dziecka, nie jest tego dziecka winą. Nie jest też winą matki. Tobie udało się zobaczyć w swojej matce dziewczynkę, która sama była przerażająco samotna. Jedyną istotą, którą naprawdę kochała, był jej pies Frankie. Moja mama była emigrantką z Czechosłowacji, jej rodzice nawet nie mówili po angielsku, kiedy przypłynęli do Ameryki, brat poszedł na wojnę, została więc z nimi sama na farmie. Nie było tam czułości, nie było bliskości, nie było na to czasu – wszyscy starali się przetrwać w obcym kraju, i to jeszcze w czasach Wielkiego Kryzysu. Piszesz, że pomogłaś swojej matce umrzeć i że to był najwspanialszy prezent, jaki jej kiedykolwiek dałaś. W moim odczuciu dałaś jej więcej, niż ona dała tobie. Sądzisz, że pracując nad sobą i swoimi ranami, możemy pomóc też tym, od których tych ran doświadczyliśmy? Mama pod koniec życia cierpiała na alzheimera. To okrutna choroba, która powoli niszczy twój mózg, pozbawiając cię cech, które czynią cię człowiekiem. Bywała złośliwa, niewdzięczna i niesprawiedliwa, co oczywiście automatycznie cofało mnie do dzieciństwa i wspomnień, w których skarżyła na nas tacie  – wiedząc, że dostaniemy za to lanie – czy nie pożyczyła mojej siostrze swojej sukienki na ślub. Ale widocznie Bóg dał mi moją mamę po to, żebym ją kochała. Nie wiem, czemu akurat z jedenaściorga dzieci wybrał mnie, ale to głównie ja zajmowałam się nią w ostatnich latach. Jestem przekonana, że ten czas został mi podarowany po to, by uleczyć naszą relację, bym pokochała ją bardziej, niż ona była w stanie kochać mnie. Wybaczyłaś jej? Wybaczenie nie działa jak zaklęcie, czyli mówisz „wybaczam ci” i wszystko się odmienia. To bardzo długi i bolesny proces, musi taki być, bo inaczej nie będzie prawdziwy. Aby wybaczyć mojej matce, musiałam porozmawiać z nią szczerze o tym, co się naprawdę wydarzyło w moim dzieciństwie. Nie po to, by ją obwiniać, ale by w naszej relacji pojawiła się prawda. Powiedziałam więc: „Mamo, kocham cię, ale nie było ciebie przy mnie, kiedy tego najbardziej potrzebowałam”. Wiesz, co usłyszałam? „Nie wiedziałam, jak to zrobić, bo mojej mamy też nie było przy mnie”. Całe życie czekałam na te słowa, na jakieś wyjaśnienie. Kiedy piszę, że pomogłam mojej mamie umrzeć, mam na myśli to, że byłam przy niej fizycznie i duchowo, modliłam się za nią, a czasem modliłam się o siłę dla siebie, szeptałam: „Boże, wiem, że ona jest twoim dzieckiem, ale jak ty dajesz sobie z nią radę?”. Niektórzy ludzie są trudni do kochania – twój rodzic może być taką osobą, twoje dzieci, twój mąż... Ale według mnie miłość jest działaniem, nie tylko uczuciem, dlatego okazywałam mamie miłość chociażby poprzez robienie zakupów czy bycie dla niej miłą, kiedy ona nie była zbyt miła dla mnie. Nie robiłam tego tylko dla siebie, ale też dla mojej córki, jej dzieci i ich dzieci. Postanowiłam bowiem, że nigdy więcej nie będziemy przekazywać sobie poczucia winy, wstydu i tajemnic. To niesamowite, ale to nas wszystkich naprawdę uwolniło. Ostatnio jeden z moich braci przeprosił mnie za to, co kiedyś mówił, i wyznał, że chodzi na terapię, by poradzić sobie z naszą przeszłością. Potem przeprosiła mnie jedna z sióstr, powiedziała, że wtedy, dawno temu, nie umiała właściwie zareagować; a potem jeszcze kolejna. Kiedy więc przestałam domagać się przeprosin, dostałam je. Minęło wiele czasu, upłynęło wiele lat i wiele łez, ale czuję teraz, że jestem z moim rodzeństwem bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Podoba mi się jedna z rad, jakie dostałaś. Kiedy nie jesteś w stanie traktować swojej matki jako matki, traktuj ją jak siostrę. W takim sensie, w jakim wszystkie kobiety są dla siebie siostrami. Zobacz w niej kobietę, która jest czyjąś córką i czyjąś matką. Kogoś, kto siedzi obok ciebie na przystanku. Zwykle kiedy nasza matka nie jest matką, jakiej potrzebujemy, chcemy ją całkowicie wyciąć z naszego życia. Mój terapeuta powiedział mi, że kiedy spojrzę na nią jak na siostrę, to może okaże się, że nigdy nie była w stanie być matką, jakiej potrzebowałam, ale za to ujrzę w niej kobietę, z którą mogę stworzyć dobrą relację. Będę nawet w stanie ją pokochać, bo nie wniosę do tej relacji bagażu mojego dzieciństwa. Gdybym usiadła obok obcej osoby na ławce, byłabym dla niej przecież miła, prawda? Dlatego mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma alzheimera”. Potem postanowiłam poznać małą dziewczynkę, którą była i którą nadal nosiła w sobie, co było już odrobinę łatwiejsze, bo uwielbiam dzieci. Dlatego przynosiłam jej prezenty, które ucieszyłyby dziewczynkę: lody, batoniki. Bardzo się z nich cieszyła. Dopiero kiedy nauczyłam się kochać dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce. W Kościele katolickim mówi się o odkupieniu. Myślę, że ostatnie lata życia mamy, które spędziła już w ośrodku opieki, były takim właśnie odkupieniem, czasem, w którym pogodziła się z Bogiem i swoim życiem. Inną dobrą radą była właśnie ta, by powiedzieć jej przed śmiercią prawdę. Strasznie się tego bałam. Mama była gotowa, by odejść, ale ten moment nie nadchodził. Zastanawiałam się, dlaczego Bóg jej na to nie pozwala. Na jednym ze spotkań z przyjaciółmi spytałam, jak sądzą, co może jej przynieść ukojenie. Powiedzieli: „Może prawda? Próbowałaś z nią porozmawiać o przeszłości?”. „Nie. Powiedziałam jej tylko, że jestem jej wdzięczna”. „A jesteś?”. „Oczywiście, że nie! Była okropną matką”. „To dlaczego jej tego nie powiesz?”. „Bo nie chcę jej skrzywdzić”. „Ale może ona tego potrzebuje? Może na to właśnie czeka?”. Siostra, z którą byłam najbliżej, przyznała im rację, powiedziała, że powinnam porozmawiać z mamą w imieniu nas wszystkich. Pomyślałam, że tego chyba nie udźwignę, ale potem usiadłam i zapisałam wszystko, co pamiętałam z przeszłości i co dotyczyło każdego z moich braci i każdej z moich sióstr, a było ze strony mamy okrucieństwem. Wzięłam tę listę ze sobą. I stał się cud. Przez 45 minut mama nie miała alzheimera, słyszała mnie i słuchała, mówiąc: „Pamiętam, tak było”. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek przyzna. Spytałam, czemu nie reagowała, kiedy tata nas bił, krzyczał na nas i ubliżał nam – przez chwilę siedziała w ciszy, a potem powiedziała, że raz stanęła w naszej obronie, ale ktoś jej powiedział, że w ten sposób tylko pogorszyła sprawę. I od tego momentu już się nie wtrącała. Nigdy mi o tym wcześniej nie mówiła. I właśnie wtedy, po raz pierwszy w życiu, poczułam, że obie się zrozumiałyśmy. Mama jest główną bohaterką twojej książki, ale inną, równie ważną postacią, jest twój tata. Piszesz: „Często sięgał po pas, a i tak kochał nas bardziej niż ona”, ale też że molestował cię w dzieciństwie. Trudniej było wybaczyć ci jemu czy matce, która cię przed nim nie obroniła? A może rodzeństwu, że ci nie uwierzyli, kiedy o tym opowiedziałaś po latach? Mój ojciec dorastał w trudnych czasach, kiedy miał 14 lat, jego rodzina straciła wszystko. Wychowywał się więc w wielkiej biedzie, do tego prawdopodobnie miał PTSD po kilkudziesięciu wojskowych misjach. Na co dzień życie z nim wyglądało tak, że wszystko było w porządku, rozmawiał z nami i żartował, aż nagle z byle powodu wpadał w szał, krzyczał i bił nas. Dziś jestem przekonana, że zmagał się z poważnymi psychicznymi problemami, choć nikt go nigdy nie zdiagnozował. Raz tak długo bił mojego brata deską, że ta się na nim złamała. Chyba najtrudniej było mi patrzeć na to, jak tata rani braci i siostry, już chyba wolałabym, by uderzył mnie. A mama za każdym razem po prostu wychodziła z pokoju. Myślę, że nienawidziłam – choć nie, to zbyt wielkie słowo – myślę, że o wiele gorzej było mi z tym, że ona nic nie zrobiła, niż z tym, co robił nam on. Ja bym powstrzymała obcego mężczyznę, który biłby swojego psa na ulicy, a ona nie obroniła swoich dzieci. Więc tak, było mi trudniej wybaczyć mamie. Nie dlatego, że winiłam ją za postępki taty, ale dlatego, że była jedyną osobą, która mogła to przerwać, a tego nie zrobiła. Potem, kiedy przyjrzałam się jej przeszłości, doszłam do wniosku, że ona też była molestowana przez swojego ojca.  I to jest kolejny powód, dla którego napisałam tę książkę, by przerwać cykl przemocy i krzywd, by moja córka nigdy już tego nie zaznała. Spędziłam wiele lat na terapii, by uporać się z tym, czego doświadczyłam ze strony taty, zwłaszcza z molestowaniem seksualnym, i doszłam do wniosku, że on nie do końca był świadom, jak wielką krzywdę mi wyrządza, był w jakimś sensie emocjonalnie upośledzony. Ale wiesz, co jest w tym najlepsze? Jestem żywym przykładem na to, że niezależnie od tego, jak wiele zła doświadczyłeś, możesz skierować się w stronę dobra, i są ludzie, którzy są w stanie ci w tym pomóc.
Często mówisz o tym, że odczuwasz ogromny przymus ratowania innych, ale ja sądzę, że najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłaś, było to, że uratowałaś siebie. Jakaś część mnie wyrzuca sobie, że mogłam zrobić więcej, uratować też swoich braci i siostry. Ale cieszę się, że to mówisz, bo kiedy słyszę to od kogoś innego, odczuwam te wyrzuty odrobinę mniej. Nadal mam w sobie odruch ratowania innych, ale wtedy sobie zawsze powtarzam: „Masz za zadanie ich kochać, nie ratować”. Bo kochając ludzi, pomagasz im uratować samych siebie. Co ci pomogło najbardziej w tej drodze uzdrawiania przeszłości? Dwie rzeczy. Pierwsza – pozbyłam się wizji okrutnego Boga, w którego długo wierzyłam. To stało się podczas pewnych rekolekcji, piszę o tym w książce „Bóg nigdy nie mruga”.  Prowadził je ojciec Joe, który ciągle podkreślał, że Bóg go kocha. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. Prędzej, że nie powinnam go obrażać i złościć. Więc kiedy usłyszałam o Bogu, który nas – mnie – kocha, pomyślałam: „Nie chcę mojego Boga, chcę Boga ojca Joe”. Nie wiedziałam, że wolno nam wierzyć w radosnego, pełnego miłości Boga. Jeśli nie masz takiego, pożycz go ode mnie, tak jak ja pożyczyłam Boga od ojca Joe. Ten Bóg przeprowadził mnie przez raka piersi i przez śmierć moich rodziców. Druga rzecz to mieć kogoś, kogo się kocha. Fakt, że tak bardzo kochałam moją córkę, uświadomił mi, że jestem zdolna do miłości. Trzeba mieć kogoś, kogo się darzy czystym uczuciem. To może być nawet pies, kot czy chomik... Bóg, który mnie kocha, i ktoś, kogo kocham ja – to właśnie mnie uratowało.

Regina Brett, jedna z najbardziej poczytnych pisarek w Polsce, autorka takich książek, jak: „Bóg nigdy nie mruga”,  „Jesteś cudem”, najnowsza to „Trudna miłość. Mama i ja”. Mieszka w Cleveland w stanie Ohio. Prowadzi podcast „Little Detours with Regina Brett”, www.reginabrett.com</