1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zdrowy egoizm - jak być dobrym dla samego siebie? 9 wskazówek

Zdrowy egoizm - jak być dobrym dla samego siebie? 9 wskazówek

Dbanie o samego siebie powinno stać się priorytetem dla każdego z nas. (Fot. iStock)
Dbanie o samego siebie powinno stać się priorytetem dla każdego z nas. (Fot. iStock)
Dbając o innych często zapominamy, że w pierwszej kolejności powinniśmy zadbać o siebie. Bo dobre traktowanie swojej osoby powinno być dla nas priorytetem. Jak to robić? Jak być dobrym dla siebie?

Co powiesz na to, by zacząć traktować samego siebie tak, jak traktujemy dziecko albo ukochaną osobę? Przytulać, zabierać na spacer, przykryć ciepłym kocem, a przede wszystkim wsłuchać się w to, co mamy sobie do powiedzenia... Oto 9 wskazówek, które pomogą wypracować w sobie zdrowy egoizm.

  1. Znajdź „swój kawałek podłogi”. Swój pokój albo choćby kącik, ulubiony fotel. Czyli swoje i tylko swoje miejsce, które sam mogę zagospodarowywać.
  2. Dotrzyj do swojego wewnętrznego dziecka. To znaczy: przypomnij sobie, o czym marzyłeś, co lubiłeś, a czego nie. Z czego się cieszyłeś, a co sprawiało ci ból. Zastanów się, co z tamtego dziecka w tobie zostało, co z tamtych marzeń udało się zrealizować. Zobacz dziecko w sobie, daj mu uwagę, akceptację i miłość.
  3. Dopuść do głosu swoje prawdziwe pragnienia. Czyli zrzuć z siebie gorset nałożony przez konwenanse, stereotypy, innych ludzi. Na przykład taki, że starszej pani nie wypada chodzić na tańce, a młodej – dziergać na drutach. Mogę robić to, czego pragnę. Muszę tylko spełnić jeden warunek – nie wolno mi krzywdzić innych.
  4. Daj sobie prawo do nicnierobienia. Do drzemki w środku dnia, leżenia pod gruszą na dowolnie wybranym boku, gapienia się w niebo. Bez poczucia winy i wyrzutów sumienia. Nawet jeśli jako dziecko byłeś za to karany, a może właśnie dlatego.
  • Uwierz, że nie jesteś niezastąpiony. Gdy wymaga tego stan zdrowia, każdy twój obowiązek, zarówno domowy, jak i zawodowy, może przejąć ktoś inny. I świat się nie zawali!
  • Nie bój się odmawiać, mówić „nie” i mieć swoje zdanie. Czasami to trudne dla nas i bolesne dla innych, ale w rezultacie wszystkim wychodzi na dobre.
  • Zerwij z przekonaniem, że musisz być zawsze doskonały. Jako pracownik, rodzic, żona, mąż, córka, syn, przyjaciel, przyjaciółka. Nie musisz. Być wystarczająco dobry – tylko tyle.
  • Uświadom sobie, że to ty jesteś odpowiedzialny za swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. Nie lekarz, dietetyk, trener, psychoterapeuta. Owszem, powinno się ich radzić, korzystać z ich wiedzy, współpracować z nimi, ale to ty podejmujesz zawsze ostateczną decyzję.
  • Pobądź w ciszy, sam ze sobą, pomedytuj. Najlepiej słychać wtedy własne myśli, pragnienia, potrzeby. To trudne? Ale w ostatecznym rozrachunku ozdrowieńcze.
  • ZAMÓW

    WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
    • Polecane
    • Popularne
    • Najnowsze
    1. Psychologia

    Jak właściwie zaopiekować się sobą?

    Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
    Opiekowanie się sobą polega m.in. na odkrywaniu i rozwijaniu swoich talentów. To także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, kącika, w którym dobrze się czujemy. (Fot. iStock)
    Zobacz galerię 3 Zdjęcia
    Oddajemy lekką ręką swoje sprawy specjalistom od ciała i duszy. Taki trend. Wygodny. Bo w razie czego łatwo znaleźć winowajcę. Niestety, często opłakany w skutkach. Nikt przecież nie zna nas lepiej niż my sami. A gdyby potraktować siebie tak, jak traktujemy dziecko albo ukochaną osobę? Przytulić, okryć ciepłym kocem, zabrać na spacer, posłuchać, co mamy sobie do powiedzenia? Wzbraniamy się przed tym, bo można wtedy usłyszeć to, czego słyszeć nie chcemy.

    Elżbieta Krajewska, psychoanalityczka alternatywna, terapeutka duchowa, poetka (żona Seweryna Krajewskiego), wie, jak słuchanie siebie jest ważne. Przez wiele lat miała problemy ze zdrowiem, nikt jednak nie umiał jej powiedzieć, jaka jest ich przyczyna. Dzięki studiom zaczęła praktykować medytację, wsłuchiwać się w siebie, rozmawiać ze sobą.

    – I wtedy usłyszałam podpowiedzi od ciała, jakie odżywianie mi służy – mówi Elżbieta. – Mądrość mojego organizmu polegała na tym, że to, co mogło mi zaszkodzić, przestało mi smakować. Mięso, a nawet ryba, smakowały jak trociny, od alkoholu mnie odrzucało, unikałam cukru.

    Elżbieta zaczęła interesować się dietetyką, zdrowym odżywianiem, zgłębiać ajurwedę. Na tej podstawie stworzyła sobie dietę opartą na warzywach, owocach, roślinach strączkowych, orzechach, migdałach. Czuła się po niej zdecydowanie lepiej, choć jej problem – wtedy jeszcze nie wiedziała jaki – nie zniknął. Pojawił się też kolejny, ze znajomymi, którzy zadręczali ją pytaniami o dietę: „Nie wypijesz toastu? Nie zjesz mięsa?”. Niektórzy posądzali ją nawet o przynależność do jakiejś sekty, bo w latach 90. wegetarianizm był mocno podejrzany.

    Dokarmiać energią miłości

    2006 rok. Elżbieta z objawami choroby serca trafia do szpitala, przechodzi ablację, ale także wszechstronne badania. I co się okazuje? Że cierpi na wirusowe zapalenie wątroby typu C. Robi z lekarzami podróż w czasie i odkrywa, że zaraziła się tym wirusem dawno temu, w  ’83 roku podczas transfuzji krwi, którą przeszła po trudnym porodzie. Ta wiedza jest dla niej szokująca. Ale co robi Elżbieta? Nie poddaje się, tylko chce jak najwięcej dowiedzieć się o tym wirusie, jest ciekawa, jak się rozwija, czym odżywia. Czyta książki, dokształca się, porównuje to, co na ten temat mówi medycyna konwencjonalna, a co alternatywna. Dowiaduje się, że pożywieniem wirusa C jest białko, głównie zwierzęce, i alkohol. A to znaczy, że wirus uwielbia wszystko to, co dawno temu odrzuciła, wsłuchując się w swoje ciało! Dowiaduje się też, że zapalenie wątroby typu C jest swego rodzaju wyrokiem, bo trudno wyleczyć się z tej choroby raz na zawsze. Ale się nie załamuje, tylko dalej przestrzega diety. W 2006 roku znajomi już jej nie katują pytaniami, nadeszły lepsze czasy dla medycyny niekonwencjonalnej, a poza tym – wszyscy przekonali się, że dieta okazała się dla niej zbawienna. Elżbieta robi jeszcze coś, co nawet dzisiaj brzmi rewolucyjnie – podchodzi do wirusa z miłością.

    – Wymyśliłam sobie – opowiada – że nie będę traktować go jak wroga, tylko jak współlokatora. Rozmawiałam z nim: „Słuchaj, siedzisz we mnie tak długo, więc nie będę z tobą walczyć, ale bardzo mi przykro, muszę podnieść ci wibrację. Bo przecież wirusy to też określona energia, tylko ciężka, jak w przypadku każdej choroby. Dlatego tak wzmacniają je produkty, które też zawierają ciężką energię. Postanowiłam przechytrzyć wirusa, dostarczając mu dietę wegańską, która niesie energię o wysokiej wibracji, stosując suplementy i homeopatię, czyli coś, za czym on nie przepada. W medytacjach dokarmiałam go energią miłości, której on też nie lubi. To była taka moja gra, po prostu zaakceptowałam, że zamieszkał we mnie wirus, i zaczęłam go sprytnie rozpuszczać w energii, która go nie wzmacnia.

    Elżbieta uważa, że skuteczną autoterapią, czyli czymś, co robimy dla siebie, jest pomaganie innym. Przekonała się o tym, kiedy po stracie syna zapadła w tak ciężką depresję, że nie chciało jej się żyć. Pamięta słowa mistrza duchowego: „Jeżeli chcesz pogłębiać depresję, to stosuj technikę, która polega na tym, że się siedzi w domu i powtarza: A co ze mną będzie, a co ze mną będzie. Dlaczego mi się to przytrafiło? Jeżeli natomiast chcesz z tego stanu wyjść, stosuj technikę przeciwstawną: Kieruj uwagę na innych, pomagaj”.

    – Gdy pomagamy, dostajemy wtedy wielką moc – mówi Elżbieta. – Różnie się ją określa, ja nazywam ją bezwarunkową energią miłości, która przepływa nie tylko przez tego, komu pomagamy, ale także przez nas, i tym samym nas leczy. Jak ktoś nie wie, co ze sobą zrobić, niech idzie do hospicjum, domu dziecka, domu opieki. Wszędzie są ludzie potrzebujący pomocy. Kiedy źle się czujemy, kiedy coś jest nie tak, pomyślmy, jak możemy podzielić się z innymi tym, co wiemy, co umiemy. To naprawdę działa! Podobnie jak sprawdza się w życiu inne prawo: To, czemu się opierasz, jeszcze bardziej na ciebie napiera. To nie są wydumane prawa, tylko prawa fizyki kwantowej, prawa kosmiczne. Przychodzi jakiś problem? Nie narzekaj, tylko pozwól, żeby spokojnie przez ciebie przepłynął. Wszystko jest, jakie jest, nie trzeba oceniać, czy to dobre, czy złe.

    Zawsze można wstać i wyjść

    Barbara Czerska, filozofka, bioetyczka, konieczność opiekowania się sobą rozpatruje w kategoriach moralnych.

    – Nie wolno żadnego człowieka, a więc także siebie, traktować jako środka do jakiegoś celu, tylko jako cel sam w sobie. Myślę, że ludzie, uzurpując sobie prawo do traktowania instrumentalnie innych, dają sobie też prawo do podobnego obchodzenia się ze sobą: Pójdę na medycynę, bo to zawód cieszący się uznaniem, zacznę biegać maratony, bo to jest modne. I nieważne, czy medycyna to moje powołanie, czy lubię biegać. Jestem środkiem do realizacji tych celów. Gdybym natomiast robiła to, w czym jestem dobra, gdybym zastanowiła się, po co żyję, kim jestem – wtedy służyłabym sobie, bo sama dla siebie stałabym się celem.

    Dlaczego tak często dochodzi do nadużyć wobec siebie? Z filozoficznej perspektywy Barbary Czerskiej wygląda to na brak refleksji nad upływem czasu, nad ograniczonością swojego życia.

    – Pierwsze, co możemy zrobić, żeby zaopiekować się sobą, to zacząć cenić czas swojego życia, bo jest ograniczony – mówi filozofka. – Jeżeli chcę spotkać się ze znajomą, to najpierw pomyślę, po co, czy to spotkanie nas wzbogaci – mnie i ją. Chodzi o współcelowość spotkań, o owo „po co”. Zawsze można wstać i wyjść. Mamy prawo nie zgadzać się na to, żeby – jak śpiewał Wojciech Młynarski – sytuacja całowała nas w usta. Odbębnianie spotkań to strata czasu, którego już przecież nie odzyskamy, bo minął.

    Drugim według filozofki warunkiem traktowania siebie jako celu jest uświadomienie sobie swojej niepowtarzalności, wyjątkowości: Pielęgnuję swoją niepowtarzalność we własnym interesie, ale to też leży w interesie innych.

    Barbara Czerska: – Jest takie powiedzenie, które cytowałam na warsztatach dla młodych matek: Matka musi tańczyć, matka musi pić, bo ma małe dziecko i ma dla kogo żyć. To samo dotyczy mnie jako osoby starszej – im bardziej o siebie dbam, także intelektualnie, to znaczy, im bardziej staram się zrozumieć, czym żyją moje dzieci, moi studenci, im bardziej dbam o swój rozwój, tym łatwiej i fajniej się im ze mną żyje. Egoizm jest altruistyczny, a altruizm egoistyczny!

    Czasem trzeba o swoje walczyć nawet wbrew rodzicom, którzy projektują nam inną karierę, inne życie. Podjąć decyzję, że idę swoją drogą, i trudno, rodzice, którzy chcą traktować mnie jako środek do swojego szczęścia, będą mieli pewien kłopot. Niech mają! Nie przejmujmy się tak cudzymi kłopotami, które oni sami sobie wymyślają. Nie narzucam nikomu swoich pomysłów, ale proszę też niczego nie narzucać mnie.

    Barbara Czerska przyznaje, że przerobiła ten problem na własnej skórze. Jej syn urodził się w rodzinie filozofów. Zarówno ona, jak i jej nieżyjący pierwszy mąż, profesor Andrzej Kasia, byli pewni, że syn też zostanie filozofem, podobnie zresztą jak ich córka.

    – Zanim zrozumiałam, że syn ma inny pomysł na siebie i że o siebie walczy, sprawiłam mu sporo przykrości, a przy okazji strasznie źle potraktowałam siebie, bo uznałam, że poniosłam pedagogiczną porażkę, do czego nie miałam żadnych podstaw. Dzieci nie są po to, żeby realizowały nasze zamierzenia i nasze wartości. Dzieci rodzimy po to, żeby dbały o siebie i siebie realizowały z pożytkiem dla świata. A jeśli przy okazji nas polubią, to już nasz fart. Po latach dotarło do mnie, że syn robi wszystko, żeby nie być filozofem. Gratuluję mu, że dopiął swego. Pracuje jako reporter w Polsacie i świetnie się odnajduje w tym zawodzie, który traktuje jako misję. Rodzice mogą nie rozumieć na przykład powołania do stanu duchownego, to może być dla nich obca planeta, ale to nie znaczy, że dziecko ma rezygnować ze swoich marzeń. Samoświadome bycie sobą to prawdziwe życie. Realizowanie czyichś narzuconych wizji to marnowanie życia. Nigdy nie wiemy, czy zostało nam 15 minut, czy 50 lat. Chcę ten czas spędzić tak, żeby mi było dobrze z innymi i z samą sobą. Żebym tęskniła za momentem, kiedy ktoś bliski, kochany przyjdzie do mnie, ale żebym też tęskniła za momentem, kiedy zostanę sama. Kochać być z innymi, ale też kochać być z samym sobą – to prawdziwe dbanie o sobie.

    Odkryj i rozwijaj swoje talenty

    Elżbieta dzieli się swoją wiedzą, organizuje koncerty i kąpiele w gongach (masaż dźwiękiem), pisze wiersze (opublikowała już pięć tomików). Zaczęła pisać książkę, w której dzieli się wszystkim, co przeżyła, czego doświadczyła, czego się nauczyła, także spotkaniami z niezwykłymi ludźmi, między innymi z Kenem Wilberem, Shri Shri Ravi Shankarem. Twierdzi, że pisanie to genialna terapia, bo można wyrzucić z siebie to, co doprasza się uwolnienia. I w ten sposób pomóc sobie i innym.

    – Ale zacząć trzeba od zaopiekowania się sobą – mówi Elżbieta. – Każdy z nas bez wyjątku został obdarowany jakimiś talentami. Opiekowanie się sobą polega między innymi na odkrywaniu tych talentów, a potem na ich rozwijaniu. Bo kiedy się je rozwija, one rosną i służą ludziom. A to najlepsze, co możemy zrobić dla siebie i dla świata. Kto nie dzieli się swoimi talentami, ten je traci. Jeżeli więc kochasz malować – maluj, rób laurki, ucz malować dzieci. Akt twórczy to według mnie podobna do pomagania forma autoterapii. Łączy je ta sama uzdrawiająca energia miłości.

    Opiekowanie się sobą to także wyjście z toksycznych relacji, unikanie ludzi, którzy źle na nas działają, a przebywanie z tymi, z którymi nam dobrze. To znalezienie swojego aszramu, własnej przestrzeni, a przynajmniej kącika, w którym dobrze się czujemy.

    I kolejna sprawdzona przez Elżbietę forma opiekowania się sobą – medytacja. Bodaj najskuteczniejsza. Bo dzięki medytacji można podłączyć się bezpośrednio do źródła – jedni nazywają je Bogiem, inni kosmiczną energią. Elżbieta określa je źródłem tworzenia życia albo światłem. W tym czasie można zatopić się w ciszy, a w ciszy przychodzą odpowiedzi na najważniejsze pytania.

    – Medytacji trudno kogoś nauczyć, to indywidualne doświadczenie – wyjaśnia Elżbieta. – Żeby mogła się wydarzyć, trzeba stworzyć sobie dobre warunki – znaleźć spokojny kąt, wyciszyć się, dobrze jest włączyć muzykę relaksacyjną, usiąść z wyprostowanym kręgosłupem. Bardzo ważny jest oddech, głęboki, z przepony. Medytacja to pierwszy krok do nawiązania kontaktu ze swoim wnętrzem. Mogą przepływać wtedy przez nas dobre myśli. Dlaczego dobre? Bo przesłane z wyższego poziomu myśli, tego mądrego, który wie, co dla nas dobre, i nam to podpowiada. Te podpowiedzi to właśnie intuicja, najlepszy nasz doradca. Ale na ogół go nie słuchamy. Bo nasz rozum zaczyna kombinować, zaczyna się zastanawiać, korzystać z tego, co zasłyszeliśmy, tworząc w naszej głowie zamęt. No i rezygnujemy z myśli intuicyjnej, a podążamy stereotypowymi ścieżkami. A szkoda, bo myśli intuicyjne kierują nas ku temu, co dobre – dobrym relacjom, zdrowemu życiu i odżywianiu. Zdrowe odżywianie to najlepszy sposób opieki nad sobą! Powinniśmy jeść to, co jest naszym naturalnym lekarstwem, a nie ślepo powielać czyjeś diety i wskazówki. Ponieważ przeszłam ciężką traumę, lekarze zalecali mi antydepresanty. Nigdy ich nie zażyłam, co najwyżej parzyłam melisę, a najlepsze ukojenie przynosiła mi medytacja i pomaganie innym. Efekty? Imponujące! Właśnie potwierdzono, że wirus C zniknął z organizmu Elżbiety.

    1. Psychologia

    Różne oblicza pożądania - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

    Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
    Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
    Zobacz galerię 4 Zdjęcia
    Pożądamy na wiele sposobów, bo bywamy w rozmaitych stanach ducha i ciała. Z chciwości, ale i z miłości. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

    „Darmo zapędzasz mnie, miła matko Do wrzecion i przęśli; Tymon mi coraz wdzięcznie i gładko Na swej przygrywa gęśli. Nie mogę więcej, ach! Już nie mogę Nagłej wytrzymać chuci. Tymon mi wewnątrz puszcza zażogę, I myśli, i serce kłóci…”

    - Pisał Franciszek Dionizy Kniaźnin o pożądaniu. Czym ono jest? Czy tylko natchnieniem dla poetów?
    Pożądanie ma wiele postaci i wiele motywacji. Może być także natchnieniem. Najczęściej, niestety, jest tym samym co chciwość. Czyli każe traktować drugiego człowieka jak przedmiot. Pożądamy więc, by jego/ją mieć, posiąść, zawłaszczyć. Tak jak by był/była biżuterią, luksusowym samochodem, designerskim mieszkaniem albo środkiem do zdobycia władzy i splendoru. I bywa, że mamy wokół siebie lub w pamięci kolekcję pożądanych ludzi przedmiotów, z którymi nie potrafimy nawiązać żadnej głębszej relacji. Częsta sytuacja w naszej przesiąkniętej narcyzmem kulturze i nad wyraz smutna.

    Mam jednak wrażenie, że nabycie wymarzonego auta jest przeżyciem większym niż seks z pożądanym mężczyzną…
    Niestety, coraz częściej doświadczamy tej różnicy: „Wsiadłem w moje nowe porsche i powiem ci, że to lepsze niż orgazm z ukochaną”. Widocznie jest tak z nami od zawsze, skoro w przykazaniach wskazujących drogę zbawienia ostrzega się przed pożądaniem żony bliźniego czy jakiejkolwiek rzeczy, która jego jest. Na pierwszy rzut oka wydaje się to upokarzające dla kobiet, że żonę i rzeczy wymienia się jednym tchem, ale w drugim czytaniu można spostrzec, że jest to przestroga przed uprzedmiotawiającym pożądaniem człowieka. W naszych postpatriarchalnych czasach należałoby tylko dodać, że nie należy pożądać męża bliźniego swego itd.

    Ale to geny pożądają, i to tego, a nie innego człowieka, tak nas informując, że potomstwo z nim będzie zdrowe genetycznie.
    Tak, to pożądanie biologiczne wpisane w nasze DNA służy podtrzymaniu gatunku. Pierwotnie nie ma nic wspólnego z chciwością ani z żadnymi innymi psychologicznymi motywacjami. Jest identyczne ze zwierzęcą, sterowaną biologicznie potrzebą prokreacji. Uaktywnia się nie tylko przez odczuwalny zapach, również przez odbiór nieświadomych sygnałów feromonowych. U mężczyzn także przez odbiór języka ciała kobiety w okresie jajeczkowania. Listę uzupełniają podświadome kody dotyczące proporcji kobiecego i męskiego ciała, uświadamiane w postaci preferencji estetycznych. Choć w istocie są one preferencjami biologiczno-prokreacyjnymi, bo odpowiednia proporcja obwodu talii do obwodu bioder u kobiety oraz szerokie barki i wąskie biodra u mężczyzny to zapisane w DNA wskaźniki sprawności rozrodczej i seksualnej. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą. Nie zdajemy sobie sprawy, że w gruncie rzeczy napędzani jesteśmy instynktem podtrzymania gatunku, który indywidualnie przeżywamy jako potrzebę rozprzestrzeniania i ochrony własnego genotypu. Z tego samego powodu w chwili zagrożenia będziemy ratować ludzi, a nie zwierzęta, swoje dzieci, a nie cudze. Nasz ludzki egoizm i narcyzm prokreacyjny to potężne siły, które słusznie staramy się okiełznać poprzez wychowanie, normy etyczne.

    Wróćmy do głównego tematu...
    Jest jeszcze trzeci typ pożądania, który właściwie nie zasługuje na tę nazwę, jest bowiem nierozłączny z miłością i szacunkiem. Dlatego stosowniejszym terminem byłby „zachwyt”. Pragnienie seksualnego kontaktu może nawet w ogóle nie występować, a jeśli do niego dochodzi, to seks nie służy rozładowaniu energii ani prokreacji, ani zawłaszczeniu drugiej osoby, nie karmi też naszego poczucia wartości, lecz staje się szczególną i spełniającą formą wyrażania zachwytu, oddania i miłości. Różnica między pożądaniem motywowanym chciwością a zachwytem wyraża się też tym, że nie dążymy do własnej satysfakcji i przyjemności, bo ważniejsza jest dla nas satysfakcja i znaczące przeżycie partnerki/ partnera. Można powiedzieć, że dostajemy, dając. Słowem, seksualność może się przejawiać w różnych formach, mieć różne motywacje i cele w zależności od tego, na jakim poziomie świadomości znajduje się nasz umysł.

    Na jakim poziomie świadomości jest pożądający z chciwości?
    Odwołajmy się do nieco uproszczonej wersji typologii zaczerpniętej z tradycji wedyjskiej, czyli do koncepcji czakr. Jeśli nasza świadomość znajduje się na poziomie podstawowym, a dzieje się tak, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją na Ziemi jest fizyczne przeżycie, to seks będzie dla nas instrumentem poszukiwania schronienia, bezpieczeństwa, pokarmu, energii. Jeśli jesteśmy na poziomie drugiej czakry i żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest doświadczanie przyjemności, to gdy tylko poczujemy jej brak, w seksie będziemy dążyć do własnej przyjemności, a partner/partnerka będą odgrywali wyłącznie rolę służebną. Na poziomie trzeciej czakry, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest zdobycie władzy, znaczenia i sławy oraz upokarzanie i budzenie zawiści innych, seks i ludzie, z którymi go przeżywamy, będą podporządkowani naszym narcystycznym celom. Sięgając do kwantowej perspektywy na powyższych trzech poziomach, jesteśmy pogrążeni w świadomości dualnej, odczuwając siebie i świat jako dwa osobne byty. Niedualne widzenie świata zaczyna dochodzić do głosu dopiero na czwartym poziomie i wyższych poziomach. Dopiero od poziomu czakry serca doświadczamy wyższych uczuć i potrzeb, tam zaczyna zanikać „inne”, „inna”, „inny”, czyli nie-dualność staje się naszym żywym doświadczeniem albo, mówiąc inaczej i nieco patetycznie, dokonuje się komunia miłości. Wtedy to już nie partner czy partnerka stają się obiektem naszego zachwytu, tylko życie zachwyca się życiem. Doświadczamy miłości, która jest prawdziwie ludzka.

    Chodzić do łóżka z miłości albo z chciwości – jest różnica. Czy jednak zachwyt-miłość budzi w nas tylko pozytywne odczucia?
    Czasem miłość bardzo boli, bo gdy w końcu odkrywamy nie-dualny wymiar miłości i seksu, to jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, ile błędów wcześniej popełniliśmy, ilu ludzi zraniliśmy. Poza tym doświadczenie miłości nie-dualnej dotyka zarazem bólu zranienia, które kiedyś sprawiło, że się nam serce zatrzasnęło.

    Skąd się bierze ten ból?
    Wszyscy mamy takie bolesne przeżycie za sobą. Przez pierwsze trzy, cztery lata istnienia jesteśmy życiem zachwyceni, kochamy wszystko i wszystkich nie-dualnie i bezwarunkowo. Z czasem jednak nieuważność, brutalność, a bywa, że i okrucieństwo dorosłych, ich nadmierne wymagania i bezduszne kary zamykają nam serce i wpędzają w dualistyczną iluzję. Bo kochanie ludzi, którzy nas nie rozumieją i krzywdzą, za bardzo boli. Stąd wzięła się druzgocąca diagnoza Krishnamurtiego: „Gdybyśmy potrafili prawdziwie kochać nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen”. Ale dzieci mimo wszystko w głębi zranionych serc kochają swoich krzywdzicieli. Niemniej warunkiem naszego przeżycia w dzieciństwie staje się przyjęcie jakiejś strategii przetrwania w dualnym świecie i, niestety, z tą strategią zaczynamy się z wolna identyfikować. Wówczas staje się ona murem oddzielającym nas od innych, od świata i od nas samych – od naszej niewinnej, kochającej prawdziwej istoty. W rezultacie tracimy wiarę w miłość, a zachwyt życiem zmienia się w egocentryczne pożądanie bezpieczeństwa, przyjemności, luksusu, władzy i sławy. Na szczęście jednak możemy to podstawowe, pierwotne zranienie przekroczyć i ponownie otworzyć serce, by zacząć współodczuwać – z dwóch uczynić jedno.

    Lecz czasem bywa tak, że chcesz się w łóżku zachwycić cieleśnie, a on czy ona potrzebują czegoś innego, na przykład czułości?
    Jeśli jesteś w stanie nie-dualnym, a więc głęboko współodczuwasz z tą osobą, to odpowiedź na jej potrzebę nie powinna być problemem. A jeśli zabraknie ci empatii, to z języka ciała tej osoby odczytasz bez trudu, o co jej chodzi. Wtedy decyzja należy do ciebie – albo idziesz za popędem, albo uwzględniasz stan i potrzeby partnera/ partnerki. Wybór pierwszej opcji jest jednoznaczny z egocentrycznym uprzedmiotowieniem i nadużyciem. Druga możliwa jest, gdyż człowiek okazuje się istotą zdolną do sublimowania seksualnej energii, czyli używania jej jako napędu działań, uczuć i motywacji innego porządku. Wtedy zamiast w zaślepieniu dążyć do satysfakcji możemy komuś bardzo pomóc troską, czułością i zrozumieniem.

    A tymczasem pojęcie sublimacji jest rozumiane jako przejaw dewocji czy dewiacji seksualnych.
    To pomylenie pojęć. Skutki, które przytaczasz, są typowe dla wyparcia i zaprzeczenia własnej seksualności i z reguły powodują, że przeradza się ona w hipokryzję, potrzebę poniżania innych, okrucieństwo, agresję i nienawiść. Natomiast sublimacja nie ma nic wspólnego z wyparciem. Wręcz przeciwnie. Energia seksualna jest wtedy silnie i – co bardzo ważne – pozytywnie uświadamiana, lecz na zasadzie świadomego wyboru zostaje przekierowana na inne niż seksualna motywacje i cele. Na przykład na rozwój duchowy, pracę na rzecz innych, sztukę, naukę. Wyparcie i zaprzeczenie to igranie z ogniem. Energia seksualna jest tożsama z potężną twórczą energią życia, tworzącą wszelkie formy istnienia. Wszystko jest z tej energii uczynione. Wypieranie się jej to wypieranie się siebie. Dlatego celibat ma wartość tylko wtedy, gdy jest świadomym wyrzeczeniem się czegoś postrzeganego jako cenne i piękne, a więc dobrze rozumianym poświęceniem. Niestety, w wielu religiach seks jest najpierw stygmatyzowany, a potem wypierany. Wprawdzie łatwiej wyrzec się czegoś, co sobie obrzydzimy, to jednak taki zabieg na seksualności prowadzi do dewiacji lub agresywnej, szaleńczej nadkompensacji.

    Wszystko jest energią (materia to energia o niskich wibracjach i częstotliwości – mówi prof. Maciej Adamski z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu), a więc jednością...
    To, że wszystko jest jednością, zdarza się ludziom odczuć w trakcie orgazmu – co jest zwiastunem wyższego stanu świadomości. W tantrze używa się właśnie energii seksualnej do podnoszenia poziomu świadomości do tak wysokich wibracji, że zanika zjawisko pożądania. Gdy zaś Jan Paweł II zwrócił uwagę wiernym, że nie tylko żony bliźniego nie powinno się pożądać, ale i własnej, to było wezwanie do miłości. Jednak słowa papieża wzbudziły protesty. O ile wiem, już do tego tematu nie wrócił. A rzecz w tym, by się nie uprzedmiatawiać nawzajem. W świecie nie-dualnym nawet przedmiotów nie ma powodu ani sposobu pożądać, a co dopiero człowieka. All you need is love – jak śpiewali Beatlesi.

    Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

    1. Psychologia

    Jak zadbać o swoje szczęście? 9 przydatnych ćwiczeń

    Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. (Fot. iStock)
    Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. (Fot. iStock)
    Zobacz galerię 3 Zdjęcia
    Jeśli spełniasz pragnienia bliskich zamiast swoje, masz tendencję do długiego i zawiłego tłumaczenia się oraz do wiecznego poczucia winy - pokażemy ci, jak krok po kroku to zmienić!

    1. Zawsze pomocna.
    Dużo dajesz i nie oczekujesz nic w zamian? To bardzo chwalebne, jednak na dłuższą metę taka sytuacja wprowadza nierównowagę energetyczną do relacji. Zastanów się, o co możesz poprosić osobę, której najczęściej pomagasz. Sprawdź, jak zareaguje, kiedy to zrobisz. Jeśli skrytykuje cię, to znaczy, że uzależniła się od twojej pomocy. A może zwyczajnie się ucieszy, że może się czymś z tobą podzielić?

    2. Odmawianie z mocą.
    Jeśli chcesz, aby twój rozmówca naprawdę odczuł twoje „nie”: Patrz mu prosto w oczy, bez nachalności, ale stanowczo. Mów pewnym, osadzonym w podbrzuszu głosem. Nie tłumacz się zbyt długo, bo to tylko pogarsza sprawę. Nie miej wyrzutów sumienia, ponieważ zawsze masz prawo odmówić.

    3. Aktywuj swoją siłę.
    Zanim przeprowadzisz ważną rozmowę, skontaktuj się ze swoją wewnętrzną mocą: Stań prosto i rozluźnij ramiona, ciężar równomiernie rozłóż na nogach. Zrób kilka głębokich wdechów i długich wydechów. Przenieś uwagę do podbrzusza (na Dalekim Wschodzie uważa się, że tu znajduje się hara – energetyczne centrum mocy człowieka). Oddychaj do hara, wraz z wdechem podbrzusze zwiększa objętość, na wydechu zmniejsza. Wyobraź sobie kulę ognia w podbrzuszu – symbol twojej wewnętrznej mocy, utrzymuj ten obraz i oddychaj świadomie jeszcze przez trzy minuty.

    4. Bezpośrednia w relacji.
    Zauważ, jaką rolę obrałaś w swoim związku. Czy to ty zazwyczaj łagodzisz konflikty, czy pierwsza przepraszasz i idziesz na kompromis? Grzeczna dziewczynka patrzy przez różowe okulary, dorosła i świadoma siebie kobieta kieruje się zarówno instynktem, jak i intuicją. To one niczym barometr wskazują, kiedy należy postawić granicę, odmówić, a czasami zakończyć znajomość. Powiedz więc do tej mądrej kobiety w sobie: „czas aktywować mój kobiecy instynkt oraz intuicję po to, bym kierowała się swoim najwyższym dobrem”.

    5. Wyznacz granice.
    Zastanów się, czy jest w twoim życiu osoba, która notorycznie przekracza twoje granice (np. dzwoni do ciebie w nocy i opowiada o swoich problemach, pożycza pieniądze i nie oddaje). Zapytaj siebie: „Jakie korzyści emocjonalne otrzymuje ona, a jakie ja? Czy jest równowaga w tej relacji?”. Jeśli nie, umów się sama ze sobą, że od tej pory będziesz stawiała jej granice. Powiedz tej osobie, jak się czujesz, kiedy ona wciąż o coś cię prosi, a nierzadko robi to w nieodpowiednich momentach. Jeśli nauczysz się wyznaczać granice jednej osobie, automatycznie będzie ci łatwiej zrobić to z kolejną. Po jakimś czasie po prostu przestaniesz przyciągać ludzi, którzy wkraczają do twojego życia niepytani.

    6. Radość z sukcesów.
    Weź kartkę i zapisz wszystkie swoje życiowe sukcesy, te małe i większe. Wybierz jeden z nich i przypomnij sobie go ze wszystkimi szczegółami. Czego dotyczył? Ile miałaś lat i czy ktoś ci towarzyszył? Jak się wtedy czułaś? Czy świętowałaś ten sukces? Jeśli nie, zawsze możesz to zrobić teraz. Podziękuj sobie. To ty jesteś jego bohaterką. Pozwól, by emocje, które towarzyszyły ci kiedyś, teraz wypełniły całe twoje ciało. Poczuj wdzięczność do siebie.

    7. Zgoda na komplementy.
    Wzorzec grzecznej dziewczynki może sabotować cieszenie się z komplementów, bo przecież: „dziękowanie jest oznaką egocentryzmu”. Tymczasem dziękowanie oznacza, że szanujesz zarówno osobę, która mówi ci dobre słowo, jak i siebie. Kiedy następnym razem ktoś powie ci coś miłego, sprawdź, czy przypadkiem nawykowo nie zatrzymujesz oddechu i nie próbujesz zaprzeczać usłyszanym słowom. Zamiast tego po prostu je przyjmij. To tak jakbyś odżywiała swoje ciało, serce i umysł zdrowym i pożywnym jedzeniem.

    8. Rozmach w marzeniach.
    Weź duży karton i wypisz na nim wszystkie marzenia i pragnienia, jakie zaczną się pojawiać w twojej głowie. Nie oceniaj ich – to zapewne robili inni w przeszłości. Po prostu pozwól im zaistnieć. Używaj kolorowych flamastrów i rysuj, jeśli chcesz, symbole swoich marzeń. Poczuj się znów jak dziecko. Koniec z ograniczaniem, czas na ekspansję! To nic złego, że masz wiele marzeń, bo im więcej ich masz, tym więcej aktywujesz energii do ich realizacji. Inny sposób na pracę z marzeniami to przyklejanie wyciętych z kolorowych gazet symboli z nimi związanych. To ćwiczenie uruchamia naturalną kreatywność „niegrzecznej” dziewczynki.

    9. Dzika dziewczynka.
    Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. Zatem: wybierz jakiś dzień na spotkanie z nią, najlepiej na łonie natury. Powiedz do siebie: „Teraz nawiązuję kontakt z tą częścią siebie, która jest zapomniana i zepchnięta do podświadomości. Teraz daję jej przestrzeń”. Następnie wyobraź sobie, że ta dziewczynka pojawia się w miejscu, w którym właśnie jesteś, np. w lesie. Zobacz, jak wygląda, w co jest ubrana. Zapytaj ją, czego od ciebie chce w tej chwili. Może pragnie, abyś wzięła ją za rękę i poszła z nią na spacer, a może przebiegła się z nią? Pielęgnuj kontakt z tą częścią siebie i obserwuj zmiany.

    1. Psychologia

    Jak odzyskać poczucie wpływu, bezpieczeństwa i dobrostanu?

    Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
    Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
    Czarny łabędź to pojęcie z dziedziny ekonomii. Oznacza zmiany, których nie rozumiemy. Dla wielu z nas takim łabędziem była pandemia, bo pozbawiła nas kontroli nad swoim życiem. A jednak, jak twierdzi coach Piotr Bucki, możemy odzyskać utracone poczucie wpływu i bezpieczeństwa. A nawet poczucie dobrostanu…

    Kiedy myślę o szczęściu odczuwanym tu i teraz, to rozumiem to jako adaptację do zmian. Tak zwana sprężystość czy elastyczność to dzisiaj droga do szczęścia? Da się tego nauczyć?
    Szczęście widzę podobnie jak kilka tysięcy lat temu widział to grecki filozof Epiktet, który mówił: „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. Dodałbym jeszcze, żeby świadomie kształtować rzeczy, na które ten wpływ mamy. A akurat nad naszą sprężystością, którą w psychologii nazywamy też „rezyliencją”, możemy pracować. Badaczka szczęścia prof. Sonja Lyubomirsky twierdzi, że 50 proc. w naszym kapitale szczęścia to geny, 10 proc. to środowisko, a reszta zależy od nas, od naszego podejścia. W tych 40 proc., które zostały, kluczowe są nasze podejście i sposób postrzegania świata. Nie zakłamywanie rzeczywistości, tylko uznanie jej taką, jaka jest, oraz praca nad tym, co faktycznie możemy w życiu zmienić.

    To szczególnie istotne w naszej sytuacji, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co nas spotkało, a co ekonomista Nassim Taleb nazywa „czarnym łabędziem” (chociaż sam Taleb nie zgodziłby się, że koronawirus jest czarnym łabędziem, bo dało się go przewidzieć). Czarne łabędzie to zmiany, których nie rozumiemy. Nagle okazuje się, że wszystko, w co wierzyliśmy i co dawało nam poczucie kontroli oraz poczucie bezpieczeństwa, jest niezwykle kruche. Że nasze rytuały, obyczaje, sposób, w jaki budujemy relacje z ludźmi, nie są trwałe.

    Jedni żyją dzisiaj w lęku, co nie daje szczęścia. Drudzy w wyparciu – udają, że nie ma problemu, co już jest odrobinę lepszą strategią, tylko nadal daleko jej do akceptacji rzeczywistości.
    Jak to bywa w reakcji na szokującą zmianę, przechodzimy przez kolejne etapy: szoku i zaprzeczenia. Dlatego nie dziwię się ludziom, którzy wierzą w teorie spiskowe. Człowiek ma w tym momencie potężną potrzebę wyjaśnienia sobie zjawisk, których nie rozumie. Trudno jest pogodzić się nam z tym, że zarażenie się wirusem i przedostanie patogenu ze zwierzęcia na człowieka jest tak przypadkowe. Stąd pomysły, że to wszystko sprawa reptilian (humanoidalnych gadów – przyp. red.) lub Billa Gatesa. Gdy już mamy jakieś wyjaśnienie, czujemy się z tym bezpiecznie. Tyle że to niczego nie zmieni, ponieważ jest niezgodne z rzeczywistością.

    W późniejszym etapie pojawia się mobilizacja i faza przystosowania, która polega na tym, że nadal dobrze funkcjonujemy, jednak nadmiernie czerpiemy z naszych zasobów psychologicznych i fizycznych, bez regeneracji. Dzisiaj weszliśmy już w fazę wyczerpania, chwilowo przerwaną letnim wytchnieniem, która charakteryzuje się całkowitym poddaniem się organizmu. To reakcja na stres.

    Jak ta reakcja na stres ma się do naszego poczucia szczęścia?
    Ta reakcja jest powiązana z tym, że stresują nas rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podobnie kiedy mówimy: „znowu jest kiepska pogoda”. Oczywiście można się frustrować złą pogodą (na którą i tak nie mamy wpływu) albo ubrać się odpowiednio – na co wpływ już mamy. Tak samo możemy przygotować się na zmiany i kryzys, które powodują wahnięcia naszego nastroju. Tyle że trzeba się tym zająć wtedy, kiedy jest jeszcze dobrze. Nie możemy wzmacniać kości u osoby, która już ma osteoporozę i jest po pięciu złamaniach, należy to zrobić wcześniej. Oczywiście można powiedzieć, że nigdy nie jest za późno i zawsze można poprawić naszą sprężystość. Ale głównie radziłbym zmienić to nasze podejście: „jakoś to będzie, później się pomyśli”.

    To cała ja! Podobną prokrastynację stosowała Scarlett O'Hara w „Przeminęło w wiatrem“, czyli: „pomyślę o tym jutro, na razie jest fajnie, to po co się martwić?”.
    Tyle że „jakoś to będzie” doprowadziło już do kilku katastrof narodowych. Można to zachować jako rodzaj naszego folkloru, ale wzmocnić o praktykę „dwójmyślenia”. To strategia przebadana i zweryfikowana przez profesor Gabriele Oettingen, badaczkę postaw, takich jak optymizm i pesymizm. Twierdzi ona, że przesadny optymizm nie dopuszcza pełnego obrazu rzeczywistości, tak że cały czas łudzimy się, że wszystko będzie dobrze. Co, brutalnie mówiąc, jest w tym momencie kretyńską postawą. Rzeczywistość nie postępuje jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym co chwilę wydarza się coś przyjemnego. Wręcz odwrotnie, dlatego zamiast łudzić się, że różne rzeczy się wydarzą, trzeba pomyśleć, co zrobię, gdy jednak tak się nie stanie. Przewidywać również negatywne scenariusze wydarzeń.

    Tylko nie chcemy się zamartwiać, kiedy jest nam dobrze. Przewidywałam zimowy nawrót wirusa, dlatego latem na chwilę wróciłam do wcześniejszego trybu życia: spotykałam się z ludźmi, chodziłam do restauracji, podróżowałam. W tamtej chwili byłam tu i teraz, nie w przyszłości.
    Jasne, wspomnienia są fajne i możemy się nimi pozytywnie ładować. W swoich badaniach prof. Philip Zimbardo pokazał, że ludzie mają obsesję przechowywania swoich wspomnień w postaci historii. Chwil, które stanowią często kilka sekund z naszego życia. To może nam dawać hedonistyczną przyjemność, jednak prawdziwym szczęściem nie jest.

    A może dla każdego szczęście co innego znaczy?
    Chodzi o to, że często uzależniamy swoje szczęście od czynników zewnętrznych. „Będę szczęśliwszy, jeśli... będę zdrowy, chudszy, będę mieć większe mieszkanie, dłuższe włosy, więcej pieniędzy na koncie etc.” To wszystko rzeczy, na które mamy pośrednio wpływ, ale po ich osiągnięciu czujemy jedynie chwilową satysfakcję. Daleko temu do szczęścia, które nie jest stanem, tylko pewnego rodzaju postawą, prowadzącą do dobrostanu i pełnego życia tu i teraz. Szczęście leży pomiędzy tym, co daje nam hedonistyczną przyjemność, a tym, co obiektywnie radosne nie jest, jednak potrafimy dać sobie z tym radę. Dlatego szczęściem nie jest brak choroby ani brak nieszczęścia. Według mnie szczęściem jest raczej umiejętne reagowanie w obliczu tego właśnie nieszczęścia.

    A co to znaczy: umiejętnie reagować na nieszczęścia?
    Zacznijmy może od czynników, które mają znaczący wpływ na nasze poczucie szczęścia. Profesor Martin Seligman ustalił model PERMA, w którym pod każdą literą kryje się jeden czynnik istotny dla szczęścia. Pierwszy to P – czyli pozytywne emocje. Dobre chwile, o których mówiłaś wcześniej, które łączą się z przeżywaniem rzeczywistości, dają nam takie emocje, jak radość, uznanie, komfort, inspiracja, nadzieja, ciekawość. Nadzieja jest jedną z najciekawszych, ale czasem mylimy ją z ułudą, czyli iluzją kontroli i bezpieczeństwa.

    Dla mnie szczęście to życie w zgodzie ze sobą. A obecnie średnio mi się to udaje, bo wszystko to, co sprawia mi radość, jest zakazane: podróże, poznawanie nowego, spotkania z ludźmi, życie kulturalne. No i muszę odnaleźć to szczęście w innych rzeczach...
    Ale czy powiedziałabyś, że jeżeli do końca życia nie będziesz mogła podróżować, to staniesz się nieszczęśliwa? Bo jeśli tak, to znaczy, że ładowałaś sobie próg szczęścia czymś z zewnątrz. Tymczasem możemy mieć potencjał szczęścia na jednym, tym samym poziomie i tylko czasem go trochę podładowywać.

    W jednym z badań sprawdzano wpływ wysokiej wygranej na loterii na nasze poczucie szczęścia (P. Brickman, D. Coates, R. Janoff-Bulman Lottery winners and accident victims: is happiness relative?), w porównaniu z grupą kontrolną osób, które przeżyły ciężki wypadek samochodowy kończący się stałym kalectwem. I co się okazało? W jednej i drugiej grupie poziom szczęścia w podobnym czasie wracał do poziomu wyjściowego. Tak samo było u ciebie – potencjał zadowolenia i pozytywnych emocji wzrastał po każdej podróży, jednak po powrocie spadał do tego poziomu co zwykle. Nad swoim potencjałem szczęścia można pracować, ale nie za pomocą czynników zewnętrznych.

    Czyli jak? Nie da się przecież zmienić swojego temperamentu. Co, jeśli ktoś jest ekstrawertykiem, napędzają go bodźce, ludzie, pęd, życie w świecie? Teraz jest lepszy czas dla introwertyków.
    To prawda. Ale można zająć się rzeczami, które dają nam pełne zaangażowanie i wykorzystanie naszej kompetencji, w kierunku szlifowania swojego mistrzostwa. To właśnie drugi element modelu, czyli E – zaangażowanie (engagement). Chodzi o poczucie sprawczości i kontroli tam, gdzie tę kontrolę mamy, w nauce czy pracy. O ile jeszcze tej pracy nie straciliśmy. Jednak zawsze mamy pewną autonomię w doborze środków: jak chciałbym się angażować, w co lub w kogo i w jakie zajęcie? To może być naprawdę wszystko: szybsze pisanie lub czytanie, praca z dziećmi, muzykowanie, lepsze korzystanie z Excela...

    Co z kolejnymi czynnikami wpływającymi na szczęście?
    Dzisiaj bardzo utrudniony jest czynnik R – czyli zaangażowanie w relacje, przebywanie z innymi ludźmi i współpraca. Dlatego nie jestem zwolennikiem sformułowania „dystans społeczny”, który może być odbierany jako oddalenie społeczne, osamotnienie i wykluczenie. Wolałbym mówić „dystans fizyczny”, czyli stoimy od siebie w odległości 1,5 metra, ale nadal jesteśmy w tym razem. Warto pomyśleć, jak mówimy o sobie i otaczającym nas świecie; to ma na nas duży wpływ. Dalej w modelu PERMA jest M – poczucie sensu (meaning) i znaczenie wykonywanych przeze mnie aktywności. Czy to, co robię, ma sens? Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich zawodach ludzie odnajdują sens, ale mogą spróbować to zrobić. Znam fantastyczną kobietę, która sprząta w mojej wspólnocie mieszkaniowej, i jestem przekonany o tym, że wie, po co to robi.

    Można powiedzieć, że to dorabianie ideologii do zwykłej czynności, ale naprawdę łatwiej się coś wykonuje, jeżeli wiadomo, po co się to robi. A nawet najbardziej doniosłe rzeczy trudno zrealizować, jeżeli nie wiemy, jaką częścią tego jesteśmy. Uważam, że to bardzo ważne zadanie dla liderów zespołów przy pracy zdalnej, kiedy pracownicy mają poczucie oddzielności i tracą wgląd w całość projektu.

    Trudno dzisiaj stawiać sobie cele, a dzięki temu czujemy się sprawczy. Mam wrażenie, że sytuacja „zamrożenia” nie sprzyja naszemu rozwojowi.
    Na pewno w kryzysowych momentach lepiej skupiać się na tym, co dziś, nie planować takich rzeczy jak podróż do Brazylii za pół roku. Raczej zastanowić się, jak to będzie, jeśli nie polecę i już teraz zabezpieczyć się na wszelki wypadek, żeby nie wpaść w czarną dziurę. Ostatnie w modelu – A – to osiągnięcia (accomplishment), czyli to, co jest dla mnie ważne i co daje mi satysfakcję. Jeżeli zadbamy o wszystkie elementy modelu, spojrzymy na nie obiektywnie, jak na coś, na co albo mamy wpływ, albo nie mamy, i się z tym pogodzimy – powinniśmy poczuć w życiu coś, co lubię nazywać dobrostanem.

    Ale jak zadbać o ten dobrostan w obliczu kryzysu?
    Ktoś może powiedzieć: „będę szczęśliwy, jeśli moja rodzina będzie zdrowa”. A jeśli ktoś zachoruje, to co wtedy? Nie ma szczęścia? Dobrostan polega na tym, że jestem silny również w obliczu straty i porażki. Ze stratą wiążą się naturalne emocje, jak zaprzeczenie, gniew, frustracja, smutek i rezygnacja. Mamy prawo je odczuwać, co wcale nie wyklucza pełni szczęścia, rozumianego jako dobrostan. Chodzi o budowanie mądrego spokoju w życiu. Czyli o stoicyzm. Dla wielu to brzmi jak bardzo odległa filozofia, ale taka postawa ma dzisiaj sens. Wcale nie wyklucza odczuwania emocji i nie oznacza bezduszności. Po prostu jeśli nie mamy na coś wpływu, to nie jest to dla nas ważne.

    Nie mamy problemu z określeniem tego, jak będzie, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Najtrudniej przygotować się na najgorszy scenariusz.
    Bo nie lubimy myśleć o tym, co złe. W dodatku niektórzy twierdzą, że jeśli będziemy brali pod uwagę to, co najgorsze, to na pewno przyciągniemy to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. To bzdura. Nie chodzi o to, żeby siedzieć i się zamartwiać, tylko pomyśleć: czego najbardziej się obawiam i jak mogę się na to przygotować? To ćwiczenie, które stoicy nazywają „prekontemplacją nieszczęścia”. Spisujemy to sobie na kartce, żeby lęk tam został, i rozmyślamy nad tym, co zrobimy, jeśli tak się stanie. Wiem, że na niektórych może to zadziałać paraliżująco. Ale sam pomyślałem ostatnio: „Miałem trzydzieści lat fajnego życia od upadku komunizmu do pandemii. Teraz czekają mnie inne ciekawe rzeczy, tylko będzie trochę trudniej, i wolę się na to przygotować, niż żyć ułudą, że jeszcze wróci stare. A jeśli nawet się mylę, to lepiej przygotować się na to, że jednak może nie wrócić”.

    Piotr Bucki, coach, menedżer, strateg, szkoleniowiec, wykładowca. Autor popularnych książek z zakresu psychologii i zarządzania oraz fiszek wspomagających rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, np. „Fiszki. Jak znaleźć szczęście”.

    1. Psychologia

    Zachwiana samoocena. Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

    Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
    Niestabilna samoocena nie musi być tym samym, co zaniżona ocena siebie. Zwykle jej podstawą jest niepewność i lęk. (fot. iStock)
    Zobacz galerię 4 Zdjęcia
    Wysoki status społeczny, eksponowane stanowisko, wiedza, udane życie towarzyskie i rodzinne. Na zewnątrz - godny naśladowania ideał, darzony szacunkiem, czasem budzący zazdrość. A w środku? Poczucie dyskomfortu i nieustanny lęk przed tym, że wyjdą na jaw wszystkie wady, słabości, czy brak kompetencji. Co powiedzą pracownicy, przyjaciele i rodzina, kiedy okaże się, że nie jest tak idealnie?

    Coraz więcej osób, które - obiektywnie patrząc - wiele osiągnęły w życiu, trafia na terapię w poczuciu wiecznego oszukiwania otoczenia. Wydaje im się, że kantują wszystkich niczym filmowy Dyzma i czują się nie na swoim miejscu.

    Mamy tu zwykle do czynienia z zachwianą samooceną czyli... z subiektywnym spojrzeniem na własną osobowość. I chodzi tu nie tyle o zbyt niską samoocenę, ile niepewną. Ma ona w dużej mierze swoje korzenie w dzieciństwie danej osoby, kiedy rodzice traktowali ją trochę jak niewidzialną. Owszem, spełniali jej potrzeby fizjologiczne, dając jeść, pić i dach nad głową, ale już niewiele lub zgoła nic poza tym. Takie dziecko nie otrzymuje przekazu, że jest godne miłości, że zasługuje na szacunek i uwagę przez sam fakt swojego istnienia. Skutek jest taki, że dziecko czuje się przeźroczyste. Nie wie, w czym jest dobre, nie wie, czy jest ok.

    By być „jakimś”

    Tego rodzaju stan zawieszenia utrzymuje się często w dorosłym wieku. Niepewność zaszczepiona w dzieciństwie nie poprawia się przy pomocy obiektywnych kryteriów, typu: poziom wiedzy, pozycja zawodowa, wysokość dochodów czy wygląd zewnętrzny.

    Takie osoby są nieśmiałe i skryte z jednej strony, z drugiej – silnie nastawione na cele i dążące do sukcesu. Podświadomie chcą bowiem przekonać się, że są „JACYŚ”. Pod względem zadaniowym trudno o lepszego pracownika, więc docelowo ów wymarzony sukces często udaje im się osiągnąć. Szkopuł w tym, że pojawia się wewnętrzna sprzeczność. Z jednej strony ma się poczucie: „no tak, generalnie jest fajnie”, a z drugiej - wszelkie osiągnięcia i pozytywne aspekty życia nie mają na tyle dużej wagi w oczach osoby z niepewną samooceną, by były w stanie ją skorygować.

    Przykładem może być Krzysztof, 39-letni dyrektor korporacji. Kreatywny, ceniony i lubiany przez podwładnych i współpracowników, szybko awansujący. Pracownik idealny: nie choruje, nie bierze zwolnień, nie zawala terminów. Dba o to, by podwładni pracowali nie więcej niż 8 godzin, podczas gdy on sam zostaje po godzinach zawsze, kiedy zaistnieje taka potrzeba. Pomaga współpracownikom, kiedy mają kłopoty osobiste, jest gotów wstawić się za nich u przełożonych. Ma rodzinę i szerokie grono znajomych, uprawia sporty, jest aktywny i ciekawy życia. Na zewnątrz postrzegany jest jako zaradny człowiek sukcesu.

    Jednak on sam czuje się skrzywdzony, niezauważany i niedoceniany. Czuje, że ludzie go wykorzystują i mają coraz większe oczekiwania, nic w zamian nie dając.

    Podziwiany czy niezauważany?

    Nie uświadamia sobie, że sam przyczynił się do tego stanu rzeczy. W relacjach zawodowych - biorąc wiecznie czyjeś zadania na siebie, nie stawiając granic i nie egzekwując odpowiedzialności. W relacjach osobistych – przedkładając potrzeby innych nad własne, zgadując owe potrzeby, zanim jeszcze je ktokolwiek zasygnalizuje.

    Wszedł w rolę tzw. bohatera rodzinnego, na którego barkach spoczywa ciężar uszczęśliwiania wszystkich wokół. Sam wyostrzył apetyt bliskich na stałą gotowość do niesienia pomocy i wyświadczania przysług. To sprawia, że od lat ponosi ogromne koszty energetyczne, a kiedy w końcu zdobywa się na nieśmiałe: „nie mogę”, „nie teraz”, „nie dziś”, zderza się z murem pod tytułem „rozczarowanie”.

    I wtedy właśnie pojawia się lękowe myślenie: „ O matko, zaraz się wyda, że nie jestem jednak taki fajny chłop”. Każdy komunikat otrzymany od rozmówcy, który zawiera w sobie element niezadowolenia, rozczarowania czy żalu jest przefiltrowywany przez jego niepewne JA.

    Jak pracować nad niepewną oceną siebie?

    Idealna sytuacja jest wtedy, gdy taka osoba trafia na partnera, który w żaden sposób nie nadużywa jej granic, daje pełną akceptację. To się jednak w praktyce rzadko zdarza.

    Dlatego w takim przypadku bardzo pomocna okazuje się psychoterapia. Między psychoterapeutą a pacjentem rodzi się relacja, która ma charakter przeniesienia relacji rodzic–dziecko. Przy czym psychoterapeuta pełni rolę rodzica przekazującego akceptację i uczącego zaufania do realnego obrazu siebie. Ważnym zadaniem dla pacjenta jest przyglądanie się faktom. Musi zrozumieć, że nawet jeśli jeszcze nie do końca wierzy w swoje kompetencje (jako szefa, męża, ojca, przyjaciela), to stara się je filtrować przez rzeczywiste wydarzenia, osiągnięcia, dane.

    To trochę tak jak z opinią na temat obejrzanego filmu. Można oceniać aktorstwo, fabułę, dialogi, efekty specjalne, zdjęcia, muzykę etc. Na tej samej zasadzie można oceniać samego siebie - pojawia się całe spektrum kryteriów, od wyników gry w tenisa po liczbę bliskich przyjaciół. Wtedy łatwiej jest sobie uzmysłowić, że nie jesteśmy jednak „beznadziejni”, „niegodni sukcesu”, „nijacy”.

    Praca z pacjentem z niepewną samooceną to wspólne szukanie dowodów, że jest on na swoim miejscu, że jest wystarczający, że wszystko z nim w porządku. Pamiętać przy tym należy, że definitywnie wyłączamy w tych poszukiwaniach opinie ludzi. Pacjent musi się nauczyć uniezależniać ocenę siebie i poczucie bezpieczeństwa od ocen otoczenia. Docelowo ma porzucić schemat dopasowywania swoich zachowań do scenariusza innych z obawy przed odrzuceniem.

    Agnieszka Paczkowska obecnie zajmuje się psychoterapią indywidualną osób dorosłych w Centrum Probalans w Warszawie. Jest absolwentką Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna oraz Szkoły Psychoterapii Ośrodka INTRA, posiada certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.