1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jacy ludzie uzależniają się od władzy?

Jacy ludzie uzależniają się od władzy?

Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)
Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)
Uzależnienie od władzy bywa zazwyczaj objawem tego, że się za bardzo w środku nabrudziło, nazbierało. A to kąśliwych uwag współmałżonka, a to ocen negatywnych od szefa, a to zazdrości wobec bliźnich, pozbieranej już z własnej woli. Potrzebny jest wtedy serwis dla emocji, bo bez tego wojna o władzę w domu toczy się bez końca.

Są tacy, którzy z racji zalet charakteru i wrodzonej umiejętności wpływania na ludzi zwanej charyzmą są do władzy predestynowani i często wypychani. Władza nie jest podstawowym źródłem ich życiowej satysfakcji, raczej kompetencją zawodową. To ludzie tzw. dobrej roboty, którzy nie pchają się do władzy, bo nie muszą dzięki niej potwierdzać swojej wartości i znają ciężar odpowiedzialności z nią związany. Gdy ich mandat wygasa, odczuwają ulgę i z radością wracają do swoich pasji. Wyróżnia ich to, że ocenę własnej wartości mają zakorzenioną w egzystencjalnym poczuciu bycia w porządku. Takim ludziom nie grozi uzależnienie od władzy. Komu więc grozi? – dyskutują psychoterapeuta Wojciech Eichelberger, coach Iwona Firmanty i doktor psychologii Tomasz Srebnicki.

Władza mi smakuje!

Wojciech Eichelberger: Uzależnienie grozi tym, którzy władzę samą w sobie uznają za coś atrakcyjnego. Gdy ją zdobędą, sycą się bez umiaru poczuciem wyniesienia, wpływu, byciem na świeczniku; mają parcie na szkło. Jedna z typologii psychologicznych dzieli ludzi na dwa rodzaje: task-oriented albo ego-oriented, czyli zorientowanych na zadanie albo na siebie. O tych pierwszych mówiliśmy wcześniej. Dla tych drugich władza jest wartością samą w sobie, bo leczy ich niedowartościowane ego. Jest jedynym celem i sensem ich życia. Na ogół bywają samotnikami, bo inni są dla nich ważni jedynie jako instrumenty zdobywania i utrzymywania władzy.

Iwona Firmanty: Od władzy uzależniają się osobowości zadaniowo-ekstrawertyczne, gdyż poprzez władzę i kontrolę uzyskują poczucie bezpieczeństwa. Władza jest zbroją chroniącą ich niekiedy niższe poczucie wartości i dającą im odczuć, że jednak coś na tym świecie znaczą. Inaczej trudno im ten sens odczuć, gdyż kierują nimi egoistyczne: „ja”, „moje”.

Tomasz Srebnicki: Jako zwierzęta naczelne mamy potrzebę hierarchii. I wielu z nas instynktownie podporządkowuje się władzy. Nieliczni czują potrzebę jej sprawowania. Stworzenie hierarchii daje skuteczniejszą ochronę i ułatwia zdobywanie dóbr wszelakich: od jedzenia po przepisy prawa. Te jednostki, które w naturalny sposób przejmują władzę, pracują zazwyczaj dla dobra ogółu. Od władzy się nie uzależniają. Uzależnienie grozi tym, dla których jest ona sposobem na poradzenie sobie z wewnętrznym chaosem, często z lękiem. Władzę tego rodzaju można sprawować i w dużej organizacji, jak korporacja, i małej, jak małżeństwo. Zawsze jednak jej przejawem jest likwidowanie wszelkich przejawów demokracji, gaszenie każdej niesubordynacji.

Władza – studium rodzajów

Iwona Firmanty: Władzę można mieć nad przedmiotami, nad ludźmi, nad sytuacją. Władzę nad przedmiotami często sprawują ludzie o osobowości analitycznej, ale mający chaos w głowie. To ci, których nazywamy pedantami, mają zazwyczaj w głowie taki misz-masz, że kiedy zeszyt leży pod nieodpowiednim kątem, to jest dla nich zbyt wiele, a położenie go jak należy to sprawa życia i śmierci. Tygodniami będą wypominali, że pilot leżał z lewej, a ty go położyłaś z prawej strony stolika, bo gdy tracą władzę nad przedmiotami, przenoszą ją na człowieka, który zrobił bałagan.

Uzależnienie od władzy bywa zazwyczaj objawem tego, że się za bardzo w środku nabrudziło, nazbierało. A to kąśliwych uwag współmałżonka, a to ocen negatywnych od szefa, a to zazdrości wobec bliźnich, pozbieranej już z własnej woli. Potrzebne jest otworzenie emocjonalnego śmietnika w sytuacji kontrolowanej przez specjalistę, czyli serwis dla emocji. Bez tego wojna o władzę w domu toczy się bez końca.

Władza nad sytuacją

Katarzyna, 40-letnia właścicielka firmy, ma taką potrzebę władzy nad sytuacją, że swojej pracownicy nie pozwoli wydrukować jednej niepotrzebnej kartki. Jest gotowa zatrudnić kogoś, kto będzie stał przy drukarce i liczył kopie. Koszty takiego działania przerosną koszty ryzy papieru roztrwanianej dziennie, co potwierdza, że to działanie irracjonalne.

Katarzyna, kiedy była dzieckiem, wciąż słyszała, że jest niewystarczająco mądra, ładna, dobra. Ojciec zawsze miał jakieś uwagi, które sprowadzały się do tego, że Kaśka musi bardziej się starać. I tak się starała, że zaszła bardzo wysoko. Odczuwa ogromną niechęć do delegowania pracy, bo kto zrobi cokolwiek tak dobrze jak ona. Jej potrzeba kontroli i władzy jeszcze się nasiliła po śmierci ojca i przejęciu przez nią jego firmy. Jedyną bolączką, do której się przyznaje, jest nadwaga. Nie do opanowania mimo żelaznego charakteru, bo słodycze to jedyne antidotum na potrzebę bliskości.

Iwona Firmanty: Analiza transakcyjna Berne’a pomaga spojrzeć na człowieka jako na niekończący się dialog, nawet spór między trzema aspektami osobowości, czyli wewnętrznym Rodzicem, Dzieckiem i Dorosłym. W wypadku osób uzależnionych od władzy aspekt dziecięcy może być całkowicie wyłączony. Kiedy więc zapytałam Katarzynę, gdzie jest jej wewnętrzne Dziecko, czyli część odpowiedzialna za zabawę i bezradność, uczona od małego, że słabość jest zła, tak silnie wstrzymywała łzy, aż krew pociekła jej z nosa. Dopiero wówczas zaczęła szlochać. Nazywanie rzeczy po imieniu pomaga ogarnąć emocje. Potem dopiero nadchodzi czas na oduczanie się potrzeby władzy i kontroli.

Władza nad ludźmi

Elżbieta, singielka po trzydziestce, kieruje działem prawniczo-finansowym pewnej korporacji i gdy któryś z pracowników nie przychodzi do niej co jakiś czas i nie opowiada, co dzieje się w firmie, wzywa go do gabinetu i pyta: „Dlaczego ze mną nie współpracujesz? Przecież wiesz, że w naszym dziale są takie zasady, że obowiązuje transparentność komunikacji”. Elżbieta była kompetentna, ale styl zarządzania doprowadził do tego, że ludzie zdrowi psychicznie odchodzili, a ci z brudami z domu rodzinnego zostawali. Ona budziła w nich dobrze znane poczucie, że muszą się bardziej wykazać. Ale ich pracą też niedługo mogła się cieszyć, gdyż wkrótce dosięgały ich wypalenie i depresja.

Iwona Firmanty: Kogoś, kto chce wszystko kontrolować, możemy podejrzewać o brak zaufania do innych. Ale to wyraz braku zaufania do siebie. Bierze się on stąd, że albo ktoś naopowiadał im na ich temat wiele brzydkich rzeczy, albo nie pozwalał nabrać wiary w siebie, np. zabraniając skakać po drzewach tak, by się nauczyć, jak nie spaść. Potrzebę władzy mają też osoby nieukochane w dzieciństwie, wiele razy zawiedzione oraz te wychowywane na grzeczne dzieci.

I tak było w przypadku Elżbiety, trafiła do mnie, zaczęłyśmy pracę nad dzieciństwem i deficytami, jakie z tego czasu wyniosła. Broniła się przed tym, by uznać, że to, co jej dolega, bierze się z nieukochania. Czuła, że gdy to sobie uświadomi, rozsypie się jak pęknięty woreczek ryżu.

Miała jednak motywację, gdyż jej nowy facet powiedział, że odejdzie, jeśli ona nie wyluzuje. Elżbieta uczy się więc odpuszczać. Rozpisała razem z coachem dekalog zasad, jak odpuścić. Facet przestał pakować walizki, a pracownicy – pisać wypowiedzenia, bo ona zaczęła używać wyrazu „proszę”. Ale żeby nie było tak słodko, matka ją krytykuje: „Co się z tobą stało? Facet i pracownicy wchodzą ci na głowę!?”.

Usprawiedliwianie krwiopijcy

Tomasz Srebnicki: Liderzy cierpiący na uzależnienie od władzy nie wiedzą, że krzywdzą ludzi. Wnioskowanie moralne mają ograniczone, gdyż w ich oczach takie postępowanie jest uzasadnione. Postrzegają bowiem innych jako zagrożenie. Idą więc po trupach do władzy, manipulują. Czasem tak jasno identyfikują wroga, że staje się nim na przykład inna rasa. Że to myślenie patologiczne, nie trzeba dodawać. Statystycznie większość ludzi jest nastawiona na rozwój i współdziałanie, a nie na niszczenie i walkę.

Uzależnieni od władzy nie są najlepszymi liderami dla żadnej organizacji. Ich celem nie jest rozwój i osiąganie celów organizacji, ale pokonanie wrogów. Do czasu sprzyja im to, że władza daje charyzmę, a ta – społeczną aprobatę. W końcu jednak szef władzoholik wzbudzi niechęć podwładnych, a nawet doprowadzi do próby obalenia go. Ludzie bowiem, gdy władza nie służy ich rozwojowi, zaczynają z nią walczyć. Dla sprawującego ją ten opór to potwierdzenie patologicznych przekonań: „Jest tak, jak myślałem! Wokół sami wrogowie!” .

Co zrobić, jeśli mamy patologicznego szefa? Najlepiej zwolnić się z pracy. Konsekwencje wynikające z walki z nim są zbyt duże. Jeśli bowiem organizacja dopuściła do zarządzania tego typu osobę, to znaczy, że cała cierpi na podobną chorobę.

Ratunek dla władzoholika

Wojciech Eichelberger: Ludzie uzależnieni od władzy nie poszukują ani terapii, ani coachingu. Zagrożone poczucie wartości maskują przekonaniem, że niczego nie potrzebują, że są doskonali. Nie podejrzewają nawet, jak ogromne obszary ważnych uczuć, potrzeb i wspomnień wyparli ze świadomości.

Ratunek? Nie istnieje, póki sami nie poczują, że go potrzebują. Tylko życiowe tragedie lub gwałtowny nawrót sumienia w gronie najbliższych mogą naruszyć fortyfikacje ich zranionego ego. Tak jak to się przydarza w serialu „House of Cards”, wstrząsającej analizie uzależnienia od władzy. Bohater nieliczący się z żadną świętością dochodzi do najwyższej władzy w kraju. Lecz gdy żona, będąca dotąd lojalną sojuszniczką, nieoczekiwanie zachowuje się w sposób zgodny z ludzkim, moralnym instynktem, świat bohatera zaczyna się chwiać.

Domowy tyran

Tomasz Srebnicki: W mniejszych organizacjach, takich jak rodzina, władza nie jest potrzebna. W dobrych związkach, choć jedno zarabia więcej, drugie mniej, nikt nie próbuje nikomu narzucić swojej woli. W związkach z władzoholikiem jest inaczej. Zazwyczaj to mężczyzna podporządkowuje sobie kobietę. Bywa to powiązane z lękiem przed zdradą, a zdominowanie partnerki ma chronić dyktatora przed skrzywdzeniem.

W pewnym momencie każdy dyktator spotka się z oporem, a wówczas ma dwie strategie: nasila środki władzy, wprowadza skrajny terror. Drugi wariant tylko pozornie jest lepszy – ustępuje z władzy przy jednoczesnym pokazywaniu drugiej stronie, ile na tym straciła. Wnosi o rozwód i zabiera dzieci tylko po to, by ona nie miała do nich dostępu.

Co więc zrobić, gdy wyszło się za mąż za uzależnionego od władzy? Warto postawić sobie pytania: Dlaczego nie stawiam mu granic? Jakie korzyści z tego czerpię? Czy postrzegam siłę mężczyzny jako potwierdzenie mojej atrakcyjności? Może jako gwarancję bezpieczeństwa? A siebie czy postrzegam jako słabą? Czy siła gwarantuje udany związek? Silny nie jest zainteresowany bliskością, bo walczy, widzi wszędzie zagrożenie i na nie reaguje. A więc czy nasza relacja to miłość, czy patologiczny układ władzy? A może znoszę to, że mąż sprawuje nade mną władzę, bo na urodziny kupił mi porsche i ja mogę pokazać je koleżankom. Czy prestiż to mój sposób na rozwiązanie problemów wewnętrznych?

Uzależnienia i sukces

Tomasz Srebnicki: Nie ma takiego rozpoznania: władzoholizm. Ale strategie radzenia sobie z problemami oparte na sprawowaniu władzy będą się stawać coraz popularniejsze, bo modelem sukcesu jest właśnie władza. Nawet artyści nie zabiegają dziś o artyzm, ale o nimb celebryckości, czyli chcą zostać kimś, kto zyskał podziw i tak sprawuje kontrolę nad ludźmi. Można wówczas więcej. A nawet trzeba, aby prowokować paparazzich.

Wojciech Eichelberger: Alkohol przenosi w krainę baśni i znieczula poczucie upokorzenia i lęku. Hazard? Daje obietnicę szybkich, łatwych rozwiązań, adrenalinę z magicznej gry z losem lub głos sumienia, który każe pozbyć się nieuczciwie zarobionych pieniędzy. Uzależnienie od Internetu to często przejaw kryzysu męskości i relacji między płciami. Każde uzależnienie jest daremną – bo objawową – próbą poradzenia sobie z jakimś wewnętrznym brakiem, konfliktem, lękiem czy kompleksem. Wzrost liczby uzależnień może wiązać się także z bezrobociem, biedą, poczuciem utraty wpływu na własne życie. To, jakie uzależnienie wybieramy, jest często sprawą przypadku: np. zranione poczucie wartości możemy reperować albo w walce o władzę, albo wcielając się we wspaniałego awatara w grze „Second Life” lub urządzając second life w alkoholowym ciągu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Zdrowie

Biowładza, medycyna niekonwencjonlana, holistyczne podejście do leczenia. Rozmowa z prof. Zbigniewem Mikołejko

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Małgorzata Braunek nie zdążyła skorzystać z pomocy medycyny holistycznej. Wielu z nas, nawet gdy medycyna konwencjonalna rozkłada bezradnie ręce, nie myśli nawet, by sięgnąć po alternatywną. Choć też zajmują się nią lekarze. Dlaczego? – to wina medyków i artystów sprzed 300 lat, wina redukcji człowieka do istoty biologicznej i podziału medycyny na dobrą, czyli konwencjonalną, i złą, czyli niekonwencjonalną – mówi prof. Zbigniew Mikołejko. – Powinniśmy znów spojrzeć na medycynę jako na całość. To jednak trudne, bo znajdujemy się w mocy biowładzy.

Odpowiedź na pytanie, czemu nie korzystamy z tzw. alternatywnej medycyny, tylko pozornie jest prosta. Zdaniem krytyka kultury Michela Foucaulta to, co uznamy za wartościowe, nie wynika z obiektywnej prawdy, ale określane jest przez tajemniczą biowładzę.
Odpowiedź nie może być prosta z różnych powodów. Najważniejsza jest presja kultury, która mówi, że byłoby to nieracjonalne, urągające doświadczeniu naukowemu. A nikt nie chce być irracjonalny i nienaukowy. Uwierzyliśmy bowiem medycynie – tej, jaką dziś mamy – że jest jedyną możliwością: naukową i racjonalną. Tak więc nasza pierwotna wiara w magię została zastąpiona przez wiarę w naukę. A to, że tego nie widzimy, wiąże się z niezrozumieniem istoty nauki. Jesteśmy bowiem przekonani, że jak coś zostanie odkryte, to jest pewne, a my poszukujemy pewności. Ale nowoczesna nauka nie na tym polega. To budowanie przybliżonych modeli rzeczywistości, doraźnych hipotez. Rozwój nauki polega na tym, że jedne teorie są falsyfikowane przez kolejne. Nigdy to, co naukowe, nie jest ostateczne. My jednak wyobrażamy sobie, że jest jak w XIX wieku, gdy lekarz brał mikroskop i odkrywał bakterie. To, że racjonalnie pojęta nauka daje pewność tylko w wąskim zakresie, potwierdza doświadczenie potoczne – gdy mimo zastosowania wszelkich naukowych technik i wiedzy mamy chorego bez nadziei albo odwrotnie: gdy wbrew osądom lekarzy chory zdrowieje.

Jeśli więc nieobiektywna prawda różni medycynę konwencjonalną od niekonwencjonalnej, to co?
Nie da się postawić granicy, zwłaszcza że szeroko myślący medycy czy uczeni jej nie widzą. Tomasz z Akwinu stworzył taki aforyzm: „To nie jest tak, że ciało trawi, a dusza myśli. To człowiek trawi i człowiek myśli”. W tej intuicji teologa i mistyka jest coś niezwykle ważnego – Całość. I ja dziś cenię medyków wizjonerów, jak profesor Andrzej Szczeklik, który patrzył na człowieka w całości psychofizycznej. Łączył myślenie nowoczesnej medycyny z praktyką „niekonwencjonalną”, z zestawem „środków bogatych”. Korzystał z wiedzy, jaką niosły nawet mity, jak ten mówiący o naszym związku z Całością, mit o niciach losu. Oplatały świat niewidoczną siecią, łączącą wszystko ze wszystkim. Czymże była ta sieć? Intuicyjnym oddaniem kwantowych powiązań, które nauka odkryła u progu XXI wieku.

Medycyna konwencjonalna odrzuca fizykę kwantową tłumaczącą zasady homeopatii, skoro atakuje się UM w Katowicach za otwarcie studiów podyplomowych dla homeopatów.
Jeśli ktoś widzi w nas tylko mechanicznie pojęte ciało, to ja mu nie ufam. Człowiek to nie tylko proces fizyczno-chemiczny, istnieją jakości duchowe i psychiczne. A medycyna konwencjonalna wycina z tej całości to coś, co podlega prawom chemii. Redukcjonizm antropologiczny to narzędzie biowładzy – okradając nas z człowieczeństwa, medycyna wykreowała siebie na królową życia i śmierci. Jedyną wiedzącą. Fatum starożytnych zastąpiła polityka medyczna. Nowoczesna medycyna rozpoczyna się, gdy człowiek zaczyna być widziany w perspektywie statystyczno-ilościowej, jako mechanizm. Stało się to już w XVII w. za sprawą odkrycia krwiobiegu przez Williama Harveya, stworzenia mechanicystycznego modelu przez Kartezjusza i statystyki przez Williama Petty’ego. Znamienny dla tamtych czasów jest kartezjański obraz psa, którego nie boli, jak go uderzyć, bo nie ma duszy rozumnej. Szczeka, bo tak został skonstruowany, ale nie czuje… Lecz jeszcze u Kartezjusza człowiek ma substancję duchową, której ów pies nie ma. Biowładza zaczyna się, gdy ją traci.

Ale zyskuje: koniec epidemii, powstanie szpitali, rozwój chirurgii itp.
Starożytność miała dwa pojęcia: życie jako takie, czyli bios, oraz zoe – życie jednostki. W XVII wieku życiem biologicznym zainteresowała się władza. Owszem, idą za tym dobre rzeczy: higienizacja, wydłużenie życia, zdrowotność. Ale też złe, bo skoro jesteśmy bytem biologicznym, to śmierć ma znaczenie wyłącznie statystyczne. Przestaje mieć wymiar transcendentny. Geniuszem, który przewidział, co się stanie, był Rembrandt. Spójrzmy na obraz „Lekcja anatomii doktora Tulpa”. Rembrandt był wielkim panem, ale choć żył wśród władzy i pieniądza, przejrzał na oczy. Co widzimy na tym obrazie? Ubranych w kapelusze, przy orderach, bo niebawem pójdą na ucztę, ludzi pieniądza, władzy, medycyny, rozumu. Tytułowy doktor Tulp rzuci medycynę i zostanie członkiem rządu. A na obrazie on i inni lekarze nie interesują się tym biednym Adriaanem Adriaanszem, złodziejem płaszcza, który został tego poranka za kradzież powieszony i jest poddawany w theatrum anatomicum sekcji zwłok. Ci wystrojeni medycy patrzą ponad nim w atlas anatomiczny Vesaliusa i robią sekcję w sposób, w jaki się jej nie robi! Zaczynają od ręki i to tylko z pozoru lewej. Rembrandt znał anatomię, ale spłatał figla rozumowi, medycynie, władzy i mieszczaństwu – po to, byśmy widzieli, że po raz drugi ta władza, pieniądz, pycha karze rękę, która sięgnęła po cudzą własność. Rembrandt wiedział, co się stanie, to, co dziś obserwujemy: zespolenie władzy, pieniądza, medycyny, rozumu w jeden węzeł. Ten obraz to opowieść o władzy nad ciałem sprawowanej przez medycynę, politykę, rozum i pieniądz.

Człowiek stał się przedmiotem…
Nawet zabawką. Wraz z odkryciem elektryczności niektórzy lekarze w XIX w. jeździli po Europie i pokazywali, co można robić ze zwłokami przestępców, gdy podłączy się je do prądu. Że ich ciała będą się poruszały, twarze wykrzywiały, a palce wskazywały widzów. Reakcje były różne, jedni mdleli, inni mieli atak serca, a jeszcze inni chcieli, by straconych szubieniczników – rzekomo przywróconych do życia – powiesić ponownie albo wychować na uczciwych i ożenić. Już więc nie Bóg decydował o zmartwychwstaniu: martwe ciała dzięki medykom i elektryczności „ożywały”, a ludzie weszli w miejsce stwórcy. Anatomowie i artyści chcieli zobaczyć, czy sztuka przedstawia rzetelnie obraz ukrzyżowania i do dziś w Royal Academy of Arts w Londynie przechowuje się „Anatomiczne ukrzyżowanie” – gipsowy odlew zwłok powieszonego, którego odarto ze skóry i przybito do krzyża. To studium ukazuje brutalnie, że już nie możemy zmartwychwstać tak, jak chce religia. Dyskurs medyczny zastępuje wiarę. Od podobnych rzeczy zaczyna się nowoczesna medycyna, która – nie licząc jej wielkich osiągnięć – doprowadzi i do eksperymentów doktora Mengelego. Bo biowładza to władza nad ciałami. Zeświecczona, odarta ze świętości władza nad człowiekiem w jego biologicznym wymiarze. Ma jasne strony, ale i mroczną postać.

Kiedy się tego słucha, jeży się włos na głowie!
I kultura europejska protestuje! Pierwsza kobieta – Mary Shelley. Chodzi na wykłady medyczne, dyskutuje o tym, jakie potwory stworzyć może umysł medyka i pisze „Frankensteina”. Powstają też „Doktor Jekyll i pan Hyde” oraz „Porywacz ciał” Roberta Louisa Stevensona. Bram Stoker pisze „Drakulę” zainspirowany sprawą Kuby Rozpruwacza – jak mówię studentom – pierwszego człowieka nowoczesnego, który był, jak się podejrzewa, jednym z dziwnych londyńskich medyków, skoro tak sprawnie dokonywał operacji na ofiarach. Mamy więc reakcje kultury wysokiej, a potem masowej – kino niemieckie i choćby „Gabinet doktora Caligari”. Dziś te postaci nadal żyją w nas, ale już bez świadomości grozy, i dlatego możemy wierzyć w medycynę i nie chcemy wiedzieć, na jakiej potworności wyrosła.

Ale dyskutujemy o potwornościach: eutanazji dzieci i śmierci mózgowej. Czy jest równoznaczna ze śmiercią, a więc czy pobieramy organy od nieżywych, czy żywych...
Jesteśmy zaniepokojeni tym, co się dzieje z medycyną, ale by uśpić lęk – śmiejemy się z tych, którzy protestują przeciw jej postępowi. Nauka świat odczarowała, ale sama jest niepojęta i opresyjna. Sztuka dziś nie protestuje przeciw biowładzy – powiela bunty, o których wspominałem, albo idzie za dyktatem biowładzy, organizując pokazy anatomiczne czy dokonując wiwisekcji na wartościach uniwersalnych, które się jeszcze ostały.

Stąd „Golgota Picnic” i miłość do doktora House’a, który choć odhumanizowany, ratuje ludzkie życie?!
Można mówić o medycynie w kategoriach skuteczności, nieskuteczności itd., ale ja chciałem porozmawiać o medycynie jako o pewnego rodzaju zaczarowaniu naszej świadomości, które to zaczarowanie kiedyś podlegało krytyce, a teraz już nie, bo biowładza przenika wszystkie sfery życia i nie widzimy, że lekarze stali się bogami, kapłanami naszego świata. Wygłaszają formułki, których przeciętny człowiek nie zrozumie. Nie wie, że jest czarowany choćby rytuałami szpitalnymi, jak obchód czy obdukcja. Oto kroczy najpierw arcykapłan ordynator, który może wszystko, a za nim kapłani i adepci… Wyróżniają ich utensylia, namaszczone gesty, odpowiednie formułki i stroje. Te stroje wynikają z potrzeby sterylności, ale też sterylność to znak: ja jestem czysty, a ty na swój sposób nieczysty. Czystość jest po stronie nowych kapłanów, po stronie sacrum, a my po stronie profanum, tego, co świeckie, więc nieczyste. Jesteśmy brudnymi chorymi obiektami poczynań medyków. Nie mamy podmiotowości, a więc i prawa do decydowania o swoim losie, o rodzaju terapii. Nie daje się nam rozeznania, co by nam pomogło, a co nie, za to serwuje się wyroki – orzeczenia kategoryczne, które mogą być błędne i często są.

„Zostały panu trzy miesiące życia”, bez: „zgodnie z moją wiedzą”.
I człowiek, który miał nadzieję, którego nadzieja mogła unosić, zostaje z niej odarty. Traci siły i wiarę, że mu się uda, a gdyby taką wiarę miał, to a nuż by się udało? A tak, nie ma już szans, bo lekarze jak kapłani mają sprzęt diagnostyczny, który pełni również funkcję magiczną, bo to on „obiektywnie” stawia diagnozę! I jak taką naukową diagnozę wróżbę podważyć?

Pod pretekstem mówienia prawdy medyk zrzuca też z siebie brzemię odpowiedzialności. A powinien – jeśli nie ma nadziei – towarzyszyć w odchodzeniu ze świata. Tak było, kiedy człowiek był podmiotem. Teraz jest numerem choroby. W ferowaniu wyroków śmierci jest też pycha. Bezkarna, bo gdy zaskarżymy lekarza, zderzamy się z solidarnością kapłańskiej kasty pewnej swojej naukowości, która zagarnęła miejsce religii, magii i innych mentalnych porządków, które pomagały nam ongiś rozumieć i ogarniać świat.

Jeśli nawet, to czy my nie powinniśmy wiedzieć, kiedy umrzemy?
Nie powinniśmy. Życie staje się wtedy oczekiwaniem na dzień egzekucji. Przemieniamy się, ale punktem podstawowym naszych działań i myśli staje się dzień śmierci – i nie działamy już na rzecz życia. Stajemy się na swój sposób zombi. I dziś mamy do czynienia z polityką zombi tworzącą z nas żywych nieżywych: otumanionych lekami, otumanionych dyskursem lęku. Ot, czytam na przykład o komarach: w Polsce jest ich 50 gatunków, nie są groźne, ale – uwaga! – lada moment mogą się stać!

Skoro lekarz konwencjonalny jest bogiem kapłanem, to kim jest lekarz alter- natywny, zwalczany przez kolegów często z tej samej uczelni?
Kapłan zwalcza heretyka, czyli i lekarza, który idzie własną drogą, wyrzekając się wszechmocy konwencjonalnej medycyny. I mamy kolejną podpowiedź, dlaczego ci, którzy usłyszeli od kapłanów medycyny wyroki śmierci, nie idą do tych, którzy mogliby im powiedzieć coś innego. Nie idą, bo to heretycy rozumu i naukowości. Naznaczeni! Heretyków się naznacza i każdy, kto ich dotknie, zostaje też naznaczony. Lekarze niekonwencjonalni są więc niczym czarownice, które leczyły ziołami, a potem były oskarżane przez tych, którym pomogły. Działał ten sam porządek: chęć wymazania naznaczenia, które się przydarzyło, gdy prosili o pomoc kogoś, kogo nie wolno prosić. Polowania na czarownice rozgorzały w XVI–XVII wieku, gdy pojawiła się nowoczesna nauka, bo to dla niej zielarki były konkurencją. Wrzask, który się podnosi, gdy idziemy do lekarza niekonwencjonalnego, ma więc także wymiar ekonomiczny, dajemy zarobić konkurencji.

Mamy przecież demokrację?! W jaki sposób biowładza jest sprawowana?
Dyscyplinuje nas standardami mądrego i racjonalnego postępowania, które – niepisane – fruwają w powietrzu. Jak bohater komedii „Mieszczanin szlachcicem” nie wiedział, że mówi prozą, tak my nie wiemy, że jesteśmy we władzy dyskursu biowładzy. Foucault pisze, że ten dyskurs daje jednym prawa do orzekania o losie innych i marginalizuje pozostałe drogi, dyktując praktyki postępowania ze sobą samym. Trzeba im sprostać, bo inaczej spotka nas kara, czyli choroba. I nam się wydaje, że sami stanowimy o sobie, sami wybieramy ścieżkę leczenia. Tymczasem nie mówimy, lecz „jesteśmy mówieni”, bo zewsząd nas pouczają, że tędy się chodzi „normalnie”, a tamtędy „przesądnie”. Za naszym z pozoru wolnym i racjonalnym wyborem stoją miliardy słów i obrazów, które wskazują drogę. Masz się zapisać do takiej instytucji, łykać leki, które ci przepisano, i pokornie pozwolić sobie robić zastrzyki w pupę. A jak nie, zostaniesz napiętnowany i trzeba się od ciebie trzymać z daleka. Człowiek albo należy do systemu, albo trafia poza jego granice. Wolałbym dostać moje pieniądze, które poszły na ubezpieczenie zdrowotne, i sam decydować, jak, gdzie i czym będę się leczyć. Jednak zostały one oddane systemowi, co ogranicza moją wolność. A tam, gdzie ją mam, sugeruje się mi upojnie, co jest dobre, a co złe w trosce o zdrowie.

Ograniczeniem jest m.in. lista dopuszczalnych leków. O takiej sytuacji mówi oscarowy film „Witaj w klubie”. Jak ratować się przed biowładzą?
Odczarowywać ją, czyli o niej mówić. Skoro jest węzeł gordyjski, ale nie ma miecza do jego przecięcia, bo mogłaby nim być władza polityczna, a jest powiązana z władzą medyczną, to spróbujmy go rozluźnić. Szukajmy lekarzy, wielkich lekarzy, którzy nie dali się zwieść dyktaturze jednego paradygmatu, tej pozornej naukowości, redukcji człowieka do ciała mechanizmu, nie dali się zwieść Kościołowi medycyny. Ja sam, mając różne dolegliwości, wiem, że najlepiej pomagają środki bogate. Medycy powinni zatem dokonać integracji różnych widzeń, metod, paradygmatów – taki jest ratunek. Nie może być myślenia albo-albo. Rozdwojona wizja jest wizją diabelską. Nie na darmo diabolos to „rozdwojnik, kłamca”. Obie strony muszą zaakceptować siebie, bo i jedni, i drudzy mają część racji, tylko część.

Zbigniew Mikołejko, profesor, filozof i historyk religii. Kieruje Zakładem Badań nad Religią w PAN. Autor wielu książek, m.in. „Żywoty świętych poprawione” i najnowszej – „We władzy wisielca. Z dziejów wyobraźni Zachodu”.

  1. Styl Życia

Praca to moje życie. Czy jestem nienormalna?

Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
Gdy w modzie jest gonienie za sukcesem, a dzień pracy nienormowany, coraz trudniej ustalić, kiedy popadamy w pracoholizm. (Fot. Getty Images)
W czasach, gdy gonienie za sukcesem jest jeszcze bardziej pożądane niż kiedyś, a dzień pracy nienormowany – coraz trudniej ustalić, kiedy (i czy) popadamy w pracoholizm. A może to naturalne, że na pewnym etapie życia przedkładamy jedną sferę nad drugą? Nad tym wszystkim zastanawia się terapeutka Ewa Klepacka-Gryz, rozwikłując zagadkę swojej pacjentki.

Karolina koniecznie chce się spotkać w sobotę. Kiedy proponuję termin w tygodniu, ale późnym wieczorem, zdecydowanie twierdzi, że tylko w weekendy może żyć swoim rytmem. Brzmi jak osoba pewna siebie, zdecydowana, która dobrze wie, czego chce.

Krok 1. Próbujemy odkryć, na czym polega problem

W realu jej pewność siebie również jest dostrzegalna na pierwszy rzut oka. – Wszystkie badania mam w normie – mówi, kładąc przede mną tablet. – Tarczyca, żelazo, ferrytyna, witamina D3 – proszę bardzo, wszystko idealnie, a po pracy nie mam na nic ochoty. Mogę tylko leżeć pod kocem i nic nie robić, nawet Facebooka nie odpalam. – Rozumiem, że twoim problemem jest brak energii? – pytam. – Lubię swoje łóżko i kocyk, przez cały dzień działam na zwiększonych obrotach, chyba mam prawo być zmęczona – tłumaczy. – To o co chodzi? – nie bardzo rozumiem, na czym polega problem. – Ekipa z pracy podśmiewa się ze mnie, że zachowuję się jak staruszka i nie daję się wyciągnąć na piwo czy do klubu.

To może być jakiś trop. Proszę, żeby opisała swoje relacje ze współpracownikami.

Pochodzi z małego miasteczka pod Wrocławiem. W zeszłym roku skończyła studia, a pół roku temu dostała propozycję pracy w prestiżowej agencji reklamowej w Warszawie. Choć agencja jest znana na rynku i obsługuje naprawdę dużych klientów, atmosfera w firmie jest dość luźna. Karolina jest najmłodszym pracownikiem – i w sensie stażu, i wieku, ale ludzie z firmy przyjęli ją od razu, chociaż nie obyło się bez „kocenia”. – Parę razy wyszłam na kompletną idiotkę, bo wpuścili mnie w maliny, ale ogólnie jest luz, najbardziej ich wkurza, że się nie integruję – opowiada. – To nie moja wina, że oni udzielają się towarzysko wieczorami, a nie zaraz po pracy. – Dlaczego tak? – pytam. – Bo każdy pracę kończy o różnych porach, niektórzy w trakcie mają jakieś zajęcia i po południu jeszcze wracają do firmy – opowiada. – A tak bliżej 20.00 wszyscy są już w miarę wolni.

Agencja, w której pracuje moja pacjentka, to typowa firma dostosowująca się do potrzeb milenialsów: każdy pracuje, kiedy chce i gdzie chce, trochę w domu, trochę w biurze, z możliwością przerwy w ciągu dnia. Trudno mi zrozumieć, dlaczego Karolinie nie pasuje taki styl pracy, niedawno skończyła studia, a studenci, wiadomo, żyją trochę na wariackich papierach. Wtedy przypominam sobie słowa Karoliny, że tylko w weekendy może żyć swoim  rytmem. – Tobie taki tryb pracy nie odpowiada? – pytam.–  Nie wiem – mówi zamyślona. – Ja tak po prostu nie potrafię funkcjonować. – Nie potrafisz? – dopytuję, bo to ważne. – Chyba nie chcę, a może… już sama nie wiem, mam mętlik w głowie.

Krok 2. Opisujemy rytm życia Karoliny

Kiedy pytam ją, czy warszawska agencja to jej pierwsza praca, okazuje się, że… czwarta. – Jak to czwarta? – nie jestem w stanie ukryć zdziwienia.

Karolina pracuje od drugiego roku studiów i średnio co pięć miesięcy zmienia miejsce pracy. Zastanawiam się, czy tu nie tkwi problem. – Dziś wszyscy tak robią, bo tylko w ten sposób  można mieć bogatsze CV – tłumaczy. – No i ważne, żeby od początku załapać się mniej więcej w swojej branży, a nie robić coś, co na nic ci się nie przyda, no, chyba że jest to coś oryginalnego.

Pytam, czy obecna praca różni się czymś od poprzednich. – No, jest wreszcie na poważnie, ale i tak za jakiś czas trzeba będzie rozejrzeć się za czymś nowym – mówi ze smutkiem. – Może dlatego nie chcesz się integrować z ludźmi z pracy, żeby się za bardzo nie przyzwyczaić – pytam. – To zupełnie nie o to chodzi – Karolina nie kryje złości. –  Mogę się z nimi integrować, ale po pracy, a u nich ,,po pracy” to 20.00.

Nadal nie wiem, o co chodzi, proszę, żeby opisała mi, jak wygląda jej powszedni dzień. – Wstaję o 7.00, jem śniadanie, o 9.00 jestem w pracy i biegam do 17.00, potem wracam do domu i odpoczywam do wieczora – opowiada. – Około 22.00 jem kolację, myję się, przygotowuję ubranie na jutro i kładę się spać. – Brzmi dobrze. Śpisz 8–9 godzin? – Tak mniej więcej, czasami tuż przed snem obmyślam plan strategii na jutro. – Czy z pracy wracasz bardzo zmęczona? – Fizycznie tak. W pracy latam jak nakręcona, czasami nawet na siku nie mam czasu, a obiad z pudełka zjadam zwykle w taksówce w drodze do domu, psychicznie nie jestem zmęczona, ale gdybym miała się wieczorem zwlec z łóżka i o 20.00 wylądować w jakimś klubie, to nie chce mi się.

Próbuję dopytać, jak wyglądają pozostałe sfery życia Karoliny. – Pozostałe, to znaczy jakie? – pyta ze zdziwieniem. Kiedy wyjaśniam, okazuje się, że Karolina ma wszystko dokładnie ustalone, a może ustawione: ma kota, a nie psa, żeby nie mieć na głowie spacerów, mieszkanie wynajmuje, zresztą w pełni wyposażone, nawet pościel była na miejscu, jedzenie zamawia, żeby nie musieć gotować. – A kontakty towarzyskie? – Kilka razy byłam z ekipą z agencji na piwie, kiedy udało nam się spotkać zaraz po pracy – opowiada. – Czasami, co któryś weekend, jadę do domu i tam spotykam się ze znajomymi. – A co z życiem intymnym? – próbuję zasugerować, że całą jej energię pochłania praca, więc nic dziwnego, że kiedy wraca do domu, nie ma ochoty na nic poza odpoczynkiem. – Mam dwóch kochanków. Kiedy mam ochotę na seks, zawsze któryś z nich może urwać się żonie.

Przyznaję, że trochę mnie zaskoczyła, ale ona twierdzi, że tak chce i na prawdziwy związek przyjdzie czas, jak będzie stara, to znaczy po czterdziestce.

Myślę sobie, że milenialsi to pokolenie pełne sprzeczności. Z jednej strony pełni oczekiwań wobec pracy i życia, z drugiej niepewni siebie, depresyjni, sugestywni i łatwi do przestraszenia. Wychowywani od dziecka na wojowników, są nadwrażliwi, często dopadają ich choroby „ze stresu” i przede wszystkim trudno ich zrozumieć, bo oni chyba sami siebie nie rozumieją. Rodzice i świat dają im prawo do życia po swojemu, na własnych zasadach, nawet ich do tego namawiają, ale życie bez wzorców do naśladowania wymaga znajomości siebie i dojrzałości.

Biorę kartkę, rysuję na niej duże koło i proszę Karolinę, żeby zaznaczyła swoje aktywności w dniu powszednim. To dla niej proste i oczywiste; trzy czwarte dnia zajmuje jej praca i myślenie o niej, a jedna czwarta odpoczynek i ewentualnie rozładowanie popędu seksualnego, bo tak sama nazywa spotkania z kochankami. Dwa dni w tygodniu, w weekendy, żyje w swoim rytmie. – Czy taki sposób życia jest dla ciebie OK? – pytam. – Przecież badania mam w porządku, nic mi nie dolega – odpowiada.  – Miałaś, a może masz obawy, że twój sposób życia jest… niezdrowy czy nienaturalny? – To się chyba tak samo stało – mówi. – Ja wiem, że to jest wbrew zasadom tego głupiego work-life balance, ale mój balans to leżenie po pracy w łóżku.

Krok 3. Zajmujemy się work-life'em… i całą resztą

Pojęcie work-life balance coraz częściej zastępuje tzw. work-life blending, czyli łączenie pracy z zainteresowaniami i pasjami, jak również z codziennymi sprawami, które nieodłącznie towarzyszą nam w pracy i w domu. Młodzi pracują na swoich komputerach, często podłączonych do firmowej sieci, więc miejsce pracy nie ma większego znaczenia. W ciągu dnia wyskakują z firmy do siłowni czy na naukę gry na waltorni, ewentualnie na długi lunch albo masaż.

Tak żyją i pracują ludzie z firmy Karoliny, ale jej z jakiegoś powodu taki styl nie pasuje.

A może w jej wypadku to work-life style czy work-life integration – co oznacza, że życie prywatne i zawodowe dokładnie się uzupełniają, a granica pomiędzy czasem pracy i czasem wolnym staje się płynna? Kiedy próbujemy to ustalić, Karolina czuje się coraz bardziej zagubiona. Praca w prestiżowej agencji tak bardzo ją pochłania, że nie ma ochoty wychodzić w ciągu dnia, przerywać tego, co akurat robi, rozpraszać się. – Wiesz, w tej firmie trudno jest się skoncentrować, ludzie snują się, zagadują, proponują jakieś akcje, ja tak nie potrafię – opowiada. – Czasami śmieją się ze mnie, nazywają kujonką albo wzorową uczennicą, namawiają, żebym wyluzowała. – Chciałabyś wyluzować? – Może kiedyś, za jakiś czas, teraz muszę się jeszcze tyle nauczyć.

Tłumaczę jej, że to, jak sama twierdzi, jej pierwsza praca „na poważnie”, że kiedy nabierze doświadczenia, być może styl pracy jej kolegów stanie się również jej stylem. Pocieszam, że jeśli po pracy czuje się bardzo zmęczona, nie ma w tym nic dziwnego. – Tylko to takie dziwne zmęczenie – martwi się. – Głowa miałaby ochotę pracować dalej, a ciało jest zmęczone i chce spać.

Najgorsze jest dla niej to, że tak bardzo odstaje od reszty. Koledzy pytają, czy widziała najnowszy film, czy była już w modnej restauracji, czy ma faceta i jaki nowy ciuch sobie kupiła. – A ja nie mam siły nawet obejrzeć niczego na Netfliksie – skarży się. – Nie mam nastroju na nowe ciuchy ani testowanie trendowych restauracji. – A kiedyś miałaś? – Tak, lubiłam te wszystkie atrakcje, a gdy przeprowadzałam się do Warszawy, cieszyłam się na samą myśl o tym nowym, wielkim świecie. A na razie nie mam na niego apetytu. – To trochę tak, jakbyś miała ochotę na czekoladkę, a kiedy ją dostałaś, to trzymasz ją w szufladzie i nie otwierasz? – pytam. – Dokładnie tak robiłam, kiedy byłam mała – śmieje się. – Mój brat natychmiast zjadał tygodniowy przydział słodyczy od dziadków, a potem podbierał moje, które chomikowałam na później.

Krok 4. Sprawdzamy, czy da się zjeść czekoladkę i mieć czekoladkę

I tak dzięki czekoladkom dotykamy sedna problemu. Odraczanie przyjemności to główna cecha charakteru Karoliny. Potrafi dużo zrobić, by zasłużyć na nagrodę, a kiedy już to się stanie, odkłada czas skonsumowania nagrody. Im bardziej jest chwalona w pracy, tym bardziej się stara. A że praca sprawia jej prawdziwą frajdę, zapomina nawet o zaspokajaniu podstawowych potrzeb typu: picie, jedzenie, pójście do toalety. Nic dziwnego, że po pracy jej ciało nie ma ochoty na nic innego poza leżeniem pod kocykiem. Trafnie opisuje ten stan, że głowa jest gotowa do dalszej pracy, a ciało nie ma już siły. – Przecież mam dopiero 23 lata, a żyję jak staruszka – mówi z żalem. – Jestem najmłodsza w firmie, a oni wszyscy się bawią i korzystają z życia. – Ale też nie angażują się w pracę z taką energią jak ty, robią sobie przerwy w ciągu dnia, pozwalają ciału i głowie odpocząć – próbuję jej wytłumaczyć, dlaczego inni mają inaczej.

Sprawdzamy, na ile styl pracy Karoliny wynika z jej typu charakteru, a na ile z chęci umocnienia swojej pozycji w firmie. Bardzo ważne jest dla niej, że szef ją docenia, nawet żarty kolegów, te o prymusce, też jej się podobają. – A może chodzi o to, że jesteś inna niż większość ekipy? – sonduję kolejną hipotezę. – Może tak; inna to znaczy dziwna.

W rodzinie Karolina była tym dziwnym dzieckiem, które chomikowało słodycze i w ogóle żyło swoim życiem, inaczej niż brat i cioteczne rodzeństwo. Nie była z tego powodu karana, ale nieraz podsłuchała, jak mama mówiła do którejś z ciotek: „Ta nasza Karolcia to taki dziwak, niełatwo jej będzie w życiu”.

I tak przyszedł czas na zaproszenie na scenę postaci Dziwaka, który albo pracuje, albo śpi, chowa czekoladki na później, lubi być prymusem, ale czasami potrzebuje dowodów na to, że wszystko z nim OK, że nie ma żadnej poważnej choroby i na terapię też nie musi uczęszczać.

Karolina wyszła ode mnie spokojniejsza i chyba pogodzona ze swoją naturą, a tydzień później dostałam SMS z uśmiechniętą buzią i pozdrowieniami „od Dziwaka”.